Archiwa tagu: Powstanie Warszawskie

Nie mam słów, czyli powodzenia Polsko

Przez ostatnie 18 lat co roku relacjonowałam obchody Powstania Warszawskiego. Robiłam to, co wcześniej przez ponad 20 lat pracy dla TVP robił mój zmarły w 1999 roku Ojciec. Po prostu 1 sierpnia tkwiłam na dziennikarskim posterunku. W tym roku siedzę w lesie. Artykuły do gazet już napisałam przed wyjazdem. A ponieważ znajomych powstańców obdzwoniłam, Panicza Syna na grób Stryja Antka wysłałam (ma być tam 1 sierpnia przed godziną W), więc zajęłam się pisaniem. Tu w lesie nie włączam telewizora, choć jest. Do internetu zaglądam, gdy muszę odesłać teksty, bo zarabiam na życie nie tylko pisaniem, ale i redagowaniem cudzych rzeczy. Staram się nie czytać wiadomości o powstańczych obchodach, bo ku memu zgorszeniu kolejny rok Powstaniem Warszawskim wycierają sobie gęby (nie napiszę „mordy”, bo już ten wyraz ukradł jeden z polityków) różne partie polityczne – wszystkie obrzydliwe. Gwizdy na cmentarzu, gwizdy przed pomnikami czy na kopcu – mam tego dosyć. Przez ostatnie lata wraz z każdym gwizdem umierała cząstka mnie. Dlatego uznałam, że skoro nie jestem reporterką TVP, a jako reporterka lokalnej gazety nie dostałam akredytacji – wyjeżdżam w głuszę. No i pojechałam. Niestety do głuszy pewne rzeczy się przedostają. Np. taki Twitter czy Facebook. Koło południa przestałam liczyć, ile oburzonych znajomych osób zamieściło na Twitterze lub Facebooku plakat PGE z powstańcem (komórka co chwilę wysyłała sygnał). Owszem, na szczęście nie jest to żadne oryginalne powstańcze zdjęcie, ale pod namalowanym obrazkiem młodego człowieka z opaską na ręku, tkwi jak wół tekst: „Poświęcenie to wielka energia” i dopisek: „PGE Mecenasem Muzeum Powstania”.

Dopiero co przekroczyłam 50. rok życia, ale już wcześniej usłyszałam, że nikt nie odpowiada na moje CV, bo jestem stara. Przyjaciel z kręgów obecnej władzy powiedział, że oni – rządzący wymieniają teraz elity wszędzie i przykro mu, ale padłam ofiarą tej wymiany elit, bo nie wyznałam miłości „partii matce naszej”. Dlatego oni zostawiają w spółkach skarbu państwa swoich albo młodych. „A ty nie jesteś swoja i nie jesteś młoda, bo maturę zdałaś przed 1989 rokiem.” – powiedział. (Podobno to, że na studia dostałam się po Okrągłym Stole, bo w PRL nie mogłam – w ogóle się nie liczy.) Dlatego, jak powiedział przyjaciel, pozbyto się mnie jako „partyjnego betonu”. Tak więc jako ten „partyjny beton” stwierdzam co następuje: Najwyraźniej ta wymiana elit na młodszych rozpoczęła się już na dobre, bo mojemu pokoleniu, pokoleniu ludzi, których rodzice przeżyli powstanie, do głowy nie przyszłaby taka reklama. Powstanie Warszawskie, w którym mój stryj oddał życie i 7 września od postrzału w piersi i głowę umierał w bramie przy ulicy Zielnej 4 podczas wrzasku dowódcy: „Do szturmu skurwysyny! Rzućcie to ścierwo! Do szturmu!” było dla mojego pokolenia świętością. Niektórzy krytykowali dowódców, sens wybuchu etc., ale nikt nie kwestionował heroizmu tych, którzy 1 sierpnia chwycili za broń. Ta reklama też tego nie kwestionuje, ale w jakiś obrzydliwy sposób wykorzystuje bohaterstwo walczących i ich śmierć do reklamowania energii elektrycznej!

Zobaczyłam to i… od razu przypomniała mi się sprawa sprzed dwóch lat, kiedy to jakiś smarkacz czy smarkula (płci nie pamiętam) odpowiedzialny za Fanpage wódki „Żytniej” wrzucił na Facebooka zdjęcie ofiary ZOMO z podpisem: „KacVegas? Scenariusz pisany przez Żytnią” i dopisał: „Gdy wieczór kawalerski wymknie się spod kontroli. Wina żytniej?” Osobą na zdjęciu niesioną pospiesznie przez innych był Michał Adamowicz, jedna z trzech ofiar manifestacji „Solidarności”, która odbyła się w Lubinie 31 sierpnia 1982 r. Był to 28-letni elektryk zakładów górniczych, który zmarł wskutek ran postrzałowych głowy. Na zdjęciu widać, że z jego głowy leci krew.

Polmos Bielsko Biała jest spółką skarbu państwa, PGE też. I tak myślę, że chyba pora zaapelować do rządzących. Szybciej wymieniajcie te elity! Z niecierpliwością czekam jak dzisiejsze przedszkolaki zostaną specjalistami od PR i wykorzystają zdjęcia z dla was ważnych miesięcznic i katastrofy smoleńskiej do reklamy takich głupot, że będziecie z rozpaczy wyć, jak ja dziś wyję.

Satyryczny portal „ASZ dziennik” dziś napisał:

Jakkolwiek miłe jest powiązanie 200 tys. ofiar z dostarczaniem energii, PGE niestety nie wyjaśniło, jak widziałoby swoje miejsce w powstaniu.
Jako sponsor czapeczek z logo PGE dla nieletnich kurierów?
Dostawca oświetlenia w kanałach?
A może dostarczyciel systemu e-faktur, żeby kryjąca się w piwnicach ludność nie musiała iść po papierową fakturę do zbombardowanego mieszkania?
Niestety tego jeszcze nie wiemy, ale jedno wiemy już na pewno.
Jak to dobrze, że PGE nie jest także partnerem Muzeum Auschwitz.
To nie jest ASZdziennik. PGE to zrobiło.

A ja tylko dodam, że pierwszy był Polmos. A może ci z PGE byli po Żytniej?

A na zdjęciach poniżej: Akt zgonu mojego stryja odebrany przez babcię i zmoczony jej łzami. Zdjęcie mojego stryja – 16-letniego chłopaka. Akt zgonu, który miał w butelce w spodniach podczas ekshumacji. Jego krzyż z powstańczego grobu, który wisi u mnie w domu na ścianie. Powodzenia Polsko.

 

Po raz pierwszy, czyli polityka zawsze namiesza

Od siedemnastu lat przygotowuję dla Telewizyjnego Kuriera Warszawskiego tematy dotyczące Powstania Warszawskiego. W tym roku, po raz pierwszy w życiu, niektórzy powstańcy odmówili mi udziału w nagraniu. Znali mnie. Znali mojego Ojca, który przygotowywał tematy powstańcze przez 30 lat. Jednak mimo tego odmówili. Wszyscy odmawiający przeprosili, ale nie: dla TVP nie powiedzą mi nic.

W 1980 roku mój Ojciec przygotowywał film o Powstaniu Warszawskim. Miała w nim wystąpić jedna znajoma sanitariuszka. Produkcja filmowa przedłużała się. Wreszcie, nastąpił stan wojenny. Sanitariuszka odwołała swój udział. Mam w domu jej list do Ojca, w którym przeprasza go za to, że nie wystąpi, ale w obecnej sytuacji nie może. Film powstał kilka lat później.

Przyznam, że ciężko mi. Jestem autorką kilkudziesięciu reportaży i filmów dokumentalnych dla TVP oraz kilku tysięcy krótkich felietonów do newsów. Zawsze pracowałam dla telewizji publicznej, bo robię rzeczy mało komercyjne, przeważnie historyczne, kulturalne etc.. Nie po drodze mi więc ze stacjami, w których królują programy dla gawiedzi.

TVP zawsze była reżimowa, bo zawsze ten, kto dochodził do władzy „brał telewizję”. Nigdy nie miałam w niej etatu, zawsze będąc jedynie współpracownikiem. Teraz, pierwszy raz w życiu mi odmówiono udziału w nagraniu i to w takim nagraniu. A piszę o tym, bo chyba nie umiem wyrazić, jak bardzo jest mi przykro.

To archiwa TVP pełne są nagrań z powstańcami. Nagrań, które zarejestrowano zanim powstały stacje komercyjne. Od 12 lat wszystkie robocze materiały z obchodów odnoszę do archiwum, bo kiedyś się przydadzą. Są więc tam godzinne wywiady, relacje, spacery z powstańcami. Robię to, bo podobnie postępował mój Ojciec. Też robocze kasety odnosił do archiwum wierząc, że kiedyś zostaną należycie wykorzystane. A poza tym przechowają relacje naocznych świadków wydarzeń, które coraz bardziej odchodzą w przeszłość. I szkoda, że teraz to archiwum będzie uboższe o kilka nienagranych relacji. Ale tak to jest, jak polityka namiesza.

Ja, pra…wnuczka Mieszka, czyli z okazji 1050-lecia chrztu Polski

Zapytano mnie niedawno, od kiedy interesuję się historią swojej rodziny. Odpowiedź brzmi… od zawsze. Gdy spytano mnie: dlaczego? Nie umiałam odpowiedzieć. Dziś myślę, że jest to u mnie naturalna kolej rzeczy. Interesował się tym ojciec, dziadek i pradziadek. Od małego dotykałam w domu przedmiotów należących do przodków. Często o niewielkiej wartości finansowej, ale ogromnej wartości historycznej czy emocjonalnej. Przekładałam też kartki dokumentów związanych z praszczurami. Jako mała dziewczynka bawiłam się drzewem genealogicznym, które ojciec próbował narysować na wielu połączonych ze sobą kartkach papieru, a porzucił, gdy rozrosło się tak, że rozkładanie owych kartek zrobiło się dla niego niewygodne. Kiedyś spędziliśmy pół dnia nad reprintami XIX-wiecznych spisów mieszkańców Warszawy podkreślając czerwonym ołówkiem naszych praszczurów.

Gdy jako 19-latka rozpoczęłam pracę w Bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego, pod wpływem koleżanki sięgnęłam po stojąca na półce książkę „Znaczy kapitan” Karola Olgierda Borchardta. Ojciec ujrzawszy mnie nad lekturą powiedział, że w rodzinie też był marynarz ze Szkoły Morskiej w Tczewie. Był to jego stryj – Zbigniew Piekarski. Tata położył mi wtedy na łóżku teczkę z jego listami. Zachwyciłam się i… po raz pierwszy mocno „zaprzyjaźniłam” z jakimś swoim przodkiem. Miałam przecież 19 lat, jak on, kiedy te listy pisał. A przecież nic tak nie przybliża nam człowieka, jak jego listy do bliskich. Wtedy zresztą przeprowadziłam swoje pierwsze śledztwo rodzinne, które po latach zaowocowało książką „Dziewiętnastoletni marynarz”. To w niej ujawniłam skrywaną rodzinną tajemnicę, która gdyby nie ja umarłaby, jak wiele innych tajemnic, tworzących naszą historię.

W listopadzie 2013 roku Jolanta Adamiec-Furgał zaprosiła mnie do nagrania telewizyjnego programu „Saga Rodów”, bym opowiedziała o swoich przodkach. Wiedziała, że genealogia zawsze była moją pasją. Tak powstał odcinek jej programu p.t. „Saga Rodu Piekarskich”.

Już w trakcie nagrania uświadomiłam sobie po raz kolejny, że sporo o swoich przodkach wiem, ale… nie wszystko. Wielu rzeczy, które opowiadali mi Ojciec, Matka czy ciotki już nie pamiętam. O ile mniej będzie wiedział mój syn? Tak zrodził się pomysł na witrynę, na której postanowiłam zamieszczać informacje, zdjęcia i skany dokumentów tych, którzy byli na tym świecie przede mną i z którymi w jakikolwiek sposób jestem związana. I tak od listopada 2013 roku, a więc już od ponad dwóch lat, na portalu piekarscy.com.pl codziennie pojawia się jeden wpis, a wraz z nim minimum jeden dokument, jedno zdjęcie itp.

Gdy zaczynałam ten swój projekt, wielu znajomych śmiało się ze mnie. Oczywiście poza moimi plecami. Powtarzano mi potem, że mają mnie za dziwaka i tak dalej. Jednak z czasem śmiech zniknął. Cóż… ze statystykami nikt nie dyskutuje, a do dziś mój genealogiczny portal miał ponad milion trzysta tysięcy odsłon. Jakby tego było mało, w ciągu tych ponad dwóch lat okazało się, że publikowane przeze mnie rzeczy przydały się wielu osobom pracującym nad różnymi historiami i to zarówno miast, jak i ludzi. Historycy i różnego rodzaju badacze zaczęli do mnie odzywać się, a nawet umawiać się na bardziej szczegółowe rozmowy. Odezwało się też kilka osób, z którymi jestem spokrewniona lub spowinowacona, a wspólny przodek był… nawet pięć pokoleń wstecz. Szczególnie utkwił mi w pamięci pewien telefon. Pan przedstawił się, że jest prawnukiem… rodzonego brata mojego prapradziadka. Umówiliśmy się na cmentarzu na spacer, a potem usiedliśmy na herbatkę w domu pogrzebowym, przy jednym z niewielu wolnych stolików. Za ścianą odbywała się stypa. Żałobnicy wchodzili do środka i przechodzili koło stolika, przy którym my piliśmy herbatę i oglądaliśmy rozrysowane drzewa genealogiczne. To spotkanie zaowocowało potem tekstem, który lada moment ukaże się w prasie, a dotyczyć będzie Kamionka i Saskiej Kępy. Moje genealogiczne zabawy zaowocowały zresztą kilkoma varsavianistycznymi artykułami do miesięcznika Stolica, przydały się, gdy pisałam książkę „Czucie i Wiara, czyli warszawskie duchy” oraz sprawiły, że w ubiegłym roku zrobiłam film dokumentalny „100 lat w Warszawie”, w którym pokazałam Warszawę z czasów mojego pradziadka Michała Franciszka Piekarskiego, który żył 97 lat.

Michał Franciszek Piekarski

Także dzięki pracy nad portalem genealogicznym napisałam w swoim czasie tekst na portal… motoryzacyjny… o wujku Bogdanie Szenku, który dawno temu był szefem warszawskiego klubu miłośników Citroëna.

Wuj Bogdan Szenk na zlocie cytrynek

Najbardziej niesamowitego odkrycia, dokonałam jednak nawiązując kontakt z doktorem Markiem Jerzym Minakowskim, prowadzącym Wielką Genealogię Polaków. Wielka Genealogia to projekt, którym dr Minakowski chce udowodnić postawioną przez siebie tezę, że my – wszyscy Polacy – jesteśmy jedną, wielką rodziną. Chce też udowodnić, że elitę intelektualną Polski tworzą potomkowie twórców Sejmu Wielkiego. Że to potomkami twórców Sejmu Wielkiego byli powstańcy styczniowi, powstańcy warszawscy, rozstrzelani z listy katyńskiej czy bohaterowie Polskiego Słownika Biograficznego. Zaglądałam na tę jego stronę dość często, szukając różnych informacji. Wykupiłam nawet dożywotni abonament, by móc grzebać także w szerszych zasobach. I nagle, pewnego dnia, odnalazłam na portalu Minakowskiego mojego cztery razy pradziadka Józefa Faustyna Gorczyckiego, którego fotografia stoi na komodzie u mnie w sypialni. Odezwałam się do pana doktora i podałam informacje, które wiedziałam o nim, jego żonie i tak dalej. Doktor, jako zawodowy genealog, wszystkie te informacje weryfikował, a po pozytywnej weryfikacji wprowadził do portalu.

Józef Faustyn Gorczycki h. Jastrzębiec

I tak, po jakimś czasie znalazłam się tam, jako potomek jednego z twórców Sejmu Wielkiego. Tym „moim” przodkiem twórcą Sejmu Wielkiego był (i tu pozwolę sobie na dokładny cytat z Wikipedii): „Paweł Skórzewski herbu Drogosław (ur. 29 lipca 1744 roku w Mącznikach, zm. w 1819 roku) – senator-wojewoda Królestwa Kongresowego w 1819 roku, generał brygady armii Księstwa Warszawskiego, stolnik kaliski od 1792 roku, podczaszy poznański w 1792 roku, podstoli poznański w latach 1787-1789, łowczy kaliski w latach 1783-1787, miecznik kaliski w 1780 roku, uczestnik insurekcji kościuszkowskiej, członek Towarzystwa Przyjaciół Konstytucji 3 Maja, konfederat barski, poseł na sejm. Odznaczony w Księstwie Warszawskim Krzyżem Kawalerskim Orderu Virtuti Militari.”
Przyznam, że nie miałam świadomości. Jednak to odkrycie okazało się być niczym w porównaniu z innym, które nastąpiło jakiś czas później (już z półtora roku temu). Otóż pewnego dnia, gadając z przyjaciółką przez telefon, klikałam bezmyślnie w tych, którzy byli przed tymi moimi przodkami, o których istnieniu wiedziałam z przekazów rodzinnych. Patrzyłam, w nic niemówiące mi coraz dziwniejsze nazwiska. Ciekawiło mnie, jak daleko zajdę w tych przodkach. Klikałam tak, i klikałam, a czas płynął. Przyjaciółka gadała, a ja nagle przerwałam jej mówiąc: „Słuchaj, klikam w przodków na portalu wielcy.pl i doszłam do… Przemyślidów. Toż to jakieś jaja!” Pośmiałyśmy się obie i…. wróciłyśmy do rozmowy. Ona opowiadała dalej, a ja dalej słuchałam bezmyślnie klikając w informacje, kto był przed Przemyślidami. I tak klikałam, aż doszłam do… Piastów. Po jakimś czasie, jednym kliknięciem ustawiło mi się cało drzewo genealogiczne od Mieszka I do mnie. Trochę mnie przytkało. Wynika z niego bowiem, że jestem w 40 pokoleniu prawnuczką Mieszka I. Najpierw wydało mi się to śmieszne, a nawet głupie. Czy to w ogóle możliwe? Ale zaraz potem przyszła druga myśl. Przecież to nie ja zbadałam. Dr Minakowski sam pisze, że pewne rzeczy zrobili za niego polscy genealodzy już dawno temu. Ja tylko odnalazłam w Wielkiej Genealogii Polaków Joannę Nieszkowską h. Kościesza, córkę Bogusława, której grób jest na cmentarzu kalwińskim w Warszawie. Jej zdjęcie znajduje się w jednym z rodzinnych albumów. Joanna była moją cztery razy prababką. Przodkowie przed Joanną i jej ojcem Bogusławem zostali ustaleni przez obcych mi zupełnie genealogów. Przyglądając się temu dziwnemu drzewu uświadomiłam też sobie, że kiedyś ludzie mieli więcej dzieci. Nasze dzisiejsze rodziny o modelu 2+1, a rzadko 2+2 sprawiają, że o tym zapominamy. A przecież jedna moja praprababcia miała jedenaścioro, a druga trzynaścioro dzieci. Po tych przemyśleniach szybko utworzyłam kilkadziesiąt takich drzew moim kuzynom i kuzynkom, stryjkom i stryjenkom i tak dalej. Nie jestem bowiem sama. Jest nas cała rzesza.

Joanna Zuzanna Nieszkowska h. Kościesza

Grób praprapraprababki Joanny Nieszkowskiej na cmentarzu Kalwińskim w Warszawie

A piszę o tym, bo w tym roku obchodzimy 1050 lecie chrztu Polski. Przez portale i media przewala się cała masa informacji o Mieszku I oraz jego żonie Dąbrówce, na której ulicy (o ironio!) mieszkam. I właściwie codziennie dowiaduję się o nim czegoś nowego. Nie ma jednak informacji, ilu nas jest – potomków Mieszka. A przecież tylko ja znam, co najmniej kilkudziesięciu spośród moich bliższych i dalszych krewnych. Moim zdaniem są ich (nas) tysiące! I tak myślę, że naprawdę jesteśmy wielką rodziną. Tylko na co dzień się nad tym nie zastanawiamy.

A na koniec, jako ciekawostka – to drzewo genealogiczne od Mieszka I do mnie. Ulubiony po ujrzeniu tam nazwiska Rurykowicz żartobliwie stwierdził, że czas iść odzyskać Kijów! Wreszcie jest pretekst. Ale tak naprawdę to dziwne uczucie. Od półtora roku czytam życiorysy tych ludzi i nadal są mi obcy. Dobrze więc, że o Mieszku tyle piszą. Może „zaprzyjaźnię się” z nim, jak w swoim czasie z tymi, których listy i zdjęcia mam w domu. 1050 rocznica chrztu Polski to dobra okazja.

Dla niezorientowanych:
Skrót „bohater PSB” oznacza Polski Słownik Biograficzny, czyli dana postać jest bohaterem tego słownika.
Skrót „bohater Wiki” oznacza Wikipedię.

  1. Mieszko «I» ks. Piast, bohater PSB 922-992
    &965 Dubrawka Dobrawa Przemyślida, bohater PSB 930-977
  2. Świętosława Sygryda Syryta Storrada? ks. Piastówna, bohater PSB 967-1014
    &985 Eryk «Zwycięski» Szwedzki, król Szwecji 960-995
  3. Olaf «III» Szwedzki, król Szwecji 970-1021/1022
    &980 Astryda N. 960
  4. Ingegerda Anna Szwedzka 990-1050
    &1019 Jarosław «Mądry» ks. Rurykowicz, wielki książę [kij] Kijów 978-1054
  5. Wsiewołod Wsewołod «I» ks. Rurykowicz, książę perejasławski 1029/1030-1093
    &1046 Irena Bizantyńska 1020-1067
  6. Włodzimierz «Monomach» ks. Rurykowicz, bohater Wiki 1053-1125
    &1090 N. N. 1070-1107
  7. Jerzy «Dołgoruki» ks. Rurykowicz, książę rostowski i suzdalski 1091-1157
    &1108 N. Połowcy 1092
  8. Rościsław ks. Rurykowicz, książę perejasławski 1109-1151
    &1120 N. N. 1150-1176
  9. Eufrozyna ks. Rurykowicz 1120
    &1140 Gleb ks. Rurykowicz, książę riazański 1120-1178
  10. Igor ks. Rurykowicz, książę riazański 1160-1194
    &1160 Agrafena ks. Rurykowicz 1140-1237
  11. Ingwar «I» ks. Rurykowicz, książę riazański 1170-1237
    & ? ?
  12. Oleg ks. Rurykowicz, wielki książę riazański 1230-1258/1258
    & ? ?
  13. Roman ks. Rurykowicz, wielki książę riazański 1210-1270
    &1230 Anastazja N. 1210
  14. Jarosław ks. Rurykowicz, wielki książę riazański 1260-1299
    & ? ?
  15. Michał ks. Rurykowicz, książę proński 1300-1303
    & ? ?
  16. Aleksander ks. Rurykowicz, książę proński 1280-1340
    & ? ?
  17. Iwan ks. Rurykowicz, wielki książę riazański 1310-1350/1351
    & ? ?
  18. Oleg Jakub ks. Riazański, wielki książę riazański 1336-1402
    &1354 N. (Eufrozyna ?) ks. Rurykowicz 1337-1405
  19. Anastazja ks. Riazańska 1360
    &1388 Korybut Dymitr «Młodszy» ks. Korybut h. Pogoń Litewska, bohater PSB 1358-1404
  20. Helena ks. Korybut h. Pogoń Litewska, bohater PSB 1380-1449
    &1407 Jan «II» ks. Przemyślida-Raciborski, książę raciborski 1375-1424
  21. Wacław ks. Przemyślida-Raciborski na Raciborzu, książę raciborski 1410-1456
    &1445 Małgorzata Świdwa-Szamotulska z Dzwonowa h. Nałęcz, bohater PSB 1420-1464
  22. Katarzyna ks. Przemyślida-Raciborska na Raciborzu 1450-1478
    &1430 Włodek Włodko Danaborski z Danaborza h. Topór (Pałuka), kasztelan [kal] Nakło 1410-1467
  23. Jan «senior» Danaborski z Danaborza h. Topór (Pałuka), kasztelan [poz] Rogoźno 1440-1518
    &1484 Petronela Piotrusza Oporowska h. Sulima 1450-1535
  24. Zofia Danaborska z Danaborza h. Topór (Pałuka) 1480-1535
    &1513 Michał Białośliwski z Łukowa h. Topór (Pałuka), surrogator grodzki [kal] Nakło 1480-1524
  25. Jadwiga Białośliwska z Łukowa h. Topór (Pałuka) 1530
    &1555 Jerzy Wojnowski 1530
  26. Katarzyna Wojnowska 1550-1615
    &1582 Maciej Baranowski z Baranowa h. Jastrzębiec, kasztelan [kal] Biechowo 1550-1607
  27. Zofia Baranowska z Baranowa h. Jastrzębiec 1570
    &1603 Hieronim Gembart 1570
  28. Katarzyna Gembart 1600
    &1620 Stanisław Zawadzki h. Korzbok 1590
  29. Jadwiga Zawadzka h. Korzbok 1620-1686
    &1646 Samuel Mielęcki h. Ciołek (Aulok), dworzanin [cen] dwór królewski 1590-1652
  30. Adam Konstanty Mielęcki h. Ciołek (Aulok) 1630-1703
    &1664 Anna Gorzeńska h. Nałęcz 1630-1701
  31. Jan Mielęcki h. Ciołek (Aulok), miecznik [poz] Wschowa 1666-1726
    &1701 Anna Elżbieta Potworowska z Sienna h. Dębno 1684-1720
  32. Jan Adam Mielęcki h. Ciołek (Aulok) 1700-1785
    &1738 Wiktoria Eleonora Dziembowska 1710
  33. Joanna Aleksandra Mielęcka h. Ciołek (Aulok) 1741-1805
    &1761 Teodor Wespazjan Kossecki h. Rawicz, pułkownik wojsko polskie 1730-1805
  34. Aleksandra Wiktoria Kossecka h. Rawicz 1780
    &1793 Bogusław August Bogumił Nieszkowski h. Kościesza 1765
  35. Joanna Zuzanna Nieszkowska h. Kościesza 1797
    &1820 Stanisław Jan Konst Nieszkowski h. Kościesza 1776-1841
  36. Konstancja Nieszkowska h. Kościesza 1826-1901
    &1846 Józef Faustyn Gorczycki h. Jastrzębiec, (linia: Paweł Skorzewski 2.830.101) 1821-1880
  37. Stanisława Anna Sabina Gorczycka h. Jastrzębiec, (linia: Paweł Skorzewski 2.830.101) 1849-1929
    &1850 Bronisław Franciszek Ksawery Ruszczykowski 1840-1916
  38. Zofia Konstancja Ruszczykowska, (linia: Paweł Skorzewski 2.830.101) 1879-1962
    &1900 Ludwik Roch Piekarski 1869-1945
  39. Bronisław Michał «Omega» Piekarski, uczestnik Powstania Warszawskiego 1901-1960
    &1920 Janina Karolina Adamska 1905-1974
  40. Maciej Piekarski, bohater Wiki 1932-1999
    &1960 Halina Małgorzata Stec 1927-1995
  41. Małgorzata Karolina Piekarska, bohater Wiki 1967-

PS Jakby ktoś z badaczy potrzebował moje DNA służę włosem. ;)

PS 2 A swoją drogą co za upadek rodu. 40 razy pradziadek był księciem i twórcą państwa polskiego, a ja czasem nie mam na tramwajowy bilet. ;)

PS 3 Wszystkich interesujących się genealogią, rodzinnymi archiwami itp., zapraszam już teraz na spotkanie ze mną:

20 kwietnia 2016, g. 14:00
Archiwum Akt Nowych,
02-103 Warszawa,
ul. Hankiewicza 1,
Sala im. I. J. Paderewskiego

Pora umierać?, czyli Kolumbowie i Columbo

Mówi się często, że pora umierać. Używamy tego określenia, gdy napotykamy na coś, co nas przygnębia, ale nic z tym nie możemy zrobić. Nie chcąc na to patrzeć, myślimy o śmierci. Też czasem o tym myślę. Czy moja walka z wiatrakami o to, bym ja wiedziała więcej, by ludzie, z którymi obcuję wiedzieli więcej, ma sens? Mój tata dzielił się ze mną swoją wiedzą, mama też, stryj też, a i babcia jak żyła mówiła, co wiedziała i co uważała, że może mnie zainteresować. Zwłaszcza o polskim, przedwojennym kinie. Ja też dzieliłam się tym co wiedziałam ze znajomymi, z przyjaciółmi itd., a przede wszystkim z synem. Mam wprawdzie za sobą trwający kilka lat okres, kiedy nie mogłam tak swobodnie wymieniać z nikim myśli, bo od pewnego osobnika na każdym kroku słyszałam, że się wywyższam i podkreślam dzielącą nas barierę intelektualną, ale… właściwie przez całe życie większość moich kontaktów ze znajomymi polegała na rozmowach będących wymianą wiedzy na dość ważne tematy: historia, kultura, geografia, obyczaje, podróże. Teoretycznie między ludźmi tak jest i dzisiaj, ale… coś stało się z poziomem tej wiedzy i nie wiem, czy winien temu nie jest system edukacji i powszechna globalizacja. Brak jest mody na bycie mądrym. A to jest potrzebne. Niestety przeważa myslenie, że mądry = bogaty, a to czyni poważne szkody. Jako nastolatka czytałam „Zapałkę na zakręcie” Krystyny Siesickiej, której bohaterka Mada „mordowała” Williama Faulknera „Absalome, Absalome”, którego jak sama przyznała nie rozumiała. Ale czytała, by być mądrzejsza i zaszpanować przed chłopakiem, który jej się podobał. Chciała mu pokazać, że czyta mądre książki. Jednak nie tylko o ksiązki mi tu chodzi. Wielokrotnie na spotkaniach autorskich mówiąc o swojej dokumentalnej książce „Dziewiętnastoletni marynarz” pytałam czytelników: „Jak myślicie, czemu w 1920 roku Szkołę Morską otwarto w Tczewie”. Ileż razy słyszałam odpowiedź: „Bo Tczew leży nad morzem!”. Na pytanie, czemu statek szkolny Lwów nazwano Lwów odpowiadano mi, że dlatego, że… to polskie miasto. Gdy zwracałam uwagę, że polskimi miastami są Kraków, Poznań czy Łódź, a jednak statek nazwano Lwów, życzliwi czytelnik dorzucił jeszcze, że polskim miastem jest Szczecin. Nie miał refleksji, że w 1920 roku Szczecin nie należał do Polski. W tych wielu sytuacjach młodzież kilka razy poratowała się stwierdzeniem, że…  „Lwów leży nad morzem”. Tylko raz spytałam, nad jakim i dowiedziałam się, że chyba nad Bałtykiem.

Ostatnie dni, to dla mnie podobne doświadczenie. Robię film o Kolumbach. Nie chcę wchodzić w szczegóły, choć jestem już po zdjęciach, ale jeszcze przed montażem. W każdym razie wczoraj nagrywałam sondę: „Czy mówi coś pani/panu określenie Kolumbowie?”. Rzadko ktoś wiedział, o co pytam, choć im starszy tym więcej miał wiedzy. Młodzież nie wiedziała nic. Osobliwe było to, że nic to określenie nie mówiło harcerzom. Lilijki na beretach, a w głowie pustka. Podpowiadałam, więc całym zdaniem: „pokolenie Kolumbów”, „Kolumbowie rocznik 20.” Nic. Zero reakcji. Puste twarze, puste oczy, czasem głupi śmiech. Cóż… książki Romana Bratnego nie ma w lekturze. Prawdopodobnie kara dla autora za jego wydany w 1983 roku „Rok w trumnie”.

Dla potrzeb swojego filmu muszę przypomnieć sobie serial Janusza Morgensterna i wykodować fragmenty, które będę wykorzystywać. Nie chcę siedzieć w telewizyjnym archiwum koleżankom nad głową, więc… postanowiłam kupić serial w sklepie na DVD i obejrzeć w domu. Najbliżej redakcji jest znienawidzony przeze mnie empik. Sprawdziłam w Internecie. Wg. Internetu w tymże empiku serial jest i kosztuje niecałe 14 złotych. Dzwonię więc do salonu i pytam, czy na pewno ten serial tam jest. Pan każe poczekać i mówi po chwili, że nie ma. „Gdzie wobec tego serial znajdę?” – dopytuję. Pada odpowiedź, że jest w Arkadii, ale… tylko druga seria. „Jaka druga Seria?” – Pytam. – Przecież to dwie płytki i pięć odcinków”. W słuchawce zapada cisza i po chwili pan mówi, że Colombo to kilka serii, a oni dysponują tylko drugą.

Kolumbowie. reż. Janusz Morgenstern. Źródło: Filmweb

Moja mama stawiała mi bardzo wysoko poprzeczkę. Czasem myślę, że za wysoko, by ktokolwiek ją przeskoczył. Dlatego bez przerwy była ze mnie niezadowolona. Często myślę, że gdyby żyła, bez przerwy by mnie krytykowała. Zawsze podkreślała, że moje pokolenie jest niedouczone. „O tempora! O mores!” krzyczała po wielekroć wytykając mi, że nie wiem tego czy tamtego i jak to w szkole beznadziejnie mnie uczą. Zmarła, gdy miałam lat 26, zapewne załamana tym, że nie wiem wielu rzeczy, które wiedziała ona. Ostatnio doszłam do bardzo smutnego wniosku, że gdyby mama nadal żyła (miałaby 88 lat) byłaby po stokroć załamana poziomem wiedzy dzisiejszej młodzieży. Gdybym opowiedziała jej rozmowy z czytelnikami, z niektórych moich spotkań autorskich, mogłaby wpaść w depresję. Gdybym opowiedziała jej historię z empiku pewnie by krzyczała swoje „O temporta! O mores!” Mój syn powiedział kilka lata temu, że świat schodzi na psy po to, by nikomu nie było żal umierać. Takie słowa wypowiedziane przez nastolatka uznałam za straszne. Ale nie wiem, czy nie są bardzo prawdziwe. Bo nie wiem, co zrobić, by odwrócić proces degeneracji intelektualnej społeczeństwa. Czasem myślę, że niektóre moje wpisy na blogu są samotnym wołaniem o pomoc. Zwłaszcza, że te w moim pojęciu najważniejsze, nigdy nie mają aż tylu czytelników, co inne o wiele mniej istotne, ale z czymś chwytliwym mogącym wrzucić wpis w nurt popkultury.

PS Uwielbiam serial o poruczniku Columbo, ale to jednak innego rodzaju kino niż Kolumbowie.

Kupiec w świątyni

„Są granice, których przekroczyć niewolno” powiedział pamiętnego 13 grudnia generał Jaruzelski. To jedyne jego zdanie, które czasem cytuję, choć on miał, co innego na myśli, a ja przeważnie, co innego. Fakt jednak pozostaje faktem. „Są granice, których przekroczyć niewolno.”

Wczoraj minęła 25 rocznica, gdy odsłonięto Pomnik Powstania Warszawskiego na placu Krasińskich. W latach 80-tych mój Ojciec był rzecznikiem prasowym Społecznego Komitetu Budowy Pomnika Bohaterów Powstania Warszawskiego, bo tak się to wtedy nazywało. To Tata wymyślił cegiełki obrączki, które dziś uzyskują dość spore sumy na aukcjach allegro. Były wtedy spory o miejsce, nazwę pomnika, wykonawcze, artystę etc. Wreszcie pomnik stanął. 31 lipca 1989 roku, jako córka pana rzecznika,  byłam na jego odsłonięciu na tzw. trybunie honorowej. Długo wahałam się, czy podawać rękę Jaruzelowi, który jako prezydent witał się ze wszystkim gośćmi trybuny. Ostatecznie podałam. Zwyciężyło dobre wychowanie. W końcu reprezentował urząd prezydenta, a nie siebie prywatnie. A ja uznałam, że „są granice, których przekroczyć nie wolno” i tu granicą było własnie dobre wychowanie.

Piszę to wszystko dlatego, że wczoraj przypomniał mi się ten cytat. Wszystko za sprawą zdarzenia, które miało miejsce właśnie na placu Krasińskich. Była msza polowa i apel poległych (ileż ich przez te lata widziałam na własne oczy? Prawie wszystkie!). Realizowałam o tym temat dla Kuriera, więc by nie przeszkadzać tym, którzy tu przyszli modlić się, siadłam na mało atrakcyjnym miejscu, bo tuż za tzw. zwyżką dla mediów. Skwapliwie notowałam czasy, treści homilii, wystąpień itd., by potem, po powrocie do redakcji, szybko napisać swój temat. Nie było to proste. Tuż przede mną kręcił się pewien pan. Wyglądnął dość osobliwie. Ten wygląd mocno kontrastował z wyglądem Powstańców, którzy przybyli na uroczystość niejednokrotnie w bardzo  eleganckich strojach. Ów pan miał nałożone na bose stopy sandały, odsłaniające zaawansowaną grzybicę paznokci. Ubrany był jak podstarzały harcerzyk. Jednak tym, co mnie poraziło był nie jego wygląd, ale zachowanie. Pan otwarcie handlował swoimi książkami! Robił to w czasie mszy i apelu poległych! Jedna z książek była o tym, co Żydzi zawdzięczają Polakom, a druga o kijowskim majdanie. Pan oferował je słowami: „Tylko dziś 10 złotych. Autograf gratis!”. Pan był starszym człowiekiem. Zerknęłam na nazwisko na okładce, które obce mi nie było, ale nie chciało mi się wierzyć, by osoba z takiej rodziny, tak się zachowywała. Dlatego błyskawicznie go „wygooglałam” w swoim smartfonie. Wyskoczył mi życiorys, zasługi, publikacje i zdjęcia. To był on. Rzeczywiście był tą osobą, którą myślałam, że jest. Niestety to tylko spotęgowało moje załamanie się. Oto syn znakomitego publicysty i dziennikarza, (którego opowiadanie o emigrancie walczącym w wolność w Hiszpanii w 1936 roku było szkolną lekturą, a inne, dopełniające legendę hejnału mariackiego wielokrotnie wycisnęło ze mnie łzy), w trakcie mszy przeszkadza ludziom, bo kupczy swoimi książkami. Dalej niestety było jeszcze gorzej. Tuż obok mnie było miejsce przeznaczone dla towarzyszącego mi kolegi operatora kamery. W pewnym momencie pan spytał, czy może je zająć. Odparłam zgodnie z prawdą, że na razie tak, ale generalnie siedzi tu mój operator, tylko teraz akurat filmuje (mieliśmy na placu wóz transmisyjny, a kamera, z którą przyjechałam była do tzw. przebitek i bliskich planów). Pan rozsiadł się więc obok. Ja cały czas notowałam. Akurat były przemówienia, więc notowałam skwapliwie i minuty i słowa, by wybrać stosowny fragment i sprawniej to wszystko potem zmontować. W pewnym momencie pan podsunął mi pod nos jedną ze swoich książek. Powiedziałam więc:
- Przepraszam, ale jestem w pracy. Jakby mógł pan mi nie przeszkadzać.
Pan książkę położył na kolanach, ale jakby niczym niezrażony zaglądał mi przez ramię w notatki. Kiedy zakryłam je dłonią, podstawił pod nos palec z sygnetem i powiedział:
- Też mam.
Przyznaję, że w pierwszym odruchu miałam chęci swój stuletni, zabytkowy sygnet po stryjecznej babce wywalić w tłum! Jednak żal mi było pamiątki. Posłałam panu mordercze spojrzenie. Pewnie, dlatego po chwili wstał. Nie odszedł jednak nigdzie dalej. Stanął niemal przed moim nosem i rozpoczął dość głośną rozmowę z drugim panem, którego zaczepił. Akurat trwał apel poległych. Z jednej strony było, więc: „Wołam was polegli”… z drugiej pan. Perorujący o książce traktującej o tym, co Polacy dobrego zrobili dla niewdzięcznych Żydów i z drugą o kijowskim majdanie. Z powtarzaną co jakiś czas niemal jak mantra informacją, że tylko dziś 10 złotych, a autograf gratis. Cóż… w księgarni internetowej książka kosztuje ok. 14 złotych. Okazja, więc jest, ale jednak uważam, że są granice, których przekroczyć nie wolno. Na mszy i apelu poległych jakieś standardy obowiązują. Wszedłeś między wrony – kraczesz jak i one. A Jezus wyrzucił kiedyś kupców ze świątyni.

Przypadek? Nie sądzę!

 To określenie, tak często obecne w internecie, zarówno w komentarzach jak i tzw. „demotach” sprawiło, że zaczęłam poważnie zastanawiać się na tym, ile w życiu jest tego przypadku, a ile siły sprawczej, która skądś naszym życiem kieruje. Czy to przypadek, że zaczęłam głębiej grzebać w genealogii właśnie teraz? Nerwy zszargane sytuacją na Ukrainie staram się koić, jak mogę. Oczywiście pisaniem. W grudniu dowiedziałam się, że dostałam stypendium z Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego na napisanie książki. Nie powieści młodzieżowej, ale czegoś zupełnie innego. Nie spodziewałam się, że stypendium zostanie mi przyznane, ale jednak. Na razie jeszcze nie napiszę, czego książka dotyczy, ale napomknę, że w pracach nad nią paradoksalnie pomocnym okazał się mój projekt genealogiczny
http://piekarscy.com.pl
). Być może dlatego, że zawsze twierdziłam, że tematy leżą na ulicy, a najwięcej podpowiedzi śle życie. A skąd czerpać wiedzę o nim, jak nie od najbliższych? Papiery czasem sporo mówią o człowieku. I tak kojąc nerwy, piszę, a także przepisuję. Najpierw tzw. „Plotki rodzinne” ciotki Steni, czyli Stefanii z Ruszczykowskich Krosnowskiej, która była moją krewną, bo po pierwsze jej ojciec Stanisław Ruszczykowski był rodzonym bratem mojej prababci Zofii z Ruszczykowskich Piekarskiej, a po drugie jej matka Maria z Gorczyckich Skrzynecka siostrą Stanisławy z Gorczyckich Ruszczykowskiej, czyli mojej praprababci (matki wspominanych wyżej Zofii i Stanisława Ruszczykowskich).  Potem wsiąkłam w „Pamiętnik” Jadwigi z Gorczyckich Tyblewskiej – trzeciej siostry Gorczyckiej. Lektura obu rzeczy, zarówno „Plotek rodzinnych”, jak i „Pamiętnika” spowodowała u mnie masę refleksji na temat życia w ogóle, świata, przemijania, przypadku, śmieci, i… Ukrainy.

Aleksy Dawidowski pierwszy z prawej.
W środku ciocia Stefania z Ruszczykowskich Krosnowska

Po pierwsze znalazłam potwierdzenie mojej teorii, że jak zaczniemy grzebać w korzeniach rodzinnych, zawsze wygrzebiemy coś niezbyt fajnego. Ja też wygrzebałam. I to coś mocno FUJ!

Ciocia Stenia, autorka „Plotek rodzinnych”, była jedną z ważniejszych osób w moim życiu. Nie lubiła dzieci. Zaprzyjaźniłam się z nią dopiero, gdy skończyłam 12 lat, bo wtedy można było ze mną rozmawiać, jak z dorosłą. Przychodziłam więc do niej na kawę lub herbatkę i ciasteczka. Opowiadała mi, jak bywało dawniej. O swoim tacie, który zaginął w czasie wojny polsko-bolszewickiej, o mamie, którą ubecki samochód rozjechał na ulicy, gdy ciocia, jako żołnierz Armii Krajowej siedziała w więzieniu. Ciocia przyjaźniła się a Alkiem i Zośką. Mam jej zdjęcie z Alkiem Dawidowskim. Jako łączniczka i sanitariuszka o pseudonimie „Bogda” brała udział w powstaniu Warszawskim. Była w Grupie „Północ” – zgrupowanie „Róg” – batalion „Bończa” – 102. kompania, następnie „Bakcyl” (Sanitariat Okręgu Warszawskiego Armii Krajowej) – Grupa „Północ” – Centralny Szpital Chirurgiczny nr 1 ul. Długa 7, czyli Pałac Raczyńskich. Gdy zmarła, jej pogrzeb odbył się z najwyższymi honorami wojskowymi – salwami włącznie! Ciotka w rozmowach ze mną czasem wspominała, że jej dziadek był dziennikarzem i literatem. Po wojnie jego ksiązki nie były wznawiane. Nie interesowałam się, czemu. Nie było mi to do niczego potrzebne. Teraz, grzebiąc w rodzinnej „ginekologii”, jak to wzorem Ojca czasem żartobliwie nazywam, odkryłam prawdę. Trochę dla mnie niemiłą. Otóż okazało się, że ciotki dziadek Antoni Skrzynecki był potwornym antysemitą. Dla mnie szok, bo przecież nie będąc Żydówką jestem tzw. samozwańczym „Żydem honoris causa”. Zawodowo i z pasji zajmuję się rocznicami Powstania w Getcie, śledzę co w Muzeum Historii Żydów Polskich, dbam o warszawskie judaica i relacjonuję dni otwarte w Synagodze Nożyków. A tu takie coś! Jak to, że dziadek ciotki był antysemitą odkryłam? Najpierw ślad znalazłam w napisanych przez ciotkę „Plotkach”. Przepisując ciotkowy notes starałam się od razu robić profesjonalne przypisy. W opisie swego dziadka ciotka napisała m.in.:

Antoni Skrzynecki z córką Zofią ze Skrzyneckich Ruszczykowską

„Pracował kilkanaście lat w „Kurierze Warszawskim”, współredagował „Rolę” Jana Jeleńskiego (pismo antysemickie), był redaktorem „Kuriera Zagłębia”.
Napisał kilka powieści:
„Wierzę w Boga” – prototypem bohatera – ateisty – był Aleksander Świętochowski, który zresztą wiele lat później odzyskał wiarę, co Antoni Skrzynecki w powieści przewidział.
Ciąg dalszy „Spiritus flat” nie ukazał się w wydaniu książkowym.
„Skarby jasnogórskie” powieść historyczna z czasów wojny francusko-pruskiej.
„Pod czerwoną maską” (tytuł odautorski „Czerwone jarmułki” zmieniony przez wydawcę) – odnosi się do wypadków 1905 r.
„Muchy” – o finansjerze żydowskiej – stanowi jakby dalszy ciąg powieści Jeske-Choińskiego „Pająki”.
Antoni Skrzynecki był dalekowidzem – po pięćdziesiątce oślepł – przez kilkadziesiąt lat rozwijał dalej twórczość dziennikarską i literacką dyktując żonie – Marii z Gorczyckich. Do końca życia zachował jasność umysłu.”

Przeczytawszy tytuł pisma „Rola” trochę poczułam mrowienie na plecach, czy to nie jest to co myślę? Szybko okazało się, że przeczucie mnie nie myliło. Był to tygodnik konserwatywno-klerykalny z masą antysemickich tekstów. Wymienione przez ciotkę tytuły pachniały mi mocno podejrzanie. Zaczęłam grzebać dalej w Skrzyneckim, który mimo sporego literackiego dorobku nawet nie ma hasła w Wikipedii. (Jak ktoś chce i umie zrobić – niech zrobi. W końcu taka jest historia, jaka jest.) Natrafiwszy na książkę pt. „Szukaj Żyda”, której tytuł po prostu mnie przeraził znalazłam tez informację, że pani dr Małgorzata Domagalska z Uniwersytetu Łódzkiego pisała pracę o antysemityzmie w polskiej literaturze właśnie na podstawie książek Antoniego Skrzyneckiego. Nawiązałam korespondencję. Pani doktor nie miała dla mnie dobrych wiadomości. Wprawdzie przyznała, że Antoni Skrzynecki miał dobre pióro, ale wszystkie jego powieści były zaangażowane, służyły konkretnej ideologii i były z Żydem na pierwszym planie lub przynajmniej w tle, a co za tym idzie jednoznaczną wymową. (Wybory do Dumy – To „Pan Szyja Obrywes”, Rewolucja – to „Pod czerwoną maską” i do tego powieść „Odżydzona Ojczyzna”! O losie!) Ta korespondencja na temat powinowatego uświadomiła mi dlaczego ciotka, żołnierz Armii Krajowej, gorąca żarliwa patriotka, która prężyła się na baczność, gdy w radio grali hymn państwowy, nie miała w domu ani jednej książki dziadka. Nigdy też nie wspominała o jego poglądach, a nie jest możliwe, by ich nie znała. Ale cóż… Antoni Skrzynecki zmarł w 1923 roku. Wtedy jeszcze nawet Hitler nie doszedł do władzy. A holocaust, którego świadkiem była ciotka, na pewno zmienił jej optykę. Jeśli kiedykolwiek rzecz jasna poglądy dziadka podzielała. I tylko jedno zdanie z listów pani doktor mnie ubawiło, otóż Antoni Skrzynecki, jak wynika z jej badań „Strasznie nie cierpiał feministek. W jego wydaniu to prawdziwe monstra.” Co by powiedział o swojej wnuczce? Ciotka feministką wprawdzie nie była, ale jak na osobę urodzoną w 1911 roku była bardzo postępowa. Gdyby jej dziadek nie zmarł w 1923 roku mógłby na widok niektórych jej wyczynów paść trupem. Przyznam jednak, że chętnie do tych książek Skrzyneckiego zajrzę. Jak też kiedyś pisano takie zaangażowane, służalcze powieści?

Utwierdzenie się w przekonaniu, że grzebanie w przeszłości przodków zawsze odkryje jakieś demony, to nie jedna refleksja z przepisywania rodzinnych ramot. Druga to taka, że Norwid miał racje pisząc:

„Coraz to z Ciebie, jako z drzazgi smolnej
Wokoło lecą szmaty zapalone
Gorejąc nie wiesz czy stawasz się wolny
Czy to co Twoje będzie zatracone
Czy popiół tylko zostanie i zamęt
Co idzie w przepaść z burzą.
Czy zostanie
Na dnie popiołu gwiaździsty dyjament
Wiekuistego zwycięstwa zaranie?”

Przemijamy, czas płynie tak nieubłaganie. Grzebanie w przeszłości, w przodkach, uczy niebywałej wprost pokory. Sprawia, że coraz trudniej wydawać jednoznaczne osądy. Coraz trudniej być w nich kategorycznym. Jednocześnie z coraz większym rozbawieniem patrzę na świat celebrycki, którego wielu przedstawicielom wydaje się, że są pępkami świata. Naprawdę? A co po was zostanie? W „Pamiętniku” Jadwigi z Gorczyckich Tyblewskiej przeczytałam wiele niesamowitych rzeczy. Zacytuję jeden tylko fragment.

Jadwiga z Gorczyckich Tyblewska

Jeśli kiedy które z dzieci odwiedziłoby grób ojca swego, to wiedzcie, że leży w Sumach w Charkowskiej guberni na miejskim cmentarzu na końcu ulicy Petropawłowskiej, około korpusu kadetów. Wszedłszy na cmentarz idzie się prosto główną aleją około 400 kroków. Następnie na lewo, tam leży obecnie kilku Polaków. Grób wewnątrz kazał Franuś wymurować bardzo głęboko. Na wierzchu ogrodzona mogiła drewnianymi sztachetami. Stoi tu duży krzyż dębowy z napisem na tarczy dębowej. Wszystko to pomalowane na kolor popielaty jasny. Na tablicy krzyża napisałam: „Ignacy Tyblewski b. radca prawny Rzędu Gub. Zamęt dziejowy powrotu mu wzbronił do Kraju swego, którego krwią bronił. Służył zawsze wiernie Bogu i Ojczyźnie i za nią stęskniony umarł na obczyźnie. Ur. 1.VIII.1845 r. um. 21 listopada 1918 r. w Rohoźnej.

Jak tylko mogłam odwiedzałam grób jego na cmentarzu, zawsze myśląc, że znów go zobaczę, a tylko ta myśl mnie przerażała, jak przyjdzie mi żegnać ten grób przed wyjazdem z Rosji po raz ostatni, może już na zawsze. Wyjęłam raz notes i napisałam te kilka wierszy:

„Mogiła męża taka mi droga
Pośród obcych w otoczeniu wroga.
I tę mogiłę pożegnać muszę,
Tak jak żegnałam za życia duszę.
Cóż na to robić, taka ma dola
I taka widać Boska jest wola.”

I jednak stało się inaczej. Wyjechałam, nie poszłam pożegnać mego ukochanego męża nad jego mogiłą, choć konie zadysponował mi Franuś na cmentarz na trzecią godzinę po południu, a o 12 godz. w południe były już tak alarmujące wieści, że bolszewicy nadciągają, iż wyjechaliśmy natychmiast na dworzec kolei, a na drugi dzień 21 listopada w rocznicę śmierci mojego męża, o 4-ej godzinie po południu wyruszył pociąg z nami do Charkowa.

Czy jego grób nadal istnieje? Czy szczątki jeszcze leżą w murowanej mogile w Sumach? Czy uda mi się to kiedyś sprawdzić?

No i tak na koniec retorycznie i trochę żartobliwie spytam. We wspomnieniach Jadwigi z Gorczyckich, co chwila czytam o kimś z przodków, kto został na zawsze za wschodnią granicą. Czwarta z sióstr Gorczyckich – Salomea Gorczycka, której zakonne imię brzmiało Maria Salomea, zmarła na tyfus w Jazłowcu w szpitalu, w którym opatrywała rannych i pielęgnowała chorych. Wspomniany Ignacy Tyblewski zmarł w Rohoźnej pochowany w Sumach. Adam Skrzynecki (jedyny syn Marii z Gorczyckich i wspomnianego wyżej Antoniego Skrzyneckiego) w Januszpolu (dzisiejszy Iwanopil). To wszystko dzisiejsza Ukraina. Zajęłam się tym  „Pamiętnikiem” akurat teraz, kiedy na terenie Ukrainy właściwie wrze. Przypadek? Nie sądzę. Jakaś wyższa siła musiała mną pokierować. Po co? W pamiętniku sporo o Powstaniu Styczniowym, pierwszej wojnie światowej i wojnie polsko-bolszewickiej. Może zaczęłam to przepisywać, by silniej uświadomić sobie, że wolności nie jest dana raz na zawsze. Że co jakiś czas, jakiś naród musi o nią walczyć. Dodam tylko, że niestety.

PS. I z tego wszystkiego zapomniałam pójść na Galę Blog Roku 2013. Przypomniałam sobie, kiedy od dwóch godzin trwała. Jestem, jednak dziwnie spokojna, że braku mojej obecności nikt nie zauważył. Przypadek? Nie sądzę! ;)

Najprościej jest nie myśleć

Śpiewał kiedyś zespół „Dezerter”. Piosenka dotyczyła bezmyślnego odbierania telewizyjnej papki. Papka jest dziś jednak wszędzie. Nie tylko w telewizji. Także, a może przede wszystkim, w internecie, gdzie wszyscy piszą, a coraz mniej osób czyta. A jeśli już – to bez zrozumienia. Oj! Dobrze wbiłam sobie do głowy zdanie z jednego listu czytelnika do mnie „zacząłem czytać, co pani napisała, widzę, że wena była, bo tyle tego, ale czytać mi się nie chciało, napiszę jednak, co myślę”… I właśnie tak większość komentuje rzeczywistość nie czytając wnikliwie, o co chodzi. Powielane są więc stereotypy, powtarzane dalej wyrwane z kontekstu zdania z nagłówków, które przecież nie zawsze oddają sens artykułu i tym podobne rzeczy. Kalumnia przeważnie znajduje się na pierwszej stronie. Przeprosiny na ostatniej. W społecznej świadomości pozostaje tylko kalumnia.

Od kilku lat obserwuję jakąś manię grzebania w życiorysach przodków znanych ludzi i wygrzebywania z tych życiorysów samych negatywnych zachowań. Paradoksalnie z tą sama lubością omija się skrzętnie lub wspomina o tym rzadko, że ktoś znany jest np. potomkiem kogoś zacnego. Zauważam, że łatwiej, a co za tym idzie pewnie milej napisać, że to syn „Żydokomucha” (bardzo ostatnio popularne słowo wypowiadane w formie inwektywy) albo „Ubeka” niż np. reformatora, wybitnego ekonomisty, socjologa, historyka itd. Nie chcę pisać o konkretnych osobach, którym prześwietlono rodziców, dziadków itd. Ani o tych, których związki z wielkimi przodkami się pomija. Dotyczy to bowiem ludzi znajdujących się na świeczniku po różnych stronach politycznej barykady, a ja nie chcę być kojarzona z żadną polityczną opcją.

Wspominałam już o tym, że od zawsze się interesuję, (a od niedawna publikuję rzeczy, które tego dotyczą) historią moich przodków. Poznawanie historii własnej rodziny zawsze uczy pokory. Przecież od małego wszyscy chcemy być dziećmi bohaterów, herosów itd. Chcemy pochwalić się w przedszkolu, że dziadek ma medal, że jest żołnierzem, że jest kimś! Nikt nie chce być potomkiem zdrajcy, tchórza czy łajdaka. Dlatego, gdy jakiś wstydliwy przodek istnieje, często przed dziećmi ukrywa się takie fakty. Wprawdzie dzieci i tak potem się dowiadują tego, co chcemy ukryć, ale to potem. I tylko przykrość jest, gdy dowiadują się od obcych i w sposób, który może je zranić.

Każdy człowiek to dwoje rodziców, czworo dziadków, ośmioro pradziadków i tak dalej… Im bardziej w głąb własnej historii wchodzimy, tym więcej postaci do prześwietlenia i tym samym wzrasta ryzyko wygrzebania jakiejś informacji, która nie do końca może nam pasować do wyidealizowanego obrazu przodka.

Mój dziadek inżynier od budowy wodociągów i kanalizacji Ludwik Piekarski używał herbu Rola. W domu zachowała się jego pieczęć do laku, zegarek z herbem, a także plakaty, z których wynika, że wygłaszał odczyty, jako „Ludwik Rola-Piekarski”. Czy miał do tego herbu prawo? Poznawszy historię rodziny jego żony Zofii Konstancji Ruszczykowskiej, a także jego przodków, mam poważne wątpliwości. Być może ze snobizmu i kompleksów, w jakie prawdopodobnie wpędziły go korzenie rodziny żony, pieczętującej się herbem Brochwicz, na co jest dokument, sam sobie ten herb Rola wynalazł w jakimś herbarzu? Na razie nic nie jest przesądzone. Może po prostu czegoś jeszcze nie znalazłam? Wiem, że jego dziadek Paweł Piekarski był uczestnikiem Powstania Listopadowego, bo jest na to dokument. Słowa w nim nie ma o herbie czy szlacheckim tytule. Za to w innych dokumentach jest informacja, że był… kowalem, więc?

Z drugiej strony ojciec i dziadek wspomnianej prababci Zofii z Ruszczykowskich Piekarskiej podpisali… lojalkę wobec cara, bo czym był wpis do Heroldii Królestwa Polskiego po 1831 roku? Kto chciał szlachectwo zachować, musiał się przed zaborcą ukorzyć i jeszcze za dokument zapłacić. Oni to zrobili.
Kto z nich jest więcej wart? Praprapradziadek Paweł Piekarski kowal i Powstaniec Listopadowy czy praprapradziadek Julian Antoni Ruszczykowski biegnący do Cara po potwierdzenie pieczętowania się herbem Brochwicz?

Był też w rodzinie Eligiusz Niewiadomski. Mojej praprababci Stanisławy Anny Sabiny Gorczyckiej stryjeczna siostra Natalia Gorczycka wyszła za mąż za niejakiego Jana de Tilly i miała z nim dwie córki. Jedna z nich – Marysia – została żoną Eligiusza. 

Maria i Waleria de Tilly
siostrzenice mojej praprababci
Stanisławy Anny Sabiny
z Gorczyckich Ruszczykowskiej

Środowiska endeckie zakrzykną teraz, że to cudowny powinowaty, bo zabił Gabriela Narutowicza. Środowiska o odmiennych poglądach mogą zawołać hańba! Toż to morderca! Bo w tym przypadku ocena jest sprawą poglądów politycznych. Mnie na szczęście zostaje jeszcze spojrzenie absolwentki historii sztuki, która wnikliwie przeczytała w swoim czasie książkę autorstwa powinowatego „Malarstwo polskie XIX i XX w” i stwierdza, że pisał świetnie! Szkoda, że talent zmarnował na takie rzeczy jak politykowanie. To się jak widać zawsze źle kończy.

Dziś rozmawiałam z jednym znanym literatem i gdy powiedziałam, że w każdej rodzinie znajdzie się np. samobójca, wariat lub pijak usłyszałam, że samobójstwo to nic złego. Że to nawet bohaterstwo! Cóż… wszystko zależy od okoliczności samobójstwa. Samobójstwo w więzieniu, gdy jest się poddawanym torturom i człowiek się zabija, by ze strachu przed bólem nie wsypać współtowarzyszy – na pewno jest bohaterstwem. Co jednak z samobójstwem na skutek przedawkowania narkotyków czy alkoholu? Co ze śmiercią z przepicia? A tak zmarł np. wnuk siostry mojej prababci – świetnie zapowiadający się muzyk, który udusił się własnymi rzygami. (Imienia i nazwiska nie wymienię, bo żyje jego córka i może sobie tego nie życzyć.) W kulturze muzułmańskiej, gdzie mamy samobójstwa zamachowców, czy w japońskiej, gdzie byli kamikaze lotnicy śmierci – akt samounicestwienia jest postrzegany jeszcze inaczej. Ale w kulturze chrześcijańskiej uważany jest za grzech ciężki. Zostawmy jednak samobójstwa na boku.

Gdy spojrzymy na historię szerzej, gdy poczytamy wspomnienia różnych ludzi, zwłaszcza pisane sto czy dwieście lat temu, dowiemy się z nich o różnych zachowaniach, które dziś ocenimy zapewne inaczej niż im współcześni. Pisałam kiedyś tutaj o „Pamiętniku podlaskiego szlachcica” Juliana Borzyma. Niesamowity opis obyczajów i zachowań ludzi z drugiej połowy XIX wieku. Wiele rzeczy w tym pamiętniku mną wstrząsnęło. Zwłaszcza… opis tego, co robili ludzie, gdy umierał ktoś z rodziny. Było to opisywane tak, jakby było to coś zupełnie normalnego… Otóż bywało, że zanim zmarły ostygł, wpadali do jego domu krewni i ogołacali meble z kosztowności, ubrań, pościeli, książek i bibelotów. Spieszyli się, by zdążyć przed otwarciem testamentu. A potem wmawiać notariuszowi i reszcie potencjalnych spadkobierców, że tej ruchomości, która w testamencie jest wymieniona, już zmarły nie posiadał.
Ostatnio przed spotkaniem opłatkowym w Stowarzyszeniu Pisarzy Polskich rozmawiałam z jedną z literatek o starości. Powiedziała mi, że zażyczyła sobie na gwiazdkę na DVD serial „Królowa Bona” i jest świeżo po obejrzeniu całości. Ostatni odcinek, gdy stara, schorowana Bona w Bari zostaje otruta, umiera, a służący ściągają z niej biżuterię, a nawet kołdrę wstrząsnął nią. Pamiętam i ja ten odcinek i całą sprawę królowej Bony. Oj zmieniła nam się obyczajowość. Jakże zmieniło się też nasze spojrzenie na Bonę, której nienawidzili współcześni jej możnowładcy i mówili o niej tak straszne rzeczy, że na starość uciekła z Polski do swojego Bari. Dopiero dziś my i współcześni nam historycy doceniają, jaką była królową i ile zrobiła dla Polski. Ale też jakże dziś inaczej podchodzimy do śmierci? Dziś, o czym już kiedyś tu pisałam, brzydzimy się trupa. Ponadto dwie wojny światowej i masowe odzieranie trupów z kosztowności przez Niemców w Gettach sprawiło, że brzydzimy się takim zachowaniem. Ale skąd możemy wiedzieć, czy nasi przodkowie 150 lat temu nie zdzierali pierścionków umierającym swoim babkom? W czym to zachowanie jest lepsze od donoszenia na sąsiada? We wspomnianym przeze mnie „Pamiętniku podlaskiego szlachcica” sporo zresztą jest o donosach i denuncjacjach po Powstaniu Styczniowym. Kto donosił na polskich patriotów? Nie napiszę – jak zwykle odsyłam do książki. Informacja może być bowiem szokiem.

A propos patriotyzmu. Moja cioteczna babka Stefania Ruszczykowska-Krosnowska (powstańczy pseudonim „Stefa”) – wielka patriotka, a także bohaterka, żołnierz Armii Krajowej o pięknej historycznej karcie, harcerka, sanitariuszka i łączniczka w powstańczym szpitalu na Długiej, więzień Fordonu, a z przekonań zagorzała endeczka. Gdy siedziała w więzieniu, żeby ją złamać UB zabiło jej matkę. Niby zwykły wypadek samochodowy. Oto na mało ruchliwej ulicy staruszkę rozjeżdża samochód. Sprawców nigdy nie ujęto. U mnie w sekretarzyku leży mała różowa karteczka – decyzja o umorzeniu śledztwa, a także rozbite okulary, które wtedy spadły jej z twarzy. Jej córka, a moja wspomniana już stryjeczno-cioteczna babka, do której mówiłam „ciociu” i którą naprawdę bardzo kochałam, była osobą niezwykle barwną i nie jednowymiarową. W czasie pielgrzymek papieskich przychodziła do nas na transmisje mszy i klęczała przed telewizorem. Na dźwięk nazwiska Piłsudski wybuchała pełnym pogardy śmiechem, w którym mieszała się złość z obrzydzeniem. Na cześć swojego wuja Eligiusza Niewiadomskiego wzięła sobie od bierzmowania imię Eligia. Zawsze mnie to trochę bawiło, bo jednak zabójstwo jest sprzeczne z Dekalogiem, a więc osoba, która dokonała takiego czynu niekoniecznie powinna być brana, jako chrześcijański patron, nawet, jeśli przy bierzmowaniu mówi, że chodzi o św. Eligię. Ciotka jednak zawsze była troszkę „dziwaczką”. Jej mama, (ta zabita przez samochód) która wyszła za rodzonego brata mojej prababci Stanisława Ruszczykowskiego, była z domu Skrzynecka. Podobno „z tych Skrzyneckich”, czyli od generała Jana Zygmunta Skrzyneckiego, który brał udział i w Wojnach Napoleońskich i był jednym z dowódców w Powstaniu Listopadowym. Ciotka podkreślała to z dumą. Czy rzeczywiście była z nim spokrewniona? Na razie nie wiem, choć mam nadzieję, że pewnego dnia to zbadam. Wiem natomiast, że w latach 60-tych ukazała się książka Jerzego Łojka „Szanse powstania listopadowego”, w której o generale Skrzyneckim Łojek napisał, że „Był po prostu dowódczym antytalentem. Brakowało mu elementarnego wojskowego wykształcenia, inteligencji, orientacji, samokrytycyzmu, odwagi podejmowania decyzji, zaufania do współpracowników. Pożerała go natomiast ambicja, roznosił snobizm. (…) Niedostatki socjalnego pochodzenia starał się gorliwie nadrobić krańcowym, zgoła maniackim obskurantyzmem i wstecznictwem.” Gdy moja Mama z Tatą w jakiejś dyskusji zacytowali podobne fragmenty, Ciotka, która jako księgarz z zawodu i prawdziwy bibliofil znała książkę Łojka, zgrzytnęła zębami i niemal wpadła w szał! Tłumaczyła „przodka”, że z placu boju nie uciekał, że to wszystko nerwy – zupełnie jakby była przy tym, a przecież… urodziła się 80 lat po Powstaniu Listopadowym. Jakże trudne było dla niej przyjęcie do wiadomości, że z badan historyków wynika, że generał noszący takie samo nazwisko, jak jej matka, nie zachował się tak, jakby sobie tego życzyła.

Obserwując dzisiejsze grzebanie w życiorysach przodków różnych znanych ludzi, mam takie nieodparte wrażenie, że najczęściej robią to ci, którzy swoich przodków w ogóle nie znają. (Gdy od jednego z kolegów, lubujących się w wytykaniu nieprawych antenatów, żartobliwe zażądałam podania nazwisk prababek zgodnie z dewizą Wańkowicza „nie podam swojej ręki nikomu, kto nie zna nazwiska prababki z domu” przyznał ze skruchą, że nie zna żadnego, a o jednej wie tylko, że była prawdopodobnie Włoszką.) Cóż, często nieznajomość przodków może wynikać z tego, że nie ma po nich śladu w annałach, bo… na światło dzienne wypłynęli dopiero dziadkowie, jako pierwsi, którzy nauczyli się czytać i pisać. Nic w tym zresztą złego. Każdego historia gdzieś się musi zacząć. Nigdzie nie jest powiedziane, że lepszych ludzi zaczęła się dawniej. Paradoksalnie jednak jakoś ci, z krótką historią często najwyraźniej myślą, że ta ich niewiedza dotycząca przeszłości własnych genów pozwala im na bardzo swobodne piętnowanie przeszłości genów innych osób i ich przodków. I robią to bez cienia jakiejkolwiek refleksji. Przykre.

Jest też oczywiście sprawa statusu przodka. Pamiętam, jak kiedyś pewien znajomy z dumą podkreślał, że jego ojcu nikt nie kazał zapisywać się do partii, by dostać lepszą pracę czy stanowisko. Kim był ojciec? Hydraulikiem! Cóż… to bardzo potrzebny zawód. Gdyby nie hydraulicy wielokrotnie tonęłabym w gównach. A i wspomniany pradziadek Ludwik inżynier od budowy wodociągów i kanalizacji oraz jego syn, a mój dziadek Bronisław również inżynier wodociągowiec „zęby na gównach zżarli”. Tak więc chwała hydraulikom! Jednak faktem jest, że wyborów czy podpisać, czy nie podpisać jakiś dokument, nie musieli dokonywać urodzeni pod koniec lat 40-tych czy w latach 50-tych zwykli robotnicy, którzy w ciszy i spokoju chcieli przeżyć od pierwszego do pierwszego. Rzecz dotyczyła trochę innych środowisk i trochę innych robotników.

Nie mamy kompletnie wpływu na to, kim byli nasi antenaci. Mamy jedynie wpływ na to, kim my będziemy bądź jesteśmy i jakiś na to, kim będą nasze dzieci, ale też tego ostatniego wpływu nie przeceniajmy. O wielu rzeczach decyduje przecież nie tylko wychowanie, ale i środowisko, w jakim przychodzi człowiekowi wyrastać.

Dezerter śpiewał, że „najprościej jest nie myśleć”, a ja myślę, choć to takie trudne, że z wydarzeń ostatnich lat wynika, że najprościej byłoby nic nie robić. Tylko wtedy nasi nieżyjący już przodkowie, których nie możemy spytać o przyczyny takich czy innych zachowań, mogą mieć święty spokój. Niestety trzeba jeszcze gdzieś mieszkać i coś jeść, a bez pracy nie ma kołaczy. Nawet najlichszych. Na dodatek samobójstwo jest grzechem, a pogrzeb kosztuje. Kim być? Jak żyć? I z czego?

„Samą Polską gęby nie nasycisz! A siać i orać trzeba!” powiedział stary Czereśniak do kwaterującego u niego żołnierza Ludowego Wojska Polskiego, gdy tłumaczył się, czemu zdrowego syna trzyma w domu, a nie śle na front. Oj bardzo to jest niepoprawny politycznie film ci „Czterej pancerni i pies”. Bardzo! Takie herezje w nim wygłaszano! Normalnie dno!

Bez patosu i bez rozgłosu

materiały promocyjne dystrybutora

Był sobie dzieciak

Jak opowiadać o Powstaniu Warszawskim bez patosu, zadęcia, bogoojczyźnianej tandety, przesady i masy zbędnych słów? Jak opowiadać o czymś co stało się częścią kultury masowej? W końcu tak z Powstaniem jest. Mamy rekonstrukcje, muzeum w iście amerykańskim stylu i gry związane z Powstaniem. Budząc emocje wśród historyków i zwykłych zjadaczy chleba Powstanie Warszawskie stało się bardzo trudnym tematem dla filmowców, choć na pewno łakomym kąskiem. Na „Był sobie dzieciak” Leszka Wosiewicza z podtytułami „To się nie śniło. To jeszcze trwa.” szłam do kina z rezerwą i… przyznaje, że dawno nie widziałam tak dobrego polskiego filmu. Tak kameralnego. Tak nieprzegadanego. Tak dobrze zagranego, wyreżyserowanego i nakręconego. Z taką współczesna muzyką wplecioną w niewspółczesny film i pasującą do niego. No… może narrator mnie raził, ale właściwie nie wiem, czy przypadkiem nie dlatego, że opowiadał rzeczy, które ja znam. A przecież na film może przyjść ktoś, kto podobnie jak poseł SLD Dariusz Joński myśli, że Powstanie Warszawskie wybuchło w roku 1988 i doprowadziło do wprowadzenia rok później stanu wojennego!

Bohaterem jest „niedorobiony” maturzysta Marek, czyli jeszcze „Dzieciak” – zagrany przez Rafała Fudaleja. Dobrany świetnie zarówno pod względem urody – dość dziecinnej, jak i aktorskich możliwości. Zafascynowany jest dojrzałą kobietą, którą zagrała świetnie Magdalena Cielecka – ponętna i budząca emocje. Co zrobi „Dzieciak”, gdy okaże się, że kobieta, która zrobiła na nim takie wrażenie jednak jest Folksdojczką? Co zrobi, gdy okaże się, że jej syn jest… Zawiszakiem? Film o trudnych wyborach. O tym, że czarne nigdy nie jest kruczoczarne, a białe nigdy nie jest śnieżnobiałe. Film o tym, o czym ja często mówię w rozmowach ze znajomymi. Nigdy nie wiemy, jak kto się zachowa w chwili zagrożenia. Każdy chciałby być bohaterem. Ale czy nim będzie?

Tu nawet czarne charaktery są bardziej tragiczne niż zazwyczaj. Oprawcy z grupy Dirlewangera sprawiają, że widz zadaje sobie pytanie: kim właściwie byli ci, których rzucono do walki z naszymi chłopakami. Od razu bandytami? Czy może to wojna w nich wyzwoliła bestię?

W filmie wykorzystano autentyczne zdjęcia z kronik powstańczych, które przemieszano z dokręconymi dla potrzeb filmu. Zrobiono to tak po mistrzowsku, że momentami widz już sam nie wie, które są archiwalne, a które kręcone teraz. I podobnie, jak twórcy filmu ma wrażenie, że wszystko to, co widzi na ekranie wcale się nie śniło, ale jeszcze cały czas trwa.

Oczywiście po obejrzeniu filmu czuję też niedosyt, który wynika zapewne z prostego faktu, że to film o drobnym wycinku czegoś, co trwało 63 dni i na temat czego sporo wiem. Ale akurat taki fragment i takie epizody z Powstania wybrał reżyser. Dzięki temu film ma szanse stać się bardziej uniwersalnym i dotrzeć także do widzów zagranicznych. Film zresztą powstał, jako przeróbka poprzedniego obrazu Wosiewicza „Taniec śmierci”. Sam autor powiedział dziennikarzom, że po kolejnych pokazach poprzedniej wersji filmu, prywatnych i festiwalowych (Szanghaj, Nowy Jork, Chicago, Rochester, Bydgoszcz) zaczęły mu się mnożyć wątpliwości.

„W Rochester podeszła do mnie pewna pani, Żydówka, która miała znajomych Polaków i dlatego przyszła na film. Zapytała: „A gdzie Żydzi, co było z Żydami w tym powstaniu?”. Odpowiedziałem jej, że ostatni obóz zagłady to była Gęsiówka, w Warszawie, na Muranowie. Umieszczeni tam Żydzi z całej Europy mieli m.in. wykopywać kosztowności pochowane w piwnicach przez Żydów spędzonych wcześniej do getta. Na potrzeby wojenne Niemców oczywiście. Ten obóz wyzwolili powstańcy, a prawie wszyscy wyzwoleni przystąpili do powstania. Najlepszym przewodnikiem po kanałach warszawskich był np. Żyd o pseudonimie „Grzegorz”, cały czas w nich siedział, od czasu utworzenia getta… A ta pani: „I co? Nie dało się tego umieścić w filmie?”. Wtedy zrozumiałem, że muszę coś zrobić. Tylko jak? Nie nakręcę dodatkowych scen. Postanowiłem zmienić formułę filmu, z awangardowego eseju ze strumieniem budzących skojarzenia obrazów na przypowieść, która pozwoli mi na swobodne zbieranie faktów, dodanie tego, co potrzeba, wydobycie sensów.” Właśnie tak film zyskał narratora, który głosem Olgierda Łukaszewicza opowiada historię Powstania Warszawskiego.

Kiedy kilka razy głośno i publicznie powiedziałam, że upadek ambitnego kina rozpoczął się od „Gwiezdnych wojen” fani serii po prostu mnie zakrzyczeli. Tymczasem miałam na myśli to, że „Gwiezdne wojny” wprowadziły do kin masowego widza. Wcześniej kino było nastawione na bardziej wymagającego odbiorcę. To od bajeczki George’a Lucasa stało się rozrywką dla mas. Oczywiście nic złego w tym nie ma, ale… jest jedno ważne „ale”. Słupki popularności. Z kinem jest zresztą, jak z gazetami czy muzyką. Skoro pismo „Party życie gwiazd” ma nakład ponad pół miliona, to kto tam będzie liczył się z niespełna piętnastotysięcznym „Mówią Wieki”. Skoro stacji radiowej „Puls” podobno skoczyła słuchalność, od kiedy zaczęła grać disco polo, to kto tam będzie się liczył z RMF Classic. Tak też jest z kinem. Ambitny film zawsze zgromadzi mniej widzów niż rozrywka. Nigdy nie zbierze tez takich recenzji, jak powinien, bo ludzie jednak od kina wymagają by było głównie rozrywką. Recenzja redakcji filmweb świetnie to zresztą pokazuje.

I dlatego przyznam, że się martwię. Czy film zbyt szybko nie zjedzie z ekranów? Wielokrotnie zauważyłam, że tak się dzieje z dobrymi produkcjami nieprzeznaczonymi dla masowego odbiorcy. Tak było z „Żywie Biełaruś”, w którym zresztą zagrał Ulubiony. Znajomi się wybierali i… nie dotarli do kina, bo po tygodniu film Łukaszewicza opuścił multiplexy. Czy dotrą teraz na film Wosiewicza? Na trudny film o niełatwych wyborach? Filmowi nie towarzyszy kampania reklamowa taka, jak przy „Bitwie warszawskiej”. Nie ma tylu plakatów, nie krzyczy do nas ze wszystkich stacji telewizyjnych, radiowych i gazet. Choć tu i ówdzie pojawiają się recenzje czy wywiady z twórcami film jednak wszedł na ekrany niezwykle kameralnie. Premierę miał 1 sierpnia o godzinie W, czyli 17-tej.  Na razie jeszcze jest w kinach.

Pies, kot i kasza, czyli co wtedy jedli?

Od kilku dni tkwię, jak co roku zresztą, w temacie powstańczym. To już jutro o godzinie 17-tej w całej Warszawie zawyją syreny, a ja pomyślę, że 69 lat temu mój szesnastoletni wówczas stryj zbiegł po schodach bloku Morszyńska 5, by nigdy nie wrócić do domu. Zginął, jak setki jego rówieśników. Zanim jednak to nastąpiło brał udział w walkach o Pałac Blanka, PASTę i Stare Miasto. Jak wyglądał jego przeciętny powstańczy dzień? Co wtedy jadł? Gdzie spał? Niewiele na ten temat wiadomo. W relacjach, wspomnieniach częściej spotyka się historie gdzie kto strzelał, czy miał broń, kogo zabił i tak dalej… Mało osób zajmuje się i zajmowało prozą powstańczego życia. Jak radziły sobie dziewczyny z miesiączką w tamtych dniach? Pytałam kiedyś, zresztą na prośbę jednej z czytelniczek. Okazało się, ze rwały kompresy gazowe, koszule na strzępy, a czasem prześcieradła, jak w powstaniu listopadowym szarpie. Gdzie załatwiano potrzeby fizjologiczne? Bywało, że i na podłogę piwnicy, a nawet pokoju i często w obecności innych ludzi. Bo zagrożenie likwiduje niektóre bariery. Wreszcie… jak to było z czymś tak zwykłym, jak jedzenie…

Od bardzo dawna, od niepamiętnych czasów sięgających chyba jeszcze dzieciństwa, zastanawiam się, kto i kiedy zjadł kotka, którego trzyma na słynnym zdjęciu Eugeniusz Lokajski. Bo w to, że ów kot powstanie przeżył, jakoś nie wierzę.  Dziś pojechałam do Muzeum Powstania Warszawskiego na spotkanie Kombatantów z Prezydentem. Rozmawiałam z kombatantami o różnych rzeczach. Między innymi o głodzie. Mój ojciec nienawidził kaszy, bo kojarzyła mu się z głodem w czasie powstania. Nigdy nie jadł też koniny, bo tym żywił się w 1939 roku w czasie oblężenia Warszawy. Opowiedziałam o tym mojemu rozmówcy, jednemu z żołnierzy z Batalionu Kiliński. W odpowiedzi na to opowiedział mi, jak w czasie powstania dowódca kazał jemu i koledze zabić czyjegoś buldoga, a sam w międzyczasie zagadał jego właściciela. Buldog został pozbawiony życia dość szybko. Uzyskane w ten sposób mięso dostało się między innymi siostrom zakonnym, które miały pod swoją opieką garstkę wygłodniałych dzieci. Następnego dnia kolega mojego rozmówcy poszedł do tych zakonnic i wrócił zapłakany. Wypytywany przez współtowarzyszy wykrztusił przez łzy, że tam, u zakonnic, wszyscy obcałowywali go po rękach dziękując za „wspaniałą cielęcinę”, a jemu było głupio, bo przecież to był czyjś pies.

Czy mój stryj jadł psa? Czy jadł kota? Czy kaszę? Czy czerstwy chleb rzucany na wrzątek, w którym gotowała się zerwana na zrujnowanych podwórkach lebioda? Pewnie nigdy się tego nie dowiem. Nie bardzo już mam kogo spytać. Mój ojciec dokumentował gdzie kto walczył i jaką miał broń. Ja też pytałam kiedyś bardziej o strach niż o to, jak żyli wtedy ludzie. Gdzie spali, gdzie i jak się myli. Powinnam zacząć pytać o to już dziś. Póki żyje jeszcze stryjowa koleżanka z oddziału majora „Barry”. Może mi odpowie? Na razie co roku odwiedzam stryja na cmentarzu i na murze pamięci w Muzeum Powstania Warszawskiego. Refleksję ostatnio mam jedną. Zmienia się świat. Zmienia się Warszawa. Zmieniają się obchody kolejnych rocznic Powstania Warszawskiego. Ostatnio w buczące widowiska polityczne, które uświadamia mi, że mój Ojciec, jakby żył, to by się chyba popłakał. Niezmienne zaś jest tylko jedno – stryj. Stryj, który nadal ma 16 lat. Nawet mój syn kończy niedługo 20…

Na zdjęciu dziś w Muzeum Powstania Warszawskiego – ja i to co w historii (poza grobem) zostało po moim stryju. Gdy gaśnie pamięć ludzka – dalej mówią kamienie.

Pancerni, Pszczółka, Reksio i Uciekinier

Pancerni, Pszczółka, Reksio i Uciekinier
Natura obdarzyła mnie dobrą pamięcią. To czasem błogosławieństwo, a czasem przekleństwo. Dziś waham się. Cieszyć się z tej dobrej pamięci czy nie? Dlaczego? Bo poza dobrą pamięcią natura obdarzyła mnie skłonnością do nadmiernych wzruszeń. Jak się wzruszam – płaczę i kompletnie nie potrafię nad tym zapanować. Na szczęście umiem się z tego śmiać. Inaczej sto razy zapadłabym się pod ziemię ze wstydu, bo wzruszać potrafi mnie nie tylko jak hymn grają, ale i wiele takich sytuacji, które są trochę żenujące. Wzruszam się czytając książki i oglądając filmy. Jak to się dzieje w zaciszu domowym – pół biedy, ale jak przy obcych to bywa, że kaszana. No bo ileż można? Od dzieciństwa regularnie wzruszam się jak w serialu „Czterej Pancerni i pies” Janek Kos znajduje ojca. Widziałam tę scenę setki razy i się wzruszam. Jak ostatni debil! Wzruszam się gdy oglądam, jak Jan Paweł II mówi „Niech zstąpi duch twój i odnowi oblicze ziemi. Tej ziemi”. Od trzydziestu lat się tym wzruszam. Jest ze mną znacznie gorzej… Wzruszam się, gdy pszczółka Maja opuszcza z Guciem ul! Sama się z siebie śmieję, że to ostatnie dno! Ale nie… jest coś jeszcze poniżej dna, bo się wzruszam jak Reksio ratuje takiego psa i wsadza go w gips. I jak mu w gipsie robi dziurkę, by ten pies się mógł wysiusiać to ja się też okropnie wzruszam i łzy mi lecą. No i co tu ze mną zrobić? No tylko siąść i też płakać lub paść trupem ze śmiechu. Piszę o tym, bo dziś znów się wzruszam. A jak pomyślę o Ojcu to wzruszam się jeszcze bardziej. A jak pomyśle o nadchodzącej sobocie to cierpnę z emocji. O co chodzi? W najbliższą sobotę o 17-tej w Instytucie Francuskim w Warszawie (Ul. Widok 12) odbędzie się spotkanie na temat książki „Uciekinier”, której autorem jest Bernard de Roquefeuil. Francuski szlachcic, który uciekł z niemieckiej niewoli i schronił się w Polsce. Pod fałszywym nazwiskiem Józef Zieliński ukrywał się m.in. w Pałacu w Wilanowie gdzie uczył francuskiego pięcioletnią Beatkę, późniejszą aktorkę Beatę Tyszkiewicz. Na strychu tegoż pałacu ukrywał się w czasie Powstania Warszawskiego i widział rozstrzeliwania powstańców. „Uciekinier” to jego wspomnienia powstałe niemal na bieżąco, bo siadł do ich spisania tuż po wojnie. Jeszcze w latach 80-tych zostały przetłumaczone na język polski przez Tomasza Matkowskiego. W 1980 roku pan Bernard, który wtedy był merem jednego z francuskich miast, przyjechał do Polski. Mój Ojciec spotkał się z nim w mieszkaniu pani Anny Branickiej-Wolskiej i przygotował dla ukazującego się na antenie TVP, a redagowanego przez Lucynę Smolińską Magazynu Historycznego „Skarbiec”, dziewięciominutowy felieton, w którym Bernard de Roquefeuil wracał wspomnieniami do wydarzeń sprzed 40 lat. Ale nie o telewizyjny felieton tu chodzi. Pewnego letniego dnia Ojciec „zapakował” francuskiego gościa i jego elegancką żonę w swojego malucha i wraz z tłumaczem Tomkiem Matkowskim ruszyli w sentymentalną podróż po Warszawie i okolicach (Nieporęcie, Izabelinie, Modlinie) w poszukiwaniu miejsc z wojennej przeszłości pana Bernarda. Do przetłumaczonych wspomnień Ojciec napisał przedmowę i… książka poszła do wydawnictwa „ISKRY”. Niestety złożony egzemplarz utknął w wydawnictwie w latach stanu wojennego „z powodu przejściowego braku papieru”. A po 1989 roku zachłyśnięci wolnością wydawcy nie chcieli pochylić się nad historią Francuza, który spędził okupację w Polsce. Pan Bernard zmarł w 1990 roku. W 1999 roku zmarł mój Ojciec. Gdy kilka miesięcy temu odebrałam telefon, w którym zadano mi pytanie, czy zgadzam się, by przedmowa, którą Ojciec napisał w latach 80-tych, nadal była przedmową do książki, zaparło mi dech w piersiach, a zgodziwszy się i skończywszy rozmowę wzruszyłam się, jak jasna cholera. Przed oczami stanął mi „podjarany jak szczerbaty na widok sucharów” Ojciec, który po raz setny kolejnym znajomym opowiadał o panu Bernardzie, o tym, jak francuski hrabia u polskiego chłopa robił w hitlerowską okupację za parobka i puszczał nagraną na magnetofon ścieżkę dźwiękową ze swojego telewizyjnego felietonu. Magnetowidów wtedy jeszcze nie było. Jak utrwalić coś tak ulotnego, jak telewizyjny film? Ojciec dokumentował chociaż dźwięk i puszczając go z taśmy „stilon-gorzów” na polskim magnetofonie kasetowym wyprodukowanym na licencji thompsona opowiadał gościom co było na filmowym obrazku. Opowieść o tym, jak chłop Maniek na widok pana Bernarda, czyli swojego dawnego parobka o hrabiowskich korzeniach, wrzasnął: „Jezus Maria! Pan Józef przyjechał!” słyszałam kilkadziesiąt razy. A samego pana Mańka poznałam, gdy w stanie wojennym pojechaliśmy od niego po zaproponowane nam ziemniaki i mięso.
Gdy w sierpniu tego roku ukazała się książka i czytałam ojcowską przedmowę to ryczałam jak stary bóbr i myślałam, że to straszne, że ani Ojciec ani pan Bernard nie dożyli polskiego wydania „Uciekiniera”, ale jakie to piękne, że w ogóle ono jest. W najbliższą sobotę spotkanie na temat książki. Wydawca prosił, bym powiedziała słowo o Ojcu, a ja boję się jak je powiedzieć i się nie wzruszyć. Przecież teraz jak piszę, choć śmieję się z siebie, to łzawy gil wisi mi u pasa.

Natura obdarzyła mnie dobrą pamięcią. To czasem błogosławieństwo, a czasem przekleństwo. Dziś waham się. Cieszyć się z tej dobrej pamięci czy nie? Dlaczego? Bo poza dobrą pamięcią natura obdarzyła mnie skłonnością do nadmiernych wzruszeń. Jak się wzruszam – płaczę i kompletnie nie potrafię nad tym zapanować. Na szczęście umiem się z tego śmiać. Inaczej sto razy zapadłabym się pod ziemię ze wstydu, bo wzruszać potrafi mnie nie tylko jak hymn grają, ale i wiele takich sytuacji, które są trochę żenujące. Wzruszam się czytając książki i oglądając filmy. Jak to się dzieje w zaciszu domowym – pół biedy, ale jak przy obcych to bywa, że kaszana. No bo ileż można?

Od dzieciństwa regularnie wzruszam się jak w serialu „Czterej Pancerni i pies” Janek Kos znajduje ojca. Widziałam tę scenę setki razy i się wzruszam. Jak ostatni debil!
Wzruszam się gdy oglądam, jak Jan Paweł II mówi „Niech zstąpi duch twój i odnowi oblicze ziemi. Tej ziemi”. Od trzydziestu lat się tym wzruszam.
Jest ze mną znacznie gorzej… Wzruszam się, gdy oglądam pierwszy odcinek pszczółki Mai i opuszcza ona z Guciem ul! Sama się z siebie śmieję, że to ostatnie dno! Ale nie… jest coś jeszcze poniżej dna, bo się wzruszam jak Reksio (tak! ten z kreskówki, który ma pomnik w Bielsku-Białej!) ratuje takiego jamnikowatego psa i wsadza go w gips. I jak mu w gipsie robi ręczną wiertarką dziurkę, by ten pies się mógł wysiusiać, to ja się też okropnie wzruszam i łzy mi lecą. No i co tu ze mną zrobić? No tylko siąść i też płakać lub paść trupem ze śmiechu.

Piszę o tym, bo dziś znów się wzruszam. A jak pomyślę o Ojcu to wzruszam się jeszcze bardziej. A jak pomyśle o nadchodzącej sobocie to cierpnę z emocji. O co chodzi? W najbliższą sobotę o 17-tej w Instytucie Francuskim w Warszawie (Ul. Widok 12) odbędzie się spotkanie na temat książki „Uciekinier”, której autorem jest Bernard de Roquefeuil. Francuski szlachcic, który uciekł z niemieckiej niewoli i schronił się w Polsce. Pod fałszywym nazwiskiem Józef Zieliński ukrywał się m.in. w Pałacu w Wilanowie gdzie uczył francuskiego pięcioletnią Beatkę, późniejszą aktorkę Beatę Tyszkiewicz. Na strychu tegoż pałacu ukrywał się w czasie Powstania Warszawskiego i widział rozstrzeliwania powstańców. „Uciekinier” to jego wspomnienia powstałe niemal na bieżąco, bo siadł do ich spisania tuż po wojnie. Jeszcze w latach 80-tych zostały przetłumaczone na język polski przez Tomasza Matkowskiego. W 1980 roku pan Bernard, który wtedy był merem jednego z francuskich miast, przyjechał do Polski. Mój Ojciec spotkał się z nim w mieszkaniu pani Anny Branickiej-Wolskiej i przygotował dla ukazującego się na antenie TVP, a redagowanego przez Lucynę Smolińską Magazynu Historycznego „Skarbiec”, dziewięciominutowy felieton, w którym Bernard de Roquefeuil wracał wspomnieniami do wydarzeń sprzed 40 lat. Ale nie o telewizyjny felieton tu chodzi. Pewnego letniego dnia Ojciec „zapakował” francuskiego gościa i jego elegancką żonę w swojego malucha i wraz z tłumaczem Tomkiem Matkowskim ruszyli w sentymentalną podróż po Warszawie i okolicach (Nieporęcie, Izabelinie, Modlinie) w poszukiwaniu miejsc z wojennej przeszłości pana Bernarda. Do przetłumaczonych wspomnień Ojciec napisał przedmowę i… książka poszła do wydawnictwa „ISKRY”. Niestety złożony egzemplarz utknął w wydawnictwie w latach stanu wojennego „z powodu przejściowego braku papieru”. A po 1989 roku zachłyśnięci wolnością wydawcy nie chcieli pochylić się nad historią Francuza, który spędził okupację w Polsce. Pan Bernard zmarł w 1990 roku. W 1999 roku zmarł mój Ojciec. Gdy kilka miesięcy temu odebrałam telefon, w którym zadano mi pytanie, czy zgadzam się, by przedmowa, którą Ojciec napisał w latach 80-tych, nadal była przedmową do książki, zaparło mi dech w piersiach, a zgodziwszy się i skończywszy rozmowę wzruszyłam się, jak jasna cholera. Przed oczami stanął mi „podjarany jak szczerbaty na widok sucharów” Ojciec, który po raz setny kolejnym znajomym opowiadał o panu Bernardzie, o tym, jak francuski hrabia u polskiego chłopa robił w hitlerowską okupację za parobka kopiąc kartofle i puszczał nagraną na magnetofon ścieżkę dźwiękową ze swojego telewizyjnego felietonu. Magnetowidów wtedy jeszcze nie było. Jak utrwalić coś tak ulotnego, jak telewizyjny film? Ojciec dokumentował chociaż dźwięk i puszczając go z taśmy „stilon-gorzów” na polskim magnetofonie kasetowym wyprodukowanym na licencji thompsona, opowiadał gościom co było na filmowym obrazku. Opowieść o tym, jak chłop Maniek na widok pana Bernarda, czyli swojego dawnego parobka o hrabiowskich korzeniach, wrzasnął: „Jezus Maria! Pan Józef przyjechał!” słyszałam kilkadziesiąt razy. A samego pana Mańka poznałam, gdy w stanie wojennym pojechaliśmy od niego po zaproponowane nam ziemniaki i mięso.

Gdy w sierpniu tego roku ukazała się książka i czytałam ojcowską przedmowę to ryczałam jak stary bóbr i myślałam, że to straszne, że ani Ojciec ani pan Bernard nie dożyli polskiego wydania „Uciekiniera”, ale jakie to piękne, że w ogóle ono jest. W najbliższą sobotę spotkanie na temat książki. Wydawca prosił, bym powiedziała słowo o Ojcu, a ja boję się jak je powiedzieć i się nie wzruszyć. Przecież teraz jak piszę, choć śmieję się z siebie, to łzawy gil wisi mi u pasa. Pamiętnik na publikację po polsku czekał w sumie 70 lat!