Archiwa tagu: poezja

Co wam szkodzą te wiersze, czyli pieśń ujdzie cało

Nie pamiętam, kiedy zakochałam się w poezji Władysława Broniewskiego. Czy było to przy okazji poematu „Mazowsze”? Czy może tomiku „Anka”, którego pierwsze wydanie odziedziczyłam po rodzicach, czy jeszcze w szkole za sprawą wiersza „Bagnet na broń”, w którym poeta przemycił nawet słowo „gówno”, choć wcale go nie napisał. Ale słowem, które wypowiedział Cambronne był właśnie ten wyraz, chociaż po francusku. Powiedział mi tata i dodał, że jest to w „Nędznikach” u Victora Hugo. A może kochałam Broniewskiego, bo mój pierwszy adres to była właśnie ta ulica i blok 11b na warszawskim Żoliborzu? Miałam też (i mam) inne miłości poetyckie. Nie tylko Adam Mickiewicz, ale też Bolesław Leśmian, Konstanty Ildefons Gałczyński, Stanisław Grochowiak oraz Antoni Słonimski, Kazimierz Wierzyński, Wisława Szymborska i Czesław Miłosz. Ta ostatnia dwójka to polscy nobliści – członkowie założyciele Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, którego i ja jestem członkiem. Dziś dowiedziałam się, że Czesław Miłosz „wyleciał” z podstawy programowej. Broniewskiego i Słonimskiego nie ma już od dawna. Podobno Broniewskiego wyrzucono, bo to komuch ohydny. No i pijak. Przysięgam i piszę to publicznie, że tak jak nie chodzę na żadne uliczne manifestacje tak przywiąże się pod tabliczką z napisem ulica Broniewskiego w Warszawie, jeśli komukolwiek przyjdzie do głowy mu ją odbierać w ramach dekomunizacji. Nie tylko dlatego, że odmówił napisania hymnu polskiego, ale dlatego, że bronił Polski w 1920 roku, a przede wszystkim dlatego, że był świetnym poetą. W miłości do Broniewskiego nie jestem sama. Mój przyjaciel z lat szkolnych Paweł Dunin-Wąsowicz (8 lat w podstawówce w jednej klasie i z przerwą na pierwszą klasę, gdy byliśmy w innych liceach, a potem trzy lata w tej samej klasie w Sempołowskiej, gdzie oboje zdawaliśmy maturę w 1986) pisał w swoim czasie o pomysłach Broniewskiego na własny pochówek analizując jego wiersze. Tak jak i ja uwielbiał go. W liceum na przerwach chodził między ławkami recytując z pamięci „Bagnet na broń”, który oboje znamy na pamięć. Dziś nikt tego wiersza się nie uczy. Podobnie z „Alarmem” Antoniego Słonimskiego. Teraz do nich – wyklętych poetów z XX wieku dołączył noblista Czesław Miłosz. Wyć mi się chce. Co wam, ustalający w Ministerstwie Edukacji podstawę programową wadzą ci autorzy? Czy świat zwariował? Przecież to między innymi te trzy wiersze, których uczyłam się w szkole, ukształtowały mój literacki świat, mój patriotyzm i spojrzenie na godność i honor człowieka. Czyżby niosły ze sobą jakieś ukryte treści niebezpieczne dla obecnej władzy? Czy obnażają jakąś prawdę o rządzących?

BAGNET NA BROŃ

Kiedy przyjdą podpalić dom,
ten, w którym mieszkasz – Polskę,
kiedy rzucą przed siebie grom
kiedy runą żelaznym wojskiem
i pod drzwiami staną, i nocą
kolbami w drzwi załomocą -
ty, ze snu podnosząc skroń,
stań u drzwi.
Bagnet na broń!
Trzeba krwi!

Są w ojczyźnie rachunki krzywd,
obca dłoń ich też nie przekreśli,
ale krwi nie odmówi nikt:
wysączymy ją z piersi i z pieśni.
Cóż, że nieraz smakował gorzko
na tej ziemi więzienny chleb?
Za tę dłoń podniesioną nad Polską-
kula w łeb!

Ogniomistrzu i serc, i słów,
poeto, nie w pieśni troska.
Dzisiaj wiersz-to strzelecki rów,
okrzyk i rozkaz:
Bagnet na broń!

Bagnet na broń!
A gdyby umierać przyszło,
przypomnimy, co rzekł Cambronne,
i powiemy to samo nad Wisłą.

Władysław Broniewski (1939)

ALARM

„UWAGA! Uwaga! Przeszedł!
Koma trzy!”
Ktoś biegnie po schodach.
Trzasnęły gdzieś drzwi.
Ze zgiełku i wrzawy
Dźwięk jeden wybucha rośnie,
Kołuje jękliwie,
Głos syren – w oktawy
Opada – i wznosi się jęk:
„Ogłaszam alarm dla miasta Warszawy!”

I cisza
Gdzieś z góry
Brzęczy, brzęczy, szumi i drży.
I pękł
Głucho w głąb
Raz, dwa, trzy,
Seria bomb.

To gdzieś dalej. nie ma obawy.
Pewnie Praga.
A teraz bliżej, jeszcze bliżej.
Tuż, tuż.
Krzyk jak strzęp krwawy.
I cisza, cisza, która się wzmaga.
„Uwaga! Uwaga!
Odwołuję alarm dla miasta Warszawy!”

Nie, tego alarmu nikt już nie odwoła.
ten alarm trwa.
Wyjcie, syreny!
Bijcie, werble, płaczcie, dzwony kościołów!
Niech gra
Orkiestra marsza spod Wagram,
Spod Jeny.
Chwyćcie ten jęk, regimenty,
Bataliony – armaty i tanki,
niech buchnie,
Niech trwa
W płomieniu świętym „Marsylianki”!

Kiedy w południe ludzie wychodzą z kościoła
Kiedy po niebie wiatr obłoki gna,
Kiedy na Paryż ciemny spada sen,
Któż mi tak ciągle nasłuchiwać każe?
Któż to mnie budzi i woła?

Słyszę szum nocnych nalotów.
Płyną nad miastem. To nie samoloty.
Płyną zburzone kościoły,
Ogrody zmienione w cmentarze,
Ruiny, gruzy, zwaliska,
Ulice i domy znajome z dziecinnych lat,
Traugutta i Świętokrzyska,
Niecała i Nowy świat.
I płynie miasto na skrzydłach sławy,
I spada kamieniem na serce. Do dna.
Ogłaszam alarm dla miasta Warszawy.
Niech trwa!

Antoni Słonimski (1940)

KTÓRY SKRZYWDZIŁEŚ

Który skrzywdziłeś człowieka prostego
Śmiechem nad krzywdą jego wybuchając,
Gromadę błaznów koło siebie mając
Na pomieszanie dobrego i złego,

Choćby przed tobą wszyscy się kłonili
Cnotę i mądrość tobie przypisując,
Złote medale na twoją cześć kując,
Radzi, że jeszcze dzień jeden przeżyli,

Nie bądź bezpieczny. Poeta pamięta.
Możesz go zabić – narodzi się nowy.
Spisane będą czyny i rozmowy. 

Lepszy dla ciebie byłby świat zimowy
I sznur i gałąź pod ciężarem zgięta.

Czesław Miłosz (1950)

Nie wiem, czy to nie jest początek wypychania ich na indeks. Czy rządzący chcą zwiększyć sprzedaż utworów tych autorów? Zakazany owoc (a wyrzucony autor z lektur jest jak zakazany) najlepiej smakuje. Jest taki stary serial „Czarne Chmury”. W jednym z odcinków jest taka scena, kiedy aktor z trupy wędrownych komediantów (grany przez Włodzimierza Pressa) śpiewa piosenkę dla króla. Piosenkę, w której krytykuje jego rządy i ślepotę na to, co wyprawiają Prusy. Jej refren powtarza za nim tłum zgromadzony na placu:

„Nie mogę śpiewać, bo serce pęka
I lutnia w rękę mnie pali
nie mogę nucić mojej piosenki
Królu, gdy lud Twój się żali”

Obserwujący to przez okno namiestnik pruski Erick von Hollstein (grany przez Janusza Zakrzeńskiego) mówi do Margrabiego Karola Von Ansbacha (granego przez Edmunda Fettinga):
- To komedianci, którzy w Lecku występowali. Trzeba było ich wtedy do lochu wtrącić.
- Pieśń z każdego lochu ucieknie ekscelencjo” – odpowiedział mu Margrabia.

Wiersz też jest jak pieśń. Wystarczy się go nauczyć na pamięć i przekazywać z pokolenia na pokolenie. Och! Ileż ja mam w domu takich notesów, w których moi pradziadkowie i prababki przepisywali Konopnicką, Lenartowicza czy Tetmajera. Publikuję je dziś na swoim portalu genealogicznym, jako świadectwo ich zainteresowań. A dziś, tak jak Broniewski, przytoczę Cambronne’a. „Gwardia umiera, ale się nie poddaje. Gówno!” Czytajmy Broniewskiego, Słonimskiego i Miłosza. Uczmy się ich wierszy na pamięć. Póki jeszcze są w bibliotekach, w internecie i naszych domowych księgozbiorach, bo mam wrażenie, że to wszystko zmierza ku cenzurze, a co za tym idzie jakiejś wielkiej katastrofie. Ale na szczęście Mickiewicz w „Konradzie Wallenrodzie” pisał:

„Płomień rozgryzie malowane dzieje,
Skarby mieczowi spustoszą złodzieje,
Pieśń ujdzie cało!”

Dobrze, że on jeszcze jest w lekturze.

A teraz zamęcza!!! #pies #dom #frytka #jamnik

Gdzie się podziała nasza lekkość, czyli słówko o poezji i Damie Fekaliowej

Bogdan Smoleń z kabaretu Tey śpiewał kiedyś piosenkę „Smutasy i Mazgaje” zaczynającą się od słów:

„Coś się z narodem dzieje niedobrego.
nie ma za grosz poczucia humoru ludowego”

Nie wiem co by zaśpiewał dziś, bo brak nam nie tylko poczucia humoru, ale i pewnej lekkości, którą mieliśmy kiedyś. 40 lat temu śmialiśmy się z jego piosenki, czuliśmy jej prześmiewczość, choć śpiewana była w sposób patetyczny. A dziś? Brak nam tej lekkości w pojmowaniu żartów, brak też zdolności abstrakcyjnego myślenia. Nie wiemy co to parafraza, przenośnia, metafora etc. Bierzemy wszystko dosłownie, na serio i ze stuprocentową pewnością, że to co napisane/obejrzane/opowiedziane jest prawdą, nawet, gdy autor nie miał zamiaru nas o tym przekonywać.

Prawie dwa lata temu poetka Eda Ostrowska przeżyła spory szok, gdy nakładem wydawnictwa Uniwersytetu Śląskiego ukazała się książka pt. „Eda. Szkice o wyobraźni i poezji” będąca (ku mojemu zgorszeniu) pracą doktorską pani Katarzyny Niesporek. Przyznam, że nie chciałam o tym pisać. Uważałam i nadal uważam, że o bardzo złych rzeczach, a taką bez wątpienia jest ta publikacja (nie jestem w stanie nazwać tego „pracą”) nie powinno się pisać. Powinny one w milczeniu kurzyć się w magazynach bibliotek z Egzemplarzem Obowiązkowym, a do innych w ogóle nie trafić. Jednak zło tej książki opisali już inni – m.in. Elżbieta Binswanger-Stefańska i Kazimierz Bolesław Malinowski, więc mleko się rozlało. Ludzie interesujący się poezją już wiedzą, że powstają bardzo złe prace doktorskie, które na dodatek akceptują poważne autorytety. A ponieważ zło tej pożal się Boże „naukowej” publikacji pokazali już wyżej wspomniani ja chciałam tylko przytoczyć w tym miejscu jeden cytat, bo on świetnie ilustruje to, co dzieje się z naszym narodem, a co mnie mocno niepokoi. Otóż Katarzyna Niesporek w pewnym momencie pisze o twórczości Edy Ostrowskiej (poetki naprawdę wybitnej, której książka „Edessy poemat sowizdrzalski” jest w moim pojęciu czymś zapierającym dech w piersiach) w sposób następujący, gdy w wierszu [***Sama już nie wiem...] Eda Ostrowska pisze: Chrystus przeszedł obok / niósł w siatce księżyc i bajdurzył fajkę. Jak interpretuje to doktorantka Niesporek? Otóż tak:

Poetka doznaje objawienia albo kolejnych urojeń. /…/ Obraz Zbawiciela z siatką w ręku i fajką w ustach to wyobrażenie Boga w halucynacjach. Poetka zderza w utworze rzeczywistość narkomanów albo wariatów ze światem „normalnych”.

Przyznam, że początkowo (a takich kwiatków u Niesporek jest więcej) nie chciało mi się wierzyć, by ktoś kto studiuje literaturę wypisywał takie bzdury. Przecież poeci na przestrzeni wieków wielokrotnie posługiwali się metaforami, przenośniami, wizjami profetycznymi i nikt nie odsyłał ich z tego powodu do wariatkowa! Nikt nie oskarżał o halucynacje! I to nawet wtedy gdy korzystali z narkotyków czy innych używek. Przypomnijmy sobie wszyscy, co dzieje się w manifeście romantyków, czyli balladzie „Romantyczność”, której bohaterka widzi ducha swojego ukochanego? Ha!

„Słuchaj, dzieweczko!” – krzyknie śród zgiełku
Starzec, i na lud zawoła:
„Ufajcie memu oku i szkiełku,
Nic tu nie widzę dokoła.

Duchy karczemnej tworem gawiedzi,
W głupstwa wywarzone kuźni.
Dziewczyna duby smalone bredzi,
A gmin rozumowi bluźni”.

„Dziewczyna czuje, – odpowiadam skromnie -
A gawiedź wierzy głęboko;
Czucie i wiara silniej mówi do mnie
Niż mędrca szkiełko i oko.

Martwe znasz prawdy, nieznane dla ludu,
Widzisz świat w proszku, w każdej gwiazd iskierce.
Nie znasz prawd żywych, nie obaczysz cudu!
Miej serce i patrzaj w serce!”

„Romantyczność” ukazała się prawie 200 lat temu. Nikt wtedy Mickiewicza nie oskarżał o halucynacje, czy psychiczną chorobę tylko dlatego, że jako poeta wierzył Karusi – bohaterce swojego wiersza. Mało tego! Porwał za sobą tłum ludzi, którzy chcieli pisać jak on i patrzeć jak i on na świat. Wierzyli w metafizykę, zjawiska nadprzyrodzone, tajemniczość etc. Co stało się 200 lat później? Pytanie pozostawiam otwarte.

Literatura ma swoje prawa. Eda z tych praw skorzystała, bo wie, że literatura posługuje się specyficznym językiem z całym wachlarzem środków takich jak: metafora, przenośnia, alegoria, parafraza i wiele, wiele innych. Literatura może stosować prowokację językową, treściową itd. Nadal jednak pozostaje literaturą a nie życiem. Nawet literatura faktu jest tylko literaturą choć opisuje fakty. Przypomnę tylko, że te same fakty ktoś może opisać zupełnie innymi słowami sprawiając tym samym, że do jednych czytelników dany tekst przemówi bardziej, bo np. wzruszy. Wystarczy przeczytać kilka biografii tej samej osoby, by stwierdzić, że ktoś jej życie opisał ciekawiej niż drugi. Biografia Van Gogha autorstwa Irvinga Stone’a „Pasja życia” (zekranizowana potem przez Hollywood) do dziś uchodzi za jedną z lepszych, choć po niej powstały inne. A jednak to Stone tym, jak opisał życie malarza uczynił z niego postać niemal kultową. Literatura piękna, będąca z założenia fikcją literacką, nawet wtedy, gdy jest oparta na osobistych doznaniach autora pozostaje fikcją, bo autor wszystko przez siebie przepuszcza, przetwarza, ale i zmienia.

Ja, jako człowiek pióra, wiele miesięcy temu postanowiłam pobawić się literacko i raczyć znajomych opowieściami o mojej suczce Frytce, na punkcie której zwariował cały mój dom ze mną włącznie. Nazwałam te opowieści „Z życia Damy Fekaliowej”. Wydawało mi się, że moi znajomi, w większości ludzie wykształceni, odkryją bez problemu parafrazę tytułu powieści Aleksandra Dumasa (syna) „Dama Kameliowa”. (Stałym czytelnikom bloga przypomnę tylko, że juz kiedyś pisałam, że tak nazywa mnie mąż mojej kuzynki, gdyż jego zdaniem często opowiadam „kibelkowe” historie.) Dla przypomnienia dodam też, że „Dama Kameliowa” to napisana ponad 160 lat temu w formie melodramatu opowieść o kurtyzanie, która dla miłości porzuca dotychczasowe życie, ale potem na skutek pewnych wydarzeń do niego wraca. Jeśli ktoś widział „Traviatę” Giuseppe Verdiego to oparta jest na „Damie Kameliowej”. Aleksander Dumas opisał w niej autentyczną postać, kurtyzanę, z którą miał romans. A jednak nie wszystko w życiu Dumasa i Marie Duplesis (tak nazywała się kurtyzana, która była pierwowzorem tytułowej Damy Kameliowej) było tak, jak w jego powieści.

Jak to się ma do mojej suczki Frytki? U zwierząt instynkty są silne. Instynkt jedzenia, wypróżniania się i… seksu (przypomnę tylko w tym miejscu przeszłość Damy Kameliowej, czyli bycie kurtyzaną). A na dodatek pies – jak to pies lubi czasem zjadać odchody. Uznałam, że wyzwaniem dla mnie będzie opisywanie w sposób niedosłowny, a czasem nawet eufemistyczny życia suczki, która jest niesłychanie śliczna i budzi powszechny zachwyt przechodniów, mówiących, że wygląda jak księżniczka, a tymczasem, w zaciszu domowego ogniska ta dama zmienia się w półdiablę, gwałci naszego kota Szarlotka, robi kupę w gabinecie i zjada z lubością kocie ekskrementy prosto z kuwety, kot zaś wytrzeszcza oczy jakby nie dowierzał, że to dzieje się naprawdę.

Nie jest problemem napisać, że pies się za przeproszeniem „zesrał” i to sto dwudziesty raz. Jak napisać to w miarę elegancko? Jak zrobić to choć trochę dowcipnie? Jak napisać, żeby było to jeszcze ciekawe? Tak narodził się pomysł na wpisy o życiu Damy Fekaliowej. Pierwszy wpis był prosty, bo taki miał być. Prosto powiedzmy o co chodzi:

„Jamniczka Frytka po powrocie ze spaceru zrobiła kupę w gabinecie. By sprawa się nie wydała próbowała ją zjeść. Konsumpcję przerwał Pan Monż.”

Wpisy pojawiały się co kilka dni. Czasem częściej, czasem rzadziej. Przeważnie budziły uśmiech znajomych, którzy śledzili też zamieszczane przeze mnie na Instagramie fotografie tej ogoniastej „Miss obiektywu”. Z czasem dodawałam do wpisów pewne rzeczy bardziej literackie upiększając w ten sposób szarą rzeczywistość. I cóż się okazało? Im bardziej ja dodawałam do tekstów literatury tym dosłowniej odbierali je znajomi. Koniec końców zostałam oskarżona o całą masę najgorszych rzeczy. M.in. o ekshibicjonizm, a wszystko po tekście:

„Gdy człowiekowi się śni… (niestety) obóz koncentracyjny i Niemcy, którzy robią na nim eksperymenty medyczne wkładając coś w tylny otwór (pot leje się ze strachu) należy natychmiast się obudzić z tego koszmaru i… poprosić Pannę Frytkę, by wsadzała swój zimny nos gdzie indziej… Uff! To tylko zły sen!”

Ten tylny otwór! Jak ja mogłam??? I w ogóle publicznie przyznałam się, że pies śpi ze mną w łóżku!!! No okropne!!!

Potem przyszły oskarżenia, że mam w dom brud, gdyż napisałam:

„Pan Monż odzyskał ukradzione przez Pannę Frytkę moje trzy biustonosze skitrane pod łóżkiem i szafą. Moim zdaniem nie zostały przez nią użyte zgodnie z przeznaczeniem, gdyż można w nie schować tylko sześć cycków, a Panna Frytka ma ich więcej.”

Staniki pod łóżkiem? Dno!

Wreszcie oskarżono mnie o zdradzanie intymnych szczegółów z życia Ulubionego, a wszystko po następującej opowieści:

„Wyjazd na długi weekend do Aquaparku Łazy w Puszczy Kampinoskiej tak rozbisurmanił pannę Frytkę, że bez przerwy jesteśmy zmuszani do rzucania piłeczki. Pan Monż jest do tego zmuszany nawet wtedy, gdy siedzi na sedesie. Prośby o litość wypowiadane przez niego w kilku europejskich językach nie pomagają. Panna Frytka odpowiada szczekaniem i podstępne turla piłeczkę znowu do WC. Hau hau!”

Tak. Tym intymnym szczegółem jest napisanie, że Ulubiony siedzi na sedesie. Żartobliwie to skomentuję, że rozumiem, iż znajomi siadają obok.

Mam jednak poważne obawy o kondycję naszego społeczeństwa, które dosłownie bierze literaturę. A czasem nawet nie domyśla się co nią jest. Dosłownie i na serio bierze każdy żart. Nabiera się na literackie prowokacje.

A teraz zamęcza!!! #pies #dom #frytka #jamnik

By uświadomić, że „Z życia Damy Fekaliowej” to prowokacyjna prześmiewcza historyjka o przygodach suczki i kota stworzyłam literacki internetowy projekt pod tym tytułem i przeniosłam tam wszystkie wpisy wraz z niektórymi psimi i kocimi fotografiami. Mam wielką nadzieję, że znajdą się czytelnicy, którzy nie będą jednak brali wszystkiego, co tam jest publikowane dosłownie tylko potraktują to z przymrużeniem oka jako literacki żart, zabawę słowem, opowieść o zwierzętach itd.

Przecież nie może być prawdą, że nie ma w naszym społeczeństwie luzu i nie czyta ono między wierszami humoru. Chociaż z drugiej strony, kiedy krytycy literaccy i doktoranci literatury nie potrafią czytać poezji to właściwie czego mam spodziewać się po zwykłych zjadaczach chleba? Naprawdę mniej niż po mojej… Damie Fekaliowej?

A teraz sprawa wyglada tak... #dom #frytka #jamnik #pies #kot #szarlotek

30 lat minęło

Czas leci szybko. Nie wiem, kiedy to wszystko przeminęło. Bo przecież wciąż wydaje mi się, że to było wczoraj. Był rok 1986, kiedy tata położył na moim biurku Życie Warszawy, w którym pokazał mi ogłoszenie, że Staromiejski Dom Kultury prowadzi nabór na warsztaty literackie dla młodzieży i dorosłych. Trzeba było wysłać swoje teksty, a o decyzji, czy kwalifikuję się, zostanę powiadomiona pocztą. Po kilku dniach dostałam odpowiedź, że mam stawić się w głównej Sali SDK na I piętrze. Przyszłam. Wraz ze mną był tłum ludzi. Spotkałam nawet koleżankę. Jedną z tych, które urodą i elokwencją wprawiały mnie w kompleksy. Przed nami stanął młody człowiek, który sprawował funkcję opiekuna naszej grupy, ludzi aspirujących do bycia literatami. Poinformował nas, że było dużo prac, że do grupy prozaików zakwalifikowały się 3 osoby. Westchnęłam tylko. Na sali było tych osób co najmniej ze dwieście. Szpilki nie można było wetknąć. Nagle ku memu zdumieniu wyczytano moje nazwisko. I tak, wraz z dwiema innymi osobami, których nazwisk i twarzy dziś już nie pamiętam, a czasu na zajrzenie do notatek ciągle brak, dostałam się na warsztaty literackie. Spędziłam w SDK kilka przyjemnych lat. Jeździłam na warsztaty poza Warszawę, na prawdziwe literackie maratony uczenia jak pisać. (Przestałam po okrągłym stole, kiedy dostałam się na studia.) Nasz opiekun dziwił się, że nie wszyscy piszemy teksty zaangażowane politycznie. On takie właśnie wiersze pisał, kiedy sam przed kilku laty dostał się na takie same warsztaty, jakie teraz organizował swoim młodszym kolegom. Był autorem tomiku wierszy, który ukazał się w 1988 roku. Był też działaczem NZS.

Tak było... #wiersze #michałarabudzki

Tak było… #wiersze #michałarabudzki

Kilka dni temu wróciłam do SDK poprowadzić wieczór autorski Michała Arabudzkiego – scenarzysty filmowego, filmowca, a prywatnie kolegi, który wtedy w SDK prowadził warsztaty scenariuszowe, (na które też chodziłam), sam zaś był we wcześniejszej warsztatowej grupie literackiej, nota bene z naszym opiekunem.

Na wieczór autorski Michała przyszło sporo naszych kolegów i koleżanek z dawnych lat. Wiersze wspaniale czytali Adam Bauman i Małgorzata Pieńkowska. Sebastian Lenart – dyrektor Staromiejskiego Domu Kultury powiedział, że skoro wracamy tu: Michał jako poeta z tomikiem wierszy „Purpurowe lustra” (nota bene świetnym), a ja jako prowadząca i prezes Oddziału Warszawskiego Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, to znaczy, że warsztaty miały sens. Widać, że coś z nas wyrosło.

I pomyślałam wtedy o naszym koledze, opiekunie warsztatów sprzed lat. Dziś jest politykiem pewnej partii. Nawet był w swoim czasie ministrem. Zostawił poezję dla polityki. Czy słusznie? Spytam go przy najbliższej okazji, bo czasem widujemy się na różnych imprezach, na których bywam, jako dziennikarka. Zawsze jest serdeczny. Jak kiedyś. I tylko wątpię czy ktokolwiek patrząc na niego pomyślałby, że przed 30 laty pisał wiersze. Tak jak nikt z nas 30 lat temu nie przypuszczał, że kiedykolwiek porzuci literaturę. Ciekawi mnie, czy na takie w sumie intymne pytanie, otrzymam szczerą odpowiedź.

Jestem ścigana

Obiecywałam pisać tylko o zjawiskach pozytywnych, ale… jakże trudno dotrzymać słowa? Zwłaszcza, gdy na każdym kroku potykam się o… grafomana. Żebym tylko potykała się. Jestem przez nich atakowana. Czasem wręcz niemal ścigana, jak Harrison Ford przez Tommy Lee Jonesa. I mogę sobie krzyczeć, że jestem niewinna. Zawsze w odpowiedzi usłyszę od grafomana, że to go nie obchodzi. Z racji wykonywanych zawodów muszę czytać! Muszę! Choćby to było nie wiem jak okropne. Ja jednak muszę czytać, bo grafoman tego chce! Jakby tego było mało muszę to nie tylko czytać, ale muszę jeszcze chylić przed nim czoło, zachwycać się tym i uznawać swoją niższość. To ostatnie jestem w stanie uznać bez czytania. Mogę być literackim dnem dna całego świata, bo wisi mi, co na mój temat sądzą inni. Niestety nie jestem w stanie zachwycać się kiepską literaturą. Kilka razy próbowałam. Nie wyszło. Tymczasem takich, którzy domagają się zachwytów, hołdów i wszelkich możliwych atencji przybywa.

Wiele miesięcy temu napisała do mnie pewna Pani. Jest pracownicą biblioteki, w której byłam na spotkaniu. Byłam jej zdaniem w trakcie spotkania cudowna i przesympatyczna, więc ośmiela się mieć prośbę. Oto pani pisze wiersze. Poprosiła, bym napisała jej słowo do przygotowanego przez nią tomiku. Z zasady nie piszę o poezji. Jestem wybredna. Rzadko które współczesne wierzsze mi sie podobają. Swoje wyrzucam. Wyrzuciłam ich kilkaset, a może i nawet kilka tysięcy? Zżarł je śmietnik, bo tam ich miejsce. Te których nie wyrzuciłam, ale opublikowałam (nie więcej niż 30), właściwie też chętnie bym wyrzuciła, ale ponieważ wiele z nich ma swoich sympatyków, bo już są i gdzieś tam zostały kiedyś opublikowane, więc… nadal istnieją. Nie wiem czy dobrze o mnie świadczą. Ale… na szczęście myślę o sobie, jako o prozaiczce, a nie poetce, więc do głowy mi nie przyszło starać się wydać je w formie tomiku. W każdym razie na prośbę bibliotekarki o słowo o jej wierszach, odpowiedziałam odmownie. Pani jednak zaczęła namawiać… Wywiązała się osobliwa korespondencja, w efekcie której obiecałam, że spytam, czy nad jej wierszami nie pochyli się ktoś z moich koleżanek lub kolegów ze Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Czemu tak postąpiłam? Otóż pani podesłała CV, z którego wynikało, nie tylko, że skończyła filologię polską, ale ma również doktorat z literatury obroniony mniejsza z tym gdzie, ale w znaczącym dla polskiej kultury miejscu. Wiersz przeczytałam jeden. Nie podobał mi się. Dlatego w resztę nie zajrzałam. Nie miałam zresztą czasu. Ale po zajrzeniu w CV i wyczytaniu, że jest doktorat z literatury zdecydowałam się wysłać to wszystko koleżankom i kolegom. Oni przweczytali wszystkie wiersze. Odpisali mi, że to się do niczego nie nadaje i że pani powinna pochodzić na jakieś warsztaty literackie. Zwróciłam im uwagę na ten jej doktorat. Byli w szoku. Nie zajrzeli w CV. Po mojej informacji cała gromadka niemal wpadła w depresję.
- Małgosiu, zajrzyj w wiersze – grzmieli. – To się do niczego nie nadaje. Co za obniżanie pioziomu! Te doktoraty nic już dziś nie są warte!
Zajrzałam w wiersze. Nie tylko w ten jeden, który mi sie nie podbał, ale i w inne. Koleżanki i koledzy mówili prawdę. To było dno. Zrobiło mi się głupio, że zawracałam im głowę. Ja zajrzałam w CV – oni w wiersze. Doktorat z literatury był dla mnie wyznacznikiem czegoś. Okazało się, że to jakaś zmyłka, bo wyszło to, co wyszło. Napisałam pani dość łagodnie, że jest zapraszana na konsultacje. Obraziła się śmiertelnie. Nie ona jedna.

Od kilku lat o wsparcie w staraniach o przyjęcie do Stowarzyszenia Pisarzy Polskich prosi mnie znajomy. O sobie mówi „poeta”. Niestety jego wiersze o tym nie świadczą. Zaglądam do nich. Mówiąc wprost: żal dupę ściska. Każdy przelatuje przeze mnie jak woda przez sito. W pamięci nie zostaje nic. Wymawiam się tym, że jestem prozaikiem i dlatego nie piszę mu rekomendacji.

Te dwie osoby znałam. Panią wprawdzie spotkałam tylko raz, ale znajomego spotykam często. Jednak grafomański świat pełen jest też obcych mi zupełnie osób, piszących równie straszne, a może i straszniejsze rzeczy. Skąd wiem? Czasem dostaję na swoje nazwisko tomiki. Mimo napisanego na mojej stronie zdania, że proszę o nieprzesyłanie do oceny – ludzie ślą. A ja… zaglądam. Jest we mnie zwykła, ludzka ciekawość, co ludzie piszą, ale jest też nadzieja. Że trafię na coś, co powiali mnie na kolana. Niestety… W przypadku poezji to już po kilku linijkach wiadomo, z czym mamy do czynienia. Nie czytam więc dalej. Otwieram na chybił trafił i niestety… „nie żre”, jak mawiał jeden mój kolega. Nie chcę tego więcej czytać. Nie ciekawi mnie, nie interesuje, nudzi. Czasem śmieszy. Bywa, że śmieszy do łez. Takie coś, co śmieszy do łez staram się wyrzucać z pamięci. Niestety… bywa, że wżera się w mózg, jak wiesze mojego chorego na schizofrenię kolegi, który marząc o Noblu w dziedzinie literatury pisał:

Czernieje, oj czerniej psia kupa w śniegu.
Pewnie jakiś pies, zrobił ją w biegu”.

Do dziś, mimo upływu lat, nie mogę nie śmiać się, gdy przypominam sobie jego poezję. Ostatnio dostałam podobną. O ile jednak mój kolega blisko 60-latek jest schizofrenikiem, o tyle autor tych ostatnich powalających „dzieł” jest (chyba) w pełni władz umysłowych studentem filologii polskiej. Na moje nazwisko przysłała dwa wydane własnym sumptem tomiki i zażądał przyjęcia do Stowarzyszenia. Pomijam, że nie spełniał wygonów formalnych, tzn. nie miał rekomendacji dwóch członków, nie napisał podania itd., to wiersze… sprawiły, że wyłam. I z rozpaczy i śmiechu i oba uczucia były równie silne. Nie chcę go cytować, bo obawiam się, że te wiersze publikuje gdzieś w sieci i metodą wytnij/wklej, po moim wpisie, ktoś go wygoogle’a i zacznie się z niego nabijać, a tego bym nie chciała. Napiszę więc tylko, że ja te wiersze zaliczam do nurtu poezji skrywającej się za następującym dwuwierszem:

„kocham moje miasto,
bo jest jak ciasto”

Ułożyłam ten dwuwiersz przed laty, jako kwintesencję rymowanej grafomanii. Myślę, że oddaje ją w pełni. Rym jest. Sens jeśli jest, to jest tak głęboki i pojemny, że nawet moim zdaniem, choć jestem owego dwuwiersza autorką, nie ma go wcale.
Ów młody człowiek dostał ode mnie dość szybko odpowiedź, że zapraszam w imieniu swoim oraz koleżanek i kolegów na warsztaty literackie. Potem sprawę wyrzuciłam sobie z głowy. Tomiki leżały długo na moim biurku w gabinecie. Niestety każdy, kto mnie odwiedzał, gdy po nie sięgał, dostawał ataku śmiechu. I nie miało znaczenia, który tomik i w którym miejscu otwierał. W momencie, w którym już o młodym człowieku niemal zapomniałam zostałam zaatakowana korespondencją, w której domagał się on uznania, szacunku itd. Dowiedziałam się z tej korespondencji, że jako środowisko literackie jesteśmy zamkniętą kliką, a on nawet, gdyby wygrał setki konkursów i wydał 20 tomików nie zostałby przyjęty, bo „W obecnym środowisku literackim, jak Pani sama dobrze wie, nagradzane są naprzemiennie te same osoby. Taki beton literacki. Osoby spoza tego betonu, młode, ambitne i utalentowane, takie jak ja, nie mają szansy na nagrodę z wyższej półki. Ba, nie mają nawet szansy na wejście to tego betonu. Dzieje się tak, bowiem osoby takie są zagrożeniem dla obecnego środowiska literackiego, które będzie robiło wszystko, w tym również i Pani i kierownictwo Stowarzyszenia, aby młodzi, ambitni i utalentowani nie osiągnęli sukcesu. To oczywiste. (…) Jest mi bardzo przykro, że egoizm i zaściankowość (…), próbuje zabić w zarodku, młodych, ambitnych i utalentowanych twórców, z wizją i przesłaniem poetyckim. Proszę mi jednak wierzyć, że ci młodzi, ambitni i utalentowani, do których również i ja się zaliczam, nie przestaną tworzyć, a z tej twórczości – jak pisał nasz Wieszcz Adam Mickiewicz – wieki uplotą ozdobę naszych skroni…”

Gdyby ktoś z moich czytelników zobaczył te tomiki idę o zakład, że średnio wyrobiona literacko osoba zawyłaby z rozpaczy pomieszanej ze śmiechem. By się tym zachwycać trzeba być na poziomie widza programu „Ukryta prawda” lub: „Dlaczego ja?”, ewentualnie pod wpływem środków zmieniających świadomość. W każdym razie korespondencja z panem kwitła. On swoje, ja swoje. Po którymś jego liście zajrzałam do tych wierszy ponownie, wyłam czytając i… wyrzuciłam do śmieci. Zwłaszcza, że kolejni goście czytali wyjąc. Stwierdziłam, że dość tego. Tymczasem od Pana-grafomana nadszedł kolejny list, w którym zażądał on zwrotu tomików. To chyba wtedy mi się przelało, więc odpisałam:

„Tomiki, które wysłał Pan na moje nazwisko, (przykro mi to pisać, ale sam Pan mnie do tego zmusił), po ostatnim Pańskim liście i gruntownym przejrzeniu wyrzuciłam do śmieci uznając, że nie jest to literatura, ale makulatura. Nie chciałam mieć tego w swoich zbiorach. Mam dużą bibliotekę, liczącą ponad 10 tysięcy książek i starannie dobieram publikacje, które do niej wprowadzam. Poza tym nie chciałam, by ktoś śmiał się z Pana, bo nie jest to grzeczne, a niestety taka jest prawda, że gdy leżały na moim biurku to, kto do nich mnie zaglądał, pokładał się ze śmiechu. Czego bym NIGDY Panu nie napisała, gdyby nie Pańska buta i zarozumialstwo.”

Na razie młody człowiek nie napisał, choć obiecałam mu zwrot 40 złotych za wysłane na moje nazwisko, choć bez mojej zachęty, tomiki wierszy. Ale cóż.. wyrzuciłam je, by nie korciło bawienie się czyims kosztem. Ale rozumiem autora. Sam je sobie sfinansował. Nie chce być stratny. Czy poda konto, bym mu oddała cztery dychy? Nie wiem. Wiem, że pewnie nie pisałabym o tym, gdyby nie fakt, że wakacje sprzyjają narodzinom grafomanii. Ów młody człowiek, z którego twórczości, jak pisał nasz Wieszcz Adam Mickiewicz – wieki uplotą ozdobę naszych skroni… nie jest jedyny. A ponieważ wyraźnie napisał mi, że nie przstanie tworzyć, więć uświadamiam jego i innych, czym jest grafomania. Otóż jest to chorobliwy przymus pisania. Wiem, że ktoś powie, że to cudowne, że ludzie piszą wiersze zamiast pić wódkę. Ale ja polecam wszystkim, by najpierw czytali. Ludzie! Czytajcie! Potem piszcie. Nie ma dobrego pisania bez czytania.

Dlatego błagam! Ludzie! Kochani ludzie! Czytlenicy moi! Nie przysyłajcie mi więcej swojej kiepskiej poezji. Zwłaszcza jesli sami żadnej nie czytacie. Przez was czuję się po prostu ścigana!

PS Myślę, że moje niespełna 30 wierszy, które ocaliłam przed śmietnikiem sprawia, że Adam Mickiewicz w grobie się przewraca i robi za wiatrak. A przecież ja zrobiłam gruntowny przesiew swoich wypocin. Zróbcie i wy.

Nagroda za przedpłaty

Moja przyjaciółka pisze wiersze. Ktoś powie, że nie ona jedna, że nie pierwsza i nie ostatnia, a ja odpowiem, że oczywiście. Jest jednak pewne „ale”. Po pierwsze moja przyjaciółka podchodzi do tego poważnie, po drugie krytycznie, a po trzecie… poza pisaniem wierszy także wiersze czyta. Od kilku lat jeździ na spotkania grupy poetyckiej w pewnej miejscowości w pewnym województwie. Spotkania prowadzi pewien dziennikarz. Ma audycję w radiu, na antenie którego czyta wiersze różnych poetów. Nie znam tego dziennikarza osobiście. Natomiast czytałam pewną bardzo niedobrą książkę, na okładce której zamieszczony został fragment jego pochlebnej recenzji na temat tego „dzieła” zaś cała recenzja była w środku. O tym, że można mu za napisanie czegoś takiego zapłacić, dowiedziałam się od wydawcy tej pożal się Boże powieści, która nota bene została wydana za pieniądze autora. W końcu, jak ktoś mądry kiedyś powiedział: „kto bogatemu zabroni?”. Może taki kupić sobie i wydanie ksiązki a nawet recenzenta.

Ostatnio ów dziennikarz do wynajęcia zadzwonił do mojej przyjaciółki i poprosił, aby wysłała swoje wiersze na konkurs, którego on będzie jurorem.

- Organizatorom zależy na wysokim poziomie – zaznaczył, czym moją przyjaciółkę skusił. Sama z siebie przez całe swoje życie zaledwie trzy czy cztery razy wysłała wiersze na konkurs. Teraz uznała, że zrobi to, bo on prosi. Była też druga przyczyna. Konkurs ma długą tradycję, bo odbywa się od kilkunastu lat. To na pewno coś fajnego. Zwłaszcza, że przez lata jurorem była tam wzięta pisarka.

Pewnego dnia moja przyjaciółka zadzwoniła do mnie przejęta, że dostała na tym konkursie jakąś nagrodę. Jaką? Jeszcze nie wie. Musi pojechać do stolicy swojego województwa na rozstrzygnięcie. Kilka godzin później nie było jej już tak wesoło. Na miejscu okazało się, że na konkurs nadeszły prace od… 13 (słownie: trzynastu!) autorów! Każdy przyzna, że to trochę mało jak na konkurs ogólnopolski. Z tego tez powodu na miejscu okazało się, że na sali w czasie ogłaszania wyników obecnych było… sześć osób, z czego czwórka to nagrodzeni, a pozostali to miłośnicy darmowego poczęstunku, którzy zawsze jakoś wkręcą się na imprezę kulturalną, by podjeść sobie i popić na koszt organizatorów. Przyjaciółka dostała wyróżnienie – sto złotych. Zwróciły się wiec bilety w dwie strony na pociąg i taksówka opłacona, by nie spóźnić się na rozstrzygnięcie konkursu. Główny juror – radiowy dziennikarz – taksówki nie wziął i spóźnił się godzinę. Przez ten czas reszta organizatorów zabawiała szóstkę niecierpliwie oczekujących na wyniki, czytaniem wierszy odrzuconych. Podobno żenujących. Główną nagrodę zgarnął… autor wspomnianego przeze mnie „dzieła” prozatorskiego, które już znałam a nawet mam w swoich zbiorach, jako literackie kuriozum, a które w swoim czasie radiowy dziennikarz-juror opatrzył niezwykle pochlebnym wstępem.

Moja przyjaciółka była zniesmaczona. Nie tylko tym, że na sali bylo sześciu widzów. Przede wszystkim tym, że w ogóle uczestników konkursu było tylko trzynastu. Taki konkurs? Tylko trzynastu uczestników? Gdyby znajomy dziennikarz powiedział jej, że prosi o wzięcie udziału, bo za mało osób przysłało prace, to jeszcze by mu nagoniła chętnych. A tak… biedna myślała, że naprawdę chodzi o poziom.

Postanowiłam zbadać sprawę. Podzwoniłam tu i ówdzie i…. tego się nie da opowiedzieć.

Najpierw wyszło na jaw, że gdy jurorem była znana pisarka prac przychodziło ponad dwieście. Potem, że wszystko zmieniło się, gdy zmieniły się władze domu kultury, który konkurs organizuje. Władzom bardziej od znanej pisarki podobał się dziennikarz, który jako osoba związana z radiem coś być może powie w owym radiu o konkursie. Prawdopodobnie to stąd wymiana jurora. Czy wyszło to konkursowi na lepsze? Sądząc po zainteresowaniu śmiem wątpić. Najśmieszniejsze jednak było moje odkrycie dotyczące głównego laureata i pozostałych. W swoich odpytywaniach dotyczących konkursu rozmawiałam ze znajomymi autorami z regionu. Podawałam nazwę konkursu i nazwisko głównego laureata, ale nie mówiłam, kto w jury. Ku memu zdumieniu nie musiałam tego mówić. Każdy, kto usłyszał nazwisko laureata głównej nagrody z miejsca odpowiadał:

- Wiem, kto był jurorem!

I… podawał nazwisko radiowego dziennikarza.

Jak się okazało w tym województwie tajemnicą poliszynela jest to, że bogaty facet z literackimi ambicjami coś pisze, dziennikarz łasy na kasę mu to redaguje za pieniądze i za pieniądze pisze wstępy, a potem robi wszystko, by rozbuchane ego ambitnego literata nagrodzić w konkursie, w którym jest jurorem. Nagrodzony zaś autor powołując się na to, że jest laureatem wydaje sobie książki, bo… „kto bogatemu zabroni?” Z następnymi laureatami tez wiążą dziennikarza jurora finansowe nitki. Oto redagował im tomiki wierszy, więc musiał się odwdzięczyć. Mojej przyjaciółce też redagował jeden. Też za pieniądze. Teraz przyjaciółka ma wątpliwości, czy recenzja, którą dziennikarz jej wtedy napisał była szczera.

Przyznam, że na przestrzeni wielu lat słyszałam o wielu patologiach w literackim świecie, ale ta jest jedną z większych. Zwłaszcza, że traci na tym kultura. No, a wrażliwym osobom, do jakich zalicza się moja przyjaciółka, zupełnie odechciewa się brać udział w literackich konkursach. No, bo jeśli Główną Nagrodę można sobie kupić przedpłatami w postaci kupowania redakcji tomików, recenzji etc., to jak wierzyć w rzetelne ocenienie swoich wierszy?

Psia kupa w śniegu

Często zastanawiam się, czy prywatni lekarze nie działają na naszą szkodę. Tak na logikę. Kiedy życzą sobie kasę za każdą wizytę, to może lepiej dla nich leczyć nas i nie wyleczyć, bo wtedy, gdy będziemy non stop chorzy, to będziemy do nich ciągle chodzić i płacić? To moje wnioski z wczoraj, po rozmowie ze znajomym. Zacznę jednak od początku. Od tego, że chyba pójdę żywcem do nieba. Wczoraj wzięłam bowiem w płuca głęboki oddech i… zgodziłam się spotkać z tym moim znajomym grafomanem, tym o którym już pisałam, na poważną rozmowę. Oczywiście mogłam, jak sto innych osób, do których zwracał się o pomoc, zablokować nadawcę, by nie czytać więcej emaili, a także nigdy więcej nie odebrać od niego telefonu. Jest jednak pewne „ale”. To chory człowiek, a jego dusza woła o pomoc. To widać we wszystkich emailach, telefonach i tak dalej. Dlatego chwilę dla niego wygrzebałam. Najpierw jednak przyszedł od niego list, w którym znalazły się jego wiersze. Błagał o przeczytanie. Obiecywałam sobie, że nie będę się śmiać, ale czasem ze śmiechem jest jak z porannym wzwodem u faceta. Nie da się nad nim zapanować. Ja też nie mogłam zapanować i spłakałam się ze śmiechu między innymi wtedy, gdy przeczytałam wiersz zaczynający się od słów:
„Czernieje oj czerniej
Psia kupa w śniegu.
Pewnie jakiś pies,
Zrobił ją w biegu”.
Wczoraj rozpoczęliśmy rozmowę na temat tych wierszy. Spytałam najpierw o jego ulubionego poetę, którego najczęściej czyta. Okazało się, ze nie ma takiego, a poezji nie czyta wcale. Wspomniał tylko o Wisławie Szymborskiej, a właściwie bardziej o jej Noblu. I tak wyszło szydło z worka. Spytałam czy nie jest przypadkiem tak, że pisze te wiersze, bo już w myślach odbiera Nobla i widzi siebie na scenie w Sztokholmie. Wyszło, że… tak właśnie jest. Jego celem jest bogactwo. Chce je zdobyć natychmiast. Najlepiej, by leżało na ulicy. A twórczość to taki łatwy chleb. Piszesz wiersz i jest Nobel!
Rozpoczęliśmy rozmowę o jednym z polskich milionerów, któremu wysłał swoje wiersze z żądaniem kasy na tomik, a który zatrzasnął podobno przed nim drzwi. Czemu ja się zresztą wcale nie dziwię. Mówiłam mu, że jakakolwiek twórczość to ciężka praca. Wtedy znajomy wyjął swoje obrazki, które jako absolwent historii sztuki przemilczę, a potem katalog pewnego domu akcyjnego i pokazał jeden z obrazów, mówiąc, że na aukcji poszedł za 240 tysięcy złotych. Bo przecież to pieniądze są tym, co mojego znajomego interesuje najbardziej. Spytałam, go jak myśli: dlaczego tyle ktoś zapłacił za ten obraz. Padały różne odpowiedzi poza jedną. Że autor namalował coś, czego nikt inny zrobić nie umiał.
Wreszcie zaczęliśmy rozmawiać o chorobie znajomego. Otóż zgodnie z moim podejrzeniem, które potwierdziła kiedyś mi jego żona, znajomy cierpi na psychozę maniakalno-depresyjną, którą dziś coraz częściej nazywa się zaburzeniem afektywnym dwubiegunowym. I cóż się w tej rozmowie o chorobie okazało? Te wiersze kazał mu pisać jego psychiatra. Podobno zachwycał się nimi, więc mój znajomy nabrał przysłowiowego „wiatru w żagle” i zaczął pisać. Owszem, przyznał, że poza psychiatrą nikogo nie zachwyciły. Że śmiali się z nich wszyscy, a szwagier z córką to nawet ze śmiechu się popłakali. Zaś jeden ze znanych poetów ze Związku Literatów Polskich powiedział, że takie wiersze to można pisać u cioci na imieninach, by bawić gości, gdy się upiją. Pozostaje pytanie. Dlaczego psychiatra kazał mojemu znajomemu pisać te wiersze i sobie przesyłać? Odpowiedź nasunęła się dość szybko, gdy znajomy powiedział, że ów lekarz od wielu lat każe mu notować swoje sny, a jest autorem wielu książek o snach ludzi chorych psychicznie. Mam jakieś dziwne wrażenie, że teraz przygotowuje się do publikacji na temat wierszy osób z zaburzeniami. Nie jestem psychiatrą. O chorobach psychicznych wiem jednak więcej niż przeciętny człowiek, bo wielokrotnie z takimi ludźmi miałam do czynienia. Wiem więc, że chorzy przywiązują się do swoich lekarzy, ufają im bezgranicznie. Na ile jednak ci lekarze wykorzystują to przywiązanie? Tak myślę, czy gdyby mój znajomy trafił teraz pod skrzydła innego psychiatry, czy nie udałoby się może nie tyle wyciągnąć go z tej choroby, ile sprawić by nawroty miał rzadziej? Ale cóż. Wizyta u psychiatry, który jest fanem poezji i snów kosztuje 150 złotych… Znajomy płaci mu tyle dwa razy w miesiącu i to od 20 lat. Co z tego ma? Recepty na leki i… załatwioną przez tego lekarza rentę inwalidzką w wysokości 700 złotych miesięcznie. Jednak prawie połowę tych pieniędzy pochłaniają wizyty u „dobroczyńcy”. Na pytanie, czemu nie leczy się u innego lekarza nie prywatnie, a na przykład państwowo, odparł, że najpierw leczył się państwowo u tego obecnego. To on sam zaproponował mu leczenie prywatne, a znajomy tak się do niego przywiązał i tak mu wierzy, że na to przystał. I tak od dwudziestu lat idzie za nim w ogień, oddając, co miesiąc prawie pół swojej renty i żyjąc różnymi nadziejami. Ostatnio na Nobla w dziedzinie literatury za wiersz o psiej kupie w śniegu.

Fuj panie Gates!

Wielu moich znajomych żartobliwie twierdzi, że jestem osobą, której wszystko kojarzy się z głupotami, świństwami i seksem. Może i tak jest, bo rzeczywiście z seksem kojarzą mi się różne zdania, wypowiadane w specyficznych, np. autobusowych sytuacjach, które tu w swoim czasie opisałam. Przyznaję też, że potrafię wszystko idiotycznie zrymować. Np. ze słów: Solec, bolec, stolec, kolec stworzyć kretyński wierszyk brzmiący tak:
W miejscowości Solec,
Gość o ksywce Bolec,
Oddał w krzakach stolec
Wbił se w zadek kolec.
Wszystko to jednak jest ćwiczeniem językowym i grą w rymy. Zaczęłam się w to bawić jeszcze w dzieciństwie pod wpływem książki „Pamiętnik Oli”, jakiegoś ukraińskiego pisarza (na pewno ukraińskiego, bo tytułowa Ola kochała wiersze Tarasa Szewczenki). Właśnie Ola bawiła się w takie rymowanki ze swoim tatą. Choć przyznaje, że rymowała grzeczniej niż ja. Np. Postać – zostać.
Poeta? Co za śmieszna postać!
Chyba już lepiej chemikiem zostać.
Myślę jednak, że o wiele bardziej ode mnie zboczony jest Bill Gates i polscy pracownicy jego korporacji. Wnioski takie wysnułam korzystając z programu Microsoft Word 2003. Otóż teraz, gdy kończę powieść i szykuję się do ręcznych poprawek, postanowiłam użyć korekty w programie. W końcu piszę szybko, zdarzają mi się literówki typu „ejst” zamiast „jest” i tym podobne. Wygodniej mi będzie więc poprawić to wszystko korzystając z komputera. Niestety (lub stety, jak kto woli) Word wyłapuje także błędy stylistyczne i interpunkcyjne. Nie zawsze zgadzam się z tym, co proponuje, ale mniejsza o to. Martwi mnie natomiast, że sporo używanych przeze mnie wyrazów Word uważa albo za przestarzałe albo za wulgarne. Przestarzały jest np. wyraz „lubić”. A wulgarny? W powieści są tylko trzy wulgarne wyrazy, z czego dwa właściwie dawno weszły do literatury (chodzi mi o słowa „dupa” i „gówno”) zaś trzeci, rzeczywiście wulgarny, bo „kurwa” pojawia się tylko raz i ma zresztą duże, dramaturgiczne znaczenie dla rozwoju akcji. Tymczasem zdaniem twórców polskiej wersji słownika, wulgarny jest wyraz (Uwaga! Niespodzianka!) „spuścić” stosowany przeze mnie w zdaniu, „Marcin spuścił głowę”. To samo z wyrazem „lody”. Tak więc bohaterów mojej książki, zdaniem autorów słownika, tata nie mógł zabrać na lody, bo to wulgarne. Zapewne w ich wyobrażeniu tata z mojej powieści to ktoś w rodzaju Josefa Fritzla, a lody, które proponuje to nie bambino czy cassate, ale takie w ruchomym waflu. Fuj panie Gates! Chciałabym spuścić na to zasłonę miłosierdzia, ale pan mi zabrania!

 

Zapisane w gwiazdach

Gdy byłam nastolatką i za mówienie brzydkich słów do nauczycielki polskiego musiałam zmieniać szkołę średnią, moja mama poszła do kuzynów wyżalić się. Jęczała, że nic ze mnie nie będzie, że dążę ku zatraceniu i tak dalej. Kuzyni parali się astrologią. Wuj kazał matce podać moją dokładną datę urodzenia wraz z godziną i szybko wraz z córką przygotowali mój horoskop patrząc w układ planet w chwili mojego przyjęcia na świat. By uspokoić moją matkę powiedzieli jej, że daleko zajdę. Dodali jednak, że mam skłonność do przyciągania do siebie ludzi dziwnych, a także typów spod ciemnej gwiazdy. Matka oczywiście zapamiętała to ostatnie i od tej pory niemal każdy przyprowadzany przeze mnie do domu człowiek odbierany był, jako typ spod ciemnej gwiazdy. O tym, że wg tego horoskopu mam przed sobą wielką przyszłość dowiedziałam się jakieś cztery lata temu, podczas przypadkowej rozmowy z kuzynką, która opowiedziała mi o wizycie mamy. Do pierwszej części przepowiedni podchodzę jednak sceptycznie, ale… w tym przyciąganiu przeze mnie typów spod ciemnej gwiazdy coś jest.

Gdy wiele lat temu pojechałam na „Barkę” do Poznania robić reportaż, panowie, którzy spędzili w więzieniu pół życia byli mną niezwykle zainteresowani. Także na czterdzieste urodziny kolega przyprowadził mi do domu swojego sąsiada narkomana. Jak tłumaczył, spotkał go po drodze i nie mógł się pozbyć, a ja przecież jestem taka otwarta. Ów sąsiad narkoman zainteresował się mną natychmiast i to do tego stopnia, że musiałam otwartym tekstem zażądać wyprowadzenia napalonego na mnie i na dodatek naćpanego natręta. Takich historii ze swojego życia mogłabym przytoczyć tysiące!
Najgorzej jest jednak z typami dziwnymi. Od kiedy sięgam pamięcią ciągnęli do mnie ludzie chorzy psychicznie, niedorozwinięci, upośledzeni fizycznie i umysłowo. Pewnie dlatego, że nigdy nie należałam do osób, które złośliwie nabijają się z cudzego nieszczęścia, a zawsze traktowałam ich z pewną tkliwością. Myślę zresztą, że osoby chore psychicznie gdzieś wyczuwają tę moją empatię. Gdy dwa lata temu miałam spotkanie w szkole specjalnej z dziećmi niedorozwiniętymi, nauczycielka była w szoku, że udało mi się zainteresować ich przez ponad 45 minut i że te dzieci tak bardzo nie chciały mnie wypuścić. Jednak choroby psychiczne mają wiele twarzy. Niektóre są takie, że czasem nie bardzo tak do końca zdajemy sobie sprawę z tego, że ktoś jest chory.
Wiele lat temu, przy okazji pracy w jednym z ogólnopolskich programów informacyjnych, poznałam pewnego człowieka. Mniejsza o imię, jego rolę w owym programie, a nawet zawód, bo zdaje się, że ma ich kilka. Ważniejsze jest to, że ów człowiek cierpi na grafomanię. A tak! Cierpi, bo grafomania to choroba! Popularnie mówi się grafoman o kimś, kto nie ma talentu. Jednak tak naprawdę grafoman to ktoś, kto cierpi na chorobliwą manię pisania bez ładu i składu wbrew powszechnym opiniom, że to, co robi do niczego się nie nadaje. W przypadku mojego znajomego owa grafomania jest też częścią składową psychozy maniakalno depresyjnej. Przez długi czas byłam zresztą przekonana, że w jego przypadku ta choroba nie jest zdiagnozowana i że nigdy, przenigdy nie był on u lekarza. A ja stwierdzam ją, na zasadzie swobodnej obserwacji, bo latami mieszkałam przez ścianę z chorym psychicznie sąsiadem, który też maniakalnie pisał straszne wiersze. Ostatnio dowiedziałam się jednak, że mój znajomy był u lekarza. Psychozę maniakalno-depresyjną u niego stwierdzono, a teczkę choroby, liczącą ponad 50 stron, założono mu ponad 20 lat temu.
Z jego grafomanią spotkałam się po raz pierwszy, gdy w jakiś czas po promocji jednej z moich książek wręczył mi maszynopis swoich wspomnień. Czterdziestostronicowa autobiografia nosiła tytuł: „Ciekawe życie” i zaczynała się od słów: „Mam ciekawe życie. Może niezbyt bogate, ale bardzo ciekawe.” W liczącym 40 stron tekście było wszystko! Opisane całe jego życie w sposób najnudniejszy z możliwych. (Przyznam, że przebrnęłam przez to z trudem.) W tekście widać było przede wszystkim jedno: autor chce być postrzegany, jako niezwykły, bo za takiego się uważa, marzy o sławie i milionach. Spytał, co o tym sądzę i kto by mu to wydał. Od razu rozpostarł też przede mną wizję, co by zrobił z zarobionymi pieniędzmi uzyskanymi ze sprzedaży tego powalającego wiekopomnego dzieła. Z zasady nie udzielam porad literackich, ale w tym przypadku wyjątkowo postanowiłam powiedzieć szczerze, co o tym myślę. Bardzo chciałam, by znajomy skupił się na pracy. Zwłaszcza, że miałam przyjemność poznać jego żonę i dziecko i widziałam, że są to ludzie wymęczeni wyskokami pana domu. Powiedziałam więc, że jest to niezwykle nudne, że musi popracować nad stylem. Nauczyć się rozwijać myśli. Że on od razu chce napisać wszystko, a to tak się nie da. Że każda książka wymaga pracy. Wytłumaczyłam, że ciekawe życie ma każdy człowiek, problem jest w tym, by umieć to ciekawie opisać. Tego zaś on zrobić nie umie. Dobry aktor zagra krzesło i publiczność wpadnie w ekstazę, a dobry pisarz opisze prostą sytuację, ale tak, że czytelnik nie tylko zaciekawi się, ale uzna to za dzieło. W końcu, gdy streścimy „Starego człowieka i morze” Ernesta Hemingwaya okaże się, że to banalna historia. Cała sztuka polega jednak na tym, jak została napisana!
Po tej rozmowie znajomy na chwilę przerzucił się na malowanie. Biegał po mieście z teczką pełną swoich obrazów. Jeden nawet mi wcisnął. Za każdym razem rozwijał wizję siebie – artysty, o którego dzieła biją się wszyscy, a on zyskuje miliony. Marzył o sławie równej tej, jaka towarzyszyła Warholowi, choć to, co miał do zaoferowania przypominało dziecinne bazgroły.
Kilka dni temu znów mnie „zaatakował”. Tym razem pisze wiersze. Na szczęście żadnego mi nie przysłał, bo obawiam się, że bym umarła, zwłaszcza, że w emailu wyczytałam, że wierszy to on pisze 60 dziennie! (Toż to całkiem pokaźny tomik!) Gdy wiele lat temu, jako nastolatka jeździłam na warsztaty literackie, pamiętam wykłady naszych nauczycieli – polskich poetów – Krzysztofa Karaska, Tadeusza Chudego, Tadeusza Śliwiaka i Romana Śliwonika. Wiersz, który powstaje w pięć minut pięć minut żyje. Natchnienie to jedno, ale wszystko trzeba potem przemyśleć, bo może są w tym wierszy rzeczy niepotrzebne. Jednak teraz, gdy znajomy pisał mi o fakcie tworzenia dziennie 60 wierszy nie chciał już porad literackich. Te już nie są mu potrzebne. Teraz chce wydawcy i tylko wydawcy. Z rozpaczliwych maili wynikało, że prosił o pomoc Zbigniewa Solorza-Żaka, Aleksandra Gudzowatego itd. Nie odpowiedzieli na jego listy, a więc nie wyrazili zainteresowania. Ja na swoje nieszczęście odpowiedziałam. Napisałam wprawdzie, że nie znam nikogo, kto byłby zainteresowany wydaniem tomiku, że na poezję trzeba dotacji ministerialnych, bo jest niedochodowa, itd. Okazało się jednak, że jestem jedyną osobą, która mu odpowiada na listy. Dlatego to ja dostałam wysyp kilkudziesięciu rozpaczliwych wołań o pomoc jego artystycznej duszy. Kiedy po osiemnastym liście, jaki przyszedł do mnie w ciągu jednej godziny, napisałam szczerze, że siedzę nad powieścią, że nie mam czasu, że mam setki swoich dramatycznych problemów i proszę, by nie zawracał mi głowy, przyszła dopowiedź, że on powinien mieć bogatego wujka i żyć z procentów, by rozwijać talenty i że my artyści powinniśmy się trzymać razem.
Boże! Komu z nas nie przydałby się bogaty wujek i życie z procentów? Jednak większość ma świadomość, że bez pracy nie ma kołaczy. Z pisaniem jest tak, że talent da się rozwinąć, a brak talentu nadrobić pracowitością. Można to wszystko doskonalić zaczynając od poprawiania stylistycznie zdań, rozwijania drobnych fragmentów tekstu, itd. Grafoman nigdy tego nie zrobi. Grafoman to, co raz już napisał zostawia, jako skończone dzieło i tworzy kolejne, koniecznie wiekopomne. Jest przekonany o swojej wielkości. Nie ma w nim nigdy refleksji towarzyszącej wszystkim innym piszącym osobom, czytającym swoje rzeczy po pewnym czasie: „To ja to napisałem? Matko! Teraz zrobiłbym to zupełnie inaczej!” Grafoman nie wraca do swoich tekstów, bo są one jego zdaniem doskonałe. Zwykły pisarz z reguły nie wraca do tych starych i dawno napisanych, bo go żenują. Bo widzi ich kulawość. A kończy swoje książki na pewnym etapie, bo wie, że wieczne poprawianie do niczego nie prowadzi. Może zaś sprawić, że będzie autorem tylko jednego dzieła. I choć w wielu przypadkach, ktoś złośliwie może powiedzieć, że i dobrze, ja jednak powtórzę za moim wydawcą – ‚każda książka to Nowy Świat!’ Trzeba próbować otworzyć przed czytelnikiem te nowe światy. Dlatego pisanie kiedyś trzeba skończyć. Mnie do końca „LO-terii”, czyli drugiej części „Klasy pani Czajki”, zostały dosłownie trzy rozdziały! Potem czeka mnie faza poprawek. Najbardziej jej nie lubię, bo to moment, kiedy chcę wszystko wyrzucić do śmieci. Zawsze wtedy uważam, że wszystko, co do tej pory napisałam jest tak beznadziejne, że łapię okropnego doła. Dlatego czasem zazdroszczę grafomanowi. Wolałabym myśleć, że to świat mnie nie rozumie, a nie, że ja napisałam kilkaset stron totalnych bzdur. Ale tylko czasem zazdroszczę temu grafomanowi poczucia własnej genialności. O wiele częściej współczuję jego otoczeniu. Ostatnio współczuję sobie. W mojej skrzynce zalega kilkadziesiąt emaili od niego. Że też w gwiazdach mam zapisane to przyciąganie dziwnych typów. Czy nie można tego jakoś odwrócić?

Z ulicy?

Czytam czasem cudze blogi. Cóż zauważam? Ludzie często prowadza je na siłę. Piszą o czymkolwiek, byle pisać. Czasem portale w tej głupocie „pomagają”. Mój macierzysty onet wybiera np. „gorące tematy”. Często też na siłę. Często są one aż żenujące. Piszę o tym, bo co jakiś czas po spotkaniu autorskim zgłaszają się do mnie młodzi ludzie, którzy chcą pisać. Większość nie wie o czym. Zawsze mówię, że im człowiek starszy tym ma więcej pomysłów, bo więcej przeżył, więc wszystko przed nimi. Tematy i pomysły przyjdą z czasem. Ostatnio jednak przez zupełny przypadek, gdy siedziałam ze znajomym w kawiarni domu literatury wpadły mi w ręce wiersze i opowiadania pana w sile wieku. Były o niczym. Znajomy poeta, z którym rozmawiałam, powiedział, że to jego „uczeń” i że kilka razy delikatnie próbował mu to powiedzieć, że nie zawsze trzeba pochylać się tyle nad formą. Czasem warto nad treścią. W sumie byłam w szoku. Że można aż tak pisać o niczym. Bawić się słowami, w których nie ma treści. Historia z dojrzałym mężczyzną, który chce pisać i nie ma o czym sprawiła, że zastanowiłam się nad tym stwierdzeniem, którego tak często używamy w redakcji: „Tematy leżą na ulicy”. Druga cześć tego zdania brzmi: „Trzeba tylko umieć je podnieść”. Czyż to nie dziwne, że w czasach, gdy tych tematów i ulic nimi zasypanych jest tak wiele, cały czas zdarzają się ludzie, którzy nie potrafią nic znaleźć?
PS. Kolega z pracy miał wypadek na motocyklu. Wylądował w szpitalu. W niedzielę wraz z koleżanką poszłyśmy go odwiedzić. Nie pamiętam kiedy ostatnio ktoś ucieszył się tak na mój widok. Było to niesamowite. Cóż… w szpitalu leżał sam. Na dodatek akurat tego dnia żona nie mogla go odwiedzić. Mają miesięczne dziecko i nie miała z kim zostawić malucha. Zaś szpital to nie jest dobre miejsce dla niemowlaków. Kolega nie mógł uwierzyć, że specjalnie dla niego pojechałyśmy po zygmuntówki (nowe warszawskie ciastka) i w wolny dzień przyjechałyśmy do szpitala. Ta jego radość na nasz widok tak mnie zbiła z tropu, że tez miałam kłopot z pisaniem. Potrzebowałam wyciszenia. Może po to, by docenić czym jest przyjaźń?

Głupi biedny, a bogaty mądry?

Myślę o tym od kilku dni. Dokładnie od chwili, gdy wymieniłam korespondencję z pewnym żyjącym za granicą poetą. Ów poeta przysłał mi spisany wywiad jaki przeprowadziła z nim do radia jedna dziennikarka. Jego prośba brzmiała, bym gdzieś ten wywiad zamieściła. Wywiad był niezredagowany, więc odpisałam, że w tej formie to nie mam co z tym zrobić, ale zredagowany mogę zamieścić na portalu polonijnym. Poeta odparł, bym wywiad zredagowała ja. Odpowiedziałam, że nie mam czasu, bo muszę pracować. Muszę zarabiać, bo mam dziecko na utrzymaniu i wtedy… otrzymałam taki list:
„Masz tyle obowiązków, ale czy masz jakieś przyjemności? Sadząc po tym co piszesz absolutnie nie masz żadnych pieniędzy, ludzie dużo i ciężko pracujący są przeważnie biedni. W Ameryce biedni to głupi ludzie, w Polsce mówią, ze biedny, ale mądry człowiek. Więc jako Amerykanin pytam się, jak człowiek mądry może dużo pracować i być biednym? Biedni są ludzie głupi, niewykształceni, emigranci i leniwi, którym się nie chce pracować. Bieda jest wyznacznikiem wielkiego wysiłku, więc proszę miej tylko jedną pracę i dużo pieniędzy tego Ci życzę z okazji tych Wielkanocnych Świąt”.
Pokiwałam głową nad głupotą, uśmiałam się i odpisałam, że nic nie rozumie, a mnie nie chce się tłumaczyć, bo na to też nie mam czasu. W odpowiedzi znajomy przysłał wywiad jeszcze raz. Już zredagowany. Przypomniałam to sobie dziś, gdy byłam na zdjęciach z okazji 66. rocznicy wybuchu Powstania w Getcie przed pomnikiem Bohaterów Getta. Dlaczego? O 16-tej zaczął się marsz modlitwy, w którym od 19 lat biorą udział przedstawiciele wszystkich kościołów chrześcijańskich w Polsce i gminy żydowskiej. Odmawiana ekumeniczna modlitwa to psalmy Dawida wspólne dla judaizmu i wszystkich odłamów chrześcijaństwa. Były w nich takie cytaty (tłumaczenie Czesława Miłosza):
Psalm 140
13. Wiem ja, że Pan sprawiedliwość przyniesie ubogim, * weźmie stronę biedaka.
Psalm 70
6. A ja jestem biedak i nieszczęśnik, * Boże, pospiesz do mnie. * Pomocą i ucieczką moją Ty jesteś, * nie zwlekaj, o Panie!
Opowiedziałam kolegom z pracy o liście i podzieliłam się myślami o cytatach z psalmów. Mam ochotę posłać je znajomemu poecie. Słać, czy nie? Jednogłośnie odparli. Nie słać. Nie zrozumie. Jeden stwierdził też, że zrobiłam podstawowy błąd:
- Trzeba było tak odpisać. – Powiedział:  -  „Zredaguję. Koszt usługi 500 dolarów.” Od razu byś zyskała w jego oczach.  
Hmm. Nie zależy mi, by zyskiwać. Poczekam na tę sprawiedliwość od Pana i moment, kiedy weźmie stronę biedaka. Zwłaszcza, że jest jego pomocą i ucieczką.
PS. Ostatnio jakoś u mnie na blogu strasznie religijnie. Aż mnie samą dziw bierze! Cóż… dziś też Wielkanoc. Tyle, że… prawosławna. Alleluja po raz wtóry!
PS.2. Czytelnik przysłał mi list, że poeta obrazi się jak przeczyta mojego bloga. Odpowiadam publicznie:
1. Skoro nie obraził się za moją odpowiedź, to dlaczego miałby się obrazić za cytaty z psalmów Dawida? 
2. Poeta nie czyta mojego bloga. Czyta tylko wywiady ze sobą.  hehehe