Archiwa tagu: samochód

112, czyli zawracam głowę

Pojechałam do Zakopanego do Domu Pracy Twórczej „Astoria”. To dom im. Stefana Żeromskiego. To tu Wisława Szymborska dowiedziała się o otrzymaniu Nagrody Nobla. Ponieważ mam sporo pracy pisarskiej, a w domu z powodu pani sąsiadki warunki pisarskie coraz gorsze, więc… tym razem zamiast do Obór postanowiłam uciec do Zakopca. Ostatni raz byłam tu w dzieciństwie. Miałam chyba 10 lat. Nigdy nie nocowałam w Zakopanem. Zawsze w Rabce, Niedzicy lub Rabie Wyżnej. Tu tylko rodzice mnie przywieźli, bym zobaczyła zimową stolicę Polski. Teraz zdecydowałam się na podróż tu. Zwłaszcza, że dla niskociśnieniowca góry to wymarzone miejsce. 

Do Zakopanego wybrałam się samochodem. W końcu mam ze sobą masę rzeczy niezbędnych do pracy i w pociągu bym się zamęczyła z wielką liczbą bagaży. Tak więc w drogę tak zwaną „siódemką” wyruszyłam przed 11-tą. Po drodze… co chwilę pożar. Mając w pamięci telewizyjny reportaż kolegi, który traktował o numerze 112, (w reportażu była mowa, że jak coś się dzieje to ludzie nie dzwonią, a zawracają dupę w sprawie pizzy, fryzjera etc.), postanowiłam być tą mądrą, uczynną i obywatelską. Widząc pożar traw wypalanych nad rzeczką i tłum gapiów stojących na moście zdecydowałam się na telefon na 112. Dzwonię więc i mówię, że pożar. Podaję nazwę rzeczki, że przy mostku i mówię, że na trasie S7. Dla pani to za mało informacji. Zupełnie jakby na S7 ta kurduplowata rzeczka miała co najmniej dwa mosty! Wysilam mózg i posiłkując się licznikiem w aucie mówię który mniej więcej kilometr od Warszawy. Pani niechętnie łączy mnie ze strażą pożarną. Strażacy są mili i mówią, że gaszą, że pożarów jest kilka i że tam na miejscu już są. Przyjmuję do wiadomości, choć nie wiem gdzie są nad tą rzeczką strażacy, bo żadnego wozu strażackiego tam nie widziałam. Strażaków też nie. Sikawki zero. Na moje oko był tam tylko tłum gapiów. Ale w końcu nie zatrzymałam się nad tą rzeczką, więc… wszystko możliwe. Skoro mówią, że są, to na pewno są. Jadę dalej. Znów pożar traw. Znów dzwonię. Znów jakaś pani jest niemiła, ale ja za to jestem przygotowana co to za miejscowość i który kilometr, więc pani potulnie aczkolwiek niechętnie łączy ze strażą. Strażacy mili (już inna jednostka pożarnicza się zgłasza), ale… zirytowani. Oni o tym kolejnym pożarze też już wiedzą. Mam wrażenie, że zawracam im głowę bzdurą, więc… gdy widzę trzeci, a kilka kilometrów dalej czwarty pożar traw już nie dzwonię. Nie jestem wprawdzie jasnowidzem i na sto procent nie wiem, czy już o tym pożarze strażacy wiedzą, ale na wszelki wypadek uznaję, że tak. Chyba lepiej nie dzwonić na to 112. Bo jak mam się nasłuchać burczenia… Ciekawe jest to, że gdy w tym reportażu kolegi o dzwonieniu na 112 w błahych sprawach puszczano te rozmowy z numerem 112, to ludzie na linii byli tacy mili, choć przecież musieli tłumaczyć, że nie są od podawania informacji o fryzjerze czy pizzy. A jednak gdy o pożar chodziło, to miałam wrażenie, że mają pretensje, że zawracam im niepotrzebnie głowę. Cóż… może to dlatego, że debile zaczęli sezon wypalania traw i te pożary można powiedzieć rosną, jak grzyby po deszczu? Być może teraz co chwila dzwonią do nich tacy, jak ja z informacjami o pożarach? Bo inaczej tego burczenia na mnie wytłumaczyć sobie nie umiem.

Do Zakopanego dojechałam punkt 18:00 z jedną myślą. Za Krakowem pożary traw się skończyły. Inna mentalność ludzi? Możliwe, ale… prawdopodobnie brak wypalania traw to sprawa klimatu. Tu jeszcze leży śnieg.

Swojska Warszawa

Święta, święta i po świętach. Dla mnie było pracowicie, bo tak, jak z reguły mam mało dyżurów, tak dziwnym trafem zawsze mam je w święta i to w nadmiarze. Właściwie to rozumiem. Nowi mieszkańcy Warszawy jadą wtedy do bliskich w rodzinne strony, a my – rdzenni – nie jedziemy, bo mamy wszystko na miejscu. Dlatego właściwie rozumiem ten tok myślenia, że można nam dać wszystkie możliwe dyżury. Już przestałam się buntować. Biorę co dają. Dlatego nie piszę tego w sferze narzekania, ale… zachwytu. Zachwytu nad pustotą miasta. Dla mnie Warszawa najbardziej swojska jest wtedy, gdy jest… pusta. 

Już w sobotę było bez korków. Gdy jechaliśmy na tradycyjną święconkę nie było problemu ani z szybkim dojazdem, ani nawet z zaparkowaniem. Tradycyjnie od wielu lat chodzimy z jajkami do kościoła Stanisława Kostki, gdzie spotykamy się z masą znajomych, z którymi potem wędrujemy do tzw. „Araba” na konsumpcję tego, co poświęciliśmy w koszyczkach. Knajpa, zwana popularnie „U Araba”, a mająca szyld „Kępa Potocka” wita nas chlebem i solą, czyli dostajemy naczynia i sztućce byśmy najpierw pokroili, a potem zjedli to, co poświęciliśmy. Tego dnia wolno nam wnieść swoje jedzenie. Poza tym i tak zostawiamy tam sporo kasy, bo jeszcze i pijemy i ichnie potrawy jemy. Co roku, tuz po święconce, robimy sobie zdjęcia przed kościołem.  Mam takich zdjęć w swoich zbiorach wiele. Co roku nowe. To rewelacyjnie pokazuje, jak różna bywa pogoda na Wielkanoc. Na przykład w ubiegłym roku śnieg, w tym niektórzy mieli krótkie rękawki.

Wielkanoc 2013

Wielkanoc 2014

Najbardziej nas jednak cieszyła ta pustka na ulicach. Wszyscy znamy się z dzieciństwa, czy wczesnej młodości. Pamiętamy, więc, jak wyglądała w święta Warszawa, gdy byliśmy mali. Trudno mi dziś powiedzieć, czy wtedy też pustoszała z ludzi, bo w warszawie mego dzieciństwa czy wczesnej młodości społeczeństwo w ogóle miało miej samochodów. Teraz jednak ulice były niesamowicie puste i przypominały nam wszystkim właśnie tamtą Warszawę sprzed wielu, wielu lat. Nie tylko mało był samochodów jadących czy stojących na światłach, ale puste były również parkingi.

Gdy w poniedziałek wielkanocny jechałam do redakcji na niespełna 7-mą rano nie mogłam nadziwić się pustce na rondzie De Gaulle’a i w Alejach Jerozolimskich.

Rondo De Gaulle’a w poniedziałek wielkanocny

Aleje Jerozolimskie w poniedziałek wielkanocny

Przed redakcją miałam tyle miejsc parkingowych, że mogłam wybrzydzać! Dobrze, że niedługo pierwszy z ciepłych długich weekendów. Warszawa znów będzie pusta, a co za tym idzie najbardziej swojska. Znów poczuję się w niej jak wtedy, gdy nie musiałam się martwić czynszami, rachunkami, ZUSami i masą innych spraw.

Odległość – pojęcie względne

Ludzie różnie wchodzą w Nowy Rok. Jedni ze śpiewem na ustach, drudzy z procentami alkoholu we krwi, jeszcze inni śpiąc, czytając itd. Ja weszłam pracując. Było ciężko i to z wielu powodów. Ale nie o tym chciałam napisać. Do domu wracałam niewiele po północy. Jechałam samochodem z Ulubionym i przyjaciółką. Plan był ambitny. Dotrzeć do domu natychmiast wysadzając przyjaciółkę po drodze. W końcu z redakcji pod dom mam zaledwie 4 kilometry. Latem często chodzę na piechotę. Chciałam odwieźć przyjaciółkę pod sam dom w Aleję 3-go maja, ale powiedziała, ze może wysiąść na wiadukcie mostu poniatowskiego i zejść na dół schodami. W sumie faktycznie. Zejdzie schodami i…. już będzie w domu. Szybko jednak okazało się to wszystko niemożliwe, bowiem na rondzie de Gaulle’a droga w kierunku Pragi Południe była zablokowana przez policję. Przed Stadionem Narodowym trwał przecież sylwestrowy koncert. Zdecydowałam się więc skręcić w prawo w kierunku placu Trzech Krzyży, zjechać Książęcą i tamtędy dotrzeć w Aleję 3-go maja. Pierwsza stłuczka, którą widziałam była przy szpitalu na Czerniakowskiej. Dlatego skręciłam w Kruczkowskiego. Z tej strony wjazd w Aleję 3-go maja był trudny, bo ulicami chodziła masa pijanych ludzi. A ja niczego się tak nie boję, jak idącego po ulicy pijanego człowieka lub jadącego na rowerze pijanego rowerzysty. Nigdy nie wiadomo, kiedy zatoczy się pod koła. W pewnym momencie jechałam więc 15 kilometrów na godzinę. Po wysadzeniu przyjaciółki w Alei 3-go maja ruszyłam w kierunku Ludnej, by wyskoczyć na Wisłostradę. Zamierzałam przejechać do domu Mostem Łazienkowskim. Niestety w remoncie są wiadukty w kierunku Pragi (o czym na śmierć zapomniałam) więc pozostała mi jedynie jazda w kierunku Mostu Siekierkowskiego. I tak zamiast planowanych czterech kilometrów zrobiłam cztery razy tyle. Na Wisłostradzie było już luźniej. W okolicy Mostu Siekierkowskiego minęła nas para na rowerach. Ewidentnie na dwóch kółkach spędzali sylwestra, co zresztą bardzo nam się podobało.

Jak wygląda Warszawa nocą, widziałam wielokrotnie, ale chyba pierwszy raz widziałam sylwestrową Warszawę na żywo. Na ulicach nieprzebrane tłumy. Policji zatrzęsienie. W oddali sygnały karetek i wozów strażackich. Jednym słowem metropolia panie! Nie da się ukryć. Ale im dalej od centrum – tym kameralniej. Para, która spędzała Sylwestra pedałując przez miasto – rozczuliła mnie. Najbardziej nas jednak wzruszył widok Klubu Kultury Saska Kępa, w którym odbywał się kameralny sylwester. Przez zaciemnione szyby widać było sylwetki par tańczących w rytm jakiejś muzyki. Wokół cisza i spokój. Podobno średnia wieku na takim sylwestrze to 55 lat. Ulubiony stwierdził, że chętnie by poszedł. „To dopiero może być ciekawe!” – stwierdził. Cóż… wokół było tak spokojnie, jakby 2 kilometry dalej w okolicy Stadionu Narodowego nie odbywała się żadna impreza. Czas jest pojęciem względnym. Dla jednych rok to mało, dla innych dużo. W sylwestrową noc przekonałam się, że odległość potrafi być tez pojęciem względnym oto nagle 4 kilometry dzielące moje miejsce pracy od domu zmieniły się w niemal wieczne 16, a z drugiej strony 2 kilometry dzielące klub kultury Saska Kępa od Stadionu okazały się przestrzenią kosmiczną. Świat jest niezwykły. Oby taki był ten rok. Oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu.

auto

Od „wziatki” do „wziatki”

Poszłam ostatnio na pewną debatę dotyczącą Unii Europejskiej. Oczywiście nie obeszło się bez rozmów o Ukrainie. Słuchając tego, co mówią rozmówcy, pomyślałam, że ktoś, kto nigdy tam nie był i nigdy nic nie załatwiał w urzędzie – nigdy tego kraju nie zrozumie.

Unia Europejska ma swoje standardy antykorupcyjne. Ukraina, czy nam się to podoba czy nie, a także czy jej się to podoba czy nie, jest w trudnej sytuacji. To kraj tak skorumpowany, że aby korupcję zwalczyć trzeba by chyba w więzieniu zamknąć chyba wszystkich ludzi. Korupcja nie zaczyna się u szczebli władzy, ale w nizinach. Wiem o tym naprawdę sporo i nie tylko dlatego, ze Ulubiony jest obywatelem Ukrainy. Przez lata sprzątała u mnie Sława – Ukrainka spod Lwowa. Jeden z jej synów był policjantem.

- Pani Małgosiu, ja musiała dać wziatku szoby win praciuwaw – mówiła i tłumaczyła, że on potem też musiał i cały czas musi brać „wziatki”, czyli łapówki, bo co miesiąc musi płacić za utrzymanie się na stanowisku zwykłego policjanta. Gdyby chciał nie brać, nie miałby z czego żyć, bo łapówki, które trzeba wręczać komendantowi za możliwość pracy w policji, przewyższają pensję policjanta. Cóż… Komendant musi też coś odpalić swojemu szefowi, on swojemu i tak idzie to dalej aż do ministerstwa, a potem władz najwyższych z Prezydentem na czele. Kiedy mi to opowiadała – nie bardzo wierzyłam aż… losy zagnały mnie na Ukrainę w sprawie innej niż turystyka. Opisywałam tu w swoim czasie, jak Ulubiony wyrabiał sobie nowy paszport. (Przez ambasadę Ukrainy paszport można zrobić, ale starego typu. A Ulubiony chciał biometryczny, ważny 10 lat. Taki można wyrobić tylko na Ukrainie.) Koszt dodatkowy, to 3 tysiące hrywien (1500 złotych), by paszport był gotowy w trzy dni, a nie w miesiąc. Na siedzenie tam miesiąc, nie mogliśmy sobie pozwolić. Ukraińcy muszą brać „wziatki”, bo sami co chwilę muszą je dawać. Ja uparłam się, że przejadę Ukrainę bez wręczania łapówek. Nie było to proste, ale… udało się. (Poza stoma hrywnami danymi pany, w którego stuknęłam, a któremu i tak nic się nie stało, bo jeździł  „pancerną” ładą.) Jednak policja zatrzymywała mnie co chwilę. Oczywiście z powodu samochodu, który był nie tylko na zagranicznych przecież numerach, ale na skutek tej drobnej stłuczki lekko uszkodzony. Oto więc znalazł się powód, by mnie zatrzymać. A nuż uda się wyłudzić pieniądze?

Najbardziej wryła mi się w pamięć rozmowa z pierwszymi policjantami, którzy zatrzymali nas niemal zaraz po stłuczce. Uszkodzenie samochodu polegało na zbiciu szybki jednego reflektora i lekkim wgnieceniu przedniej maski. Na rozmowę z zatrzymującym nas patrolem poszedł najpierw Ulubiony. Wrócił po pół godzinie i powiedział:

- Idź ty, bo ode mnie chcą półtora tysiąca hrywien łapówki.

Poszłam więc i zaczęłam z grubej rury.

- Ja „wziatkiw” ne daju.

Panów najpierw zatkało, a potem jeden przez drugiego zaczynają tłumaczyć, że mam stłuczone auto i to jest niezgodne z przepisami.

- No to proszę mandat – mówię. Ale oni mandatu wystawić nie chcą. To im się nie opłaca. Dopiero później, gdy w hotelu odwiedza nas przyjaciel Ulubionego – Nazar, który jest inżynierem w fabryce czołgów, zaczynam domyślać się, że podstaw do wręczania mi mandatu nie było. Dlaczego? Oto zapytany przez nas Nazar, czy to co stało się samochodowi, to coś poważnego (na Ukrainie Fiaty to rzadkość, a Seicento jest modelem zupełnie nieznanym i już wtedy czuliśmy, że naprawiać je będziemy już w Polsce) słyszymy, że to nic takiego. A wyglądem auta mamy się nie przejmować, bo, jak powiedział Nazar „tu ludzie jeżdżą bez… drzwi”!

Policjanci jednak nie chcą odpuścić. Nie pomagają próby wmówienia mi, że jestem przestępcą zaczynają, więc… grozić. Ja odpowiadam też groźbami. Wyciągam legitymację dziennikarską. Ponieważ jest w niej napisane cyrylicą, kim jestem z zawodu, więc… działa. Na policjantach robi to ogromne wrażenie. Dlatego teraz ja zaczynam z wysokiego C. Wmawiam, że jestem jedną z najbardziej znanych polskich dziennikarek, więc za moment trafią na pierwsze strony polskich gazet i portali informacyjnych. To skutkuje. Życzą mi szerokiej drogi. Do auta wracam po góra pięciu minutach. Ulubiony jest w szoku. Potem opowiada mi, jak wyglądała jego rozmowa z „krajanami”.

- Ty Zachar jesteś, tak? – pytał jeden. – Słuchaj Zachar. Nas tu trzech. Ty swój człowiek (ludyna), ty rozumiesz. Każdy z nas ma żonę (drużynu), dzieci… – I w ten sposób przez pół godziny próbowali namówić Ulubionego, by on namówił kierowcę do zapłacenia łapówki. Pod koniec błagali. Grozić nie mogli, bo za kierownicą nie siedział on – tylko ja, obywatelka Unii Europejskiej.

Potem sprawa powtarzała się kilkukrotnie. Ale rozmowy trwały krótko. Ulubiony miał zakaz odzywania się, by nie wyszło, że jest stąd. A moja legitymacja prasowa u zwykłych funkcjonariuszy budziła strach..

Najciekawiej jednak wyglądała sprawa z powrotem z Ukrainy, kiedy na moim rozbitym samochodzie próbowali zarobić niemal wszyscy celnicy na granicy ukraińsko słowackiej. Zanim jednak spakowaliśmy się itd., zobaczyłam, jak Ukraina, korupcja i prawo, a właściwie jego nieprzestrzeganie, wpływają na mieszkańców. Uległ temu nawet Ulubiony, który dał się ponieść ostrzeżeniom wujka, że samochodem z rozbitym reflektorem nie wypuszczą nas z Ukrainy. Pojechaliśmy więc najpierw do warsztatu poleconego przez szwagra. Mechanik, który robił audi, mercedesy, skody itd., na widok Seicento, które przecież budzi u nas uśmiech politowania, zaniemówił. On taki samochód widzi po raz pierwszy. Części nie zdobędzie i w ogóle nie podejmuje się tego robić. Wszyscy zaczęli biadolić, że tragedia! Że już nigdy nie wyjadę z Ukrainy. Wszyscy święcie wierzyli, że z powodu zbitej szybki reflektora zostanę tam na zawsze! Ta panika zaczęła się udzielać i mnie. Pewnie dlatego dałam się namówić na jazdę na pobliski posterunek. Miałam tam uzyskać w komisariacie zaświadczenie, że mój samochód nie brał udziału w wypadku. Tak poradził Ulubionego wujek, który jest sędzią. Kazał się na siebie powołać na komisariacie, bo komendant to jego znajomy, a tym samym zażądać zaprowadzenia do samego komendanta. Na komisariacie wyraz twarzy ludzi zmieniał się na sam dźwięk nazwiska wujka. Wszyscy zaczynali nerwowo biegać wokół budynku komisariatu, ale… komendant do mnie nie przychodził. Jak tłumaczyli – pojechał w teren. Ma być za moment, a oni próbują go ściągnąć. Ten moment zdawał się przedłużać w nieskończoność. Ja zaczęłam się niecierpliwić i… myśleć. A czemu ja mam brać jakieś zaświadczenie, że pojazd nie brał udziału w wypadku? Niech oni mi udowodnią, że brał! I tak podjęłam decyzję. Dzwonię do konsulatu we Lwowie. Tam dyżurny kazał zadzwonić do ambasadora dyżurnego i podał jego komórkę. Zadzwoniłam, przedstawiłam się. Opowiedziałam wszystko od A do Z. Ambasador dyżurny parsknął śmiechem, a potem westchnął ciężko.

- No taki to kraj! Ale jak auto jedzie, to nikt pani nie zatrzyma. Nie ma podstaw. Oni tu czyhają na naiwnych, by wyciągnąć kasę. Nic im nie dawać! Pani jedzie na granicę normalnie. Jakby były kłopoty to pani do mnie zadzwoni.

Następnego dnia na granicy w Użgorodzie przy moim autku zebrało się całe „konsylium” celników. Najpierw próbowali groźbą, że nie można wyjeżdżać, bo auto stłuczone. Gdy spytałam o podstawy prawne zamilkli i zmienili strategię. Oto dbają o mój interes. Nie chcą mnie wypuścić, bo… Słowacja mnie nie wpuści! W Unii takimi autami jeździć nie wolno. Ja im na to, że ja jestem z Unii i u nas, jak samochód działa i światła działają, to ja mogę jechać, bo jakoś auto muszę dowieźć do warsztatu. Kiedy dorzuciłam informację, że u nich auta się naprawić nie da, bo taka marka to rzadkość, a modelu nikt nie zna – stracili rezon. Zostały im tylko błagania o łapówkę. Ale ja na takie błagania, tak jak i na pokazówki, że oto dzwonią do jakiegoś ministerstwa, urzędu itd., (a tak robili) jestem głucha. Gdy już wiedziałam, że mnie wypuszczą, bo zadzwonił do mnie ambasador dyżurny i wesoło spytał, „jak tam?” postanowiłam teraz ja zabawić się kosztem celników. Oto gdy na koniec spytali, czy wiozę coś hurtowo odpowiedziałam:

- Da, no ja stydajus pokazaty.

Rzucili się na mnie, jak sępy. Co też wiozę w dużej liczbie i wstydzę się pokazać? Sięgnęłam po papierową torebkę, w której było 30 drewnianych długopisów. To stara huculska zabawka, jak się później okazało można ją kupić także w Polsce, w Zwierzyńcu n. Wieprzem. Wtedy jednak jeszcze o tym nie wiedziałam ani ja ani Ulubiony. Owa zabawka, to po prostu drewniana pałeczka, która może być oprawką długopisu. Drewniana obsadka może być albo mężczyzną albo kobietą. Jej ruchoma część skrywa… narządy płciowe. W przypadku babki, to nacięcie z naklejoną kupą czarnych kłaków. W przypadku dziadka, to po prostu sztywna pałka. Jest to zabawne z wielu powodów. Między innymi dlatego, że dziadek np. w mundurze milicjanta ma taką pałkę w… paski. Dziadkowie w ludowych strojach ukraińskich przeważnie mają na głowach kapelusz lub wymalowany osełedec. Babki są w chustkach. Wyjęłam jedną obsadkę długopisu. Taką, która przedstawiała babkę, bo w końcu wokół mnie sami faceci – celnicy. Poruszyłam ruchomą częścią pokazując babcine przyrodzenie i powiedziałam udając mocno zawstydzoną:

- Wołosata szczo? My u Polszczy takich ne majemo.

Celników zatkało. Potem zaczęli się śmiać, ale nie wiem czy ze mnie, czy z babcinego owłosionego przyrodzenia, czy raczej jednak z siebie i swojej naiwności, że do końca liczyli na „wziatkę”.

Słowacy, gdy zawitaliśmy już na słowacką stronę granicy, na uszkodzone auto w ogóle nie zwrócili uwagi. Nie padło nawet pytanie „co się stało?”.

I kiedy teraz tyle się mówi o Ukrainie, że ona do Europy. Kiedy zachodnie państwa wstawiają się za Julią Tymoszenko, to ja pytam: Naprawdę wierzycie w to, że niewinna? Że nie jest umoczona w żadną korupcję? Jeśli tak, to trzeba by ją ogłosić świętą za życia. Bo w końcu, jak ona się tam uchowała? Rada Europy jeszcze w 1999 roku ustalając Cywilnoprawną Konwencję o przeciwdziałaniu korupcji przyjęła dość szeroką definicję korupcji. Uznano za nią: żądanie, proponowanie, wręczanie lub przyjmowanie, bezpośrednio lub pośrednio łapówki lub jakiejkolwiek innej nienależnej korzyści lub jej obietnicy, która wypacza prawidłowe wykonywanie jakiegokolwiek obowiązku lub zachowanie wymagane od osoby otrzymującej łapówkę, nienależną korzyść lub jej obietnicę, przy czym łapówka może stanowić korzyść nie tylko dla odbiorcy, ale i dla innego podmiotu.” Jak żyć na Ukrainie nie dając łapówek? Jak ich nie brać, gdy po dawaniu łapówek w portfelu nie zostaje z pensji nawet hrywna? Przecież tam życie upływa nie tak, jak u nas: od pierwszego do pierwszego lub od weekendu do weekendu, ale od „wziatki” do „wziatki”.

Pomiędzy mandatami a policją…

„Słynny” mandat z Kutna udało się anulować. Załączam dowód. Oczywiście pozostaje pytanie, po co była ta cała „papierologia”. Pani w okienku spojrzała na zdjęcia auta wykonane przez kontrolera i w przeciwieństwie do niego dojrzała tkwiący za szybą bilet parkingowy. Ja tylko zmarnowałam czas. Natomiast pojawiły się nowe kłopoty. Wróciliśmy do domu, ledwo odpoczęliśmy i dziś… kolejny raz (rok temu też tak było) włamano mi się do samochodu. Wyjątkowo nie wjechałam na podwórko i takie są skutki. Złodziej otworzyć go nie zdołał, ale… zamek w drzwiach (i same drzwi trochę też) uszkodził… Szkodę już zgłosiłam ubezpieczycielowi, ale nadal tracę czas, bo zamiast pisać muszę iść na policję i zgłaszać włamanie. No co za pech. Rano kuzyn, niejako na pocieszenie powiedział, że jemu takie rzeczy zdarzyły się kilka razy, więc zamontował monitoring. I pomyśleć, że panuje powszechne przekonanie, że Saska Kępa to taka kulturalna dzielnica.

Tymczasem tutaj w Kutnie…

Tymczasem tutaj w Kutnie
kontrolerzy są ślepi okrutnie

Taki dwuwiersz przyszedł mi do głowy, gdy za wycieraczką samochodu postawionego przed miejskim teatrem w Kutnie (przyjechaliśmy tu ze spektaklem) znalazłam mandat za brak opłaty parkingowej. Data wystawienia mandatu 29 czerwca 2013 g. 12:06 tymczasem bilet parkingowy zakupiony tegoż dnia 6 minut wcześniej tkwił grzecznie za szybą. Ufam, że to słońce uniemożliwiło kontrolerowi odczytanie właściwej daty. Nie chce mi się wierzyć, by tu też było to podyktowane niechęcią do aut z rejestracją warszawską. A coś takiego spotkało mnie już kilka razy w Polsce: m.in. w Mławie, Przasnyszu, Białymstoku…

Na szczęście zostajemy tu do poniedziałku rano, więc będę miała szansę na osobistą rozmowę w urzędzie. Ciekawe co powiedzą mi tutejsi urzędnicy.

Zamieszanie, czyli jak sfotografować „megankę”?

Przed premierą monodramu wpadliśmy w taką fazę, że w domu nic kompletnie nie jest sprzątnięte. Codziennie pocieszam się więc powiedzonkiem, że „nudne kobiety mają wysprzątane mieszkania”. O! sądząc po naszym – na pewno nie jestem nudna. Powyjmowane z szaf książki piętrzą się na wszystkich możliwych meblach. Gabinet wygląda tak, jakby przeszła przez niego nawałnica. Dowody poniżej.

W tym zamieszaniu, przygotowaniach i tak dalej… trafił mi się do napisania tekst, a właściwie dwa. Oba motoryzacyjne. Jeden to reportaż z dowolnego prywatnego salonu Peugeot na zamówienie zresztą Peugeot Francja. Drugi to tzw. „babski test” (ze zdjęciami) najnowszej „meganki”, czyli Renault Mégane III.  Dla potrzeb reportażu w zeszły piątek dostałam „megankę” w używanie na ponad tydzień. (Jutro o świcie zwracam). Jednak w moim życiu nic nie może być proste. Najpierw były „schody” z salonami peugeota. Choć reportaż może być dla nich szansą na zaprezentowanie się przed francuskim koncernem, którego autami handlują, dealerzy nie byli skłonni wpuścić mnie w swoje podwoje.  Szukałam najpierw w okolicach Warszawy, potem na terenie Mazowsza. Na próżno. Czego to ja się nie nasłuchałam od osób odbierających w salonach telefony! A ilu z nich było po prostu nieprzyjemnych? Wreszcie… udało się! W Lublinie. Umówiłam się na wtorek przed Bożym Ciałem. Wcześniej miałam ambitny plan pojechania autem na sesje fotograficzną w plener. Niestety… w sobotę okazało się, że na Stadionie Narodowym odbywa się „Orange Warsaw Festiwal” i… Saska Kępa zamknięta! Wyjechałam autem rano w sprawach monodramu i gdy podjechałam około 14-tej pod dom, to był to ostatni moment, by móc tu zostać. Godzinę później blokowano już Saską Kępę przed obcymi samochodami, a „meganka”, choć w moim użytkowaniu, to jednak obca. Nie ma znaczka „Saska Kępa” i mieć nie będzie. Dlatego gdybym nią wyjechała z posesji, wrócić mogłabym dopiero po 22-giej. Podobnie było w niedzielę, kiedy na dodatek pogoda nie sprzyjała żadnym plenerowym sesjom fotograficznym. Obydwa dni Ulubiony spędził niemal od rana do nocy na próbach. Ja na pisaniu. Wprawdzie w niedzielę wyjechałam „meganką” na test, jak auto sprawuje się na deszczu, pojechałam do mamy na cmentarz, a nawet podjechałam po Ulubionego na próbę, by zabrać i jego i rekwizyty, które następnie on sam w domu szykował do próby medialnej. Jednak wrócić z rekwizytami do domu mogliśmy dopiero po odblokowaniu Kępy po koncertach, czyli po 22-giej. A ze względu na pogodę nawet nie wyjmowałam aparatu.

W poniedziałek „użerałam się” z pisaniną, korkami itd. Jaka była pogoda? Niestety fuj!

Nadszedł wtorek. Była szansa na sesję w plenerze, bo pędziłam „meganką” prawie 160 kilometrów w jedną stronę, czyli do Lublina na reportaż. Wróciłam wieczorem. Ponieważ po drodze natknęłam się dwukrotnie na ulewę i burzę, więc… z sesji fotograficznej „meganki” w szczerym polu – wyszły nici. Cyknęłam parę zdjęć przed moim ulubionym zajazdem „Cegielnia”. Niestety auto było już po deszczu i błocie, więc dość brudne.

W środę „meganka” grzecznie postała wraz ze mną w korkach. W planie miałam: zwrot zasilacza, który nie pasował do klawiszy, odebranie plakatów, a przez Ulubionego bonżurki do spektaklu, którą dzięki uprzejmości Pana Romana Zaczkiewicza, dostawcy materiału, uszył Pan krawiec Piotr Kamiński. Miałam też zatwierdzić program teatralny. No i rozwieźć plakaty oraz ulotki naszym sponsorom.  Czułam więc, ze sesja samochodu może nie wypalić. Miałam rację. Oto w trakcie jazdy z jednego miejsca w drugie (już nie pamiętam skąd dokąd, bo tyle wtedy po mieście się nakręciłam, że szok!) okazało się, że monodram dostał honorowy patronat Marszałka Województwa Mazowieckiego. Plakaty i ulotki już miałam w ręku – bez marszałkowskiego logo. Pieniędzy na ponowny druk – brak. To co dostałam od przyjaciół poszło na baner, który był już w druku (tez bez marszłakowskiego logo), no i na dodruk ulotek. Drukarnia, która wydrukowała plakaty na zasadzie barteru zaproponowała druk większej ilości ulotek, ale już za pieniądze. Zgodziliśmy się. Tak więc kasa się rozeszła. Zwłaszcza, że karnie zapłaciłam pierwszą ratę za wynajem sali do prób. Tak więc z tzw. wolnych mocy przerobowych został nam już tylko program teatralny (jeszcze nie dojechałam zatwierdzać), no i blog stworzony dla potrzeb monodramu. Dzwonię więc do Urzędu Marszałkowskiego i mówię, jak mają się sprawy. Na szczęście Pani w Urzędzie powiedziała, że doskonale to rozumie, że może być program teatralny i blog, a plakaty i ulotki będą miały logo jeśli będzie kiedyko0lwiek dodruk. Cóż… program teatralny miał być właśnie słany do druku, a ja miałam go tylko zatwierdzić. Planowałam to zrobić po rozwiezieniu plakatów i ulotek po śródmieściu i odwiezieniu do zwrotu zasilacza. Musiałam wszystko rzucać. Zrezygnowałam z rozwożenia ulotek i plakatów. Pojechałam tylko oddać ten czortowski zasilacz. Zwrot tego „ustrojstwa” trwał pół godziny (sic!) musiałam podpisać kilka dokumentów, szczegółowo opisać, czemu zwracam zasilacz i tak dalej…   Potem pędziłam przez miasto niemal na złamanie karku do wydawnictwa. Chodziło o to, by stronę programu z herbem Marszałka przesłać do zatwierdzenia do urzędu, zanim urząd skończy pracę. Była przecież środa przed długim weekendem. Ulubiony, ponieważ fizycznie nie ma prawa jazdy, więc biegał po mieście na piechotę i tramwajami z bonżurką w ręku. Około 19-tej wróciłam do domu. Byłam skonana, a na dodatek miałam pisaninę i nie nadawałam się do fotografowania auta.
Nadeszło Boże Ciało…  Wymieniać dalej? Zawiozłam Ulubionego na próbę. Miałam nienapisany reportaż, który postanowiłam napisać u przyjaciół na działce pod Sochaczewem. Po drodze sfotografuję „megankę” – pomyślałam optymistycznie. Nic mi z tego nie wyszło. Nawet nie tyle przez pogodę ile przez zwykły, ludzki strach… oto cała drogę między Warszawą a Łazami mijałam pijanych na piechotę lub na rowerach, bo przecież w katolickim kraju, jak jest święto kościelne trzeba się po prostu zalać do nieprzytomności i potem niepewnym krokiem łazić wzdłuż szosy, przechylając co chwila nie w stronę pobocza, czy rowu, ale w stroną jadących aut. Tak więc jechałam nie przekraczając prędkości 50 km/h… Gdy dojechałam na miejsce – oczywiście lunęło! Znów z sesji nici. Wracałam w deszczu… ale… zaczęło się powoli przejaśniać. Szosa pusta, (zalani pewnie jedzą lub śpią) więc powiało optymizmem. Może gdzieś po drodze, na przykład koło Zaborowa, tam tak ładnie, stanę na małą sesję… Niestety…. Po przejechaniu 10 kilometrów natknęłam się na wypadek. Ciała na poboczu, ciała na środku drogi, straż pożarna, policja, pogotowie. Policja zarządziła objazdy. Objazdy takie, że auto ubłociłam… To nie natchnęło mnie artystycznie. Blada jak ściana ze strachu, bo widok wypadku straszny, plus zła jak osa, bo z fotografowania nici – wróciłam do domu.

W piątek była próba medialna, odbiór banneru i kręcenie demo spektaklu, więc wszyscy troje padliśmy równo – z reżyserką włącznie. Gdy pod wieczór wylądowaliśmy na Targowej pod wiaduktem w wietnamskim barze na jedzeniu, byliśmy nieprzytomni. I tylko humor poprawił nam widok plakatu spektaklu, zawieszonego na drzwiach sklepu z czapkami, przez niezawodna panią Cieszkowską – naszą sponsorkę. W końcu to jej czapkę nosi postać, którą gra Ulubiony.

W sobotę walczyłam z internetem i stronami, które się posypały. Praca nad naprawieniem tego, co zepsułam zabrała mi pół dnia. Gdy skończyłam była 19-ta. „Meganki” nawet nie tknęłam. Nie tylko, jako modelki, ale nawet, jako pojazdu. Zresztą tez padało. Może dziś… Nie… jakie „może”? Muszę dziś… przecież jutro ją zwracam… W sumie niestety. Owszem, jestem typem kolegi Bigosa z Pana Samochodzika, który wehikuł kopnął pogardliwie w oponę i powiedział: „Zabawny wozik. Byle się toczył”. Przyznam jednak, że „meganka”, którą dostałam do testu, to naprawdę fajny samochód. Choć nie na takie miasto, jak Warszawa. Parkować nim jest niezwykle trudno, bo po prostu nie ma gdzie. Ale to wszystko opiszę w „babskim teście”, a nie na blogu. No nic! Idę na sesję! Najpierw jednak chyba do myjni….

Życzliwy, czyli naiwny głupek

Tak się jakoś złożyło, że nasze auto nie należy do szczęściarzy. Bite było tyle razy, że naprawdę może już nosić miano weterana szos. Co prawda wszystkie kraksy to drobne stłuczki, ale jednak były. No i na szczęście z mojej winy było stuknięte tylko raz. Kiedyś pewnie to opiszę, bo to były jedne z moich największych nerwów świata. Po tej kraksie zdarzenia za kierownicą przyjmuję już ze stoickim spokojem.

Kilka lat temu hondą HRV wjechał mi w drzwi znany tancerz. Najpierw krzyczał, że tu się nie staje i że to moja wina. Nie miał racji. Na szczęście było to pod budynkiem redakcji mieszkańca. Koleżanki i koledzy szybko poinformowali tancerza, że tu parking i że to on stał nie tam gdzie trzeba, bo na trawie. Szybko wtedy się okazało, że tancerz krzyczał tak, bo… samochód bez ubezpieczenia i na dodatek jeszcze nie przerejestrowany na niego. Świeżo go kupił. Napisał oświadczenie, ze pokryje z własnej kieszeni szkodę i podjechaliśmy do blacharza. Blacharz podał cenę. Tancerz po godzinie był z pieniędzmi w garści. Zgrzytał tylko zębami, że seicento, a tu koszt ponad 2 tysiące. No cóż… nie tylko drzwi, ale i zamek był do wymiany.

Innym razem jakiś Pan wjechał mi z Dzikiej w Marszałkowską prosto pod koła. Tym razem wezwałam policję. Pan nie był po prostu zbyt miły. Na dodatek miał do mnie pretensje. Skończyło się nie tylko uznaniem jego winy, ale i mandatem. Oczywiście dla niego. Teraz znów mnie rozbito. Skręcałam w lewo ze Szwoleżerów w Czerniakowską. Akurat jechała karetka, a ja dwa razy widziałam zderzenie auta z karetką, więc zahamowałam, by ją przepuścić. Jadący za mną hyundai zrobił to odrobine później. Efekt był taki, że wgniótł mi zderzak i zbił tylny reflektor. Zjechaliśmy na pobocze. Facet od razu powiedział, że przeprasza, że jego wina. Dodał co prawda, że myślał, że pojadę dalej lewym pasem, bo było miejsce, ale przyznał, że nie zachował ostrożności. Koniec końców oboje mieliśmy rozbite auta. Co robić? „Ja napiszę oświadczenie” – powiedział facet i dodał, że na policję będziemy zbyt długo czekać. Ze mną w samochodzie była reżyserka. Wiozłam ją na próbę monodramu, bo dziewczyna przeziębiona itd., a tu taka kaszana. Pomyślałam, że facet za takie coś będzie miał na pewno mandat, a i punkty karne, bo w końcu to nieustąpienie miejsca pojazdowi uprzywilejowanemu. Spojrzałam na niego. To jego auto stare… smutek w oczach. Stwierdziłam, że dobrze. Nie dzwonię po policję. Niech pisze oświadczenie. Odetchnął z ulgą. Zadzwonił do żony. Była kilkaset metrów obok i przydreptała pieszo. Siedliśmy we trojkę w jego aucie. W czasie pisania oświadczenia okazało się, że… facet nie ma dokumentów. „Za moment będą” – zapewnił i dodał, że brat po nie jedzie. Moment trwał jakieś pół godziny i przyjazd brata nie zakończył sprawy. Brat przyjechał po prostu nie z dokumentami, ale po klucze od mieszkania, by te dokumenty z niego zabrać i przywieźć. Cóż… właściciel auta przebierał się szybko, bo mieli z żoną iść do kina, no i z pospiechu te dokumenty zostały w innych spodniach. Gdy wszystkie papiery się pojawiły, okazało się, że auto dopiero co zostało kupione i jeszcze nie jest przerejestrowane na kierowcę. Tylko ubezpieczenie było na niego. Oświadczenie jednak uzupełniliśmy. To jednak jeszcze nie był koniec kłopotów. W sumie na chodniku przy Czerniakowskiej staliśmy ponad godzinę. W trakcie stania zorientowałam się, że migające cały czas światła awaryjne rozładowały mi akumulator. Dlatego jeszcze walczyliśmy z uruchomieniem auta. Na szczęście brat sprawcy miał kable rozruchowe i mogłam swoje auto odpalić od jego akumulatora. Jednym słowem udało się wszystko. Auto uruchomiłam, reżyserkę (wprawdzie z poślizgiem, ale jednak) odwiozłam na próbę, a samochód wraz z oświadczeniem odstawiłam potem do warsztatu. Auto naprawiono mi po dwóch tygodniach. Wszystko poszło z OC sprawcy. Gdy wtedy na Czerniakowskiej rozstawaliśmy się powiedział, że dziękuje, że nie wzywałam tej policji. Cóż… jeszcze doszedłby mu drugi mandat za brak prawa jazdy, i być może trzeci za brak dowodu rejestracyjnego. Bo są tacy policjanci, którzy brak dokumentów rozbijają na kilka mandatów. Mogłoby więc być tak, że facetowi w ogóle to prawo jazdy by odebrano.

Kiedy na świeżo opowiadałam tę historię znajomym, wielu mówiło, że jestem naiwna, że mógł mnie oszukać, że wszystko mogło być fałszywe. Mogło. Ale nie było. A ja pomyślałam, że gdybym teraz, kiedy wszystko inwestujemy w monodram, spowodowała wypadek i miała jeszcze do płacenia mandaty, to bym chyba oszalała. Zachowałam się więc tak, jakbym chciała, by się w stosunku do mnie zachował ktoś, komu bym rozbiła zderzak i reflektor. W końcu od napraw są warsztaty, a i po to mamy ubezpieczenia, by w razie czego z nich korzystać. I tylko nie wiem czemu, jak ktoś jest życzliwy i idzie komuś na rękę, to od razu musi być z tego tytułu uważany za naiwnego głupka.

Agresywność dziesięć

Scena z „Seksmisji”, gdy Maks grany przez Jerzego Stuhra zgłasza „sprawność fizyczną dziesięć”, a Albert grany przez Olgierda Łukaszewicza „agresywność zero”, przypominała mi się ostatnio kilkukrotnie. A wszystko dlatego, że z roku na rok obserwuje w narodzie coraz więcej agresji, a zwłaszcza przed świętami. Agresja słowna jest w sieci – widzę po niektórych listach, zwłaszcza jak coś napiszę nie po myśli, albo ktoś (i to znacznie częściej) nie przeczyta do końca, a tylko zatrzyma oko na zdaniu wyrwanym z kontekstu. To w ogóle jest ciekawe zjawisko. Piszemy, ale nie czytamy. Pamiętam list, który zaczynał się od słów: „przez przypadek trafiłem na pani bloga. Widać, że wena była, ale czytać mi się nie chciało. Napiszę za to co ja sobie na ten temat myślę” i tu nastąpił elaborat. Sympatyczna sprawa, prawda? Mnie się komuś czytać nie chce, choć ja mu siebie czytać nie każę, bo nie jest to mój do niego list, a wpis na blogu. Z kolei ten ktoś… czytać mnie nie chce, ale siebie czytać każe, bo pisze na mój prywatny adres e-mail epistołę. Ja nie taka jak on… przeczytałam. Wszystko po to, by szybko dowiedzieć się, że jestem głupia, brzydka i beznadziejna. Ostatnio wyczytałam, jak to źle potraktowałam Podlasie. Choć felieton był pisany z sympatią, bo czuję sympatię do tego regionu. Jednak to zauważyli tylko nieliczni. Inni wyrwali zdania z kontekstu. Zarzucono mi, ze Podlasie szkaluję i odciągnę od niego inwestorów! (Nie wiedziałam, ze mam taką moc!) Jeszcze mnie pouczono, bym przestała jeździć po kurortach! Niby ciągle tam jeżdżę i to dlatego mi się zachciało fanaberii w postaci obiadu i dostępu do internetu. Moja przyjaciółka, której parę listów zacytowałam stwierdziła, że ewidentnie ktoś czytał te wpisy już z negatywnym nastawieniem do mojej osoby. Myślę, że coś w tym jest. Tak ciężko nam się żyje, że szukamy kogoś, na kim możemy odreagować. Skoro nie mamy czasu, jesteśmy zmęczeni, więc darmowy upust negatywnej energii w postaci lekkoatletycznego biegu odpada, na siłownię nas nie stać, a walenie sąsiada w mordę jest karalne, więc napiszmy komuś coś przykrego, taką „całą prawdę, całą dobę”, wtedy od razu poczujemy się lepiej. I nie ważne, czy mieliśmy rację.

Ranek zaczynam od czytania wiadomości na portalach i oglądania TVP Info. Do wiadomości na antenie TVP Info na szczęście nie ma dostępu szary człowiek. Dlatego trudno tam znaleźć jad, który sączy się z internetu. Ten jad, któremu ja odcięłam język, uniemożliwiając komentowanie bloga. Inaczej jest w sieci. Co informacja to w komentarzach pod nią taka trucizna, że aż słabo się robi. Przeważnie czytam wszystkie wiadomości, a sportowych jedynie nagłówki. Tak, żeby obiły mi się o uszy nazwiska i by wiedzieć np. kto to Justyna Kowalczyk. Czytając wiadomości tylko czasem zaglądam w komentarze. Przeważnie po to, by zobaczyć ile ich jest i czy jest to temat, który ludzi interesuje. Czego się dowiaduję? Że jako społeczeństwo mamy masę kompleksów i nienawidzimy ludzi. Zwłaszcza ludzi sukcesu. Czasem myślę, że negatywne komentarze są naszą polską specjalnością. Tak, jak u mnie w domu barszcz z uszkami na Wigilię. Oto ostatnio na jakimś portalu pokazano zdjęcia z jakiejś gali, na której zjawił się Paweł Małaszyński z żoną. Ze zdjęcia patrzyła na mnie elegancka i sympatyczna kobieta. Co zobaczyli internauci? Starą babę w za krótkiej spódnicy! Dowiedziałam się, że kobieta jest za stara na mini! Przy zdjęciach Pawła Królikowskiego z żoną obgadano ich stroje dosłownie „od stóp do głów”.

Nie wiem kim są ci frustraci, którzy piszą te komentarze, ale jest ich masa. Ludzie opluwają bliźnich w sposób wręcz niesamowity. W internecie to już jakaś norma. A w realnym życiu?

Pamiętam historię sprzed dwóch lat, którą dość długo przeżywałam. Podjechałam na Lwowską w Warszawie do Centrum Druku Cyfrowego. Wysiadałam już z samochodu, kiedy podbiegł do mnie facet i zaczął wrzeszczeć, że na jakiś tam skrzyżowaniu wcześniej zajechałam mu drogę. Nie kojarzyłam tego faktu, ale… może zajechałam? W końcu wszystko jest możliwe, a nie myli się ten, kto nic nie robi. Powiedziałam więc:
- Nie kojarzę, ale jeśli tak, to bardzo pana przepraszam.
Okazało się jednak, że to nie wystarczyło. Mężczyzna dostał niemal szału, zaczął mnie przedrzeźniać:
- „Przepraszam”, „przepraszam” i co mi z tego „przepraszam”?
- A co by pan chciał zamiast przepraszam? – spytałam.
- Żeby pani takich rzeczy nie robiła.
- Tak. Obiecuję, że nie będę robić.
- I co mi z tych obietnic! – krzyczał facet i sam się coraz bardziej nakręcał.
- Proszę pana – zaczęłam, starając się go uspokoić – to się zdarzyło i tego nie cofniemy (choć naprawdę faktu nie kojarzę i jest zupełnie możliwe, że nie o mnie chodziło, bo jeżdżę popularnym samochodem). Powinniśmy się cieszyć, że do stłuczki nie doszło, samochody mamy całe i my jesteśmy cali.
- Pani jest nienormalna! – wykrzykiwał facet, a to już i mnie zaczynało irytować. Powiedziałam więc chcąc zakończyć dyskusję:
- Uważam, że dalsza rozmowa nie ma sensu, przeprosiłam pana, nic się nie stało, więc do widzenia.
I wtedy okazało się, że oboje idziemy w to samo miejsce. Facet wyprzedził mnie i cały krótki odcinek drogi szedł oglądając się w moim kierunku i wygadując, że przepraszam mam sobie wsadzić w dupę, powinnam się leczyć i jestem nienormalna. W tej oto miłej atmosferze doszliśmy do Centrum Druku, którego drzwi pan szybko otworzył i zatrzasnął mi przed nosem. Bo on jest wspaniały, kulturalny, świetnie jeździ, a ja… jestem beznadziejna, głupia, nikt, zero itd.

Dwa dni temu miałam niemal powtórkę z rozrywki. Zaparkowałam przed apteką. Wracam do auta, otwieram drzwi i lekko dotknęłam nimi samochodu obok. Nie trzasnęłam, nie uderzyłam, ale dotknęłam, by zmieścić się w swoim aucie. I się zaczęło. Pan siedzący jako pasażer otworzył drzwi i zaczął burczeć:
- Jak się drzwi otwiera to powinno się uważać.
- Przepraszam, ale uważałam.
- Ale pani dotknęła!
- No przepraszam, ale trudno wcisnąć się do środka nie dotykając auta obok. Ważne, że nic się nie stało. Nie ma nawet rysy.
I znowu wykład! Że mogłam zniszczyć! Czując nosem agresora powiedziałam:
- Przepraszam.
Agresor jednak nie odpuszczał. Musiał ciągnąć wywód, że trzeba uważać, że trzeba patrzeć na inne samochody, nie być egoistą, bo można porysować cudze auto. I tak dalej, i tak dalej… Po kilku minutach „wykładu” i mnie puściły nerwy. Powiedziałam:
- Pokornie proszę o wybaczenie. Klęczę przed panem błagając o nie. Czy poprawił pan już sobie humor? Poczuł się pan lepszym człowiekiem? Mądrzejszym ode mnie? Wspanialszym?
I o dziwo to zadziałało! Facet zatrzasnął drzwi, a ja wzięłam trzy głębsze oddechy i odjechałam.

Dziś pojechałam na zakupy. Tak zwane ostatnie przedświąteczne prezentowe. I co? I było:
- Pan tu nie stał!
- Proszę się nie pchać!
- Ale zdzierstwo!
- Posuń się pan!
- Jak leziesz baranie!
Plus kilka scenek z kłótniami kierowców. Były oczywiście wyzwiska, ale też natarczywe trąbienia i migania światłami oraz blokowanie „buspasa”, zajeżdżanie drogi i parkowanie na środku. Na jednym z parkingów za szybami kilku aut dostrzegłam karteczki z tzw. „karnym kutasem” za złe parkowanie.

Po południu jechałam taksówką. Stojąc w korku zaczęliśmy rozmawiać o tym trąbieniu, nie wpuszczaniu, blokowaniu drogi etc. Taksówkarz powiedział, że staliśmy się egoistami, nieżyczliwymi, niewdzięcznymi itd. Opowiedział jak ostatnio w śnieżycę stał w korku. Podszedł facet i spytał, czy go zabierze.
- A ja pasażerkę miałem – opowiada mi taksówkarz. – Ale żal mi faceta, bo śnieg wali, więc spytałam pasażerkę czy jeśli będzie po drodze to możemy tego gościa zabrać. Pasażerka zgodziła się. No to wołam faceta. Okazało się, że on dalej niż ona, ale tą samą trasą. No to jedziemy. Babka wysiadła po drodze. Facet się spieszył, więc nie zerowałem licznika. Ona zapłaciła 20 złotych, a gdy on wysiadał to licznik wybił 5 złotych więcej. I wie pani, że on mi tylko te 5 złotych zapłacił? Uznał, że tak będzie sprawiedliwe. Nie kłóciłem się, bo moja wina. Mogłem zerować licznik. Bylibyśmy wprawdzie ze dwie minuty później. Ale ja dbałem o jego interes… On o mój wcale. I jeszcze był niemiły.

Kiedy mi to opowiedział, od razu przypomniała mi się scena, której byłam kiedyś świadkiem. Na przystanek autobusowy na Rondzie Waszyngtona z piskiem opon podjechała taksówka. Wysiadł z niej pasażer i podbiegł do przodu auta, a potem wyrwał taksówce wycieraczki i zaczął nimi okładać maskę samochodu. Nie wiem o co pokłócił się z kierowcą, ale reakcja była co najmniej dziwna, a agresja straszna. Nie wiem jak to się skończyło, bo z ulgą wsiadłam do autobusu.

No tak… Irytuje nas wszystko i wszyscy. Wkurzają źle zaparkowane samochody, brak uśmiechu u zmęczonej ekspedientki i w większości czekamy aż minie przedświąteczny rozgardiasz. Tylko ja nie jestem przekonana, że wtedy zmniejszy się nasz poziom agresji. On może i wzrasta przed świętami, ale w większości przypadków po prostu codziennie jest w nas. Jako kolejny i bardzo ponury znak czasów.

PS. Każdemu się zdarza, że puszczają nerwy. Ale mam wrażenie, że większość nie stara się nad nimi panować.

Przedłużacz

 

Samochód ma dla mnie jeździć. Do przodu i tyłu. Marka nie ważna, ale… dla portalu francuskie.pl testowałam ostatnio kilka francuskich samochodów. Sprawa o tyle zabawna, że jako kobieta zwracam uwagę na zupełnie inne rzeczy niż mężczyzna-kierowca. Mnie interesuje komfort jazdy, kieszenie i półeczki, zwrotność przy parkowaniu itd. Mało mnie obchodzi silnik – w sensie osiągów itd., bo i tak nie jeżdżę jak pirat drogowy, więc nie gnam na złamanie karku. Nie ja śpiewam z „Blendersami”: „Pojemność dwa czterysta (…) Siedem jeden ma do setki (…) ma skórę i komputer, Klimatyzę serwo wiatrak szyber kółko z futer,
Piskacz piszczy aż oponki się topią”. Bo nie na to zwracam uwagę, a oponki nigdy mi nie piszczą. Dlatego testy wzbudziły wiele kontrowersji i emocji.
Samochody, które testowałam to: Dacia Duster, Peugeot 208 z silnikiem eHDi 1,6 o mocy 115KM i Citroen C3 z silnikiem eHDi 1,6 o mocy 95KM. Każdy z samochodów miał swoje plusy i minusy, ale ze wszystkich trzech aut byłam zadowolona i śmiało mogę je polecić, gdy ktoś ma pieniądze. Oczywiście wszystko zależy od tego, czego kto w samochodzie szuka i w jakim celu go kupuje. Tym co lubią duże, terenowe – polecam tanią terenową Dacię. Tym, którzy lubią ładne i cukierkowe – wygodną Cytrynkę, a tym, co mają szmal i lubią komfort i bajery – Peugeota. W końcu ma dotykowy ekran i synchronizację książki telefonicznej komórki z komputerem pokładowym…
Pewnie nie pisałabym o tym, gdyby nie uwagi niektórych kolegów. Każde z aut dostałam na kilka dni, więc niektórzy znajomi płci męskiej mogli zobaczyć je z bliska. I każde z testowanych przeze mnie aut było zdaniem znajomych panów – beznadziejne. Dacia za mało solidna, bo plastikowa w środku. Peugeot mały (testowałam wersję 3-drzwiową). Citroen za cukierkowy.
Jednocześnie żaden z kolegów krytykantów nie jeździ nowym samochodem. Wszyscy
„nastawieni na nie” mają z trzeciej ręki niemal rozpadające się trupy, ale… z wielkimi silnikami! Remontują je oczywiście bez przerwy. Gnije im przy tym blacha. Coś tam się jeszcze rozpada. Jednak ich zdaniem to nic. Ważne, że mają BMW, Audi, Volvo czy Mercedesa. I tak myślę, że niektórzy faceci chyba z jakichś kompleksów dorabiają ideologię do swoich wielkich starych trupów, bo gdyby jeździli czymś nowym, ale małym, to by im się automatycznie skróciło i tak niewielkich rozmiarów przyrodzenie.