Archiwa tagu: Saska Kepa

Raport z oblężonej Kępy

Codzienne trąbienie o szczycie NATO w Warszawie już miesiąc temu wywołało u mnie panikę. Wiedziałam, że ma być zamknięty Most Poniatowskiego, obok mają być kompletnie wyłączone z ruchu ulice. No i niektóre stacje veturilo, czyli roweru miejskiego mają być nieczynne.

Jadziem do domu ba rowerku, bo szczyt NATO! #starapraga #nato2016 #rower #veturilo

Do tego zamknięta ma być plaża Poniatówka i ścieżka rowerowa wzdłuż Wybrzeża Szczecińskiego. Planowałam więc wyjechać z Warszawy. Ale los ma, co do mnie swoje plany. Obiecałam poprowadzić zajęcia z dziennikarstwa na letnim kursie i… zostałam w mieście i na Kępie. Sęk w tym, że na zajęcia trzeba dotrzeć. Na szczęście jest to ten sam brzeg, ale… na Starej Pradze przy Koneserze, czyli po drugiej stronie Stadionu Narodowego opanowanego przez delegatów na Szczyt NATO. Teoretycznie mogę jechać samochodem, ale… musiałabym jechać zupełnie dookoła, a nie wiadomo, co dzieje się po drodze, jakie są korki i czy w związku z tym dojadę na czas. Stąd decyzja: jadę rowerem veturilo.

Tak bym jechała, gdyby nie szczyt NATO

Normalnie jechałabym ze stacji Stadion Narodowy, ale w związku z jej zamknięciem na czas szczytu NATO rower wzięłam na Walecznych. Na dodatek na miejsce musiałam jechać dookoła. Przez Park sSkaryszewski nie mogłam, bo i tak wyjść z niego można tylko od strony Stanisława Augusta, a nie od strony Zielenieckiej przy Teatrze Powszechnym. Przyznam, że ta podróż dookoła to dość ciekawe doświadczenie, bo przy okazji zobaczyłam jak wszystko, co ma jechać na północ (w tym ja), najpierw jedzie na południe, udowadniając tym samym, że wszystkie drogi prowadzą do… celu!

Tak jechałam

W drodze powrotnej zauważyłam jeszcze jedną rzecz. O ile poza saska Kępą miasto tętni zżyciem o tyle tu, gdzie wydzielona została strefa natowska jest cisza. Knajpki niemal puste (w porównaniu z tym, co zazwyczaj), ulice tez puste. Rzadko, kto spaceruje. Cóż… może wzięli sobie wszyscy do serca tę mapę Niewiadomskiej…

A ja tylko przypomnę, że do Warszawy przyjechało w sumie 65 delegacji z całego świata, w tym m.in. 18 prezydentów i 21 szefów rządów, a także ministrowie obrony, dyplomaci, itd. Delegacja Polska wynosi 42 osoby. Na szczyt zarejestrowało się ponad dwa tys. uczestników. Obrady relacjonuje blisko dwa tysiące dziennikarzy. Porządku w mieście przypilnuje około sześciu tysięcy policjantów oraz przedstawiciele innych służb. A Saska Kępa jakby wymarła.

Znaczenie terenu

Gdy byłam dzieckiem jedna z koleżanek na obozie harcerskim nauczyła nas piosenki o czerwonym kapturku i wilku. Było to na melodię „Chattanooga Choo Choo” Glenna Millera, którą to piosenkę znałam z filmu „Serenada w dolinie słońca”. Gdy po powrocie z obozu zaśpiewałam ją tacie, uśmiał się i… zaśpiewał mi inną, choć na tę samą melodię. Fragmencik brzmiał: „Czy pani wie gdzie tutaj można zrobić siusiu? Okay, okay! Tu pod tą ścianą lej!” Przypomniało mi się to, bo dziś pojechałam zrobić krótki temat do Telewizyjnego Kuriera Warszawskiego o fladze, Saskiej Kępie sprzed stu lat i bracie swojego prapradziadka, jednorękim powstańcu styczniowym, któremu bratowa, a moja praprababcia, podarowała kawał ziemi na Saskiej Kępie. Wszystko wzięło się stąd, że pewnego dnia zadzwonił do mnie przemiły Pan, który powiedział, że nazywa się Bogusław Pełka i jest prawnukiem rodzonego brata mojego prapradziadka Władysława Przybytkowskiego. Umówiliśmy się na spacer po rodzinnych grobach na Bródnie. Pan podarował mi kopię napisanej przez siebie „Historii Rodzin”. Teraz była okazja, by uszczknąć rąbka rodzinnej tajemnicy i opowiedzieć o bohaterskim powstańcu styczniowym, który mimo braku ręki przewoził ludzi przez Wisłę łódką, rozwijał sztandar z orłem i wraz z pasażerami śpiewał patriotyczne pieśni. Dziś z Panem Bogusławem umówiliśmy się w miejscu, gdzie mieszkał jego pradziadek, a brat mojego prapradziadka, czyli koło wieżycy Mostu Poniatowskiego. Pech chciał, że dziś był mecz Legia Warszawa – Lech Poznań o puchar Polski. I tak w chwili, gdy my nagrywaliśmy rozmowy, filmowaliśmy teren itd., co i rusz koło nas przechodzili zmierzający na mecz ludzie z piwami w garści i szalikami na szyjach. Być może nie zwróciłabym na nich uwagi, gdyby nie drobny fakt. Na dziesięć przechodzących osób dwie oddawały przy nas mocz. Gdyby przechodzili sami mężczyźni proporcje pewnie byłyby inne np. co drugi, gdyż wśród ostentacyjnie lejących nie było ani jednej kobiety. Zresztą chyba tylko dwa razy w życiu widziałam tego typu zachowanie u kobiet i zawsze były to osoby pijane w tak zwanego trupa. W każdym razie dziś, na naszych oczach, nieskrępowani niczym kibice Legii oblewali budynki przy ulicy Jakubowskiej, wieżycę mostu, pobliskie drzewka, krzaki itd. To, że przy okazji, co drugi z lejących wykrzykiwał na cały regulator „Legia!” to tylko już tak dla porządku napomknę.

Kuzynka powiedziała mi kiedyś: „faceci lubią lać na dworze, bo jak psy znaczą teren”. Dziś pomyślałam, że coś w tym jest. Fani Legii zaznaczyli swój warszawski teren na kilka godzin przed wygraną. Bo paradoksalnie nikt z lejących nie miał szalika Lecha.

PS A tu Glenn Miller w oryginale… ponucę jeszcze trochę za moim Ojcem, bo tyle osób przy mnie dziś bez krępacji lało…  

Moja chata skraja

„Moja chata skraju, ja nyczoho ne znaju” – mawiano na Wołyniu, co miało oznaczać, że mieszkam na końcu wsi i niczego nie widziałem. To częsta odpowiedź niektórych moich sąsiadów. Zwłaszcza, gdy próbuję dociec kto mi coś wyrwał, zniszczył, zepsuł lub podrzucił. Piszę te słowa w momencie, w którym za chwile wsiądę w pociąg do Krakowa. Wszystko po to, by z przesiadką dojechać na spotkanie autorskie w Nowym Sączu. Ponieważ samochód nie będzie używany przez trzy dni, więc chciałam postawić go na podwórku. Zresztą na razie, póki nie ma jeszcze śniegu, stawiam go tam na każdą noc. Wszystko dlatego, że w tym roku w wakacje po raz drugi włamano mi się do auta. (Poprzedniego roku też miało to miejsce.) Za każdym razem, gdy się włamywano, samochód stał zaparkowany na ulicy. Mieszkam na ślepej uliczce i to na samym jej końcu. Moja brama jest ostatnia. Wczoraj wyjechałam z niej około 10:30 i gdy wróciłam około 13-tej, to już nie mogłam wjechać z powrotem. Brama była zastawiona przez granatowego opla. Napisałam karteczkę, że proszę o nieparkowanie przed bramą, włożyłam ją kierowcy za szybę, zaparkowałam kilkaset metrów dalej i poszłam do domu. Po godzinie znów wyjechałam. Wróciłam koło 15-tej, a opel stał tam gdzie stał, czyli przed moją bramą uniemożliwiając mi wjazd. (Próbowałam „złamać się” i wjechać przejeżdżając jakoś obok opla, ale po pół godzinie manewrowania zrezygnowałam. Nie dałabym rady bez zniszczenia samochodu.) Pytałam sąsiadów czy to auto ich gości. Nikt się nie przyznawał. I tak minęło kilka godzin. Około 19-tej zdecydowałam się zadzwonić po Straż Miejską. Powiedziałam, by się nie spieszyli. Może ten ktoś odjedzie. Przyjechali półtorej godziny później. Łudziłam się, że migające światła ich koguta przywołają właściciela opla. Daremnie. Nie przywołała go nawet wezwana przez Straż Miejską laweta, która około 21:30 rozpoczęła holowanie opla, bym mogła wjechać na teren posesji. Przykro mi było. Wiem, że dla kierowcy opla to oznacza i mandat, a także opłatę za holowanie oraz parking, ale… nie może być tak, by czyjeś dobro było ważniejsze od mojego. Kierowca opla miał kilka godzin na zabranie samochodu z miejsca przed bramą, nota bene zakreskowanego i absolutnie niebędącego parkingiem. Ja nie miałam już czasu na czekanie. W końcu musiałam się wyspać przed podróżą. Skutkiem ostatniego włamania do mojego auta jest zwyżka w ubezpieczeniu AC. Włamywacz rozwalił mi nie tylko zamek, ale także drzwi. Na naprawę z własnej kieszeni nie miałam.

Rano miałam z kolei inną sąsiedzką przygodę. Mniej więcej miesiąc temu współwłaściciel zamówił kontener na śmieci. Największy kontener, jakim dysponuje MPO. Ponieważ za poprzedni taki kontener płaciłam ja, więc teraz umówiliśmy się, że zapłaci on. Kontener stał miesiąc na ulicy na wprost naszej posesji. Chyba wszyscy okoliczni mieszkańcy Saskiej Kępy wrzucali do niego śmieci, bo przecież w nocy, w ciemności nikt nie zobaczy, co i kto nam podrzuci. I tak kontener zapełnił się różnymi dziwnymi przedmiotami powrzucanymi tam bynajmniej nie przez nas. Przedwczoraj, gdy był już pełen, obok postawiono jakieś dwa regały. Wieczorem po kontener przyjechało MPO. Regały się w nim nie mieściły, wiec zostały na środku ulicy, jak osamotnione klocki. Rano… Ku memu zdumieniu zobaczyłam je pod własnym śmietnikiem opróżnionym grzecznie przez MPO, które przyjechało drugi raz – tym razem po śmieci z małego pojemnika. Przyznam, że diabli mnie wzięli. Kontener wywieziony. Mam zamawiać nowy i za niego płacić? Tylko dlatego, że ktoś podrzucił mi regały? Na moje własne podwórko? To, na które podrzucają i tak psie kupy w foliowych torebkach, butelki po piwie i puszki? Musiałam jechać na miasto załatwiać różne sprawy, ale po powrocie pobiegłam do domu obok. Trwał tam jakiś remont, więc… może to ich regały? Obok mieści się pewna firma. Te regały wyglądały na firmowe, bo w drzwiczkach były zamki na kluczyk. Przyszłam, przeprosiłam za to, co zaraz powiem, ale… raz kozie śmierć: „Czy to nie państwa regały wylądowały na mojej posesji? – spytałam i dodałam, że: „Mieli państwo miesiąc na podrzucanie nam do kontenera różnych rzeczy, ja o to nie mam pretensji, ale teraz kontenera nie ma, zaś regały są u mnie na podwórku.” Sąsiedzi zapewnili, że to nie ich regały. Przeprosiłam i odchodząc powiedziałam, że w takim razie zrobię zdjęcia i zamieszczę na FB na wszystkich stronach związanych z Saska Kępa z napisem „sąsiedzi, zabierzcie swoje podrzutki z mojego podwórka”, bo to jest bardzo przykra sytuacja. To mówiąc wyszłam. Mniej więc pół godziny później na jednym z regałów pojawiła się karteczka następującej treści. „Szanowna pani. Przepraszam. Regały znikną jutro.” I numer telefonu. Zadzwoniłam. W słuchawce skruszony glos pana mówiącego po polsku z silnym obcym akcentem. Tłumaczył się, że nie myślał, że MPO zabierając nasz kontener wstawi jego regał do nas na posesję. Że zdziwił się, że regał rano zniknął. A że jest u nas pod śmietnikiem – nie zauważył. Cóż… MPO wiedziało, na jaki adres zamówiono kontener. Regały połączyło z kontenerem, wiec tam je wniosło.

Życie w bloku, w którym lokatorzy potrafią pukać w ściany, by ktoś się uspokoił i np. ściszył muzykę, która nie jest strasznie głośna, potrafi zmęczyć. Myślimy wtedy, że w takim małym domku w dzielnicy willowej będzie spokojniej. Jak widać to złudzenie. W takim niewielkim domku też bywa niezbyt wesoło. I to nawet wtedy, kiedy człowiek stara się nie wchodzić w konflikty. Bo w końcu, co moja brama zawiniła tym od opla, że musieli mi ją zastawić? I czemu na podwórko tak często podrzucają mi śmieci? Chyba dlatego, że zarówno brama jak i podwórko istnieją. Innego wytłumaczenia naprawdę nie mam.

Temat rzeka

Tak nazywa się plażowa knajpa niedaleko mostu poniatowskiego. Pomysł na nazwę fajny. W końcu nad rzeką stoi, przebywaniu nad rzeką służy. Wokół plaża i jak mówią ludzie, którym się wydaje, że są strasznie modni może być tam „cool”, kiedy zrobić „kocing” na „plażing” i „grilling” wraz z „łomżing” lub „tysking”.  Ceny w knajpie wprawdzie zabójcze, bo jedno piwo 9 złotych (w sklepie przecież niecałe 3), ale ceny to w ogóle temat rzeka, choć tym razem uznajmy je za nieważny szczegół. Jest piwo z beczki i tyle. Byliśmy na plaży jakiś czas temu wraz z naszą przyjaciółką. Wszystko fajnie. „Kocing” był, nawet odbyliśmy krótki „badmintoning”, choć Ulubiony o mały włos a skaleczyłby się w stopę szkłem, które wystawało spod piasku. No niestety… plaża jest sprzątana, ale… zawsze znajdą się śmieci, których sprzątacz nie dojrzy. Po kilku więc próbach gry i nadzianiu się na to i owo wystające z piasku leżeliśmy, a ja próbowałam głośno czytać nowelkę Prusa „Na Saskiej Kępie” (szło średnio, bo słońce jednak nie sprzyja czytaniu na tablecie). W pewnym momencie ja zdecydowałam się na „tysking” za owe zabójcze 9 złotych. Wędrówka po jedno piwo zajęła mi sporo czasu, bo plaża, choć jak już wspomniałam jest sprzątana, pełna była odłamków szkła i wbitych w piasek niedopałków papierosów. Szłam boso i nie chciałam sobie niczego wbić w stopę. Problem był taki, że pod mostem „łomżingiem” vel „tyskingiem” lub „lechingiem” czy też „żywcingiem” zajmowała się pokaźna grupka młodych ludzi. W pewnym momencie jeden z nich wziął pustą już butelkę po piwie i jak nie walnie nią w filar mostu! Butelka na szczęście ani drgnęła. Ulubiony od razu się zdenerwował i zaczął krzyczeć, ale… ja wpadłam na o wiele lepszy pomysł. Wstałam, wzięłam butelkę i podeszłam do kolesia, który ją rzucił mówiąc: „Coś panu wypadło. A kosz jest tam.” I pokazałam na jeden z wielu rozstawionych na plaży koszy na śmieci. Okazało się to naprawdę dobrym pomysłem, bo fan dyscypliny sportowej znanej, jako „pchnięcie flaszką” zdecydował się podejść do wskazanego przeze mnie kosza i wyrzucić butelkę. Wiem, że śmieci na plaży to zgodnie z nazwą knajpy – temat rzeka, ale nigdy przenigdy nie zrozumiem ludzi, którym nie chce się podejść czterech metrów do kosza i wrzucić tam śmiecia. Nie zrozumiem też palacza, który nie może pozbierać swoich własnych niedopałków w pustą butelkę czy kubek po piwie i wyrzucić tego potem do kosza, tylko dusi to w piachu robiąc z plaży jeża. Przyznam, że chętnie wprowadziłabym na plaże jakieś ekopatrole, które wlepiałyby mandaty za zaśmiecanie. Miasto miałoby kasę, ludzie pracę, a chamy nauczyłyby się czystości. Bo skoro nie wyniosły tego z domu, skoro prośby i napisy „nie śmiecić” – nie skutkują… to może trzeba karać?

Pomiędzy mandatami a policją…

„Słynny” mandat z Kutna udało się anulować. Załączam dowód. Oczywiście pozostaje pytanie, po co była ta cała „papierologia”. Pani w okienku spojrzała na zdjęcia auta wykonane przez kontrolera i w przeciwieństwie do niego dojrzała tkwiący za szybą bilet parkingowy. Ja tylko zmarnowałam czas. Natomiast pojawiły się nowe kłopoty. Wróciliśmy do domu, ledwo odpoczęliśmy i dziś… kolejny raz (rok temu też tak było) włamano mi się do samochodu. Wyjątkowo nie wjechałam na podwórko i takie są skutki. Złodziej otworzyć go nie zdołał, ale… zamek w drzwiach (i same drzwi trochę też) uszkodził… Szkodę już zgłosiłam ubezpieczycielowi, ale nadal tracę czas, bo zamiast pisać muszę iść na policję i zgłaszać włamanie. No co za pech. Rano kuzyn, niejako na pocieszenie powiedział, że jemu takie rzeczy zdarzyły się kilka razy, więc zamontował monitoring. I pomyśleć, że panuje powszechne przekonanie, że Saska Kępa to taka kulturalna dzielnica.

Ułamki i potęgi z drzewa ginekologicznego, czyli słówko o przyroście naturalnym

Spada nam przyrost naturalny. Od miesięcy politycy głowią się co zrobić, by na świat w Polsce przychodziło więcej dzieci. Nie podpowiem, bo, jak mawiał klasyk: „Nie wiem. Nie znam się. Zarobiona jestem.” Stwierdzam tylko, że kiedyś ludzie mieli dużo dzieci i żyli z nimi na kupie. Dziś mają mało albo wcale. Sama mam jedno dziecko. A moja cztery razy prababka?

Ponad miesiąc temu spytano mnie, czy w lokalnym Klubie Kultury nie przyszłabym opowiedzieć o saskokępskich przodkach. Oczywiście zgodziłam się i ustaliliśmy termin – 3 czerwca. I tak wczoraj, o 19-tej, w towarzystwie pary kuzynów Olgierda Szenka i Anki Szenk (jego bratowej) zasiedliśmy na Sali teatralnej przed dość licznie zgromadzoną widownią (Ulubiony ocenił na mniej więcej 50 osób), by opowiedzieć o tym, skąd nasi przodkowie wzięli się na Saskiej Kępie i jak to z tym najstarszym istniejącym do dziś drewnianym domem było. Nie dotarła tylko kuzynka Magda, bo musiała posiedzieć z dziećmi.

Aleksander Neumann

Zanim odbyło się spotkanie, ja przez wiele tygodni skanowałam zdjęcia. Nie było to łatwe. Nawet nie dlatego, że historia moich saskokępskich przodków sięga daleko w głąb XVIII wieku. Bo w tym wypadku „na szczęście” wtedy jeszcze nie było fotografii. Problem był inny. Kiedyś ludzie mieli więcej dzieci niż jedno… Jak to wszystko ułożyć, by siedzący na Sali widz/słuchacz nie zanudził się i nie zwariował? Stwierdziłam, że pominę niektórych antenatów. Wspomniałam tylko, że moja cztery razy prababka Eufrozyna Jops wraz z Michałem Szenkiem mieli… szesnaścioro dzieci. Jednym z nich była moja trzy razy prababka – Karolina z Szenków Neumann. Ta z kolei umarła przy porodzie swojej jedynej (dla mnie w przypadku szykowania tej prezentacji wyjątkowo „na szczęście” jedynej) córki, a mojej praprababci Anny Klotyldy z Neumannów Przybytkowskiej zwanej „Żelazną Anną”.  Wprawdzie jej mąż Aleksander Neumann ożenił się powtórnie z rodzoną siostrą zmarłej zony – Krystyną, ale już wątku wspólnych dzieci tej pary nie ruszałam, bo można oszaleć! Skupiłam się na dwa razy pra, czyli Annie Klotyldzie. Znów dla mnie „niestety” parprababka Anna Klotylda z Neumannów Przybytkowska z niejakim Władysławem Przybytkowskim (synem Adama Przybytkowskiego i Pauliny Kuram – jakby to kogoś interesowało i jeszcze się w tym wszystkim nie pogubił) miała… ośmioro dzieci. Te dzieci i ich spadkobierców musiałam już jakoś wypisać i przedstawić, bo to te dzieci otrzymały kawałki ziemi na Saskiej Kępie, na których potem powstały ich domy stojące w mniej lub bardziej zmienionym kształcie do dziś: (Irlandzka 6, Dąbrówki 4, Dąbrówki 6, Dąbrówki 9/11, Walecznych 39 i Walecznych 35). Gdy siedziałam i liczyłam wszystkie saskokępskie wnuki, prawnuki, dziadków i pradziadków zadzwoniła znajoma (mniejsza już o to, po co), a ja jej na to, że nie mogę gadać, bo jestem w obłędzie. Mam spotkanie o swoich saskokępskich przodkach, szykuję prezentację ze zdjęciami i właśnie wpadłam w ułamki lub potęgi, bo moja cztery razy prababka miała szesnaścioro dzieci, a ta dwa razy prababka ośmioro i tylko na szczęście prababka Leokadia Karolina z Przybytkowskich Adamska miała jedną jedyną córkę – moją babcię, bo dość wcześnie owdowiała. Znajomą po wysłuchaniu mojego wywodu najpierw zatkało, a potem się rozrechotała. Domyślam się, że z boku dla postronnej osoby to musiało brzmieć przezabawnie. Przysięgam jednak, że wcale tak zabawne nie było. By stworzyć prezentację biedziłam się przy programie do drzewa genealogicznego, (zwanego przez mojego ojca ginekologicznym, bo w końcu wszyscyśmy na świecie dzięki ginekologii), do którego kilka lat temu wprowadziłam dane. Niestety program FAMILY stworzony pod DOS’a  w 1994 roku odmawia pracy z Windows 7 i Windows 8. Musiałam więc korzystać z laptopa Ulubionego, bo tam jeszcze ostało się oprogramowanie XP i tam mogę ów program odtworzyć.

Nad tym wszystkim, wrzucając w to zdjęcia przodków, budowy mojego domu, Saskiej Kępy oraz obrazów, na których owa Saska Kępa jest, spędziłam cztery godziny popadając momentami w obłęd. Wreszcie wszystko było gotowe. Spotkanie rozpoczęło się punktualnie o 19-tej. (Słuchacze chyba zadowoleni, bo podchodzili potem pogadać.) Było dopytywanie się o miłość „Karolki” i „Antoleńka”, ale… przezornie zaprosiłam na premierę monodramu i pokazałam zwiastun, który zrobił dla nas Jacek Kadaj. W końcu „Listy do Skręcipitki” ściśle wiążą się z Saską Kępą i moimi z niej przodkami. Zachęcam do obejrzenia.

Aleksander Neumann przed domem: Walecznych 37. Malował jego wnuk Kazimierz Przybytkowski

Oczywiście musiał się trafić ktoś niezadowolony, bo nie bylibyśmy Polakami. Po spotkaniu podeszła do mnie jakaś starsza pani i powiedziała, że myślała, że coś powiemy o tym, z kim się te rodziny przyjaźniły. Bo przecież normalne jest, że w dokumentach typu akty zgonu i akty urodzenia, akty kupna/sprzedaży gruntów itp. odnotowywane są też przyjaźnie rodzących się, zmarłych i handlujących gruntami oraz ich stosunki sąsiedzkie. Szybko postawiłam panią do pionu informując ją uprzejmie, że poproszono nas o opowieść o naszej rodzinie, a nie jej sąsiadach i wszystkich mieszkańcach Saskiej Kępy. Pani na to powiedziała, że życzyłaby sobie jeszcze spotkanie z Beatą Pawlikowską. Odesłałam ją do władz Klubu.

Refleksje mam natomiast taką. Dziś mamy tak małe rodziny, że ja się wcale nie dziwię, że spada przyrost naturalny… Kto odważy się na szesnaścioro dzieci? No dobrze… Naście za dużo to może… na ośmioro? Kilka lat temu jedna z moich saskokępskich kuzynek jęczała, że ma w domu kupę roboty. Wtedy jeden z saskokępskich kuzynów powiedział:

- Nie jęcz! Masz jedno dziecko, a twoja prapraprababka miała szesnaścioro!
- Ale ona je tylko rodziła! Potem ciągle leżała na kanapie! – Odparła przytomnie kuzynka.

No coś w tym jest… czasy się zmieniają, a my zmieniamy się wraz z nimi, jak mawiali starożytni. Ja nie wyobrażam sobie, bym miała mieć ośmioro dzieci, a już szesnaścioro? Brrr! Ale jeszcze jedno? Czemu nie!

PS Słałam kolejną wiadomość do mediów, że jest już zwiastun monodramu. Znów przyszło kilkadziesiąt listów, że skasowano bez czytania.

Zamieszanie, czyli jak sfotografować „megankę”?

Przed premierą monodramu wpadliśmy w taką fazę, że w domu nic kompletnie nie jest sprzątnięte. Codziennie pocieszam się więc powiedzonkiem, że „nudne kobiety mają wysprzątane mieszkania”. O! sądząc po naszym – na pewno nie jestem nudna. Powyjmowane z szaf książki piętrzą się na wszystkich możliwych meblach. Gabinet wygląda tak, jakby przeszła przez niego nawałnica. Dowody poniżej.

W tym zamieszaniu, przygotowaniach i tak dalej… trafił mi się do napisania tekst, a właściwie dwa. Oba motoryzacyjne. Jeden to reportaż z dowolnego prywatnego salonu Peugeot na zamówienie zresztą Peugeot Francja. Drugi to tzw. „babski test” (ze zdjęciami) najnowszej „meganki”, czyli Renault Mégane III.  Dla potrzeb reportażu w zeszły piątek dostałam „megankę” w używanie na ponad tydzień. (Jutro o świcie zwracam). Jednak w moim życiu nic nie może być proste. Najpierw były „schody” z salonami peugeota. Choć reportaż może być dla nich szansą na zaprezentowanie się przed francuskim koncernem, którego autami handlują, dealerzy nie byli skłonni wpuścić mnie w swoje podwoje.  Szukałam najpierw w okolicach Warszawy, potem na terenie Mazowsza. Na próżno. Czego to ja się nie nasłuchałam od osób odbierających w salonach telefony! A ilu z nich było po prostu nieprzyjemnych? Wreszcie… udało się! W Lublinie. Umówiłam się na wtorek przed Bożym Ciałem. Wcześniej miałam ambitny plan pojechania autem na sesje fotograficzną w plener. Niestety… w sobotę okazało się, że na Stadionie Narodowym odbywa się „Orange Warsaw Festiwal” i… Saska Kępa zamknięta! Wyjechałam autem rano w sprawach monodramu i gdy podjechałam około 14-tej pod dom, to był to ostatni moment, by móc tu zostać. Godzinę później blokowano już Saską Kępę przed obcymi samochodami, a „meganka”, choć w moim użytkowaniu, to jednak obca. Nie ma znaczka „Saska Kępa” i mieć nie będzie. Dlatego gdybym nią wyjechała z posesji, wrócić mogłabym dopiero po 22-giej. Podobnie było w niedzielę, kiedy na dodatek pogoda nie sprzyjała żadnym plenerowym sesjom fotograficznym. Obydwa dni Ulubiony spędził niemal od rana do nocy na próbach. Ja na pisaniu. Wprawdzie w niedzielę wyjechałam „meganką” na test, jak auto sprawuje się na deszczu, pojechałam do mamy na cmentarz, a nawet podjechałam po Ulubionego na próbę, by zabrać i jego i rekwizyty, które następnie on sam w domu szykował do próby medialnej. Jednak wrócić z rekwizytami do domu mogliśmy dopiero po odblokowaniu Kępy po koncertach, czyli po 22-giej. A ze względu na pogodę nawet nie wyjmowałam aparatu.

W poniedziałek „użerałam się” z pisaniną, korkami itd. Jaka była pogoda? Niestety fuj!

Nadszedł wtorek. Była szansa na sesję w plenerze, bo pędziłam „meganką” prawie 160 kilometrów w jedną stronę, czyli do Lublina na reportaż. Wróciłam wieczorem. Ponieważ po drodze natknęłam się dwukrotnie na ulewę i burzę, więc… z sesji fotograficznej „meganki” w szczerym polu – wyszły nici. Cyknęłam parę zdjęć przed moim ulubionym zajazdem „Cegielnia”. Niestety auto było już po deszczu i błocie, więc dość brudne.

W środę „meganka” grzecznie postała wraz ze mną w korkach. W planie miałam: zwrot zasilacza, który nie pasował do klawiszy, odebranie plakatów, a przez Ulubionego bonżurki do spektaklu, którą dzięki uprzejmości Pana Romana Zaczkiewicza, dostawcy materiału, uszył Pan krawiec Piotr Kamiński. Miałam też zatwierdzić program teatralny. No i rozwieźć plakaty oraz ulotki naszym sponsorom.  Czułam więc, ze sesja samochodu może nie wypalić. Miałam rację. Oto w trakcie jazdy z jednego miejsca w drugie (już nie pamiętam skąd dokąd, bo tyle wtedy po mieście się nakręciłam, że szok!) okazało się, że monodram dostał honorowy patronat Marszałka Województwa Mazowieckiego. Plakaty i ulotki już miałam w ręku – bez marszałkowskiego logo. Pieniędzy na ponowny druk – brak. To co dostałam od przyjaciół poszło na baner, który był już w druku (tez bez marszłakowskiego logo), no i na dodruk ulotek. Drukarnia, która wydrukowała plakaty na zasadzie barteru zaproponowała druk większej ilości ulotek, ale już za pieniądze. Zgodziliśmy się. Tak więc kasa się rozeszła. Zwłaszcza, że karnie zapłaciłam pierwszą ratę za wynajem sali do prób. Tak więc z tzw. wolnych mocy przerobowych został nam już tylko program teatralny (jeszcze nie dojechałam zatwierdzać), no i blog stworzony dla potrzeb monodramu. Dzwonię więc do Urzędu Marszałkowskiego i mówię, jak mają się sprawy. Na szczęście Pani w Urzędzie powiedziała, że doskonale to rozumie, że może być program teatralny i blog, a plakaty i ulotki będą miały logo jeśli będzie kiedyko0lwiek dodruk. Cóż… program teatralny miał być właśnie słany do druku, a ja miałam go tylko zatwierdzić. Planowałam to zrobić po rozwiezieniu plakatów i ulotek po śródmieściu i odwiezieniu do zwrotu zasilacza. Musiałam wszystko rzucać. Zrezygnowałam z rozwożenia ulotek i plakatów. Pojechałam tylko oddać ten czortowski zasilacz. Zwrot tego „ustrojstwa” trwał pół godziny (sic!) musiałam podpisać kilka dokumentów, szczegółowo opisać, czemu zwracam zasilacz i tak dalej…   Potem pędziłam przez miasto niemal na złamanie karku do wydawnictwa. Chodziło o to, by stronę programu z herbem Marszałka przesłać do zatwierdzenia do urzędu, zanim urząd skończy pracę. Była przecież środa przed długim weekendem. Ulubiony, ponieważ fizycznie nie ma prawa jazdy, więc biegał po mieście na piechotę i tramwajami z bonżurką w ręku. Około 19-tej wróciłam do domu. Byłam skonana, a na dodatek miałam pisaninę i nie nadawałam się do fotografowania auta.
Nadeszło Boże Ciało…  Wymieniać dalej? Zawiozłam Ulubionego na próbę. Miałam nienapisany reportaż, który postanowiłam napisać u przyjaciół na działce pod Sochaczewem. Po drodze sfotografuję „megankę” – pomyślałam optymistycznie. Nic mi z tego nie wyszło. Nawet nie tyle przez pogodę ile przez zwykły, ludzki strach… oto cała drogę między Warszawą a Łazami mijałam pijanych na piechotę lub na rowerach, bo przecież w katolickim kraju, jak jest święto kościelne trzeba się po prostu zalać do nieprzytomności i potem niepewnym krokiem łazić wzdłuż szosy, przechylając co chwila nie w stronę pobocza, czy rowu, ale w stroną jadących aut. Tak więc jechałam nie przekraczając prędkości 50 km/h… Gdy dojechałam na miejsce – oczywiście lunęło! Znów z sesji nici. Wracałam w deszczu… ale… zaczęło się powoli przejaśniać. Szosa pusta, (zalani pewnie jedzą lub śpią) więc powiało optymizmem. Może gdzieś po drodze, na przykład koło Zaborowa, tam tak ładnie, stanę na małą sesję… Niestety…. Po przejechaniu 10 kilometrów natknęłam się na wypadek. Ciała na poboczu, ciała na środku drogi, straż pożarna, policja, pogotowie. Policja zarządziła objazdy. Objazdy takie, że auto ubłociłam… To nie natchnęło mnie artystycznie. Blada jak ściana ze strachu, bo widok wypadku straszny, plus zła jak osa, bo z fotografowania nici – wróciłam do domu.

W piątek była próba medialna, odbiór banneru i kręcenie demo spektaklu, więc wszyscy troje padliśmy równo – z reżyserką włącznie. Gdy pod wieczór wylądowaliśmy na Targowej pod wiaduktem w wietnamskim barze na jedzeniu, byliśmy nieprzytomni. I tylko humor poprawił nam widok plakatu spektaklu, zawieszonego na drzwiach sklepu z czapkami, przez niezawodna panią Cieszkowską – naszą sponsorkę. W końcu to jej czapkę nosi postać, którą gra Ulubiony.

W sobotę walczyłam z internetem i stronami, które się posypały. Praca nad naprawieniem tego, co zepsułam zabrała mi pół dnia. Gdy skończyłam była 19-ta. „Meganki” nawet nie tknęłam. Nie tylko, jako modelki, ale nawet, jako pojazdu. Zresztą tez padało. Może dziś… Nie… jakie „może”? Muszę dziś… przecież jutro ją zwracam… W sumie niestety. Owszem, jestem typem kolegi Bigosa z Pana Samochodzika, który wehikuł kopnął pogardliwie w oponę i powiedział: „Zabawny wozik. Byle się toczył”. Przyznam jednak, że „meganka”, którą dostałam do testu, to naprawdę fajny samochód. Choć nie na takie miasto, jak Warszawa. Parkować nim jest niezwykle trudno, bo po prostu nie ma gdzie. Ale to wszystko opiszę w „babskim teście”, a nie na blogu. No nic! Idę na sesję! Najpierw jednak chyba do myjni….

Kultura w siatce

Od kiedy wprowadzono przepis o zbieraniu psich kup, od kiedy Marek Raczkowski powtykał flagi w psie odchody, od kiedy urzędy zaczęły oferować papierowe torebki na psi kał, od kiedy w Warszawie postawiono kosze na psie odchody ja zastanawiam się czy słusznie. Dlaczego?

Od wtedy bowiem datuje się moja gehenna z kupami cudzych psów w pojemniku na moje śmieci. Mieszkam w małej kamienicy. Na podwórku, na które każdy może wejść, (bo brama zepsuta i na jej remont na razie nie mam pieniędzy), znajduje się mój pojemnik na śmieci. Mój! Podkreślam to z całą mocą. To ja za niego płacę! Kilkadziesiąt metrów dalej, na centralnej ulicy Saskiej Kępy są perzy przejściach przez jezdnię pojemniki publiczne! Ale to właśnie do mojego codziennie, i to po wielokroć, ludzie wrzucają psie kupy. Te kupy są różne: wielkie i małe, rzadkie i gęste, w torebkach plastikowych i papierowych, a także luzem w wyjętych z kiszeni papierkach. Nie robi tego jedna osoba. Robi to naprawdę wielu posiadaczy psów, którzy przechodzą koło naszego domu. Oto wejdą w wąski przesmyk od strony bocznej ulicy, wejdą na moją ślepą i uwielbianą przez spacerowiczów uliczkę, a potem… szybciutko wbiegną na nasze podwórko, błyskawicznie podbiegną do opłaconego przeze mnie pojemnika, wrzucą to, co ich pies gdzieś tam po drodze zrobił, a co oni, jako uczciwi obywatele zebrali i… w długą. Lżej im na duszy. Pozbyli się kłopotu. A że w cudzym śmietniku? A kto to widział? Nikt! (Ulubiony dwa razy zwrócił uwagę jakiemuś panu to pan poczuł się obrażony!)

Kłopot w tym, że torebka (zarówno foliowa jak i papierowa, że o luźnych papierach i gazetach to tylko nieśmiało napomknę) przeważnie rozrywa się. Ponieważ pojemnik jest zamknięty, dlatego gdy po jakimś czasie ktoś z nas domowników otwiera go i wyrzuca śmieci, to co uderza go w nozdrza ma siłę rażenia broni biologicznej! To nie śmierdzą moje odpady, ale właśnie te kupy cudzych psów. Kupy wrzucane zgodnie z prawem do koszy, by właściciele nie płacili mandatów za zaśmiecanie ulicy. Najwyraźniej uznali, że lepiej zaśmiecić cudzy pojemnik i zatruć jego właściciela. I tak kupy w plastikowych torbach, w kawałkach gazet, papierowych torebkach, jednorazowych chusteczkach do nosa straszą i trują nas z pojemnika na śmieci. Ponieważ odpady z podwórka wywożone są dwa razy w tygodniu, dlatego na dzień przed przyjazdem śmieciarzy pojemnik otwieramy na wdechu. Przysięgam, że wolałabym, by te psy robiły mi te kupy do ogródka, niż by ich właściciele mieli mi to nadal tam wrzucać! Żuki gnojarze i inne robale i tak rozłożą leżące na trawie psie stolce. Natomiast te same stolce w zamkniętym szczelnie plastikowym pojemniku nie mają szans na nakarmienie żadnego pożytecznego koprofaga, a co za tym idzie nie znikną… Proces gnilny będzie wprawdzie trwał, bo rozpocznie się już w koszu, ale nie zakończy się przed wywózką na wysypisko. Kosz smieciarze otworzą w szczytowym momencie pory gnicia.

Na dodatek wśród właścicieli psów są osobnicy kulturalni inaczej. Ci nie wrzucają mi tych kup do śmietnika. Oni wieszają je obok na płocie lub gałęzi jednego z drzew. Tak, jak ktoś wiesza mi na płocie resztki chleba. (Wszystko fajnie, dopóki chleb w foliowej siatce nie zmoknie na deszczu). Niektórzy robią to nie na mojej posesji, ale też na pobliskim przedszkolu i drzewach rosnących przy przedszkolnym płocie.

I tak gwoli wyjaśnienia. Nie jestem zwolennikiem kupy na chodniku. Ale na trawniku mi nie przeszkadza. Natomiast wisząca w siatce na drzewie przeszkadza mi bardzo, a w moim własnym śmietniku, który wywożony jest dwa razy w tygodniu, a więc zbiera psie kupy z kilku dni, przeszkadza mi bardzo. Daję słowo, że jeśli kiedyś odkuję się finansowo, to zamontuję na wprost kosz a na śmieci kamerę przemysłową i nagram wszystkich tych, którzy odchody swoich psów przynoszą na prywatną posesję i wrzucają do kosza naśmieci, za których wywóz płacę ja! Nagram też tych elegantów, którzy psie kupy w siatkach wieszają na drzewach i płocie mojej i sąsiednich posesji. Ich zdjęcia opublikuję w sieci nie bacząc na to co powie GIODO i inni. Być może szarpnę się na wystawę, którą powieszę na płocie zamiast siatek z kupami i chlebem.

Jako absolwentka historii sztuki uwielbiam sztukę i performance, ale ten, z którym się stykam na swoim prywatnym terenie nie jest sztuką. Przede wszystkim dlatego, że nie jest to za przeproszeniem jedna sztuka gówna, ale teraz wiosną to wręcz gówniana seria! A ja tak czekałam na słońce!

Metropolia i małe miasteczko

Gdy wiele miesięcy temu plastyczka Katarzyna Betlińska spytała mnie, czy może zrobić mój portret na wystawę „Miejsce akcji: Warszawa” zgodziłam się bez wahania. W końcu kocham swoje miasto. Autorka prac zastrzegła, że będę musiała jeszcze napisać dla niej słówko o Warszawie. Czemu akcję swoich książek umieściłam własnie tu. Dziś wernisaż wystawy. (Centrum Lutheraneum – podziemia kościoła ewangelicko-augsburskiego św. Trójcy. Warszawa. pl. Małachowskiego 1. g. 19:00) Myślę więc, że to dobry moment, by wyznać, czemu… „Miejsce akcji” Warszawa”.

Warszawa jest metropolią, ale i zbiorem małych miasteczek, choć zgrupowanych w jednym wielkim mieście. Te małe miasteczka to między innymi: Sadyba, Żoliborz Oficerski czy Saska Kępa. Od trzynastu lat mieszkam na Saskiej Kępie w domu po prababci, do którego przeprowadziłam się po śmierci rodziców. Tu jest wielkie miasto w tle, bo zaledwie cztery przystanki jazdy tramwajem do Centrum. Jest tu i małe miasteczko, bo Saska Kępa ma wszystko co jest charakterystyczne dla małego miasteczka. Ma główną ulicę – Francuską, różne przedszkola, szkoły, sklepy, urzędy pocztowe, ośrodki zdrowia, pomniki, place zabaw, galerie, knajpki i podobnie jak małe miasteczko nie ma kina, a jedynie Dom Kultury. Pobliski Park Skaryszewski i teren ogródków działkowych z powodzeniem może robić za charakterystyczne dla małych miasteczek okalające je obszary leśne czy wiejskie.
Umieszczenie akcji moich powieści w Warszawie na Saskiej Kępie jest nieprzypadkowe. Zrobiłam to nie tylko dlatego, że tam mieszkam. Chciałam, by moi czytelnicy odnajdowali na kartach ksiązki siebie. Odnajdą więc tam siebie nastolatkowi z dużych miast, a także ci, którzy zamieszkują większość obszaru Polski, czyli małe miasteczka. Osadzenie akcji książek w Warszawie daje pisarzowi wiele możliwości. Tu wszystko może się zdarzyć. W Warszawie można zaszyć się jak w lesie i pozostać anonimowym, a można też wystawić się jak na świeczniku i dać się poznać wszystkim. Stąd jest krok do wielkiego świata pełnego kin, teatrów i klubów z gwiazdami filmowymi czy telewizyjnymi, a także krok do zupełnej głuszy, bo przecież znaczną część miasta stanowią parki i lasy, choć w Śródmieściu tego nie widać.
Warszawa kusi, by być niemą bohaterką kryminałów, a także powieści przygodowych. A ja lubię, gdy moje rodzinne miasto wodzi mnie na pokuszenie.

PS. Na zdjęciu ul. Elsterska na Saskiej Kępie i willa Różyckiego.

Saskokępskie skutki Euro, czyli żegnaj Dominium

Jak już chyba powszechnie wiadomo – nie tylko kibolem, ale nawet kibicem nie jestem. Nawet powiem, że z punktu widzenia subiektywnie zapewnie przeze mnie pojętej kultury i moralności to pożegnanie się z mistrzostwami nam się należało jako kara dla kibolstwa za zachowanie przed i po meczu z Rosją. Z tego samego zresztą powodu nie płaczę po Rosjanach, jak czyni to wielu moich znajomych. Uważam, ze drużyny, których kibice nie potrafią kulturalnie dopingować, a demolują miasta i dopuszczają się bójek, powinny natychmiast być eliminowane z rozgrywek. Może to oduczyłoby chamów chamstwa. No i jestem też za zaostrzeniem kar za takie zachowania. Obejrzałam i w sieci i w redakcji kilkadziesiąt nagrań z zamieszek i mam straszny niesmak.  

Zaczynam jednak zauważać (ktoś powie „szkoda, że dopiero teraz”) pozytywne skutki Euro. Pewnie dzieje się tak dlatego, że przede mną jeszcze tylko dwa takie straszne dni z meczami w tle. Do tej pory zręcznie udawało mi się w dniach meczu omijać dom. 8-go byłam na działce u przyjaciół. 12-go w Elblągu na spotkaniu autorskim, a 16-go pod Warszawą u kumpla na urodzinach. Na 21-go już zaplanowałam wycieczkę do Tykocina. Co zrobię 28-go jeszcze nie wiem, ale pomysłów mam kilka.

Te pozytywne skutki to przede wszystkim czystość. Jeszcze nigdy okolice stadionu i przejścia podziemnego pod Rondem Waszyngtona nie były tak wysprzątane jak teraz. Jeszcze nigdy tak elegancko nie wyglądało śródmieście. Jeszcze nigdy nie było tulu patroli. Nie pamiętam kiedy ostatni raz stołeczne ulice były tak barwne i pełne obcokrajowców. Kilka lat temu mój brat stryjeczny mieszkający na stałe w Krakowie powiedział, że w porównaniu krakowską, warszawska starówka jest przeważnie polskojęzyczna. Teraz można było posłuchać niemal wszystkich języków Europy. Podobnie było na Saskiej Kępie, która zawsze była mocniej międzynarodowa niż reszta miasta, bo w końcu tu niemal ambasada siedzi na ambasadzie, no i mamy na Walecznych Liceum Francuskie, ale teraz mieszały się tu różne języki świata.

Niestety te pozytywne skutki Euro przyćmiły też skutki negatywne. Ceny w knajpach wzrosły potwornie. W piątek pobiegliśmy z Ulubionym do „Dominium” na Francuską. Kiedyś często tam jadałam. Obraziłam się w zeszłym roku, gdy nie pozwolono nam w ogródku siedzieć z psem. Przesiadywałam tam w ogródku z psem przez kilka lat. Ba! Nawet godzinami siedziałam i pisałam! Nawet przyciągałam znajomych i zostawialiśmy tam naprawdę spore rachunki. A tu nagle jakiś nowy kelner mnie wyprosił, bo jestem z psem. Z tym, z którym zawsze. Poprosiłam o kontakt z szefem lokalu i nawet zostawiłam wizytówkę, ale do dziś nikt do mnie nie oddzwonił. Wtedy poszliśmy z psem do innej knajpy. Takich, w których do restauracyjnego ogródka można wejść z czworonogiem, jest na Kępie naprawdę wiele. Uznałam, że można „Dominium” olać. Teraz odbrażona postanowiłam jednak pójść akurat tam. Bardzo mi się chciało ichniego spaghetti aglio e olio, a Ulubiony chciał pizzę. Pogodzić to można było tylko tam. Ceny zwaliły nas z nóg. Każda potrawa, co najmniej 40% droższa. Postanowiliśmy jednak zostać w Dominium. Byliśmy oboje zmęczeni po pracy. Ja po namyśle zdecydowałam się jednak na sałatkę tajską z kurczakiem i sezamem. Zawsze była z trzema, czy czterema takimi cienkimi, trójkątnymi placuszkami. Tym razem dostałam ją droższą, ale bez nich. Zawołałam kelnerkę i spytałam o te placki zaznaczając, że byłam tu wielokrotnie i sałatka zawsze była z plackami. Pani kelnerka oznajmiła mi na to, że teraz oferta jest bez, a nie mówiła mi o tym, bo skąd miała wiedzieć, że ja tu kiedyś byłam. Dodała też, że w karcie jest napisane, że mogę sobie zamówić tę sałatkę na cieście. Niestety to stanowczo nie to samo co cienkie placuszki. Pizza zamówiona przez Ulubionego też nie była taka jak kiedyś. Uznaliśmy, że to ostatnia nasza wizyta w „Dominium”. Ale gdzie iść? Większość knajp na Francuskiej tak podniosła ceny, że właściwie nie opłaca się już tam ani jadać ani pić. Np. w takim „Cafe Baobab” (czyli dawnym Barze „Sax” – ulubionej knajpie Agnieszki Osieckiej) półlitrowe piwo kosztuje 10 złotych. No jakaś przesada. Na „Wstęp Wolny”, który jest w miejscu dawnego „Sorrento” też się rok temu obraziłam, gdy rachunek dla pięciu osób, które piły tylko kawę i tequilę był niezwykle wysoki (prawie 180 złotych). Okazało się, że za obsługę powyżej 4 klientów doliczane jest 10% ceny rachunku o czym nikt na początku nas nie poinformował!

Zastanawia mnie, kiedy restauratorzy obniżą ceny na Kępie. Euro to z jednej strony „aż”, a z drugiej „tylko” pięć meczy na Stadionie Narodowym. Handlujący flagami już zniknęli, bo Polaków nie ma. Rosjanie, których były tu tysiące też powoli opuszczają Warszawę. Będą wykruszać się także kibice innych drużyn, bo taki los turnieju, w którym kolejni piłkarze żegnają się z mistrzostwami. Kto zostanie? Mieszkańcy! Może więc restauratorzy powinni wykonać ukłon w ich stronę. W końcu przez cały rok żyją dzięki nam i naszym znajomym, a nie dzięki Mistrzostwom Europy w piłce nożnej.