Archiwa tagu: polityka

Korwinina i inne podroby

Wczoraj sieć obiegł film z Parlamentu Europejskiego, na którym widać pewnego polskiego eurodeputowanego, który twierdzi, że kobiety powinny zarabiać mniej niż mężczyźni, gdyż są od nich słabsze, mniejsze i mniej inteligentne.

Ja się zgadzam z tym osobnikiem (pan to to nie jest, mężczyzna też nie), że jesteśmy mniejsze. Nie tylko wielu polskim parlamentarzystkom, ale i polskim kobietom daleko do rozmiarów np. Ryszarda Kalisza, który w swoim czasie uchodził za najgrubszego polskiego posła. Na pewno jesteśmy więc mniejsze. Na pewno jesteśmy też słabsze, choć podejrzewam, że gdyby nasza utytułowana kulomiotka przywaliła temu osobnikowi w pysk, co niewątpliwie mu się należy, bo przecież na pojedynek na szpady lub pistolety chama nikt nie będzie wyzywał, to by się nogami nakrył i zdziwił co może taka mała, słaba kobieta. Co do inteligencji kobiet mocno bym jednak z nim dyskutowała. Przykład z szachami czy olimpiadami z fizyki podany przez tego osobnika, (że więcej jest wybitnych szachistów niż szachistek i że brak jest kobiet w olimpiadach fizycznych), wydaje mi się dość niefortunny, nawet nie dlatego, że noblistka Maria Skłodowska-Curie była kobietą, ale rodzajów inteligencji jest kilka. A poza tym jak tam z fizyką u niego? Na pewno wszystko dobrze? Nic mu nie ciąży?

Uważam ponadto, że wypowiedzenie tych słów przez eurodeputowanego stawia go w dolnym rzędzie polskiej klasy inteligenckiej jeśli w ogóle do niej należy, co jest mocno wątpliwe. Najbardziej jednak fascynuje mnie w jego argumentacji, że kobiety powinny mniej zarabiać niż mężczyźni, ten niesamowity brak logiki, która niezbędna jest w szachach czy fizyce. Skoro kobiety wykonują taką samą pracę jak mężczyźni przy takich strasznych dysfunkcjach, jak słabość, mniejszość i mniejsza inteligencja powinny chyba dostawać dwa razy więcej pieniędzy, bo mimo tych dysfunkcji w swojej pracy dorównują mężczyznom.

Rozumiem, że ten osobnik sugeruje, że jako pisarka z racji płci powinnam otrzymywać mniejsze honoraria niż moi koledzy po piórze. Naprawdę? Bardzo bym wobec tego prosiła, by wyrzucił ze swojej biblioteki wszystkie książki napisane przez kobiety.

Jest takie powiedzenie, że po wołu można spodziewać się tylko wołowiny. Ośmielam się jednak zauważyć, że o ile wołowina zawiera sporo potrzebnego dla organizmu np. żelaza, o tyle korwinina jedynie strychninę i jad kiełbasiany. A ten ostatni pochodzi z mocno starej kiełbasy, którą obawiam się dźwignąć może już tylko viagra.

W starożytności tak starych ludzi jak ten osobnik w Grecji zrzucano ze skały. Podobnie było u Norwegów. Na Islandii też starców zabijano, ale wcześniej przedyskutowywano sprawę na zgromadzeniu być może podobnym do Europarlamentu. Potem zrzucano ich ze stromej skały, który to proceder potwierdzają niektóre nazwy miejsc na terenie dzisiejszej Skandynawii brzmiące w wolnym tłumaczeniu jako: „skała śmierci” lub „miejsce straceń”. W skandynawskich sagach mowa jest o maczudze śmierci do zabijania starców. Wyczytałam też gdzieś, że w starożytnej Skandynawii podeszli wiekiem nie jadali i nie przebywali ze swymi dziećmi i wnukami, a ich los był cięższy od losu zdolnych do pracy niewolników. Tymczasem nasza cywilizacja pozwoliła im nadal żyć, a nawet być jeszcze eurodeputowanymi. A w czym taki chamski staruch lepszy jest od kobiety? W szachach? Ponoć pierwsza zasada szachistów brzmi: „nie bij konia przy damie”. O to jestem spokojna. Damy od takiego obrzydliwego starucha uciekają w galopie. Ale ponieważ samo „życie jest jak gra w szachy: raz posuwasz królową, a raz bijesz konia” to chcę retorycznie spytać: Czy ktoś wierzy, że istnieje królowa, która pragnie tego starca?

PS W tym tekście dostosowałam się do poziomu dyskusji osobnika reprezentującego (niestety) Polskę w Europarlamencie. Jak chamstwo to chamstwo.

Ostatni raz, czyli wart Pac pałaca

Dwa razy w życiu bohaterowie mojego bloga odzywali się do mnie. Nie skończyło się to dla nich zbyt dobrze. Cóż… gdy o kimś piszę rzadko robię to z imienia i nazwiska bywa jednak, że nie patyczkuję się. Zwłaszcza, gdy mam do czynienia z galopującą głupotą. Pewnie dlatego przyjęta przeze mnie przed laty forma, by pisać o absurdach i ich bohaterach w sposób zawoalowany, bardzo się sprawdza. Dlatego bohaterowie, nawet gdy wiedzą, że to o nich (a przeważnie wiedzą) milczą. Zwłaszcza, gdy są choć trochę inteligentni. Ci, którzy się odezwali – ośmieszyli się i tyle. Bloga nie można komentować. Nie jest więc nigdzie publicznie napisane, że to o nich. Po jakimś czasie zresztą wpis się starzeje i nikt już nie ma najmniejszego pojęcia o kogo chodzi, bo zostaje tylko zjawisko. A to z powodu zjawiska ktoś stał się tu moim tematem. Tak było i wczoraj, gdy pisałam o pewnej byłej żonie pewnego byłego premiera i jej książce. Z tą różnicą, że podałam jej nazwisko. Uznałam, że i tak wiadomo o kim mowa, bo mamy tylko jednego byłego premiera, którego była żona ostatnio napisała książkę (e-book). Do sprawy bym nie wracała, bo absurdalne zjawisko promowania czegoś, co jest e-bookiem opisałam już i myślę, że nawet przeciętnie inteligentny człowiek wie, że nie była to recenzja. Jak mogłabym zresztą recenzować coś, czego nie czytałam a znam jedynie z czterech stron, do czego w swoim tekście się przyznałam? Niestety ta Pani odezwała się do mnie, a ja niestety podeszłam do sprawy poważnie. Pani zaproponowała mi, że swoje „dzieło” mi podaruje. (pisownia oryginalna)

witam Pani Karolino za recenzje, choc ona wiecej mowi o stronie, wywiadzie dd tvn i dziennikarzu, ktorego nie interesowala moja ksiazka tylko byly maz itp, a nie o zawartosci ksiazki. dostalam kilka wzruszajacych opinii od recenzentow literackich i jestem w pelni usatysfakcjonowana i oczywiscie dostaje recenzje od czytelnikow. Kilkoro dziennikarzy napisalo do mnie ze ich zadaniem bylo skrytykowac moja ksiazke. Zadanie latwe, kto krytykowac nie lubi?   poza tym to tez napedza sprzedaz. Tak czy inaczej pisze,zeby moc podarowac Pani moja ksiazke i zeby pani przeczytala ja w calosci  i napisala do mnie co sadzi. dziekuje pozdrawiam i wie pani co? chyba uda mi sie osiagnac liczbe sprzedanych egzemplarzy, ktora Pani wspomniala.

Wyraziłam zainteresowanie książką, więc ją otrzymałam i zamiast pisać spędziłam wczorajsze popołudnie czytając to. I teraz kilka słów wyjaśnienia. Pani odezwała się do mnie na czacie facebookowego, oficjalnego profilu. Stwierdziła przy tym (pisownia oryginalna):

trudno bylo znalezc mi kontakt do pani…nie kojarze pani jako autorki, pisarki, teraz juz bede po wpisie o mojej ksiazce i moze zainteresuja mnie pani ksiazki, kto wie.

W tym miejscu niejako na marginesie dodam, że średnio inteligentny człowiek bez problemu znajduje do mnie kontakt, gdyż jest on pod każdym wpisem w postaci okienka, które wygląda tak, jak poniżej. Jest też w zakładce kontakt, gdzie podaję nawet telefon do siebie. W sprawie znania mnie lub nie stali czytelnicy wiedzą jaką mam postawę. Podzieliłam się nią z autorką: „Co do niekojarzenia mnie to w ogóle nie jestem tym zdziwiona. Myślę, że należymy do dwóch zupełnie różnych światów. Zarówno literackich, jak i życiowych.” Ponieważ w odpowiedzi na to pani zasugerowała, że może się obraziłam, więc wyjaśniłam: „Absolutnie nie jestem obrażona. Mnie jest bardzo trudno obrazić. Ja stwierdzam fakty. Byłabym w dużym szoku, gdyby było inaczej. wielokrotnie pisałam, że na świecie jest 7 miliardów ludzi, z których ponad połowa nie słyszała o Jezusie, a co dopiero o mnie, dlatego zawsze śmieszą mnie ludzie, którzy myślą, że są bardzo znani.” Gdy zajmowałam się ściąganiem książki na komputer Pani napisała (pisownia oryginalna):

jakby nie patrzyc zareklamowala sie Pani piszac o mojej książce.

Dodała też, że jest absolwentką Oxford University, co pozostawię bez komentarza. Przesłaną publikację zaczęłam czytać od razu. Od razu też wytknęłam pierwsze błędy cytując fragment: „Było mi przykro, że to musiały to wszystko znosić.”

Pani stwierdziła jednak, że to nie jest z jej książki, a ja używam starego czytnika. Była też sugestia, że: (pisownia oryginalna)

„z tego co obserwuje moze nbyc pani malo ITsavvy. kwestia urzadzenia, u mnie jest ok.”

Odpowiedziałam więc, że mam najnowszego MacBooka, ale PDF to nie jest kwestia urządzenia i dodałam, że „nie wiele” piszemy razem. Oszczędzę czytelnikom bloga tej wymiany zdań, choć w jej trakcie wysłałam Pani nawet screeny z jej własnej książki pełnej błędów, a ona uparcie twierdziła, że sama widzi u siebie co innego. (W tym samym PDF???) Skupię się tylko na meritum, bo książkę przeczytałam i to naprawdę uważnie, choć powinnam była zajmować się czymś zupełnie innym, a lektura tego czegoś to zwyczajna strata czasu. Zaraz zresztą po tej lekturze napisałam do autorki poniższy list, by wiedziała, że spełniłam obie jej prośby: przeczytałam i podzieliłam się opinią z autorką. Ponieważ publikuję go tu w całości wykropkowując jedynie imię tej pani oraz imię i nazwisko eks premiera, by nie wyskakiwało to wszystko w wyszukiwarkach, więc z góry przepraszam za parę prywatnych w nim informacji, ale list miał być tylko do wiadomości adresatki i pisałam go naprawdę szczerze i życzliwie pochylając się nad jej problemem. Pisząc go ani przez moment nie przypuszczałam, że spotka się z taką reakcją z jaką się spotkał.  Oto mój list:

Pani I…, przeczytałam. I proszę teraz, by Pani uważnie przeczytała to, co do Pani napiszę. Mój tekst na blogu nie był i nie jest recenzją Pani książki, bo gdy go pisałam przeczytałam tylko te darmowe cztery strony. Na blogu opisuję absurdy tego świata. Pani książką zajęłam się, gdyż jest to pewnego rodzaju absurd. Oto media rozpisują się o Pani „książce” choć nie istnieje ona fizycznie w postaci drukowanej. Robią to jednak, bo czy to się Pani podoba czy nie, jest Pani byłą żoną byłego premiera. Na jakimś etapie życia (czy dobrowolnie czy za jego namową to już zupełnie inna sprawa) wpuściła Pani media do swojego świata. Specjalnie podałam w swoim tekście „na drugą nogę” w post scriptum przykład „mojego” bezdomnego, który opisał swoje życie na blogu, ale nikt się nim nie zainteresował.
Na blogu piszę o różnych sprawach. Rzadko podaję czyjeś nazwiska. Jeśli idzie o Panią zrobiłam wyjątek, bo jest Pani jedyną w Polsce byłą żoną byłego premiera, która wydala e-booka. I tak czytelnicy wiedzieliby o kogo chodzi. Teraz natomiast jestem po lekturze Pani tekstu. Proszę przyjąć do wiadomości, że rozumiem Pani ból i bardzo Pani współczuję. Wiem czym są stereotypy, bo sama jestem tak oceniania. Także przez Panią. Kończę w tym roku 50 lat, więc zarzuciła mi Pani, że nie znam się na nowych technologiach i dlatego źle widzę Pani tekst w PDF. Nie mam z nowymi technologiami problemu, ale nie będę tego Pani udowadniać, bo nie muszę. Wystarczy, że jestem w tej dziedzinie autorytetem i dla męża i dla syna. Zadałam sobie jednak trud i sprawdziłam wersje w PDF, mobi i epub. Wszystkie trzy zawierają te same błędy ortograficzne, stylistyczne i gramatyczne, więc nie jest to kwestia techniczna czytników (korzystam z MacBook Pro i telefonu iPhone6s), a sprawa „materiału wyjściowego”, czyli samego tekstu.
Współczuję jednak Pani właściwie przede wszystkim tego, że jest Pani bardzo samotną osobą. Z tekstu wynika bowiem, że nie pojawił się w Pani życiu nikt, kto by Pani odradził publikację. Nie pisanie, ale publikację! Jestem jak najbardziej zwolennikiem pisania w celu terapeutycznym i dobrze Pani zrobiła pisząc. To dobrze, że poznała Pani samą siebie. Niestety bardzo źle zrobiła Pani upubliczniając to wszystko, a zwłaszcza w tak złej formie. Tekst jest słaby. Jest zły stylistycznie, gramatycznie i ortograficznie. Nie jest tak wciągający, jak Pani to zasugerowano. Podejrzewam, że osoby, które tak pisały chciały nawet zabawić się Pani kosztem. Źle to o nich świadczy. Ale tekst można byłoby poprawić, gdyby był przy Pani życzliwy redaktor, chcący by odniosła Pani sukces jako dobra autorka ciekawej książki. Do wyrzucenia jest cała masa szczegółów nieistotnych dla czytelnika. Ważnych naprawdę tylko i wyłącznie dla Pani.
W tym „pamiętniku” (przyznam, że nie wiem, jak to nazwać) napisała Pani, że nawet mąż zastanawiał się po kim Pani jest tak uparta i… NIECIERPLIWA. Rzeczywiście. Przydałoby się Pani nauczyć cierpliwości. Myślę, że gdyby ten tekst odleżał się w przysłowiowej szufladzie jeszcze ze 2-3 lata sama zobaczyłaby Pani jego liczne mankamenty. Przede wszystkim naprawdę poświęciła Pani mężowi ponad 2/3 książki. Czy warto w ogóle o nim pisać? Czy warto pisać aż tyle? Czy rzeczywiście Pani tego nie widzi? Już te proporcje pokazują, że K(…) M(…) to jest jakiś dla Pani problem. A skoro jest, to może najpierw trzeba go rozwiązać, a dopiero potem pomyśleć, czy owo rozwiązanie warto pokazywać światu? Nie jest Pani pierwszą i ostatnią kobietą, która się rozwiodła.
Nie jest Pani pierwszą zranioną, porzuconą itd.
Jestem kobietą po mocnych przejściach.
Miałam 31 lat, kiedy rozwiodłam się z Ojcem mojego syna. Powód? Bił i mało mnie nie zabił.
Miałam 38 lat, gdy przez innego zostałam porzucona jak śmieć i to po poronieniu. Blog założyłam 2 lata później. Niby namówił mnie wydawca, bym między jedną a drugą publikacją książkową dawała znać co się u mnie dzieje, ale szybko i dla mnie stał się formą terapii. Nie pisałam tam jednak o tym człowieku, a o całej masie innych spraw, starannie omijając bolesny temat. Nie znaczy to jednak, że o tym osobniku (nawet nie myślę o nim mężczyzna) nie pisałam w ogóle. Pisałam. Robiłam to jednak do szuflady. Robiłam to, by nie zapomnieć tego co mi zrobił i by drugi raz nigdy nie pozwolić się zranić. Tak więc świetnie rozumiem Pani ból. Nie zmienia to faktu, że nie rozumiem decyzji o publikacji tak źle napisanej historii. Pani sama zrobiła sobie krzywdę. Dała Pani całej masie nieżyczliwych osób (i proszę mi wierzyć, że nie jestem Pani nieżyczliwa, bo w kontaktach kobieta mężczyzna zawsze staję po stronie kobiet) broń przeciwko sobie! Broń straszną! W tekście jest nie tylko masa literówek, ale koszmarne błędy ortograficzne, stylistyczne i gramatyczne. Jest tam chaos jak przy stworzeniu świata.

Naprawdę nie patrzę na Panią stereotypowo! Mam o 17 lat młodszego męża, z którym jestem już prawie 6 lat i też nasłuchałam się plotek na swój temat, a nawet naczytałam w internecie głupot, bo mąż aktor, ale już „życzliwi” napisali, że drugoplanowy. A taki to mógł sobie takie stare próchno wziąć. ;) Na razie tą publikacją okłamała Pani samą siebie. Wmówiła Pani sobie, że wyszła z traumy w jaką wpędziło Panią małżeństwo. Nie wyszła Pani. Publikacja jest tego najlepszym dowodem.
Nawet jeżeli sprzeda Pani tego milion egzemplarzy, to ta książka pozostanie źle napisaną książką pełną koszmarnych błędów i nudną. Proszę mi wierzyć. Piszę to do Pani jako zawodowa pisarka i prezeska Oddziału Warszawskiego Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, którego założycielem byli m.in. nasi nobliści: Czesław Miłosz i Wisława Szymborska. Wielu pisarzy sprzedających milionowe nakłady chciało dostać się w nasze szeregi. Zdziwiłaby się Pani słysząc ich nazwiska, bo w przeciwieństwie do mojego na pewno je Pani zna. Nie przeszli niestety ostrego sita komisji kwalifikacyjnej, której członkami są ludzie z Instytutu Badań Literackich Polskiej Akademii Nauk. Z reguły urażeni nieprzyjęci zarzucali potem komisji zazdrość o to, że jej członkowie nie sprzedają tak wielkich nakładów, jak ci odrzuceni. Niestety tak urządzony jest ten świat, że im wyższych lotów literatura tym mniejszy krąg odbiorców. Podobnie jest z muzyką. Wolfganga Amadeusza Mozarta zawsze będzie słuchać mniej ludzi niż Zenka Martyniuka z zespołu Akcent, a „Requiem” i najbardziej wzruszająca jego część, czyli „Lacrimosa” przegra z piosenką „Oczy zielone” czy innym hitem.
W naszej facebookowej rozmowie napisała Pani: „kojarzy pani amande hocking, ktora zrobila kariere od self publishing, rowniez autorka Twilight, no i ciezka droge miala J.K Rowling.”
Pani I(…). To są autorki popularne, ale nie znaczy, że dobre. Odsyłam do recenzji „Zmierzchu”.
W naszej facebookowej rozmowie w pewnym momencie zarzuciła mi Pani: „napisala pani o mojej ksiazce, zeby wyrazic swoje zdanie i zeby pani nazwisko bylo dojrzane/odkurzone.”
Powinnam się spodziewać tego zarzutu, bo to częsta sprawa. Nie gniewam się. Proszę mnie jednak właściwie zrozumieć. Nazwiska nie muszę odkurzać, bo akurat biegam po mediach (też byłam w TV i to kilka razy) z ostatnią swoją książką „Syn dwóch matek” napisaną do spółki ze zmarłym 17 lat temu Ojcem. Jest też osobista, jak to co Pani napisała. Ale moja jest bardzo przemyślana. Nad koncepcją siedziałam 5 lat, choć o wydaniu myślałam od 15. Pewnie dlatego zbiera same pochlebne recenzje.

Drugie wydanie „LO-terii” dosłownie dopiero co opuściło drukarnię. Na prawa do publikacji Nasza Księgarnia cierpliwie czekała trzy lata. Cały czas też jestem gdzieś zapraszana w związku z „Klasą pani czajki”, która od dziesięciu lat aż do dziś jest wśród młodzieży takim hitem, że w księgarniach jest jej VI wydanie, a nakład całkowity przekroczył dawno 70 tysięcy egzemplarzy, co w Polsce dziś jest rzadkością. Nie jestem niespełniona ani zgorzkniała. Jestem realistką i mocno stąpam po ziemi. Nie interesuje mnie więc ani odkurzanie ani budowanie nazwiska kosztem Pani osoby, ale nie przypuszczam też, by ten mój tekst, w którym zajęłam się sprawą promowania przez media e-booka „Z.” miał jakikolwiek wpływ na popularność mojego bloga. Pod tym adresem odwiedziło go zresztą dotąd ponad 3 i pół miliona ludzi, a pod poprzednim milion siedemset tysięcy, co daje razem przeszło 5 milionów czytelników w ciągu 10 lat. Jak na osobę, o której Pani dotąd nie słyszała, to chyba jednak dość dobry wynik. I ja się o to, że Pani mnie nie zna w ogóle nie gniewam. Jestem w sprawie tego, czy ktoś mnie zna, czy nie „wyluzowana jak dobra kaczka z jabłkami”.
Jeśli uważa Pani, że mój felieton to budowanie swojego nazwiska kosztem Pani nazwiska, to mogę usunąć Pani nazwisko z tekstu i zostawić wszystko tak, jak w przypadku wielu innych moich tekstów, czyli ogólne tłumaczenie o kim piszę. Czyli będzie Pani anonimową (to w ogóle jest możliwe?) byłą żoną byłego premiera, która właśnie wydała e-booka. Usunę jednak wtedy link do Pani strony, okładkę etc. Mogę też ostatecznie ten wpis w ogóle usunąć, choć wtedy w jego miejsce powstanie nowy o cenzurze. Będzie na pewno bez Pani nazwiska, ale nie wiem, czy jest Pani na takie coś gotowa.
To co bym Pani radziła i to naprawdę od serca, to usunąć tę książkę ze sprzedaży. Niech się odleży. Radzę też zniknąć z mediów na dwa lata. Potem Pani wróci z poprawionym, a przede wszystkim przetrawionym i przeredagowanym tekstem. To, co Pani wypuściła ze swoich rąk jest naprawdę bardzo złe, choć rozumiem, że jako terapia spełniło jakąś rolę. Ja Pani wierzę, że tak to było, jak to Pani opisała. Ale czasem nie prawda ma znaczenie, ale to w jaki sposób się o niej opowiada. Pani zrobiła to po prostu źle.
Przyznam, że nie mam czasu, bo siedzę nad kolejną książką i scenariuszem filmu fabularnego, ale gdybym go miała umówiłabym się z Panią na konkretną rozmowę z wydrukowanym Pani e-bookiem, na który naniosłabym pobieżną korektę i pokazałabym Pani czarno na białym w czym rzecz. Każdy może napisać książkę. Ale pisanie książek to nie jest wylewanie z siebie niekontrolowanego potoku słów. A tak to u Pani niestety wygląda.
PS Jest Pani trzecią „bohaterką” mojego bloga, która się odezwała, bo coś tam jej nie pasuje.
Jakby co to mój mail: piekarska@piekarska.com.pl
telefon: +48 602617897
Ponieważ telefon jest podany w sieci, więc ma ustawione nieprzyjmowanie rozmów z numerów zastrzeżonych.

(W powyższym liście widzę dziś kilka błędów i literówek, ale nie będę ich poprawiać, bo w takiej formie dotarł on do adresatki.) W odpowiedzi na to przeczytałam (pisownia oryginalna):

proszę wybaczyc, ze nie bede czytala tego nad wyraz dlugiego wylewu slow skierowanych w moja strone, w ktorym tlumaczy sie Pani nadmiernie z…Z czego?. mi wszystko pasuje. mam wrazenie ze pani nie za bardzo.  Pani nie musi tlumaczyc sie, a widze ze pani to robi. po co? moze warto zadac sobie pytanie? wiele osob tak skupia sie na krytykowaniu innych, ze nie ma czasu na wlasne sprawy(tak jak sama pani potwierdzila), nie radze sie pani, nie prosze o pomoc, nie chce od pani niczego, autorytetem dla mnie Pani nie jest,  ja tylko podarowalam ksiazke, bo lepiej przeczytac niz popelnic falstart. przepraszam, ze moja inteligencja Pani przeszkadza razem z moja nowoczesnoscia, bystroscia, pomyslowoscia itp. p.s ja mojego numeru pani nie bede podawac.  dobranoc p.s brawo, ze mimo braku czasu zapromowala sie Pani zrobila wpis o Z(…) i napisala tak dlugi list tlumaczac swoje poczynania. dobranoc

Ja odpowiedziałam jeszcze: „Nic Pani nie zrozumiała. Szkoda. Żal mi Pani. Chciałam pomóc. Jutro wykreślę Pani nazwisko, bo niepotrzebny mi ten garb. I nie jest do dla mnie żadna promocja. Zaś czytanie Pani tekstu było stratą czasu. Zrobiłam to jednak z życzliwości dla Pani. A to, co Pani napisałam nie było tłumaczeniem się. Chciałam by Pani zrozumiała jak to wygląda z boku. Życzę zdrowia i pomyślności i przynajmniej jednego przyjaciela. Będzie teraz Pani bardzo potrzebny. Dobranoc.” Na to przyszła odpowiedź (pisownia oryginalna):

ale ja pani pomocy nie potrzebuje, a pani swoje…. i znowu sie tlumaczy. po co? prosze isc spac.

I autorka zamknęła możliwość odpowiadania sobie, choć chciałam jej już tylko wysłać uniesionego w gorę facebookowego kciuka. Biedna kobieta. Wbrew pozorom nie jestem osobą w gorącej wodzie kąpaną. A przynajmniej nie w takich sprawach. Dlatego po „przespaniu się” z całą historią i przemyśleniu zdecydowałam, że jednak nie skasuję poprzedniego wpisu i napiszę o tym wszystkim. I tak zarzucono mi, że promuję się tą Panią. Naprawdę??? Dla mnie całe zdarzenie jest jakimś mega absurdem. Pani odzywa się do mnie wmawiając mi, że napisałam recenzję, choć recenzja to nie była. Przysyła książkę, bym przeczytała i pyta o opinię, a gdy ją dostaje nie jest nią jednak zainteresowana. Aż prosiło się, by o tym jeszcze raz napisać. I dlatego to czynię. Ażeby jednak ten wpis nie był zbyt długo nowością i nie wyskakiwał w wyszukiwarkach na pierwszej stronie Onet.pl, dosłownie za moment przykryje go inny. Swoją drogą niektóre moje wpisy czytało 250 tysięcy osób. Tamten, po którym owa Pani się odezwała, miał do tej pory zaledwie 80… (osiemdziesięciu!) czytelników! Ale za to jakich! Po tym, że odezwała się do mnie jego bohaterka wnioskuję, że googluje swoje nazwisko w sieci i bada, co o niej napisano. I pomyśleć, że wiele miesięcy temu śmiała się, że tak zachowuje się jej eks mąż. A tu proszę. Jak widać „wart Pac pałaca a pałac Paca”.

PS Ciekawe co się stanie, gdy „książkę” tej pani weźmie w swoje ręce Paweł Opydo z videobloga „Złe książki”. Może nagrać prawdziwą perłę! A ta perła może pomóc tej pani wskoczyć ze swoją prawdziwie złą książką na listę bestsellerów, czego naprawdę szczerze jej życzę. Nie ma przyjaciół, z rozumiem też kiepsko, niech chociaż ma pieniądze. Przydadzą się jej choćby na wypad do Londynu i sushi w londyńskim City.

Książka a książka, czyli gdzie trafia e-book?

Od kilku dni media informują mnie (na szczęście nie wszystkie), że była żona pewnego byłego premiera wydała książkę. Ponieważ i tak wszyscy wiedzą o kogo chodzi, a owa pani bardzo chce być medialna – napiszę wprost. Mam na myśli Izabelę Olchowicz-Marcinkiewicz i jej książkę „Zmiana”. Ponieważ półtora roku temu napisałam sztukę o tym, jak popkultura zżera kulturę, jak pamiętniki celebrytów wypierają z bibliotek naprawdę wartościowe dzieła, więc… postanowiłam zajrzeć do wyznań „słynnej” z „fajnej bluzeczki” Izabel, która w swoim czasie pisała wiersze na blogu eks premiera, dziś występującego w roli podwójnego eks, bo także eks męża. Gdyby nie moja własna sztuka na pewno nie miałabym takich chęci. Ale chciałam zobaczyć, czy od napisania przeze mnie „Bubloteki”, jako społeczeństwo nadal zjeżdżamy po równi pochyłej w piekielną otchłań bzdur?

Najpierw pojawiły się u mnie dwa podstawowe pytania. Kto to wydał? Gdzie tę książkę znaleźć? I tu natknęłam się na pierwszy problem. Szybko bowiem okazało się, że książka istnieje jedynie na specjalnej stronie internetowej założonej przez… samą Izabel (i na portalu Amazon). Mało tego! By ją przeczytać trzeba ją kupić, czyli zapłacić prawie 20 złotych. Nie jest to wielka suma, ale nie lubię kupować kota w worku. Lubię książkę obejrzeć. Zwłaszcza gdy nie wiem, jak autor pisze, albo podejrzewam, że nie robi tego zbyt dobrze. Tu miałam takie podejrzenia, bo pamiętałam „wiersze” tej pani. Tej książki i tak bym zresztą nie kupiła. Mam gigantyczną bibliotekę liczącą kilka tysięcy woluminów i już mi się książki w domu nie mieszczą, więc starannie dobieram te, które kupuję. Tę bym przeczytała na stojaka w księgarni lub pożyczyłabym z biblioteki. Nie jest to jednak możliwe. Książka jest bowiem tylko w wersji elektronicznej. Zajrzałam więc we fragmenty oferowane za darmo. Treści nie ma tam za wiele, ale można poznać styl. Powinnam przemilczeć, ale napomknę, że przydałaby się jednak jakaś redakcja i korekta. Tak, jak i umieszczone na stronie nagranie, w którym autorka zachęca do przeczytania, powinno być zrobione jeszcze raz, bo pani robi koszmarne błędy językowe. Wrócę jednak jeszcze do książki. Na górze każdej ze stron darmowych fragmentów napisano: „wersja demonstracyjna – kopiowanie zabronione”. Nie bardzo jestem w stanie wyobrazić sobie, co z tego, co przeczytałam (dostępne są cztery strony i okładka) miałabym skopiować i w jakim celu. Nie bardzo jest bowiem co cytować. Nie bardzo jest też co streszczać. Ktoś powie, że przecież to tylko cztery strony, ale są dzieła, których cztery strony to AŻ cztery strony. Te cztery strony „Zmiany” nie zachęciły mnie. Nawet nie dlatego, że nie lubię elektronicznych wersji. Lubię papier. Lubię czytając zobaczyć, ile zostało mi do końca lektury. Lubię wrócić do początku, jak książka jest dobra. Lubię też czasem ołówkiem napisać coś na jej marginesie. Ale jeśli coś jest pasjonujące to przeczytam i na ekranie komputera. Po czterech stronach wnioskuję, że „Zmiana” taka nie jest. Jednak tej książki w ogóle nie ma w formie papierowej. Mimo tego Izabel i jej publikacja trafiły do mediów, a nawet telewizji śniadaniowej. Redaktor Mateusz Hładki przeprowadził z autorką wywiad w Dzień Dobry TVN, z czym zapoznałam się w sieci. Wprawdzie moim zdaniem fakt, że w ogóle wywiad powstał jest szkodliwy, bo są osoby, których nie powinno się zapraszać do żadnych stacji telewizyjnych, ani do żadnych programów,  gdyż te osoby nic sobą nie reprezentują. Pal jednak sześć! Takie mamy widać czasy, że mentorami są już nie tylko dziewczyny wydymające ostrzyknięte botoksem wargi na trybunach stadionów, nie tylko żony piłkarzy, ale też byłe żony byłych premierów same sobie wydające książki w wersji elektronicznej. W każdym razie powstał bardzo zgrabnie przeprowadzony wywiad, z którego wynika (a nie mam podstaw by nie wierzyć dziennikarzowi, który publikację przeczytał), że w „Zmianie” wszystko kręci się wokół małżeństwa Izabel z Kazimierzem Marcinkiewiczem. Małżeństwa, które w swoim czasie ośmieszyło polityka. Nawet nie dlatego, że pozwalał narzeczonej korzystać ze swojego bloga, by zamieszczała na nim te straszne wiersze. Ani nie dlatego, że do sieci wyciekło nagranie, kiedy premier szykował się do wywiadu, a tuląca się do niego Izabel pytała, czy ma fajną bluzeczkę, co zaowocowało potem grą komputerową w ubieranie Izabel. Promowanie prywatnego życia w tak tandetnej formie musiało doprowadzić polityczną karierę Kazimierza Marcinkiewicza do tragicznego końca. Dziś rzadko kto pyta go o zdanie, choć być może pytano by częściej, gdyby nie eks żona.

fot. za www.bijamnieniemcy.pl źródło gazeta.pl

Autorka we wstępie „Zmiany” napisała: „Nie jestem pisarką, nie miałam ambicji nią zostać, jednak czasem przychodzi moment, że zbiera się w człowieku masa przemyśleń i wtedy zabiera się do pisania.” Prawda. Też mam różne przemyślenia. Też je zapisuję. Ale na litość boską nie wszystkie publikuję! Ludzie często piszą. Nie wszystkie jednak swoje zapiski upubliczniają. Barbara Himilsbach, którą miałam przyjemność poznać, pisała pamiętnik. Pisała dla siebie. Pisała z tęsknoty za mężem – Janem Himilsbachem. Nie miała zresztą zamiaru tego pamiętnika wydawać. Został opublikowany po jej śmierci. Stanowi wstrząsający zapis trudnej miłości i tęsknoty za zmarłym mężem, z którym życie nie było usłane różami.

„Książka” byłej żony nieszczęsnego polityka podobno jest o adopcji, bezpłodności i depresji. Tak twierdzi autorka. Ale z wywiadu wynika, że w większości jest jednak o jej małżeństwie. Tak też wnioskuję na postawie tych czterech stron bezpłatnej zajawki. Izabel twierdzi, że mąż nigdy jej nie kochał. Być może. Problem jest w tym czy to kogokolwiek poza nią obchodzi? Z zainteresowania mediów publikacją „Zmiana” oraz faktu zaproszenia tej pani do TVN-owskiej śniadaniówki wnioskuję, że niektórzy dziennikarze myślą, że tak. A skoro ludzi to interesuje powstaje pytanie. Czemu ta pani nie znalazła poważnego wydawcy na swoje wyznania? Takiego, który zrobiłby chociaż korektę tekstu, że o redakcji nieśmiało napomknę? (Własnych błędów nigdy się nie widzi. Dlatego pisarze mają redaktorów i korektorów swoich książek.) Z badań polskiego rynku wydawniczego wynika, że gdy książka sprzeda się w nakładzie wyższym niż 5 tysięcy jest to sukces. Czemu żaden wydawca nie zainwestował w to „dzieło” i nie zechciał tego wydać? Czemu słynna Izabel wydała to sama i to w takiej formie? Książka papierowa zawsze trafia do Biblioteki Narodowej. Gdzie trafia taka, która jest tylko elektroniczną?

PS W czym gorszy jest „mój” Nino z Lailonii i jego opowieść o bezdomności? A jednak nikt nie chce go zaprosić do żadnej telewizji. Ale cóż… nie był mężem żadnej pani polityk.

PS.2. Ponieważ po tym tekście odezwała się do mnie jego bohaterka, co zostało przeze mnie opisane tutaj, zniesmaczona tym kontaktem usunęłam z wpisu tagi z nazwiskiem jej i jej byłego męża.
Nie chcę cenzurować tego tekstu, ale ponieważ ten wpis na blogu wyskakuje w wyszukiwarkach po wpisaniu nazwisk tych państwa, wolę, by link do niego był umieszczony na szarym końcu listy wyszukiwania.

Niczyja, czyli obita morda

Jestem niczyja. To moje wnioski z kolejnych rozmów, z kolejnymi znajomymi zaangażowanymi po którejś ze stron polsko-polskiej barykady. Gdybym chciała być złośliwa powiedziałabym, że „PiS mam w pisi” oraz „lepiej w smrodzie niż w kodzie”. Zwariowaliśmy! Zwariowaliśmy już niestety wiele lat temu! Zwariowaliśmy wybierając poprzednie rządy, ten rząd i zwariujemy jeszcze nie raz wybierając kolejne. Tak jakoś bowiem jest, że do polityki i władzy garną się delikatnie rzecz ujmując wariaci. Gdyby wprowadzono wśród posłów i senatorów badania psychiatryczne i badania osobowościowe mogłoby się okazać, że co drugi (a może i każdy) jest albo psychopatą albo socjopatą albo charakteropatą.

Jakieś dziesięć lat temu wysłano mnie do sejmu z kamerą, na jakąś pilnie zwołaną konferencję prasową. Szłam korytarzem z nieżyjącym już dziś operatorem Markiem Kaczorowskim i mikrofonem w ręku. Nagle zastąpił mi drogę pan z krawatem Samoobrony i powiedział: „A może mnie by pani nagrała”. Spytałam: „Na jaki temat?” Pan odparł: „Wypowiem się na każdy”. Przyznam się, że czasem, jak każdemu, tak i mnie siedzi diabeł na ramieniu. Poprosiłam więc Marka, który oczy miał jak spodki, o rozstawienie kamery, podłączyliśmy mikrofon, a ja zadałam posłowi pytanie: „Jak podobał się panu ostatni tom przygód o Harrym Potterze?”. Posła zatkało. „Pani żartuje?” – spytał. „Ależ skąd – odparłam ze śmiertelną powagą. – Przyszłam do sejmu zrobić sondę na ten temat, bo to jest bestseller.” Pan na to opowiedział, że na temat HP nie może się wypowiedzieć, bo nie czytał. Zwinęliśmy sprzęt i poszliśmy dalej. Marek całą drogę chichotał. Ale mnie do śmiechu nie było. Miałam potem sprawdzić, co to za poseł, ale wyleciało mi z głowy, a dziś nie pamiętam nawet jego twarzy. Tylko krawat.

Jakiś czas temu na uczęszczane przeze mnie zajęcia z pisania scenariuszy przyniosłam pomysł na film, który nie spotkał się z uznaniem wykładowców. Powiedzieli, że to pomysł na skecz, opowiadanie itd., ale nie na film. Nie będę się kłócić. Ja tylko uczennica. Oni profesorowie. Dlatego z czystym sumieniem go tu przedstawiam. Być może kiedyś rozwinę. Pomysł nazywa się „Morda”.  O co chodzi? Oto aby zwiększyć zainteresowanie społeczeństwa losami kraju wprowadzone zostaje prawo, że każdy poseł na sejm, by móc uczestniczyć w obradach, musi przedstawić zaświadczenie, że zaliczył cios w mordę od zwykłego obywatela. W kraju obowiązuje konkordat i kościół jest nowym prawem zachwycony, bo walenie w mordę jest zgodne z chrześcijańską zasadą nadstawiania drugiego policzka. Dawać po mordzie mogą tylko osoby, które nie uczestniczą w życiu publicznym kraju. Wyłączeni są więc artyści, naukowcy, dziennikarze etc. Nie mogą też wymierzać ciosów sportowcy, a w szczególności osoby uprawiające sztuki walki. Kobiet nie mogą policzkować mężczyźni, co wywołuje dysputy o równości.
Tymczasem nowe prawo rzeczywiście zwiększa zainteresowanie społeczeństwa wyborami. Problem w tym, że jest mniej kandydatów na posłów niż przed laty. Partie polityczne zaczynają też mieć wątpliwości, czy kandydaci zostają wybierani dlatego, że są najlepsi, czy może ludzie głosują na najgorszych, byle tylko móc im dać w mordę.
Rozpoczyna się kampania wyborcza. W wyborach startują nowi politycy. Mają nadzieję, że dochrapią się stanowisk, a ewentualne ciosy nie napawają ich przerażeniem. By wystartować do sejmu trzeba udowodnić na piśmie, że dostało się w mordę 3 razy. Z nowego prawa niezwykle cieszą się lekarze, a także farmaceuci oraz producenci kosmetyków. Kłopoty mają politycy. I to zarówno zwolennicy jak i przeciwnicy walenia w pysk.
Są tacy, którzy twierdzą, że nowe prawo powoduje nadużycia. Oto posłanka Hanna Rudzka, która jest osobą po operacji zmiany płci nie może być, zgodnie z prawem, policzkowana przez mężczyznę. Z walenia w mordę sobie nic nie robi. Dzielnie przyjmuje ciosy i ze stosownym zaświadczeniem o spełnieniu poselskiego obowiązku sieje w sejmie zamęt propozycjami ustaw, które uderzają w opozycję. Tymczasem rośnie liczba zwolenników opozycji chętnych do dania w mordę „facetowi z cyckami”. Protestują przed biurem posłanki-transseksualistki.
Krystian Paliński, idealista, ma wizję jak powinno wyglądać mądrze zarządzane państwo. Jego program spotyka się jednak z takim poparciem społecznym, że ma kłopoty ze zdobyciem ciosów. Nikt nie chce go bić.
Jego zaciekłym wrogiem jest Andrzej Dziura, który przez cztery kadencje zasiadał w sejmowych ławach. Po wprowadzeniu nowego prawa nie decyduje się na start w wyborach. Nie chce mieć obitej mordy. Próbuje zwalczyć nowe prawo zawiadamiając Unię Europejską oraz Międzynarodowy Trybunał w Strasbourgu, że w jego kraju łamane są prawa człowieka. Wyborcy próbują go namówić na start. Przed jego domem ustawiają się kolejki ludzi, którzy oferują ciosy w ryj tak niezbędne do znalezienia się na liście kandydatów do sejmu. Dziura postanawia sprowokować Palińskiego do kupna na czarnym rynku fałszywego zaświadczenia o otrzymaniu ciosu w psyk. 

Tyle mój pomysł o świecie, w którym by wejść do sejmu trzeba dostać w mordę. Właściwie to już teraz to mamy. Tylko nie trzeba w ryj dostać, ale pozwolić się opluć. Plują na siebie bowiem już chyba wszyscy. I tylko po to, by nie dostać ciosu w ryj od społeczeństwa oferują mu pieniądze. I tak dalej…

Niech was nie zmyli ten widok. To nie jest niewinna suczka. To potwór! Ta PEDAŁKA zgwałciła dziś kota Szarlotka i zjadła moje skórzane, czerwone rękawiczki! #dom #pies #jamnik #frytka

MORDA

Mamy już program 500 plus. Fajnie, że jest, bo wielu ludziom daje pomoc w wychowaniu dzieci. Szkoda, że pomaga też rozmnażać się patologii. Za moment w życie wejdzie program 4000 złotych na chore dziecko. Złośliwi twierdzą, że gdy będzie z gwałtu to jest kumulacja, więc matce będzie przysługiwało 8000 złotych. Też nie źle. To starczy na kasę dla księży za chrzciny i pogrzeb, a nawet zostanie na skromną konsolację dla najbliższych i nie trzeba będzie oszczędzać na wieńcu. No, chyba, że kumulacji nie będzie. Wtedy te 4000 złotych to za mało. Wiem, co mówię, bo gdy 4 lata temu chowałam Eksia to pogrzeb kosztował ponad 4000 złotych, choć zrezygnowałam z mszy na cmentarzu (500 złotych) na rzecz modlitwy nad grobem (tylko 150) i wielkiego wieńca, bo ani Eksio ani ja nie mieliśmy ubezpieczenia, więc był to pogrzeb na mój koszt. Nie chciałam chować go na koszt państwa. Wracając do 4000 za poród to w przypadku urodzenia chorego dziecka może być tez niestety wersja pesymistyczna, czyli… chore dziecko żyje. I to przed długie lata. Na chore dziecko trzeba niestety więcej niż 4 tysiące MIESIĘCZNIE! Co wiem od koleżanek mających ciężko chore dzieci i chowających je same, bo jakoś ojcowie wtedy odpadają. Jedna z nich wyemigrowała nawet do USA. Dzięki temu jej córka przeszła kilkanaście operacji i studiuje! W Polsce pewnie byłaby w jakimś zakładzie. Może nawet przywiązana do łóżka sznurkiem, bo jako osoba o uszkodzonym ciele, ale świetnie działającym mózgu zapewne by się buntowała. Dlatego lepsze jednorazowo te 4000 złotych niż nic. Zresztą o tym, co się stanie, kiedy to chore dziecko skończy 18 lat, to już rządzący nie myślą. Po co myśleć? Trzeba chronić dzieci, a nie dorosłych. A przecież ktoś, kto ma 18 lat jest w świetle prawa dorosły. I to nawet wtedy, gdy jest ubezwłasnowolniony i niezdolny do samodzielnej egzystencji.

Często myślę, że chodzenie do wyborów powinno być obowiązkiem, którego złamanie grozi mandatem. Skarb państwa by się wzbogacił i byłoby więcej na dzieci niż 500 złotych miesięcznie na drugie i jednorazowo 4000 złotych na chore. No i nikt by potem nie krzyczał, że ten czy poprzedni rząd jest nie taki. Przecież wszystkie są straszne, ale wybieraliby je naprawdę wszyscy. Niestety na razie nikt nie wymyślił innego ustroju, który by „jako tako” się sprawdzał. Może więc jednak mój pomysł „morda” nie jest taki zły?

A piszę o tym wszystkim dlatego, że kolejny dzień słucham ostatniej piosenki T.Love. Znamy się z Muńkiem ponad 20 lat. Zawsze miał bardzo uniwersalne piosenki. Ta też taka jest. Mnie niesie nadzieję, że w swoich umiarkowanych poglądach, choć jestem niczyja, nie jestem sama.

Kiedyś Onet polecał moje wpisy. Dziś nie poleca. Współpracujący z portalem kolega powiedział mi, że to chyba dlatego, że ich zdaniem jestem zwolennikiem PiS. Dowodem na to jest fakt, że nie wywalono mnie z TVP, a i ja sama nie odeszłam. Cóż… Nie wywalono. Nie odeszłam. Nie ma mnie na grafiku. Nie byłam w redakcji od miesiąca. Przecież jestem niczyja.

PS Na zdjęciu… Fajna morda! (Frytka 5 miesięcy.)

Prawy do lewego, czyli kompletny obłęd

Udzieliłam jakiś czas temu wywiadu portalowi „granice.pl”. Oczywiście o literaturze. Wywiad przeprowadzono przy okazji wznowienia mojej kryminalnej powieści dla młodzieży „Tropiciele”. Przyznam, że nie przypuszczałam, że po tylu latach od premiery książka wzbudzi takie ogromne zainteresowanie. Harcerze, powstanie warszawskie w tle, a tymczasem… szok! Recenzja goni recenzję i wszystkie pozytywne. Uwagi krytyczne właściwie w szczątkowej formie. Świat zwariował – pomyślałam. Nie wiedziałam jednak wtedy, że aż tak…

Zaglądam na portal granice.pl, a tam mój własny ryj...

Zaczęło się od koleżanki, która nagle, ni to z gruchy ni z pietruchy zadzwoniła i zarzuciła mi sympatie… propisowskie! Ponieważ nie sympatyzuję z żadną partią, a nawet wszystkie powodują u mnie odruch wymiotny, więc spytałam, o co jej chodzi i na jakiej podstawie tak twierdzi? Nie chodzę przecież na smoleńskie rocznice, nie głoszę pewnych tez, które głoszą zwolennicy tego ugrupowania i w ogóle nic nie głoszę poza głupotami. No i usłyszałam, że… głoszę. Jakie to tezy? Propisowskie. I koleżanka zacytowała mi moje STRASZNE (jej zdaniem) słowa z wywiadu:

„debaty nad sensem powstania [warszawskiego] trzeba zostawić tym, którzy chcą się w takie debatowanie bawić. Ja nie chcę. Dla mnie fakt historyczny jest faktem. Było. Skończyło się klęską. Ale też ta klęska spowodowała, że powstał mit, na którym budowano między innymi mój patriotyzm. Zresztą patriotyzm poprzednich pokoleń też budowano na mitach wcześniejszych powstań narodowych, również zakończonych klęskami. Nazwa pomnika „gloria victis”, czyli „chwała zwyciężonym”, mówi sama za siebie. Jedna z pierwszych książek o powstaniu, jakie ukazały się na zachodzie, a którą od małego widziałam w domu, była autorstwa Janusza K. Zawodnego i nosiła tytuł: Nothing but honour, czyli w wolnym tłumaczeniu Nic prócz honoru. Ja jestem z tych, co to jak w książkach Stanisława Grzesiuka, przez życie idą boso, ale w ostrogach, czyli często unoszę się honorem. Uważam, że lepiej polec w chwale niż zwyciężyć i żyć w hańbie.”

Powiedziałam jej, by nie bawiła się w wariatów wyrywających słowa z kontekstu, bo nigdy ni z tego dobrego nie wychodzi. I przypomniałam jej, jak to na program LUZ, z którym kiedyś współpracowałam, (byłam sekretarzem redakcji miesięcznika LUZ, który był wydawany, jako dodatek do tego programu) złożono doniesienie, gdyż w programie tym padło stwierdzenie, że „nie ma Boga”. Po wielu poszukiwaniach redakcja doszła, o co chodzi. O piosenkę zespołu Dżem „List do M.”, której teledysk był pokazywany na antenie. Szkoda, że skarżący się nie zrozumieli tekstu i nie zauważyli, że jest to osobne dzieło niż program. Spytałam się koleżanki czy nie jest przeczulona. Wyszło, że jest. W sumie mogłam to przewidzieć. To ona, (chociaż nie jedyna) niemal bez przerwy śle mi linki jak nie do petycji o delegalizację PIS to zaproszenia na marsze KOD.

To jednak był początek. Jakieś dwa dni później znajomy zarzucił mi bycie… lewakiem. Też zacytował mi moje słowa. Też z tego wywiadu, choć krótszy fragment, bo jeszcze bardziej wyrwany z kontekstu:

„Co do historii w szkole… Wydaje mi się, że gdy ja chodziłam do szkoły (lata siedemdziesiąte i osiemdziesiąte), to historia nie była upolityczniona tak, jak się dziś wydaje. Myślę nawet, że teraz jest więcej propagandy i jest ona czasem nawet bardziej nachalna.”

Jego zdaniem ten cytat, jest dowodem, że jestem… „lewacką rurą”. Chciał powiedzieć „kurwą”, bo sobie podpił, jak do mnie dzwonił, ale chyba w ostatniej chwili w swoim natrętnie katolickim umyśle ugryzł się w język i po wydukaniu „ku”poprzestał na „rurze”, które to słowo w jego wykonaniu brzmiało niezwykle twórczo, gdyż…„rurwa!” Jego zdaniem dziś historia W OGÓLE upolityczniona nie jest. Wtedy była! Podał przykład. Otóż w dzieciństwie zmuszano nas np. do pochodów pierwszomajowych! Gdy mu powiedziałam, że mnie nikt nie zmuszał, bo w liceum nie byłam ani razu, a w podstawówce, zwłaszcza w tej wczesnej, to akurat nawet lubiłam, bo wtedy można było kupić gumę Donald i watę cukrową, to znajomy w krzyk. Z tego krzyku dowiedziałam się, że gdybym była z prawdziwego patriotycznego domu, to by nikt mi wtedy Donalda nie kupował! I tak okazało się, że jako ośmiolatka byłam sprzedajną „lewacką rurą” vel „rurwą”, a sprzedawałam się za gumę do żucia Donald. Spytałam retorycznie: czy jego SMS’y: „kto nie idzie pod pałac jest komuchem” nie są zmuszaniem do określonych zachowań? Powiedział, że nie, bo wiadomo, że „raz sierpem raz młotem czerwoną hołotę”. Właściwie (w świetle chociażby tych SMS’ów) tej jego reakcji też powinnam się była spodziewać. Ale na co dzień to ja naprawdę myślę o innych sprawach niż to, kto ma jakie upodobania polityczne.

Przyznam, że po tych dwóch rozmowach mam ochotę zapoznać oboje ze sobą. Niech sobie dadzą porządnie po ryju. Tak po polsku. Jest tylko jeden problem. Są różnej płci. A to grozi wielką awanturą o ten straszny „dżender”! Ona może domagać się pojedynku z prawicowym bojówkarzem, bo równouprawnienie i te sprawy. On zgorszy się namawianiem na walkę z „lewacką rurą”, bo kobiet nie bije, choć z drugiej strony koleżankę może uznać nawet za kogoś gorszego niż rura. W końcu drobne „ku” wyrwało mu się nawet pod moim adresem.

I tylko pomyśleć, że to wszystko wzięło się od wywiadu na temat napisanego prawie 10 lat temu kryminału dla gimnazjalistów!!! Kryminału, którego bohaterowie są niezbyt grzecznymi harcerzami, a dzięki pewnej zagadce kryminalnej zapoznają się z historią swojego miasta. Tylko tyle. A może aż tyle? Jednym słowem obłęd. Szaleństwo naprawdę jest blisko. A polityka wciska się wszędzie. Nawet tym, którzy jak ja, mają ją głęboko… TAM!

30 lat minęło

Czas leci szybko. Nie wiem, kiedy to wszystko przeminęło. Bo przecież wciąż wydaje mi się, że to było wczoraj. Był rok 1986, kiedy tata położył na moim biurku Życie Warszawy, w którym pokazał mi ogłoszenie, że Staromiejski Dom Kultury prowadzi nabór na warsztaty literackie dla młodzieży i dorosłych. Trzeba było wysłać swoje teksty, a o decyzji, czy kwalifikuję się, zostanę powiadomiona pocztą. Po kilku dniach dostałam odpowiedź, że mam stawić się w głównej Sali SDK na I piętrze. Przyszłam. Wraz ze mną był tłum ludzi. Spotkałam nawet koleżankę. Jedną z tych, które urodą i elokwencją wprawiały mnie w kompleksy. Przed nami stanął młody człowiek, który sprawował funkcję opiekuna naszej grupy, ludzi aspirujących do bycia literatami. Poinformował nas, że było dużo prac, że do grupy prozaików zakwalifikowały się 3 osoby. Westchnęłam tylko. Na sali było tych osób co najmniej ze dwieście. Szpilki nie można było wetknąć. Nagle ku memu zdumieniu wyczytano moje nazwisko. I tak, wraz z dwiema innymi osobami, których nazwisk i twarzy dziś już nie pamiętam, a czasu na zajrzenie do notatek ciągle brak, dostałam się na warsztaty literackie. Spędziłam w SDK kilka przyjemnych lat. Jeździłam na warsztaty poza Warszawę, na prawdziwe literackie maratony uczenia jak pisać. (Przestałam po okrągłym stole, kiedy dostałam się na studia.) Nasz opiekun dziwił się, że nie wszyscy piszemy teksty zaangażowane politycznie. On takie właśnie wiersze pisał, kiedy sam przed kilku laty dostał się na takie same warsztaty, jakie teraz organizował swoim młodszym kolegom. Był autorem tomiku wierszy, który ukazał się w 1988 roku. Był też działaczem NZS.

Tak było... #wiersze #michałarabudzki

Tak było… #wiersze #michałarabudzki

Kilka dni temu wróciłam do SDK poprowadzić wieczór autorski Michała Arabudzkiego – scenarzysty filmowego, filmowca, a prywatnie kolegi, który wtedy w SDK prowadził warsztaty scenariuszowe, (na które też chodziłam), sam zaś był we wcześniejszej warsztatowej grupie literackiej, nota bene z naszym opiekunem.

Na wieczór autorski Michała przyszło sporo naszych kolegów i koleżanek z dawnych lat. Wiersze wspaniale czytali Adam Bauman i Małgorzata Pieńkowska. Sebastian Lenart – dyrektor Staromiejskiego Domu Kultury powiedział, że skoro wracamy tu: Michał jako poeta z tomikiem wierszy „Purpurowe lustra” (nota bene świetnym), a ja jako prowadząca i prezes Oddziału Warszawskiego Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, to znaczy, że warsztaty miały sens. Widać, że coś z nas wyrosło.

I pomyślałam wtedy o naszym koledze, opiekunie warsztatów sprzed lat. Dziś jest politykiem pewnej partii. Nawet był w swoim czasie ministrem. Zostawił poezję dla polityki. Czy słusznie? Spytam go przy najbliższej okazji, bo czasem widujemy się na różnych imprezach, na których bywam, jako dziennikarka. Zawsze jest serdeczny. Jak kiedyś. I tylko wątpię czy ktokolwiek patrząc na niego pomyślałby, że przed 30 laty pisał wiersze. Tak jak nikt z nas 30 lat temu nie przypuszczał, że kiedykolwiek porzuci literaturę. Ciekawi mnie, czy na takie w sumie intymne pytanie, otrzymam szczerą odpowiedź.

Naprawdę trzeba?, czyli uciekam!

- Trzeba się opowiedzieć po jakiejś stronie – powiedziała moja przyjaciółka głośno wspierająca rząd namawiając na jakieś przyjście przed pałac prezydencki, a gdy spytałam czy naprawdę uważa, że jest to konieczne, zaczęła wypowiadać się, że jest to wręcz niezbędne, bo Polacy szkalują Polskę w Brukseli.

Paradoksalnie godzinę później to samo powtórzył przyjaciel. Tylko jego wybór był zgoła inny. On uważa, że zagrożona jest w Polsce demokracja i próbował mnie zmusić do pójścia w manifestacji KOD. Pomijając fakt, że nie biorę udziału nawet w paradzie jamników (i nie dlatego, że już nie mam jamnika, ale dlatego, że nie w smak mi parady), moja absencja na manifestacji KOD została usprawiedliwiona tylko dlatego, że w tym czasie miałam zajęcia w szkole/na uczelni. A ponieważ płacę za nie, mam je raz w miesiącu, więc przyjaciel łaskawie pozwolił mi nie iść na KOD! Tak, jak przyjaciółka (choć z trudem) przyjęła do wiadomości, że źle się czuję i łaskawie pozwoliła nie iść przed pałac.

Prawda jest jednak taka, że mam dość. Mam dość PiS, PO, KOD, Nowoczesnej, KUKIZ’2015, a także PSL i dogorywającego poza sejmem SLD. Mam w ogóle dość polityki, polityków, partii politycznych. Mam ich dość bardziej niż kiedykolwiek. Od wielu tygodni mam dość coraz bardziej. Chce mi się i rzygać i płakać. Oba uczucia są bardzo silne. Obrzydzenie narastało we mnie tygodniami. W listopadzie, gdy wraz z Ulubionym zrobiliśmy wspólne urodzino-imieniny, osiągnęło apogeum. Impreza była w momencie ciszy wyborczej. Na szczęście, w przeciwieństwie do wydarzeń sprzed wielu lat, obyło się bez awantur. Powód prosty. Zamiast 70 osób, które zazwyczaj mnie odwiedzały na imieninach, w gości przyszło zaledwie 20 osób. Myślałam, że jest to spowodowane moim małżeństwem z Ulubionym. Gdyż właściwie od początku znajomości z nim, tak zmalała mi liczba znajomych i przyjaciół, że i ja rzadko kogoś odwiedzam i rzadko do mnie ktoś wpada. Potem okazało się, że powód jest z gatunku politycznych. Część znajomych do mnie nie przyszła, bo… będą u mnie zwolennicy PO, a to jest po prostu straszne, bo to źli, antypolscy ludzie. Z kolei druga część nie przyszła, bo będą u mnie zwolennicy PIS, a to fanatycy i wariaci. Byli wprawdzie reprezentanci jednej i drugiej strony barykady wojny polsko-polskiej, ale w zmniejszonej liczbie. Nie kłócili się. Bo nie wszyscy odczuwają przymus mówienia o polityce. Oczywiście machnęłam ręką na tych, których zabrało. Nikt nikomu nie każe gadać o polityce. Mogli przyjść i rozmawiać o literaturze, o teatrze, o filmie – nie chcieli. Polityka mózgi im zżarła, zwariowali i nie przyszli – trudno.

Potem jednak nadszedł czas po wyborach. Ja zamilkłam na prywatnym profilu na FB. (Udostępniam tylko wydarzenia literackie Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, no i wpadają tam moje zdjęcia z konta na instagramie.) Nie piszę jednak nic. I nic nie udostępniam. Nie tylko żadnych dowcipów, ale i żadnych artykułów, które czytam. A czytam sporo. Z prawa, z lewa, ze środka. Nie udostępniam nawet tych dotyczących literatury, archeologii, historii oraz kosmosu i UFO, które czytam namiętnie, a czasem wręcz maniakalnie. Miałam dość bycia pouczaną przez różnych ludzi, że jestem niepoprawna politycznie i z czegoś tam się śmiać mi nie wypada. Albo, że to nie jest ważna informacja. A przecież zakaz śmiania się i kaganiec na humor oraz cenzurę udostępnianych informacji starały się mi narzucić obie strony polsko-polskiego konfliktu oraz masa innych osób. Myślałam wówczas, że już gorzej być nie może. Okazało się jednak, że może. Zmiany polityczne spowodowały otwartą wojnę między znajomymi. Nagle pokończyły się długoletnie przyjaźnie. Ludzie masowo usuwają się z kręgów znajomych na FB i blokują dostęp do swoich tablic. Jedni na drugich próbują wymusić jakieś zachowania. Przeciągnąć na swoją stronę.

Jakieś dwadzieścia lat temu robiłam wywiad z pewnym znanym satyrykiem, który powiedział mi takie zdanie: „Satyra jeszcze nigdy nie przekonała nieprzekonanego”. Przypominam sobie to zdanie codziennie, gdy oglądam w sieci demoty. Dla kogo one są? Dla drugiej strony? Czy dla tej, która je tworzy? Pytam, bo mając w pamięci i zdanie satyryka oraz fakt, że obie strony jedna drugiej zakładają kaganiec na humor i zdarzają się przypadki grożenia prokuraturą, chciałabym wiedzieć.

Wielu moich znajomych mówi, że trzeba stanąć po którejś ze stron. Naprawdę? Naprawdę! Naprawdę są ludzie, którzy uważają, że obowiązkiem Polaka jest być po którejś stronie polsko-polskiej barykady, czyli naszej wspaniałej wojny domowej. Bo nie bójmy się tego słowa i nie oszukujmy się. Jest w Polsce wojna. Nie strzelamy do siebie tylko dlatego, że nie mamy pozwoleń na broń. Nikt nie przyjmuje do wiadomości, że rząd jeszcze nie ma stu dni, więc zarówno zachwyty z peanami jak i wieszanie psów są przedwczesne. I pomyśleć, że latami uczono nas wszystkich (i w tym i w poprzednim systemie), że Polska jest tylko jedna. I co się stało? Często myślę, czy to lata życia w PRL sprawiły, że ludzie obecni w polityce stosują metody systemu, który obalono i którym większość gardzi? Dlaczego musi być jedna słuszna linia? Dlaczego musi być jedna partia? Dlaczego musi być jeden wódz? W ustroju, który mamy, jest (i powinno się to rozumieć) naturalne, że „wodzowie” się zmieniają. Jak na razie żaden mi się nie podobał, ale ja wybredna jestem. Nie rozumiem jednak dlaczego posiadanie odmiennych poglądów oznacza bycie wrogiem?

Obejrzałam ostatnio (po raz kolejny) stary film w reżyserii Jean-Jacques Annaud pt. „Walka o ogień”. Lata ewolucji, a jak niewiele się zmienił człowiek. Naturę ma taką samą. Okropną.

Przez ostatnie wydarzenia nie jestem w stanie oglądać programów informacyjnych (a przecież zawodowo muszę, więc gdy to robię, to niemal z naczyniem na rzygi w garści). Uciekam od polityki jak mogę. Dlatego od rana pracując, jednym okiem i uchem patrzę i słucham stacji Focus TV. Przez ten czas dowiedziałam się mnóstwa ciekawych rzeczy o lwach, marsie, teleskopach, luksusowych hotelach, zamachu na Kennedy’ego. Zero nerwów. Zero bieżącej polityki. Wprawdzie o 21:00 dziś zapowiedziano dokument o tym, jak wygląda wolność w Korei („Korea Północna – wielka iluzja”), ale to daleko od nas. Choć przecież niektórzy twierdzą, że mamy w Polsce swoją Koreę.

Mam dość, czyli będę czytać cudze listy

Są trzy rzeczy, na których znają się wszyscy Polacy. Pierwsza to wychowywanie dzieci. Zwłaszcza cudzych. Druga to medycyna i leczenie. Zwłaszcza chorób, na które nie byli chorzy. A trzecia rzecz to polityka. Każdy z Polaków wypowiadających się w tej kwestii, gdyby sam został politykiem, to by rządził lepiej niż obecne władze. Zarządzałby lepiej ministerstwami, miastami, instytucjami, państwem, komisjami i podkomisjami oraz wszystkim innym.

W przededniu wyborów samorządowych mamy wysyp polityków z krwi i kości, którzy zabierają głos na internetowych forach. Niektórzy nawet chwytają za słuchawki i dzwonią po różnych redakcjach. Na przykład od nas do telewizji. I mówią swoje mądrości, a w moim pojęciu kompletne idiotyzmy, nie dając przy tym nikomu dojść do słowa. Tymczasem my z reguły chcemy poinformować, że oto ktoś dodzwonił się nie do „Wiadomości”, ale lokalnego, miejskiego programu i nie możemy jego okraszonego trzema „urwanymi naciami” i czterema „złamanymi ujami” osądu przekazać politykowi X. Są tacy, którzy chwytają za pióro i z redakcjami dzielą się swoimi przemyśleniami na piśmie. Z reguły anonimowo.

Ja też dostaję listy z takimi przemyśleniami. Dlaczego? Ano pisałam wielokrotnie o tym, jak jestem mylona z Katarzyną Marią Piekarską. Przeważnie mnie to śmieszy. Zwłaszcza, gdy ktoś mnie widzi i mówi nie moim imieniem. Stoję ja, a on mówi do niej, nieobecnej lub przedstawia ją. To przecież bardzo zabawne. Są jednak momenty, gdy ta sytuacja doprowadza mnie do szału. To momenty pisane! O ile bowiem mówiąc coś nie mamy chwili na refleksję, więc po prostu coś palniemy, co można uznać za przejęzyczenie, o tyle pisząc powinniśmy jednak tę refleksję mieć. Nie dalej jak wczoraj dostałam list…

Tytuł brzmiał: „wiadomość od czytelnika strony piekarska.com.pl” … a więc ktoś wszedł na moją stronę i to tam znalazł adres, na który napisał. Co napisał? Ano to…

„Mam z Panią duży problem, bo popieram Pani postulaty, wiele spraw, o których Pani mówi jest potrzebne, ale nieznośne jest występowanie z posłami PiS i mówienie toczka w toczkę absurdy które oni wygłaszają. W Faktach po Faktach wystąpiła Pani razem z niejakim Glińskim…”

Dalej nie czytałam tylko zgrzytnęłam zębami. Nawet nie na błąd składniowy i stylistyczny, ale już wiedziałam, że list nie do mnie. A zła byłam jak osa. Czy nie mam do tego prawa? Do jasnej cholery! W „Faktach po faktach” nie byłam – to raz. To program telewizyjny i występujące tam osoby WIDAĆ. Na mojej stronie napisane jest, że to strona dziennikarki i pisarki. Jest też tam moja fotografia. Autor listu, który oglądał „Fakty po Faktach” widział więc, jak wygląda osoba, z którą chciał podzielić się swoimi myślami na temat naprawiania Polski. Imienia nie zapamiętał? Ok!  Ale twarz chyba musiał. No dobra… obie jesteśmy blondynki. Pozostaje więc kwestia zawodu wypisanego u mnie na stronie jak wół! Tego też nie zapamiętał? Czy nie odróżnia?

Proszę mi wyjaśnić, jak osoba, która pisze epistołę i wywala swoje poglądy na Polskę mając siebie przy tym, za jedynego mądrego, może być przy tym tak nieuważna a moim zdaniem i głupia, by nie zwracać uwagi na to, że pisze nie do tego, do kogo trzeba? To już dzieci w podstawówce uczy się, ze „niejednemu psu Burek”. Warto sprawdzić, czy za nazwiskiem kryje się na pewno ten, komu chcemy nasze poglądy wyłuszczyć.

Odpisałam więc:

Szanowny Panie!
Ja mam z Panem problem jeszcze większy! Nie umie Pan czytać ze zrozumieniem. Nie wiem, jak ze słuchaniem i oglądaniem, bo nie doczytałam Pańskiego listu do końca, więc nie wiem, co Pan tam zobaczył w Faktach po Faktach. Dlaczego nie doczytałam? Z bardzo prostego powodu!
List jest nie do mnie!!!! I teraz do szybkiego meritum.
Nie życzę sobie przysyłania na mój adres listów, które powinien Pan kierować do pani Katarzyny Marii Piekarskiej ponieważ, mimo iż się z Katarzyną znamy i lubimy, NIE JESTEM TĄ OSOBĄ I MAM SWOJĄ TOŻSAMOŚĆ.
Z Katarzyną nie jesteśmy nawet spokrewnione.
Proszę posypać głowę popiołem ;)
Na pocieszenie dodam, że nie jest Pan pierwszy, ale tysięczny, a ja od wielu lat dostaję z tego powodu piany!!! Niestety spory procent polskiego społeczeństwa myli imię Katarzyna z imieniem Małgorzata lub Maria z imieniem Karolina. 

Na odpowiedź nie trzeba było długo czekać. Już mnie nie złościła, ale rozśmieszyła, a brzmiała tak:

„Rzeczywiście wyniknął problem. W wyszukiwarce fraza „piekarska mail” i wyszło takie nieporozumienie, wręcz hańba. Może warto zwrócić się do Google, żeby obniżyło rating pani strony i pokazywała się na samym końcu, a nie na początku. Byłoby lepiej chyba dla wszystkich normalnych, nie nawiedzonych. Na szczęcie już nigdy nie wejdę, nie napiszę wiadomości, nie przeczytam książki. Zresztą, na zdjęciach widzę raczej obraz nadętej paniusi, więc też współczują czytelnikom na spotkaniach, czy dostaną autograf czy raczej zostną poszczuci pasmi. Można mieć wystylizowane okulary, ale nie zostanie się przez to drugą Agnieszką Holland, czy osobą jej pokroju. Pozostaje tylko wycie i złorzeczenie na los, lub po prostu sznur i nic więcej. Przepraszam i żegnam zarazem.”

Czy muszę dodawać, że nie wiem jak nazywał się korespondent? Nie znam nawet jego imienia, ale odpisując nawet tego nie zauważyłam, bo listu przecież nie doczytałam. Chowanie się za anonimowością jest znakiem naszych czasów. To korzystanie z tego pożal się Boże przywileju, pozwala komuś nawsadzać tylko dlatego, że wytknął nam nieudolność i brak umiejętności czytania ze zrozumieniem. Strach się bać, co bym na swój temat wyczytała, gdybym poprawiła temu komuś błędy stylistyczne. Albo co gorsza wdała się w merytoryczną dyskusję o PIS, SLD, PO, Palikocie etc.

Tylko dlatego, że pierwszy list był nie do mnie, a Katarzynę Marię bardzo lubię, opublikowałam tu jedynie jego pierwsze dwa zdania… List w całości przeczytałam zresztą dopiero po otrzymaniu odpowiedzi na moją uwagę. I żałuję, że wcześniej zachowałam się tak, jak mnie wychowano, czyli nie przeczytałam epistoły, bo zorientowałam się, ze nie do mnie. Otóż list do Katarzyny Marii był autorytarnym i nie znoszącym sprzeciwu wylewem frustracji! To tak bardzo charakterystyczne dla naszego społeczeństwa.

Czy to nauczka, by mimo wszystko czytać jednak cudze listy? Bo gdybym przeczytała wcześniej odpisałabym jednym słowem: „pomyłka”. A może nawet nie odpisała wcale. W końcu to anonim. A tak… ja mam za swoje. A jakiś facet ma aż dwie Piekarskie do nienawidzenia.

W rocznicę wolności i rocznicę śmierci…

Niedawno minęło 25 lat od pierwszych wolnych wyborów. Świętowano to, jako dzień wolności. Dziś z kolei mija piętnaście lat od chwili, kiedy zmarł mój Tata. Myślę, że to dobry moment, by napisać o jednym z największych absurdów, jakie mnie ostatnio spotkały. O absurdzie, który zwie się »kontrowersyjne opowiadanie«. Szczegóły? Proszę bardzo. Dwa lata temu zwrócono się do mnie z następującą prośbą:

„Zapewne dostaje Pani setki takich maili z prośbą, po prośbie, mój będzie zapewne podobny do tych setek innych, jednak ośmielam się spróbować, bo jestem zdania, że trzeba spełniać marzenia choćby nie wiem, co, a nie siedzieć na tyłku z założonymi rękami;-) Jestem autorką dwóch książek (…) Zamierzam obecnie wydać trzecią książkę pod roboczym tytułem: „Każdego dnia smakuję życie na nowo” Część zysków ze sprzedaży z książki będzie przekazana na Fundację … (…). Zgodnie z ideą, na książkę będzie się składać zbiór krótkich form literackich (opowiadanie, esej, reportaż, wspomnienie) autorstwa różnych osób (w tym znanych i publicznych). Punktem wyjścia do powstania wszystkich tekstów jest początkowe zdanie każdego z nich w brzmieniu: „Każdego dnia smakuję życie od nowa”. Stylistyka i charakter utworów zależą wyłącznie od decyzji ich Autorów. Wyobrażamy sobie, że teksty mogą powstawać zarówno w konwencji poważnej, jak i żartobliwej, anegdotycznej, jak i filozoficznej, fikcyjnej, jak i biograficznej itd. Opowiadanie zawierałoby od 5-30 stron. Dlaczego Pani? Podziwiam Panią za odwagę bycia stuprocentową kobietą, za działalność, jaką Pani prowadzi, za realizacje marzeń. Chciałabym, aby ta książka dawała nadzieję, umacniała ludzi, sprawiała, że będzie chciało im się żyć. Tak często narzekamy na życie, że nie takie, że chciałoby się żeby było inne, lepsze, smaczniejsze, zabawniejsze, a przecież to od nas zależy, jakie ono będzie. Trzeba walczyć o każdy dzień i wyciskać z życia ile tylko wlezie, dla siebie, bliskich, znajomych i nieznajomych. (…) Gdyby Pani wyraziła chęć na napisanie jakiegoś krótkiego opowiadania/historii byłabym Pani ogromnie wdzięczna. Jeśli nie, zrozumiem. Ma Pani zapewne mnóstwo projektów.

Oczywiście zgodziłam się natychmiast. Trochę długo myślałam, o czym napisać. Co to jest w moim życiu to coś, co dzieje się we mnie każdego dnia i sprawia, że smakuję życie na nowo? Pomysłów miałam tysiące, ale szybko doszłam do wniosku, że jednak cały czas w moim życiu najważniejszy jest mój Ojciec. To że był i to, że go już nie ma. Strasznie mi go brak. Napisałam więc coś w rodzaju mojej z nim rozmowy. Rozmowy, którą autentycznie każdego dnia z nim prowadzę. Dziękując, że kiedyś go miałam. I płacząc, że już go nie mam. Zastanawiając się przy tym, co by powiedział na taki lub inny temat. Tekst został zaakceptowany. Potem dostałam wiadomość, że nie ma wydawcy. Potem, że wydawca już jest. Zwróciłam wtedy uwagę, że w moim tekście wiele rzeczy się zdezaktualizowało, że może za bardzo było to „bieżące”. Odpowiedziano mi, że nie szkodzi. Potem dostałam do podpisania umowę od nowego wydawcy. Oczywiście ze zrzeczeniem się honorarium, by wszelkie dochody z tego tytułu można było przekazać na szczytny cel. Potem nastała cisza. A potem… na kilka dni przed moim wyjazdem do Wilna, przyszedł list następującej treści:
„Witam serdecznie Pani Małgosiu, Ja w sprawie Pani opowiadania do antologii (…) Otóż mnie ono osobiście bardzo się podobało, jednak Wydawca oznajmił mi, że niestety nie umieści go zbiorze, bo jest za bardzo kontrowersyjne. Otóż jest tam dużo polityki, poruszona kwestia papieża Benedykta. Pani Małgosiu naprawdę żałuję i przepraszam, że zawracałam Pani głowę, a tu takie kwiatki wyszły.”
Uśmiałam się serdecznie. Naprawdę! Toż to czysty absurd. Czy moja rozmowa z Ojcem jest kontrowersyjna i co z tym papieżem Benedyktem – niech ocenią czytelnicy. Jednego jestem pewna. Ciężko być w dzisiejszych czasach człowiekiem, który kocha Ojczyznę za to, że jest, a nie kształt w jakim chciałby ją widzieć. Który kocha jej ideę, abstrakcyjny jej byt, a nie konkretne poglądy polityczne władzy lub opozycji. Ciężko jest być człowiekiem, którego drażni z jednej strony klerykalizm niektórych ugrupowań, a z drugiej drażni u drugich antyklerykalizm, w postaci okropnej czasem i bezpardonowej walki z kościołem. Ciężko być kimś, kto nie jest ani z prawicy ani z lewicy. Ciężko być kimś, kto stara się patrzeć na wszystko z różnych stron, aspektów, punktów widzenia itd. Ciężko jest takiemu poruszać się w świecie, w którym koniecznie trzeba być po stronie jakiejś politycznej opcji, z których każda krzyczy: „kto nie jest z nami jest przeciw nam”. Bo wychodzi, że jest się, jak własnie w tej starej piosence: „kto sam ten nasz najgorszy wróg”, a ja, dokładnie jak ten śpiewak, z tej piosenki – jestem sama. Poniżej mój »kontrowersyjny tekst«. Każdego czytelnika, który uzna, że jednak jest wart, by wesprzeć jego lekturą, jakąkolwiek działalność charytatywną, proszę o wpłacenie równowartości 5 złotych na dowolnie wybrany cel. Będzie mi bardzo miło. Tym milej, jak w liście da mi znać, na co zdecydował się przekazać swojego piątaka. A i mojemu Ojcu, który patrzy na nas z góry, a po którym został mi sekretarzyk pokwitowań wpłat na budowę Centrum Zdrowia Dziecka, Centrum Matki Polki oraz licznych odbudów m.in. Zamku Królewskiego w Warszawie, też będzie miło. Ojciec 15 lat temu zasilił niebieską redakcję polskich dziennikarzy. A ja naprawdę każdego dnia z nim rozmawiam. I każdego dnia dziękuję, że był taki, jaki był. I każdego dnia smakuję życie na nowo, bo on mnie tego nauczył. I naprawdę zastanawiam się, co by powiedział patrząc na to, jakie mamy czasy i jak zareagowałby na decyzję wydawnictwa o moim opowiadaniu. Z tego co go znałam, to śmiechem!

zasiwadczenie honorariacegielka2

cegielka1

Tyle się zmieniło…

Każdego dnia smakuję życie od nowa, bo każdego dnia myślę, że to cudowne, że byłeś i strasznie smutne, że już nigdy Ciebie nie zobaczę. Jedno jest dobre – nadal możemy rozmawiać, bo przecież teraz wiesz wszystko, widzisz wszystko i zawsze jesteś przy mnie. Kiedy w końcu ubiegłego wieku odszedłeś do tak zwanej „niebieskiej redakcji”, w której pracują ponoć najlepsi dziennikarze, jedna z gazet opublikowała moje wspomnienie o Tobie. Napisałam wówczas, że „Większość ludzi chciałaby widzieć uczucia córka-ojciec w formie taniego melodramatu dla kucharek. Nic z tego. Między nami było inaczej. Bardziej po kumplowsku. I to od kiedy sięgam pamięcią, czyli dla mnie od zawsze.” A że życie to śmiech i płacz na przemian, więc sporo w naszych relacjach było momentów i smutnych, i wesołych.

Zawsze dużo rozmawialiśmy, choć był czas, kiedy nie odzywaliśmy się do siebie, na szczęście krótki. Jednak teraz rozmawiamy codziennie. Mówię głównie ja i staram się wsłuchać w siebie, by dowiedzieć się, co Ty byś mi na to powiedział. Wiem dobrze, co byś pochwalił i co zganił, ale pytam. Jakbym liczyła na to, że naprawdę odpowiesz, a ja naprawdę usłyszę Twój głos. Dziś chcę Ci powiedzieć, co przez te prawie czternaście lat się zmieniło. Zarówno w moim życiu, jak i na Saskiej Kępie, w Warszawie czy wreszcie w Polsce i na Świecie. Chyba zacznę od końca… od Polski i Świata

Zawsze interesowałeś się życiem politycznym i pamiętam, jak uczyłeś mnie, że Polska jest jedna. Zdziwiłbyś się Tato, ale od 10 kwietnia 2010 roku, kiedy w podsmoleńskim lesie rozbił się samolot z 96 osobami na pokładzie, w tym z prezydentem RP Lechem Kaczyńskim, mamy dwie Polski. Tak… w międzyczasie prezydentem został jeden z bliźniaków, którzy w Polskim ZOO występowali jako chomiki. Ciekawe, jak byś go oceniał. Miałeś z jednej strony sądy wyważone, z drugiej ostre. Pewnie miotałyby Tobą mieszane uczucia, bo to był facet, który co jakiś czas – jako prezydent – przynosił nam wstyd. Na przykład do emeryta powiedział „spieprzaj dziadu”, w czasie jakiegoś piłkarskiego meczu reprezentacji Polski szalik kibica trzymał do góry nogami, miał też wpadki, np. z „Irasiadem” i „Borubarem”. Szczegółów Ci oszczędzę, bo to głupie. Na dodatek prezydent często podpadał dziennikarzom, ale… dał Polsce i Warszawie Muzeum Powstania Warszawskiego, o które tak walczyłeś i na które jeszcze w 1994 roku wraz z Muzeum Historycznym m. st. Warszawy rozpocząłeś zbieranie pamiątek. Pewnie byłoby Ci trochę przykro, że w tym muzeum, które rocznie odwiedzają setki tysięcy zwiedzających, nie ma śladu po Tobie i Twoich walkach o jego powstanie, a dyrekcja mimo wielu zaproszeń nigdy nie zechciała mnie odwiedzić, by skorzystać z tego, co przez lata zgromadziłeś. Pewnie byłoby Ci przykro, że książka, którą kiedyś napisałeś do spółki z Hanną Kuczmierowską, „O broni niemieckiej w Powstaniu Warszawskim”, nadal nie została wydana. Niestety Tato. Ja nie mam pieniędzy, a wydawnictwa, którym proponowałam druk, przede wszystkim tego ode mnie zażądały. Przemiany ustrojowe sprawiły, że dziś w Polsce liczy się tylko kasa. Nad Twoimi wieloletnimi badaniami nikt nie chce się pochylić. Pewnie byłoby Ci przykro, ale… jak Ciebie znam, umiałbyś to sobie jakoś pozytywnie wytłumaczyć.

A teraz wrócę do tej podzielonej Polski. Mamy więc „Polskę Smoleńską”, czyli zdaniem jej wyznawców prawdziwą i drugą, przez tych od smoleńskiej nazywaną „Polską Pancernej Brzozy”. Bo to jest tak, że jedni twierdzą, że był zamach, bo zderzenie z brzozą nie mogło spowodować takiej katastrofy, a drudzy twierdzą, że to był splot nieszczęśliwych wypadków: mgła, nieporozumienia na linii wieża-pokład Tupolewa i brzoza… Którą Polskę byś wybrał Tato? Ty, który twierdziłeś, że jest tylko jedna? Który twierdziłeś, że żołnierz szedł nie do AK, AL, BCH itd., ale do polskiego wojska i nie pytał o jaką Polskę będzie się bił?

Czy wiesz, co mieliśmy za wydarzenia w tej Polsce, zanim się podzieliła? Można by pisać bez końca! Ale wiem, że coś powinnam wybrać, bo inaczej tej opowieści nigdy nie skończę. Ponieważ pracowałeś w Telewizji Polskiej, więc opowiem Ci o tym, jak dekadę temu pewien producent filmowy, Lew Rywin, przyszedł do Adama Michnika i powiedział, że reprezentuje grupę trzymającą władzę i proponuje pomoc w kupnie stacji telewizyjnej Polsat. Pomoc ma polegać na zmianie w zapisie ustawy medialnej, na taki, który umożliwi spółce Agora kupno stacji. Ustawa wejdzie w życie, jeśli Agora przekaże pieniądze spółce Rywina, Gazeta Wyborcza przestanie krytykować premiera i SLD, a po przejęciu przez Agorę Polsatu, Lew Rywin zostanie zatrudniony w tej stacji. Do wyjaśnienia sprawy powołano sejmową komisję śledczą, która ujawniła szereg politycznych gwiazd. Niektórymi byś się załamał. Jedna dała Polsce termin „Rywingate”, druga „poziome i pionowe korytarze”. Był to cyrk, przy którym Polskie Zoo było naprawdę niczym. Myślę, że i miałbyś ubaw, i byłbyś załamany.

W 2004 roku weszliśmy do Unii Europejskiej. W tej chwili to już 27 państw, w tym Polska. W 2007 roku weszliśmy do strefy Schengen, mamy więc otwarte granice na zachód. Czy wyobrażasz sobie, że do Berlina można pojechać tak, jak się stoi i na granicy nikt nas nie skontroluje? Unmoeglich? Aber nein! Podobno mamy wejść też do strefy euro, a co za tym idzie pożegnać się ze złotówką. Coś mi się zdaje, że to ostatnie nie bardzo by Ci się podobało… Mamy w Polsce więcej stacji telewizyjnych. Zatrzymałeś się na Polsacie i TVN, ale teraz jest jeszcze TV4, TV Puls i masa innych. Mamy naziemną telewizję cyfrową. O miejsce na tej cyfrowej platformie były takie boje, że w tym roku przeżywaliśmy marsz w obronie Telewizji Trwam. Wiesz… to takie Radio Maryja tylko z obrazem. Po prostu ta stacja nie dostała koncesji. Mamy też szybki internet i szybkie komputery oraz smartfony, czyli wielofunkcyjne telefony komórkowe. Nawet nie wyobrażasz sobie, jakim przeżytkiem jest dziś Twój stary Siemens. A`propos komputerów – szkoda, że nie zdążyłeś nauczyć się z nich korzystać. Pisałbyś więcej artykułów, pewnie jako miłośnik technowinek „szalałbyś” w internecie, a może prowadził bloga, jak inny dziennikarz telewizyjny z twojego pokolenia, Andrzej Bober, lub twój były szef Tadeusz Kraśko

Mamy dziś Tato Papieża Niemca, bo nasz Papież, Jan Paweł II, zmarł w 2005 roku. Ten obecny, Benedykt XVI, wcześniej znany jako Joseph Ratzinger, w młodości był w Hitlerjugend, ale potem, gdy został biskupem i kardynałem, przyjaźnił się z tym naszym Papieżem. Z powodu jego przeszłości, po wyborze na Stolicę Piotrową krążył dowcip.
„Pierwsze spotkanie Jana Pawła II i Benedykta XVI miało miejsce w Polsce jeszcze w 1943 roku. Wyglądało tak. Młody Niemiec mierzył do młodego Polaka, a ten woła:
– Daruj mi życie. Będę kiedyś papieżem!
– Dobra – odparł Niemiec i dodał: – A ja zaraz po tobie.”
Czuję, że ponieważ ten Benedykt XVI to Joseph, Ty zaraz dorzuciłbyś swój słynny dowcip o baraku Józefów. Wiem, że znasz, ale ja, jak fredrowski Pan Jowialski, opowiem Ci swoją wersję z Benedyktem XVI.
„Zmarł Benedykt XVI i poszedł do nieba. I pyta go święty Piotr:
– Ktoś ty?
– Benedykt XVI.
– A na chrzcie świętym?
– Jospeh, jak święty Józef cieśla.
Nagle odzywa się Pan Bóg:
– Jak Józef, to dawać go na barak Józefów. A tam już… Józef Stalin, Józef Cyrankiewicz, a nawet Franciszek Józef… i tylko blokowym znów okazuje się Piłsudski.”
No, ale Benedykt XVI kultywuje tradycje Polskiego Papieża i przemawia do ludzi w ich narodowych językach. Po polsku mówi dość śmiesznie, na przykład: „pozdrawiam ciule”, co powoduje oczywiście kolejne żarty, ale… niedawno beatyfikował Naszego Papieża, a potem księdza Jerzego Popiełuszkę. Masz pojęcie? Nie myślałam, że to się stanie za mojego życia, a tu popatrz!
Z kolei Stany Zjednoczone mają pierwszego czarnoskórego prezydenta. Teraz jest nim na drugą kadencję. Nazywa się Barack Obama i jak twierdzą Amerykanie, jest czarnoskóry, a Afrykanie twierdzą, że jest biały. Zdaniem przeciwników jego prezydentury urodził się w Kenii, a nie na Hawajach i prezydentem został dzięki sfałszowaniu aktu urodzenia. Normalnie dom wariatów!
A Warszawa? Ha! Tu dopiero zmiany! Skoro byłam przy prezydenturach, to przy nich pozostanę. Tu też coś dzieje się po raz pierwszy w historii. Oto po raz pierwszy w historii miasta prezydentem jest kobieta. Hanna Gronkiewicz-Waltz przez przeciwników zwana „gronkowcem”, HGW lub bufetową. Teraz zmaga się z budową pierwszego odcinka drugiej linii metra, która to budowa nie przebiega bezawaryjnie. Tak, tak… wyobraź sobie, że powstaje drugi odcinek. Ten pierwszy ukończono pięć lat temu i sięga aż do Młocin. Jak niegdyś statek. A`propos statków… od trzech lat znów jest żegluga na Wiśle. Można rekreacyjnie popłynąć statkiem nad Zalew Zegrzyński. Jest też tramwaj wodny i darmowe promy do przeprawy przez rzekę. Czy wiesz, że mamy trzy nowe mosty? Most Syreny zastąpiono Mostem Świętokrzyskim. To pierwszy w stolicy most podwieszany i na dodatek przystosowany dla rowerzystów, bo ma wydzielony pas jazdy. Przy okazji budowy tego mostu, zbudowano wzdłuż Wisły tunel, którym puszczono Wisłostradę. W połowie tunelu są przystanki autobusowe. Tylko raz stałam na jednym z nich i przysięgłam sobie, że więcej tego nie zrobię, bo hałas w tunelu jest nie do zniesienia. Gdy tunel jest zalewany, a kilka razy już to się zdarzyło, wtedy ruch puszczany jest objazdami i robi się w mieście potworny bałagan! Ale o tym za chwilę. Najpierw wrócę do mostów. Mamy jeszcze łączący Siekierki z Pragą Południe i Wawrem Most Siekierkowski, również podwieszany, czyli wantowy, również z trasą dla rowerzystów, a niedawno oddano do użytku Most Marii Skłodowskiej-Curie, czyli Most Północny, łączący Bielany z Białołęką. Niestety most Grota-Roweckiego, który gdy byłam dzieckiem, to zaraz po otwarciu przejechaliśmy naszym maluchem, zdążył się tak posypać, że jest ciągle remontowany. Warszawa w ogóle jest i rozbudowana i większa, i… zakorkowana. Nie pomogło stworzenie strefy płatnego parkowania i upstrzenie miasta parkomatami. Korki są i będą pewnie coraz większe, bo prawie wszyscy mają samochody.

Tu na Kępie mamy specjalną strefę, do której wjazd jest tylko z przepustkami. Oczywiście wszystko wtedy, gdy dzieje się coś na Stadionie Narodowym. Tak, tak… nie ma już Stadionu X-lecia. Zniknął też „Jarmark Europa”, który tak Ciebie i mamę denerwował, bo jego handlarze nocowali pod domem w samochodach i załatwiali się w ogródku. Zamiast tego mamy nowoczesny Stadion Narodowy zwany też Narodowym Basenem. Wszystko przez to, ze podczas jednego z meczów reprezentacji nie zamknięto dachu na czas i murawa zamieniła się w pełen wody brodzik. Stadion Narodowy wybudowano dlatego, że wraz z Ukrainą zorganizowaliśmy Euro 2012, czyli mistrzostwa Europy w piłce nożnej. Przez miesiąc prawie wszyscy Polacy mieli zamiast głów piłki. Oczywiście oprócz naszej rodziny. Mamy w mieście coraz więcej parków, które powstają w nowych dzielnicach i coraz więcej strzeżonych osiedli. Prawie nikt już nikogo nie zna. Tylko na Kępie jest jeszcze trochę jak dawniej, ale czasem myślę, że to już tylko trochę. Nie tylko nie ma już wścibskiej Kapeluszowej, która doprowadzała Ciebie i Mamę do szału swoim dopytywaniem się kto, co i gdzie. Nie ma też eleganckiej, zwanej Wyfiokowaną, pani z rasowym pieskiem, która tak się oburzała, gdy ten jej strasznie rasowy piesek wąchał pod ogonem naszą kundlowatą sukę. Nie wiem, kiedy Wyfiokowana zmarła. Po prostu pewnego dnia stwierdziłam, że przestałam ją widywać. Za to pojawili się nowi mieszkańcy. Niektórzy chcą być bardziej saskokępscy. Czasem mam wrażenie, że im się wydaje, że skoro mają pieniądze, by kupić sobie tu mieszkanie, to stać ich na wszystko. Niestety… jak to mówi przysłowie chińskie, za pieniądze można kupić dom, ale nie ciepło domowe. Ja od siebie dodam, że można też kupić stary dom, ale nie swoje w nim korzenie… Obserwuję od lat święto Saskiej Kępy i myślę, że jego jarmarczność najlepiej pokazuje, jak Kępa się zmienia. Jak mieszają się tu wszystkie style Polski, a nawet świata. A na Boże Narodzenie czy Wielkanoc wyludnia się tak, jak cała Warszawa. Tylko wtedy można przejechać szybko autem przez całe miasto, a na naszej uliczce zaparkować bez problemu.

Liczba knajp na Saskiej Kępie niesamowicie wzrosła. A wiele zmieniło nazwy i właścicieli. Czy wiesz, że Sax, w którym siadywała Agnieszka Osiecka, to teraz prowadzona przez Senegalczyków knajpa Cafe Baobab? Nie ma Pubu Rondo, a Sorrento też ma inna nazwę, nie jest już tak fajne, jak dawniej, no i strasznie rżną na rachunkach. Koło nas, na rogu Walecznych i Francuskiej, otworzyli przytulną knajpkę „Francuska 30”. Czasem siadam tu na kawę. Najbardziej jednak lubię Fregatę na Międzynarodowej, ze swojskim klimatem i polską kuchnią. Niestety jej właściciel, pan Henio zmarł na raka. Nawet nie wiesz, jaki był niesamowity. Czy wiesz, że jak leżałam chora w domu, to przysłał mi pierogi ruskie? Lubię tez Pikanterię. Jest na rogu Walecznych i Londyńskiej, tam gdzie kiedyś była cukiernia z tymi ciastkami z kminkiem, które Mama tak uwielbiała chrupać popijając czerwonym barszczem.

Zniknęło nam kino, bo Sawy jednak nie odbudowano, ale mamy na Kępie Dom Kultury. Trzeba jechać Francuską, Paryską, aż za Trasę Łazienkowską. Nie ma mnóstwa drobnych sklepików, bo dyskonty i hipermarkety posiały spustoszenie. Na przykład nie ma tego malutkiego społemowskiego spożywczaka na Francuskiej przy Walecznych. Teraz jest tam sklep z winami i knajpa. Nie ma sklepu elektrycznego na Francuskiej. Przez kilka lat lokal stał pusty i straszył. Teraz zaklejono szyby i jest tam jakieś biuro. Nie ma też fioletowego pawilonu z delikatesami. Zburzono go i otwarto w jego miejscu bank. W ogóle Francuska to teraz prawie same banki i knajpy. Nawet wypożyczalnia video przeniosła się z Francuskiej na Zwycięzców.

Cały czas ukazuje się „Mieszkaniec”, a ja czasami coś dla nich piszę. Naczelny, czyli Wiesio Nowosielski często Cię wspomina. A u nas w domu? Oj Tato… Nie chcę Ci opowiadać, jak mój stryj i ojciec chrzestny a Twój rodzony brat w jednej osobie przepił 3/8 naszego domu, bo to przecież wiesz i na pewno oboje z Matką nieźle zmyliście mu tam w niebie głowę. Użeram się teraz z tym domem strasznie i końca tego użerania nie widać. Na dodatek okazało się, że jak zwykle miałeś rację. Jedna ze współwłaścicielek rzeczywiście nie jest normalna i mam z nią masę kłopotów. Ty w ogóle tak często miałeś rację, że aż mi czasem wstyd, że Ciebie nie słuchałam. Ten mój ukochany z USA, którego kiedyś nazwałeś pętakiem, okazał się nim naprawdę. Nie chcę o nim opowiadać, bo nie jest tego wart. Na szczęście to już przeszłość, chociaż dochodziłam do siebie dość długo. Ale już jest w porządku. Niedawno wyszłam za mąż, choć… miało mi się to nigdy nie przytrafić, bo przecież nie brałam tego nawet pod uwagę. Mój mąż – Zacharjasz – na pewno by Ci się spodobał, bo ma Twoje poczucie humoru i jest tak jak Ty – złota rączka. Czy wiesz, że powyciągał wszystkie Twoje skarby do majsterkowania i je pielęgnuje? Wszystkie Twoje dłuta, śrubokręty i inne przybory do majsterkowania zostały przez niego wyczyszczone. Zacharjasz pochodzi zza Buga. Jego pradziadowie mieli kawał ziemi pod Stanisławowem (dziś Iwanofrankowsk) i stajnię na 250 koni. Gdy 17-go września 1939 roku wkroczyły tam wojska sowieckie nie zdecydowali się na ucieczkę. Myśleli, że da się z nową władzą dogadać. Najpierw stracili dwóch synów. Obaj odmówili wstąpienia do armii Bandery. Został tylko dziadek Zacharjasza – Jakub. By uniknąć losu braci, sfałszował metrykę i się odmłodził. To zapewniło mu przetrwanie. Potem Sowieci ich ziemię rozkułaczyli i zabrali. Dziadek Jakub szybko zorientował się, że kultywowanie polskości to zamknięcie dzieciom drogi do nauki. Dzięki temu, że ukrywał polskość, wykształcił swoje dzieci. Ty wiesz tato, że ja dopiero teraz rozumiem, czemu Polacy, których spotykaliśmy na wschodzie, a którzy znali polski, byli tak słabo wykształceni? Coś za coś… Zacharjasz pierwszego polskiego słowa nauczył się od dziadka, gdy miał cztery lata. Brzmiało ono… kurwa. Bo gdy dziadek oprowadzał go po wsi i pokazywał „to było nasze, to nasze”, a mały chłopczyk pytał: „a czemu dziadku nie jest?” słyszał w odpowiedzi: „Bo kurwa….” i mętne tłumaczenia, by dziecko czegoś nie powtórzyło komu nie trzeba, bo mogłyby być kłopoty. Zacharjasz miał szesnaście lat, gdy zdecydował, że chce zamieszkać w Polsce. Skończył polską szkołę im. księdza Józefa Tischnera w Użgorodzie, gdzie teraz mieszkają rodzice i po skończeniu studiów aktorskich w Akademii Teatralnej w Kijowie przyjechał do Polski. Tato, nawet nie wiesz, jakimi my Polacy jesteśmy ksenofobami! Nie miałam świadomości, że tak jest, dopóki nie związałam się z Zacharjaszem. Ty inaczej mnie wychowywałeś. Pamiętam, jak kiedyś wróciłeś wcześniej niż planowałeś ze Stanów, by móc pojechać z paczkami dla Polaków na Ukrainę, do Kołomyi. Swoją decyzję tłumaczyłeś tym, że ci Polacy na wschodzie bardziej potrzebują Twojej wizyty, bo są biedni i przydadzą im się paczki z Polski. Pamiętam, jak w latach osiemdziesiątych na wczasach nad Balatonem tuliłeś tego Jewgienija Kownackiego, potomka polskiego zesłańca, który pracował na Syberii jako milicjant i po polsku znał tylko „Ojcze Nasz”. Dziś wiem, że w swoim podejściu do rodaków na wschodzie byłeś wyjątkowy.

Teraz dla wielu Polaków, ten, kto jest zza wschodniej granicy, to ten gorszy. Nawet nie wiesz, ile razy usłyszałam wyrzuty, że wychodzę za mąż za Ukraińca. Jakby to było coś złego. To trochę śmieszne. Nagle okazuje się, że porządny, pracowity i wykształcony obywatel Ukrainy, którego przodkowie nie wyjechali z Polski, tylko zostali na wschodzie, bo Polska zmieniła granice, to ktoś gorszy niż nierób i obibok z zachodu, którego przodkowie dobrowolnie opuścili kraj i to nie z przyczyn politycznych, ale dla poprawy bytu. Czy wiesz, że gdy odpowiadałam, że Zacharjasz ma polskich przodków, to słyszałam, że pewnie jego dziadek tam został na kresach, bo spadł z wieżyczki strażniczej w Ostaszkowie. Wiesz… czuję, że Zacharjasz by Ci się spodobał, a nawet mam tego dowód. Otóż zachwycił się listami Twojego dziadka, a mojego pradziadka Antoleńka, do Karolki. Stwierdził, że zrobi z nich monodram. Napisaliśmy wniosek do Ministra Kultury i Sztuki i… Zacharjasz dostał stypendium. To na pewno zasługa Twoja, jak i samego Antoleńka i Karolki. Wreszcie jest szansa, by te listy, którymi zawsze wszyscy się zachwycali, mógł poznać dosłownie każdy. Będzie z tego fajny monodram. W końcu tworzymy duet aktorsko-pisarski. Bo wyobraź sobie, że udało mi się zostać pisarką, tak jak mówiłam w dzieciństwie. Ty znałeś tylko moje opowiadania, które zbierałeś, gdy drukowały je gazety, ale teraz mam na koncie nawet kilka książek. Jedną jest „Dziewiętnastoletni marynarz”, historia listów Twojego stryja Zbigniewa Piekarskiego. W końcu powiedziałeś mi kiedyś, że mogę z nimi zrobić, co chcę. No to zrobiłam! Myślę, ze ocaliłam kawałek historii nie tylko naszej rodziny, ale i Szkoły Morskiej w Tczewie. Najgłośniejsza moja książka, „Klasa pani Czajki”, trafiła do kilku podręczników, a nawet ukazała się na Ukrainie. Wszystko dzięki pomocy Zacharjasza. Wiesz, że uczę się ukraińskiego? Miałeś rację, że nauka każdego języka rozwija. A przy okazji dopiero teraz zorientowałam się, ile było ukraińskich słów w języku Mamy, która przecież urodziła się w Zwierzyńcu nad Wieprzem i spędziła dzieciństwo i młodość w Chełmie (powiedz jej, że między innymi tam byliśmy w podróży poślubnej i dowiedzieliśmy się, że archeolodzy szukają grobu króla Daniły). Od jej „biery”, kiedy kazała coś od siebie zabrać począwszy, przez „nie gniotsa nie łamiotsa” w określeniu niektórych tworzyw, aż po „sraty pierdaty”, gdy mówiła, że ktoś gada bzdury. Oj, jak mi jej czasem brakuje.

Czy wiesz, ile osób z rodziny zmarło? Nie ma już przy mnie Twojej ciotecznej siostry cioci Hani. Najpierw zmarł jej syn, a ona miesiąc po nim. Gadacie sobie czasem we trójkę? Na pewno! Ona zawsze wspominała, jak to mówiła Ci, że jedzie na ten swój zjazd koleżanek z pracy. One nazywały go „zjazd gwiazd”, ona „zlot ciot”, a Ty powiedziałeś jej brutalnie:
– Hanka! Jaki „zjazd gwiazd”! Jaki „zlot ciot”? Toż to zwykły „zsyp cip”
Bardzo się ciotce ten „zsyp cip” podobał i zawsze żałowała, że nie wszystkim koleżankom może to powtórzyć. A tak a`propos umierania… czy Ty wiesz, że od kiedy Ciebie nie ma, robię programy kombatanckie, tak jak Ty. Jeżdżę na kolejne rocznice Powstania Warszawskiego i tym podobne. Robiłam reportaż z 60-lecia ślubu Twoich przyjaciół – państwa Tyrajskich. Teraz już tylko pan Genio żyje. Wykruszają się Powstańcy. Twój przyjaciel Lesław Bartelski też odszedł. Ale nie o tym chciałam… Chciałam o Tobie. Pewnego razu pojechałam na rocznicę walk o Państwową Wytwórnię Papierów Wartościowych. Zagadnęłam Jerzego Kuleszę, czy mógłby się dla mnie wypowiedzieć do kamery, a on usłyszawszy, że jestem Twoją córką, powiedział:
– Dla córki Maćka – zawsze.
No i powiedział o walkach, a potem mówi do mnie.
– Wie pani, ja odwiedziłem Maćka w szpitalu na dwa tygodnie przed odejściem. I wszystkim opowiadam o jego niesamowitym poczuciu humoru. Pytam się: „Jak się czujesz Macku?”, a on mi na to, że opowie mi kawał. I mówi. »Leży facet w szpitalu. Jest już po operacji. Przychodzi lekarz, a facet pyta. „No jak tam panie doktorze?” A lekarz: „No wszystko w porządku, ale do końca życia nie może pan palić papierosów, pić alkoholu i uprawiać seksu.” Pacjent zmartwiony mówi: „Ojej… panie doktorze, a ja tak to lubię!” „Niech pan nie dramatyzuje – mówi lekarz. – No chyba te dwa tygodnie jakoś pan wytrzyma!”» I pani ojciec mi to opowiedział właśnie na dwa tygodnie przed odejściem. Oj Tato! Cały Ty! Ja do dziś wspominam minę lekarza, który Ciebie pytał, czy chcesz środek przeciwbólowy w zastrzyku czy doustnie, a ty mu odpowiedziałeś, że chętnie dowcipnie, ale cipy u Ciebie brak… To była dopiero historia!

Twój imiennik, wnuczek, zwany przez ciebie „słodkim patafianem”, nie sprawia specjalnie kłopotów, ot jak to nastolatek, ale ciągle szuka swojej drogi, a ja tak myślę, że ma ciężej niż ja. Bo dziś to przysłowiowe „jutro” jest bardziej niewiadome niż kiedyś. Ale jestem w nim szczęśliwa. Między innymi dlatego, że zawsze mogę z Tobą porozmawiać.

I tak sobie pomyślałam, że ja Ci tu wszystko opowiedziałam… tak po ludzku, z detalami, a Ty przecież i tak to wszystko wiesz… I tak wiesz ile się zmieniło od czasu ostatniego spotkania. I nawet nie dlatego, że Kapeluszowa z Wyfiokowaną przyszły do Ciebie i Mamy. Jedna by poplotkować, a druga poprosić, byś zabrał swojego kundla. (Na pewno wszyscy trafiliście tam z psami!) I nie dlatego, że Andrzej Lepper zawitał do „niebieskiej redakcji” wymusić na niebieskich dziennikarzach wywiad i rozpoczęliście tam wszyscy plotki o świecie, Polsce i Warszawie. Po prostu kiedy jest się tam, pewnie wie się wszystko. Czuję to. Tak, jak Twoją miłość. Każdego dnia.

Warszawa, grudzień, 2012

Ojciec autorki – Maciej Piekarski (1932-1999) historyk sztuki, dziennikarz, publicysta, vasavianista, urodził się i zmarł w Warszawie.

PS 25 lat wolności. Rzeczywiście? Tak narzekaliśmy na cenzurę w PRL. Jest lepiej?

PS 2 Najgłupsze w tej historii jest to, że wydawca mógł przecież poprosić o korektę tekstu lub nawet jego zmianę na zupełnie inny… Co to dla pisarza napisać od nowa. Zwłaszcza, gdy ma podane pierwsze zdanie i to brzmiące: Każdego dnia smakuję życie od nowa… No właśnie smakuję… 

PS 3 A dla ciekawskich umowa… Rozumiem, że wydawnictwo uznało, że mój tekst, poprzez istnienie w nim kawałów (i tak powtarzanych przez ulicę) jest zniesławieniem Papieża Benedykta XVI. Bóg zapłać!

PS 4 Danych wydawnictwa nie ujawniam, bo moim celem nie jest  szkodzenie komukolwiek. Książki na razie nie ma nawet w zapowiedziach. ‚Googlanie’ na ma więc sensu.

 

umowa1-zamazane umowa2-zamzana umowa3-zamazane

Chwila i zmienia się wszystko

fot. twitter

Nikt nie chce uczyć się na cudzych błędach. Każdy woli popełniać własne. To jest ten absurd, który tkwi w każdym człowieku i jednocześnie moja sentencja, będąca po prostu refleksją z życia. Nie tylko mojego własnego i to z czasów, kiedy jako nastolatka nie słuchałam rodziców, bo „wiedziałam lepiej”. Dziś z perspektywy czasu widzę ile mieli racji. Ale ta myśl, że nie uczymy sięn a cudzych błędach dotyczy nie tylko sfery prywatnej. To także refleksja z obserwacji poczynań różnych polityków. Historia jest nauczycielką ludzi i narodów, ale… tylko w teorii. Bo politycy często są, jak ten nastolatek, który myśli, że zjadł wszystkie rozumy. I często to ich myślenie, nie ma nic wspólnego z politycznym stażem.

To, co dzieje się teraz na Ukrainie, śledzimy z Ulubionym właściwie cały czas. Oczywiście towarzyszy nam cała masa emocji. Przede wszystkim niepokój, ale i pewna zaduma. Zaduma głownie nad tym, czym w ogóle jest świat i jacy są ludzie. Nie chcę pisać tekstu politycznego, analizować sytuacji, w jakiej znalazła się Ukraina, bo nie chcę łamać swoich zasad obchodzenia polityki wielkim łukiem niczym gnojówki, ale… napiszę jedno. Ilekroć gdzieś w jakimś kraju dochodzi do rozruchów i przepychanek społeczeństwa z siłami porządkowymi tylekroć ja mam refleksje, ze politycy, którzy swoja polityką doprowadzają do tego, że lud wychodzi na ulicę, tak jakby byli ślepi i nie chcieli uczyć się na błędach innych, którzy też mieli takie sytuacje. Zresztą… czy moment, kiedy lud masowo i spontanicznie bez zapowiedzi wychodzi na ulicę nie oznacza, że naprawdę w danym kraju źle się dzieje?

Pamiętam święta Bożego Narodzenia w 1989 roku. Wraz z moim ówczesnym narzeczonym pojechaliśmy tuż po Wigilii do Krakowa do jego Ojca. Ojciec, profesor astronomii, nie miał w domu telewizora. Jako astronom wolał po prostu patrzeć w gwiazdy niż w pożerające czas pudełko. Radia jakoś też nie włączył, bo miał przecież gości, czyli nas… i tak… tuż po świętach wracaliśmy od niego do Warszawy nieświadomi kompletnie tego, co przez ostatnie dwa dni zdarzyło się na świecie. Świetnie pamiętam moment, kiedy wsiadaliśmy do pociągu, a tam… na siedzeniach leżało kupione przez kogoś i porzucone, bo przeczytane, wydanie specjalne jakiejś gazety codziennej. Nagłówek na pierwszej stronie brzmiał: „Jak rozstrzelano Ceausescu.”. Byliśmy w kompletnym szoku! Przecież kiedy przed dwoma dniami opuszczaliśmy Warszawę, to Nicolae Ceausescu żył! Tymczasem było już po fasadowym sądzie i spektakularnej egzekucji.

O ile jestem w stanie zrozumieć, że dzisiejsi politycy nie patrzą na historię sprzed tysięcy lat, kiedy padały dynastie, a co za tym idzie całe królestwa. O tyle nie rozumiem, czemu nie patrzą na historię nam współczesną. W końcu Ceausescu zakończył żywo niespełna ćwierć wieku temu. Wszyscy żyjący i niedawno obaleni przywódcy byli już wtedy na świecie i byli dorośli!!! A jednak! Nie patrzą! Nie patrzył na to ani Hussein, ani Kadafi, ani teraz Putin, Łukaszenka czy Janukowycz. A przecież dziś, w czasach internetu, o ile łatwiej zwołać ludzi w jakieś miejsce niż można było to zrobić kiedyś. Dziś wystarczy utworzyć wydarzenie na Facebooku i zaprosić znajomych. Potem już leci. Janukowyczowi aktywistki Femenu już leją na twarz. Co będzie dalej? Przecież czasem wystarczy jedna chwila i zmienia się wszystko.