Archiwa tagu: podróże

Urodzona w trzynastej minucie, czyli jak to u mnie przeważnie wygląda

Nie mogę powiedzieć, że mam pecha, choć wielu znajomych tak uważa. Ja twierdze jednak, że nie jest tak źle, bo przecież w końcu w ostateczności zawsze spadam na przysłowiowe cztery łapy. Faktem jednak jest, że zanim dojdzie do szczęśliwego lądowania z reguły czeka mnie masa przygód. Tak było i ostatnio. To z ich powodu zaniedbałam pisanie bloga, ale niestety nie tylko bloga. Na szczęście powoli wracam do regularnego pisania.

Przygody nazywały się wysyp różnych dolegliwości zdrowotnych zmieszanych z nawałem spotkań autorskich, warsztatów literackich czy dziennikarskich.

Dolegliwości zdrowotne pominę i od razu przejdę do swoich „przygód”. Oto w czasie podróży po Śląsku, kiedy w pociągach starałam się czytać, to niestety ku swojej radości i jednocześnie przekleństwu wzięłam ze sobą jako lekturę najnowszą książkę Pawła Dunin-Wąsowicza „Dzika Biblioteka”. Niestety czytanie w publicznym miejscu czegoś takiego jak swoista autobiografia literacka, napisana przez kogoś, kogo zna się od 7 roku życia, nie może dobrze się skończyć. Ponieważ w czasie lektury zdarzyło mi się kilka razy dostać ataku niepohamowanego śmiechu, więc dostało mi się od współtowarzyszy podróży. Epitety, których się nasłuchałam pominę. Na dodatek srebrna zakładka, którą Ulubiony zamówił mi u jubilera z okazji 5 rocznicy ślubu, spadła mi kilka razy w pociągu za fotel i dokonywałam cudów, by ją stamtąd wyciągnąć. Jednak to wszystko było jeszcze niczym, choć podróżowałam wtedy po Śląsku z temperaturą, lekami itd.

Najgorętszym momentem był bowiem ten, kiedy wyruszyłam w podróż trasą: Mława, Białystok, Augustów, Ełk, Gdańsk, Gdynia. Z powodu pory roku w dłuższe trasy jeżdżę pociągami i autobusami. Uwielbiam prowadzić samochód, ale teraz zbyt szybko robi się ciemno, droga bywa więc niebezpieczna, a przez to także strasznie męcząca. Do Mławy wybrałam się więc pociągiem. Tam dojechałam z Dworca Wschodniego w godzinę jakąś „Luxtorpedą”, ale z powrotem do Warszawy, (skąd po kilku godzinach odchodził pociąg do Białegostoku), wracałam na Dworzec Gdański. Ten pociąg relacji Mława-Warszawa był osobowym, zatrzymującym się na każdej stacji i jadącym dwa razy dłużej niż wspomniana przeze mnie „Luxtorpeda”. Miałam rzecz jasna książkę do czytania, ale… uwagę moją przykuła grupka kilku mężczyzn jadących do pracy do jakiejś warszawskiej fabryki na drugą zmianę (ponieważ wysiedli na stacji Warszawa-Żerań, więc znajomi sugerowali potem, że może Polfa Tarchomin). Przyznam, że dawno nie słyszałam takich rozmów jak te pociągowe. Kolejna wzięta w trasę książka po chwili okazała się zupełnie nieważna, bo oto uświadomiłam sobie, że zupełnie nie wiem o czym rozmawiają tzw. zwykli ludzie. Nie chodzi o to, że mam siebie za niezwykłą, ale większość moich znajomych to ludzie wykształceni. Ci, sądząc z zachowania, języka i tematów wykształceni nie byli. O czym mówili? Zaczęło się od kłótni o Pudzianowskiego. Jeden twierdził, że to „dziad” i już „do niczego się nie nadaje”. Drugi, że przecież wygrał walkę. Pierwszy z rozmówców twierdził, że to niemożliwe, bo widział jak „ten dziad dostaje po ryju”, ale wtedy pozostali dwaj zaczęli przekonywać, że trochę dostał, ale na końcu wygrał. „Chyba” – dodał drugi. A trzeci stwierdził, że „chyba tak”. Pierwszy z rozmówców uwierzył kolegom na słowo, choć przekonywali o wygranej Pudzianowskiego używając słówka „chyba” i z rozmowy wyszło, że żaden nie obejrzał walki do końca. Ale cała trójka uznała, że racja jest po stronie tych dwóch, bo są dwaj, a większość ma rację. Nikomu nie przyszło do głowy sprawdzić w internecie w komórce, czy Pudzianowski wygrał czy nie. Ja, jak to dziennikarka, w międzyczasie sprawdziłam. (Wygrał z Jay Silvą w październiku w Dublinie na punkty). Ale dla panów nie miało to znaczenia. Rozpoczęli obgadywanie znajomych. Tak… faceci też plotkują. Nawet tacy twardzi robole. Ofiarą ich plotek padł kolega. Rozmowę sobie zanotowałam, bo była niezwykła. Brzmiała tak:

- Zenek to hajta się. Koledzy już dla niego nie istnieją – powiedział jeden z nich.

- Dziewczynę ma? – spytał drugi.

- Jakaś dziwa – stwierdził ten pierwszy.

- Fajna?- spytał drugi.

- Nie wiem. Pierdoli ją bez przerwy. Tak oszalał na jej punkcie.

- No i co? – spytali obaj niemal na raz.

- Nic. Już ma nas w dupie.

Ta porywająca rozmowa sprawiła, że się zadumałam nad tematami polskiego ludu i jego słownictwem, że o mały włos, a odjechałabym pociągiem na bocznicę, bo nie zauważyłam, że jestem na stacji końcowej, czyli Warszawa Gdańska. Ale to był dopiero początek tego „seta przygód”. Tego dnia jechałam bowiem dalej, czyli do Białegostoku. Zapowiadano śnieg, więc założyłam długie, czerwone buty. Krótkie nubukowe wsadziłam do walizki. Pogoda zmieniła się w połowie podróży. Gdy wysiadłam na białostockim peronie walił śnieg z deszczem. Peron zmienił się w wielką kałużę, a ja zanim doszłam do postoju taksówek, zdążyłam kompletnie przemoczyć buty. Nocowałam w Centrum Kultury Prawosławnej. W przemoczonych butach nie chciałam iść na kolację. A nubukowych było żal, bo wiedziałam, że przemoczę je natychmiast. Kolacja z dowozem mogła być najwcześniej za godzinę, więc położyłam się spać bez jedzenia, popijając aspirynę gorzką herbatą i kładąc na kaloryferze wypchane papierem toaletowym buty. Do rana wyschły. Przemyłam je płynem micelarnym do demakijażu, smarując potem kremem Nivea, bo tylko to miałam w kosmetyczce. Rano pojechałam do Augustowa na spotkanie autorskie, niestety po drodze powtórnie przemoczyłam nogi. W trzech augustowskich sklepach obuwniczych usiłowałam kupić kalosze, ale tylko jedne były mojego rozmiaru. Niestety zbyt długie, bym mogła w nich chodzić. Kompletnie uniemożliwiały mi zginanie nóg w kolanach. Żeby było weselej, po przymierzeniu nie byłam w stanie ich zdjąć. Musiały mi pomagać panie bibliotekarki, które usłużnie zawiozły mnie do sklepu słysząc o przemoczonych nogach. W autobusie Augustów – Ełk, a potem w pociągu Ełk – Gdańsk, wyobrażałam sobie siebie w tych za długich kaloszach, jak idę w nich niczym robot, a potem w pokoju gościnnym gdańskiej Biblioteki Publicznej błagam pana ochroniarza, by pomógł mi je zdjąć. Ech… pewnie jednak bym się wstydziła prosić o pomoc i znając siebie położyła do snu w kaloszach.

W Gdańsku miałam być przed 20:00. Planowałam więc kupno kaloszy w pobliskiej Galerii Handlowej, czynnej do 21:00. W pociągu sprawdziłam jaki tam jest sklep z butami i wybrałam stosowny model. Chodziło mi o to, by zakupu dokonać szybko i pójść jeść. W końcu poza śniadaniem w białostockim Centrum Kultury Prawosławnej tego dnia zjadłam tylko kanapkę na dworcu w Ełku. Niestety pociąg miał opóźnienie i w Gdańsku znalazłam się na pół godziny przed zamknięciem Galerii. Poprosiłam taksówkarza, by zawiózł mnie do Biblioteki (bardzo blisko dworca), gdzie miałam nocować w pokoju gościnnym, bym zostawiła tam bagaże. On miał na mnie poczekać i zawieźć po te kalosze. Szybko jednak okazało się, że u mnie nic nie może być prosto. Gdańsk rozkopany i choć bibliotekę widzieliśmy oboje żadne z nas nie wiedziało jak się tam dostać, bo budynek obstawiony był płotami budowy. Jakoś wreszcie się udało. Zostawiłam bagaże panu ochroniarzowi i pojechaliśmy do Galerii, w której do sklepu CCC wpadłam na 5 minut przed zamknięciem krzycząc od progu, że ‚proszę o kalosze Lasocki nr 39!’ Były.

Zapłaciłam, zmieniłam przemoczone buty na kalosze i… postanowiłam coś zjeść. Na mapie sprawdziłam, gdzie jest najbliższa knajpa. Niestety… był w niej tłok, tylko jeden wolny stolik, przy którym siadłam i po kwadransie czekania na to aż zauważy mnie obsługa, dla której, jako osoba samotna, byłam chyba mało atrakcyjnym klientem – wyszłam na dwór. Wyszukałam w sieci inną knajpę, sprawdziłam opinie o niej i zamówiłam taksówkę, która zawiozła mnie na miejsce. Tam okazało się, że zupa kosztuje majątek, ale… byłam tak zmęczona, że stwierdziłam: „raz kozie śmierć” i zjadłam chyba najdroższą samotną kolację. Wprawdzie wartą swojej ceny, bo przepyszną, ale jednak w takiej scenie, jaką płacę za 5 obiadów literackich w Domu Literatury. Wreszcie zamówiłam taksówkę do Biblioteki, by położyć się spać. Niestety nic nie może być w porządku, więc w połowie drogi zorientowałam się, że tam gdzie jadłam kolację zostawiłam moje przemoczone buty i musiałam się wracać. W łóżku byłam po 23:00, wcześniej ponownie myjąc buty płynem micelarnym do twarzy i smarując kremem Nivea. Następnego dnia spotkanie miałam w Gdyni o 15:00, ale wcześniej byłam umówiona ze znajomym w knajpce w Gdańsku. Sama wybrałam knajpkę i podałam godzinę. Chyba nie byłam jednak specjalnie zdumiona, gdy następnego dnia stanęłam przed… zamkniętymi drzwiami, na których wisiała kartka z informacją, że w lokalu do 6 grudnia trwa remont. Powlekłam się do lokalu obok, gdzie znajomy mnie odnalazł. Popołudniowe spotkanie z czytelnikami zostało zaplanowane na 15:00. Miało być dla młodzieży – uczestników warsztatów, ale… było dla dorosłych, bo młodzież nie przyszła. Tego dnia w domu byłam przed północą. Następnego była niedziela. Nie miałam siły wstać, ale… musiałam, bo przecież czekały na mnie kolejne obowiązki.

A opisałam to wszystko, bo… spadłam na cztery łapy? Spadłam! A to, że po drodze się poobijałam, połykałam aspirynkę, pobolało mnie to czy tamto, zapłaciłam za kolację „jak Cygan za matkę” cóż… urodziłam się o godzinie 11:13…, a ponieważ u mnie wszystko przeważnie tak wygląda, więc? To chyba sprawka tej trzynastki. Oczywiście pod warunkiem, że to ona naprawdę przynosi pecha.

Krótko o finansach

Lecę służbowo do Budapesztu. Przydzielono nam diety w złotówkach. Postanowiłam wymienić w kantorze na forinty. I tak zaczęły się schody. Miałam diety dla trzech osób po 300 zł dla każdej osoby. W kantorze nie mogli wymienić 3 razy po 300 zł, a jedynie 1 raz 300 zł, zaś potem 1 raz 600 zł, gdyż 300 zł to (po dopłacie 1,45 zł) wynosi 20500 forintów, a w kantorze mieli tylko jeden 500 forintowy banknot. Pomyślałam, że rozmienię 1000 frontów na lotnisku. Niestety w dwóch kantorach mi odmówiono. Nie rozmieniają walut. Dlaczego?
Jest przepis o nierozmienianiu. Ale dlaczego? Tego nie wie nikt!

Co kraj to obyczaj, czyli druga migawka z Syberii

Po ostatniej wizycie w Rosji powiedzenie „co kraj to obyczaj” zdaje mi się „oczywistą oczywistością”. Nie była to moja pierwsza wizyta u wschodnich sąsiadów. Pierwszy raz byłam tam 22 lata temu. W 1993 roku w 7 miesiącu ciąży odwiedziłam Petersburg i Nowogród Wielki. Wtedy jednak postsowiecki kraj raczkował, więc wiele rzeczy wybaczałam, aczkolwiek okradzenie mnie, ciężarnej wówczas kobiety, przez ulicznych podrostków – mocno zabolało. Również z powodu rzucania kamieniami w turystów pływających po Newie nie zdecydowałam się wtedy na rejs statkiem.

Ja, podwładny

Teraz nie jestem tak wyrozumiała. Lata minęły. Uważam więc, że i u nich powinno się coś zmienić. Mają się za kraj kultury? Niech i obyczajowo zachowują się tak, jak na kulturalnych ludzi przystało. Tymczasem… do kultury – w tym naszym europejskim pojęciu – jest im bardzo daleko. W irkuckiej Syberii przypomniały mi się różne dowcipy o rosyjskiej głupocie i braku wychowania, ale przede wszystkim słowa przypisywane Piotrowi I Wielkiemu – carowi Rosji, które brzmiały: „Podwładny powinien przed obliczem przełożonego mieć wygląd lichy i durnowaty, tak, by swoim pojmowaniem sprawy nie peszyć przełożonego.”
Przypominał mi się ten ukaz dlatego, że tam na każdym kroku to ja byłam podwładnym. Zaś moim przełożonym był ktoś, kto w świecie, do którego ja przywykłam, nigdy przełożonym moim by nie był. I tak… Moimi szefami byli tam: taksiarze, kelnerki, etażne, recepcjonistki, kierowcy autobusów, urzędnicy na lotnisku, bufetowe, a nawet babcie klozetowe. Jednym słowem wszyscy, którzy u nas stanowią pion usługowy. Wszyscy wbijali mnie w poczucie winy, że czegoś oczekuję i robili mi wielką łaskę, że mi to dają. Byli przy tym zdumieni, że nie mam przed ich obliczem wyglądu lichego i durnowatego. Ale po kolei.

Zaczęło się właściwie już w samolocie Warszawa – Moskwa gdzie stewardesa zamiast kawy przyniosła herbatę. Wtedy pomyślałam, że zdarza się każdemu i nie zaprotestowałam. Wręczała mi ją wprawdzie z taką miną, która mówiła: „bierz i spadaj”, ale jeszcze nie myślałam, że to norma. Wypiłam więc co dali. Potem na lotnisku w Moskwie wszyscy, mówiąc kolokwialnie, „darli na mnie ryja”. Ich zdaniem nie tu stanęłam, nie tak włożyłam do miski rzeczy, nie tędy idę. Dodatkowo zabrali dezodorant, który przeszedł kontrolę w Warszawie gdzie nie wzbudzał podejrzeń. Tu z powodu małego opakowania dezodorantu byłam zbrodniarzem. Zabierając krzyczeli. A ponieważ takie samo pojemnościowo opakowanie lakieru do włosów mi zostawili, więc miałam wrażenie, że nie o przepisy tu chodzi, ale o zgnębienie człowieka i pokrzyczenie na niego.

Potem w Irkucku w czterogwiazdkowym hotelu dostaliśmy kartę z talonami na śniadania. Pani zabrała nam paszporty. Teoretycznie powinna spisać nas błyskawicznie i zaraz nam je oddać. Przecież nie można pozbawiać gościa z zagranicy dokumentu tożsamości, bo nie wolno po Rosji obcokrajowcom poruszać się bez dokumentów. Tymczasem paszporty odebraliśmy dopiero późnym wieczorem.

Zbite taxi i Lenin

Taksówki w Irkucku są tanie. Za przejazd płacimy ok. 130 rubli co odpowiada cenie dwóch biletów autobusowych w Warszawie. Tylko dwa razy trafiają nam się taksówkarze Rosjanie. Przeważnie wożą nas Tadżycy, Uzbecy czy Buriaci. Wszyscy mają zbite przednie szyby. Tu norma. Jak tłumaczy mi jeden z taksiarzy miejscowe drogi są w tak złym stanie, że szyby rozbijają się szybko. O kamyczek wyskakujący spod kół. Nie ma sensu tych szyb reperować. Za duży koszt. Nikt jednak nie buntuje się przeciwko stanowi dróg. Ani stanowi chodników. Moim zdaniem nie mają świadomości, że gdzieś na świecie (nawet w Polsce, na której drogi ciągle narzekamy) jest pod tym względem o niebo lepiej. W Domu Aktora czyli małej sali Teatru Dramatycznego nie działa toaleta. Nikogo to nie dziwi, że na kilka dni wynajęto obiekt bez toalety. Gdzie mamy chodzić siusiu? Strażnik wzrusza ramionami. To nie jego problem. Zaproszeni goście z innych części Syberii nie buntują się. Tu nikt sie nie buntuje. Miejscowi nie buntują się też przeciwko wyburzaniu starych drewnianych domów, tak charakterystycznych dla Irkucka, i zastępowaniu ich takimi samymi tylko nowymi. (Jeśli ktoś się buntuje, to i tak nikt go nie słucha.) Tak powstała 130 dzielnica Irkucka, czyli ich „starówka”. Zbudowana od nowa. Tutejsi nie buntują się przeciwko pomnikowi Włodzimierza Lenina, ani temu, że ma on tu swoją ulicę. Jedną z głównych obok ulic Karola Marksa i Feliksa Dzierżyńskiego. Oni tęsknią za Związkiem Radzieckim, przeklinają Michaiła Gorbaczowa i wychwalają pod niebiosa Władimira Putina. Gdy fotografuję się przed pomnikiem Lenina w takiej pozie jak Lenin, jeden z przechodniów posyła pełne nienawiści spojrzenie. Nie wolno kpić z Włodzimierza Ilicza.

Przymus zwiedzania

Podczas wycieczki nad Bajkał zwiedzamy skansen w Talcy. Na terenie skansenu można wejść do kilku budynków. Do jednego nie zdążam wejść. Pani zastępuje mi drogę i macha przed nosem tabliczką z napisem „obiad”. Jej obiad jest ważniejszy od mojego zwiedzania, choć mam bilet, ale to ona jest tu panią i zawiaduje ekspozycją. Argument, że więcej tu nie przyjadę i będę odradzać przyjazd innym, zbywa wzruszeniem ramion. „To nie. Znajdą się jeszcze inni, którzy tu przyjadą”. Rosjanie na każdym kroku pokazują mi, że nie potrzeba im wycieczek z zagranicy. Ich muzea są dla Rosjan. Gość z zagranicy nie jest nie tylko mile widziany, ale w ogóle pożądany. Oni nie chcą się przed światem chwalić tym, co mają. Przecież i tak wiadomo, że są najwięksi na świecie i najlepsi na świecie. Są o tym tak przekonani, że resztą tego świata po prostu gardzą.

Nad Bajkałem zwiedzamy muzeum bajkalskie. W ramach ekspozycji jest tzw. „zanurzenie”. To symulacja zanurzenia na dno Bajkału. Nie interesuje mnie. Kojarzy mi się to z amerykańskimi symulacjami lądowania na księżycu, które na Florydzie bawiły mnie do łez tandetnością. Wolę fotografować Bajkał. Nie jestem odosobniona. Także Ulubiony i pan historyk ze Wspólnoty Polskiej wolą prawdziwy Bajkał od symulacji. Gdy nadchodzi czas odjazdu organizatorzy wycieczki robią nam awanturę. Podnosi się krzyk, że nas nie było. Próbuję ustalić w czym problem. Przecież nie zginęliśmy, bo byliśmy obok. Pada coś o wydanych pieniądzach na bilety. Mówię, że na ekspozycji byliśmy tylko zrezygnowaliśmy z tego „zanurzenia”. Jeśli to problem zaraz zwrócę pieniądze za bilety. Dopiero to otrzeźwia organizatorkę. Stwierdza, że nic się nie stało. A ja dopiero potem zaczynam się orientować, że problemem jest tak naprawdę to, że ktoś wyłamał się. Oni są nieprzyzwyczajeni do buntowników. Tu wszyscy robią to samo. Tu wszyscy robią to co im się każe. Choćby to było nie wiem jak głupie lub wbrew ich zainteresowaniom czy też woli. To nie jest kraj dla indywidualistów lub buntowników. Ulubiony raz po raz podkreśla, że nie po to uciekał z postsowieckiego systemu, by teraz znów to znosić. Zbuntowany i zły jest zresztą niemal od początku.

Kelner mój pan

Tuż po przylocie do Irkucka obiad jedliśmy w hotelowej restauracji. Hotel ma cztery gwiazdki, a tymczasem na stole stoją bukieciki kwiatów w… papierowych kubkach do kawy. Ulubiony zwraca na to uwagę i kręci głową. Kelnerka przyszła do nas po kwadransie oczekiwania, choć widziała, że czekamy a nawet prosiliśmy ją o podejście. Niestety swoje musieliśmy odczekać. Ona zaś musiała nam pokazać, że mamy czekać. Dość szybko okazało się, że potrawa np. ryba to jest sama ryba. Za każdą dodatkową rzecz typu ziemniaki czy ryż, płaci się oddzielnie.

Pierwszą kolację jedliśmy w restauracji włoskiej. Tam przeżyliśmy kolejny szok. Nie dokończyłam czegoś tam, bo gadałam, ale miałam chęć jeszcze jeść. Nagle podeszła kelnerka i… po prostu… zabrała mi sprzed nosa talerz z niedokończonym jedzeniem. Dla kelnerów każda chwila, kiedy odrywałam się od jedzenia była okazją, by zabrać mi ten talerz. A nuż szybciej wyjdę? W czasie jednego z bankietów talerz wyrywano mi cztery razy wciskając kolejny z następnym daniem. Ale ja już od kolacji we włoskiej knajpie starłam się starannie pilnować talerza. Pilnowałam go we wszystkich knajpach, gdyż zwyczaj zabierania sprzed nosa niedokończonego żarcia okazał się być powszechnym. Za każdym razem niemal wyrywano mi jedno niedokończone danie, by zaraz zastąpić następnym. Tak, jakby kelner chciał na końcu powiedzieć: „a teraz won!”. Tu nie można celebrować kolacji czy obiadu. Tu trzeba szybko żreć i wypad z baru! Najlepiej zresztą nie chodzić po knajpach. Tu nikt nie cieszy się z naszego przyjścia. Nikt nie zachęca. Mam wrażenie, że są wręcz wściekli, że muszą nam usługiwać. No i ten przymus oglądania telewizji. Gdy w czasie jednego z bankietów wyłączamy telewizor (sala zarezerwowana tylko dla nas) wchodzi kelnerka i nam go z powrotem włącza. Tu nie obowiązuje zasada klient nasz pan. Pewnego wieczora przychodzę na zapowiedziany na 19:00 bankiet. Jest 18:50, ale sala zamknięta. Wchodzić nie wolno. Karnie czekamy w hallu, w którym robi się coraz ciaśniej. Na dworze akurat wichura. Zresztą o tej porze na Syberii zdarza się dość często. Stoimy więc w ciasnym korytarzu i tłoczymy się aż do 19:15… W pewnym momencie pytam, czy nie można zapukać i powiedzieć im, że jesteśmy.
- Lepiej nie – słyszę. – Tu lepiej nie zadzierać.
- W zupę naplują? – pytam żartem.
- Coś takiego. – Pada odpowiedź.
Żartować tu zresztą nie wolno. Rosjanie nie mają poczucia humoru na swój temat. Śniadania w czterogwiazdkowym hotelu fatalne. Gdyby nie to, że ja się zawsze najem surowymi warzywami, to bym z głodu zdechła. Na śniadanie jem więc warzywa, jogurty, jajko sadzone i… naleśniki. Zwłaszcza, że mogę je posmarować miodem, który jak chyba już powszechnie wiadomo, żrę na potęgę i niemal hurtowo. Naleśników jest jednak tylko kilka. Mniej niż pokoi w hotelu. Znikają więc szybko. Gdy pewnego poranka schodzę na śniadanie i wszystkie są zjedzone pytam, czy jeszcze będą.
- Zaraz będą – odpowiada kelnerka wyraźnie obrażona, że czegoś śmiem chcieć. Przecież tu tyle dobrodziejstw! Bulion mięsny! Kasza! Jakieś wędliny i sałatki. No przecież nie powiem, że niezjadliwe. Czekam pięć minut, dziesięć… w końcu pytam znów o naleśniki i znów dowiaduje się, że „zaraz będą”. Pytam więc:
- Ile wynosi u was „zaraz”?
Kelnerka obraża się. Naleśników się nie doczekuję. Muszą mi wystarczyć jogurty, surowe warzywa i zimne jajko sadzone. Naleśniki wnoszone są ostentacyjnie wtedy, kiedy ja jestem już przy drzwiach. Taka gra. Kelnerka do końca musi pokazać, że jest panią sytuacji. Gdyby umiała, to by zanuciła na znaną Polakom melodię, parafrazę brzmiącą zapewne tak: „nie będzie klient pluł nam w twarz i żarcia się domagał!”

Restauracja w hotelu działa podobno 24 godziny na dobę. Na jeden z bankietów jadę bez Ulubionego, który z bólem głowy zostaje w hotelowym łóżku. Gdy wracam – chce mi się kawy. Schodzę do restauracji, a tam… zamknięte. Recepcjonistka wręcz oburza się, że chcę wejść. Zwracam uwagę, że sama mi mówiła, że restauracja jest czynna 24 godziny na dobę.
- Tak, ale to oznacza, że można sobie cos zamówić do pokoju – wyjaśnia zła jak osa.
Proszę o kawę. Podwójne espresso. Po 20 minutach słyszę pukanie do drzwi. To kelner. W jednej ręce trzyma kawę (nie podwójne, ale pojedyncze espresso), w drugiej szklankę z wodą. Tacy brak. Cukru jedna saszetka. Od razu chce forsy za kawę. Podaje za nią taką kwotę, że za te pieniądze kupiłabym tu kilka butelek wina. Ale macham ręka. Płacę. Zanoszę kawę i wodę na szafkę nocną. Z telewizora sączą się słowa, że ktoś „ubiwajet wsiech dżedajew”, gdyż nadają właśnie „Gwiezdne wojny”. Moszczę się w łóżku, sięgam po filiżankę, chcę zamieszać i… ze zdumieniem odkrywam, że łyżeczka jest tandetna plastikowa. Tylko udaje metalową. Cóż czterogwiazdkowy hotel też udaje wielki świat. Gdy go opuszczamy musimy poczekać przy ladzie aż pani „etażna” sprawdzi, czy zostawiamy go w należytym porządku. Czy niczego nie ukradliśmy, nie narobiliśmy w łóżko itd. Obwieszcza przez krótkofalówkę, że można nas wypuścić. W Polsce nigdy tego nikt nie robi. I tak mają moje dane. Oni tu też przecież mają, w końcu cały dzień trzymali nasze paszporty. A jednak lustrują przy mnie.

Czy to mój hamburger?

Obsługa gastronomiczna w Rosji to oczywiście temat rzeka. W drodze powrotnej na lotnisku w Moskwie mamy 4 godziny przesiadki. Decydujemy się iść do Burger Kinga. Powód prosty – najszersze i najwygodniejsze kanapy, no i toalety blisko i w miarę czyste, bo to lotnisko międzynarodowe i strefa bezcłowa. Normalnie tutejsze toalety pozostawiają wiele do życzenia. Oczywiście nie wszystkie i nie wszędzie. Popularne są tu toalety „na narciarza”, czyli te z dziurami w podłodze. Sporo jest takich, które zasłaniają nas do połowy. Skryta jest górna połowa ciała, a dolna widoczna. Widać więc co jest robione, ale nie wiadomo kto to robi. Gdybym np. miała okres i wypinając się nad dziurą, niczym Małysz na skoczni, spuściła do kostek majtki, wszyscy obejrzeliby moją pozostawioną w majtkach podpaskę. Nie bardzo mi taka wizja odpowiadała, więc unikałam toalet jak mogłam. Lotnisko to jednak toaletowa ‚Lux torpeda’ w porównaniu z tym, co jest tu normą. Tu są normalne sedesy, wprawdzie drzwi w kilku kabinach zepsute, wprawdzie suszarki do rąk nie wszystkie działają, a i mydło nie wszędzie jest, ale naprawdę to wielki świat. No i obok ten Burger King z wielkimi kanapami. Zamawiam dla siebie piwo i skrzydełka kurczaka, a dla Ulubionego zestaw czwarty, czyli jakiś burger z kurczakiem, pepsi i frytkami, które proszę zmienić na wiejskie kartofelki. Muszę dopłacić za ketchup, ale to nie jedyne zdziwienie. Dorzucają mi pachnąca serwetkę. Wprawdzie tylko za… pięć rubli, ale płatną. Taki zestaw obowiązkowy, jakby bili się o złotą patelnię. Nie dostaję za to pepsi. Kartofelki otrzymuję dwa razy. Podczas wyjaśniania sytuacji dowiaduję się, że zestawów tu nie ma, a to co jest zestawem nr 4 to tylko taki rysunek. Tu na lotnisku wszystko zamawia się osobno. Ponieważ zamówiłam kartofelki, więc je dostałam, drugie są prezentem za zamówienie powyżej jakiejś tam kwoty. Pepsi muszę zamówić dodatkowo. Ulubiony już nie chce. Zwłaszcza, że nagle… podchodzi do nas pani i zabiera hamburgera nr 4. Jesteśmy zszokowani, ale nawet nie protestujemy, bo wszystko to jest dla nas tak zaskakujące, że brak nam po prostu słów. Tymczasem pani idzie na zaplecze z naszym hamburgerem. Potem wraca i oddaje. Okazuje się, że myślała, że dała nam nie takiego, jak trzeba i teraz sprawdzała, czy dany nam hamburger zgadza się ze złożonym przez nas zamówieniem. Jesteśmy wściekli. Przypominają mi się historie, gdy w Polsce w McDonaldzie pomylono kanapki. Wtedy dostałam drugą za darmo. Gdy w „Literatce” w Domu Literatury znalazłam w sałatce białego robaka anulowano mi rachunek i zaproponowano w ramach rekompensaty kawę z wielkim ciastkiem na koszt firmy. I wiele innych takich sytuacji. Zepsute piwo? Przepraszamy i dajemy nowe na koszt firmy. W Rosji jest to nie do pomyślenia. Tu nikt za nic nie przeprosi. Informuję jednak panią, że w Unii po takim zachowaniu nie miałaby pracy. Ale ona ma mnie głęboko w dupie. Tu pracę ma, a to ja mam być cicho i karnie znosić grzebanie w moim hamburgerze, który zresztą wraca do mnie krzywo zapakowany. Dopiero potem reflektujemy się z Ulubionym, że mogliśmy odmówić przyjęcia z powrotem hamburgera. Chociaż, czy zostałoby to uwzględnione? Ciekawe co zrobiłaby kelnerka? Zauważam książkę skarg i wniosków. Z przyjemnością biorę do stolika i zanurzam się w lekturze. Dość szybko odechciewa mi się czytać. Z wpisów widzę, że choć Moskwa to Europa i kilkunastomilionowe miasto, to jednak obyczajowo tutejszej gastronomii daleko do cywilizowanego świata. W ogóle daleko do cywilizacji.

22 lata temu mogłam to wszystko wybaczyć. Ich demokracja raczkowała. Dziś nie jestem już tak wyrozumiała. Jeśli Rosja ma się za wielką – niech będzie wielka i wielkopańska także w obyczajach. Na razie to wielka wieś potiomkinowska, która za fasadą skrywa straszną prawdę o tym, że komunistyczny reżim tam trwa. Za kolejne 20 lat sprawdzę czy zrobiła krok do przodu, ale czarno to widzę. Carski ukaz o podwładnym zbyt mocno wrył się im w mózg.

W roli radia i GPS, czyli sprawdzian czy jestem „kaleką”

Człowiek przyzwyczaja się do dobrego. A potem… trudno odzwyczaić. Piszę to nie tylko dlatego, że od wielu miesięcy obserwuje wewnętrzną walkę znajomego – niegdyś dość zamożnego, a teraz biednego, bo ma na głowie naście kredytów i komornika i zamiast jak niegdyś sushi – dziś je kaszę gryczaną. Piszę, bo… odbyłam wielką podróż bez GPS i radioodbiornika w samochodzie. (I jeszcze jestem w jej połowie.) Ale… po kolei.

Mój samochód jest w warsztacie. Ponieważ nieprędko będzie gotowy, więc… na umówione wiele miesięcy temu spotkania autorskie w Małopolsce wybrałam się autem zastępczym. Z autami zastępczymi jest tak, że nigdy nie dostaje się auta lepszego od własnego, a jedynie zbliżone standardem. Co może być zbliżone standardem do 10-letniego seicento? Wprawdzie z klimatyzacją, elektrycznymi szybami, wspomaganiem kierownicy, światłami przeciwmgielnymi i radiem, ale jednak dziesięcioletniego małego auta? Ano… panda bez elektrycznych szyb, radia, klimatyzacji i… co najstraszniejsze – gniazda zapalniczki.

Życie bez klimatyzacji, dla kogoś, kto się do niej przyzwyczaił jest ciężkie. Życie bez radia też smutne, ale wszystko to byłoby znośne, gdyby nie brak gniazda zapalniczki. To dlatego nie mogłam podłączyć GPS, a rozmowy telefoniczne za kierownicą (mam słuchawkę w uchu) musiałam ograniczyć do minimum. Co robić więc przez tyle godzin podczas samotnej podróży na zakorkowanej trasie Warszawa-Zakopane? Zwłaszcza, gdy spada ciśnienie? Postawiłam na… śpiewanie.

Przyznam, że zadziwiłam samą siebie. Nie przypuszczałam, jak dobrą mam pamięć i jak bogaty (he he) repertuar. Drżyjcie narody! Drżyjcie uczestnicy „The voice of Poland”, „Mam talent” i innych show. Nadchodzę! Mogę być groźna, bo może i ktoś śpiewa ode mnie lepiej, ale… nie tyle, nie tak różnorodne rzeczy i nie bez przerwy. Repertuar miałam naprawdę bogaty! Otóż: Presley, Beatlesi, Lady Pank, Maanam, Budka Suflera, Skaldowie, Czerwone gitary, Perfect, Republika, T. Love, Irena Santor, Zbigniew Wodecki, Irena Jarocka, Anna Jantar, Zdzisława Sośnicka, Kayah, Hey, Piasek, de Mono, ukraiński zespół Okean Elzy, słowacki Desmod, Metallica, AC/DC, Mieczysław Fogg, Kabaret Starszych Panów, Stanisław Grzesiuk, Grabaż, Brygada Kryzys, Tilt, Kapela Czerniakowska i piosenki warszawskie, arie operetkowe Ferenza Lehara i Emmericha Kalmana, Stanisław Moniuszko, Jacek Kaczmarski, Marek Grechuta, Jan Szczepanik, piosenka turystyczna, piosenka harcerska, pieśni patriotyczne, a nawet piosenki przedszkolne oraz żołnierskie z zapamiętanych z dzieciństwa festiwali piosenki w Kołobrzegu. Przyznam, że gdy zaintonowałam na Zakopiance „Witaj Zosieńko” to nie dokończyłam, bo sama z siebie się uśmiałam. Ale co było robić? Zapadał zmierzch, drogę spowijała mgła, a z piosenką na ustach zawsze raźniej. Zwłaszcza, że jechałam bez GPS. Na miejsce do Zakopanego dojechałam bez problemu. Pamiętałam drogę. Choć Zakopane wiosną wygląda inaczej niż w zimie.

Dziś wyruszyłam do Nowego Sącza. Też z pieśnią na ustach i bez GPS. Dość szybko okazało się, że dojazd na miejsce nie był trudny, choć nie dysponowałam przecież mapą. Atlas samochodowy Polski został w moim samochodzie w warsztacie. Ale… wyjeżdżając spojrzałam raz w komputerze na mapę google, a potem… swoje zrobiły lata spędzone w harcerstwie na zajęciach z orientacji w terenie i.. rzecz jasna znaki drogowe plus tablice informacyjne. Gdyby kogoś interesowało, jak wracałam do Zakopanego to… przez Słowację. Bez mapy i GPS. Podjęłam taką decyzję, gdyż w drodze do Nowego Sącza ruch na szosie był spory. Wiedziałam, że gdy będę wracać do Zakopanego ten ruch będzie jeszcze większy. Pomyślałam, że słabo zaludniona Słowacja nie jest tak zakorkowana i podjęłam decyzję. Jak poradziłam sobie bez mapy i GPS? Na mapę drogową spojrzałam w bibliotece, a potem na małej karteczce zanotowałam numery dróg krajowych (polskich i słowackich). Z tymi numerkami przypiętymi do tablicy rozdzielczej auta wyruszyłam w drogę powrotną. Dojechałam. I tak myślę… usprawniamy sobie życie GPS’em. Umilamy radiem. Ale czy nie czynimy samych siebie pewnego rodzaju kalekami? Czy nie czynimy też siebie uboższymi? Wiem. Nie odkryłam Ameryki. Przyznam jednak, że nie pamiętam kiedy ostatni raz pojechałam poza Warszawę bez GPS. A ostatni raz tak dużo śpiewałam w dzieciństwie podczas obozów harcerskich. Śpiewałam wtedy z innymi. Potem już nie kojarzę takich momentów, bym z kimś (poza Ulubionym lub Paniczem Synem) cokolwiek śpiewała. Chyba, że po podlaniu alkoholem na jakiejś imprezie.

mój GPS na trasie Nowy Sącz – Zakopane

W większości wszyscy własne śpiewanie zabijamy radiem czy odtwarzaczami z muzyką. Po tych kilku godzinach samotnego śpiewania w aucie zastępczym stwierdzam, że może szkoda? W końcu to pewna forma ćwiczenia… pamięci. Ileż piosenek zapomnianych wydłubałam z niej, jakby były schowanymi w piwnicy skarbami.

A GPS? Już kilka razy przyłapałam się na myśli, że korzystanie z niego zabija orientację w terenie. Przyłapałam wielu znajomych na tym, że gdzieś jadą korzystając z GPS i nie wiedzą, czy to na północ czy na południe. Może dlatego, że od dziecka uwielbiam mapy zawsze wiem gdzie jadę? Wyznam jednak, że jazda bez GPS, choć przyzwyczaiłam się do tej „protezy”, nie była dla mnie tak trudna, jak bez radia. I tak się zastanawiam. Mamy w tym roku zmieniać auto. Z gniazda do zapalniczki na pewno nie zrezygnuję. Obawiam się, ze nie zrezygnuję również z radia. Ale… może będę je rzadziej włączać? Warto zobaczyć co zostało nam w głowie z tych lat…

I tak myślę, że może wracając do Warszawy przerzucę się na wiersze? Kto wie… recytowanie to też dobre ćwiczenie.

Ciekawe, że to dzięki takiemu mało nowoczesnemu samochodowi zastępczemu wiem, że jeszcze nie jestem kaleką w szponach protez XXI wieku. I pomyśleć… gdy odebrałam go z warsztatu byłam załamana. Jak ja dojadę…

W sidłach miejskiego korka

Stwierdziłam wczoraj, że komunikacja w stolicy jest jednak najlepsza na świecie. Dowód? Wczoraj miałam być gościem pewnego lokalnego radia internetowego. Konkretnie radia Praga z siedzibą na rogu Szwedzkiej i Stalowej. Zaś godzinna audycja ze mną miała zacząć się o 18:00. Prowadzącemu ją dziennikarzowi obiecałam być o 17:40. Była godzina mniej więcej 15:30, kiedy wyjechała ze szpitala w Tworkach w Pruszkowie, w którym odwiedzałam znajomego. Niepokoić zaczęłam się o 16:50 kiedy stałam w gigantycznym korasie (czymś więcej niż korku) na rondzie Jazdy Polskiej. Dopiero po 20 minutach dojechałam na plac Konstytucji. Zadzwoniłam do prowadzącego audycje i powiedziałam, ze jadę, ale to co dzieje się na mieście to horror. Polecił nie martwic się. Do audycji jest przecież prawie godzina. Potem łączyliśmy się jeszcze Iles razy, a on mówił, że najwyżej zacznie beze mnie itd. O 17:20 stałam na Żurawiej, o 17:40 na Książęcej. Dlatego o 17:50 porzuciłam samochód przy stacji SKM Warszawa powidle i wpadłam jak burza do pociągu jadącego do Otwocka. Przejechałam jeden przystanek do stacji Warszawa Stadion, gdzie zbiegłam na sam dół do metra. Tam gubiąc niemal buty wpadłam jak burza do wagonu i znów przejechałam jeden przystanek do stacji Warszawa Wileńska, wbiegłam znów gubiąc buty i oddech na górę i autobusem dojechałam jeden przystanek do radia. Była 18:12. Leciały piosenki, reklamy i właściwie można powiedzieć, że… zdążyłam. Wracałam tą samą drogą po samochód, który stał jakby nic się nie stało. Jakby nie było wcześniej żadnych korków, w których spalił on astronomiczne ilości benzyny, choć normalnie pali 4 litry na setkę. Po tym zdarzeniu poważnie zastanawiam się, czy następnym razem do Tworek w odwiedziny nie pojechać jednak SKM-ką. Taniej, mniej nerwowo, no i przede wszystkim można w czasie podróży spokojnie po drodze poczytać. I tylko niewygodnie nosić siaty i niebezpiecznie jeździć z laptopem, aparatem foto itd. 

Ach ta potrzeba!

Wszędzie nas pędzi, wszędzie gna
potrzeba fizjologiczna!

Tak śpiewali moi koledzy na obozach harcerskich na melodię „Harcerskiej doli”, wędrując za potrzebą do latryny. Ja też czasem nucę i to tyle lat po harcerskich obozach. Co do potrzeb fizjologicznych mam swoją teorię. Załatwianie ich to przyjemność. Wnioskuje tak na podstawie obserwacji. Tych samych, które kiedyś pozwoliły jednemu z bohaterów książki „Imię Róży” bezbłędnie odgadnąć gdzie jest to miejsce, do którego nawet król chodzi piechotą. Biedny i przebierający nogami Adso z Melku usłyszał wtedy, że jego Mistrz widział jednego brata biegnącego w tamto miejsce z miną nieszczególną, a po chwili tenże sam brat wracał stamtąd zadowolony.

Gdy jedna z moich koleżanek z redakcji powiedziała kiedyś, że nie lubi robić kupy z miejsca powiedziałam do niej:
- To nie rób! Nigdy więcej nie rób!
Ja tam lubię, bo lubię być wolna. Od kału, moczu, głodu, pragnienia i wszystkich innych zniewoleń. I dawno jeszcze przed lekturą „Imienia Róży” zauważyłam, że z WC przeważnie wychodzą zadowoleni ludzie.

I teraz przejdę do meritum. Czemu o tym piszę? Ano to wszystko przez… Chojnice! Wylądowałam tam na dworcu na 45 minut przed odjazdem pociągu. Ponieważ godzinę wcześniej wypiłam pół litra herbaty z cytryną, więc… pęcherz domagał się opróżnienia. Najpierw odbierałam telefony etc., więc czasu na zajmowanie się sobą nie miałam, a potem było już za późno na bieganie do miasta. Na 20 minut przed odjazdem pociągu zorientowałam się, że dworcowa toaleta jest nieczynna. Na moje pytanie zadane pani w kasie, a które brzmiało:
- Co mam zrobić?
Usłyszałam:
- Nie wiem.
- A gdzie jest jakaś inna toaleta?
- Nie wiem – odparła pani i wzruszywszy ramionami wróciła do wydawania reszty innej pani.
- Czyli jeśli teraz zdejmę majtki i tu nasiusiam na środku, to będzie w porządku? – Spytałam, bo wierzyć mi się nie chciało, by można było odesłać człowieka z takim problemem z kwitkiem.
- Jak pani chce – odparła „panienka z okienka” nie przerywając wydawania reszty, a ja pomyślałam, że znam kilka osób, które po takiej odpowiedzi mogłyby to zrobić na trzeźwo, a także z dziesięć razy tyle takich, które po dwóch głębszych zrobiłyby to z ochotą. Na złość tej pani i całemu PKP.
Ja nie zrobiłam. Zacisnęłam zęby, zwieracze itd. Wytrzymałam. Poszłam do WC dopiero w pociągu relacji Chojnice – Tczew.

Przypomniała mi się jednak od razu opowieść koleżanki, która w mróz szukała z czteroletnią córką w podwarszawskiej miejscowości toalety. Nie znalazła. Na dodatek wszystkie sklepy konsekwentnie odmawiały jej prośbom o wpuszczenie do swoich kibelków dziecka, które coraz bardziej przebierało nogami. Mróz zaś był taki, że wystawienie pupy na trawniku nie wchodziło w grę. Jak mi powiedziała koleżanka:
- Nie wiem, czy gdybym miała syna zdecydowałabym się go w te pogodę wysadzić pod drzewkiem.
Po pół godzinie ulitowała się nad obiema przedstawicielkami płci pięknej jedna pani z ciastkarni. A przecież ona, z tej racji, że handluje żywnością, powinna mieć najwięcej obaw. A może dzieciak jest na coś chory i to coś przyniesie do niej do ciastkarni? Jednak zgodziła się wpuścić małą na zaplecze. W przeciwieństwie do tej z obuwniczego, która burknęła, że tu się butami handluje a nie chodzi za potrzebą, czy tej z księgarni, która stwierdziła, że tu się czyta a nie „leje” i czego to moja koleżanka uczy córkę! No jasne! Powinna wtłaczać do głowy Mickiewicza i Konopnicką, a pęcherz zawiązać na supeł lub zatkać korkiem.

Co zrobiłaby moja koleżanka na tym dworcu? Jak tę niemożność pójścia do WC zniosłoby jej dziecko? Jak znoszą to inne dzieci, które trafiają na dworzec w Chojnicach? Czy może to ja mam pecha, że akurat toaleta nie działała?

To jest bardzo ciekawe, że w XXI wieku, w sporym miasteczku, gdy psuje się dworcowa toaleta, nikt nie robi nic, by ulżyć ludziom w potrzebie. Nie stawia przenośnego klopika typu „toi-toi” lub nie podaje pracownikom instrukcji, co odpowiadać, gdy ktoś zapyta o WC. A sami pracownicy? Gdzie te potrzeby załatwiają? W majtki? Czy może mają pampersa? Obawiam się, że dla nich jednak jest jakaś toaleta. I tu jest pies pogrzebany! Chcemy do Europy! Ponoć w niej od zawsze jesteśmy! Ale naprawdę to tylko u nas i w krajach byłego ZSRR na pytanie o WC urzędnik (a kimś takim jest kasjerka PKP) może odpowiedzieć: „nie wiem” zamiast zaprowadzić do własnej urzędniczej toalety. Chojnice nie są jedyne. Dlatego nie rozumiem czemu dziwimy się, że mamy zaszczane przejścia podziemne, uliczki, zaułki itd.

O Matko Boska!

Na I komunię święta dostałam srebrny medalik z Matką Boską Ostrobramską. To było symboliczne. Większość dzieciaków dostawała z Częstochowską. Ale moi rodzice uznali, że skoro Częstochowska jest na wyciągnięcie ręki, a Ostrobramska daleka, to trzeba mnie uraczyć tym, co nie jest tak prosto zobaczyć na własne oczy. I dla mnie proste to nie było. Do Wilna zawitałam po raz pierwszy dopiero teraz, przy okazji festiwalu poetyckiego „Maj nad Wilią”. Choć religijna nie jestem – do Ostrej Bramy pobiegłam dwa razy. Raz było za późno, bo po 19-tej, kiedy cudowny Obraz był już zamknięty. Ujrzałam go dopiero za drugim razem, co mimo mojego braku religijności, wzruszyło niepomiernie. Ale to w końcu kawałek polskiej historii. Płakałam z tego wzruszenia strasznie, że nie tylko leciały min łzy, ale jeszcze ciekły gile z nosa. Oto wreszcie ujrzałam na własne oczy to, co miałam na komunijnym medaliku. To, co dotąd było dalekie. Po obfotografowaniu Ostrej Bramy i siebie w tej Ostrej Bramie, postanowiliśmy (a byliśmy w małej czteroosobowej grupce) wejść do kaplicy. Tam kolejne wzruszenie, bo Wilno – stolica Litwy, a na ścianie stary napis o tym, że Matka Boska jest Królową Korony Polskiej. Oglądaliśmy wota i dyskretnie obserwowaliśmy modlących się. Z jakimi prośbami przyszli? Za co dziękują? Po chwili zadumy wychodziliśmy. I właśnie wtedy nadeszła wycieczka licealistów z Polski. Część z nich szła po schodach na klęczkach, jak prawdziwi pątnicy. Było to wzruszające. Niestety czar prysł dość szybko, bo oto w chwili, kiedy wchodzili do kaplicy, jedna z dziewczyn powiedziała na cały regulator:

- A co to meczet jest? Że ona na półksiężycu?

I znów zachciało mi się płakać, ale już nie ze wzruszenia.

Reisefieber od tygodnia, czyli liczę!

Ponieważ wielkimi krokami zbliża się mój wyjazd do Wilna, więc cierpię na tzw. reisefieber, czyli lęk przed podróżą. W moim przypadku jest on zwykle związany nie tyle z samym wyjazdem, ile z tym, czy uda się wszystko przed nim załatwić. Czy na pewno o niczym nie zapomnę? Jeszcze parę obowiązków do wypełnienia mi zostało. Muszę np. m.in. zmontować dwie rzeczy dla telewizji, napisać jeden artykuł, do tego wyskoczyć na targi książki, na których czekają mnie spotkania. Wykonać kilka telefonów. Odpowiedzieć na kilkanaście listów. Powinnam też zrobić zakupy do domu, by moich chłopaków nie zostawić z pustą lodówką. Chodzi o to, by nie musieli biegać z pełnymi siatami na piechotę. Na razie tylko ja w domu mam prawo jazdy. Poza tym powinnam zrobić jeszcze drobne zakupy przed wyjazdem. Na przykład po to, by nie wylądować w Wilnie bez szczoteczki do zębów i zaczynać wizytę tam od biegania po sklepach za czymś, co mogłam zabrać.

Walizka od kilku dni leży na środku sypialni. Ulubiony taktownie nic nie mówi, choć ona przeszkadza w poruszaniu się po domu, a na dodatek budzi niezdrowe zainteresowanie Pana Psa, który jest w stanie pod naszą nieuwagę oddać na nią mocz w celu zaznaczenia, że zarówno walizka jak i my należymy do niego.

Z tego zmęczenia wczoraj, gdy znajoma reżyserka pochwaliła się, że jeden z jej scenariuszy teatralnych, przygotowanych z myślą o edukacji młodzieży został uznany i pochwalony przez jakieś grono pedagogiczne, twierdzące, że 5 dziewczynek i 4 chłopców w wieku 13 lat zagrało w przygotowanej na jego podstawie sztuce, ja ze stoickim spokojem dodałam 5 dziewczynek do 4 chłopców, a otrzymany w ten sposób wynik pomnożyłam w pamięci przez 13 lat. Uzyskawszy tą drogą 117, pokiwałam głową w zachwycie, że to ponad 100, a potem dopiero przyszła refleksja: „Co ja robię? Co ja liczę? Co ja dodaję? Co ja mnożę?”.

No takie są skutki przygotowywania się do wyjazdu. Liczę! Głównie na siebie, ale co sobie poza tym pododaję i pomnożę – to moje! Czas dzielenia nadejdzie później.

Zmuszona do karty

Jak powszechnie wiadomo, nie wolno mówić słów „nigdy” i „zawsze”, bo potem coś się dzieje takiego, że musimy daną sobie obietnicę złamać. I tak ja wielokrotnie obiecywałam sobie, że nigdy więcej nie wezmę karty kredytowej, a tu proszę… figiel losu mnie do tego zmusił.

Otóż jadę do Wilna. Pisałam jakiś czas temu, że dostałam nagrodę za film „Kto ty jesteś” i tą nagrodą jest pobyt w Wilnie na festiwalu „Maj nad Wilią”. Mam zagwarantowany pobyt i wyżywienie, ale… podróż tam i z powrotem muszę zorganizować sobie sama. Zaczęłam więc szukać najtańszych połączeń Warszawa-Wilno. Znalazłam autobusowe. Bilet w dwie strony, ze zniżkami z tytułu skorzystania z jakiejś tam internetowej promocji, kosztuje 127 złotych (słownie: sto dwadzieścia siedem). Nie jest to więc majątek, a nawet powiem więcej… taniocha w porównaniu np. z biletami tam i z powrotem do do Sosnowca (jechałam tamże w środę pociągiem ekspresowym i zapłaciłam ponad 250 złotych). Niestety z kupnem biletów do Wilna był pewien problem. Zapłacić za nie można było jedynie… kartą kredytową, a ja takiej… nie mam. Nie wchodziły w grę przelewy z konta czy płatności zwykłą kartą debetową. Owszem… mogłam kupić bilet za gotówkę w jakimś tam Orbisie, ale już drożej o 25%, a to w końcu nieopłacalne. Jak wybrnąć z całej sytuacji? Zaczęłam dzwonić po znajomych z pytaniem, kto może mi kupić te bilety przez internet, płacąc swoją kartą kredytową. Ja natychmiast mu daję 127 złotych albo gotówką albo przelewam na konto. Mogę zresztą przelać mu te pieniądze od razu, a on niech mi zapłaci swoją kartą kredytową po wpłynięciu mu ode mnie przelewu. Jeśli ktoś myśli, że znalezienie człowieka, który byłby skłonny zrobić dla mnie coś takiego było proste, to jest w błędzie. Tłumaczenia były idiotyczne.

- Nie ma mnie w domu – powiedziała jedna koleżanka.
- Ale nie musisz teraz. Możesz wieczorem. Jeśli to nie problem.
- Żaden problem, dla ciebie wszystko, ale wracam dziś o 23-ej.
- Możesz po 23-ej. Chyba, że to jest problem. Jak nie chcesz, to powiedz!
- Żaden problem. Dla ciebie wszystko. Ale mogę już być zmęczona i zapomnieć.
- No to możesz jutro. Chyba, że to problem.
- Żaden problem. Dla ciebie wszystko, ale jutro akurat wstaję o 6-tej i mogę nie mieć do tego głowy…
- Powiedz, że nie chcesz, bo znasz moje podejście do życia – odparłam już zła i być może niegrzecznie burknęłam:  - Jak wiesz, kto nie chce szuka pretekstu, kto chce szuka sposobu…
I odłożyłam słuchawkę, ale to była ósma taka rozmowa.

Koleżankę pewnie zatkało, ale naprawdę uważam, że lepiej by zrobiła mówiąc mi proste „nie” i nawet nie próbując się z tego tłumaczyć, a tak obie traciłyśmy czas. Podobnie ten czas (mój i swój) tracili inni znajomi. Jedna dobry kwadrans tłumacząc mi, że zdrapała sobie z karty trzycyfrowy kod i nie może płacić nią przez Internet. Ktoś tam kartę zostawił w domu i towarzyszyła temu opowieść, co jeszcze oprócz karty nie zostało przez niego zabrane z mieszkania. Ktoś nie może jej znaleźć już trzeci tydzień i tu obowiązkowa historia poszukiwań. Ktoś tam będzie mógł, ale za dwa dni, bo jest w trasie i karty przy sobie nie ma. I tu podanie szczegółowego grafika zajęć na delegację , w której tej ktoś się znajduje. W końcu napisałam na jednym z portali społecznościowych otwarte pytanie do znajomych. Kto może mi kupić bilet za 127 złotych. Najpierw zapadła cisza, choć dosłownie przed chwilą toczyła się burzliwa dyskusja o Conchicie Wurst. Po dwudziestu minutach odezwała się córka koleżanki z podstawówki, że ona mi kupi. Odezwała się jednak wtedy, gdy dosłownie dziesięć minut wcześniej bilet tam i z powrotem do Wilna kupił mi już kolega. Był dziewiątą osobą, do której zadzwoniłam z prośbą o pomoc. Nota bene potem dwa dni musiałam go prosić, by podał numer konta, na który „odleję” mu należność, czyli cholerne 127 złotych.

Gdy potem opowiadałam tę „przygodę z biletem” w towarzystwie, kilka osób powiedziało mi, że miały podobną sytuację i to, co przeszły, by to coś mieć (głównie dziwnym trafem rzecz dotyczyła biletów lotniczych lub wycieczek) naraziło je na takie nerwy, że starały się unikać takich zakupów. Jednak każda z nich, za którymś razem wystąpiła do banku o kartę kredytową. Jak mi powiedziała jedna z tych osób:

- Wiesz, stwierdziłam, że lepiej już płacić rocznie kilkadziesiąt złotych za kartę kredytową niż przeprowadzać upokarzające rozmowy ze znajomymi.

Ja doszłam do tego samego wniosku. Bo choć tak jak moim znajomym, tak i mnie udało się w końcu znaleźć kogoś, kto pomógł w zakupie biletu dostępnego tylko po zapłaceniu kartą kredytową, to jednak sam proces dzwonienia po ludziach z prośbą o pomoc w tej sprawie był po prostu nieprzyjemny.

Koniec końców i ja zadzwoniłam do banku:
- Czy mają państwo w ofercie kartę kredytową z małym limitem?
- Z małym limitem? – Zdziwił się pan i spytał: – Co to jest mały limit?
- Chodzi mi o kartę, z której będę rzadko korzystać. Właściwie tylko wtedy, gdy nie ma możliwości płacenia kartami debetowymi lub dokonywania przelewów z konta.
- A o jaki limit pani chodzi? – Spytał pan.
- Tysiąc złotych – bąknęłam, choć w sumie nie wiedziałam, czy jest taki mały limit.
- Możliwe to jest, ale nie wiem czy opłacalne – odpowiedział pan i wyjaśnił, że karta kosztuje 70 złotych rocznie. – Nie będzie pani musiała tej sumy płacić tylko wtedy, jeśli skorzysta z niej pani 120 razy lub wykorzysta 12 tysięcy złotych w skali roku.

Po przemyśleniu sprawy zgodziłam się na te warunki. Wprawdzie nie przewiduję wykorzystania 12 tysięcy ani 120 transakcji, ale na moją decyzję wpłynęło przypomnienie sobie tych ośmiu i denerwujących i w sumie przykrych rozmów, kiedy pytałam znajomych, czy mogę kupić mi autobusowy bilet tam i z powrotem do Wilna za głupie 127 złotych, bo nie mam możliwości za niego zapłacić z powodu braku odpowiedniego narzędzia, czyli karty kredytowej.

PS Ciekawe, że gdy dzwonię do kogoś pożyczyć np. 200 złotych – nie mam takich problemów.

PS 2 A  kto jeszcze nie widział filmu „Kto ty jesteś” – zapraszam na seans.

auto

Od „wziatki” do „wziatki”

Poszłam ostatnio na pewną debatę dotyczącą Unii Europejskiej. Oczywiście nie obeszło się bez rozmów o Ukrainie. Słuchając tego, co mówią rozmówcy, pomyślałam, że ktoś, kto nigdy tam nie był i nigdy nic nie załatwiał w urzędzie – nigdy tego kraju nie zrozumie.

Unia Europejska ma swoje standardy antykorupcyjne. Ukraina, czy nam się to podoba czy nie, a także czy jej się to podoba czy nie, jest w trudnej sytuacji. To kraj tak skorumpowany, że aby korupcję zwalczyć trzeba by chyba w więzieniu zamknąć chyba wszystkich ludzi. Korupcja nie zaczyna się u szczebli władzy, ale w nizinach. Wiem o tym naprawdę sporo i nie tylko dlatego, ze Ulubiony jest obywatelem Ukrainy. Przez lata sprzątała u mnie Sława – Ukrainka spod Lwowa. Jeden z jej synów był policjantem.

- Pani Małgosiu, ja musiała dać wziatku szoby win praciuwaw – mówiła i tłumaczyła, że on potem też musiał i cały czas musi brać „wziatki”, czyli łapówki, bo co miesiąc musi płacić za utrzymanie się na stanowisku zwykłego policjanta. Gdyby chciał nie brać, nie miałby z czego żyć, bo łapówki, które trzeba wręczać komendantowi za możliwość pracy w policji, przewyższają pensję policjanta. Cóż… Komendant musi też coś odpalić swojemu szefowi, on swojemu i tak idzie to dalej aż do ministerstwa, a potem władz najwyższych z Prezydentem na czele. Kiedy mi to opowiadała – nie bardzo wierzyłam aż… losy zagnały mnie na Ukrainę w sprawie innej niż turystyka. Opisywałam tu w swoim czasie, jak Ulubiony wyrabiał sobie nowy paszport. (Przez ambasadę Ukrainy paszport można zrobić, ale starego typu. A Ulubiony chciał biometryczny, ważny 10 lat. Taki można wyrobić tylko na Ukrainie.) Koszt dodatkowy, to 3 tysiące hrywien (1500 złotych), by paszport był gotowy w trzy dni, a nie w miesiąc. Na siedzenie tam miesiąc, nie mogliśmy sobie pozwolić. Ukraińcy muszą brać „wziatki”, bo sami co chwilę muszą je dawać. Ja uparłam się, że przejadę Ukrainę bez wręczania łapówek. Nie było to proste, ale… udało się. (Poza stoma hrywnami danymi pany, w którego stuknęłam, a któremu i tak nic się nie stało, bo jeździł  „pancerną” ładą.) Jednak policja zatrzymywała mnie co chwilę. Oczywiście z powodu samochodu, który był nie tylko na zagranicznych przecież numerach, ale na skutek tej drobnej stłuczki lekko uszkodzony. Oto więc znalazł się powód, by mnie zatrzymać. A nuż uda się wyłudzić pieniądze?

Najbardziej wryła mi się w pamięć rozmowa z pierwszymi policjantami, którzy zatrzymali nas niemal zaraz po stłuczce. Uszkodzenie samochodu polegało na zbiciu szybki jednego reflektora i lekkim wgnieceniu przedniej maski. Na rozmowę z zatrzymującym nas patrolem poszedł najpierw Ulubiony. Wrócił po pół godzinie i powiedział:

- Idź ty, bo ode mnie chcą półtora tysiąca hrywien łapówki.

Poszłam więc i zaczęłam z grubej rury.

- Ja „wziatkiw” ne daju.

Panów najpierw zatkało, a potem jeden przez drugiego zaczynają tłumaczyć, że mam stłuczone auto i to jest niezgodne z przepisami.

- No to proszę mandat – mówię. Ale oni mandatu wystawić nie chcą. To im się nie opłaca. Dopiero później, gdy w hotelu odwiedza nas przyjaciel Ulubionego – Nazar, który jest inżynierem w fabryce czołgów, zaczynam domyślać się, że podstaw do wręczania mi mandatu nie było. Dlaczego? Oto zapytany przez nas Nazar, czy to co stało się samochodowi, to coś poważnego (na Ukrainie Fiaty to rzadkość, a Seicento jest modelem zupełnie nieznanym i już wtedy czuliśmy, że naprawiać je będziemy już w Polsce) słyszymy, że to nic takiego. A wyglądem auta mamy się nie przejmować, bo, jak powiedział Nazar „tu ludzie jeżdżą bez… drzwi”!

Policjanci jednak nie chcą odpuścić. Nie pomagają próby wmówienia mi, że jestem przestępcą zaczynają, więc… grozić. Ja odpowiadam też groźbami. Wyciągam legitymację dziennikarską. Ponieważ jest w niej napisane cyrylicą, kim jestem z zawodu, więc… działa. Na policjantach robi to ogromne wrażenie. Dlatego teraz ja zaczynam z wysokiego C. Wmawiam, że jestem jedną z najbardziej znanych polskich dziennikarek, więc za moment trafią na pierwsze strony polskich gazet i portali informacyjnych. To skutkuje. Życzą mi szerokiej drogi. Do auta wracam po góra pięciu minutach. Ulubiony jest w szoku. Potem opowiada mi, jak wyglądała jego rozmowa z „krajanami”.

- Ty Zachar jesteś, tak? – pytał jeden. – Słuchaj Zachar. Nas tu trzech. Ty swój człowiek (ludyna), ty rozumiesz. Każdy z nas ma żonę (drużynu), dzieci… – I w ten sposób przez pół godziny próbowali namówić Ulubionego, by on namówił kierowcę do zapłacenia łapówki. Pod koniec błagali. Grozić nie mogli, bo za kierownicą nie siedział on – tylko ja, obywatelka Unii Europejskiej.

Potem sprawa powtarzała się kilkukrotnie. Ale rozmowy trwały krótko. Ulubiony miał zakaz odzywania się, by nie wyszło, że jest stąd. A moja legitymacja prasowa u zwykłych funkcjonariuszy budziła strach..

Najciekawiej jednak wyglądała sprawa z powrotem z Ukrainy, kiedy na moim rozbitym samochodzie próbowali zarobić niemal wszyscy celnicy na granicy ukraińsko słowackiej. Zanim jednak spakowaliśmy się itd., zobaczyłam, jak Ukraina, korupcja i prawo, a właściwie jego nieprzestrzeganie, wpływają na mieszkańców. Uległ temu nawet Ulubiony, który dał się ponieść ostrzeżeniom wujka, że samochodem z rozbitym reflektorem nie wypuszczą nas z Ukrainy. Pojechaliśmy więc najpierw do warsztatu poleconego przez szwagra. Mechanik, który robił audi, mercedesy, skody itd., na widok Seicento, które przecież budzi u nas uśmiech politowania, zaniemówił. On taki samochód widzi po raz pierwszy. Części nie zdobędzie i w ogóle nie podejmuje się tego robić. Wszyscy zaczęli biadolić, że tragedia! Że już nigdy nie wyjadę z Ukrainy. Wszyscy święcie wierzyli, że z powodu zbitej szybki reflektora zostanę tam na zawsze! Ta panika zaczęła się udzielać i mnie. Pewnie dlatego dałam się namówić na jazdę na pobliski posterunek. Miałam tam uzyskać w komisariacie zaświadczenie, że mój samochód nie brał udziału w wypadku. Tak poradził Ulubionego wujek, który jest sędzią. Kazał się na siebie powołać na komisariacie, bo komendant to jego znajomy, a tym samym zażądać zaprowadzenia do samego komendanta. Na komisariacie wyraz twarzy ludzi zmieniał się na sam dźwięk nazwiska wujka. Wszyscy zaczynali nerwowo biegać wokół budynku komisariatu, ale… komendant do mnie nie przychodził. Jak tłumaczyli – pojechał w teren. Ma być za moment, a oni próbują go ściągnąć. Ten moment zdawał się przedłużać w nieskończoność. Ja zaczęłam się niecierpliwić i… myśleć. A czemu ja mam brać jakieś zaświadczenie, że pojazd nie brał udziału w wypadku? Niech oni mi udowodnią, że brał! I tak podjęłam decyzję. Dzwonię do konsulatu we Lwowie. Tam dyżurny kazał zadzwonić do ambasadora dyżurnego i podał jego komórkę. Zadzwoniłam, przedstawiłam się. Opowiedziałam wszystko od A do Z. Ambasador dyżurny parsknął śmiechem, a potem westchnął ciężko.

- No taki to kraj! Ale jak auto jedzie, to nikt pani nie zatrzyma. Nie ma podstaw. Oni tu czyhają na naiwnych, by wyciągnąć kasę. Nic im nie dawać! Pani jedzie na granicę normalnie. Jakby były kłopoty to pani do mnie zadzwoni.

Następnego dnia na granicy w Użgorodzie przy moim autku zebrało się całe „konsylium” celników. Najpierw próbowali groźbą, że nie można wyjeżdżać, bo auto stłuczone. Gdy spytałam o podstawy prawne zamilkli i zmienili strategię. Oto dbają o mój interes. Nie chcą mnie wypuścić, bo… Słowacja mnie nie wpuści! W Unii takimi autami jeździć nie wolno. Ja im na to, że ja jestem z Unii i u nas, jak samochód działa i światła działają, to ja mogę jechać, bo jakoś auto muszę dowieźć do warsztatu. Kiedy dorzuciłam informację, że u nich auta się naprawić nie da, bo taka marka to rzadkość, a modelu nikt nie zna – stracili rezon. Zostały im tylko błagania o łapówkę. Ale ja na takie błagania, tak jak i na pokazówki, że oto dzwonią do jakiegoś ministerstwa, urzędu itd., (a tak robili) jestem głucha. Gdy już wiedziałam, że mnie wypuszczą, bo zadzwonił do mnie ambasador dyżurny i wesoło spytał, „jak tam?” postanowiłam teraz ja zabawić się kosztem celników. Oto gdy na koniec spytali, czy wiozę coś hurtowo odpowiedziałam:

- Da, no ja stydajus pokazaty.

Rzucili się na mnie, jak sępy. Co też wiozę w dużej liczbie i wstydzę się pokazać? Sięgnęłam po papierową torebkę, w której było 30 drewnianych długopisów. To stara huculska zabawka, jak się później okazało można ją kupić także w Polsce, w Zwierzyńcu n. Wieprzem. Wtedy jednak jeszcze o tym nie wiedziałam ani ja ani Ulubiony. Owa zabawka, to po prostu drewniana pałeczka, która może być oprawką długopisu. Drewniana obsadka może być albo mężczyzną albo kobietą. Jej ruchoma część skrywa… narządy płciowe. W przypadku babki, to nacięcie z naklejoną kupą czarnych kłaków. W przypadku dziadka, to po prostu sztywna pałka. Jest to zabawne z wielu powodów. Między innymi dlatego, że dziadek np. w mundurze milicjanta ma taką pałkę w… paski. Dziadkowie w ludowych strojach ukraińskich przeważnie mają na głowach kapelusz lub wymalowany osełedec. Babki są w chustkach. Wyjęłam jedną obsadkę długopisu. Taką, która przedstawiała babkę, bo w końcu wokół mnie sami faceci – celnicy. Poruszyłam ruchomą częścią pokazując babcine przyrodzenie i powiedziałam udając mocno zawstydzoną:

- Wołosata szczo? My u Polszczy takich ne majemo.

Celników zatkało. Potem zaczęli się śmiać, ale nie wiem czy ze mnie, czy z babcinego owłosionego przyrodzenia, czy raczej jednak z siebie i swojej naiwności, że do końca liczyli na „wziatkę”.

Słowacy, gdy zawitaliśmy już na słowacką stronę granicy, na uszkodzone auto w ogóle nie zwrócili uwagi. Nie padło nawet pytanie „co się stało?”.

I kiedy teraz tyle się mówi o Ukrainie, że ona do Europy. Kiedy zachodnie państwa wstawiają się za Julią Tymoszenko, to ja pytam: Naprawdę wierzycie w to, że niewinna? Że nie jest umoczona w żadną korupcję? Jeśli tak, to trzeba by ją ogłosić świętą za życia. Bo w końcu, jak ona się tam uchowała? Rada Europy jeszcze w 1999 roku ustalając Cywilnoprawną Konwencję o przeciwdziałaniu korupcji przyjęła dość szeroką definicję korupcji. Uznano za nią: żądanie, proponowanie, wręczanie lub przyjmowanie, bezpośrednio lub pośrednio łapówki lub jakiejkolwiek innej nienależnej korzyści lub jej obietnicy, która wypacza prawidłowe wykonywanie jakiegokolwiek obowiązku lub zachowanie wymagane od osoby otrzymującej łapówkę, nienależną korzyść lub jej obietnicę, przy czym łapówka może stanowić korzyść nie tylko dla odbiorcy, ale i dla innego podmiotu.” Jak żyć na Ukrainie nie dając łapówek? Jak ich nie brać, gdy po dawaniu łapówek w portfelu nie zostaje z pensji nawet hrywna? Przecież tam życie upływa nie tak, jak u nas: od pierwszego do pierwszego lub od weekendu do weekendu, ale od „wziatki” do „wziatki”.