Archiwa tagu: podróże

Krótko o finansach

Lecę służbowo do Budapesztu. Przydzielono nam diety w złotówkach. Postanowiłam wymienić w kantorze na forinty. I tak zaczęły się schody. Miałam diety dla trzech osób po 300 zł dla każdej osoby. W kantorze nie mogli wymienić 3 razy po 300 zł, a jedynie 1 raz 300 zł, zaś potem 1 raz 600 zł, gdyż 300 zł to (po dopłacie 1,45 zł) wynosi 20500 forintów, a w kantorze mieli tylko jeden 500 forintowy banknot. Pomyślałam, że rozmienię 1000 frontów na lotnisku. Niestety w dwóch kantorach mi odmówiono. Nie rozmieniają walut. Dlaczego?
Jest przepis o nierozmienianiu. Ale dlaczego? Tego nie wie nikt!

Co kraj to obyczaj, czyli druga migawka z Syberii

Po ostatniej wizycie w Rosji powiedzenie „co kraj to obyczaj” zdaje mi się „oczywistą oczywistością”. Nie była to moja pierwsza wizyta u wschodnich sąsiadów. Pierwszy raz byłam tam 22 lata temu. W 1993 roku w 7 miesiącu ciąży odwiedziłam Petersburg i Nowogród Wielki. Wtedy jednak postsowiecki kraj raczkował, więc wiele rzeczy wybaczałam, aczkolwiek okradzenie mnie, ciężarnej wówczas kobiety, przez ulicznych podrostków – mocno zabolało. Również z powodu rzucania kamieniami w turystów pływających po Newie nie zdecydowałam się wtedy na rejs statkiem.

Ja, podwładny

Teraz nie jestem tak wyrozumiała. Lata minęły. Uważam więc, że i u nich powinno się coś zmienić. Mają się za kraj kultury? Niech i obyczajowo zachowują się tak, jak na kulturalnych ludzi przystało. Tymczasem… do kultury – w tym naszym europejskim pojęciu – jest im bardzo daleko. W irkuckiej Syberii przypomniały mi się różne dowcipy o rosyjskiej głupocie i braku wychowania, ale przede wszystkim słowa przypisywane Piotrowi I Wielkiemu – carowi Rosji, które brzmiały: „Podwładny powinien przed obliczem przełożonego mieć wygląd lichy i durnowaty, tak, by swoim pojmowaniem sprawy nie peszyć przełożonego.”
Przypominał mi się ten ukaz dlatego, że tam na każdym kroku to ja byłam podwładnym. Zaś moim przełożonym był ktoś, kto w świecie, do którego ja przywykłam, nigdy przełożonym moim by nie był. I tak… Moimi szefami byli tam: taksiarze, kelnerki, etażne, recepcjonistki, kierowcy autobusów, urzędnicy na lotnisku, bufetowe, a nawet babcie klozetowe. Jednym słowem wszyscy, którzy u nas stanowią pion usługowy. Wszyscy wbijali mnie w poczucie winy, że czegoś oczekuję i robili mi wielką łaskę, że mi to dają. Byli przy tym zdumieni, że nie mam przed ich obliczem wyglądu lichego i durnowatego. Ale po kolei.

Zaczęło się właściwie już w samolocie Warszawa – Moskwa gdzie stewardesa zamiast kawy przyniosła herbatę. Wtedy pomyślałam, że zdarza się każdemu i nie zaprotestowałam. Wręczała mi ją wprawdzie z taką miną, która mówiła: „bierz i spadaj”, ale jeszcze nie myślałam, że to norma. Wypiłam więc co dali. Potem na lotnisku w Moskwie wszyscy, mówiąc kolokwialnie, „darli na mnie ryja”. Ich zdaniem nie tu stanęłam, nie tak włożyłam do miski rzeczy, nie tędy idę. Dodatkowo zabrali dezodorant, który przeszedł kontrolę w Warszawie gdzie nie wzbudzał podejrzeń. Tu z powodu małego opakowania dezodorantu byłam zbrodniarzem. Zabierając krzyczeli. A ponieważ takie samo pojemnościowo opakowanie lakieru do włosów mi zostawili, więc miałam wrażenie, że nie o przepisy tu chodzi, ale o zgnębienie człowieka i pokrzyczenie na niego.

Potem w Irkucku w czterogwiazdkowym hotelu dostaliśmy kartę z talonami na śniadania. Pani zabrała nam paszporty. Teoretycznie powinna spisać nas błyskawicznie i zaraz nam je oddać. Przecież nie można pozbawiać gościa z zagranicy dokumentu tożsamości, bo nie wolno po Rosji obcokrajowcom poruszać się bez dokumentów. Tymczasem paszporty odebraliśmy dopiero późnym wieczorem.

Zbite taxi i Lenin

Taksówki w Irkucku są tanie. Za przejazd płacimy ok. 130 rubli co odpowiada cenie dwóch biletów autobusowych w Warszawie. Tylko dwa razy trafiają nam się taksówkarze Rosjanie. Przeważnie wożą nas Tadżycy, Uzbecy czy Buriaci. Wszyscy mają zbite przednie szyby. Tu norma. Jak tłumaczy mi jeden z taksiarzy miejscowe drogi są w tak złym stanie, że szyby rozbijają się szybko. O kamyczek wyskakujący spod kół. Nie ma sensu tych szyb reperować. Za duży koszt. Nikt jednak nie buntuje się przeciwko stanowi dróg. Ani stanowi chodników. Moim zdaniem nie mają świadomości, że gdzieś na świecie (nawet w Polsce, na której drogi ciągle narzekamy) jest pod tym względem o niebo lepiej. W Domu Aktora czyli małej sali Teatru Dramatycznego nie działa toaleta. Nikogo to nie dziwi, że na kilka dni wynajęto obiekt bez toalety. Gdzie mamy chodzić siusiu? Strażnik wzrusza ramionami. To nie jego problem. Zaproszeni goście z innych części Syberii nie buntują się. Tu nikt sie nie buntuje. Miejscowi nie buntują się też przeciwko wyburzaniu starych drewnianych domów, tak charakterystycznych dla Irkucka, i zastępowaniu ich takimi samymi tylko nowymi. (Jeśli ktoś się buntuje, to i tak nikt go nie słucha.) Tak powstała 130 dzielnica Irkucka, czyli ich „starówka”. Zbudowana od nowa. Tutejsi nie buntują się przeciwko pomnikowi Włodzimierza Lenina, ani temu, że ma on tu swoją ulicę. Jedną z głównych obok ulic Karola Marksa i Feliksa Dzierżyńskiego. Oni tęsknią za Związkiem Radzieckim, przeklinają Michaiła Gorbaczowa i wychwalają pod niebiosa Władimira Putina. Gdy fotografuję się przed pomnikiem Lenina w takiej pozie jak Lenin, jeden z przechodniów posyła pełne nienawiści spojrzenie. Nie wolno kpić z Włodzimierza Ilicza.

Przymus zwiedzania

Podczas wycieczki nad Bajkał zwiedzamy skansen w Talcy. Na terenie skansenu można wejść do kilku budynków. Do jednego nie zdążam wejść. Pani zastępuje mi drogę i macha przed nosem tabliczką z napisem „obiad”. Jej obiad jest ważniejszy od mojego zwiedzania, choć mam bilet, ale to ona jest tu panią i zawiaduje ekspozycją. Argument, że więcej tu nie przyjadę i będę odradzać przyjazd innym, zbywa wzruszeniem ramion. „To nie. Znajdą się jeszcze inni, którzy tu przyjadą”. Rosjanie na każdym kroku pokazują mi, że nie potrzeba im wycieczek z zagranicy. Ich muzea są dla Rosjan. Gość z zagranicy nie jest nie tylko mile widziany, ale w ogóle pożądany. Oni nie chcą się przed światem chwalić tym, co mają. Przecież i tak wiadomo, że są najwięksi na świecie i najlepsi na świecie. Są o tym tak przekonani, że resztą tego świata po prostu gardzą.

Nad Bajkałem zwiedzamy muzeum bajkalskie. W ramach ekspozycji jest tzw. „zanurzenie”. To symulacja zanurzenia na dno Bajkału. Nie interesuje mnie. Kojarzy mi się to z amerykańskimi symulacjami lądowania na księżycu, które na Florydzie bawiły mnie do łez tandetnością. Wolę fotografować Bajkał. Nie jestem odosobniona. Także Ulubiony i pan historyk ze Wspólnoty Polskiej wolą prawdziwy Bajkał od symulacji. Gdy nadchodzi czas odjazdu organizatorzy wycieczki robią nam awanturę. Podnosi się krzyk, że nas nie było. Próbuję ustalić w czym problem. Przecież nie zginęliśmy, bo byliśmy obok. Pada coś o wydanych pieniądzach na bilety. Mówię, że na ekspozycji byliśmy tylko zrezygnowaliśmy z tego „zanurzenia”. Jeśli to problem zaraz zwrócę pieniądze za bilety. Dopiero to otrzeźwia organizatorkę. Stwierdza, że nic się nie stało. A ja dopiero potem zaczynam się orientować, że problemem jest tak naprawdę to, że ktoś wyłamał się. Oni są nieprzyzwyczajeni do buntowników. Tu wszyscy robią to samo. Tu wszyscy robią to co im się każe. Choćby to było nie wiem jak głupie lub wbrew ich zainteresowaniom czy też woli. To nie jest kraj dla indywidualistów lub buntowników. Ulubiony raz po raz podkreśla, że nie po to uciekał z postsowieckiego systemu, by teraz znów to znosić. Zbuntowany i zły jest zresztą niemal od początku.

Kelner mój pan

Tuż po przylocie do Irkucka obiad jedliśmy w hotelowej restauracji. Hotel ma cztery gwiazdki, a tymczasem na stole stoją bukieciki kwiatów w… papierowych kubkach do kawy. Ulubiony zwraca na to uwagę i kręci głową. Kelnerka przyszła do nas po kwadransie oczekiwania, choć widziała, że czekamy a nawet prosiliśmy ją o podejście. Niestety swoje musieliśmy odczekać. Ona zaś musiała nam pokazać, że mamy czekać. Dość szybko okazało się, że potrawa np. ryba to jest sama ryba. Za każdą dodatkową rzecz typu ziemniaki czy ryż, płaci się oddzielnie.

Pierwszą kolację jedliśmy w restauracji włoskiej. Tam przeżyliśmy kolejny szok. Nie dokończyłam czegoś tam, bo gadałam, ale miałam chęć jeszcze jeść. Nagle podeszła kelnerka i… po prostu… zabrała mi sprzed nosa talerz z niedokończonym jedzeniem. Dla kelnerów każda chwila, kiedy odrywałam się od jedzenia była okazją, by zabrać mi ten talerz. A nuż szybciej wyjdę? W czasie jednego z bankietów talerz wyrywano mi cztery razy wciskając kolejny z następnym daniem. Ale ja już od kolacji we włoskiej knajpie starłam się starannie pilnować talerza. Pilnowałam go we wszystkich knajpach, gdyż zwyczaj zabierania sprzed nosa niedokończonego żarcia okazał się być powszechnym. Za każdym razem niemal wyrywano mi jedno niedokończone danie, by zaraz zastąpić następnym. Tak, jakby kelner chciał na końcu powiedzieć: „a teraz won!”. Tu nie można celebrować kolacji czy obiadu. Tu trzeba szybko żreć i wypad z baru! Najlepiej zresztą nie chodzić po knajpach. Tu nikt nie cieszy się z naszego przyjścia. Nikt nie zachęca. Mam wrażenie, że są wręcz wściekli, że muszą nam usługiwać. No i ten przymus oglądania telewizji. Gdy w czasie jednego z bankietów wyłączamy telewizor (sala zarezerwowana tylko dla nas) wchodzi kelnerka i nam go z powrotem włącza. Tu nie obowiązuje zasada klient nasz pan. Pewnego wieczora przychodzę na zapowiedziany na 19:00 bankiet. Jest 18:50, ale sala zamknięta. Wchodzić nie wolno. Karnie czekamy w hallu, w którym robi się coraz ciaśniej. Na dworze akurat wichura. Zresztą o tej porze na Syberii zdarza się dość często. Stoimy więc w ciasnym korytarzu i tłoczymy się aż do 19:15… W pewnym momencie pytam, czy nie można zapukać i powiedzieć im, że jesteśmy.
- Lepiej nie – słyszę. – Tu lepiej nie zadzierać.
- W zupę naplują? – pytam żartem.
- Coś takiego. – Pada odpowiedź.
Żartować tu zresztą nie wolno. Rosjanie nie mają poczucia humoru na swój temat. Śniadania w czterogwiazdkowym hotelu fatalne. Gdyby nie to, że ja się zawsze najem surowymi warzywami, to bym z głodu zdechła. Na śniadanie jem więc warzywa, jogurty, jajko sadzone i… naleśniki. Zwłaszcza, że mogę je posmarować miodem, który jak chyba już powszechnie wiadomo, żrę na potęgę i niemal hurtowo. Naleśników jest jednak tylko kilka. Mniej niż pokoi w hotelu. Znikają więc szybko. Gdy pewnego poranka schodzę na śniadanie i wszystkie są zjedzone pytam, czy jeszcze będą.
- Zaraz będą – odpowiada kelnerka wyraźnie obrażona, że czegoś śmiem chcieć. Przecież tu tyle dobrodziejstw! Bulion mięsny! Kasza! Jakieś wędliny i sałatki. No przecież nie powiem, że niezjadliwe. Czekam pięć minut, dziesięć… w końcu pytam znów o naleśniki i znów dowiaduje się, że „zaraz będą”. Pytam więc:
- Ile wynosi u was „zaraz”?
Kelnerka obraża się. Naleśników się nie doczekuję. Muszą mi wystarczyć jogurty, surowe warzywa i zimne jajko sadzone. Naleśniki wnoszone są ostentacyjnie wtedy, kiedy ja jestem już przy drzwiach. Taka gra. Kelnerka do końca musi pokazać, że jest panią sytuacji. Gdyby umiała, to by zanuciła na znaną Polakom melodię, parafrazę brzmiącą zapewne tak: „nie będzie klient pluł nam w twarz i żarcia się domagał!”

Restauracja w hotelu działa podobno 24 godziny na dobę. Na jeden z bankietów jadę bez Ulubionego, który z bólem głowy zostaje w hotelowym łóżku. Gdy wracam – chce mi się kawy. Schodzę do restauracji, a tam… zamknięte. Recepcjonistka wręcz oburza się, że chcę wejść. Zwracam uwagę, że sama mi mówiła, że restauracja jest czynna 24 godziny na dobę.
- Tak, ale to oznacza, że można sobie cos zamówić do pokoju – wyjaśnia zła jak osa.
Proszę o kawę. Podwójne espresso. Po 20 minutach słyszę pukanie do drzwi. To kelner. W jednej ręce trzyma kawę (nie podwójne, ale pojedyncze espresso), w drugiej szklankę z wodą. Tacy brak. Cukru jedna saszetka. Od razu chce forsy za kawę. Podaje za nią taką kwotę, że za te pieniądze kupiłabym tu kilka butelek wina. Ale macham ręka. Płacę. Zanoszę kawę i wodę na szafkę nocną. Z telewizora sączą się słowa, że ktoś „ubiwajet wsiech dżedajew”, gdyż nadają właśnie „Gwiezdne wojny”. Moszczę się w łóżku, sięgam po filiżankę, chcę zamieszać i… ze zdumieniem odkrywam, że łyżeczka jest tandetna plastikowa. Tylko udaje metalową. Cóż czterogwiazdkowy hotel też udaje wielki świat. Gdy go opuszczamy musimy poczekać przy ladzie aż pani „etażna” sprawdzi, czy zostawiamy go w należytym porządku. Czy niczego nie ukradliśmy, nie narobiliśmy w łóżko itd. Obwieszcza przez krótkofalówkę, że można nas wypuścić. W Polsce nigdy tego nikt nie robi. I tak mają moje dane. Oni tu też przecież mają, w końcu cały dzień trzymali nasze paszporty. A jednak lustrują przy mnie.

Czy to mój hamburger?

Obsługa gastronomiczna w Rosji to oczywiście temat rzeka. W drodze powrotnej na lotnisku w Moskwie mamy 4 godziny przesiadki. Decydujemy się iść do Burger Kinga. Powód prosty – najszersze i najwygodniejsze kanapy, no i toalety blisko i w miarę czyste, bo to lotnisko międzynarodowe i strefa bezcłowa. Normalnie tutejsze toalety pozostawiają wiele do życzenia. Oczywiście nie wszystkie i nie wszędzie. Popularne są tu toalety „na narciarza”, czyli te z dziurami w podłodze. Sporo jest takich, które zasłaniają nas do połowy. Skryta jest górna połowa ciała, a dolna widoczna. Widać więc co jest robione, ale nie wiadomo kto to robi. Gdybym np. miała okres i wypinając się nad dziurą, niczym Małysz na skoczni, spuściła do kostek majtki, wszyscy obejrzeliby moją pozostawioną w majtkach podpaskę. Nie bardzo mi taka wizja odpowiadała, więc unikałam toalet jak mogłam. Lotnisko to jednak toaletowa ‚Lux torpeda’ w porównaniu z tym, co jest tu normą. Tu są normalne sedesy, wprawdzie drzwi w kilku kabinach zepsute, wprawdzie suszarki do rąk nie wszystkie działają, a i mydło nie wszędzie jest, ale naprawdę to wielki świat. No i obok ten Burger King z wielkimi kanapami. Zamawiam dla siebie piwo i skrzydełka kurczaka, a dla Ulubionego zestaw czwarty, czyli jakiś burger z kurczakiem, pepsi i frytkami, które proszę zmienić na wiejskie kartofelki. Muszę dopłacić za ketchup, ale to nie jedyne zdziwienie. Dorzucają mi pachnąca serwetkę. Wprawdzie tylko za… pięć rubli, ale płatną. Taki zestaw obowiązkowy, jakby bili się o złotą patelnię. Nie dostaję za to pepsi. Kartofelki otrzymuję dwa razy. Podczas wyjaśniania sytuacji dowiaduję się, że zestawów tu nie ma, a to co jest zestawem nr 4 to tylko taki rysunek. Tu na lotnisku wszystko zamawia się osobno. Ponieważ zamówiłam kartofelki, więc je dostałam, drugie są prezentem za zamówienie powyżej jakiejś tam kwoty. Pepsi muszę zamówić dodatkowo. Ulubiony już nie chce. Zwłaszcza, że nagle… podchodzi do nas pani i zabiera hamburgera nr 4. Jesteśmy zszokowani, ale nawet nie protestujemy, bo wszystko to jest dla nas tak zaskakujące, że brak nam po prostu słów. Tymczasem pani idzie na zaplecze z naszym hamburgerem. Potem wraca i oddaje. Okazuje się, że myślała, że dała nam nie takiego, jak trzeba i teraz sprawdzała, czy dany nam hamburger zgadza się ze złożonym przez nas zamówieniem. Jesteśmy wściekli. Przypominają mi się historie, gdy w Polsce w McDonaldzie pomylono kanapki. Wtedy dostałam drugą za darmo. Gdy w „Literatce” w Domu Literatury znalazłam w sałatce białego robaka anulowano mi rachunek i zaproponowano w ramach rekompensaty kawę z wielkim ciastkiem na koszt firmy. I wiele innych takich sytuacji. Zepsute piwo? Przepraszamy i dajemy nowe na koszt firmy. W Rosji jest to nie do pomyślenia. Tu nikt za nic nie przeprosi. Informuję jednak panią, że w Unii po takim zachowaniu nie miałaby pracy. Ale ona ma mnie głęboko w dupie. Tu pracę ma, a to ja mam być cicho i karnie znosić grzebanie w moim hamburgerze, który zresztą wraca do mnie krzywo zapakowany. Dopiero potem reflektujemy się z Ulubionym, że mogliśmy odmówić przyjęcia z powrotem hamburgera. Chociaż, czy zostałoby to uwzględnione? Ciekawe co zrobiłaby kelnerka? Zauważam książkę skarg i wniosków. Z przyjemnością biorę do stolika i zanurzam się w lekturze. Dość szybko odechciewa mi się czytać. Z wpisów widzę, że choć Moskwa to Europa i kilkunastomilionowe miasto, to jednak obyczajowo tutejszej gastronomii daleko do cywilizowanego świata. W ogóle daleko do cywilizacji.

22 lata temu mogłam to wszystko wybaczyć. Ich demokracja raczkowała. Dziś nie jestem już tak wyrozumiała. Jeśli Rosja ma się za wielką – niech będzie wielka i wielkopańska także w obyczajach. Na razie to wielka wieś potiomkinowska, która za fasadą skrywa straszną prawdę o tym, że komunistyczny reżim tam trwa. Za kolejne 20 lat sprawdzę czy zrobiła krok do przodu, ale czarno to widzę. Carski ukaz o podwładnym zbyt mocno wrył się im w mózg.

W roli radia i GPS, czyli sprawdzian czy jestem „kaleką”

Człowiek przyzwyczaja się do dobrego. A potem… trudno odzwyczaić. Piszę to nie tylko dlatego, że od wielu miesięcy obserwuje wewnętrzną walkę znajomego – niegdyś dość zamożnego, a teraz biednego, bo ma na głowie naście kredytów i komornika i zamiast jak niegdyś sushi – dziś je kaszę gryczaną. Piszę, bo… odbyłam wielką podróż bez GPS i radioodbiornika w samochodzie. (I jeszcze jestem w jej połowie.) Ale… po kolei.

Mój samochód jest w warsztacie. Ponieważ nieprędko będzie gotowy, więc… na umówione wiele miesięcy temu spotkania autorskie w Małopolsce wybrałam się autem zastępczym. Z autami zastępczymi jest tak, że nigdy nie dostaje się auta lepszego od własnego, a jedynie zbliżone standardem. Co może być zbliżone standardem do 10-letniego seicento? Wprawdzie z klimatyzacją, elektrycznymi szybami, wspomaganiem kierownicy, światłami przeciwmgielnymi i radiem, ale jednak dziesięcioletniego małego auta? Ano… panda bez elektrycznych szyb, radia, klimatyzacji i… co najstraszniejsze – gniazda zapalniczki.

Życie bez klimatyzacji, dla kogoś, kto się do niej przyzwyczaił jest ciężkie. Życie bez radia też smutne, ale wszystko to byłoby znośne, gdyby nie brak gniazda zapalniczki. To dlatego nie mogłam podłączyć GPS, a rozmowy telefoniczne za kierownicą (mam słuchawkę w uchu) musiałam ograniczyć do minimum. Co robić więc przez tyle godzin podczas samotnej podróży na zakorkowanej trasie Warszawa-Zakopane? Zwłaszcza, gdy spada ciśnienie? Postawiłam na… śpiewanie.

Przyznam, że zadziwiłam samą siebie. Nie przypuszczałam, jak dobrą mam pamięć i jak bogaty (he he) repertuar. Drżyjcie narody! Drżyjcie uczestnicy „The voice of Poland”, „Mam talent” i innych show. Nadchodzę! Mogę być groźna, bo może i ktoś śpiewa ode mnie lepiej, ale… nie tyle, nie tak różnorodne rzeczy i nie bez przerwy. Repertuar miałam naprawdę bogaty! Otóż: Presley, Beatlesi, Lady Pank, Maanam, Budka Suflera, Skaldowie, Czerwone gitary, Perfect, Republika, T. Love, Irena Santor, Zbigniew Wodecki, Irena Jarocka, Anna Jantar, Zdzisława Sośnicka, Kayah, Hey, Piasek, de Mono, ukraiński zespół Okean Elzy, słowacki Desmod, Metallica, AC/DC, Mieczysław Fogg, Kabaret Starszych Panów, Stanisław Grzesiuk, Grabaż, Brygada Kryzys, Tilt, Kapela Czerniakowska i piosenki warszawskie, arie operetkowe Ferenza Lehara i Emmericha Kalmana, Stanisław Moniuszko, Jacek Kaczmarski, Marek Grechuta, Jan Szczepanik, piosenka turystyczna, piosenka harcerska, pieśni patriotyczne, a nawet piosenki przedszkolne oraz żołnierskie z zapamiętanych z dzieciństwa festiwali piosenki w Kołobrzegu. Przyznam, że gdy zaintonowałam na Zakopiance „Witaj Zosieńko” to nie dokończyłam, bo sama z siebie się uśmiałam. Ale co było robić? Zapadał zmierzch, drogę spowijała mgła, a z piosenką na ustach zawsze raźniej. Zwłaszcza, że jechałam bez GPS. Na miejsce do Zakopanego dojechałam bez problemu. Pamiętałam drogę. Choć Zakopane wiosną wygląda inaczej niż w zimie.

Dziś wyruszyłam do Nowego Sącza. Też z pieśnią na ustach i bez GPS. Dość szybko okazało się, że dojazd na miejsce nie był trudny, choć nie dysponowałam przecież mapą. Atlas samochodowy Polski został w moim samochodzie w warsztacie. Ale… wyjeżdżając spojrzałam raz w komputerze na mapę google, a potem… swoje zrobiły lata spędzone w harcerstwie na zajęciach z orientacji w terenie i.. rzecz jasna znaki drogowe plus tablice informacyjne. Gdyby kogoś interesowało, jak wracałam do Zakopanego to… przez Słowację. Bez mapy i GPS. Podjęłam taką decyzję, gdyż w drodze do Nowego Sącza ruch na szosie był spory. Wiedziałam, że gdy będę wracać do Zakopanego ten ruch będzie jeszcze większy. Pomyślałam, że słabo zaludniona Słowacja nie jest tak zakorkowana i podjęłam decyzję. Jak poradziłam sobie bez mapy i GPS? Na mapę drogową spojrzałam w bibliotece, a potem na małej karteczce zanotowałam numery dróg krajowych (polskich i słowackich). Z tymi numerkami przypiętymi do tablicy rozdzielczej auta wyruszyłam w drogę powrotną. Dojechałam. I tak myślę… usprawniamy sobie życie GPS’em. Umilamy radiem. Ale czy nie czynimy samych siebie pewnego rodzaju kalekami? Czy nie czynimy też siebie uboższymi? Wiem. Nie odkryłam Ameryki. Przyznam jednak, że nie pamiętam kiedy ostatni raz pojechałam poza Warszawę bez GPS. A ostatni raz tak dużo śpiewałam w dzieciństwie podczas obozów harcerskich. Śpiewałam wtedy z innymi. Potem już nie kojarzę takich momentów, bym z kimś (poza Ulubionym lub Paniczem Synem) cokolwiek śpiewała. Chyba, że po podlaniu alkoholem na jakiejś imprezie.

mój GPS na trasie Nowy Sącz – Zakopane

W większości wszyscy własne śpiewanie zabijamy radiem czy odtwarzaczami z muzyką. Po tych kilku godzinach samotnego śpiewania w aucie zastępczym stwierdzam, że może szkoda? W końcu to pewna forma ćwiczenia… pamięci. Ileż piosenek zapomnianych wydłubałam z niej, jakby były schowanymi w piwnicy skarbami.

A GPS? Już kilka razy przyłapałam się na myśli, że korzystanie z niego zabija orientację w terenie. Przyłapałam wielu znajomych na tym, że gdzieś jadą korzystając z GPS i nie wiedzą, czy to na północ czy na południe. Może dlatego, że od dziecka uwielbiam mapy zawsze wiem gdzie jadę? Wyznam jednak, że jazda bez GPS, choć przyzwyczaiłam się do tej „protezy”, nie była dla mnie tak trudna, jak bez radia. I tak się zastanawiam. Mamy w tym roku zmieniać auto. Z gniazda do zapalniczki na pewno nie zrezygnuję. Obawiam się, ze nie zrezygnuję również z radia. Ale… może będę je rzadziej włączać? Warto zobaczyć co zostało nam w głowie z tych lat…

I tak myślę, że może wracając do Warszawy przerzucę się na wiersze? Kto wie… recytowanie to też dobre ćwiczenie.

Ciekawe, że to dzięki takiemu mało nowoczesnemu samochodowi zastępczemu wiem, że jeszcze nie jestem kaleką w szponach protez XXI wieku. I pomyśleć… gdy odebrałam go z warsztatu byłam załamana. Jak ja dojadę…

W sidłach miejskiego korka

Stwierdziłam wczoraj, że komunikacja w stolicy jest jednak najlepsza na świecie. Dowód? Wczoraj miałam być gościem pewnego lokalnego radia internetowego. Konkretnie radia Praga z siedzibą na rogu Szwedzkiej i Stalowej. Zaś godzinna audycja ze mną miała zacząć się o 18:00. Prowadzącemu ją dziennikarzowi obiecałam być o 17:40. Była godzina mniej więcej 15:30, kiedy wyjechała ze szpitala w Tworkach w Pruszkowie, w którym odwiedzałam znajomego. Niepokoić zaczęłam się o 16:50 kiedy stałam w gigantycznym korasie (czymś więcej niż korku) na rondzie Jazdy Polskiej. Dopiero po 20 minutach dojechałam na plac Konstytucji. Zadzwoniłam do prowadzącego audycje i powiedziałam, ze jadę, ale to co dzieje się na mieście to horror. Polecił nie martwic się. Do audycji jest przecież prawie godzina. Potem łączyliśmy się jeszcze Iles razy, a on mówił, że najwyżej zacznie beze mnie itd. O 17:20 stałam na Żurawiej, o 17:40 na Książęcej. Dlatego o 17:50 porzuciłam samochód przy stacji SKM Warszawa powidle i wpadłam jak burza do pociągu jadącego do Otwocka. Przejechałam jeden przystanek do stacji Warszawa Stadion, gdzie zbiegłam na sam dół do metra. Tam gubiąc niemal buty wpadłam jak burza do wagonu i znów przejechałam jeden przystanek do stacji Warszawa Wileńska, wbiegłam znów gubiąc buty i oddech na górę i autobusem dojechałam jeden przystanek do radia. Była 18:12. Leciały piosenki, reklamy i właściwie można powiedzieć, że… zdążyłam. Wracałam tą samą drogą po samochód, który stał jakby nic się nie stało. Jakby nie było wcześniej żadnych korków, w których spalił on astronomiczne ilości benzyny, choć normalnie pali 4 litry na setkę. Po tym zdarzeniu poważnie zastanawiam się, czy następnym razem do Tworek w odwiedziny nie pojechać jednak SKM-ką. Taniej, mniej nerwowo, no i przede wszystkim można w czasie podróży spokojnie po drodze poczytać. I tylko niewygodnie nosić siaty i niebezpiecznie jeździć z laptopem, aparatem foto itd. 

Ach ta potrzeba!

Wszędzie nas pędzi, wszędzie gna
potrzeba fizjologiczna!

Tak śpiewali moi koledzy na obozach harcerskich na melodię „Harcerskiej doli”, wędrując za potrzebą do latryny. Ja też czasem nucę i to tyle lat po harcerskich obozach. Co do potrzeb fizjologicznych mam swoją teorię. Załatwianie ich to przyjemność. Wnioskuje tak na podstawie obserwacji. Tych samych, które kiedyś pozwoliły jednemu z bohaterów książki „Imię Róży” bezbłędnie odgadnąć gdzie jest to miejsce, do którego nawet król chodzi piechotą. Biedny i przebierający nogami Adso z Melku usłyszał wtedy, że jego Mistrz widział jednego brata biegnącego w tamto miejsce z miną nieszczególną, a po chwili tenże sam brat wracał stamtąd zadowolony.

Gdy jedna z moich koleżanek z redakcji powiedziała kiedyś, że nie lubi robić kupy z miejsca powiedziałam do niej:
- To nie rób! Nigdy więcej nie rób!
Ja tam lubię, bo lubię być wolna. Od kału, moczu, głodu, pragnienia i wszystkich innych zniewoleń. I dawno jeszcze przed lekturą „Imienia Róży” zauważyłam, że z WC przeważnie wychodzą zadowoleni ludzie.

I teraz przejdę do meritum. Czemu o tym piszę? Ano to wszystko przez… Chojnice! Wylądowałam tam na dworcu na 45 minut przed odjazdem pociągu. Ponieważ godzinę wcześniej wypiłam pół litra herbaty z cytryną, więc… pęcherz domagał się opróżnienia. Najpierw odbierałam telefony etc., więc czasu na zajmowanie się sobą nie miałam, a potem było już za późno na bieganie do miasta. Na 20 minut przed odjazdem pociągu zorientowałam się, że dworcowa toaleta jest nieczynna. Na moje pytanie zadane pani w kasie, a które brzmiało:
- Co mam zrobić?
Usłyszałam:
- Nie wiem.
- A gdzie jest jakaś inna toaleta?
- Nie wiem – odparła pani i wzruszywszy ramionami wróciła do wydawania reszty innej pani.
- Czyli jeśli teraz zdejmę majtki i tu nasiusiam na środku, to będzie w porządku? – Spytałam, bo wierzyć mi się nie chciało, by można było odesłać człowieka z takim problemem z kwitkiem.
- Jak pani chce – odparła „panienka z okienka” nie przerywając wydawania reszty, a ja pomyślałam, że znam kilka osób, które po takiej odpowiedzi mogłyby to zrobić na trzeźwo, a także z dziesięć razy tyle takich, które po dwóch głębszych zrobiłyby to z ochotą. Na złość tej pani i całemu PKP.
Ja nie zrobiłam. Zacisnęłam zęby, zwieracze itd. Wytrzymałam. Poszłam do WC dopiero w pociągu relacji Chojnice – Tczew.

Przypomniała mi się jednak od razu opowieść koleżanki, która w mróz szukała z czteroletnią córką w podwarszawskiej miejscowości toalety. Nie znalazła. Na dodatek wszystkie sklepy konsekwentnie odmawiały jej prośbom o wpuszczenie do swoich kibelków dziecka, które coraz bardziej przebierało nogami. Mróz zaś był taki, że wystawienie pupy na trawniku nie wchodziło w grę. Jak mi powiedziała koleżanka:
- Nie wiem, czy gdybym miała syna zdecydowałabym się go w te pogodę wysadzić pod drzewkiem.
Po pół godzinie ulitowała się nad obiema przedstawicielkami płci pięknej jedna pani z ciastkarni. A przecież ona, z tej racji, że handluje żywnością, powinna mieć najwięcej obaw. A może dzieciak jest na coś chory i to coś przyniesie do niej do ciastkarni? Jednak zgodziła się wpuścić małą na zaplecze. W przeciwieństwie do tej z obuwniczego, która burknęła, że tu się butami handluje a nie chodzi za potrzebą, czy tej z księgarni, która stwierdziła, że tu się czyta a nie „leje” i czego to moja koleżanka uczy córkę! No jasne! Powinna wtłaczać do głowy Mickiewicza i Konopnicką, a pęcherz zawiązać na supeł lub zatkać korkiem.

Co zrobiłaby moja koleżanka na tym dworcu? Jak tę niemożność pójścia do WC zniosłoby jej dziecko? Jak znoszą to inne dzieci, które trafiają na dworzec w Chojnicach? Czy może to ja mam pecha, że akurat toaleta nie działała?

To jest bardzo ciekawe, że w XXI wieku, w sporym miasteczku, gdy psuje się dworcowa toaleta, nikt nie robi nic, by ulżyć ludziom w potrzebie. Nie stawia przenośnego klopika typu „toi-toi” lub nie podaje pracownikom instrukcji, co odpowiadać, gdy ktoś zapyta o WC. A sami pracownicy? Gdzie te potrzeby załatwiają? W majtki? Czy może mają pampersa? Obawiam się, że dla nich jednak jest jakaś toaleta. I tu jest pies pogrzebany! Chcemy do Europy! Ponoć w niej od zawsze jesteśmy! Ale naprawdę to tylko u nas i w krajach byłego ZSRR na pytanie o WC urzędnik (a kimś takim jest kasjerka PKP) może odpowiedzieć: „nie wiem” zamiast zaprowadzić do własnej urzędniczej toalety. Chojnice nie są jedyne. Dlatego nie rozumiem czemu dziwimy się, że mamy zaszczane przejścia podziemne, uliczki, zaułki itd.

O Matko Boska!

Na I komunię święta dostałam srebrny medalik z Matką Boską Ostrobramską. To było symboliczne. Większość dzieciaków dostawała z Częstochowską. Ale moi rodzice uznali, że skoro Częstochowska jest na wyciągnięcie ręki, a Ostrobramska daleka, to trzeba mnie uraczyć tym, co nie jest tak prosto zobaczyć na własne oczy. I dla mnie proste to nie było. Do Wilna zawitałam po raz pierwszy dopiero teraz, przy okazji festiwalu poetyckiego „Maj nad Wilią”. Choć religijna nie jestem – do Ostrej Bramy pobiegłam dwa razy. Raz było za późno, bo po 19-tej, kiedy cudowny Obraz był już zamknięty. Ujrzałam go dopiero za drugim razem, co mimo mojego braku religijności, wzruszyło niepomiernie. Ale to w końcu kawałek polskiej historii. Płakałam z tego wzruszenia strasznie, że nie tylko leciały min łzy, ale jeszcze ciekły gile z nosa. Oto wreszcie ujrzałam na własne oczy to, co miałam na komunijnym medaliku. To, co dotąd było dalekie. Po obfotografowaniu Ostrej Bramy i siebie w tej Ostrej Bramie, postanowiliśmy (a byliśmy w małej czteroosobowej grupce) wejść do kaplicy. Tam kolejne wzruszenie, bo Wilno – stolica Litwy, a na ścianie stary napis o tym, że Matka Boska jest Królową Korony Polskiej. Oglądaliśmy wota i dyskretnie obserwowaliśmy modlących się. Z jakimi prośbami przyszli? Za co dziękują? Po chwili zadumy wychodziliśmy. I właśnie wtedy nadeszła wycieczka licealistów z Polski. Część z nich szła po schodach na klęczkach, jak prawdziwi pątnicy. Było to wzruszające. Niestety czar prysł dość szybko, bo oto w chwili, kiedy wchodzili do kaplicy, jedna z dziewczyn powiedziała na cały regulator:

- A co to meczet jest? Że ona na półksiężycu?

I znów zachciało mi się płakać, ale już nie ze wzruszenia.

Reisefieber od tygodnia, czyli liczę!

Ponieważ wielkimi krokami zbliża się mój wyjazd do Wilna, więc cierpię na tzw. reisefieber, czyli lęk przed podróżą. W moim przypadku jest on zwykle związany nie tyle z samym wyjazdem, ile z tym, czy uda się wszystko przed nim załatwić. Czy na pewno o niczym nie zapomnę? Jeszcze parę obowiązków do wypełnienia mi zostało. Muszę np. m.in. zmontować dwie rzeczy dla telewizji, napisać jeden artykuł, do tego wyskoczyć na targi książki, na których czekają mnie spotkania. Wykonać kilka telefonów. Odpowiedzieć na kilkanaście listów. Powinnam też zrobić zakupy do domu, by moich chłopaków nie zostawić z pustą lodówką. Chodzi o to, by nie musieli biegać z pełnymi siatami na piechotę. Na razie tylko ja w domu mam prawo jazdy. Poza tym powinnam zrobić jeszcze drobne zakupy przed wyjazdem. Na przykład po to, by nie wylądować w Wilnie bez szczoteczki do zębów i zaczynać wizytę tam od biegania po sklepach za czymś, co mogłam zabrać.

Walizka od kilku dni leży na środku sypialni. Ulubiony taktownie nic nie mówi, choć ona przeszkadza w poruszaniu się po domu, a na dodatek budzi niezdrowe zainteresowanie Pana Psa, który jest w stanie pod naszą nieuwagę oddać na nią mocz w celu zaznaczenia, że zarówno walizka jak i my należymy do niego.

Z tego zmęczenia wczoraj, gdy znajoma reżyserka pochwaliła się, że jeden z jej scenariuszy teatralnych, przygotowanych z myślą o edukacji młodzieży został uznany i pochwalony przez jakieś grono pedagogiczne, twierdzące, że 5 dziewczynek i 4 chłopców w wieku 13 lat zagrało w przygotowanej na jego podstawie sztuce, ja ze stoickim spokojem dodałam 5 dziewczynek do 4 chłopców, a otrzymany w ten sposób wynik pomnożyłam w pamięci przez 13 lat. Uzyskawszy tą drogą 117, pokiwałam głową w zachwycie, że to ponad 100, a potem dopiero przyszła refleksja: „Co ja robię? Co ja liczę? Co ja dodaję? Co ja mnożę?”.

No takie są skutki przygotowywania się do wyjazdu. Liczę! Głównie na siebie, ale co sobie poza tym pododaję i pomnożę – to moje! Czas dzielenia nadejdzie później.

Zmuszona do karty

Jak powszechnie wiadomo, nie wolno mówić słów „nigdy” i „zawsze”, bo potem coś się dzieje takiego, że musimy daną sobie obietnicę złamać. I tak ja wielokrotnie obiecywałam sobie, że nigdy więcej nie wezmę karty kredytowej, a tu proszę… figiel losu mnie do tego zmusił.

Otóż jadę do Wilna. Pisałam jakiś czas temu, że dostałam nagrodę za film „Kto ty jesteś” i tą nagrodą jest pobyt w Wilnie na festiwalu „Maj nad Wilią”. Mam zagwarantowany pobyt i wyżywienie, ale… podróż tam i z powrotem muszę zorganizować sobie sama. Zaczęłam więc szukać najtańszych połączeń Warszawa-Wilno. Znalazłam autobusowe. Bilet w dwie strony, ze zniżkami z tytułu skorzystania z jakiejś tam internetowej promocji, kosztuje 127 złotych (słownie: sto dwadzieścia siedem). Nie jest to więc majątek, a nawet powiem więcej… taniocha w porównaniu np. z biletami tam i z powrotem do do Sosnowca (jechałam tamże w środę pociągiem ekspresowym i zapłaciłam ponad 250 złotych). Niestety z kupnem biletów do Wilna był pewien problem. Zapłacić za nie można było jedynie… kartą kredytową, a ja takiej… nie mam. Nie wchodziły w grę przelewy z konta czy płatności zwykłą kartą debetową. Owszem… mogłam kupić bilet za gotówkę w jakimś tam Orbisie, ale już drożej o 25%, a to w końcu nieopłacalne. Jak wybrnąć z całej sytuacji? Zaczęłam dzwonić po znajomych z pytaniem, kto może mi kupić te bilety przez internet, płacąc swoją kartą kredytową. Ja natychmiast mu daję 127 złotych albo gotówką albo przelewam na konto. Mogę zresztą przelać mu te pieniądze od razu, a on niech mi zapłaci swoją kartą kredytową po wpłynięciu mu ode mnie przelewu. Jeśli ktoś myśli, że znalezienie człowieka, który byłby skłonny zrobić dla mnie coś takiego było proste, to jest w błędzie. Tłumaczenia były idiotyczne.

- Nie ma mnie w domu – powiedziała jedna koleżanka.
- Ale nie musisz teraz. Możesz wieczorem. Jeśli to nie problem.
- Żaden problem, dla ciebie wszystko, ale wracam dziś o 23-ej.
- Możesz po 23-ej. Chyba, że to jest problem. Jak nie chcesz, to powiedz!
- Żaden problem. Dla ciebie wszystko. Ale mogę już być zmęczona i zapomnieć.
- No to możesz jutro. Chyba, że to problem.
- Żaden problem. Dla ciebie wszystko, ale jutro akurat wstaję o 6-tej i mogę nie mieć do tego głowy…
- Powiedz, że nie chcesz, bo znasz moje podejście do życia – odparłam już zła i być może niegrzecznie burknęłam:  - Jak wiesz, kto nie chce szuka pretekstu, kto chce szuka sposobu…
I odłożyłam słuchawkę, ale to była ósma taka rozmowa.

Koleżankę pewnie zatkało, ale naprawdę uważam, że lepiej by zrobiła mówiąc mi proste „nie” i nawet nie próbując się z tego tłumaczyć, a tak obie traciłyśmy czas. Podobnie ten czas (mój i swój) tracili inni znajomi. Jedna dobry kwadrans tłumacząc mi, że zdrapała sobie z karty trzycyfrowy kod i nie może płacić nią przez Internet. Ktoś tam kartę zostawił w domu i towarzyszyła temu opowieść, co jeszcze oprócz karty nie zostało przez niego zabrane z mieszkania. Ktoś nie może jej znaleźć już trzeci tydzień i tu obowiązkowa historia poszukiwań. Ktoś tam będzie mógł, ale za dwa dni, bo jest w trasie i karty przy sobie nie ma. I tu podanie szczegółowego grafika zajęć na delegację , w której tej ktoś się znajduje. W końcu napisałam na jednym z portali społecznościowych otwarte pytanie do znajomych. Kto może mi kupić bilet za 127 złotych. Najpierw zapadła cisza, choć dosłownie przed chwilą toczyła się burzliwa dyskusja o Conchicie Wurst. Po dwudziestu minutach odezwała się córka koleżanki z podstawówki, że ona mi kupi. Odezwała się jednak wtedy, gdy dosłownie dziesięć minut wcześniej bilet tam i z powrotem do Wilna kupił mi już kolega. Był dziewiątą osobą, do której zadzwoniłam z prośbą o pomoc. Nota bene potem dwa dni musiałam go prosić, by podał numer konta, na który „odleję” mu należność, czyli cholerne 127 złotych.

Gdy potem opowiadałam tę „przygodę z biletem” w towarzystwie, kilka osób powiedziało mi, że miały podobną sytuację i to, co przeszły, by to coś mieć (głównie dziwnym trafem rzecz dotyczyła biletów lotniczych lub wycieczek) naraziło je na takie nerwy, że starały się unikać takich zakupów. Jednak każda z nich, za którymś razem wystąpiła do banku o kartę kredytową. Jak mi powiedziała jedna z tych osób:

- Wiesz, stwierdziłam, że lepiej już płacić rocznie kilkadziesiąt złotych za kartę kredytową niż przeprowadzać upokarzające rozmowy ze znajomymi.

Ja doszłam do tego samego wniosku. Bo choć tak jak moim znajomym, tak i mnie udało się w końcu znaleźć kogoś, kto pomógł w zakupie biletu dostępnego tylko po zapłaceniu kartą kredytową, to jednak sam proces dzwonienia po ludziach z prośbą o pomoc w tej sprawie był po prostu nieprzyjemny.

Koniec końców i ja zadzwoniłam do banku:
- Czy mają państwo w ofercie kartę kredytową z małym limitem?
- Z małym limitem? – Zdziwił się pan i spytał: – Co to jest mały limit?
- Chodzi mi o kartę, z której będę rzadko korzystać. Właściwie tylko wtedy, gdy nie ma możliwości płacenia kartami debetowymi lub dokonywania przelewów z konta.
- A o jaki limit pani chodzi? – Spytał pan.
- Tysiąc złotych – bąknęłam, choć w sumie nie wiedziałam, czy jest taki mały limit.
- Możliwe to jest, ale nie wiem czy opłacalne – odpowiedział pan i wyjaśnił, że karta kosztuje 70 złotych rocznie. – Nie będzie pani musiała tej sumy płacić tylko wtedy, jeśli skorzysta z niej pani 120 razy lub wykorzysta 12 tysięcy złotych w skali roku.

Po przemyśleniu sprawy zgodziłam się na te warunki. Wprawdzie nie przewiduję wykorzystania 12 tysięcy ani 120 transakcji, ale na moją decyzję wpłynęło przypomnienie sobie tych ośmiu i denerwujących i w sumie przykrych rozmów, kiedy pytałam znajomych, czy mogę kupić mi autobusowy bilet tam i z powrotem do Wilna za głupie 127 złotych, bo nie mam możliwości za niego zapłacić z powodu braku odpowiedniego narzędzia, czyli karty kredytowej.

PS Ciekawe, że gdy dzwonię do kogoś pożyczyć np. 200 złotych – nie mam takich problemów.

PS 2 A  kto jeszcze nie widział filmu „Kto ty jesteś” – zapraszam na seans.

auto

Od „wziatki” do „wziatki”

Poszłam ostatnio na pewną debatę dotyczącą Unii Europejskiej. Oczywiście nie obeszło się bez rozmów o Ukrainie. Słuchając tego, co mówią rozmówcy, pomyślałam, że ktoś, kto nigdy tam nie był i nigdy nic nie załatwiał w urzędzie – nigdy tego kraju nie zrozumie.

Unia Europejska ma swoje standardy antykorupcyjne. Ukraina, czy nam się to podoba czy nie, a także czy jej się to podoba czy nie, jest w trudnej sytuacji. To kraj tak skorumpowany, że aby korupcję zwalczyć trzeba by chyba w więzieniu zamknąć chyba wszystkich ludzi. Korupcja nie zaczyna się u szczebli władzy, ale w nizinach. Wiem o tym naprawdę sporo i nie tylko dlatego, ze Ulubiony jest obywatelem Ukrainy. Przez lata sprzątała u mnie Sława – Ukrainka spod Lwowa. Jeden z jej synów był policjantem.

- Pani Małgosiu, ja musiała dać wziatku szoby win praciuwaw – mówiła i tłumaczyła, że on potem też musiał i cały czas musi brać „wziatki”, czyli łapówki, bo co miesiąc musi płacić za utrzymanie się na stanowisku zwykłego policjanta. Gdyby chciał nie brać, nie miałby z czego żyć, bo łapówki, które trzeba wręczać komendantowi za możliwość pracy w policji, przewyższają pensję policjanta. Cóż… Komendant musi też coś odpalić swojemu szefowi, on swojemu i tak idzie to dalej aż do ministerstwa, a potem władz najwyższych z Prezydentem na czele. Kiedy mi to opowiadała – nie bardzo wierzyłam aż… losy zagnały mnie na Ukrainę w sprawie innej niż turystyka. Opisywałam tu w swoim czasie, jak Ulubiony wyrabiał sobie nowy paszport. (Przez ambasadę Ukrainy paszport można zrobić, ale starego typu. A Ulubiony chciał biometryczny, ważny 10 lat. Taki można wyrobić tylko na Ukrainie.) Koszt dodatkowy, to 3 tysiące hrywien (1500 złotych), by paszport był gotowy w trzy dni, a nie w miesiąc. Na siedzenie tam miesiąc, nie mogliśmy sobie pozwolić. Ukraińcy muszą brać „wziatki”, bo sami co chwilę muszą je dawać. Ja uparłam się, że przejadę Ukrainę bez wręczania łapówek. Nie było to proste, ale… udało się. (Poza stoma hrywnami danymi pany, w którego stuknęłam, a któremu i tak nic się nie stało, bo jeździł  „pancerną” ładą.) Jednak policja zatrzymywała mnie co chwilę. Oczywiście z powodu samochodu, który był nie tylko na zagranicznych przecież numerach, ale na skutek tej drobnej stłuczki lekko uszkodzony. Oto więc znalazł się powód, by mnie zatrzymać. A nuż uda się wyłudzić pieniądze?

Najbardziej wryła mi się w pamięć rozmowa z pierwszymi policjantami, którzy zatrzymali nas niemal zaraz po stłuczce. Uszkodzenie samochodu polegało na zbiciu szybki jednego reflektora i lekkim wgnieceniu przedniej maski. Na rozmowę z zatrzymującym nas patrolem poszedł najpierw Ulubiony. Wrócił po pół godzinie i powiedział:

- Idź ty, bo ode mnie chcą półtora tysiąca hrywien łapówki.

Poszłam więc i zaczęłam z grubej rury.

- Ja „wziatkiw” ne daju.

Panów najpierw zatkało, a potem jeden przez drugiego zaczynają tłumaczyć, że mam stłuczone auto i to jest niezgodne z przepisami.

- No to proszę mandat – mówię. Ale oni mandatu wystawić nie chcą. To im się nie opłaca. Dopiero później, gdy w hotelu odwiedza nas przyjaciel Ulubionego – Nazar, który jest inżynierem w fabryce czołgów, zaczynam domyślać się, że podstaw do wręczania mi mandatu nie było. Dlaczego? Oto zapytany przez nas Nazar, czy to co stało się samochodowi, to coś poważnego (na Ukrainie Fiaty to rzadkość, a Seicento jest modelem zupełnie nieznanym i już wtedy czuliśmy, że naprawiać je będziemy już w Polsce) słyszymy, że to nic takiego. A wyglądem auta mamy się nie przejmować, bo, jak powiedział Nazar „tu ludzie jeżdżą bez… drzwi”!

Policjanci jednak nie chcą odpuścić. Nie pomagają próby wmówienia mi, że jestem przestępcą zaczynają, więc… grozić. Ja odpowiadam też groźbami. Wyciągam legitymację dziennikarską. Ponieważ jest w niej napisane cyrylicą, kim jestem z zawodu, więc… działa. Na policjantach robi to ogromne wrażenie. Dlatego teraz ja zaczynam z wysokiego C. Wmawiam, że jestem jedną z najbardziej znanych polskich dziennikarek, więc za moment trafią na pierwsze strony polskich gazet i portali informacyjnych. To skutkuje. Życzą mi szerokiej drogi. Do auta wracam po góra pięciu minutach. Ulubiony jest w szoku. Potem opowiada mi, jak wyglądała jego rozmowa z „krajanami”.

- Ty Zachar jesteś, tak? – pytał jeden. – Słuchaj Zachar. Nas tu trzech. Ty swój człowiek (ludyna), ty rozumiesz. Każdy z nas ma żonę (drużynu), dzieci… – I w ten sposób przez pół godziny próbowali namówić Ulubionego, by on namówił kierowcę do zapłacenia łapówki. Pod koniec błagali. Grozić nie mogli, bo za kierownicą nie siedział on – tylko ja, obywatelka Unii Europejskiej.

Potem sprawa powtarzała się kilkukrotnie. Ale rozmowy trwały krótko. Ulubiony miał zakaz odzywania się, by nie wyszło, że jest stąd. A moja legitymacja prasowa u zwykłych funkcjonariuszy budziła strach..

Najciekawiej jednak wyglądała sprawa z powrotem z Ukrainy, kiedy na moim rozbitym samochodzie próbowali zarobić niemal wszyscy celnicy na granicy ukraińsko słowackiej. Zanim jednak spakowaliśmy się itd., zobaczyłam, jak Ukraina, korupcja i prawo, a właściwie jego nieprzestrzeganie, wpływają na mieszkańców. Uległ temu nawet Ulubiony, który dał się ponieść ostrzeżeniom wujka, że samochodem z rozbitym reflektorem nie wypuszczą nas z Ukrainy. Pojechaliśmy więc najpierw do warsztatu poleconego przez szwagra. Mechanik, który robił audi, mercedesy, skody itd., na widok Seicento, które przecież budzi u nas uśmiech politowania, zaniemówił. On taki samochód widzi po raz pierwszy. Części nie zdobędzie i w ogóle nie podejmuje się tego robić. Wszyscy zaczęli biadolić, że tragedia! Że już nigdy nie wyjadę z Ukrainy. Wszyscy święcie wierzyli, że z powodu zbitej szybki reflektora zostanę tam na zawsze! Ta panika zaczęła się udzielać i mnie. Pewnie dlatego dałam się namówić na jazdę na pobliski posterunek. Miałam tam uzyskać w komisariacie zaświadczenie, że mój samochód nie brał udziału w wypadku. Tak poradził Ulubionego wujek, który jest sędzią. Kazał się na siebie powołać na komisariacie, bo komendant to jego znajomy, a tym samym zażądać zaprowadzenia do samego komendanta. Na komisariacie wyraz twarzy ludzi zmieniał się na sam dźwięk nazwiska wujka. Wszyscy zaczynali nerwowo biegać wokół budynku komisariatu, ale… komendant do mnie nie przychodził. Jak tłumaczyli – pojechał w teren. Ma być za moment, a oni próbują go ściągnąć. Ten moment zdawał się przedłużać w nieskończoność. Ja zaczęłam się niecierpliwić i… myśleć. A czemu ja mam brać jakieś zaświadczenie, że pojazd nie brał udziału w wypadku? Niech oni mi udowodnią, że brał! I tak podjęłam decyzję. Dzwonię do konsulatu we Lwowie. Tam dyżurny kazał zadzwonić do ambasadora dyżurnego i podał jego komórkę. Zadzwoniłam, przedstawiłam się. Opowiedziałam wszystko od A do Z. Ambasador dyżurny parsknął śmiechem, a potem westchnął ciężko.

- No taki to kraj! Ale jak auto jedzie, to nikt pani nie zatrzyma. Nie ma podstaw. Oni tu czyhają na naiwnych, by wyciągnąć kasę. Nic im nie dawać! Pani jedzie na granicę normalnie. Jakby były kłopoty to pani do mnie zadzwoni.

Następnego dnia na granicy w Użgorodzie przy moim autku zebrało się całe „konsylium” celników. Najpierw próbowali groźbą, że nie można wyjeżdżać, bo auto stłuczone. Gdy spytałam o podstawy prawne zamilkli i zmienili strategię. Oto dbają o mój interes. Nie chcą mnie wypuścić, bo… Słowacja mnie nie wpuści! W Unii takimi autami jeździć nie wolno. Ja im na to, że ja jestem z Unii i u nas, jak samochód działa i światła działają, to ja mogę jechać, bo jakoś auto muszę dowieźć do warsztatu. Kiedy dorzuciłam informację, że u nich auta się naprawić nie da, bo taka marka to rzadkość, a modelu nikt nie zna – stracili rezon. Zostały im tylko błagania o łapówkę. Ale ja na takie błagania, tak jak i na pokazówki, że oto dzwonią do jakiegoś ministerstwa, urzędu itd., (a tak robili) jestem głucha. Gdy już wiedziałam, że mnie wypuszczą, bo zadzwonił do mnie ambasador dyżurny i wesoło spytał, „jak tam?” postanowiłam teraz ja zabawić się kosztem celników. Oto gdy na koniec spytali, czy wiozę coś hurtowo odpowiedziałam:

- Da, no ja stydajus pokazaty.

Rzucili się na mnie, jak sępy. Co też wiozę w dużej liczbie i wstydzę się pokazać? Sięgnęłam po papierową torebkę, w której było 30 drewnianych długopisów. To stara huculska zabawka, jak się później okazało można ją kupić także w Polsce, w Zwierzyńcu n. Wieprzem. Wtedy jednak jeszcze o tym nie wiedziałam ani ja ani Ulubiony. Owa zabawka, to po prostu drewniana pałeczka, która może być oprawką długopisu. Drewniana obsadka może być albo mężczyzną albo kobietą. Jej ruchoma część skrywa… narządy płciowe. W przypadku babki, to nacięcie z naklejoną kupą czarnych kłaków. W przypadku dziadka, to po prostu sztywna pałka. Jest to zabawne z wielu powodów. Między innymi dlatego, że dziadek np. w mundurze milicjanta ma taką pałkę w… paski. Dziadkowie w ludowych strojach ukraińskich przeważnie mają na głowach kapelusz lub wymalowany osełedec. Babki są w chustkach. Wyjęłam jedną obsadkę długopisu. Taką, która przedstawiała babkę, bo w końcu wokół mnie sami faceci – celnicy. Poruszyłam ruchomą częścią pokazując babcine przyrodzenie i powiedziałam udając mocno zawstydzoną:

- Wołosata szczo? My u Polszczy takich ne majemo.

Celników zatkało. Potem zaczęli się śmiać, ale nie wiem czy ze mnie, czy z babcinego owłosionego przyrodzenia, czy raczej jednak z siebie i swojej naiwności, że do końca liczyli na „wziatkę”.

Słowacy, gdy zawitaliśmy już na słowacką stronę granicy, na uszkodzone auto w ogóle nie zwrócili uwagi. Nie padło nawet pytanie „co się stało?”.

I kiedy teraz tyle się mówi o Ukrainie, że ona do Europy. Kiedy zachodnie państwa wstawiają się za Julią Tymoszenko, to ja pytam: Naprawdę wierzycie w to, że niewinna? Że nie jest umoczona w żadną korupcję? Jeśli tak, to trzeba by ją ogłosić świętą za życia. Bo w końcu, jak ona się tam uchowała? Rada Europy jeszcze w 1999 roku ustalając Cywilnoprawną Konwencję o przeciwdziałaniu korupcji przyjęła dość szeroką definicję korupcji. Uznano za nią: żądanie, proponowanie, wręczanie lub przyjmowanie, bezpośrednio lub pośrednio łapówki lub jakiejkolwiek innej nienależnej korzyści lub jej obietnicy, która wypacza prawidłowe wykonywanie jakiegokolwiek obowiązku lub zachowanie wymagane od osoby otrzymującej łapówkę, nienależną korzyść lub jej obietnicę, przy czym łapówka może stanowić korzyść nie tylko dla odbiorcy, ale i dla innego podmiotu.” Jak żyć na Ukrainie nie dając łapówek? Jak ich nie brać, gdy po dawaniu łapówek w portfelu nie zostaje z pensji nawet hrywna? Przecież tam życie upływa nie tak, jak u nas: od pierwszego do pierwszego lub od weekendu do weekendu, ale od „wziatki” do „wziatki”.

Wehikuł czasu z biletem do PRL

Kto wymyślił wehikuł czasu? Oczywiście Herbert G. Wells, ale… o podróżach w czasie pisano już przed nim. A po nim? Powstały nie tylko filmy, ale przede wszystkim tomy literatury z Panem Samochodzikiem i człowiekiem z UFO włącznie, którą to książkę uważam zresztą za niedoceniony filozoficzny testament duchowy stojącego nad grobem ateisty. Kto nie wierzy – niech przeczyta, mając na uwadze, że autor był ciężko chory na serce, nie wierzył w Boga, a był na tyle próżny, że na swój sposób marzył o nieśmiertelności – co wyziera zresztą z kart wielu jego książek. Najlepszym sposobem na podróż w czasie, a zwłaszcza w przeszłość, są… książka, film lub spektakl. Ponoć ten, który zrobiliśmy z Ulubionym całkiem nieźle przenosi w lata 1913-1918. Są jednak i inne sposoby. Oto dziś przeniosłam się do PRL. I to bynajmniej nie za sprawą książki, filmu czy spektaklu, ale za sprawą autobusu dalekobieżnego – dawniej zwanego pekaesem. Otóż pojechałam dziś na spotkanie autorskie do Płocka autobusem z dworca Warszawa Zachodnia. Jak tylko stanęłam na peronie od razu cofnęłam się do roku 1985, kiedy wraz z trzema kolegami z klasy (tylko czwórka nas została z całej klasy chętnych) udaliśmy się podobnym pekaesem do Zdworza nad Jezioro Zdworskie na majówkę. Było to w czasie, gdy uczniowie starsi od nas pisali maturę. Pekaes po drodze się zepsuł, czekaliśmy na przesiadkę, dymiło mu się z rury wydechowej, kierowca żłopał piwo z rozpaczy, a my w ogóle mieliśmy wtedy masę przygód. Na przykład na miejscu okazało się, że w umówionym punkcie nie czekają na nas nie tylko klucze od domków, ale i od ośrodka wypoczynkowego Straży Pożarnej, który miał być tylko do naszej dyspozycji. Klucze miano nam dostarczyć następnego dnia. By mieć gdzie nocować przeskoczyliśmy ogrodzenie i włamaliśmy się do jednego z domków przez niedomknięte okno. Resztę kluczy dowieziono nam następnego ranka, dzięki czemu każdy miał dla siebie jeden domek. Jednak tę pierwszą noc spędziliśmy we czwórkę. Śpiąc na dwóch zsuniętych łóżkach i leżąc na nich w poprzek z nogami wystającymi poza to prowizoryczne posłanie. Pamiętam, że nażarliśmy się fasolki po bretońsku i kolega Krzysio, który dziś jest wziętym prawnikiem, puszczał strasznie śmierdzące bąki, które staraliśmy się zabić paląc na potęgę papierosy marki „Radomskie”. Wrócę jednak do pekaesów. Tamten był niebieskim ogórkiem. Ten też był niebieski, choć na markę nie zwróciłam uwagi. Na oknie widniał znak powiewu nowoczesności. Napisano na nim bowiem: „WI-FI w środku”, co ucieszyło mnie, bo oto nadarzała się okazja zrobić to, na co nie mam od miesiąca czasu, czyli uporządkować swoją elektroniczną pocztę. Zanim jednak weszliśmy do autobusu, gdzie miało na nas czekać WI-FI, ze środka wyszedł straszny pan kierowca, który dość szybko okazał się być rodem z PRL.

I teraz krótkie wyjaśnienie. Pekaes docelowo jechał nad morze przez pewną popularną uzdrowiskową miejscowość, leżącą na Kujawach. Większość pasażerów zmierzała właśnie tam. Zapewne na turnusy rehabilitacyjne, zdrowotne i tym podobne. Byli to ludzie po 60-tce, co pana kierowcę – chyba spragnionego wdzięków młodych pań – najwyraźniej wnerwiło już na wstępie. Odnosił się do pasażerów, jak do za przeproszeniem „gówna”, rozstawiał ich po kątach, krzyczał i tak dalej. O świcie, o tej porze roku temperatura powietrza w Warszawie nie przypomina tej, która panuje na przykład na Florydzie czy w Kairze. Szczękaliśmy, więc zębami przed autobusem i czekaliśmy aż pan łaskawie wpuści nas do środka. On jednak najpierw chował bagaże – wrzeszcząc, że najpierw duże walizki, potem mniejsze, informując przy tym, że ludzie są niereformowalni, że nie słuchają, pchają duże wtedy, kiedy on prosi małe i odwrotnie. Ktoś tam próbował mówić, że bagażu nie ma, bo jedzie bliżej niż do uzdrowiska i chętnie by już wszedł do ciepłego (jak mniemaliśmy) wnętrza, został jednak tak ofuknięty, że stał karnie w kolejce jak cielę. Ja też tak stałam. W trakcie tego stania i czekania przypomniała mi się książka „Nasz mały PRL” i ten fragment, w którym autorzy szukali spożywczaka z niesympatycznymi ekspedientkami jak z PRL. Gdyby dziś prowadzili swój eksperyment i szukali niesympatycznego kierowcy pekaesu to mogę podać bardziej szczegółowe dane.

Wreszcie doszło do momentu wsiadania. Miałam miejsce nr 25, ale pan rozdarł się, że mamy siadać na pierwszym wolnym, a nie tak, jak mamy numerki przydzielone.

- Na numerku pięć siadać nie wolno, bo tam się trzeba zapinać pasami i po cholerę! – wrzeszczał dodając przy tym, że pasażerowie są nieznośni, jęczący i przeszkadzają.

Gdy weszłam do autobusu szybko okazało się, że jest w nim zimno, jak w przysłowiowej psiarni, a WI-FI jest tylko na tej kartce na oknie. Jako reklama teorii, a nie praktyka do używania. Nawet nie chciałam pytać, dlaczego. Całkiem możliwe, że pan go nie włączył, bo co będzie włączać takie cuda starym pierdzielom jadącym do sanatorium, a w końcu tym dla niego byli pasażerowie. Wnioskuję tak na podstawie całego zachowania pana kierowcy i tonu, jakim zwracał się do nas.

Miałam ze sobą i książkę i tablet z wieloma innymi książkami i gazetę… niestety rozmowy wokół mnie uniemożliwiały skupienie się na lekturze. Wszystkie zaczynały się od mówienia o kulturze kierowcy. Dopiero potem była cała reszta tematów. I tak: panią z tyłu bolały nerki, ta z przodu cierpiała na bezsenność, a ktoś tam owdowiał i tak dalej. Wysłuchałam więc przeglądu chorób i po przeczytaniu jednego rozdziału, jednego wywiadu i dwóch artykułów, zamiast czytać sięgnęłam po pasjanse w tablecie. Jednak to jest świetny wynalazek, gdy chce się zabić czas, a nie można czytać. Biłam kolejny rekord łamigłówkowy wymyślając, pod wpływem wielu ostatnich wydarzeń, pasjonującą historię, którą być może w wolnej chwili uczynię tematem farsy zatytułowanej „Ruski pedał”. Jej bohaterem będzie zbiegły z Rosji homoseksualista, który ucieka do Polski przed prześladowaniami Putina. Wynajduje jakieś swoje dalekie polskie korzenie i chce tu żyć, bo się naczytał, że jesteśmy krajem o wielkiej tradycji tolerancji. Szybko jednak okazuje się, że tu jest nie tylko obleśnym pedałem, ale jeszcze obleśnym Ruskiem. Nie chcą go nawet przyjąć do zakonu, gdzie zostaje skierowany z podpuszczenia różnych prowokatorów. Tam mają dość swoich kłopotów i obcy nie są im potrzebni. Tak więc bohater zostaje zmuszony opuścić nasz kraj. Zabiera ze sobą książkę „Maestro”, w której jest mowa o posiedzeniu rady miasta Poznania w sprawie Wojciecha Kroloppa. Chce uświadamiać świat, że pedał a pedofil to nie jest jedno i to samo. Jedzie na Dominikanę gdzie morduje go kartel narkotykowy. No… może jeszcze dorzucę zgodnie z sugestiami Ulubionego, z którym esemesowo „łączyłam się w bulu”, karlicę saksofonistkę koniecznie Żydówkę. Zrobić z niej jego przyjaciółkę? W każdym razie biłam rekord w pasjansach wymyślając „pasjonującą” historię „Ruskiego pedała”, gdy usłyszałam jak jedna z pasażerek pyta naszego „pana i władcę”, kiedy będzie jakiś postój.

- Przecież dopiero wyjechaliśmy z Warszawy! – Burknął kierowca przypominając mi, że właśnie jestem w PRL, jadę nieogrzewanym autobusem z burczącym dziadem za kółkiem.

- Ale ja pytam, dlatego, że będziemy jechać siedem godzin i chciałabym wiedzieć gdzie i o której staniemy – powiedziała pani, a zaraz zaczęła wtórować jej druga tłumacząc:

- Ludzie mają różne potrzeby! Chcemy wiedzieć, kiedy będziemy mogli np. pójść na siusiu. (W pekaesie był WC, ale nie wiem czy działał. Przez całą podróż nikt się do tego przybytku nie zbliżył.)

- Będę informował, że jest postój, jak będzie postój – burknął pan.

- Ale chcemy znać przybliżony czas – powiedziała inna z pań.

- Będzie jak będzie!

- Mógłby być pan milszy – zauważyła pierwsza pani i dorzuciła jeszcze, że w „Polskim Busie” kierowcy są milsi.

„Mój” pekaes miał być w Płocku przed dziewiątą. Nie zdziwiłam się wiec wcale, gdy po ósmej zadzwoniła pani bibliotekarka z Książnicy Płockiej z pytaniem, czy już jadę. Odpowiedziałam, zgodnie z prawdą, że tak, a pani zapewniła mnie, że będzie na mnie czekać w Płocku na przystanku autobusów dalekobieżnych na ulicy Jachowicza. O godzinie przyjazdu do Płocka, podanej mi zresztą w punkcie informacji na dworcu, kiedy za oknem nie stwierdziłam obecności nie tylko Płocka ani nawet jego przedmieść, pani z biblioteki zadzwoniła ponownie. Tym razem z pytaniem gdzie jestem, bo przecież powinnam już być na miejscu. Odpowiedziałam jej, że jadę, że pan jest niezbyt miły (co było w tym przypadku eufemizmem), ale podejdę do niego i spytam na kiedy przewiduje przyjazd. Tak też zrobiłam, dzięki czemu pani z Książnicy Płockiej mogła również wysłuchać mojej uroczej konwersacji z kierowcą.

- Przepraszam pana, za ile będziemy w Płocku?

- Jak dojedziemy – burknął pan, bo inaczej mówić do ludzi chyba nie umiał.

- A jak długo jeszcze będziemy jechać? – Spytałam i wyjaśniłam, że pytam, bo mam na linii osobę, która tam na mnie czeka.

- Do Płocka jeszcze dziesięć kilometrów – znów burknął, no bo gdyby powiedział to milej wówczas zapewne by mu pękła taka żyłka w czterech literach, która służy do puszczania bąków, a wtedy niechybnie by doszło do tragedii.

W tym momencie panią z Książnicy Płockiej coś tknęło i poprosiła, bym spytała, czy ów pekaes staje na ulicy Jachowicza. Pan się oburzył. Powiedział, że na Jachowicza nie staje – tylko na kolejowym. Ustaliłam więc z panią, że ona tam po mnie pojedzie. Wracając na swoje miejsce, w szeregu śmieci niszczących życie pana kierowcy, zdążyłam jeszcze kątem ucha usłyszeć uwagi, że go wszyscy męczymy o to, kiedy, kiedy, kiedy wreszcie, a on… przecież jedzie! Cały pekaes zamilkł. Ja straciłam wątek w farsie o „Ruskim pedale” uznając, że nic lepszego od jego męczeńskiej śmierci na Dominikanie już nie wymyślę. (Chyba… że dodam śmierć w tamtejszym pekaesie.) I oto po mniej więcej pięciu minutach, pan zatrzymał autobus na środku szosy i, ku zdumieniu chyba nas wszystkich, zaczął jakiegoś przechodnia wypytywać o drogę do… Płocka. Chwilę potem rozpoczął manewr zawracania. Pekaes pełen nas – trutniów przeszkadzających w pracy kierowcy tym, że jesteśmy, nadal milczał. Byliśmy do tego stopnia sterroryzowani, że już nawet nie komentowaliśmy tego co się stało. Gdy mocno spóźniona wysiadałam w Płocku powiedziałam panu, że dziękuję mu za podróż jak z czasów PRL. Bo naprawdę ten PKS był jak wehikuł czasu. Nieogrzewany, bez WI-FI i z kierowcą, który nas nienawidził za to, że jesteśmy, a on musi się tak upadlać i nas wozić. I tylko coś dziwnie jestem spokojna, że tego, co do niego powiedziałam, w ogóle nie zrozumiał. Przecież to nie on jest dla nas, tylko my dla niego! Jak w PRL! A właściwie nawet nie my dla niego. My mu przeszkadzamy w pracy. O ile fajniej by było, gdyby tak jechał nad to morze bez nas. Pustym busem. Przecież takie puste krzesło nie mówi, nie chce siusiu i nie pyta o postoje. Milczy. I nawet, jak jest świadkiem tego, że kierowca nie zna drogi, to nikomu o tym nie powie. No i broń Boże nie zarzuci, że u jakiegoś innego przewoźnika jest milej. Przecież w PRL istniał tylko jeden przewoźnik. Pan i władca nas wszystkich. Jak kierowca „mojego” pekaesa.

PS Wracałam prywatnym busikiem. Taniej o 5 złotych, cieplej, szybciej i milej. Można? Można! I nawet sobie poczytałam!