Archiwa tagu: rodzina

Demony siedzą głęboko

Ta historia, którą tu opiszę zdarzyła się dawno temu. Publikację zaplanowałam na dziś, bo to dziś są urodziny mojej mamy. Gdyby żyła, to by kończyła 88 lat. A to, co się zdarzyło, choć miało miejsce ponad 20 lat od jej śmierci i z pozoru nie ma z nią nic wspólnego, właśnie jej najgłębiej dotyka.

Zacznę więc od mamy. Miała ponad 40 lat, kiedy mnie urodziła. Marzyła o mnie całe życie. Miałam być dziewczynką, ale nie do płci ograniczały się jej marzenia. Miałam być ładna, miła i grzeczna. Miałam świat witać uśmiechem i ze wszystkiego się cieszyć. Ale przede wszystkim we wszystkim być „naj”. Miałam najładniej śpiewać, malować, czytać, pisać, a w szkole mieć same piątki. Na dodatek wszyscy mieli mnie lubić. Jak było w praktyce? Tak jak i dziś. Bo wbrew pozorom wszystko, od urody począwszy, a na rozumie skończwszy, jest sprawą względną. Zdaniem jednych jestem ładna innych nie, zdaniem jednych jestem miła innych nie. I tak dalej… Mama nie była ze mnie zadowolona. Nie byłam tak ładna jak chciała, tak miła, jak chciała, tak grzeczna jak chciała. Samych piątek też nie miałam, bo stopnie z zachowania od zawsze psuły mi świadectwo i wpływały na stopnie z przedmiotów. Dlatego karciła, odpychała, nigdy nie chwaliła. Do dziś, moim największym marzeniem jest, by mi się chociaż przyśniła i powiedziała, że jest ze mnie dumna. Dlatego największą nagrodą przez lata była rozmowa z jej siostrą, która zawsze, gdy wysyłałam jej po publikacji jakąś swoją książkę, dzwoniła i mówiła: „Mama byłaby z ciebie dumna”. Dziś te słowa słyszę już tylko od mojej chrzestnej matki – 90-letniej starowinki, koleżanki z pracy mojej nieżyjącej już mamy. Zawsze myślę, czy rzeczywiście? Dziecko, które walczy o uznanie wiecznie niezadowolonego rodzica jest we mnie cały czas.

Ojciec uznawał, cieszył się, wspierał. Matka ganiła. A o ile ojca często nie było w domu, o tyle matka była w nim cały czas. Jakże bałam się pokazać jej swoje opowiadania. Nie zrobiłam tego nigdy. Chowałam je przed nią drżąc przed krytyką, która na pewno byłaby miażdżąca. Nigdy nie pokazałam jej żadnego wiersza, ani nic. Umarła, gdy światło dzienne ujrzały moje pierwsze publikacje w prasie. Była wtedy w szpitalu. Nawet nie wiem, czy je przeczytała.

Od kiedy sięgam pamięcią była zawsze ze mnie niezadowolona. Wszystko robiłam źle. Nie nadawałam się do niczego. Miałam zostać nikim. Byłam przecież z gruntu zła. Często tej informacji towarzyszyła druga, że Bóg pokarał ją tak strasznym bachorem. Że za swoje straszne zbrodnie względem niej ona mnie przeklina. Po latach nie pamiętam tych zbrodni, ale kołacze mi się coś, że stłukłam jakąś kamionkę, za co musiałam ją przepraszać na kolanach. Na kolanach musiałam przepraszać zawsze. I całować ją w rękę. Klęczałam więc, błagałam o wybaczenie, a matka wyjąca w histerii, miotająca się na wszystkie strony, odwracała się ode mnie i odpychała moje ręce. Klęczenie przed nią było przez nią wymagane. Dorosłemu należało się posłuszeństwo. Musiałam więc klęczeć, całować w rękę i błagać o przebaczenie. Przeważnie na próżno. Przebaczenie nie nadchodziło, ale… histeria matce jakoś sama przechodziła. Niestety po dłuższym czasie. A ja wyrastałam na coraz bardziej znerwicowaną. Z czasem i mnie zdarzały się histerie. Wprawdzie dziś wpadam w taki stan bardzo, ale to bardzo rzadko i to z reguły wtedy, gdy spotyka mnie coś, wobec czego jestem bezsilna, ale tylko ja wiem, jak wtedy cierpię.

Wtedy w dzieciństwie, gdy klęczałam przed matką i błagałam o wybaczenie, umierało we mnie wszystko. Zapewne dlatego, że przepraszałam za niepopełnione zbrodnie. Dlatego nie chciałam żyć. Marzyłam, by stał się cud, bym zniknęła. Usuwał mi się grunt spod nóg. Czułam się pozbawiona oparcia. Mama jest nie moja. Ojca w domu jak zwykle nie było. Nigdy nie zresztą był świadkiem tych zdarzeń. Gdy raz próbowałam mu się pożalić, powiedział, że dramatyzuję, że przesadzam, a mama mnie kocha. Wiem, że kochała. Paradoksalnie to też czułam. Mimo oschłości bywała nadopiekuńcza, budziła rano mlekiem z masłem i miodem, otulała, opierała moje brudne ubrania, choć pralki w domu nie było i robiła to ręcznie. Dlatego mimo wielu myśli samobójczych nigdy nic sobie nie zrobiłam. Wiedziałam, że ją skrzywdzę. A wtedy może tam gdzieś w te zaświaty też przyjdzie, będzie krzyczeć i kazać na klęczkach błagać o wybaczenie. Gdy wchodziłam w okres buntu niewiele się zmieniło. Może rzadziej klęczałam, ale też bywało. Jak zawsze towarzyszyło temu oskarżenie, że Bóg się pomylił. Pamiętam dzień, kiedy powiedziała, że jej córką powinna być Iwonka, córką sąsiadów. Dlatego raz, gdy matka schyliła się po coś i wypadł jej dysk, co oczywiście było moją winą, bo wszystko, co złe się jej przytrafiało, to była moja wina, pobiegłam po wzywaną przez nią Iwonkę. Matka jej nie odepchnęła. Ja po raz kolejny poczułam się nikim.

Miałam 20 lat, gdy przyszło wybawienie. Rodzice odzyskali dom po prababci. Ten, w którym teraz mieszkam. Wyprowadzili się, a ja pozostałam w dawnym mieszkaniu sama. I choć mama żyła jeszcze 6 lat, skończyło się klęczenie. Moje wizyty u niej były świętem. Nie mogła mnie już szantażować emocjonalnie i… zaprzyjaźniłyśmy się.

Piszę to wszystko, bo kilka miesięcy temu te traumatyczne wydarzenia sprzed lat, które zepchnęłam gdzieś w głąb pamięci, wróciły do mnie.

Zostałam poproszona o bycie jurorem w pewnym młodzieżowym konkursie literackim. Do miejscowości X przyjechałam na wręczenie nagród laureatom i warsztaty z nimi. Uważam, że o ile warsztaty dziennikarskie można prowadzić dla setki osób, choć lepiej trzydziestki, a najlepiej piętnastki, o tyle warsztaty literackie powinny być jednak prowadzone w cztery oczy z autorem. Owszem, może być autorów grupka, niech się poznają, oswoją itd. Wtedy można pewne rzeczy powiedzieć przy innych. Jednak warsztaty, kiedy na forum publicznym, przy obcych ludziach, omawiam czyjąś często intymną twórczość, uważam za nieporozumienie. Dlatego starałam się mówić ogólnie, podkreślając, że z każdym mogę porozmawiać indywidualnie, jeśli tego sobie zażyczy.

Wśród jurorów była pani, która organizowała całe przedsięwzięcie. Nazwijmy ją Iksińską.

W X zobaczyłam ją pierwszy raz w życiu. Byłam trochę zdumiona, bo ja, choć jechałam na prowincję i nie do miasta wojewódzkiego, to przed wyjazdem poszłam do fryzjera, kosmetyczki itd. Wyszłam przed hotel wyfiokowana, pachnąca, nawet z nowiutką walizką i kuferkiem kupionymi w tę elegancką, jak mi się wydawało, podróż. Przede mną stała pani… mocno zaniedbana. Myślałam, że pobiegnie się przebrać, uczesać, itd., ale szybko okazało się, że jest gotowa na wielką galę. Właśnie tak, jak wygląda. Oszczędzę szczegółów, bo nie chcę być niekulturalna. Chodzi mi tylko o ten potworny kontrast w naszym podejściu do całego zdarzenia. Do tego wszystkiego Iksińska okazałą się osobą niezwykle egzaltowaną. Z patosem i grubą przesadą wypowiadała całą masę pustych frazesów, którym towarzyszyły ochy i achy.

- Jesteście genialni! Jacy wrażliwi! – Wykrzykiwała przy różnych okazjach pod adresem uczestników konkursu.

W czasie warsztatów wielokrotnie próbowała na mnie naciskać, bym omawiała konkrety z utworów uczestników, którzy widzieli siebie po raz pierwszy w życiu. Prace, którymi wygrali konkurs były różne, ale były w nich takie intymności, że omawianie tego na publicznym forum uważałam i uważam za gruby nietakt. Pewnie dlatego pani postanowiła wziąć inicjatywę w swoje ręce i zaczęła odpytywać jednego z laureatów. Dwunastoletni chłopiec wił się jak piskorz. To, co malowało się na jego twarzy to była męka. Szybko zorientowałam się, że prawdopodobnie nie on napisał utwór, za który dostał nagrodę. Czy Iksińska tego nie widziała? Dziś mam wrażenie, że skupiona na własnej egzaltacji i wykrzykiwaniu po raz setny ochów i achów, pomiędzy, którymi były słowa o geniuszu młodych twórców, chyba jej to umknęło. Wtedy postanowiłam ratować chłopca i powiedziałam z uśmiechem coś w rodzaju:

- Może nie przesłuchujmy już młodego człowieka…

W panią jakby diabeł wstąpił. Zaczęła protestować, że nie przesłuchuje. Ja powiedziałam, że przecież to żart. Wszystko odbywało się błyskawicznie, więc słów dokładnych nie pamiętam, ale efekt był taki, że pani z rozwianym włosem wybiegła, a na placu boju zostałam ja z uczestnikami, ich rodzicami, nauczycielami itd.

- Pani Iksińska, ja przepraszam, proszę wrócić! – Wołałam. Ale Iksińska była nieubłagana. Przeprosiłam wszystkich za swoje zachowanie, choć wszyscy zgodnie mówili, że nie mam za co, bo nic się nie stało. Przekonywali, żebym sobie nie robiła wyrzutów. Iksińska nie wracała. Spytałam głośno, czy ktoś ma aparacik do cofania w czasie, to ja zrobię „odklik”, cofnę czas i już tych słów nie będzie. Jedna z matek powiedziała, bym się nie przejmowała a prowadziła dalej zajęcia. Z kolei pewna nauczycielka poradziła, abym, jeśli sytuacja mnie stresuje, poszła to wyjaśnić, a wszyscy poczekają.

Poszłam. Iksińska wiła się w konwulsjach przy biurku i wyła wykrzykując na cały regulator pretensje, że jak ja mogłam ją tak potraktować przy wszystkich! Tłumaczyłam, że to żart. Że zrozumiała to opacznie. Że nie zarzucałam jej przesłuchiwania chłopca, tylko dziecko nie miało nic do powiedzenia, męczyło się i chciałam po prostu to przerwać. Iksińska dalej histeryzowała. Wróciłam więc do uczestników. A jakiś czas po mnie wróciła Iksińska. Warsztaty były kontynuowane, choć mnie do samego końca trzęsły się ręce.

Potem wniesiono jedzenie, ale nie byłam w stanie nic przełknąć. Rozmawiałam indywidualnie z laureatami. Wszyscy dziękowali. Tylko jedna dziewczynka chciała indywidualnych konsultacji na temat swojej twórczości. Pozostałym wystarczyło to, co mówiłam ogólnie. Wreszcie nastąpiło pożegnanie. Najgoręcej dziękował mi chłopiec, którego odpytywanie przerwałam. Myślę, że jeśli nie on napisał utwór, za który dostał nagrodę, to i tak ma nauczkę do końca życia, bo był o krok od kompromitacji.

Rozejrzałam się po sali. Zostało nas czworo. Ja, dwie panie i jeden pan. Iksińskiej nie było. No, ale nie umiałam odejść do hotelu bez pożegnania. Postanowiłam zaczekać na Iksińską, choć tylko ja wiem, ile mnie to kosztowało. Pewnie dlatego rozpłakałam się. Wszyscy mnie uspokajali, że nic złego się nie stało. Przekonywali, że Iksińska zawsze była egzaltowana. Wszyscy widzieli, że chłopiec nie miał nic do powiedzenia. A ja nie powiedziałam nic obraźliwego. Dla uspokojenia zajęłam się myciem szklanki. Pomogło. Nawet uszczknęłam trochę sałatki. W między czasie wróciła Iksińska. Podeszłam i mówię, że chciałam się pożegnać i jeszcze raz przeprosić, za mimowolne…

Nie dane mi było dokończyć. U Iksińskiej doszło do drugiego ataku histerii. Znacznie gorszego.

- Pani zabiła we mnie wszelką wrażliwość! – Krzyczała. – Co z pani za człowiek!

Byłam w pułapce. Ta kobieta cierpiała, ale i mnie grunt usuwał się spod nóg. Nie wiedziałam, jak jej pomóc. Ona mnie oskarżała o same najgorsze rzeczy, a ja przecież powiedziałam tylko, by przestać przesłuchiwać chłopca, który ewidentnie nie miał nic do powiedzenia. Tymczasem iksińska wyła, miotała głową na boki, wreszcie znów zniknęła w drugim pomieszczeniu, gdzie siadłszy na krześle niemal waliła głową w biurko (lub w swoje oparte na nim ręce) wyjąc i strasznie szlochając. Oskarżała mnie przy tym o zabicie w niej wrażliwości, a potem o… zaprzepaszczenie wielu miesięcy pracy nad konkursem, zmarnowanie jej życia i tak dalej. A ja… Padłam przed nią na kolana i błagałam o wybaczenie.

- Pani Iksińska, ja nie wiem, co ja mam zrobić, przecież nie cofnę czasu. Ja nie chciałam. To był żart!

Nie wiem ile czasu minęło. Ale Iksińska wyła nadal i wyć nie przestawała wyjąc przy tym pod moim adresem słowa, z ktorych wynikao, ze ją zniszczyłam i zabiłam. Mnie podniesiono z kolan i odprowadzono do hotelu. Informacje o Iksińskiej nie poprawiły mojego nastroju. Usłyszałam, że mama jej umarła, późno wyszła za mąż, nie ma dzieci, zawsze była dziwna i egzaltowana. Padło też coś na temat jej abnegacji…

Hm. Mnie też umarła mama i to dawno temu. Umarł mi też tata, z którym byłam związana. Mogłabym wymienić jeszcze setkę nieszczęść, które mnie w życiu spotkały. Ale nie o to chodzi. Nie obwiniam świata o wszystko. Coś we mnie jest takiego, że zawsze szukam winy w sobie.

- Idź pani na kielicha i się nie przejmuj – powiedziała odprowadzająca mnie kobieta i pożegnałyśmy się przed hotelem.

Tam w recepcji spotkałam matkę i ciotkę jednej z laureatek. Dziewczynka nie przyjechała na rozdanie nagród właśnie ze względu na warsztaty. Była już kiedyś na poprzedniej edycji i publiczne omawianie własnej twórczości jej nie odpowiadało. Po odbiór nagrody wysłała mamę. Mama stwierdziła, że cyrk był niezły, ale ja nic złego nie zrobiłam. Zdaniem matki i ciotki tamta pani jest jakaś dziwna, a ja mam się nie przejmować.

- Ale to nie był koniec – powiedziałam.

- Nie? – Obie panie były zdziwione. Umówiłyśmy się na tegoż kielicha w hotelowym barze.

Gdy panie przyszły, koiłam nerwy rosołem z makaronem. Potem zamówiłam jeszcze jakiegoś kurczaka w sezamie i za ich namową jedno piwo. Rozpoczęłam opowieść. Gdy doszłam do sceny, kiedy ja klęczę i błagam o wybaczenie, a tamta wyje i rzuca się niemal waląc głową w biurko, panie… wybuchnęły śmiechem.

- Pani spojrzy z boku – mówiły jedna przez drugą. – Przyjeżdża uznana pisarka z Warszawy i choć nic złego nie zrobiła, klęczy przed jakąś wariatką i blaga o wybaczenie, a tamta nie przyjmuje tych przeprosin tylko dalej wyje! I to takie rzeczy! Przecież to cyrk!

Mnie nie było do śmiechu, ale… spędziłam miły wieczór. Rozmawiałyśmy o zwierzętach i jakoś… uspokoiłam się.

Wcześniej opowiadałam Ulubionemu. Też chichotał. Myślałam, że facet, więc po prostu nie rozumie, choć zawsze mnie rozumie naprawdę świetnie. Rano opowiadałam przyjaciółce, otwarcie mówiła, że to śmieszne. A gdy powtarzała swojemu mężowi, to mąż podobno rechotał nieprzytomnie. Wszyscy mówili, że to śmieszne. Śmiała się nawet koleżanka po piórze, do której zadzwoniłam, by jej to opowiedzieć. Ona też kiedyś w tym konkursie była jurorem i zna Iksińską, a ja chciałam, by pomogła mi zrozumieć to, co się stało. Koleżanka śmiała się mówiąc, że Iksińska egzaltowana, ale ona sama nie rozumie tylko jednej rzeczy. Po co przepraszałam? Przecież nie powiedziałam nic złego. Że ona dla świętego spokoju przeprosiłaby raz. A drugi raz, to by już tego nie robiła. Padło stwierdzenie, że ja też jestem niezła artystka skoro jeszcze uklękłam. Sama zaczęłam śmiać się z tego dopiero w pociągu. To wtedy zaczęłam patrzeć na to z boku, jak na film. I tak… jechałam pociągiem i śmiałam się. No rzeczywiście trochę to było jak cyrk. W pewnym momencie w pociągu nie mogłam powstrzymać wesołości, więc… wyłam. Siedzący na wprost pan raz po raz spoglądał z zainteresowaniem. Ponieważ widziałam, że zżera go ciekawość, więc opowiedziałam. W skrócie. Już po streszczeniu pierwszej histerii pan stwierdził:

- Ale juror to powinien być przecież na poziomie.

Pan był prostym człowiekiem. Myślał więc prosto. A ja zaczęłam jeszcze jedną rzecz analizować… Czemu tak przepraszałam? Czemu aż uklękłam? Rozwiązanie zagadki… przychodziło powoli, ale koniec końców przyszło… Analizowałam swoje uczucia. Jakie były, gdy klęczałam? Oto grunt usuwał mi się spod nóg. I tak nagle odkryłam, że to było tak, jak wtedy w dzieciństwie. A ta pani tak bardzo w tych histeriach przypominała moją matkę. I teraz rozumiem. Buchnęłam na kolana, bo zadziałał odruch opisany przez Pawłowa. Wróciło to, o czym przez lata zapomniałam. Zrobiłam to, czego wymagała ode mnie matka. Przepraszałam za niezawinione czyny.

Myślę, że teraz wiem, czemu w ogóle tak często przepraszam innych, choć nie zrobię nic złego. Ulubiony często zwraca mi uwagę, że to robię. Tłumaczy, że to nie moja wina, że jabłko miało robaka. A gdy tłumaczę, że przepraszam, bo to ja to jabłko kupiłam zauważa, że nie mogłam znać jego zawartości. Teraz już wiem skąd to we mnie jest. Zastanawiam się, czy nie pójść na terapię. A może skoro doszłam już do odpowiedzi na to pytanie, nie jest mi ona potrzebna? Wydarzenie w X miało najwyraźniej sens.

Napisałam to wszystko nie dlatego, że muszę publicznie opowiadać o swoim traumatycznym dzieciństwie. (To co opisałam to zresztą wersja „light”.) Napisałam z myślą o innych rodzicach, by uświadomić im, jak silnie wdrukowujemy w nasze dzieci pewne rzeczy. Jak silnie tkwią w nich one latami. Gdy są dobre, to dobrze. A gdy złe? Jest tak, jak ze mną. Przepraszam za niepopełnione winy.

Napisałam to też z myślą o innych dorosłych, którzy, jak ja w stosunku do Iksińskiej, zachowują się nieracjonalnie. Czasem warto zastanowić się, dlaczego to robimy. Wnikliwa analiza przyczyn i uczuć może przynieść wyzwolenie. Ja dzięki Iksińskiej poczułam się w końcu wolna.

Wiem już, że nie muszę być usłużna, naj i tak dalej. Nie muszę też za wszystko przepraszać. Nie jestem wszystkiemu winna. Nawet temu, że nie wszystkim podobam się, jako kobieta, ani jako pisarka, ani jako dziennikarka.

Od tamtego zdarzenia minęło sporo czasu. Iksinka do dziś się do mnie nie odezwała. I nie dlatego, że zmarnowałam jej życie, w skutek czego zmarła. Nic z tych rzeczy. Z tego, co wiem, to dalej z wrodzoną sobie egzaltacją robi swoje, nie patrząc na uczucia innych. Nie mam na myśli siebie i swoich uczuć, choć to we mnie swoim zachowaniem wzbudziła wielkie poczucie winy za nic, a tym samym wywołała demona przeszłości. Myślę o tych wszystkich młodych ludziach, którym publicznie robi wiwisekcję analizując ich twórczość na oczach i uszach innych osób. Bo kompletnie nie zrozumiała, czemu wtedy chciałam, by przerwała odpytywanie dwunastolatka. A tego, że inna laureatka nie przyjechała na rozdanie nagród, dlatego, by uniknąć ewentualnej publicznej analizy swojej twórczości, chyba nie jest świadoma.

Zatraceni w kapitalizmie

Historia, którą opowiem zdarzyła się wczoraj i dość mną wstrząsnęła. Oto jedna z koleżanek zachorowała na tzw. chorobę bostońską. „Bostonka”mylona bywa z ospą wietrzną. Jej objawami jest m.in. wysypka. Choroba uziemia w domu na mniej więcej dwa tygodnie i przechodzi samoistnie. W przypadku chorej na „bostonkę” koleżanki najpierw chorowali jej syn i mąż. Teraz ona. Tymczasem druga z koleżanek zaczęła wykrzykiwać:
- Mówiłam, by tu nie przychodziła, bo nas pozaraża! A ona tu siedziała! Przy moim komputerze! Dotykała mojej myszki! Dotykała mojej klawiatury! Jeżeli mnie zaraziła i ja będę chora i nie będę mogła chodzić do pracy, to będzie mi musiała zwrócić pieniądze, które mogłabym zarobić.
- Czy ty słyszysz siebie? – Spytałam.
- No co? – „Koleżanka-Histeryczka” krzyczała i siebie chyba jednak nie słyszała. – Uczciwie mówię! Chory nie powinien przychodzić do pracy! A jak mnie zaraziła to uczciwe będzie, jak zażądam zwrotu pieniędzy, które mogłabym zarobić, gdyby nie choroba, którą mnie zaraziła.
- Gdybym miała te pieniądze – powiedziałam, – to bym natychmiast rzuciła ci je w twarz, by nie słyszeć tych słów. Zastanów się co ty mówisz.
Ale „Koleżanka-Histeryczka” nie odpuszczała, tylko krzyczała dalej:
- Ona nie musi pracować! Pracuje tu tylko dla przyjemności! Jej mąż zarabia kupę forsy, a ja pracuję, by się utrzymać!
- Co to za zaglądanie komuś w portfel? – Oburzyłam się i uświadomiłam koleżance, że patrząc na nią z boku i na dom, w którym mieszka, ktoś kto nie zna jej sytuacji, też może powiedzieć, że mąż jej zarabia kupę kasy, a ona pracuje dla przyjemności.
No i taka to była dyskusja. Owszem, skoro w domu u „Koleżanki-Bostonki” szaleje zakaźna choroba to zgadzam się, że nie powinna ona była przychodzić do pracy. Niemniej jednak wygadywanie, by zwracała pieniądze tym, których zarazi w ramach rekompensaty za to, że nie będą mogli pracować i zarabiać, uznałam za smutny skutek szalejącego kapitalizmu, w którym przyszło nam teraz żyć.
„Koleżanka-Histeryczka” jeszcze przez chwilę wykrzykiwała swoje oburzenie na biedną chorą „Koleżankę-Bostonkę”, która potencjalnie mogła ją zarazić. A ja analizowałam, co stało się z nami – Polakami. Kiedyś podawaliśmy sobie ręce, pomagaliśmy, dzieliliśmy tym, co mamy. Dziś w sytuacji, kiedy ktoś jest chory, chora jest cała jego rodzina, z mężem i synem przedszkolakiem włącznie, ktoś… jeszcze od tej rodziny żąda pieniędzy za zarażenie tą chorobą. Nie ma refleksji, że może coś trzeba im pomóc, że może potrzebują wsparcia, zakupów, nawet podanych na kiju przez okno. Jest tylko proste „oddawaj kasę”. To, że na razie „Koleżanka-Histeryczka” nie została zarażona – pomijam. To jest bowiem jeszcze inna kwestia tak zwanej „paniki na zaś”.
Gdy od porannych wrzasków minęło może ze 40 minut zadzwonił mój telefon. To „Koleżanka-Histeryczka”, która mówiła już zupełnie innym głosem:
- Okropnie się zachowałam, prawda?
- Oj no wyszło z ciebie, co z tobą zrobił ten nasz chory kapitalizm.
Na to „Koleżanka-Histeryczka” płaczliwym głosem wyznała:
- Boję się, że wyszło jeszcze coś gorszego.
Cieszę się, że znalazła chwilę na refleksję, bo to super dziewczyna. Ale ta historia pokazała mi, w jaki okropnych czasach żyjemy. Pęd za pieniądzem, lęk przed utratą pracy i stabilizacji a co za tym idzie groźba wylądowania na ulicy sprawiają, że czasem zatracamy gdzieś człowieczeństwo. Przyznam, że gdy wczoraj słuchałam tych rozpaczliwych wrzasków spowodowanych bardziej lękiem przed ewentualną niemożnością zarabiania niż dyskomfortem spowodowanym chorobą przypomniał mi się fragment pamiętnika siostry mojej praprababci. Nie będę go streszczać. Oto Jadwiga z Gorczyckich Tyblewska spisując w dwudziestoleciu swoje wspomnienia napisała:

„Najpierw z naszymi dziećmi, nawet z naszą maleńką kruszyną w gorączce – Wandzią, zajechaliśmy do Ignasia 24.XII.1919 r. Przyjechał do nas do Sosnowca i zabrał na Piaski. Tam dostałam tyfusu plamistego, którym zaraziłam się w drodze i moja ukochana siostra Maryla pielęgnowała nas z zaparciem siebie. Było ze mną bardzo źle. 7 stycznia ksiądz dał mi ostatnie olejem św. namaszczenie. Obok mnie równocześnie leżał Ignaś na zapalenie płuc i hiszpankę. Byłam b. chora, ale pamiętam każde krwią splunięcie jego. Później zachorowała Gienia i mały ich Gieniuś na zapalenie oskrzeli. Zawsze sobie to mówię, że jeśli przywieźliśmy im hiszpankę, to w tym mieszkaniu było jeszcze nasze szczęście, bo u Ignasia nikt do nas nie miał pretensji. Ignasiowie byli wdzięczni, żeśmy do nich najpierw przyjechali. Teraz strach mnie przejmuje, że mogłam się rozchorować gdzieś u kogoś innego i komuś narobić strachu i ambarasu.”

Wnuk Jadwigi, wuj Eugeniusz Tyblewski dopisał w przypisach:

O tym przyjeździe opowiadała mi Matka następująco: Na Piaskach odbywała się właśnie Pasterka w domu zbornym kopalni, ponieważ nie było jeszcze na Piaskach kościoła, kiedy do Ojca mojego podszedł jakiś człowiek, który dopiero co wszedł do prowizorycznego kościoła i coś mu powiedział do ucha. Matka zauważyła, że Ojciec się cały zmienił na twarzy i natychmiast wyszedł wyjaśniając matce sytuację. Okazało się, że Jadwiga Tyblewska wraz z wujostwem Frankami przyjechali i czekają na Ojca na stacji kolejowej w Sosnowcu. Ojciec natychmiast wziął konie z kopalni i pojechał po swoich. Zastał ich w wyjątkowo opłakanym stanie, w złym zdrowiu i fatalnie wyglądających. Ponieważ wtedy wszyscyśmy chorowali i wymagali opieki, a z drugiej strony chodziło o to aby choroba zaraźliwa nie przedostała się na zewnątrz naszego domu, kopalnia dała nam specjalną pielęgniarkę oraz w ostrożny sposób zorganizowała dostarczanie dla nas żywności.

Czy dziś zakład pracy dałby pielęgniarkę i pomoc? Tak tylko pytam…

Pierwsze efekty

Gdy ruszałam ze stroną genealogiczną właściwie wspierała mnie tylko najbliższa rodzina i garstka przyjaciół. Reszta kiwała głową i uśmiechała się kpiąco. Widziałam te uśmiechy. Gdy komuś ze znajomych opowiadałam, że założyłam taka stronę, że skanuję zdjęcia, dokumenty i wrzucam z myślą, że może gdzieś, komuś to się przyda, często patrzyli z politowaniem. Ot, zabawa w pierdoły. Nawet jedna z koleżanek powiedziała:, „że też ci się chce tracić czas”. Dziś mogę powiedzieć, że ta „zabawa” i „strata czasu” ma sens. Oto odezwała się do mnie pani z Wrocławia, że ma wśród swoich przodków powtarzające się nazwisko takie, jakie i u mnie wśród przodków było. Przysłała w tej sprawie list. Odpisałam. Umówiłyśmy się na skanowanie tego, co ona ma, bo tak po rzucanych imionach i nazwiskach niewiele mogłam się zorientować. Minął miesiąc i przyszedł list od pani, a wraz z nim… wybuchła wielka bomba! Pani podesłała mi zdjęcia, z których część ja też w domu mam! I wiele takich, które pierwszy raz na oczy widziałam, ale z których spoglądały na mnie znane z innych fotografii twarze przodków. Dla niej zaś były one zupełnie niezidentyfikowane. Rozmawiałyśmy potem długo przez telefon. Oczywiście umówiłyśmy się dalej, ale ja dzięki temu zdarzeniu już na pewno wiem, że moja genealogiczna strona określana mianem „zabawy”, a którą zajmowanie się nazywane bywa „traceniem czasu”, ma naprawdę sens. Ba! Przecież czułam to już wcześniej. Opisywałam tu w swoim czasie historię, kiedy jeszcze w 2009 roku, przez przypadek na Facebooku odnalazła mnie moja stryjeczna siostra. Skanowałam wtedy dla niej zdjęcia przodków i czytałam jak łamanie po polsku i w połowie po czesku dziękuje mi, że dałam jej coś bardzo ważnego – tożsamość. Wtedy przekonałam się, jakie znaczenie dla człowieka ma wiedza o własnych korzeniach. Dziś mam kolejny dowód, że ogromne. Mam też dowód, że internet ma wielkie znaczenie i moc. Tylko trzeba umieć z niego korzystać.

Przyszła pora, by spytać

Nigdy o tym nie pisałam, ale chyba przyszła pora. Chyba to jest ten moment. Oto w Internecie przez przypadek trafiłam na książki pewnego księdza. Napisano o nim, że to „znany i ceniony przewodnik życia duchowego”. Staram się nie oceniać postępowania ludzkiego, ale… chciałabym wiedzieć, jak to w jego umyśle jest możliwe. Jak on to łączy? Otóż ten ksiądz jest synem chrzestnym moich rodziców. To trzymając jego do chrztu się poznali. Był 2 sierpnia 1953 roku. Mama powiedziała zresztą do jego rodziców:
- Ale mi wybraliście wypierdka na chrzestnego!
Jego rodzice odpowiedzieli podobno:
- Halina, daj spokój to uroczy człowiek.
Potem okazało się, że mój ojciec świetnie tańczył i pięknie śpiewał barytonem w chórze Harfa… Moi rodzice nie pobrali się jednak od razu. Najpierw Ojciec ożenił się z Marysią. Mama była na ich ślubie. Tylko na wesele nie poszła, bo… opiekowała się wspólnym chrześniakiem – przyszłym księdzem. Małżeństwo Taty z Marysią okazało się niewypałem. Dość szybko wyszło na jaw, że Marysia boi się mieć dzieci. Był to koniec lat 50-tych. Marysia miała tylko jedną nerkę, bo drugą straciła na skutek jakichś eksperymentów, które na niej robili Niemcy w czasie wojny. W każdym razie z jedną nerką bała się ciąży, jak ognia, a Ojciec marzył o córeczce. Wiem, że wyprowadził się od niej dość szybko. Rozwiedli się jednak dopiero po 6 latach. Tata mówił mi kiedyś, że nie chciał kościelnie unieważniać małżeństwa, bo to jest jednak pewnego rodzaju pranie brudów i grzebanie w intymnych sprawach. A on chciał być gentlemanem. Był. Nigdy nie powiedział na byłą żonę jednego złego słowa. Pamiętam prześmieszną historię, gdy pojechał na zlot z okazji jubileuszu KUL i najpierw wszyscy z jego roku zjechali do Niedzicy. W Niedzicy w zamku tłum, a on przedstawia się każdemu i całując kobiety w rękę mówi:
- Piekarski, Piekarski….
- Maciej! Ty się przed chwilą żonie przedstawiłeś! – Powiedziała koleżanka z roku.
- Co ty bredzisz Kaśka – obruszył się Ojciec. – Przecież Halina została w Warszawie.
- Ale pierwszej żonie.
Ojciec wrócił do pomieszczenia, z którego dopiero co wyszedł, przyjrzał się kobiecie i… rzeczywiście! Staruszka, którą ucałował w rękę i której się machinalnie przedstawił okazała się być tą byłą żoną. Podszedł do niej i przeprosił. Gdy wrócił do domu i nam to opowiedział, o mało z Mamą nie umarłyśmy ze śmiechu. Ojciec postanowił więc to jeszcze bardziej naprawić. Napisał do Marysi list (kopia jest gdzieś w domu), który odczytał nam pytając, czy tak może być. Zapamiętałam z niego jedno zdanie: „Proszę byś wybaczyła, że Cię nie poznałem, ale lata lecą i wzrok już nie ten.” Było to niezwykle eleganckie z Ojca strony, bo przyczyną nie był wzrok, który miał dobry jak sokół, ale fatalny stan zdrowia Marysi, która z tego powodu bardzo się zmieniła i okropnie postarzała. Nigdy jej nie poznałam osobiście. Raz widziałam, gdy siedziała po drugiej stronie baru w knajpie, w której byłam ze stryjem. Ale głupio nam było podchodzić. Jednak po śmierci Ojca Marysia sama zadzwoniła do mnie z kondolencjami. Dość długo wtedy rozmawialiśmy. Powiedziała o Ojcu, że to był bardzo dobry i porządny człowiek.

Z powodu małżeństwa ojca z Marysią moi rodzice mieli tylko ślub cywilny. Mama wstydziła się zresztą tego, że idzie za rozwodnika. Na ten więc cywilny „ślub” nie zaprosiła nikogo z rodziny. Był rok 1962. Szesnaście lat później ich syn chrzestny został księdzem. Gdy dwa lata wcześniej przystępowałam do komunii świętej jeszcze na niej był. Jako młody kleryk czytał nawet fragment z Pisma Świętego. Dostałam od niego „Nowy Testament” z wpisem, który kończył się słowami: „Twój starszy brat…”. (Dwa dni temu wpadł mi w ręce, bo czytaliśmy w Wigilię fr. ewangelii Św. Łukasza.) Wtedy podczas swojej pierwszej komunii widziałam go po raz ostatni. Jego rodzice zerwali kontakt z moimi, jako tymi, którzy żyją w grzechu. Kontakty zerwał z nami również ich chrzestny syn. Mama, gdy umierała w szpitalu płakała, że ma syna chrzestnego księdza, a on nawet jej nie odwiedzi. Ojciec, jak to Ojciec, taktownie milczał. Gdy sam umierał – tylko westchnął na wspomnienie.

Kiedy przed kilkoma laty robiłam reportaż „Po kolędzie” trafiłam do jednej z warszawskich parafii, której proboszcz, jako jedyny, zgodził się, bym taki reportaż nakręciła. Chodziłam więc po kolędzie z nim i jeszcze jednym księdzem. Mocno wierzę, że Bóg (lub jak kto woli, jakaś inna siła) każe czasami mówić takie rzeczy, jakie wtedy powiedziałam. Bo zupełnie bez powodu opowiedziałam księdzu, któremu towarzyszyłam w chodzeniu po kolędzie, tę historię. Opowiedziałam, jak rodzice poznali się trzymając księdza do chrztu i jak się potem od nich odwrócił. Nie podałam nazwiska i imienia księdza. Jedyną rzeczą, która mogła go zidentyfikować (jeśli ktoś go osobiście zna) była moja wzmianka o glinianych kogutkach gwizdkach. Zbierał takie. Gdy byłam dzieckiem, wraz z mamą kupowaliśmy je czasem dla niego. Gdy zniknął z naszego życia, dziwnym trafem nie zniknęło moje myślenie o jego kogutkowej kolekcji. Do dziś ilekroć jestem na targowisku ludowym i takie gliniane kogutki gwizdki są, ja zastanawiam się czy „mój starszy brat” ma w swojej kolekcji takiego, którego oglądam. Tylko raz kupiłam jednego z myślą, że może się spotkamy, to będę dla niego miała. Przecież ksiądz nie może być tak nieczuły! Gdy wtedy opowiadałam to wszystko księdzu kolędnikowi zauważyłam, że moja opowieść mocno go poruszyła. Gdy skończyłam spytał o nazwisko „mojego starszego brata”. Zawahałam się, ale ostatecznie rozmowa jest tylko między nami dwojgiem. Powiedziałam więc. Gdy je usłyszał – pokiwał smętnie głową.
- Tak myślałem – powiedział. – To jest ksiądz z naszej parafii. On też chodzi teraz po kolędzie, ale proboszcz nie chciał, żeby pani z nim chodziła, bo go parafianie niezbyt lubią.
Zaczęłam dopytywać się, czy zorientował się po kogutku glinianym, ale uspokoił mnie, że nie. Po tym zachowaniu.
„Mój Boże” – pomyślałam wtedy. – „Może Ty i jesteś wielki, ale świat, który stworzyłeś jest jednak bardzo mały.” Zaczęłam się też zastanawiać, czy nie odwiedzić „mojego starszego brata” i nie dać mu tego kogutka. Nie zdążyłam jednak podjąć decyzji, kiedy przyśnił mi się rodzinny obiad. W tym śnie przyszłam do rodziców, a moja mama cieszyła się jak dziecko. Witała mnie w drzwiach mówiąc:
- Małgosiu, ty wiesz co się stało? Jestem taka szczęśliwa. K. z A. przyszli! Tyle lat na to czekałam!
Weszłam do pokoju, a tam za stołem siedzieli przyjaciele rodziców. CI, których dziecko rodzice trzymali do chrztu. Wyglądali tak, jak wtedy, gdy widziałam ich po raz ostatni, kiedy szłam do pierwszej komunii.
Uznałam, że ten sen coś znaczy. Z jakiegoś starego notesu wygrzebałam do nich telefon i zadzwoniłam. Przedstawiłam się. Nie wiem czego się spodziewałam, ale reakcja mnie zaskoczyła. Nie poruszyło ich nie tylko to, że dzwonię, ale i to, że mi się przyśnili i to w taki sposób. A przecież moi rodzice nie żyją. Nie ruszyło ich to, że robiłam reportaż o chodzeniu po kolędzie w parafii ich syna. Przemilczałam wprawdzie to, co powiedział ksiądz z tej parafii, że „mój starszy brat” nie jest lubiany przez swoje owieczki. Usłyszałam, że oni chorowali, że wszystko dobrze i…. w słuchawce zapadła bardzo krępująca cisza. Pozdrowiłam więc ich, rozłączyłam się i… ku własnemu zdumieniu rozpłakałam! Gliniany gwizdek kogutek pozostał tam gdzie stał. Stoi zresztą do dziś.
Kilka miesięcy później ów ksiądz-chrześniak-brat odszedł z tej parafii do innej. Świat jest jednak naprawdę bardzo mały. Oto kilka tygodni później moja przyjaciółka, która jest bardzo religijna i chodzi co tydzień do kościoła, zwierzyła mi się, że ma problem.
- Muszę zmienić kościół lub mszę.
- Ojej? A co się stało? – spytałam.
- Takie fajne były msze i godzina nam pasowała, ale zmienili księży i w miejsce tego co miał takie fajne kazania przyszedł straszny nudziarz. No o niczym to jest!
Szybko sprawdziliśmy nudziarza w sieci. To był „mój starszy brat”!
Gdy dziś znalazłam opisy jego książek o duchowości, szukaniu Boga, itd. stwierdziłam, że może to znak, bym o tym napisała? Bo oto po raz kolejny zastanawiam się. Czy to wszystko się ze sobą nie kłóci? Czy ta jego duchowość nie kłóci się z tym, jak potraktował swoich rodziców chrzestnych odwracając się od nich? Wiem, że – jak mówiła moja mama: „różnych Bozia ma lokatorów”, ale o wiele silniej brzmią mi w uszach inne jej słowa, wypowiedziane wtedy w szpitalu, gdy kilka dni później zmarła: „Małgosiu! Mam syna chrzestnego księdza i on mnie nawet nie odwiedzi!” – szlochała. Ostatnio szperałam w rodzinnych fotografiach. Twarz „mojego starszego brata” patrzyła na mnie z kilku z nich. Jak wygląda teraz – wiem ze zdjęcia ze strony parafii, w której jest księdzem. Księdzem piszącym uduchowione książki. Księdzem, który o swoich pasjach mówi, że najbardziej interesuje go eschatologia, a także związek sumienia z duchem świętym. Chciałabym wiedzieć jak to widzi. Co mówi mu sumienie, co duch święty, a co eschatologia, (która m.in. zajmuje się pośmiertnym życiem człowieka, w którym wg. chrześcijan dusza zostanie osądzona) o rodzicach chrzestnych, od których on – ksiądz odwrócił się, jak od trędowatych, tylko dlatego, że nie mieli kościelnego ślubu. Ja po prostu tylko chcę to zrozumieć!

PS Stali czytelnicy wiedzą, że nie jestem osobą zbyt religijną. Wierzę po prostu, że coś jest.

Czekając na śmierć

„Jedyne co się Panu Bogu nie udało to starość” – mówiła moja sąsiadka. Była to pani, która ciężko chorowała na gościec zniekształcający. Ostatnie lata życia spędziła zresztą leżąc i czekając na śmierć. Nie działały już mięśnie ani rąk ani nóg, a kości na tyle dawno zmieniły swoje miejsce, że dłonie jej wyglądały jak połamane wiązki patyków, a stopy, jak korzenie imbiru. Spędzałam z nią sporo czasu. Opowiadała mi o swojej młodości, życiu, mężu, pieskach, kotkach i dzieciach. Najczęściej jednak mówiła o tym, że strasznie boi się śmierci. Nie bardzo wiedziałam co odpowiadać, więc przeważnie milczałam. Dziś pewnie zacytowałabym Wałęsę, który powiedział, że  jest pewien, iż w zaświatach jest lepiej niż na Ziemi ponieważ gdyby było inaczej „to ktoś by stamtąd uciekł”. Mimo wszystko wydaje mi się, że z sąsiadką lubiłam rozmawiać. Choć… miałam o niej swoje zdanie. Była wścibska. Pamiętam, jak kiedyś, gdy już jako nastoletnia pannica ją karmiłam, powiedział, że ciągle się zastanawia ileż pieniędzy mają sąsiedzi z dołu, bo tam teraz trzy osoby pracują. Oj, jak mnie to zaglądanie w cudzy portfel rozzłościło. Powiedziałam wtedy:

– Trzy osoby pracują, ale cztery gęby do żywienia, bo najmłodsza córka jeszcze się uczy. A u państwa trzy pensje, i trzy gęby do żywienia, a pani nawet butów nie potrzebuje.

Grzeczne to nie było, ale jakoś od małego nie lubiłam wścibstwa. Z czasem jednak nauczyłam się tego, o czym mówił mój Ojciec, czyli patrzenia na ludzi przez palce. Dlatego dziś często wybaczam dziwactwa, wady i śmiesznostki. Choć czasem zdarzają się wyjątki. Z reguły jednak dotyczą chamstwa. Sąsiadka o której wspominam, kiedy byłam mała, a ona jeszcze jako tako chodziła, przychodziła czasem zostać ze mną, by moja mama mogła wyjść do sklepu itd. Grzebała nam w szafach. Pewnego dnia zbiła wazon z ametystu – część zabytkowego kominka, którą ojciec dostał do wyceny z jakiegoś muzeum. Była chryja niesamowita. Nie pamiętam, jak się zakończyła, a i spytać dziś nie mam już kogo, ale wiem, że ametystowy wazon wraz z okruchami, do dziś stoi w bibliotecznej szafie. Wówczas moim rodzicom do głowy nie przyszło, że schorowana staruszka sąsiadka, która mieszka obok, może grzebać po szafach. A jednak! Ja od małego wiedziałam, że co nie moje – tego nie ruszam. W ojcowskich szufladach i zakamarkach zaczęłam grzebać dopiero po jego śmierci, której też się absolutnie nie spodziewałam. Ojciec śmierci się nie bał. Gdy skończył 60 lat powiedział, że przeżył rok dłużej niż jego ojciec, a to oznacza, że każdy rok jest darowany. Wyglądał zawsze na starszego niż był. Choć urodził się w 1932 roku często podejrzewano go o czynny udział w kampanii wrześniowej.

Po śmierci Ojca znalazłam w domu różne cudeńka. Bynajmniej nie złoto i brylanty, ale po prostu – papiery. Część z nich znałam, istnienia wielu nie byłam nawet świadoma. Teraz się przydają. To dzięki nim w swoim czasie wydałam książkę „Dziewiętnastoletni marynarz”, której głównym bohaterem jest brat mojego dziadka i jego listy ze Szkoły Morskiej w Tczewie. Teraz wraz z Ulubionym zrobiliśmy monodram „Listy do Skręcipitki”, do którego scenariusz powstał w oparciu o listy mojego pradziadka do prababci. Niedawno nagrano ze mną program „Saga Rodów”. To cykl reportaży opowiadający o rodach ludzi związanych z Warszawą i Mazowszem. Między innymi dzięki papierom, które odziedziczyłam po Ojcu, mogłam opowiedzieć o swoich przodkach. I tak powstał odcinek zatytułowany „Saga rodu Piekarskich”. Ponieważ dla potrzeb programu musiałam wyjąć z szuflad masę dokumentów i fotografii, więc postanowiłam je zeskanować. I tak od papierka do papierka przysiadłam i stworzyłam stronę genealogiczną, na której (z myślą o rodzinie, kuzynach, dalekich i bliskich powinowatych, a także wszystkich innych, którzy lubią takie rzeczy) staram się codziennie coś zamieszczać. Głównie skany dokumentów i zdjęć, bo aż tyle czasu na pisanie – nie mam.

Te odziedziczone po Ojcu papiery przydają się nie tylko dlatego, że tworzę coś nowego. Takie zetknięcie się z żywą historią sprawia, że pytanie o to, „Co po nas?” staje się bardziej natarczywe.

Zawsze miałam świadomość kruchości życia, przemijania, chwilowości człowieka na świecie, ale w zderzeniu z dokumentami, ilością (bo już nie liczbą) przodków, którzy rozlewają się we wszystkie strony, jak bezkształtna masa, czuję się na świecie coraz bardziej, jak ziarnko piasku. Jednocześnie z coraz większym zdumieniem i pewnego rodzaju obrzydzeniem spoglądam na świat celebrycki, który tworzy się przy okazji programów typu „Warsaw shore”, „Miłość na bogato” czy „Wawa non stop”. Ich niezachwiana wiara w bycie panami świata jest często powalająca.

Kilka dni temu trafiłam do domu pewnej starej pisarki. Nie chcę zdradzać szczegółów, bo pani z pewnością nie chciałby, aby ta historia ujrzała dziś światło dzienne i była z nią kojarzona. Dlatego nie podam ani jednego tytułu jej książki, ani jej wieku, ani szczegółów życiorysu. W każdym razie przy kawie i maślanych herbatniczkach rozmawiałyśmy o różnych rzeczach. Widząc stojącą opodal maszynę do pisania spytałam m.in. o to, czy pani coś pisze. To co usłyszałam mną wstrząsnęło. Pani cały czas pisze, bo jak powiedziała, „głowa działa”, ale oto jedną książkę już napisaną – straciła. Pani jest samotną osobą. Zakręcił się koło niej pewien młody człowiek, który przedstawił się jako wielbiciel jej twórczości. Znał wszystkie jej książki. Sporo o nich wiedział. Powiedział, że będzie jej menagerem i załatwi parę wywiadów. Pani, jak sama powiedziała, niespecjalnie na tym zależało, ale… młody człowiek załatwił. Honorarium on zainkasował, ale ostatecznie, jak powiedziała staruszka, „mam emeryturę, mam honoraria, głodem nie przymieram, a młody agent literacki, doktoryzujący się z literatury polskiej, jest chorowity, słabowity i pewnie mu się przyda”. Tym załatwieniem wywiadów czujność staruszki została poważnie uśpiona. Koniec końców dała mu do przeczytania jedyny egzemplarz swojej książki, której nie zdążyła jeszcze złożyć w wydawnictwie. Nigdy nie dostała go z powrotem. Młody człowiek z uporem maniaka wmawiał, że już jej oddał. Świadków nie było. Staruszka swoje lata ma. Kto uwierzy starszej osobie? Skoro wielu nie dożywa tak sędziwego wieku, a jeżeli już, to towarzyszy im koleżanka skleroza lub kolega Alzheimer? To jednak był nie koniec opowieści. W tym samym mniej więcej czasie, gdy w rękach młodego człowieka znajdowała się nowa książka, ale starowinka jeszcze nie upomniała się o jej zwrot, bo wyjechała na letnisko pracować nad kolejną, tenże młody człowiek przyjechał do niej i powiedział, że jest u niej w domu wymiana liczników wody. Że będzie jeszcze przez dwa dni za darmo, a potem trzeba będzie płacić. „Najważniejsza jest pani książka – zapewniał. – Ja za panią wszystko załatwię i przypilnuję.” Pisarka dała mu klucze od mieszkania. Następnego dnia, niespodziewanie przyjechała. Jak mi opowiadała trafiła się tzw. podwoda, a ona zapomniała z domu notatek. Stanęła w drzwiach. Mieszkanie wyglądało, jak po rewizji. Wyprute były wszystkie szuflady. Mody człowiek miał obłęd w oczach. Jak mi mówiła, czuła, że nie zabił je chyba tylko dlatego, że z miejsca zaproponowała obiad w restauracji – na swój koszt. Wyszli. Z jej rzeczy zginęły dokumenty, świadectwa pracy, papiery itp. Oczywiście też i inne przedmioty. Prawnik powiedział, że sprawa jest nie do wygrania, bo sama dała mu klucze. Świadków przekazywania książki nie było, a w sądzie, w razie rozprawy usłyszy, że jest to zemsta starej baby za to, że… ów młody człowiek nie chciał być jej kochankiem! Zatkało mnie! Ale… fakt. Tak to może wyglądać z boku. Starsza pani i młody człowiek. To zawsze jest podejrzane. Ja nie starsza pani, a jednak… jakże często prymitywnie odbierana jestem ja i Ulubiony?

Pani nie chce chodzić po sądach. Powiedziała zresztą, że żal jej młodego człowieka. Że jeśli się uda i zdąży przed śmiercią – odtworzy książkę z pamięci, choć na pewno nie będzie to już to samo.

Śmierć. Pani z kosą przeplatała się często w naszej rozmowie. Spytałam rozmówczynię, czemu nie pisze na komputerze.

„Bo ja dwadzieścia lat temu już czekałam na śmierć. I właściwie cały czas jej się spodziewam.” To była jedyna rzecz, która mnie ubawiła. Śmierć przecież przeważnie nie przychodzi wtedy, kiedy jej pragniemy. Ona przychodzi wtedy, kiedy się jej nie spodziewamy, a nawet nie chcemy. Podejrzewam więc, że moja rozmówczyni jeszcze pożyje. Jest zbyt żywotna, zbyt świadoma, a co najważniejsze zbyt zdrowa. Opowiedziałam jej zresztą stary kawał o Jasiu, który kłócił się z kolegami, kto z nich ma starszego dziadka.

- Mój ma osiemdziesiąt lat! – mówił Krzysio.
- Mój dziewięćdziesiąt – powiedział Andrzejek.
- A mój był tak stary, że musieliśmy go zastrzelić – powiedział Jasio.

Kawał straszliwie ucieszył staruszkę, która śmiała się dobry kwadrans. Kiedy powiedziałam jej, że przecież wie, że śmierć nie przychodzi wtedy, kiedy chcemy, odpowiedziała, że ona wie, ale… I tak zaczęłyśmy obie się zastanawiać, czy ten młody człowiek, który na tę jej śmierć czeka, ma tego świadomość? On ewidentnie trzyma te dokumenty, a także książkę, by na nich po jej śmierci zarobić. Spytałam, czy nie myślała o tym, że skoro jest taka sytuacja, a nie bardzo jest z niej wyjście, to może warto zdeponować gdzieś kopertę z informacjami o tym. By po jej śmierci, każdy w czyje ręce trafi maszynopis ukradzionej książki, czy dotyczące jej dokumenty – wiedział, że taka jest ich historia. Powiedziała, że to zrobiła. Choć wolałaby, aby młody człowiek dobrowolnie jej wszystko zwrócił. Fakt. Po jej śmierci może już nie być odwrotu. Rzecz się wyda. I tylko pytanie: Czy ktoś uwierzy zapiskom  z koperty? Czy też może uzna, że to zemsta odrzuconej starej kochanki, tylko tym razem zemsta zza grobu?

Ta rozmowa miała miejsce kilka dni temu, ale cały czas tkwi mi w głowie. Choć rozmawiałyśmy też na inne tematy – o mediach, telewizji, teatrze, modzie, literaturze, życiu, kotach, psach czy dzieciach, a jednak ten fragment najmocniej utkwił mi w pamięci. Dla pisarza utrata dzieła jest czymś strasznym. Ja zawsze robie kilka kopii. Ślę sobie na drugi komputer itd. Żałuję, że nie został ślad po moich powieściach i opowiadaniach z czasów podstawówki. Może nie były najwyższych lotów, ale ciekawe byłoby poczytać, co czym pod koniec lat 70-tych pisała dwunastolatka. Byłoby to ciekawe, nawet gdyby było nie wiem jak słabe. W nocy nie mogłam spać. Myślałam o jej książkach, o stylu pisarskim, o tym, że skradziona książka nie będzie mogła być wydana pod innym nazwiskiem, bo jest poniekąd autobiograficzno-reportażowa. Czy złodziej, by uniknąć kary, wyda ją jako swoje rozmowy z…? Mimo, że nie wierzę w sprawiedliwość ludzi, to wierzę w sprawiedliwość świata. Wierzę, że wraca do nas i każdy dobry uczynek, ale przede wszystkim wraca zło, które wyrządzamy ludziom.

Wczoraj byłam na pogrzebie cioci. To była ostatnia tak bliska mi osoba. Rodzona siostra mojej mamy. Cicha, spokojna, emerytowana urzędniczka poczty polskiej. Mieszkała w Lublinie. Widywałyśmy się średnio raz w roku, ale często rozmawiałyśmy przez telefon. Niby spodziewałam się, że odejdzie, bo ostatnio nie było z nią najlepiej. Nawet miesiąc temu jeździłam do Lublina do szpitala. Nie myślałam jednak, że stanie się to tak szybko. W myślach rozmawiałam z nią częściej niż w rzeczywistości, bo takie to moje życie jest zagonione, że często nie mam czasu na telefon. Wolne chwile mam o takich porach, że nawet nie wypada dzwonić do starych ludzi. I tak czas mija. Iluż pytań nie zdążyłam jej zadać. Wczoraj spoczęła w grobie z…. macochą swojego ojca, a mojego dziadka. To dopiero ironia losu!

Dziadek miał macochę, jak z bajek. Jego mama (a moja prababcia) umarła, gdy był małym chłopcem. Kobieta, z którą ożenił się pradziadek, nie lubiła jego synów z pierwszego małżeństwa. Faworyzowała tylko swoje córki. Inwestowała w ich przyszłość. Dlatego mój dziadek sam zadbał o swoje wykształcenie. Los chciał jednak, że obie jej córki zmarły bezdzietnie. Poznałam tylko jedną z nich, która wtedy, gdy ją widziałam, była siwiuteńką starowinką – emerytowaną nauczycielką. Mam po niej kilka książek. Moje starsze siostry cioteczne poznały jednak i samą macochę. Bały się jej. Słyszały, że dziadek zaznał od niej wiele złego, więc na wizyty szły mocno przestraszone. Paradoksalnie dziś nie potrafią mi opowiedzieć żadnej historii, która opisywałaby straszne zachowanie macochy względem dziadka. Teraz w grobie z nią spoczęła ciocia. Ostatnia córka pasierba, którego tak tępiła. Jedyna z jego dzieci, która opiekowała się jej grobem, gdy zabrakło jej córek, bo los sprawił, że mieszkała w tym samym mieście i żyła ze wszystkich najdłużej. Ciocia poprosiła, by pochować ją w garsonce jej matki, a mojej ukochanej babci. Ujrzawszy ciotkę w tej garsonce, którą tak dobrze znałam i pamiętałam nie mogłam wprost uwierzyć. Nie myślałam, że przez 30 lat po śmierci swojej mamy zachowała jej garsonkę. Ale wtedy… uświadomiłam sobie, że w mojej szafie wciśnięta w sam kąt tkwi żółta peleryna mamy. Ukochany jej strój, który też schowałam po to, by mnie kiedyś w niego owinięto i spopielono. Nie ma co kupować nowych ubrań. Nie przydadzą się nam na tamtym świecie. Nie wejdziemy tam nie tylko z majątkiem, który zgromadziliśmy na ziemi, ale z niczym, co materialne. Umierając będę więc musiała zostawić na ziemi wszystkich, których kocham i wszystko co kocham. Nawet to, co nie ma wartości dla nikogo poza mną, jak mój stary miś – Miamol-Pacan. Chętnie zabrałabym go do urny, ale często myślę, że może on będzie chciał dalej żyć. Tylko czy poza mną, ktoś jeszcze będzie go tak kochał?

Nasz stosunek do śmierci pokazuje naszą duchowość. Nasz stosunek do starości i starych ludzi pokazuje cywilizacyjny i kulturowy poziom naszego społeczeństwa.

Dziś pojechałam z kamerą na zdjęcia na piknik i grę miejską na placu Konstytucji. Kiedy wysiadałam z samochodu podobno uderzyłam w drzwi samochodu, który stał zaparkowany obok. Piszę „podobno”, bo nie usłyszałam, nie spostrzegłam i śladów tego zdarzenia-zderzenia nie było. Jednak siedzący w aucie obok kierowca z impetem otworzył drzwi i w wielu niewybrednych słowach skrzyczał mnie:

– Chamico jedna! Uderzyłaś w mój samochód! Mam go poobijanych przez takie bydło, jak ty! Jak otwierasz drzwi! – wrzeszczał niezwykle agresywnie i przyznam, że trochę się przestraszyłam. Boję się agresji. Ponieważ zawsze w zderzeniu z chamstwem staram się zachować spokój, tak więc i tym razem najpierw zaczęłam spokojnie tłumaczyć, że nic się przecież nie stało… Człowiek wrzeszczał nie słuchając mnie w ogóle. Mówiłam w tym czasie, że jeśli dotknęłam to przepraszam, ale drzwiom naprawdę nic nie jest. Facet zaczął grozić policją, co mnie nawet ucieszyło, bo chętnie bym popatrzyła jak próbuje, używając tych wyrazów, którymi mnie raczy, powiedzieć coś policjantom. Na koniec powiedziałam mu, że odzywa się skandalicznie i nie jesteśmy na „ty”. Facet zatrzasnął drzwi. Po chwili je znów otworzył, znów na mnie wrzeszczał, zarzucił mi kłamstwo, ale już na per „pani”. Ja powiedziałam, że mnie nie słucha. Ja po prostu uważam, że takie wrzaski są w ogóle nieprzystające do sytuacji. Operator, z którym byłam na zdjęciach miał ochotę faceta nawet pobić, bo był zbulwersowany tym, jak ów człowiek się do mnie odezwał. Na koniec wrzeszczący jeszcze spytała mnie czy jestem z Warszawy, a gdy potwierdziłam, usłyszałam, że pewnie przyjechałam z wiochy.

– Wie pan, każdy kiedyś skądś tu przyjechał – odparłam filozoficznie, ale taka jest przecież prawda. Gdyby nie zjeżdżali do Warszawy nowi ludzie, byłaby nadal, jak w XII wieku, rybacką nadwiślańską wsią. Przedstawiłam się jednak mówiąc, że może się przekonać kim jestem, a sam niech przemyśli swoje zachowanie. Rękawiczką wytarłam drzwi jego auta zapraszając go, by obejrzał, czy jest choć ślad. Osobnik (bo moim zdaniem ani to pan ani mężczyzna) jednak nie uznał za stosowne, by wysiąść i obejrzeć przedmiot sporu. I choć przestał mówić na „ty”, a zaczął na per „pani”, to nie omieszkał na końcu rzucić pod moim adresem: „Ty stara babo!”

Skończyłam w tym roku 46 lat. Dawno już nie jestem młodzieżą. Nie czuję się jednak stara.

– Pani Małgosiu, bo w człowieku starzeje się tylko skóra – powiedziała kiedyś moja montażystka, urocza pani Irenka. Zaczynam powoli rozumieć jednak ludzi, którzy w świecie, w którym jest kult młodości nie chcą wychodzić z domu i wolą oglądać świat przez szkło telewizora, a nawet tylko szybę okna własnego domu. Dzisiejszy świat nie jest przyjazny ludziom, którzy przekroczyli czterdziestkę, a co dopiero tym, którzy przekroczywszy osiemdziesiątkę czekają na nienadchodzącą śmierć.

Piętno na całe życie

Są takie momenty, które odciskają się piętnem na całym naszym życiu. Zwłaszcza, gdy mają miejsce w dzieciństwie. Pisałam tu kiedyś o moich dziadkach ze strony Ojca. Otóż Janina i Bronisław Piekarscy – rodzice mojego Taty – wzięli w czasie okupacji hitlerowskiej na wychowanie uratowane z transportu śmierci dziecko Zamojszczyzny. Ojciec opisał to w swoich wspomnieniach z czasów wojny, które już tu na blogu cytowałam. To dziecko, które dziś jest już na emeryturze, to mój Stryj. I nie ma znaczenia, że nie jest to „krew z krwi naszej”, a jedynie łata. To taka łata, która jest do nas bardzo mocno przyszyta. To dzięki Stryjowi w dzieciństwie dotykałam świni (a i mój syn mógł świni dotknąć), właziłam okrakiem na krowę, podbierałam kurom jajka. Gdyby nie Stryj, być może myślałabym, jak podobno dziś myślą amerykańskie dzieci, że mięso rośnie na drzewach, a mleko produkuje się i to od razu w kartonach. To spotkanie z wsią miało dla mnie ogromne znaczenie. Nie brzydzę się mleka prosto od krowy ani końskiego czy krowiego łajna. Umiem ręcznie wiązać snopki.

Na zdjęciu mój Stryj wtedy, gdy adoptowali go moi dziadkowie.

Mimo, że nie żyją ani moi dziadkowie, ani moi rodzice, ze Stryjem mam cały czas kontakt. Odwiedziłam go, gdy byłam w czarnej rozpaczy i czułam się zdradzona, opuszczona i samotna. Wtedy rozmowa z nim – prostym, ale życiowo mądrym człowiekiem – przyniosła ulgę. Był na naszym ślubie z Ulubionym, my byliśmy u niego jadąc w podróż poślubną. I tak dalej. Przedwczoraj Stryj przyjechał do Warszawy na groby. Chciał choć raz spokojnie przed Zaduszkami zapalić znicze u mojej babci i dziadka – swoich przybranych rodziców i u mojego Taty i stryjów – przybranych braci. Zawsze, kiedy przyjeżdża, rozmawiamy o tym, co z tamtego warszawskiego okresu swojego życia pamięta. Stryj urodził się w 1941 roku. Gdy trafił do moich dziadków miał 2,5 roku. Gdy odjeżdżał po wojnie w swoje rodzinne strony, miał niewiele ponad cztery lata. Z traumatycznymi historiami z dzieciństwa jest jednak tak, że jeśli jakieś za sobą mamy – to je pamiętamy. Dzieje się tak nawet wtedy, kiedy przytrafiły się w okresie życia, w którym jeszcze nie umiemy nazywać świata. Stryj wielokrotnie opowiadał mi, że Niemcy potrafią mu się śnić do dziś. Przez 20 lat po zakończeniu wojny potrafił moczyć się w łóżko lub zrywać w nocy zlany potem. Ci Niemcy prześladowali go, jak za życia, kiedy przemocą oderwali dwuipółlatka od matki i więzienną karetką wywieźli, by zamknąć w bydlęcym wagonie wchodzącym w skład transportu śmierci. W sobotę rano zawiozłam jego i Ulubionego na cmentarz na Sadybie. Tam leżą dziadkowie. Ulubiony opowiadał potem, że Stryj bardzo chciał zobaczyć studnię, do której zaglądał, a moja prababcia Karolcia (tytułowa Skręcipitka z monodramu Ulubionego) trzymała go za nogi i prosiła, by uważał. Ulubiony popytał ludzi na cmentarzu i dowiedział się, że jest to jedyna studnia na tej nekropolii. Stryj z pół godziny patrzył na nią, oglądał ze wszystkich stron, przywoływał wspomnienia, by na końcu stwierdzić, że wprawdzie wygląda trochę inaczej, ale już wie, ze to jednak ta. Wcześniej pojechaliśmy pod dom dziadków i na ulicę gdzie mieszkali. Stryj chciał przypomnieć sobie dawny widok. Powiedział, że pamięta gdzie w mansardowym mieszkaniu na trzecim piętrze przy piecu stało jego łóżeczko.

Stryj ma cechy analityka. Dużo zastanawia się, ale… rozumuje po chłopsku, czyli na logikę lub, jak kto woli na zdrowy rozum. Gadaliśmy sporo o ostatnich gorących tematach: pedofilii w kościele, księdzu Lemańskim i polityce. Wnioski miał takie, jak Lech Wałęsa: „Ludzie mówią, że polski kościół zły, a przecież kościół to my. Kościół jest taki, jaki jest naród. My się musimy zmienić. My powinniśmy być lepsi.” Po wizycie na cmentarzu na Sadybie pojechali z Ulubionym na Powązki. Tam do nich na chwile dołączyłam. Poszliśmy do moich rodziców, którzy leżą w jednym grobie z taty babcią (Skręcipitką) i jej mężem Antoleńkiem. Potem pożegnaliśmy się. Ja musiałam wracać do pracy w redakcji. Ulubiony został ze Stryjem, który chciał spokojnie pochodzić po Powązkach. Obejrzał z uwagą katakumby i Aleję Zasłużonych i… zapragnął zobaczyć grób Bieruta. Ot taka chłopska ciekawość. Jak też to wygląda? W dzieciństwie przecież tyle o tym Bierucie było. Gdzież on leży? Problem był w tym, że Bieruta pochowano na tzw. Powązkach Komunalnych, czyli dawnych wojskowych. To cmentarz nie przy kościele, a jakiś kilometr dalej. Jak mi potem Ulubiony opowiadał, poszli tam na piechotę. Stryj zresztą zaprawiony w marszach. W końcu na wsi ludzie głównie chodzą pieszo. Ulubiony mówił, że grobu peerelowskiego wodza szukali dość długo. Poszukiwania ich ubawiły, bo zapytani o to gdzie leży Bierut byli im niechętni. A jedna ponoć całkiem elegancka pani nawet powiedziała:

- A w dupie mam, gdzie te skurwysyny leżą.

I tak myślę sobie, że dla Stryja piętnem na całe życie są Niemcy, a dla wielu ludzi ten Bierut, który z wizyty w Moskwie wrócił w tzw. dębowej jesionce.

Trzy razy Zet, czyli zapracowana, zapominalska, zasypiająca


Wczoraj odbył się ostatni przed wakacyjną przerwą spektakl „Listów do Skręcipitki”. Ponieważ z powodu wyrwanego zamka auto jest w naprawie, więc… wszystko trzeba było robić na piechotę lub korzystając ze środków transportu miejskiego. To czasem spowalniało pracę. Wczoraj oprócz spektaklu miałam ślub koleżanki i kolegi z pracy. Nie mam zgody na ujawnienie wizerunku, więc tylko publikuję zdjęcie limuzyny, którą przyjechali pod kościół. Nietuzinkowa, prawda? Dzień wcześniej pędziłam po prezent dla nich (w imieniu redakcji), wcześniej robiłam zrzutkę na ten prezent i tak właściwie, jak sięgnę pamięcią – to ostatni tydzień zleciał mi na pracy nad wczorajszym spektaklem i ślubem, na który wpadłam jak burza, by tak samo szybko z niego wypaść. W każdym razie z tego powodu zapomniałam:

Poinformować ewentualnych zainteresowanych, żeby słuchali w sobotę rano audycji „Sygnały dnia”, w której pani Dorota Świerczyńska rozmawia ze mną o moich domowych archiwach i o tym, co z nimi robię. Na szczęście można tego posłuchać na stronie Polskiego Radia:

Zaprosić do oglądania zrealizowanego przez Jacka Kadaja filmu dokumentalnego „Zdarzyło się naprawdę”, który opowiada o tym jak i na podstawie czego powstały „Listy do Skręcipitki”

Z jednego pnia, czyli ja, jako Kargul z Warszawy

Gdy przeciętny Polak ogląda trylogię Sylwestra Chęcińskiego z Kargulem i Pawlakiem śmieje się nie tylko z treści, ale też z języka bohaterów. O ileż razy śmiałam się z tych dialogów. Nigdy nie przypuszczałam, że sama dla kogoś mogę być kimś w rodzaju Kargula lub Pawlaka.

Obiecywałam kiedyś, że napiszę o swojej nauce ukraińskiego i chyba nadszedł ten moment. Za kilka dni mam kolejną lekcję i siedzę nad zadaniami domowymi. Uczyć zaczęłam się ze względu na Ulubionego. Uważam, ze jak się z kimś jest na zawsze, na dobre i na złe, to trzeba poznać kulturę w której wyrastał, a przede wszystkim język. Teoretycznie mogłabym z jego rodziną rozmawiać po rosyjsku, bo przez lata był to język urzędowy ZSRR do którego należała przecież Ukraina. Na dodatek teściowa, zwana przeze mnie z ukraińska Swiekruchą Natalką, skończyła m.in. filologię rosyjską. Ale przecież nauka języków rozwija. To, że po ukraińsku rozumiem to jedno. Trzeba jeszcze mówić. No i tu zaczęły się schody. Przez prawie 10 ostatnich lat sprzątały u mnie Ukrainki: Sława, jej siostra Swietłana i córka Halinka – przemiłe kobiety spod Lwowa. Na początku po polsku mówiła tylko Halinka. Ponieważ po rosyjsku rozmawiać nie chciały, więc… każdy mówił po swojemu. To byli prości ludzie, więc prowadziło się z nimi proste rozmowy. W pamięć wryły mi się urodziny Swietłany. Z niejakim Panem Włodkiem, niemówiącym po polsku nawet słowa, opowiadaliśmy sobie kawały. On po ukraińsku, ja… próbując po ichniemu. jakoś szło. On znał głównie kawały świńskie. Nie chciałam być dłużna. I tak doszliśmy do momentu, kiedy opowiedziałam mu kawał o Jasiu, a on mi o Iwanku. Ja opowiedziałam o tym, jak to Pani wezwała Ojca Jasia na rozmowę, bo Jasio strzelił na lekcji z torebki po cukrze i ona mało na zawał nie zeszła. Ojciec Jasia wysłuchał skargi, pokiwał głową ze zrozumieniem i machnąwszy ręką odparł: „Pani! To nic! Pani wie, co ten gnojek kiedyś zrobił? Ja spokojniutko dymam kózkę za stodółką, a ten, jak nie strzeli z wora po cemencie, to mi w rękach tylko rogi zostały!”. Na to Pan Włodek (po ukraińsku): To ja znam podobny (po ukraińsku „podibny”) o Iwanku. Pani wezwała ojca Iwanka, bo on namalował tak realistyczną muchę na ławce, że próbowała ją zabić i prawie wybiła palce. Ojciec („Batko”) Iwanka pokiwał głową („hołową”) i powiedział: „Pani! To jest nic! Pani wie, co ten Picasso kiedyś zrobił? Namalował na płocie tak realistyczną gołą babę, że drzazgi z chuja („chuja”, a jakże!) to przez tydzień wyciągałem.” Również wtedy usłyszałam toast, który jak mi oznajmiono jest najczęściej wznoszonym urodzinowym toastem na Ukrainie. (Napiszę po ukraińsku, bo moim zdaniem trudno nie zrozumieć.)

„Wypijmy za tu datu
Szo mama dała tatu
Szoby mama ne dała tatu
Ne byłoby tu datu”.

Trochę się zdziwiłam, że to jest typowe, bo takie trochę nieprzyzwoite, ale co kraj to obyczaj. Mniej więcej wtedy podczytałam, że ukraiński, polski i słowacki z czeskim są najbliższymi sobie językami słowiańskimi. Ukraiński z polskim mają 75% słów bardzo podobnych. („Podibnych”!) A co najciekawsze, jak napisze się ukraiński tekst alfabetem łacińskim to… wygląda podobnie do słowackiego.

Kiedy zaczęłam spotykać się z Ulubionym, a potem zamieszkaliśmy razem, moja wiedza na temat ukraińskiego była i spora (jak na Polkę) i nie duża (gdy porównam z tym, co wiem dziś). Miałam już na swoim koncie przeczytane kilka wierszy Szewczenki (Sława przywiozła mi z jednej z podróży do domu) w oryginale i zaczynałam czytać książkę dla dzieci. (To najlepsza metoda nauki – czytać.) Kilka książek nadesłał mi mój przyszły wydawca, z którym później, już dzięki pomocy Ulubionego, podpisałam umowę wydawniczą.

Gdy przed ślubem pojechaliśmy na Ukrainę połączyć poznanie teściów z odebraniem ukraińskiej wersji „Klasy pani Czajki” od wydawcy, postanowiłam spróbować mówić po ukraińsku.

Kolega z pracy, który urodził się w Kijowie, a ukończył na UW filologię rosyjską opowiedział mi rosyjski dowcip o języku ukraińskim:

„Kak budiet pa ukrainski ‚Izwienitie pożalujsta pawtaritie jeszczo raz’”?
„Szo szo”?

(Jak będzie po ukraińsku: „przepraszam bardzo, proszę powtórzyć raz jeszcze?”
„Co co?”)

Ulubiony zrywał boki ze śmiechu. Ja rozumiałam ten dowcip jednowarstwowo. Tak, jak go przetłumaczyłam. Nie miałam świadomości, że jest jeszcze sprawa akcentu i że jego najbardziej ubawiło „szo szo” w moim wykonaniu. Myślał wtedy jednak, że to z mojej strony żart. Prawda o „moim ukraińskim” przyszła później. Mam taką cechę (dla jednych pewnie to zaleta, dla innych wada – wszystko zależy, jak kto na to patrzy), że bez względu na to, jak znam jakiś język, to od razu staram się w nim mówić. Jadę na Słowację – dukam po słowacku. Najwyżej coś przekręcę. Jadę do Włoch – też dukam po włosku mieszając z łaciną i francuskimi słowami, ale… dogaduję się. Może dlatego, że na studiach musiałam czytać książki po włosku i wykładowców g. obchodziło, że włoskiego nie znam. Chętnie bym pojechała do Hiszpanii i zobaczyła jak tam sobie poradzę, ale… „lo siento”, na razie nie mam na to szans. Na Ukrainie mówiłam więc tak, jak nauczyłam się od Pana Włodka, Sławy, Swietłany i Halinki. Wprawdzie wszyscy mówili troszkę inaczej, ale kładłam to na karb, że może ze względu na mnie starają się mówić wyraźniej. Niby Ulubiony początkowo stawiał trochę oczy w słup, ale wydawało mi się, że robi tak dlatego, że w domu przecież gadamy po polsku i on właściwie pierwszy raz słyszy mnie w akcji, jak gadam po ukraińsku. Swiekrucha Natalia czasem miałam wrażenie, że ma z kolei oczy, jak spodki, a nawet jak młyńskie koła, ale nic nie mówiła. Czasem przechodziłyśmy na rosyjski i jakoś się dogadywałam. Teść w ogóle zachwycony mną, a zwłaszcza tym, że spokojnie kończę za niego zdania. Polski przodek Ulubionego ze względu na przebyty wylew bardzo słabo mówi. Często trzeba się domyślać. Ja się domyślałam i kończyłam za niego zdania. Najdziwniejszą minę miał Ulubionego przyjaciel z dzieciństwa, niejaki Nazar. Myślałam jednak, że ponieważ to pan inżynier (specjalista w jakiejś wielkiej fabryce części do czołgów), a ja humanistka, więc może to wynika z tego zetknięcia się umysłu ścisłego z humanistycznym? Czułam jednak jakiś dyskomfort. Zwłaszcza, gdy opowiadałam kawały, bo nie byłabym sobą, gdybym nie opowiadała kawałów. Coś czasem wszyscy aż za bardzo się śmiali. No śmieszne to wszystko, ale żeby aż tak? Dlatego stwierdziłam, że po powrocie z Ukrainy zapisuję się na ukraiński. Przez internet znalazłam nauczycielkę i tak doszło do pierwszej lekcji. Polegała na tym, że miałam po ukraińsku opowiedzieć coś o sobie, by pani (Polka urodzona na Ukrainie) zorientowała się na jakim jestem poziomie. No to zaczęłam opowiadać. Gadule takiej, jak ja, jest wszystko jedno w jakim języku gada, byleby gadała. I tak jak otworzyłam jadaczkę, to byłam nie do zatrzymania. Pani na początku próbowała mnie poprawiać, ale… szybko przestała i zaczęła coś sobie notować. Jak się później („piznisze”) okazało – moje błędy. A potem powiedziała:

- Takiego surżyka to w życiu nie słyszałam! I ja nie wiem co tu z tym zrobić. Bo pani mówi, ale ja nie wiem jak to naprawić. Zwłaszcza ten akcent, jak… – i tu utknęła próbując znaleźć odpowiednie słowo, a jednocześnie mnie nie urazić.

Wtedy po raz pierwszy dowiedziałam się, że mowa, którą się posługuję myśląc, że jest językiem ukraińskim jest… mieszaniną słów ukraińskich i rosyjskich zachwaszczonych polskimi. A co najgorsze ten akcent. Podobno jak z zapadłej ukraińskiej wsi. „Szo szo” w moim wykonaniu było odpowiednikiem polszczyzny Kargula i Pawlaka. Dopiero teraz zrozumiałam spojrzenie Nazara, wytrzeszczone oczy Ulubionego i niektóre miny Swiekruchy Natalii. Cóż… moje wzory mowy ukraińskiej, czyli Sława, Swietłana, Halinka i Pan Włodek byli najpewniej właśnie z takiej zapadłej ukraińskiej wsi. Przypomniałam sobie wielkie zdziwienie, jak prosiłam, by przywieźli mi Kobziarza Szewczenki. Sława cztery razy się upewniała, czy na pewno ją o to proszę, czy to żart. „A ne horyłku”? – pytała wtedy. Teraz zrobiło mi się głupio. W rodzinie Ulubionego nikt mi nie powiedział, że gadam zachwaszczonym surżykiem. Pani Profesorowej, czyli babci Helence nawet powieka nie drgnęła, gdy przyszła wnukowa na eleganckim podwieczorku z kawą zaciągała, niczym Bronka z „Daleko od szosy”.

Ulubiony, ten mój żal spowodowany tym, że nie zwrócił mi uwagi na to jak mówię, skwitował stwierdzeniem: „ale to było urocze.” Ładne mi urocze. Język, jak z „Konopielki”. Gdy to sobie uświadomiłam rozpoczęłam walkę z dziesięcioletnimi nawykami językowymi. Walkę o czystsze mówienie po ukraińsku. Na szczęście miałam już kupiony „pidrucznik ukrainskoj mowy”. Teraz trzeba było odrabiać lekcje, by to wszystko uporządkować. Gdy po ślubie pojechaliśmy na Ukrainę Swiekrucha Natalia przyznała, że zrobiłam ogromne postępy. Spytałam, czemu mnie nie poprawiała wtedy, czemu wszyscy tolerowali te moje wsiowe gadanie, odparła, że dla niej najważniejsze było, że rozmawiamy i to co mówię, a nie jak to mówię.

Od czasu pierwszej lekcji zdążyłam już przeczytać nie tylko książkę dla dzieci, ale „Martina Borulę” – XIX-wieczną komedię Iwana Karpenki-Karego. Ulubiony skończył Akademię jego imienia, więc chciałam wiedzieć co napisał facet, który jest patronem ukraińskiej teatralki – jego dzieł nigdy nie przetłumaczono na polski. Na podstawie tej komedii twórczość Karpenki-Karego określiłabym mieszaniną Moliera z Fredrą i Zapolską. Teraz, dzięki tabletowi, czytam też ukraińskie portale informacyjne i właściwe ten język ma dla mnie coraz mniej tajemnic. Co jest natomiast niezwykle ciekawego. Z podobieństwa obu języków wynika czasem masa dziwnych, a przede wszystkim zabawnych sytuacji. Pewnego dnia zadzwoniła Swiekrucha Natalia. Miałam zapalenie gardła, więc gadałyśmy o sposobach walki z przeziębieniem, a zwłaszcza z infekcją gardła. Swiekrucha Natalia, jak przystało na profesorską córkę i osobę wykształconą polecała mi różne lekarstwa mówiąc, że może w Unii też jest taki medykament. Ja jej na to, że nie lubię lekarstw i wolę domowe sposoby. Ponieważ Swiekrucha Natalia w domowych sposobach też jest dobra więc… poradziła na gardło obwinąć szyję szmatką namoczoną w czymś co określiła: „uksus” Ponieważ rozmawiałyśmy po ukraińsku, a to brzmiało, jak rosyjskie słowo oznaczające „ocet”, więc zaczęłam dostawać schizofrenii i spytałam:

- A to „uksus” po ukraińsku nie jest „ocet”?

Swiekrucha Natalia zamilkła na chwilę i odparła:

- No ocet. A po polsku jak?

- No ocet – odpowiedziałam.

A ponieważ po ukraińsku cebula to „cebula”, a nie jak w rosyjskim „ług”, a kartofle „kartople”, są też „fasola”, „kapusta” i inne, więc umówiłyśmy się, że będzie mi jednak mówiła te słowa po ukraińsku, bo jeśli idzie o warzywa i owoce to w ponad 90% są to takie same słowa. Jak nie będę rozumiała to powiem.

Nauczycielka ukraińskiego ostro walczy z rusycyzmami w moim ukraińskim, więc staram się pilnować. Żadnego janwarja – siczeń. Fiewralja też nie ma. Tylko ljuty.

Z ukraińskim jest jeszcze jedna zabawna sprawa. Pani Profesorowa, czyli Babcia Helenka, całe życie mieszkała na Zakarpaciu (do rodziny należały połacie ziemi między Swalawą i Mukaczewem. Przed wojną były to Węgry i mieszkało tam sporo ludności słowackiej). Gdy pierwszy raz ją poznałam słuchałam jej mowy, jak urzeczona. Oto kobieta mówi po ukraińsku, ale… ze słowackim akcentem. (Na Słowacji byłam wielokrotnie, więc wiem o czym mówię i co słyszę.) Niby teoretycznie to ukraiński, ale… brzmi, jak słowacki. Swiekrucha Natalia widząc moją minę próbowała mi tłumaczyć co Babcia Helenka mówi, ale uspokajałam, że rozumiem tylko po prostu jestem zdziwiona tym akcentem. Wzruszyła ramionami. Dla niej norma. Powiedziałam Ulubionemu o słowackim akcencie babci. Też wzruszył ramionami. Ulubiony, choć rodzice mieszkają na granicy ukraińsko-słowackiej, jakoś nigdy nie był na Słowacji. W czasie podroży poślubnej pojechaliśmy jednak do Besenowej. W Liptowskim Mikulaszu poszliśmy na obiad. Gdy przyszła kelnerka i zaczęła zbierać od nas zamówienie Ulubiony dosłownie wytrzeszczył oczy. Potem powiedział, że połowa wyrazów to jakby ze słownika Babci Helenki i na dodatek wymawiana tak, jak robi to babcia. Niby po słowacku, ale… jak ukraińska babcia. Dopiero wtedy zrozumiał te moje wytrzeszczone oczy.

Gdy pewnego dnia odwiedzał nas zwany przeze mnie Szwagroszczakiem brat Ulubionego, przekonałam się, że ten jeden pień języka ukraińskiego, polskiego oraz słowackiego i czeskiego to jest coś naprawdę niesamowitego. Ze Szwagroszczakiem jest tak, że jak widzimy się na Ukrainie to rozmawiamy po ukraińsku, ale gdy on jest w Polsce to rozmawiamy po polsku. Ponieważ rzecz działa się w Warszawie, więc rozmawialiśmy po polsku. Wróciliśmy ze spaceru po Starówce i spytałam, czy chce już obiad. Szwagroszczak z rozbrajającą szczerością odpowiedział, że on by zjadł i to RYCHŁO, bo jest strasznie głodny.
Zamurowało mnie! Rychło to szybko po słowacku i czesku. Po polsku to raczej staropolszczyzna, która istnieje chyba tylko w związku frazeologicznym „rychło w czas”. Powiedziałam mu o tym, a on na to po chwili milczenia:

- No tak… Dwa lata w Brnie zrobiły swoje. Już mi się wszystko myli.

No bo tak to jest, ze Szwagroszczak, który teraz w Polsce się doktoryzuje z jakichś przerażających informatycznych dziwadeł, wcześniej mieszkał w Czechach. Dlatego z języków słowiańskich oprócz ukraińskiego, rosyjskiego i polskiego zna także czeski. Ten to dopiero ma w głowie mętlik!

Ulubiony po polsku mówi prawie bez akcentu. Zdarza się, że dopiero po bardzo długiej rozmowie ktoś zaczyna się pytać skąd jest, ale przeważnie do głowy mu nie przychodzi, że dla Ulubionego polski nie jest tym „pierwszym” językiem.

Napisałam to wszystko, bo dziś, gdy spóźniałam się w jedno miejsce przypomniała mi się pewna opowieść Halinki, która kiedyś wywołała u mnie atak śmiechu. Otóż jedna z pań, u której Halinka sprzątała, oskarżyła ją o mówienie brzydkich słów przy dziecku. Zdaniem tej pani, Halinka miała przy ośmio- czy dziewięciolatku krzyknąć na cały regulator bardzo brzydki, obraźliwy i plugawy wyraz, którego miejsce jest na płocie, a nie przy uchu dziecka. Halinka zarzekała się, że jak sprząta to milczy i nic nie mówi, a już na pewno nie takie brzydkie słowo. Po chwili jednak coś sobie przypomniała. Oto w czasie odkurzania zadzwonił jej telefon. Odebrała. Po drugiej stronie słuchawki była Sława. Pytała ją o której wróci. Halinka, stwierdziwszy, że ma jeszcze dużo pracy odpowiedziała po ukraińsku krotko. Jednym tylko słowem:

- Pizno.

To było to brzydkie słowo. Jednak, że zostało odebrane wbrew swemu znaczeniu Halinka zrozumiała później (po ukraińsku „piznisze”).

Aha. Słynny toast o „piciu za tę datę”, który podobno jest niemal narodowym toastem, Swiekrucha Natalia po raz pierwszy usłyszała… ode mnie. Skwitowała jednym zdaniem: „Ja się nie dziwię, że na zachodzie mają nas za nieokrzesanych chamów, jak ludzie taki folklor do Unii przywożą.” Cóż… to trochę tak, jakby ktoś na zachód wywiózł taką wersję „niech mu gwiazdka”:

„A kto zdrowia nie wypije taki jest niewdzięczny
będzie wzwód miał raz do roku w dodatku wewnętrzny,”

I pomyśleć, że ja z tej Unii, dumna, że znam trochę ukraiński, przywiozłam na Ukrainę „Szo szo” z takim akcentem, że do dziś, jak sobie sienie przypomnę to się z siebie śmieję. Normalnie Kargul z Warszawy!

PS Podejrzewam, że Polacy jeżdżący do pracy fizycznej na zachód też tak się prezentowali jak moje Ukrainki. No bo to, czego nauczyli po polsku różnych obcokrajowców, możemy znaleźć w sieci.

Gówno na serniku, czyli znów mój PRL

Gówno na serniku, czyli znów mój PRL
Ponieważ z jednej strony siedzę i piszę, a jeszcze na dodatek coś tam oglądam, więc na czytanie nie zostaje mi zbyt dużo czasu. Książkę „Nasz mały PRL. Pół roku w M-3 z trwałą, wąsami i maluchem” smakuję powoli. Ale to dobrze. Mam sporo myśli o swoim PRL. Znów przelatują mi przed oczami obrazy. Autorzy, którzy na pół roku w pewien sposób zamknęli się w PRL-u sporo piszą o kolejkach i zatowarowaniu sklepów. A mnie się przypomina moja mama i…
Kolejki w PRLu były długie. Traciło się w nich sporo czasu. Ludzie rozmawiali ze sobą. To wszystko fakty. W latach 80-tych to nawet opowiadali sobie dowcipy polityczne. Mama stała kiedyś w kolejce do warzywniczego. Po co? Nie pamiętam. Na wieżowcu noszącym numer Krasińskiego 10a  zobaczyła napis. Nie rozumiała co znaczy, więc zaczęła czytać na głos: „Junta to Juj”. Hmmm. Co to u licha znaczy? Hiszpańskiego mama nie znała ni w ząb, więc nie miała pojęcia, że ichnie „J” czyta się jak „H”. Magiczne zdanie, które jawiło jej się jakimś dziwnym szyfrem, powtarzała półgłosem dobre kilka minut, aż jakaś stojąca za nią pani spytała, czy matka może się uspokoić i czy jest naprawdę taka głupia, że nie wie o co chodzi w tym napisie. Dopiero ten „peerelowski opierpapier” oświecił mamę i pojęła treść magicznego, krótkiego hasła na ścianie bloku. Był rok 1982.
W tymże bloku Krasińskiego 10a latami był sklep spożywczy typu SAM. Nazywaliśmy go w domu „sklepem pod schodami”, bo obok drzwi wejściowych były wielkie kręcone schody, które prowadziły praktycznie donikąd, choć powinny na poszczególne piętra. Jednak i tak na wysokości I piętra drzwi wejściowe na klatkę schodową były zamknięte. A wyżej wejść się nie dało, bo była krata. Tak wyglądało przestrzeganie zasad BHP w PRL i chyba nic się w tej kwestii nie zmieniło. Obok naszego domu, w bloku Przasnyska 14 był drugi, mniejszy spożywczak z tylko jedną kasą, który nazywaliśmy „naszym” albo tym „po schodkach”, bo schodziło się do niego po czterech małych, betonowych schodkach, choć ja częściej wybierałam skrót zeskakując z murka. W obu sklepach ekspedientki nie były zbyt miłe, ale jak to w PRL-u, kto był ekspedientką – miał władzę. Pamiętam, że jak w „naszym” zwróciłam uwagę, że herbata pisze się przez samo „h”, a „chińska” przez „ch” sklepowa kazała mi „spierdalać” dodając jeszcze słowo „gówniaro”. W tym „pod schodkami” tez kiedyś kazano mi „spierdalać”, bo ośmieliłam się zwrócić uwagę, że w kajzerce są zapieczone pety, czyli niedopałki papierosów. Do tegoż drugiego sklepu pewnego dnia zawitała moja mama. Był rok chyba 1984. Alkohol sprzedawano wtedy od 13-tej. Mama była już na emeryturze i na 14-tą jeździła do pracy na pół etatu do przychodni, w której wykonywała warszawiakom małoobrazkowe zdjęcia płuc. (To historia na osobny wpis, który może też kiedyś powstanie. Mały obrazek mieścił się na Pradze na Targowej! A dla przyzwyczajonej do Żoliborza mamy, był to wtedy zupełnie inny, obcy świat.) W naszym bloku mieszkała rodzinka, którą dziś nazwałoby się patologiczną, a wtedy mówiliśmy na nich „rodzinka żuli”, bo chyba nikt nie znał słowa patologia. Rodzinka składała się z pięciu osób. Był więc ojciec, matka i trzech synów, z których dwóch z tego co pamiętam, otarło się o więzienie, a tylko jeden, najmłodszy był porządny i zresztą bardzo sympatyczny. Matka też była dość sympatyczna, choć niestety „zmenelała”. Potwornie chuda, nosiła długie spódnice i w lecie klapki lub sandały, z których dwa palce u nóg wypadały jej niemal na chodnik. Jakby te palce szły szybciej niż ona sama. W latach 90-tych często widywałam ją pod naszym sklepem jak piła piwo z gwinta o dość barbarzyńskiej porze, bo np. 6:30 rano. Jej męża bałam się. Podobnie jak dwóch starszych synów. W połowie lat 90-tych ojciec rodziny żuli doznał wylewu krwi do mózgu i wylądował sparaliżowany najpierw w szpitalu, a potem w domu, w łóżku. Czasem, ale z rzadka, był wożony po podwórku na inwalidzkim wózku. Łypał wtedy nienawistnie na świat. Ponieważ zanim dostał tego wylewu często podnosił na żonę rękę, więc jak głosi stugębna podwórkowa plotka ten moment, kiedy los przykuł go do łóżka, okazała się szczęśliwym momentem dla żony. Po pierwsze nikt jej nie bił, a po drugie nie musiała z mężem dzielić się alkoholem. Kilka razy słyszałam z rożnych ust opowieści, jak to podobno piła mu nad głową, pokazując przed nosem kieliszek i mówiąc:
- Napiłbyś się, co? Ale nie ma!
A on prawie płakał i tylko wzrokiem pokazywał jej, że gdyby mógł to by zatłukł na śmierć za ten sadyzm.
Zanim jednak nastąpiły przemiany ustrojowe a on dostał wylewu oboje pili równo. Oczywiście pod warunkiem, że mieli co. Tak się jednak jakoś zdarzało, że tego typu ludzie zawsze mieli co pić. Nawet w PRL-u.
Moja mama fanką alkoholu nie była, ale… bardzo lubiła wypić w niedzielę kieliszek koniaku do ciasta lub kieliszek wermutu. Ten ostatni alkohol w ilościach homeopatycznych, czyli takich akurat na możliwości PRL, zalecał jej reumatolog. Mówił, że przy jej schorzeniu powinna pić raz w tygodniu mały kieliszek, wolniutko, rozkoszując się ziołowym aromatem. Ale skąd w PRL wziąć wermut? Pewnego dnia, gdy mama szła po zakupy do chemicznego, spotkała pod drodze owego sąsiada żula, który wtedy jeszcze dziarsko szedł, a w siatce (z materiału, a nie w foliowej reklamówce) niósł kilka butelek wermutu. Mama spojrzała na zegarek. Dochodziła 11-ta! Do 13-tej jest jeszcze sporo czasu. A tu na 14-tą mama jedzie do pracy. Na przystanku musi być najpóźniej o wpół do pierwszej. Jak kupić wermut? Mama zdecydowała się na desperacki krok. Wparowała do spożywczaka „pod schodami” (bo tylko stamtąd żul mógł nieść wermut) i spytała, czy jest wermut. Usłyszała, że jest i żeby przyszła o 13-tej. Mama spokojnie napakowała do koszyka rożnych rzeczy typu: paprykarz szczeciński, kawa Inka i ser biały po czym podeszła do kasy i powiedziała.
- Płacę za to i dwie butelki wermutu, które pani mi tu zaraz przyniesie.
- A to u pani już trzynasta? – burknęła oburzona kasjerka.
- Nie! – Odparła bohatersko mama. – Ale jeśli menel, który nigdzie nie pracuje, co wiem, bo mieszka w moim bloku, wyszedł stąd przed chwilą i niósł siatę wermutów, to i ja stąd z dwiema butelkami wyjdę, bo jadę na drugą do pracy i jak wrócę po szóstej to już ani jednej butelki dla mnie tu nie będzie!
Kasjerkę po tym monologu zatkało. Zawołała kierowniczkę, która usłyszawszy czego mama żąda kazała jej uciszyć się, zapłacić wedle życzenia i przyjść z tyłu sklepu. Gdy mama zapukała do tylnych drzwi kierowniczka, jak w starym kawale „dała od tyłu” dwie flaszki wermutu.
Na Krasińskiego niemal naprzeciwko kościoła Jana Kantego była Burbonka. Niewielka cukiernia, w której sprzedawano słodycze i ciasta. W lecie można było tam kupić mleczne lody włoskie. Gdy rzucano galaretkę w czekoladzie lub ptasie mleczko czy delicje szampańskie, wówczas przed Burbonką ustawiały się długie kolejki. Czasami rzucano też takie czekoladowe krople. Płaskie na spodzie wyglądały jak  zastygnięta kropla masy czekoladowej. Średnicę miały mniej więcej jednego grosza i mama kupowała je do ozdobienia ciasta. W czasach największego kryzysu te czekoladowe krople były strasznym rarytasem. Pewnego dnia mama wystała się w kolejce i przyniosła do domu całe 10 dekagramów czekoladowych kropli i paczuszkę rodzynek. Z paczki z USA wzięła kakao i powiedziała, że zrobi nam sernik z bakaliami w polewie ozdobiony tymi kroplami. Ojciec słodyczy nie lubił, ale w momencie, kiedy ich w ogóle nie było i jemu zdarzało się wrąbać kawał sernika. Tego dnia obojgu nam ślina ciekła na samą myśl o serniku. Kiedy więc na stole w dużym pokoju wylądowało gorące ciasto i zaczęliśmy na nie patrzeć niezwykle łakomie, mama zarządziła spacer z psem. Sernik miał stygnąć, a żeby to stygnięcie nie trwało zbyt długo, otworzyła lufcik. Gdy po pół godzinie wróciliśmy do domu, pierwszą rzeczą jaką zastaliśmy był miotający się gołąb. Stojąca na półce i wystająca trochę poza nią 18-to tomowa encyklopedia Orgelbranda była pozbawiona kilku grzbietów, które walały się na ziemi, a sernik, do którego ciekła nam ślinka, był nadjedzony przez ptaka i co gorsza obsrany. Całej naszej trójce chciało się płakać. Mama zdecydowała jednak, że ciasto nie pójdzie do śmieci, ale co się da – zjemy. Odkrojenie obsranych części nie zajęło jej zbyt długo. Z sernika została jedna szósta. Zjedliśmy natychmiast. Chyba żaden sernik w życiu nie smakował mi jak ten, obsrany przez gołębia.
Teraz tak myślę o tym wszystkim i dochodzę do wniosku, że jednak straszne to były czasy. Wrzeszczące ekspedientki, alkohol od 13-tej i gigantyczne kolejki. A teraz trzy osoby przede mną i mnie się już nie chce stać. Jak to człowiek szybko przyzwyczaja się do dobrobytu…

Ponieważ z jednej strony siedzę i piszę, a jeszcze na dodatek coś tam oglądam, więc na czytanie nie zostaje mi zbyt dużo czasu. Książkę „Nasz mały PRL. Pół roku w M-3 z trwałą, wąsami i maluchem” smakuję powoli. Ale to dobrze. Mam sporo myśli o swoim PRL. Znów przelatują mi przed oczami obrazy. Autorzy, którzy na pół roku w pewien sposób zamknęli się w PRL-u sporo piszą o kolejkach i zatowarowaniu sklepów. A mnie się przypomina moja mama i…

Kolejki w PRL-u były długie. Traciło się w nich sporo czasu. Ludzie rozmawiali ze sobą. To wszystko fakty. W latach 80-tych to nawet opowiadali sobie dowcipy polityczne. Mama stała kiedyś w kolejce do warzywniczego. Po co? Nie pamiętam. Na wieżowcu noszącym numer Krasińskiego 10a  zobaczyła napis. Nie rozumiała co znaczy, więc zaczęła czytać na głos: „Junta to Juj”. Hmmm. Co to u licha znaczy? Hiszpańskiego mama nie znała ni w ząb, więc nie miała pojęcia, że ichnie „J” czyta się jak „H”. Magiczne zdanie, które jawiło jej się jakimś dziwnym szyfrem, powtarzała półgłosem dobre kilka minut, aż jakaś stojąca za nią pani spytała, czy matka może się uspokoić i czy jest naprawdę taka głupia, że nie wie o co chodzi w tym napisie. Dopiero ten „peerelowski opierpapier” oświecił mamę i pojęła treść magicznego, krótkiego hasła na ścianie bloku. Był rok 1982.

W tymże bloku Krasińskiego 10a latami był sklep spożywczy typu SAM. Nazywaliśmy go w domu „sklepem pod schodami”, bo obok drzwi wejściowych były wielkie kręcone schody, które prowadziły praktycznie donikąd, choć powinny na poszczególne piętra. Jednak i tak na wysokości I piętra drzwi wejściowe na klatkę schodową były zamknięte. A wyżej wejść się nie dało, bo była krata. Tak wyglądało przestrzeganie zasad BHP w PRL i chyba nic się w tej kwestii nie zmieniło. Obok naszego domu, w bloku Przasnyska 14 był drugi, mniejszy spożywczak z tylko jedną kasą, który nazywaliśmy „naszym” albo tym „po schodkach”, bo schodziło się do niego po czterech małych, betonowych schodkach, choć ja częściej wybierałam skrót zeskakując z murka. W obu sklepach ekspedientki nie były zbyt miłe, ale jak to w PRL-u, kto był ekspedientką – miał władzę. Pamiętam, że jak w „naszym” zwróciłam uwagę, że herbata pisze się przez samo „h”, a „chińska” przez „ch” sklepowa kazała mi „spierdalać” dodając jeszcze słowo „gówniaro”. W tym „pod schodkami” tez kiedyś kazano mi „spierdalać”, bo ośmieliłam się zwrócić uwagę, że w kajzerce są zapieczone pety, czyli niedopałki papierosów.
Do tegoż drugiego sklepu pewnego dnia zawitała moja mama. Był rok chyba 1984. Alkohol sprzedawano wtedy od 13-tej. Mama była już na emeryturze i na 14-tą jeździła do pracy na pół etatu do przychodni, w której wykonywała warszawiakom małoobrazkowe zdjęcia płuc. (To historia na osobny wpis, który może też kiedyś powstanie. Mały obrazek mieścił się na Pradze na Targowej! A dla przyzwyczajonej do Żoliborza mamy, był to wtedy zupełnie inny, obcy świat.) W naszym bloku mieszkała rodzinka, którą dziś nazwałoby się patologiczną, a wtedy mówiliśmy na nich „rodzinka żuli”, bo chyba nikt nie znał słowa patologia. Rodzinka składała się z pięciu osób. Był więc ojciec, matka i trzech synów, z których dwóch z tego co pamiętam, otarło się o więzienie, a tylko jeden, najmłodszy był porządny i zresztą bardzo sympatyczny. Matka też była dość sympatyczna, choć niestety „zmenelała”. Potwornie chuda, nosiła długie spódnice i w lecie klapki lub sandały, z których dwa palce u nóg wypadały jej niemal na chodnik. Jakby te palce szły szybciej niż ona sama. W latach 90-tych często widywałam ją pod naszym sklepem jak piła piwo z gwinta o dość barbarzyńskiej porze, bo np. 6:30 rano. Jej męża bałam się. Podobnie jak dwóch starszych synów. W połowie lat 90-tych ojciec rodziny żuli doznał wylewu krwi do mózgu i wylądował sparaliżowany najpierw w szpitalu, a potem w domu, w łóżku. Czasem, ale z rzadka, był wożony po podwórku na inwalidzkim wózku. Łypał wtedy nienawistnie na świat. Ponieważ zanim dostał tego wylewu często podnosił na żonę rękę, więc jak głosi stugębna podwórkowa plotka ten moment, kiedy los przykuł go do łóżka, okazała się szczęśliwym momentem dla żony. Po pierwsze nikt jej nie bił, a po drugie nie musiała z mężem dzielić się alkoholem. Kilka razy słyszałam z rożnych ust opowieści, jak to podobno piła mu nad głową, pokazując przed nosem kieliszek i mówiąc:
- Napiłbyś się, co? Ale nie ma!
A on prawie płakał i tylko wzrokiem pokazywał jej, że gdyby mógł to by zatłukł na śmierć za ten sadyzm. Zanim jednak nastąpiły przemiany ustrojowe a on dostał wylewu oboje pili równo. Oczywiście pod warunkiem, że mieli co. Tak się jednak jakoś zdarzało, że tego typu ludzie zawsze mieli co pić. Nawet w PRL-u.
Moja mama fanką alkoholu nie była, ale… bardzo lubiła wypić w niedzielę kieliszek koniaku do ciasta lub kieliszek wermutu. Ten ostatni alkohol w ilościach homeopatycznych, czyli takich akurat na możliwości PRL, zalecał jej reumatolog. Mówił, że przy jej schorzeniu powinna pić raz w tygodniu mały kieliszek, wolniutko, rozkoszując się ziołowym aromatem. Ale skąd w PRL wziąć wermut? Pewnego dnia, gdy mama szła po zakupy do chemicznego, spotkała pod drodze owego sąsiada żula, który wtedy jeszcze dziarsko szedł, a w siatce (z materiału, a nie w foliowej reklamówce) niósł kilka butelek wermutu. Mama spojrzała na zegarek. Dochodziła 11-ta! Do 13-tej jest jeszcze sporo czasu. A tu na 14-tą mama jedzie do pracy. Na przystanku musi być najpóźniej o wpół do pierwszej. Jak kupić wermut? Mama zdecydowała się na desperacki krok. Wparowała do spożywczaka „pod schodami” (bo tylko stamtąd żul mógł nieść wermut) i spytała, czy jest wermut. Usłyszała, że jest i żeby przyszła o 13-tej. Mama spokojnie napakowała do koszyka rożnych rzeczy typu: paprykarz szczeciński, kawa Inka i ser biały po czym podeszła do kasy i powiedziała.
- Płacę za to i dwie butelki wermutu, które pani mi tu zaraz przyniesie.
- A to u pani już trzynasta? – burknęła oburzona kasjerka.
- Nie! – Odparła bohatersko mama i szybko dodała: - Ale jeśli menel, który nigdzie nie pracuje, co wiem, bo mieszka w moim bloku, wyszedł stąd przed chwilą i niósł siatę wermutów, to i ja stąd z dwiema butelkami wyjdę, bo jadę na drugą do pracy i jak wrócę po szóstej to już ani jednej butelki dla mnie tu nie będzie!
Kasjerkę po tym monologu zatkało. Zawołała kierowniczkę, która usłyszawszy czego mama żąda kazała jej uciszyć się, zapłacić wedle życzenia i przyjść z tyłu sklepu. Gdy mama zapukała do tylnych drzwi kierowniczka, jak w starym kawale „dała od tyłu” dwie flaszki wermutu.

Na Krasińskiego niemal naprzeciwko kościoła Jana Kantego była Burbonka. Niewielka cukiernia, w której sprzedawano słodycze i ciasta. W lecie można było tam kupić mleczne lody włoskie. Gdy rzucano galaretkę w czekoladzie lub ptasie mleczko czy delicje szampańskie, wówczas przed Burbonką ustawiały się długie kolejki. Czasami rzucano też takie czekoladowe krople. Płaskie na spodzie wyglądały jak  zastygnięta kropla masy czekoladowej. Średnicę miały mniej więcej jednego grosza i mama kupowała je do ozdobienia ciasta. W czasach największego kryzysu te czekoladowe krople były strasznym rarytasem. Pewnego dnia mama wystała się w kolejce i przyniosła do domu całe 10 dekagramów czekoladowych kropli i paczuszkę rodzynek. Z paczki z USA wzięła kakao i powiedziała, że zrobi nam sernik z bakaliami w polewie ozdobiony tymi kroplami. Ojciec słodyczy nie lubił, ale w momencie, kiedy ich w ogóle nie było i jemu zdarzało się wrąbać kawał sernika. Tego dnia obojgu nam ślina ciekła na samą myśl o serniku. Kiedy więc na stole w dużym pokoju wylądowało gorące ciasto i zaczęliśmy na nie patrzeć niezwykle łakomie, mama zarządziła spacer z psem. Sernik miał stygnąć, a żeby to stygnięcie nie trwało zbyt długo, otworzyła lufcik. Gdy po pół godzinie wróciliśmy do domu, pierwszą rzeczą jaką zastaliśmy był miotający się gołąb. Stojąca na półce i wystająca trochę poza nią 18-to tomowa encyklopedia Orgelbranda była pozbawiona kilku grzbietów, które walały się na ziemi, a sernik, do którego ciekła nam ślinka, był nadjedzony przez ptaka i co gorsza obsrany. Całej naszej trójce chciało się płakać. Mama zdecydowała jednak, że ciasto nie pójdzie do śmieci, ale co się da – zjemy. Odkrojenie obsranych części nie zajęło jej zbyt długo. Z sernika została jedna szósta. Zjedliśmy natychmiast. Chyba żaden sernik w życiu nie smakował mi jak ten, obsrany przez gołębia.

Teraz tak myślę o tym wszystkim i dochodzę do wniosku, że choćby napisano tomy, to jednak straszne to były czasy. Wrzeszczące ekspedientki, alkohol od 13-tej i gigantyczne kolejki. A teraz trzy osoby przede mną i mnie się już nie chce stać. Jak to człowiek szybko przyzwyczaja się do dobrobytu… Ale były też miłe strony. Byliśmy sobie bliżsi. O tym jednak innym razem.

Pancerni, Pszczółka, Reksio i Uciekinier

Pancerni, Pszczółka, Reksio i Uciekinier
Natura obdarzyła mnie dobrą pamięcią. To czasem błogosławieństwo, a czasem przekleństwo. Dziś waham się. Cieszyć się z tej dobrej pamięci czy nie? Dlaczego? Bo poza dobrą pamięcią natura obdarzyła mnie skłonnością do nadmiernych wzruszeń. Jak się wzruszam – płaczę i kompletnie nie potrafię nad tym zapanować. Na szczęście umiem się z tego śmiać. Inaczej sto razy zapadłabym się pod ziemię ze wstydu, bo wzruszać potrafi mnie nie tylko jak hymn grają, ale i wiele takich sytuacji, które są trochę żenujące. Wzruszam się czytając książki i oglądając filmy. Jak to się dzieje w zaciszu domowym – pół biedy, ale jak przy obcych to bywa, że kaszana. No bo ileż można? Od dzieciństwa regularnie wzruszam się jak w serialu „Czterej Pancerni i pies” Janek Kos znajduje ojca. Widziałam tę scenę setki razy i się wzruszam. Jak ostatni debil! Wzruszam się gdy oglądam, jak Jan Paweł II mówi „Niech zstąpi duch twój i odnowi oblicze ziemi. Tej ziemi”. Od trzydziestu lat się tym wzruszam. Jest ze mną znacznie gorzej… Wzruszam się, gdy pszczółka Maja opuszcza z Guciem ul! Sama się z siebie śmieję, że to ostatnie dno! Ale nie… jest coś jeszcze poniżej dna, bo się wzruszam jak Reksio ratuje takiego psa i wsadza go w gips. I jak mu w gipsie robi dziurkę, by ten pies się mógł wysiusiać to ja się też okropnie wzruszam i łzy mi lecą. No i co tu ze mną zrobić? No tylko siąść i też płakać lub paść trupem ze śmiechu. Piszę o tym, bo dziś znów się wzruszam. A jak pomyślę o Ojcu to wzruszam się jeszcze bardziej. A jak pomyśle o nadchodzącej sobocie to cierpnę z emocji. O co chodzi? W najbliższą sobotę o 17-tej w Instytucie Francuskim w Warszawie (Ul. Widok 12) odbędzie się spotkanie na temat książki „Uciekinier”, której autorem jest Bernard de Roquefeuil. Francuski szlachcic, który uciekł z niemieckiej niewoli i schronił się w Polsce. Pod fałszywym nazwiskiem Józef Zieliński ukrywał się m.in. w Pałacu w Wilanowie gdzie uczył francuskiego pięcioletnią Beatkę, późniejszą aktorkę Beatę Tyszkiewicz. Na strychu tegoż pałacu ukrywał się w czasie Powstania Warszawskiego i widział rozstrzeliwania powstańców. „Uciekinier” to jego wspomnienia powstałe niemal na bieżąco, bo siadł do ich spisania tuż po wojnie. Jeszcze w latach 80-tych zostały przetłumaczone na język polski przez Tomasza Matkowskiego. W 1980 roku pan Bernard, który wtedy był merem jednego z francuskich miast, przyjechał do Polski. Mój Ojciec spotkał się z nim w mieszkaniu pani Anny Branickiej-Wolskiej i przygotował dla ukazującego się na antenie TVP, a redagowanego przez Lucynę Smolińską Magazynu Historycznego „Skarbiec”, dziewięciominutowy felieton, w którym Bernard de Roquefeuil wracał wspomnieniami do wydarzeń sprzed 40 lat. Ale nie o telewizyjny felieton tu chodzi. Pewnego letniego dnia Ojciec „zapakował” francuskiego gościa i jego elegancką żonę w swojego malucha i wraz z tłumaczem Tomkiem Matkowskim ruszyli w sentymentalną podróż po Warszawie i okolicach (Nieporęcie, Izabelinie, Modlinie) w poszukiwaniu miejsc z wojennej przeszłości pana Bernarda. Do przetłumaczonych wspomnień Ojciec napisał przedmowę i… książka poszła do wydawnictwa „ISKRY”. Niestety złożony egzemplarz utknął w wydawnictwie w latach stanu wojennego „z powodu przejściowego braku papieru”. A po 1989 roku zachłyśnięci wolnością wydawcy nie chcieli pochylić się nad historią Francuza, który spędził okupację w Polsce. Pan Bernard zmarł w 1990 roku. W 1999 roku zmarł mój Ojciec. Gdy kilka miesięcy temu odebrałam telefon, w którym zadano mi pytanie, czy zgadzam się, by przedmowa, którą Ojciec napisał w latach 80-tych, nadal była przedmową do książki, zaparło mi dech w piersiach, a zgodziwszy się i skończywszy rozmowę wzruszyłam się, jak jasna cholera. Przed oczami stanął mi „podjarany jak szczerbaty na widok sucharów” Ojciec, który po raz setny kolejnym znajomym opowiadał o panu Bernardzie, o tym, jak francuski hrabia u polskiego chłopa robił w hitlerowską okupację za parobka i puszczał nagraną na magnetofon ścieżkę dźwiękową ze swojego telewizyjnego felietonu. Magnetowidów wtedy jeszcze nie było. Jak utrwalić coś tak ulotnego, jak telewizyjny film? Ojciec dokumentował chociaż dźwięk i puszczając go z taśmy „stilon-gorzów” na polskim magnetofonie kasetowym wyprodukowanym na licencji thompsona opowiadał gościom co było na filmowym obrazku. Opowieść o tym, jak chłop Maniek na widok pana Bernarda, czyli swojego dawnego parobka o hrabiowskich korzeniach, wrzasnął: „Jezus Maria! Pan Józef przyjechał!” słyszałam kilkadziesiąt razy. A samego pana Mańka poznałam, gdy w stanie wojennym pojechaliśmy od niego po zaproponowane nam ziemniaki i mięso.
Gdy w sierpniu tego roku ukazała się książka i czytałam ojcowską przedmowę to ryczałam jak stary bóbr i myślałam, że to straszne, że ani Ojciec ani pan Bernard nie dożyli polskiego wydania „Uciekiniera”, ale jakie to piękne, że w ogóle ono jest. W najbliższą sobotę spotkanie na temat książki. Wydawca prosił, bym powiedziała słowo o Ojcu, a ja boję się jak je powiedzieć i się nie wzruszyć. Przecież teraz jak piszę, choć śmieję się z siebie, to łzawy gil wisi mi u pasa.

Natura obdarzyła mnie dobrą pamięcią. To czasem błogosławieństwo, a czasem przekleństwo. Dziś waham się. Cieszyć się z tej dobrej pamięci czy nie? Dlaczego? Bo poza dobrą pamięcią natura obdarzyła mnie skłonnością do nadmiernych wzruszeń. Jak się wzruszam – płaczę i kompletnie nie potrafię nad tym zapanować. Na szczęście umiem się z tego śmiać. Inaczej sto razy zapadłabym się pod ziemię ze wstydu, bo wzruszać potrafi mnie nie tylko jak hymn grają, ale i wiele takich sytuacji, które są trochę żenujące. Wzruszam się czytając książki i oglądając filmy. Jak to się dzieje w zaciszu domowym – pół biedy, ale jak przy obcych to bywa, że kaszana. No bo ileż można?

Od dzieciństwa regularnie wzruszam się jak w serialu „Czterej Pancerni i pies” Janek Kos znajduje ojca. Widziałam tę scenę setki razy i się wzruszam. Jak ostatni debil!
Wzruszam się gdy oglądam, jak Jan Paweł II mówi „Niech zstąpi duch twój i odnowi oblicze ziemi. Tej ziemi”. Od trzydziestu lat się tym wzruszam.
Jest ze mną znacznie gorzej… Wzruszam się, gdy oglądam pierwszy odcinek pszczółki Mai i opuszcza ona z Guciem ul! Sama się z siebie śmieję, że to ostatnie dno! Ale nie… jest coś jeszcze poniżej dna, bo się wzruszam jak Reksio (tak! ten z kreskówki, który ma pomnik w Bielsku-Białej!) ratuje takiego jamnikowatego psa i wsadza go w gips. I jak mu w gipsie robi ręczną wiertarką dziurkę, by ten pies się mógł wysiusiać, to ja się też okropnie wzruszam i łzy mi lecą. No i co tu ze mną zrobić? No tylko siąść i też płakać lub paść trupem ze śmiechu.

Piszę o tym, bo dziś znów się wzruszam. A jak pomyślę o Ojcu to wzruszam się jeszcze bardziej. A jak pomyśle o nadchodzącej sobocie to cierpnę z emocji. O co chodzi? W najbliższą sobotę o 17-tej w Instytucie Francuskim w Warszawie (Ul. Widok 12) odbędzie się spotkanie na temat książki „Uciekinier”, której autorem jest Bernard de Roquefeuil. Francuski szlachcic, który uciekł z niemieckiej niewoli i schronił się w Polsce. Pod fałszywym nazwiskiem Józef Zieliński ukrywał się m.in. w Pałacu w Wilanowie gdzie uczył francuskiego pięcioletnią Beatkę, późniejszą aktorkę Beatę Tyszkiewicz. Na strychu tegoż pałacu ukrywał się w czasie Powstania Warszawskiego i widział rozstrzeliwania powstańców. „Uciekinier” to jego wspomnienia powstałe niemal na bieżąco, bo siadł do ich spisania tuż po wojnie. Jeszcze w latach 80-tych zostały przetłumaczone na język polski przez Tomasza Matkowskiego. W 1980 roku pan Bernard, który wtedy był merem jednego z francuskich miast, przyjechał do Polski. Mój Ojciec spotkał się z nim w mieszkaniu pani Anny Branickiej-Wolskiej i przygotował dla ukazującego się na antenie TVP, a redagowanego przez Lucynę Smolińską Magazynu Historycznego „Skarbiec”, dziewięciominutowy felieton, w którym Bernard de Roquefeuil wracał wspomnieniami do wydarzeń sprzed 40 lat. Ale nie o telewizyjny felieton tu chodzi. Pewnego letniego dnia Ojciec „zapakował” francuskiego gościa i jego elegancką żonę w swojego malucha i wraz z tłumaczem Tomkiem Matkowskim ruszyli w sentymentalną podróż po Warszawie i okolicach (Nieporęcie, Izabelinie, Modlinie) w poszukiwaniu miejsc z wojennej przeszłości pana Bernarda. Do przetłumaczonych wspomnień Ojciec napisał przedmowę i… książka poszła do wydawnictwa „ISKRY”. Niestety złożony egzemplarz utknął w wydawnictwie w latach stanu wojennego „z powodu przejściowego braku papieru”. A po 1989 roku zachłyśnięci wolnością wydawcy nie chcieli pochylić się nad historią Francuza, który spędził okupację w Polsce. Pan Bernard zmarł w 1990 roku. W 1999 roku zmarł mój Ojciec. Gdy kilka miesięcy temu odebrałam telefon, w którym zadano mi pytanie, czy zgadzam się, by przedmowa, którą Ojciec napisał w latach 80-tych, nadal była przedmową do książki, zaparło mi dech w piersiach, a zgodziwszy się i skończywszy rozmowę wzruszyłam się, jak jasna cholera. Przed oczami stanął mi „podjarany jak szczerbaty na widok sucharów” Ojciec, który po raz setny kolejnym znajomym opowiadał o panu Bernardzie, o tym, jak francuski hrabia u polskiego chłopa robił w hitlerowską okupację za parobka kopiąc kartofle i puszczał nagraną na magnetofon ścieżkę dźwiękową ze swojego telewizyjnego felietonu. Magnetowidów wtedy jeszcze nie było. Jak utrwalić coś tak ulotnego, jak telewizyjny film? Ojciec dokumentował chociaż dźwięk i puszczając go z taśmy „stilon-gorzów” na polskim magnetofonie kasetowym wyprodukowanym na licencji thompsona, opowiadał gościom co było na filmowym obrazku. Opowieść o tym, jak chłop Maniek na widok pana Bernarda, czyli swojego dawnego parobka o hrabiowskich korzeniach, wrzasnął: „Jezus Maria! Pan Józef przyjechał!” słyszałam kilkadziesiąt razy. A samego pana Mańka poznałam, gdy w stanie wojennym pojechaliśmy od niego po zaproponowane nam ziemniaki i mięso.

Gdy w sierpniu tego roku ukazała się książka i czytałam ojcowską przedmowę to ryczałam jak stary bóbr i myślałam, że to straszne, że ani Ojciec ani pan Bernard nie dożyli polskiego wydania „Uciekiniera”, ale jakie to piękne, że w ogóle ono jest. W najbliższą sobotę spotkanie na temat książki. Wydawca prosił, bym powiedziała słowo o Ojcu, a ja boję się jak je powiedzieć i się nie wzruszyć. Przecież teraz jak piszę, choć śmieję się z siebie, to łzawy gil wisi mi u pasa. Pamiętnik na publikację po polsku czekał w sumie 70 lat!