Archiwa tagu: śmierć

Jaka wielka żałoba

Człowiek człowiekowi robi krzywdę na każdym kroku. Zwierzę robi nam krzywdę tylko raz. Kiedy umiera.

Naszego ukochanego jamnika Zrazika żegnaliśmy wszyscy. Było ciężko, ale wtedy w domu zostawały jeszcze inne zwierzęta. Były to dwa szczury – kapturowy Gieroj i Welur rasy dumbo. Oba mieszkały w dwóch klatkach przytulonych do siebie prętami. Powód prosty. Gieroj próbował zagryźć młodszego o kilka miesięcy i malutkiego Welurka. Każde spotkanie dwóch szczurów różnej rasy kończyło się walką i… strasznymi ranami. Daliśmy więc spokój. Wyjmowaliśmy je z klatek na przemian. Ale one kontaktowały się ze sobą. Widziałam jak patrzy jeden na drugiego. Jak to co działo się z jednym wprawiało drugiego w niepokój. Kiedy jeden dostawał kolbkę, drugi domagał się tego samego. Jakby nie było prętów i mimo oddzielenia – tworzyły stado.

Gieroj właściwie umiera... starość plus guz przysadki, etc. Tulimy, podtykamy pod nos leki... witaminy... To ludzie szczurom tak zniszczyli genotyp. Tu Gieroj u mnie na piersi. Slucha bicia mojego serca i uspokaja się. #szczur #ogony

Gieroj właściwie umiera… starość plus guz przysadki, etc. Tulimy, podtykamy pod nos leki… witaminy… To ludzie szczurom tak zniszczyli genotyp. Tu Gieroj u mnie na piersi. Slucha bicia mojego serca i uspokaja się.
#szczur #ogony

Gieroj odszedł pierwszy. Guz przysadki mózgowej. U szczura nieoperacyjny. Straszne było obserwowanie jak cierpi. Kiedy nie panuje nad ruchami, kiedy chodzi i się przewraca, bo zaatakowany jest m.in. błędnik odpowiadający za koordynację ruchów. Prawdopodobnie był już też ślepy, głuchy i nie miał węchu. Brałam go codzienne na ręce i kładłam sobie na piersi, by czuł bicie mojego serca. Wtedy uspokajał się. Leżał ciężko dysząc. Ruchliwe zwierzątko potrafiło leżeć mi na piersi bite 40 minut. I to niemal bez ruchu. W tym ostatnim okresie życia nie interesowały go już ziarenka, a ukochane kolbki poszły w zapomnienie. Serek waniliowy, który dawaliśmy na malutkim spodeczku jadł niemal całym ciałem, bo wchodził łapami na talerzyk. Odszedł, gdy nie było nas w domu. Wróciliśmy z pracy, a on… wisiał w okienku swojego domku. Sztywny i zimny. Prawdopodobnie pomyliło mu się okienko z drzwiczkami. Fakt, że przez nie wszedł pokazało nam też, jak bardzo przez ostatnie tygodnie się zmniejszył. Welurek prawdopodobnie widział jego śmierć. Być może słyszał krzyk dobiegający z sąsiedniej klatki, ale nie mógł nic zrobić. Tylko patrzeć. Czy dlatego zachorował dwa tygodnie później? Myśleliśmy, że tylko stłukł sobie łapkę, bo zaczął ją przykurczać. I na to był leczony przez weterynarza. Kiedy opuchlizna zamiast zmniejszać się urosła – pojechaliśmy do innej kliniki. Takiej, która specjalizuje się w szczurach. Tam okazało się, że to nie stłuczenie a… guz. Podjęliśmy decyzję o operacji. Miał mieć amputowaną przednią łapkę. Od podjęcia decyzji o amputacji do zabiegu minął tydzień. Guz z malutkiej opuchlizny urósł do rozmiarów włoskiego orzecha. Operację rozpoczęto dziś rano. Po południu otrzymaliśmy telefon, że jednak serce nie wytrzymało. Być może były już przerzuty nowotworu do wątroby. Welurek odszedł.

Welur przed amputacją łapki. Miesiąc temu myśleliśmy, że to zwichnięcie lub stłuczenie. Tydzień temu okazało się, że rak. Guz rósł jak na drożdżach. Welur ma duże szanse na wyleczenie. Jutro pod nóż. Swoje przepłakaliśmy. Teraz patrzymy z nadzieją. Bardzo go kochamy.  #szczur #szpital #ogony

Welur przed amputacją łapki. Miesiąc temu myśleliśmy, że to zwichnięcie lub stłuczenie. Tydzień temu okazało się, że rak. Guz rósł jak na drożdżach. Welur ma duże szanse na wyleczenie. Jutro pod nóż. Swoje przepłakaliśmy. Teraz patrzymy z nadzieją. Bardzo go kochamy.
#szczur #szpital #ogony

To, że szczury hodowlane mają nowotwory to wina człowieka. To on spartolił im geny testując na nich leki na choroby onkologiczne. Nie jestem przekonana, że naprawdę pomaga to ludziom. Przecież i tak mamy inny genotyp niż szczury. Zaś liczba chorych na raka jednak mimo wszystko wzrasta. Szkoda mi zwierząt. Nie mogę pogodzić się z ich odejściem. Wolałabym, by jednak starzały się i siwiały, a nie w kwiecie wieku umierały na raka. A najgłupsze, że kilku znajomych, którym mówiłam, ile będzie kosztować operacja pukało się w czoło krzycząc: „Toż to kupa forsy! Nie lepiej już uśpić i wziąć nowego szczura?” Załamywałam się. Człowieka ratujemy! Choć często rani nas słowem. Zwierzę nie krzywdzi. A gdy je kochamy, to naprawdę szczerze odpłaca tym samym. Krzywdzi zaś tylko raz. Kiedy umiera. Czemu nie próbować go ratować? Próbowaliśmy. Nie wyszło.

Przyznam, że czujemy się z Ulubionym osieroceni. Podjęliśmy decyzję, że do stycznia nie będziemy mieli żadnych zwierząt. Za duże emocje. A co potem? Zobaczymy.

PS Zdjęcia z instagrama…

Ja – Dominik, czyli życie z przetrąconą duszą

O tym, czy istnieje lek na frustrację i nienawiść myślę obserwując pewne zjawiska wokół. Być może niektórzy upatrują tego leku w narkotykach, inni w alkoholu, ja jednak twierdzę, że to nie działa. Tak naprawdę skutecznego leku na frustrację i wypływającą z niej nienawiść do innych nikt jeszcze nie wymyślił. A bardzo by się przydał. Przydałby się wszystkim, którzy gnębią innych, a także w internecie wylewają swój jad. Kiedyś robili to anonimowo. Teraz zdarza im się, że podpisują imieniem i nazwiskiem. A skoro skuteczniej kary za to nie ma, frustracja objawiająca się powszechną nienawiścią i opluwaniem bliźnich, rozprzestrzenia się jak wirus ebola. I to rozprzestrzenia w tempie zastraszającym.

Przyznam, że nie chciałabym mieć znowu 14 lat. To refleksja po prześledzeniu sprawy Dominika z Bieżunia, który popełnił samobójstwo. Gdy miałam 14 lat przeżywałam nie mniejsze piekło niż on, choć nie miałam zajęczej wargi i siedmiu operacji plastycznych poprawiających wygląd, ani nie ubierałam się jakoś inaczej od innych, bo w zapyziałej rzeczywistości PRL nie było zbyt wielkich możliwości. A jednak… gnębiono mnie w szkole strasznie. Nasiliło się to zwłaszcza w klasach VI-VIII, czyli odpowiedniku dzisiejszego gimnazjum. Trudno dziś powiedzieć, za co tak konkretnie mnie gnębiono. Faktem jednak jest, że bez przerwy wysłuchiwałam, że jestem głupia i brzydka. Po latach, kiedy po raz tysięczny analizowałam to wszystko, myślę, że przyczyną była moja nadmierna wrażliwość, co z kolei wynikało z tego, z jakiego byłam domu. Umiałam od małego wczuwać się w położenie innych. Gdy miałam 11 lat na obozie harcerskim nazwano mnie kablem, a koleżanki wyrzuciły mnie z zastępu. Dlaczego? Oto odwiedzili nas rodzice. Jeden z kolegów, którego nikt nie odwiedził, powiedział do koleżanki, której tata przyjechał na trochę dłużej niż inni rodzice: „kiedy twój ojciec stąd wyjedzie? Niech wypierdala!”. No grzeczne to nie było, ale gdzieś tam rozumiałam frustrację chłopca, którego nikt nie odwiedził. Koleżanka zwierzyła mi się, że jak jeszcze raz powie do niej coś o jej ojcu, to wówczas ona mu wykrzyczy prosto w twarz całą prawdę, która brzmi: „zazdrościsz, że swojego ojca nie masz!”. Kolega ojca nie miał. Dla mnie to, co chciała mu powiedzieć było straszne. Byłam chowana przez oboje rodziców. Od małego słuchałam od mamy o tymże koledze (sąsiedzie z podwórka) opowieści, jak to on jest biedny, bo tatuś porzucił jego i matkę, gdy on miał bodajże kilka miesięcy. Swojego ojca nigdy nie widział. Dlatego perspektywa, że koleżanka powie mu tak straszne słowa była dla mnie okropna. Zaczęłam błagać, by tego nie mówiła, bo to coś strasznego. Że to nie jego wina, że nie ma taty. Że dokuczanie mu z tego powodu to coś brzydkiego. Koleżanka była niewzruszona, nakręcona i wściekła. A ja bałam się, że lada moment wykrzyczy mu w twarz, że zazdrości jej ojca, bo nie ma własnego, a tym samym uderzy w czuły punkt. Pobiegłam prosić o pomoc druhnę. Była wstrząśnięta tak, jak ja. Porozmawiała z koleżanką, a ja… zostałam kablem – odepchniętym przez nią i jej sojuszniczki. Wylądowałam wtedy w męskim zastępie i w męskim namiocie. I jakoś przeżyłam obóz, przyjaźniąc się najbardziej z kolegą, który jak się dowiedziałam po latach – został… księdzem. Gdy jakiś czas temu opowiadałam to przyjaciółce uświadomiła mi, że rzadko zdarza się takie myślenie u 11-letniego dziecka. Ja jednak tak wtedy rozumowałam. Przyczyną były zapewne rozmowy prowadzone w domu przez rodziców między sobą i te prowadzone ze mną. W większości idealistyczne z dzisiejszego punktu widzenia, czyli: nie kłam, bądź lojalna, kochaj Polskę, broń słabszych, ucz się etc. Do tego dochodziły opowieści o dziadku jednym i drugim, o pradziadku, o stryju harcerzu, który zginął w powstaniu jak bohater i tym podobne sprawy. Oczywiście święcie wierzyłam (i zdaniem niektórych NIESTETY nadal wierzę), że „bez pracy nie ma kołaczy”, a do serca i głowy brałam sobie maksymy typu mickiewiczowska: „miej serce i patrzaj w serce” lub Owidiusza: „cokolwiek czynisz mądrze czyń i oczekuj końca”. Przyczyną tego gnębienia mnie było też to, że moi rodzice (wykształceni ludzie) nie znali odpowiedzi na wszystkie pytania i nie próbowali nigdy udawać, że wiedzą wszystko. Gdy zadawałam pytanie, a oni nie wiedzieli co odpowiedzieć – odsyłali do stojącej na półce 18-tomowej encyklopedii Orgelbranda. Wiele haseł do dziś jest aktualnych. Tymczasem sporo moich koleżanek i kolegów (co widzę dziś, po dogłębnej analizie) miało prostych, niewykształconych rodziców, którzy wychowywali swoje dzieci w przeświadczeniu, że starszy znaczy mądrzejszy. Kiedyś opisałam tu historię z „pomyksem”, ale było takich sytuacji o wiele więcej, kiedy niewykształcony ojciec coś wmawiał swojemu dziecku, a ono wierzyło, bo wychowywane w myśl zasady: „starszy wie wszystko” uważało go za największy i nie do zakwestionowania autorytet. Dla mnie do dziś to jest fenomen i coś niesamowitego. Zwłaszcza w czasach upadku autorytetów. Jednak wtedy ta pewność siebie rodziców niektórych dzieci z mojej klasy sprawiała, że i te dzieci czuły się pewnie. To zaś w zderzeniu z brakiem pewności siebie moich rodziców, którzy wszystko po kilka razy sprawdzali oraz z faktem, że i ja nie miałam i do dziś nie mam pewności siebie, tworzyło wybuchową mieszankę. Do tego dochodziła jeszcze różnica w wystrojach naszych domów – u mnie brakowało meblościanek i był nadmiar książek i obrazów. U większości dzieciaków odwrotnie. U mnie nie było dywanów i można było łazić po podłodze w butach – u innych wstęp tylko na bosaka, a buty za drzwiami. W kilku domach nie wolno było w ogóle wejść do środka, dlatego u kilku koleżanek wszelkie rozmowy odbywały się na klatce schodowej. Byłam więc inna (na szczęście nie ja jedyna). Historii, kiedy mnie gnębiono były setki tysięcy. Pamiętam je wszystkie. Pamiętam na szczęście i pamiętam na nieszczęście. Na szczęście i nieszczęście dla siebie i na nieszczęście dla innych. Bo być może w moich oczach widzą to, że pamiętam. Choć oni sami być może nie pamiętają, bo i dla nich to lepiej. Jedna z koszmarnych historii dotyczyła pozornie niewinnej zabawy w inteligencję. Oto graliśmy w to na dużej przerwie. Literą, na którą trzeba było wypisać państwo, miasto, zwierzę, a także ubranie i tak dalej była litera Z. Tylko ja wpisałam ubranie na Z. Była to zapaska. Oczytana w ludowych baśniach polskich i powieściach historycznych, w których roiło się od bab z zapaskami byłam pewna swego. Koleżanki wyśmiały mnie. Powiedziały, że nie ma takiego ubrania, a ja jestem głupia. Ich zdaniem pomyliłam to z podpaską. Tak jestem głupia, że nawet nie wiem czym jest podpaska lub tampon. Było jeszcze słowo o tym, że nie mam biustu, mózgu, miesiączki. Zdaniem koleżanek była to ważna rzecz w okresie dojrzewania. Tak ważna, że bez tego niemal nie było się człowiekiem. Jeszcze setki innych tekstów poleciały w moim kierunku. Chciałam udowodnić istnienie zapaski. Nadarzyła się okazja bez proszenia o pomoc dorosłych, czego po obozowym doświadczeniu starałam się unikać. W klasie stała czterotomowa encyklopedia PWN. Pobiegłam wziąć z półki ostatni tom, w którym moim zdaniem na pewno było wyjaśnienie znaczenia słowa „zapaska”. Nie dane było mi zajrzeć do środka. Encyklopedię mi wyrwano, a jedna z koleżanek przy wielkiej radości pozostałych, przyłożyła mi nią w głowę oznajmiając reszcie, że jestem „podpaską” i „głupim peklem”, co reszta ochoczo i ze śmiechem podchwyciła. Dzięki temu skończyłam podstawówkę, jako „podpaska” i „brudny pekiel” uciekając do liceum oddalonego od domu o 5 przystanków. Wszystko po to, by być z dala od „życzliwych koleżanek”. W tamtych czasach (tak jak i dziś) można było gnębić w szkole, można było gnębić i po szkole, jeśli ktoś dopuszczał gnębicieli do siebie. Ja dopuszczałam. Chciałam mieć koleżanki. Paradoksalnie każda z nich była dla mnie miła, gdy byłyśmy we dwie. Ale niech no tylko pojawiała się trzecia osoba – zawsze ja byłam tą, która musiała oberwać od pozostałych dwóch. W gnębieniu pomagały im modne wówczas zeszyty ze złotymi myślami i tym podobne „wynalazki”. Do dziś pamiętam zwyczaj zbierania w zeszycie specjalnych wpisów od koleżanek. Wpisów, w których informowały co myślą o właścicielce zeszytu. Do zapisania miały dowolną liczbę kartek, mogły swój wpis okrasić rysunkami, nalepkami, kalkomaniami itd., a na końcu koniecznie musiały to wszystko razem zakleić. Właściciel zeszytu otwierał ten wpis dopiero wtedy, jak cały zeszyt został zapisany przez koleżanki i kolegów. Też miałam ten zeszyt. Też nie mogłam doczekać się, kiedy będę mogła to wszystko, co w nim zostało napisane przeczytać i obejrzeć zamieszczone w nim rysunki, nalepki czy kalkomanie. I wreszcie się zapełnił, a ja doczekałam chwili, kiedy przeczytam. Porozdzierałam pozaklejane kartki i… to był jeden z tych dni, kiedy pomyślałam, by się zabić. Kiedy nie chciałam żyć i nigdy więcej iść do szkoły. Pamiętam jeszcze głupie uśmieszki koleżanek, które pytały, czy przeczytałam. Dziś myślę, że gdyby w tamtych czasach był internet – mogłabym nie przeżyć. Wsparcie taty mogłoby nie wystarczyć. Wyobrażam sobie ile pootwierałyby stron poświęconych mnie, ile fanpejdży ze słowami: „weź Piekarska idź sobie popłacz” lub nawet „zdychaj” . A zrobiłyby to na pewno, znając ich zapał do dokuczania.

Doświadczenie ze szkoły i fatalna opinia dotycząca gimnazjów sprawiły, że gdy mój syn poszedł do szkoły, niczego tak się nie bałam jak konfliktów z kolegami. Na szczęście przeszedł przez szkołę bez takich historii. Wpajane miał też, by samemu nigdy nie być oprawcą. To było dla mnie nie mniej ważne. A może i bardziej?

Czas nie leczy ran. On uczy z nimi żyć. Uczy przekuwać na coś pozytywnego. Ja nie zapomniałam o tym wszystkim co mnie spotkało nawet nie dlatego, że mam swój pamiętnik z lat szkolnych, prowadzony od 11-go roku życia, ale dlatego, że po prostu mam dobrą pamięć. Kiedyś już pisałam, że nie gniewam się na swoich „oprawców”, bo trudno gniewać się na dorosłych dziś ludzi za „grzechy dzieciństwa” i głupotę lat minionych. Nie zmienia to jednak faktu, że nie koleguję się z nimi, choć mam wśród znajomych na FB i czasem zamienię kilka słów. Ale nie spotykamy się. Nie przypuszczam byśmy mogli szczerze o czymkolwiek rozmawiać. Zwłaszcza, że pewnych spraw cofnąć się nie da. Faktem jednak jest, że moja dobra pamięć przypomina mi niemal codziennie o zdarzeniach, o których inni starają się zapomnieć. Pamiętanie pomaga mi jednak pisać dla nastolatków. I to jest to coś dobrego. Pamiętanie pomaga mi zrozumieć ich problemy, rozmawiać z nimi na spotkaniach i odpowiadać na ich listy. Pomaga mi też zrozumieć Dominika z Bieżunia. A także 14-letnią Anię, uczennicę jednego z trójmiejskich gimnazjów, która powiesiła się na skakance dzień po tym jak dwaj jej szkolni koledzy rozebrali ją i dotykali, zaś trzeci z chłopców nagrywał wszystko telefonem przy milczącej akceptacji reszty klasy. Rozumiem też 12-letniego Kamila z Łodzi, który wyzywany przez kolegów powiesił się na psiej smyczy. Rozumiem jego imiennika Kamila ze znanej mi miejscowości Duczki pod Wołominem, który wysłuchiwał i od nauczycielki i rówieśników, że jest nikim, więc też odebrał sobie życie. Czytam informacje o nastoletnich samobójcach i zawsze myślę, że to mogłam być ja. Przeżyłam chyba tylko dlatego, że żal mi było ojca, którego byłam oczkiem w głowie, no i bałam się gniewu matki, który uważałam, że mógłby mnie dopaść nawet na tamtym świecie, bo na pewno mimo wiecznego tresowania mnie, bardzo mnie kochała i być może od rau zabiłaby się z rozpaczy. Wiedziałam, że śmierć dziecka jest czymś najgorszym dla rodziców. W dzieciństwie płakałam nie tylko nad losami Nemeczka (bohatera „Chłopców z placu broni”), który zmarł na zapalenie płuc, ale i nad jego osieroconymi rodzicami, bo nad nimi płakała moja mama. Nie pochwalam samobójstwa, ale rozumiem, że zaszczute dziecko, które się nie ma gdzie schować przed światem – wybiera śmierć, bo tam już nikt go nie dopadnie. Niestety… nadal nie mogę zrozumieć tej frustracji, która powoduje, że ludzie zachowują się tak, jak zachowują i robią to co robią po śmierci kogoś, kto był ofiarą ogromnej fali nienawiści. Kompletnie nie rozumiem czemu po śmierci Dominika, którego samobójstwo powinno być dla jego oprawców wstrząsem, jak grzyby po deszczu wyrosły strony z tekstami typu „dobrze, że zdechł”, a jego oprawcy przyznali, że smucą się tylko z tego powodu, że nie mają teraz kogo gnębić. Tak, jakby gnębienie chłopaka było nie tylko ich rozrywką, ale i jedynym celem w życiu. Sama zgłaszałam stronę na FB zatytułowaną „Dominik Szymański gwałcił małe sznuróweczki”, na której głównym zdjęciem była pętla ze sznurówek i tekst: „buciki się cieszą, domina powieszą”. Ciekawi mnie co robili rodzice zakładających ją dzieciaków.

źródło: Facebook

Gnębieni w dzieciństwie dzielą się na tych, którzy zabijają się, bo nie wytrzymują presji otoczenia a ze strony bliskich mają zbyt małe wsparcie i na tych, który żyją. Ci którzy przeżywają i tak mają na zawsze przetrąconą duszę. I to nawet jeśli dobrze im się wiedzie i są szczęśliwi. Ja jestem szczęśliwa, ale mam przetrąconą duszę. Umieram wraz z każdym popełniającym samobójstwo gnębionym nastolatkiem. Umieram od nowa, jak wtedy, gdy jako nastolatka otworzyłam swój zeszyt ze złotymi myślami koleżanek o mnie. Czasem ciekawi mnie, czy czytając w gazetach lub oglądając w telewizji informacje o tych śmierciach myślą o sobie z tamtych lat? Wątpię, czy myślą o mnie. Zresztą nie chcę w nich wywoływać poczucia winy i nie po to o tym piszę. Faktem jednak jest, że zamieszczony przeze mnie na FB link do artykułu w sieci o śmierci Dominika, jako pierwszy skomentował kolega, którego los był podobny do mojego. Potem skomentowali obecni znajomi. Ci z dzieciństwa milczeli. Zresztą… co mieliby napisać w komentarzu?

Szymon Majewski zrobił sobie koszulkę ze zdjęciem Dominika i napisał: „Nie lubię wielkich słów. Jestem raczej specem od tych żartobliwych gierek. Ale śmierć Dominika mną wstrząsnęła. Pamiętam dobrze, że gdy miałem lat 15 i więcej, byłem nazywany „pedziem”, „ciotą“ z powodu długich włosów, kolorowych skarpet i krawatów. Tak lubiłem się ubierać. I miałem czasami ciężko. Dlatego zrobiłem sobie T-shirt z Dominikiem. Tak chciałem pokazać że lubię to co robi a raczej niestety „robił“. Dać mu lajka. Marzyłbym żeby taki Dominik już nigdy nikomu nie przeszkadzał. Szymon”

źródło: Facebook

Ja zrobiłam ten wpis. Bo też chciałabym, by taki Dominik nigdy nikomu nie przeszkadzał.

I tak na koniec. Paradoksalnie zanim mój blog zyskał obecny adres (wcześniej blogowałam pod adresem piekarska.blog.onet.pl) na tej stronie było coś zupełnie innego. Trzy wpisy poświęcone piętnastoletniej wówczas dziewczynce o moim nazwisku i innym imieniu (choć też na M.), z których wynikało, że blog został założony, by oznajmić światu, że taka i taka Piekarska to kurwa i szmata. Ze względu na szkodliwą treść i niską wartość po moim zgłoszeniu zwolniono adres dla mnie. Przyznam, że dość często myślę co stało się z M. Piekarską, której tak nienawidzili rówieśnicy, że aż im się chciało założyć stronę i opluwać ją we wszystkich trzech wpisach. Mam nadzieję, że przeżyła.

PS Ponad 30 lat temu jeden z niezwykle uzdolnionych plastycznie kolegów poprzerabiał mi obrazki w ulubionej książce. Dzięki niemu jej bohaterowie zyskali genitalia i inne „ciekawostki”. Nadal jednak była ona moją ulubioną książką. Przez te pomazane obrazki zyskała nową „jakość”. Stała się jedyną i wyjątkową. Gdy mój syn był mały w sekrecie pokazywał książkę kolegom, jako „świńską” ciekawostkę. Ponieważ ilekroć komuś ją pokazywałam zachwycał się kreską kolegi i był ubawiony, więc po latach zeskanowałam rysunki i pokazałam znajomym w sieci, jako niezwykle śmieszną rzecz. Paradoksalnie, jak mi potem doniesiono, autor przeróbki rysunków myslał, że zrobiłam to z zemsty za to, że kiedyś mi dokuczał. Oglądającym rysunki nigdy nie przyszło do głowy, że mógł je zrobić ktoś, kto chciał mi w ten sposób dokuczyć. Patrzyli na nie jako dorośli ludzie. Nie zastanawiali się, że ja miałam wtedy 11 lat, a ów kolega 14.

Nie zdążyłam

Wczoraj po południu zmarła Krystyna Nepomucka. Pisarka, autorka ponad 30 powieści. Miała 94 lata. Poznałam ją kilka lat temu na spotkaniu autorskim Marty Fox. Po latach, gdy rozpoczęłam działalność w zarządzie Oddziału Warszawskiego Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, poszłam do niej ze świąteczną wizytą. Na krześle leżał kotek, ale… okazało się, że sztuczny.

- Prawdziwego mieć nie mogę, bo nie wiem, kiedy umrę i jakby co, to on by został sam i może nie miałby kto go zabrać – powiedziała pani Krystyna z rozbrajającą szczerością, wyznając, że na śmierć zaczęła czekać 20 lat temu. Ponieważ wydawało się, że nadejdzie lada moment, więc… np. nie nauczyła się obsługi komputera.
Wtedy jako ekwiwalent za paczkę ze słodyczami i innymi drobiazgami dostałam od niej trzy cudowne, jedwabne szaliczki, jakie tylko mogła mi wręczyć zawsze elegancka i prawdziwa dama, a taką bez wątpienia była pani Krystyna.

Gdy w te wakacje pojechałam do Obór pisać, spotkałyśmy się w jadalni. Przez cały mój pobyt siedziałyśmy razem przy stoliku i gawędziłyśmy o różnych sprawach. Także o duchach. Opowiadała mi o duchach Obór w stanie wojennym i wielu innych niesamowitych przygodach. Na zdrowie nie narzekała, chociaż… nogi powoli odmawiały posłuszeństwa i zdarzało się, że traciła czasem równowagę, więc wracałyśmy do Oficyny razem. Ona, wsparta na moim ramieniu i opowiadająca, że starość nie jest fajna.
- Dla mnie, energicznej osoby to straszna męka – mówiła i dodawała: – Najgorsze, że chyba długo pożyję, bo nic mi nie jest.

Pani Krystyna uwielbiała zwierzęta. Brak kota w domu zastępowała kocimi figurkami. W Oborach obie podkradałyśmy z jadalni chleb, by karmić nim kaczki w stawie. Ona oddawała całą wędlinę psom innych gości i ciągle dopytywała, jak miewają się te wszystkie psy i koty, które na czas posiłków zostawały same w pokojach Oficyny czy Białego Domku.

Z Obór odwiozłam ją samochodem do domu. Po drodze powiedziała: – Uwielbiałam prowadzić. Szalałam za kierownicą i lubiłam przekraczać prędkość. Samochód dawał mi poczucie wolności. – Rozumiałam ją, choć zdaję sobie sprawę, ze wyznanie o przekraczaniu prędkości z ust 94-latki mogą się wydać szokujące. Ale pani Krystyna miała duszę młodszą o co najmniej pół wieku od siebie samej. Jeszcze kilka lat temu nie tylko jeździła samochodem, jako kierowca, ale szalała na nartach.
Wiem, że wszyscy, którzy czytali jej książki przeżywali szok, gdy dowiadywali się, że to ta osoba. Jak to możliwe, że to ta staruszka napisała te wszystkie niedoskonałości, czyli „Małżeństwo niedoskonałe”, „Rozwód niedoskonały”,  „Samotność niedoskonała”, „Miłość niedoskonała”, „Kochanek doskonały” czy „Starość doskonała”.

Po Oborach miałam ją odwiedzić, ale ciągle nie było czasu. Aż nadszedł grudzień. Gdy zadzwoniłam – nikt nie odbierał. Dzwoniłam wiele razy, aż… coś mnie tknęło. Na tydzień przed świętami zadzwoniłam do wspólnego znajomego, a jej sąsiada i… dowiedziałam się, że pani Krystyna jest w szpitalu. Na początku grudnia spadła z łóżka. Dlaczego? Nie wiadomo. Odwiedzić jej nie można, bo i tak ciągle śpi, paczki zanosić nie warto, bo jest żywiona pozaustrojowego. Ale mogę zadzwonić do niego, gdy będzie u niej poda jej słuchawkę. Tak też się stało. Mówiłam do niej, ponoć poznała mój głos, ale już nic powiedzieć nie mogła, choć słyszałam, że próbowała. Organizm, który całe życie był silny – nagle spasował. Przedwczoraj jej stan lekarz określili, jako terminalny. Wczoraj zmarła. Podobno nie cierpiała. Było to powolne zapadanie w sen. A ja… pomyślałam ile jest prawdy w słowach księdza Jana Twardowskiego: „spieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą”. Spóźniłam się z wizytą. I już tego nie naprawię. Tak mi przykro, tak mi wstyd, jak dawno nie było. To, że nie zdążyłam z wizytą będzie mnie pewnie zawsze już męczyć. A tyle jeszcze miałam jej opowiedzieć i o tyle rzeczy zapytać… Nie zdążyłam.

I taki drobiazg na koniec. Próbowałam zawiadomić wczoraj wszystkie media o śmierci Pani Krystyny, ale… jej życie przegrało ze śmiercią, a sama śmierć z informacjami o śmierci innych ważnych osób, jak Tadeusz Konwicki czy Józef Oleksy. Próżno szukać w internecie wiadomości o jej odejściu w innym miejscu niż nasza strona Oddziału Warszawskiego Stowarzyszenia Pisarzy Polskich czy nasze wpisy na Facebooku. A przecież w obliczu śmierci wszyscy jesteśmy równi.

Gdy kończy się dzieciństwo…

Od wczoraj portale i wszystkie media informują o śmierci Ani Przybylskiej. Nie znałam jej osobiście. Nigdy nie spotkałam. Wiem więc na jej temat tyle, ile przeczytałam w sieci. Zatrzymałam się na tej smutnej informacji z powodu osieroconej przez nią trójki dzieci. Myślę o nich bez przerwy. Od prawie dwudziestu lat wiem, że śmierć matki jest zawsze dla dzieci końcem dzieciństwa. I nie ma znaczenia ile te dzieci mają lat. Nie ma też znaczenia jak stara jest matka. Nie ma też znaczenia, czy dzieciństwo było bardzo szczęśliwe, czy tylko trochę.

Nigdy nie jest dobra pora by umrzeć. Znam setki historii, gdy umiera matka dorosłym ludziom, nawet takim, którzy sami są rodzicami, a bywa, że i dziadkami! I rozpacz ich po śmierci rodzica jest ogromna. Wynika to z prostego faktu. Im dłuższe wspólne życie, tym bardziej się do kogoś przywiązujemy i rozpaczamy po jego stracie. Jednak mamy w pamięci to dzieciństwo.

Dzieci Ani Przybylskiej są małe. Ich dzieciństwo, bez względu na to co zdarzy się w ich życiu dalej, i jak będą kochane, zmienia się bezpowrotnie.

Piszę o tym dlatego, że w swojej „LO-terii” zawarłam taką historię. Historię z życia wziętą. Historię chłopca, któremu umiera mama, a on musi opiekować się młodszym rodzeństwem. Tkałam mojego bohatera z setek historii półsierot. Bo przez całe moje życie na mojej drodze stawali ludzie, którzy w dzieciństwie stracili jedno z rodziców. Zdarzali się i tacy, którzy stracili oboje. Nasze rozmowy o skończonym dzieciństwie były zawsze dla mnie traumatyczne.

Niby i moje dzieciństwo, ze względu na osobę niezwykle surowej matki, nie należało do różowych. Ale było. Matka mnie kochała, choć codziennie przez 20 lat wspólnego mieszkania pod jednym dachem, zamieniała to moje bytowanie w mniejsze lub większe piekło, ingerując w niemal wszystko.

Jednak niczego w dzieciństwie nie bałam się tak bardzo, jak śmierci rodziców. Choć to przecież nieuchronne i co gorsze niestety naturalne. Nienaturalna jest przecież śmierć dziecka.

Z rozmów o dzieciństwie przerwanym i poniekąd zakończonym śmiercią rodzica szczególnie zapamiętałam dwie. Jedną z kuzynem, któremu musiałam opowiadać o jego mamie. On jej nie pamiętał. Wspomnień z dzieciństwa miał niewiele, a potem rozpoczął się szpital i… jej nieistnienie. Cóż… ja, jak przez mgłę pamiętam babcię Jankę – mamę mojego taty. Pamiętam wizytę w szpitalu na Czerniakowskiej. Pamiętam kilka wizyt u niej w domu. Ją w szarej spódnicy otwierającej szeroko drzwi, bym weszła do środka. Jej pokój ze zdjęciem stryja Antka. Resztę nie wiem czy pamiętam czy znam z opowieści i wyobraziłam sobie kiedyś, a potem to wyobrażenie zrosło się ze mną. Bo dalej jest niebyt. Jak w pamięci kuzyna. Ja miałam 6 lat, gdy zmarła babcia. On 7 jak zmarła mu mama. To za mało, by zżyć się z tym kimś dorosłym. By wiedzieć czy obrazy, jakie mamy przed oczami są naszymi przeżyciami czy wyobrażeniem. Gdy pytałam go o jakąś historię z mamą – nie potrafił mi opowiedzieć żadnej konkretnej! Żadnej z dialogiem. Żadnej z fabułą. Nawet najkrótszą. Rwane obrazy. Zatrzymane kadry. Nic więcej.

Druga rozmowa, którą szczególnie pamiętam, to z koleżanką z dzieciństwa. Mama zmarła jej, gdy miała 8 lat. Chorowała na raka. Gdy umierała w szpitalu ona akurat dostała od kogoś z rodziny nowy rower. Na otarcie łez. Zamiast jazdy do mamy, by pożegnać się z nią wybrała… rower. Została więc na podwórku, by pojeździć. W międzyczasie mama odeszła. Już na zawsze. Moja koleżanka do dziś nie może sobie tego wybaczyć, że wolała rower od pocałowania matki. Ale takiego dokonała wtedy wyboru. Nie bardzo wiedziała co oznaczają słowa NIGDY i ZAWSZE. Że jest w nich coś strasznego. Że NIGDY się więcej nie spotkają, a ona już ZAWSZE będzie czuła wyrzuty sumienia. Wspomnień z mamą ma kilka. Że ciężko pracowała. Że wieczorami siedziały we dwie w łazience. Mama prała i opowiadała o marzeniach. O tym, że jak zarobi pieniądze, to kupią trabanta – niebieskiego, jak chmurka. Choroba przyszła chwilę później. Marzeniem przestał być trabant w kolorze chmurki. Zaczęło być zdrowie. Kruche. Jak herbatnik. Wszystko skończyło się dość szybko. W życiu mojej koleżanki pojawił się czas bez mamy. Ojciec był zapracowany. Czasem pomagała babcia, a czasem ciocia. Tata nie zawsze dopilnował, czy córka ma czyste ubranie, czy dokładnie się umyła. Gdy była w siódmej klasie usłyszała od koleżanki z klasy, że śmierdzi. Bolało. W domu nikt nie zwrócił uwagi na to, że ubranie przepocone, a ona z racji wejścia w wiek dojrzewania bardziej się poci. Szorowała się więc niemal do krwi. Byle tylko opinia śmierdzącej zniknęła. Ale raz wypowiedziane słowa są z nami do końca naszego istnienia w danym środowisku. Dlatego do końca podstawówki koleżanki twierdziły, że śmierdzi. W zmianie tej opinii nie pomogło żadne mydło i dbanie o higienę. Mleko się rozlało. Wszystko dlatego, że zabrakło tej osoby, która w kluczowym momencie porozmawiałaby o częstotliwości zmiany skarpetek, bluzek, majtek, podpasek itd.

Co człowiek – to historia. Z każdego życiorysu można zbudować powieść i scenariusz na film. Przeważnie komediodramat. Im wcześniej zaczyna się dramat, czyli im wcześniej kończy się dzieciństwo, tym mniej w życiu miejsca na komedię. Zaczyna się czas, gdy zawsze już śmiech i płacz będą się ze sobą mieszać. I dlatego myślę o tej trójce dzieci. Ale też i o wszystkich innych, którym nagle kończy się dzieciństwo. Kończy się, bo los gasi bezpieczną lampę odbierając na zawsze mamę. Strata, której nie da się nigdy niczym zastąpić. Choćby ojciec był najlepszym na świecie człowiekiem i nie wiadomo jak się starał. I to jest najsmutniejsze.

Samotność w czasach Internetu

Ryszard Riedel śpiewał, że „najgorsze w życiu to samotnym być”, bo „samotność, to taka straszna trwoga.” Wiem coś o tym. Był moment, kiedy byłam bardzo, ale to bardzo samotna. Wtedy zresztą założyłam ten blog. Bo zawsze jednak czułam jakąś wolę walki. Chęć pokazania i światu i przede wszystkim sobie, że ze wszystkimi przeciwnościami losu dam radę.  I dawałam. Może dlatego, że jestem kobietą? Że czuję ciążące na mnie obowiązki np. bycia matką? Mam takie wrażenie, że mężczyźni jednak gorzej radzą sobie z samotnością. Kiedy zmarł Eksio i trzeba go było pochować, szukając namiarów na jego znajomych, których ja nie znałam, przeczesywałam zostawioną przez niego komórkę. Wysyłane z niej sms’y były straszne. Tak straszne, że o czwartej rano siedziałam sama w kuchni i ryczałam. Niby wiedziałam, że jest samotny, domyślałam się, że takim się czuje, ale nie do końca zdawałam sobie sprawę, jak mocno to przeżywa, choć przecież to ja znałam go najlepiej. Potem ułożyło mi się wszystko w całość. Dziś już wiem, z czego wynikały te dziesiątki głupich sms’ów wysyłanych do mnie o 2-giej w nocy czy 5-tej nad ranem. Co miał robić samotny, cierpiący na bezsenność i depresję facet praktycznie odcięty od świata? Żył bez komputera, z telewizorem, który pokazywał jeden czy dwa programy i radiem, w którym nie można zmienić stacji. Eksio zmarł. Diagnoza: ustanie akcji serca i akcji oddechowej. Przyczyn wiele: spożywany latami alkohol i… stres. Stres związany z samotnością i byciem już prawie poza społeczeństwem. Zgon Eksia nastąpił na Żoliborzu w domu u Artura. Kolegi, którego on znał niemal od dziecka, a ja od mniej więcej 30 lat. Artur zmarł w ostatnią niedzielę z powodu niewydolności wątroby i trzustki, a co za tym idzie ostrej żółtaczki. Przyczyna podobna jak u Eksia: alkohol i samotność. Dla mnie obaj są ofiarami nie tylko alkoholu, ale przede wszystkim pewnych przemian, jakie nastąpiły w XXI wieku, a których przeżycie dla takich jednostek, jak oni okazało się niemożliwe.

Artur był osobą specyficzną. Pochodził z prostej rodziny. Mama – handlarka z Bazaru Różyckiego, za czasów komuny przywoziła mu z pracy towary, o których inne dzieci mogły tylko pomarzyć – samochodziki matchboxa, żołnierzyki, zachodnie komiksy. Sam Artur walczył z komuną. W czasie jednej z manifestacji pobity, dostał już w wolnej Polsce odszkodowanie. Jednak paradoksalnie Polska, z którą walczył okazała się z perspektywy 25 ostatnich lat łaskawsza dla niego niż ta obecna. Artur nie zdobył dobrego wykształcenia. Oczytany ponad przeciętność, sto razy inteligentniejszy od sprytnej matki handlarki, nie zrobił jednak nawet matury. Nie miał wyuczonego żądnego zawodu. Być może dlatego nie zdołał odnaleźć się w rzeczywistości XXI wieku. Świetnie znał się na starociach. Jeszcze na początku przemian ustrojowych nagminnie odwiedzał śmietniki, wynajdywał w nich skarby, przez innych uważane za szmelc i sprzedawał na bazarze na Kole, całkiem nieźle prosperując. Wkroczył jednak Internet ze swoim allegro. Spadły ceny niektórych przedmiotów. Zmniejszyła się liczba kupujących z ręki do ręki. Była jednak jeszcze matka ze swoją emeryturą. Wspierała syna i godziła się na to, by on, tak jak kiedyś, w czasach PRL, prowadził otwarty dom. Zawsze można było do niego wpaść, jak do kawiarni. Na gości czekała herbata, kotlety z kaszy lub pierogi z kapustą czy placki. Grała muzyka, prowadziło się dzienne i nocne Polaków rozmowy, które czasami doprowadzały do szału sąsiadów. Przez żoliborską piwnicę w latach 80-tych i 90-tych przewinęły się tysiące osób. W tym wielu twórców polskiej kultury: muzyków, pisarzy, aktorów, malarzy i innych. Jednak z biegiem lat towarzystwo się wykruszało. Ludzie zakładali rodziny, podejmowali pracę, a w rzeczywistość wchodził Internet. Wiele spraw i potrzeb bycia z drugim człowiekiem ludzie zaczynali załatwiać wirtualnie, najpierw emailami, a potem przez portale społecznościowe. Artur był od tego z daleka. Nie wiem czy to odczuwał, bo gdy kilka razy na ten temat rozmawialiśmy, mówił, że komputer nie jest mu potrzebny, że woli książki. Była jednak jeszcze matka, a dom funkcjonował jak dawniej, choć gości było w nim coraz mniej i rzadziej. Pewnego dnia jednak matka zmarła, a Artur został sam na placu boju. Bez pracy, z marnymi zarobkami z tytułu handlu starociami. Dom podpadał w ruinę i długi, a on staczał się w alkoholizm. Gdy przyznał się znajomym, kolegom i przyjaciołom, że zapadł wyrok eksmisyjny, było za późno, by go z tego wyciągnąć. Został z dnia na dzień wyrzucony z willi, w której spędził całe życie. Na szczęście udało się uzyskać to odszkodowanie za uszczerbek na zdrowiu, jakiego doznał w PRL. Po jakimś czasie dostał też swoje pieniądze za udziały w utraconym domu. Mieszkał więc kątem u kumpla, potem w hotelu robotniczym, wreszcie wynajmował mieszkanie i generalnie jakoś jeszcze funkcjonował, ale… coraz słabiej. Znajomi, skupieni na w miarę normalnej, a przynajmniej regularnej pracy, swoje kontakty towarzyskie ograniczali do przesiadywania na portalach społecznościach. Dla Artura, który nigdy „nie zaprzyjaźnił się z komputerem”, mieli coraz mniej czasu. Zresztą… gdy ktoś nie ma stałego adresu i nie wiadomo gdzie go szukać – trudniej się spotkać. A i Artur, coraz rzadziej trzeźwy, powoli przestawał być partnerem do rozmów, które kiedyś wszyscy uwielbiali z nim prowadzić. I tak nadszedł koniec. Artur zmarł w szpitalu. Dzień wcześniej znajomi, którzy wpadli zobaczyć, czemu nie odbiera komórki, zastali go nieprzytomnego. Wezwali pogotowie. W szpitalu całą noc lekarze próbowali go ratować. Na próżno. Zmarł samotny. Tak samotny, jak ostatnio był i się czuł. Gdy rok wcześniej musiał uśpić ukochaną sukę Mukę, powiedział: „Teraz zostałem już naprawdę sam.”

Wchodząc w wirtualny świat wielu z nas opuszcza ten rzeczywisty. Rzadziej dzwoni do znajomych i jeszcze rzadziej do nich wpada. Dlatego chorujemy w sieci, obwieszczając światu, że boli nas głowa czy ząb. W sieci zamieszczamy zdjęcia USG płodu, czy wyniki badań, wskazujących, że mamy raka. Chorujemy publicznie. Potrzebne nam są lajki, gdy piszemy, że ostatni dzień chemioterapii za nami. Psychologicznie to dobrze nam robi, gdy nawet obce osoby wesprą nas słowami: „będzie dobrze!” czy „trzymaj się!”. Obserwuję zmagania z chorobą nowotworową blogera Azraela, którego poznałam w realnym świecie na Blog Forum w Gdańsku. Też wirtualnie go wspieram, bo wiem, że dla każdego człowieka ważna jest świadomość, że ktoś tam, po drugiej stronie komputera o nim ciepło myśli. Nawet, jeśli robi to przez chwilę. A ja lubię Jacka czyli Azraela i dobrze mu życzę! Media społecznościowe dają nam poczucie bycia w grupie. Czy w niej jesteśmy naprawdę, czy to tylko złudzenie bycia w grupie, to już zupełnie inna sprawa. Wiem, że ci, którzy nie wchodzą do wirtualnego świata, jeśli w realnym życiu nie mają kompletnie nikogo, czują się jeszcze bardziej wyobcowani. Szczególnie dzieje się tak, gdy nie mają pracy, obowiązków, a na dodatek z przyczyn ekonomicznych nie mogą realizować swoich pasji. Gdy wcześniej prowadzili bujne życie towarzyskie – jego powolna utrata sprawia, że nie mogąc żyć jak kiedyś – znikają. Eksio i Artur zniknęli. Paradoksalnie został po nich film, który zrobiłam 13 lat temu dla Telewizji Polskiej, a którego ta stacja pewnie nigdy już nie wyemituje. Film nosił tytuł „Skarby z fajansu” i był o tym, jak ciekawe rzeczy można znaleźć w śmieciach. Zrobiłam go, bo jestem fanką śmietników i sama bardzo niechętnie coś wyrzucam uważając, że może trzeba znaleźć dla danego przedmiotu nowego właściciela? Świat i tak jest wysypiskiem. Jeśli można przestać je powiększać, to staram się tak właśnie postępować. W filmie Artur pokazywał swoje „śmietnikowe skarby”. Eksio mówił o swoich odkryciach – książkach, komiksach, medalach, znaczkach, z których większość… miałam i mam ja. W filmie padało stwierdzenie, że „człowiek całe życie gromadzi różne przedmioty, a potem zabiera to wszystko śmietnik”. Kończył się obrazkiem znalezionego w śmietniku przez Eksia różańca z drzewa sandałowego i stwierdzeniem Artura: „Jedyne, czego jeszcze nie znalazłem, to samolotu.”. Dziś film nabrał innego wymiaru. Pokazuje wszystko to, co odeszło. Najpierw zniknął skup makulatury, do którego zawitałam z kamerą. Potem odeszli Eksio i Artur. O ile rzeczy Eksia nie pochłonął śmietnik, bo to my likwidowaliśmy jego świat, o tyle inaczej rzecz stała się z dobytkiem Artura, którego większość została wyrzucona na skutek eksmisji. Został więc film i towarzysząca mu muzyka, ilustrująca treść. W tym utwór „Urodziłem się w komunizmie”, którego autorem jest Rafał Kwaśniewski, odbywający karę więzienia za narkotyki. Czy jak wyjdzie na wolność będzie samotny czy nie? Paradoksalnie ma większe szanse na przeżycie niż Artur czy Eksio. Rafał wszedł w sieć. Co jakiś czas „objawia się” nam, bo dostaje przepustkę. Pozdrawia wtedy znajomych, którzy życzą mu szybkiego wyjścia na wolność. Ktoś kiedyś powiedział, że wolnym można się czuć i w więzieniu. Ktoś inny, że samotnym można być i w tłumie. Dziś są czasy, które bardziej sprzyjają samotności. Zwłaszcza, gdy wszyscy obok żyją wirtualnie.

PS A jeśli ktoś z czytelników chce obejrzeć mój film „Skarby z fajansu” – proszę o kontakt. Film (13 minut) jest ukryty w sieci. Wrzucony tam dla znajomych. Mogę go pokazać każdemu, kto chce zobaczyć, jak szybko przemija czas…

Najprościej jest nie myśleć

Śpiewał kiedyś zespół „Dezerter”. Piosenka dotyczyła bezmyślnego odbierania telewizyjnej papki. Papka jest dziś jednak wszędzie. Nie tylko w telewizji. Także, a może przede wszystkim, w internecie, gdzie wszyscy piszą, a coraz mniej osób czyta. A jeśli już – to bez zrozumienia. Oj! Dobrze wbiłam sobie do głowy zdanie z jednego listu czytelnika do mnie „zacząłem czytać, co pani napisała, widzę, że wena była, bo tyle tego, ale czytać mi się nie chciało, napiszę jednak, co myślę”… I właśnie tak większość komentuje rzeczywistość nie czytając wnikliwie, o co chodzi. Powielane są więc stereotypy, powtarzane dalej wyrwane z kontekstu zdania z nagłówków, które przecież nie zawsze oddają sens artykułu i tym podobne rzeczy. Kalumnia przeważnie znajduje się na pierwszej stronie. Przeprosiny na ostatniej. W społecznej świadomości pozostaje tylko kalumnia.

Od kilku lat obserwuję jakąś manię grzebania w życiorysach przodków znanych ludzi i wygrzebywania z tych życiorysów samych negatywnych zachowań. Paradoksalnie z tą sama lubością omija się skrzętnie lub wspomina o tym rzadko, że ktoś znany jest np. potomkiem kogoś zacnego. Zauważam, że łatwiej, a co za tym idzie pewnie milej napisać, że to syn „Żydokomucha” (bardzo ostatnio popularne słowo wypowiadane w formie inwektywy) albo „Ubeka” niż np. reformatora, wybitnego ekonomisty, socjologa, historyka itd. Nie chcę pisać o konkretnych osobach, którym prześwietlono rodziców, dziadków itd. Ani o tych, których związki z wielkimi przodkami się pomija. Dotyczy to bowiem ludzi znajdujących się na świeczniku po różnych stronach politycznej barykady, a ja nie chcę być kojarzona z żadną polityczną opcją.

Wspominałam już o tym, że od zawsze się interesuję, (a od niedawna publikuję rzeczy, które tego dotyczą) historią moich przodków. Poznawanie historii własnej rodziny zawsze uczy pokory. Przecież od małego wszyscy chcemy być dziećmi bohaterów, herosów itd. Chcemy pochwalić się w przedszkolu, że dziadek ma medal, że jest żołnierzem, że jest kimś! Nikt nie chce być potomkiem zdrajcy, tchórza czy łajdaka. Dlatego, gdy jakiś wstydliwy przodek istnieje, często przed dziećmi ukrywa się takie fakty. Wprawdzie dzieci i tak potem się dowiadują tego, co chcemy ukryć, ale to potem. I tylko przykrość jest, gdy dowiadują się od obcych i w sposób, który może je zranić.

Każdy człowiek to dwoje rodziców, czworo dziadków, ośmioro pradziadków i tak dalej… Im bardziej w głąb własnej historii wchodzimy, tym więcej postaci do prześwietlenia i tym samym wzrasta ryzyko wygrzebania jakiejś informacji, która nie do końca może nam pasować do wyidealizowanego obrazu przodka.

Mój dziadek inżynier od budowy wodociągów i kanalizacji Ludwik Piekarski używał herbu Rola. W domu zachowała się jego pieczęć do laku, zegarek z herbem, a także plakaty, z których wynika, że wygłaszał odczyty, jako „Ludwik Rola-Piekarski”. Czy miał do tego herbu prawo? Poznawszy historię rodziny jego żony Zofii Konstancji Ruszczykowskiej, a także jego przodków, mam poważne wątpliwości. Być może ze snobizmu i kompleksów, w jakie prawdopodobnie wpędziły go korzenie rodziny żony, pieczętującej się herbem Brochwicz, na co jest dokument, sam sobie ten herb Rola wynalazł w jakimś herbarzu? Na razie nic nie jest przesądzone. Może po prostu czegoś jeszcze nie znalazłam? Wiem, że jego dziadek Paweł Piekarski był uczestnikiem Powstania Listopadowego, bo jest na to dokument. Słowa w nim nie ma o herbie czy szlacheckim tytule. Za to w innych dokumentach jest informacja, że był… kowalem, więc?

Z drugiej strony ojciec i dziadek wspomnianej prababci Zofii z Ruszczykowskich Piekarskiej podpisali… lojalkę wobec cara, bo czym był wpis do Heroldii Królestwa Polskiego po 1831 roku? Kto chciał szlachectwo zachować, musiał się przed zaborcą ukorzyć i jeszcze za dokument zapłacić. Oni to zrobili.
Kto z nich jest więcej wart? Praprapradziadek Paweł Piekarski kowal i Powstaniec Listopadowy czy praprapradziadek Julian Antoni Ruszczykowski biegnący do Cara po potwierdzenie pieczętowania się herbem Brochwicz?

Był też w rodzinie Eligiusz Niewiadomski. Mojej praprababci Stanisławy Anny Sabiny Gorczyckiej rodzona siostra Natalia Gorczycka wyszła za mąż za niejakiego Jana de Tilly i miała z nim dwie córki. Jedna z nich – Marysia – została żoną Eligiusza. 

Maria i Waleria de Tilly
siostrzenice mojej praprababci
Stanisławy Anny Sabiny
z Gorczyckich Ruszczykowskiej

Środowiska endeckie zakrzykną teraz, że to cudowny powinowaty, bo zabił Gabriela Narutowicza. Środowiska o odmiennych poglądach mogą zawołać hańba! Toż to morderca! Bo w tym przypadku ocena jest sprawą poglądów politycznych. Mnie na szczęście zostaje jeszcze spojrzenie absolwentki historii sztuki, która wnikliwie przeczytała w swoim czasie książkę autorstwa powinowatego „Malarstwo polskie XIX i XX w” i stwierdza, że pisał świetnie! Szkoda, że talent zmarnował na takie rzeczy jak politykowanie. To się jak widać zawsze źle kończy.

Dziś rozmawiałam z jednym znanym literatem i gdy powiedziałam, że w każdej rodzinie znajdzie się np. samobójca, wariat lub pijak usłyszałam, że samobójstwo to nic złego. Że to nawet bohaterstwo! Cóż… wszystko zależy od okoliczności samobójstwa. Samobójstwo w więzieniu, gdy jest się poddawanym torturom i człowiek się zabija, by ze strachu przed bólem nie wsypać współtowarzyszy – na pewno jest bohaterstwem. Co jednak z samobójstwem na skutek przedawkowania narkotyków czy alkoholu? Co ze śmiercią z przepicia? A tak zmarł np. wnuk siostry mojej prababci – świetnie zapowiadający się muzyk, który udusił się własnymi rzygami. (Imienia i nazwiska nie wymienię, bo żyje jego córka i może sobie tego nie życzyć.) W kulturze muzułmańskiej, gdzie mamy samobójstwa zamachowców, czy w japońskiej, gdzie byli kamikaze lotnicy śmierci – akt samounicestwienia jest postrzegany jeszcze inaczej. Ale w kulturze chrześcijańskiej uważany jest za grzech ciężki. Zostawmy jednak samobójstwa na boku.

Gdy spojrzymy na historię szerzej, gdy poczytamy wspomnienia różnych ludzi, zwłaszcza pisane sto czy dwieście lat temu, dowiemy się z nich o różnych zachowaniach, które dziś ocenimy zapewne inaczej niż im współcześni. Pisałam kiedyś tutaj o „Pamiętniku podlaskiego szlachcica” Juliana Borzyma. Niesamowity opis obyczajów i zachowań ludzi z drugiej połowy XIX wieku. Wiele rzeczy w tym pamiętniku mną wstrząsnęło. Zwłaszcza… opis tego, co robili ludzie, gdy umierał ktoś z rodziny. Było to opisywane tak, jakby było to coś zupełnie normalnego… Otóż bywało, że zanim zmarły ostygł, wpadali do jego domu krewni i ogołacali meble z kosztowności, ubrań, pościeli, książek i bibelotów. Spieszyli się, by zdążyć przed otwarciem testamentu. A potem wmawiać notariuszowi i reszcie potencjalnych spadkobierców, że tej ruchomości, która w testamencie jest wymieniona, już zmarły nie posiadał.
Ostatnio przed spotkaniem opłatkowym w Stowarzyszeniu Pisarzy Polskich rozmawiałam z jedną z literatek o starości. Powiedziała mi, że zażyczyła sobie na gwiazdkę na DVD serial „Królowa Bona” i jest świeżo po obejrzeniu całości. Ostatni odcinek, gdy stara, schorowana Bona w Bari zostaje otruta, umiera, a służący ściągają z niej biżuterię, a nawet kołdrę wstrząsnął nią. Pamiętam i ja ten odcinek i całą sprawę królowej Bony. Oj zmieniła nam się obyczajowość. Jakże zmieniło się też nasze spojrzenie na Bonę, której nienawidzili współcześni jej możnowładcy i mówili o niej tak straszne rzeczy, że na starość uciekła z Polski do swojego Bari. Dopiero dziś my i współcześni nam historycy doceniają, jaką była królową i ile zrobiła dla Polski. Ale też jakże dziś inaczej podchodzimy do śmierci? Dziś, o czym już kiedyś tu pisałam, brzydzimy się trupa. Ponadto dwie wojny światowej i masowe odzieranie trupów z kosztowności przez Niemców w Gettach sprawiło, że brzydzimy się takim zachowaniem. Ale skąd możemy wiedzieć, czy nasi przodkowie 150 lat temu nie zdzierali pierścionków umierającym swoim babkom? W czym to zachowanie jest lepsze od donoszenia na sąsiada? We wspomnianym przeze mnie „Pamiętniku podlaskiego szlachcica” sporo zresztą jest o donosach i denuncjacjach po Powstaniu Styczniowym. Kto donosił na polskich patriotów? Nie napiszę – jak zwykle odsyłam do książki. Informacja może być bowiem szokiem.

A propos patriotyzmu. Moja cioteczna babka Stefania Ruszczykowska-Krosnowska (powstańczy pseudonim „Stefa”) – wielka patriotka, a także bohaterka, żołnierz Armii Krajowej o pięknej historycznej karcie, harcerka, sanitariuszka i łączniczka w powstańczym szpitalu na Długiej, więzień Fordonu, a z przekonań zagorzała endeczka. Gdy siedziała w więzieniu, żeby ją złamać UB zabiło jej matkę. Niby zwykły wypadek samochodowy. Oto na mało ruchliwej ulicy staruszkę rozjeżdża samochód. Sprawców nigdy nie ujęto. U mnie w sekretarzyku leży mała różowa karteczka – decyzja o umorzeniu śledztwa, a także rozbite okulary, które wtedy spadły jej z twarzy. Jej córka, a moja wspomniana już stryjeczno-cioteczna babka, do której mówiłam „ciociu” i którą naprawdę bardzo kochałam, była osobą niezwykle barwną i nie jednowymiarową. W czasie pielgrzymek papieskich przychodziła do nas na transmisje mszy i klęczała przed telewizorem. Na dźwięk nazwiska Piłsudski wybuchała pełnym pogardy śmiechem, w którym mieszała się złość z obrzydzeniem. Na cześć swojego wuja Eligiusza Niewiadomskiego wzięła sobie od bierzmowania imię Eligia. Zawsze mnie to trochę bawiło, bo jednak zabójstwo jest sprzeczne z Dekalogiem, a więc osoba, która dokonała takiego czynu niekoniecznie powinna być brana, jako chrześcijański patron, nawet, jeśli przy bierzmowaniu mówi, że chodzi o św. Eligię. Ciotka jednak zawsze była troszkę „dziwaczką”. Jej mama, (ta zabita przez samochód) która wyszła za rodzonego brata mojej prababci Stanisława Ruszczykowskiego, była z domu Skrzynecka. Podobno „z tych Skrzyneckich”, czyli od generała Jana Zygmunta Skrzyneckiego, który brał udział i w Wojnach Napoleońskich i był jednym z dowódców w Powstaniu Listopadowym. Ciotka podkreślała to z dumą. Czy rzeczywiście była z nim spokrewniona? Na razie nie wiem, choć mam nadzieję, że pewnego dnia to zbadam. Wiem natomiast, że w latach 60-tych ukazała się książka Jerzego Łojka „Szanse powstania listopadowego”, w której o generale Skrzyneckim Łojek napisał, że „Był po prostu dowódczym antytalentem. Brakowało mu elementarnego wojskowego wykształcenia, inteligencji, orientacji, samokrytycyzmu, odwagi podejmowania decyzji, zaufania do współpracowników. Pożerała go natomiast ambicja, roznosił snobizm. (…) Niedostatki socjalnego pochodzenia starał się gorliwie nadrobić krańcowym, zgoła maniackim obskurantyzmem i wstecznictwem.” Gdy moja Mama z Tatą w jakiejś dyskusji zacytowali podobne fragmenty, Ciotka, która jako księgarz z zawodu i prawdziwy bibliofil znała książkę Łojka, zgrzytnęła zębami i niemal wpadła w szał! Tłumaczyła „przodka”, że z placu boju nie uciekał, że to wszystko nerwy – zupełnie jakby była przy tym, a przecież… urodziła się 80 lat po Powstaniu Listopadowym. Jakże trudne było dla niej przyjęcie do wiadomości, że z badan historyków wynika, że generał noszący takie samo nazwisko, jak jej matka, nie zachował się tak, jakby sobie tego życzyła.

Obserwując dzisiejsze grzebanie w życiorysach przodków różnych znanych ludzi, mam takie nieodparte wrażenie, że najczęściej robią to ci, którzy swoich przodków w ogóle nie znają. (Gdy od jednego z kolegów, lubujących się w wytykaniu nieprawych antenatów, żartobliwe zażądałam podania nazwisk prababek zgodnie z dewizą Wańkowicza „nie podam swojej ręki nikomu, kto nie zna nazwiska prababki z domu” przyznał ze skruchą, że nie zna żadnego, a o jednej wie tylko, że była prawdopodobnie Włoszką.) Cóż, często nieznajomość przodków może wynikać z tego, że nie ma po nich śladu w annałach, bo… na światło dzienne wypłynęli dopiero dziadkowie, jako pierwsi, którzy nauczyli się czytać i pisać. Nic w tym zresztą złego. Każdego historia gdzieś się musi zacząć. Nigdzie nie jest powiedziane, że lepszych ludzi zaczęła się dawniej. Paradoksalnie jednak jakoś ci, z krótką historią często najwyraźniej myślą, że ta ich niewiedza dotycząca przeszłości własnych genów pozwala im na bardzo swobodne piętnowanie przeszłości genów innych osób i ich przodków. I robią to bez cienia jakiejkolwiek refleksji. Przykre.

Jest też oczywiście sprawa statusu przodka. Pamiętam, jak kiedyś pewien znajomy z dumą podkreślał, że jego ojcu nikt nie kazał zapisywać się do partii, by dostać lepszą pracę czy stanowisko. Kim był ojciec? Hydraulikiem! Cóż… to bardzo potrzebny zawód. Gdyby nie hydraulicy wielokrotnie tonęłabym w gównach. A i wspomniany pradziadek Ludwik inżynier od budowy wodociągów i kanalizacji oraz jego syn, a mój dziadek Bronisław również inżynier wodociągowiec „zęby na gównach zżarli”. Tak więc chwała hydraulikom! Jednak faktem jest, że wyborów czy podpisać, czy nie podpisać jakiś dokument, nie musieli dokonywać urodzeni pod koniec lat 40-tych czy w latach 50-tych zwykli robotnicy, którzy w ciszy i spokoju chcieli przeżyć od pierwszego do pierwszego. Rzecz dotyczyła trochę innych środowisk i trochę innych robotników.

Nie mamy kompletnie wpływu na to, kim byli nasi antenaci. Mamy jedynie wpływ na to, kim my będziemy bądź jesteśmy i jakiś na to, kim będą nasze dzieci, ale też tego ostatniego wpływu nie przeceniajmy. O wielu rzeczach decyduje przecież nie tylko wychowanie, ale i środowisko, w jakim przychodzi człowiekowi wyrastać.

Dezerter śpiewał, że „najprościej jest nie myśleć”, a ja myślę, choć to takie trudne, że z wydarzeń ostatnich lat wynika, że najprościej byłoby nic nie robić. Tylko wtedy nasi nieżyjący już przodkowie, których nie możemy spytać o przyczyny takich czy innych zachowań, mogą mieć święty spokój. Niestety trzeba jeszcze gdzieś mieszkać i coś jeść, a bez pracy nie ma kołaczy. Nawet najlichszych. Na dodatek samobójstwo jest grzechem, a pogrzeb kosztuje. Kim być? Jak żyć? I z czego?

„Samą Polską gęby nie nasycisz! A siać i orać trzeba!” powiedział stary Czereśniak do kwaterującego u niego żołnierza Ludowego Wojska Polskiego, gdy tłumaczył się, czemu zdrowego syna trzyma w domu, a nie śle na front. Oj bardzo to jest niepoprawny politycznie film ci „Czterej pancerni i pies”. Bardzo! Takie herezje w nim wygłaszano! Normalnie dno!

Czekając na śmierć

„Jedyne co się Panu Bogu nie udało to starość” – mówiła moja sąsiadka. Była to pani, która ciężko chorowała na gościec zniekształcający. Ostatnie lata życia spędziła zresztą leżąc i czekając na śmierć. Nie działały już mięśnie ani rąk ani nóg, a kości na tyle dawno zmieniły swoje miejsce, że dłonie jej wyglądały jak połamane wiązki patyków, a stopy, jak korzenie imbiru. Spędzałam z nią sporo czasu. Opowiadała mi o swojej młodości, życiu, mężu, pieskach, kotkach i dzieciach. Najczęściej jednak mówiła o tym, że strasznie boi się śmierci. Nie bardzo wiedziałam co odpowiadać, więc przeważnie milczałam. Dziś pewnie zacytowałabym Wałęsę, który powiedział, że  jest pewien, iż w zaświatach jest lepiej niż na Ziemi ponieważ gdyby było inaczej „to ktoś by stamtąd uciekł”. Mimo wszystko wydaje mi się, że z sąsiadką lubiłam rozmawiać. Choć… miałam o niej swoje zdanie. Była wścibska. Pamiętam, jak kiedyś, gdy już jako nastoletnia pannica ją karmiłam, powiedział, że ciągle się zastanawia ileż pieniędzy mają sąsiedzi z dołu, bo tam teraz trzy osoby pracują. Oj, jak mnie to zaglądanie w cudzy portfel rozzłościło. Powiedziałam wtedy:

– Trzy osoby pracują, ale cztery gęby do żywienia, bo najmłodsza córka jeszcze się uczy. A u państwa trzy pensje, i trzy gęby do żywienia, a pani nawet butów nie potrzebuje.

Grzeczne to nie było, ale jakoś od małego nie lubiłam wścibstwa. Z czasem jednak nauczyłam się tego, o czym mówił mój Ojciec, czyli patrzenia na ludzi przez palce. Dlatego dziś często wybaczam dziwactwa, wady i śmiesznostki. Choć czasem zdarzają się wyjątki. Z reguły jednak dotyczą chamstwa. Sąsiadka o której wspominam, kiedy byłam mała, a ona jeszcze jako tako chodziła, przychodziła czasem zostać ze mną, by moja mama mogła wyjść do sklepu itd. Grzebała nam w szafach. Pewnego dnia zbiła wazon z ametystu – część zabytkowego kominka, którą ojciec dostał do wyceny z jakiegoś muzeum. Była chryja niesamowita. Nie pamiętam, jak się zakończyła, a i spytać dziś nie mam już kogo, ale wiem, że ametystowy wazon wraz z okruchami, do dziś stoi w bibliotecznej szafie. Wówczas moim rodzicom do głowy nie przyszło, że schorowana staruszka sąsiadka, która mieszka obok, może grzebać po szafach. A jednak! Ja od małego wiedziałam, że co nie moje – tego nie ruszam. W ojcowskich szufladach i zakamarkach zaczęłam grzebać dopiero po jego śmierci, której też się absolutnie nie spodziewałam. Ojciec śmierci się nie bał. Gdy skończył 60 lat powiedział, że przeżył rok dłużej niż jego ojciec, a to oznacza, że każdy rok jest darowany. Wyglądał zawsze na starszego niż był. Choć urodził się w 1932 roku często podejrzewano go o czynny udział w kampanii wrześniowej.

Po śmierci Ojca znalazłam w domu różne cudeńka. Bynajmniej nie złoto i brylanty, ale po prostu – papiery. Część z nich znałam, istnienia wielu nie byłam nawet świadoma. Teraz się przydają. To dzięki nim w swoim czasie wydałam książkę „Dziewiętnastoletni marynarz”, której głównym bohaterem jest brat mojego dziadka i jego listy ze Szkoły Morskiej w Tczewie. Teraz wraz z Ulubionym zrobiliśmy monodram „Listy do Skręcipitki”, do którego scenariusz powstał w oparciu o listy mojego pradziadka do prababci. Niedawno nagrano ze mną program „Saga Rodów”. To cykl reportaży opowiadający o rodach ludzi związanych z Warszawą i Mazowszem. Między innymi dzięki papierom, które odziedziczyłam po Ojcu, mogłam opowiedzieć o swoich przodkach. I tak powstał odcinek zatytułowany „Saga rodu Piekarskich”. Ponieważ dla potrzeb programu musiałam wyjąć z szuflad masę dokumentów i fotografii, więc postanowiłam je zeskanować. I tak od papierka do papierka przysiadłam i stworzyłam stronę genealogiczną, na której (z myślą o rodzinie, kuzynach, dalekich i bliskich powinowatych, a także wszystkich innych, którzy lubią takie rzeczy) staram się codziennie coś zamieszczać. Głównie skany dokumentów i zdjęć, bo aż tyle czasu na pisanie – nie mam.

Te odziedziczone po Ojcu papiery przydają się nie tylko dlatego, że tworzę coś nowego. Takie zetknięcie się z żywą historią sprawia, że pytanie o to, „Co po nas?” staje się bardziej natarczywe.

Zawsze miałam świadomość kruchości życia, przemijania, chwilowości człowieka na świecie, ale w zderzeniu z dokumentami, ilością (bo już nie liczbą) przodków, którzy rozlewają się we wszystkie strony, jak bezkształtna masa, czuję się na świecie coraz bardziej, jak ziarnko piasku. Jednocześnie z coraz większym zdumieniem i pewnego rodzaju obrzydzeniem spoglądam na świat celebrycki, który tworzy się przy okazji programów typu „Warsaw shore”, „Miłość na bogato” czy „Wawa non stop”. Ich niezachwiana wiara w bycie panami świata jest często powalająca.

Kilka dni temu trafiłam do domu pewnej starej pisarki. Nie chcę zdradzać szczegółów, bo pani z pewnością nie chciałby, aby ta historia ujrzała dziś światło dzienne i była z nią kojarzona. Dlatego nie podam ani jednego tytułu jej książki, ani jej wieku, ani szczegółów życiorysu. W każdym razie przy kawie i maślanych herbatniczkach rozmawiałyśmy o różnych rzeczach. Widząc stojącą opodal maszynę do pisania spytałam m.in. o to, czy pani coś pisze. To co usłyszałam mną wstrząsnęło. Pani cały czas pisze, bo jak powiedziała, „głowa działa”, ale oto jedną książkę już napisaną – straciła. Pani jest samotną osobą. Zakręcił się koło niej pewien młody człowiek, który przedstawił się jako wielbiciel jej twórczości. Znał wszystkie jej książki. Sporo o nich wiedział. Powiedział, że będzie jej menagerem i załatwi parę wywiadów. Pani, jak sama powiedziała, niespecjalnie na tym zależało, ale… młody człowiek załatwił. Honorarium on zainkasował, ale ostatecznie, jak powiedziała staruszka, „mam emeryturę, mam honoraria, głodem nie przymieram, a młody agent literacki, doktoryzujący się z literatury polskiej, jest chorowity, słabowity i pewnie mu się przyda”. Tym załatwieniem wywiadów czujność staruszki została poważnie uśpiona. Koniec końców dała mu do przeczytania jedyny egzemplarz swojej książki, której nie zdążyła jeszcze złożyć w wydawnictwie. Nigdy nie dostała go z powrotem. Młody człowiek z uporem maniaka wmawiał, że już jej oddał. Świadków nie było. Staruszka swoje lata ma. Kto uwierzy starszej osobie? Skoro wielu nie dożywa tak sędziwego wieku, a jeżeli już, to towarzyszy im koleżanka skleroza lub kolega Alzheimer? To jednak był nie koniec opowieści. W tym samym mniej więcej czasie, gdy w rękach młodego człowieka znajdowała się nowa książka, ale starowinka jeszcze nie upomniała się o jej zwrot, bo wyjechała na letnisko pracować nad kolejną, tenże młody człowiek przyjechał do niej i powiedział, że jest u niej w domu wymiana liczników wody. Że będzie jeszcze przez dwa dni za darmo, a potem trzeba będzie płacić. „Najważniejsza jest pani książka – zapewniał. – Ja za panią wszystko załatwię i przypilnuję.” Pisarka dała mu klucze od mieszkania. Następnego dnia, niespodziewanie przyjechała. Jak mi opowiadała trafiła się tzw. podwoda, a ona zapomniała z domu notatek. Stanęła w drzwiach. Mieszkanie wyglądało, jak po rewizji. Wyprute były wszystkie szuflady. Mody człowiek miał obłęd w oczach. Jak mi mówiła, czuła, że nie zabił je chyba tylko dlatego, że z miejsca zaproponowała obiad w restauracji – na swój koszt. Wyszli. Z jej rzeczy zginęły dokumenty, świadectwa pracy, papiery itp. Oczywiście też i inne przedmioty. Prawnik powiedział, że sprawa jest nie do wygrania, bo sama dała mu klucze. Świadków przekazywania książki nie było, a w sądzie, w razie rozprawy usłyszy, że jest to zemsta starej baby za to, że… ów młody człowiek nie chciał być jej kochankiem! Zatkało mnie! Ale… fakt. Tak to może wyglądać z boku. Starsza pani i młody człowiek. To zawsze jest podejrzane. Ja nie starsza pani, a jednak… jakże często prymitywnie odbierana jestem ja i Ulubiony?

Pani nie chce chodzić po sądach. Powiedziała zresztą, że żal jej młodego człowieka. Że jeśli się uda i zdąży przed śmiercią – odtworzy książkę z pamięci, choć na pewno nie będzie to już to samo.

Śmierć. Pani z kosą przeplatała się często w naszej rozmowie. Spytałam rozmówczynię, czemu nie pisze na komputerze.

„Bo ja dwadzieścia lat temu już czekałam na śmierć. I właściwie cały czas jej się spodziewam.” To była jedyna rzecz, która mnie ubawiła. Śmierć przecież przeważnie nie przychodzi wtedy, kiedy jej pragniemy. Ona przychodzi wtedy, kiedy się jej nie spodziewamy, a nawet nie chcemy. Podejrzewam więc, że moja rozmówczyni jeszcze pożyje. Jest zbyt żywotna, zbyt świadoma, a co najważniejsze zbyt zdrowa. Opowiedziałam jej zresztą stary kawał o Jasiu, który kłócił się z kolegami, kto z nich ma starszego dziadka.

- Mój ma osiemdziesiąt lat! – mówił Krzysio.
- Mój dziewięćdziesiąt – powiedział Andrzejek.
- A mój był tak stary, że musieliśmy go zastrzelić – powiedział Jasio.

Kawał straszliwie ucieszył staruszkę, która śmiała się dobry kwadrans. Kiedy powiedziałam jej, że przecież wie, że śmierć nie przychodzi wtedy, kiedy chcemy, odpowiedziała, że ona wie, ale… I tak zaczęłyśmy obie się zastanawiać, czy ten młody człowiek, który na tę jej śmierć czeka, ma tego świadomość? On ewidentnie trzyma te dokumenty, a także książkę, by na nich po jej śmierci zarobić. Spytałam, czy nie myślała o tym, że skoro jest taka sytuacja, a nie bardzo jest z niej wyjście, to może warto zdeponować gdzieś kopertę z informacjami o tym. By po jej śmierci, każdy w czyje ręce trafi maszynopis ukradzionej książki, czy dotyczące jej dokumenty – wiedział, że taka jest ich historia. Powiedziała, że to zrobiła. Choć wolałaby, aby młody człowiek dobrowolnie jej wszystko zwrócił. Fakt. Po jej śmierci może już nie być odwrotu. Rzecz się wyda. I tylko pytanie: Czy ktoś uwierzy zapiskom  z koperty? Czy też może uzna, że to zemsta odrzuconej starej kochanki, tylko tym razem zemsta zza grobu?

Ta rozmowa miała miejsce kilka dni temu, ale cały czas tkwi mi w głowie. Choć rozmawiałyśmy też na inne tematy – o mediach, telewizji, teatrze, modzie, literaturze, życiu, kotach, psach czy dzieciach, a jednak ten fragment najmocniej utkwił mi w pamięci. Dla pisarza utrata dzieła jest czymś strasznym. Ja zawsze robie kilka kopii. Ślę sobie na drugi komputer itd. Żałuję, że nie został ślad po moich powieściach i opowiadaniach z czasów podstawówki. Może nie były najwyższych lotów, ale ciekawe byłoby poczytać, co czym pod koniec lat 70-tych pisała dwunastolatka. Byłoby to ciekawe, nawet gdyby było nie wiem jak słabe. W nocy nie mogłam spać. Myślałam o jej książkach, o stylu pisarskim, o tym, że skradziona książka nie będzie mogła być wydana pod innym nazwiskiem, bo jest poniekąd autobiograficzno-reportażowa. Czy złodziej, by uniknąć kary, wyda ją jako swoje rozmowy z…? Mimo, że nie wierzę w sprawiedliwość ludzi, to wierzę w sprawiedliwość świata. Wierzę, że wraca do nas i każdy dobry uczynek, ale przede wszystkim wraca zło, które wyrządzamy ludziom.

Wczoraj byłam na pogrzebie cioci. To była ostatnia tak bliska mi osoba. Rodzona siostra mojej mamy. Cicha, spokojna, emerytowana urzędniczka poczty polskiej. Mieszkała w Lublinie. Widywałyśmy się średnio raz w roku, ale często rozmawiałyśmy przez telefon. Niby spodziewałam się, że odejdzie, bo ostatnio nie było z nią najlepiej. Nawet miesiąc temu jeździłam do Lublina do szpitala. Nie myślałam jednak, że stanie się to tak szybko. W myślach rozmawiałam z nią częściej niż w rzeczywistości, bo takie to moje życie jest zagonione, że często nie mam czasu na telefon. Wolne chwile mam o takich porach, że nawet nie wypada dzwonić do starych ludzi. I tak czas mija. Iluż pytań nie zdążyłam jej zadać. Wczoraj spoczęła w grobie z…. macochą swojego ojca, a mojego dziadka. To dopiero ironia losu!

Dziadek miał macochę, jak z bajek. Jego mama (a moja prababcia) umarła, gdy był małym chłopcem. Kobieta, z którą ożenił się pradziadek, nie lubiła jego synów z pierwszego małżeństwa. Faworyzowała tylko swoje córki. Inwestowała w ich przyszłość. Dlatego mój dziadek sam zadbał o swoje wykształcenie. Los chciał jednak, że obie jej córki zmarły bezdzietnie. Poznałam tylko jedną z nich, która wtedy, gdy ją widziałam, była siwiuteńką starowinką – emerytowaną nauczycielką. Mam po niej kilka książek. Moje starsze siostry cioteczne poznały jednak i samą macochę. Bały się jej. Słyszały, że dziadek zaznał od niej wiele złego, więc na wizyty szły mocno przestraszone. Paradoksalnie dziś nie potrafią mi opowiedzieć żadnej historii, która opisywałaby straszne zachowanie macochy względem dziadka. Teraz w grobie z nią spoczęła ciocia. Ostatnia córka pasierba, którego tak tępiła. Jedyna z jego dzieci, która opiekowała się jej grobem, gdy zabrakło jej córek, bo los sprawił, że mieszkała w tym samym mieście i żyła ze wszystkich najdłużej. Ciocia poprosiła, by pochować ją w garsonce jej matki, a mojej ukochanej babci. Ujrzawszy ciotkę w tej garsonce, którą tak dobrze znałam i pamiętałam nie mogłam wprost uwierzyć. Nie myślałam, że przez 30 lat po śmierci swojej mamy zachowała jej garsonkę. Ale wtedy… uświadomiłam sobie, że w mojej szafie wciśnięta w sam kąt tkwi żółta peleryna mamy. Ukochany jej strój, który też schowałam po to, by mnie kiedyś w niego owinięto i spopielono. Nie ma co kupować nowych ubrań. Nie przydadzą się nam na tamtym świecie. Nie wejdziemy tam nie tylko z majątkiem, który zgromadziliśmy na ziemi, ale z niczym, co materialne. Umierając będę więc musiała zostawić na ziemi wszystkich, których kocham i wszystko co kocham. Nawet to, co nie ma wartości dla nikogo poza mną, jak mój stary miś – Miamol-Pacan. Chętnie zabrałabym go do urny, ale często myślę, że może on będzie chciał dalej żyć. Tylko czy poza mną, ktoś jeszcze będzie go tak kochał?

Nasz stosunek do śmierci pokazuje naszą duchowość. Nasz stosunek do starości i starych ludzi pokazuje cywilizacyjny i kulturowy poziom naszego społeczeństwa.

Dziś pojechałam z kamerą na zdjęcia na piknik i grę miejską na placu Konstytucji. Kiedy wysiadałam z samochodu podobno uderzyłam w drzwi samochodu, który stał zaparkowany obok. Piszę „podobno”, bo nie usłyszałam, nie spostrzegłam i śladów tego zdarzenia-zderzenia nie było. Jednak siedzący w aucie obok kierowca z impetem otworzył drzwi i w wielu niewybrednych słowach skrzyczał mnie:

– Chamico jedna! Uderzyłaś w mój samochód! Mam go poobijanych przez takie bydło, jak ty! Jak otwierasz drzwi! – wrzeszczał niezwykle agresywnie i przyznam, że trochę się przestraszyłam. Boję się agresji. Ponieważ zawsze w zderzeniu z chamstwem staram się zachować spokój, tak więc i tym razem najpierw zaczęłam spokojnie tłumaczyć, że nic się przecież nie stało… Człowiek wrzeszczał nie słuchając mnie w ogóle. Mówiłam w tym czasie, że jeśli dotknęłam to przepraszam, ale drzwiom naprawdę nic nie jest. Facet zaczął grozić policją, co mnie nawet ucieszyło, bo chętnie bym popatrzyła jak próbuje, używając tych wyrazów, którymi mnie raczy, powiedzieć coś policjantom. Na koniec powiedziałam mu, że odzywa się skandalicznie i nie jesteśmy na „ty”. Facet zatrzasnął drzwi. Po chwili je znów otworzył, znów na mnie wrzeszczał, zarzucił mi kłamstwo, ale już na per „pani”. Ja powiedziałam, że mnie nie słucha. Ja po prostu uważam, że takie wrzaski są w ogóle nieprzystające do sytuacji. Operator, z którym byłam na zdjęciach miał ochotę faceta nawet pobić, bo był zbulwersowany tym, jak ów człowiek się do mnie odezwał. Na koniec wrzeszczący jeszcze spytała mnie czy jestem z Warszawy, a gdy potwierdziłam, usłyszałam, że pewnie przyjechałam z wiochy.

– Wie pan, każdy kiedyś skądś tu przyjechał – odparłam filozoficznie, ale taka jest przecież prawda. Gdyby nie zjeżdżali do Warszawy nowi ludzie, byłaby nadal, jak w XII wieku, rybacką nadwiślańską wsią. Przedstawiłam się jednak mówiąc, że może się przekonać kim jestem, a sam niech przemyśli swoje zachowanie. Rękawiczką wytarłam drzwi jego auta zapraszając go, by obejrzał, czy jest choć ślad. Osobnik (bo moim zdaniem ani to pan ani mężczyzna) jednak nie uznał za stosowne, by wysiąść i obejrzeć przedmiot sporu. I choć przestał mówić na „ty”, a zaczął na per „pani”, to nie omieszkał na końcu rzucić pod moim adresem: „Ty stara babo!”

Skończyłam w tym roku 46 lat. Dawno już nie jestem młodzieżą. Nie czuję się jednak stara.

– Pani Małgosiu, bo w człowieku starzeje się tylko skóra – powiedziała kiedyś moja montażystka, urocza pani Irenka. Zaczynam powoli rozumieć jednak ludzi, którzy w świecie, w którym jest kult młodości nie chcą wychodzić z domu i wolą oglądać świat przez szkło telewizora, a nawet tylko szybę okna własnego domu. Dzisiejszy świat nie jest przyjazny ludziom, którzy przekroczyli czterdziestkę, a co dopiero tym, którzy przekroczywszy osiemdziesiątkę czekają na nienadchodzącą śmierć.

Jest pan głupi w imię Ojca i syna, a to Polska właśnie!

Tak właściwie mogę streścić zachowanie niektórych uczestniczących w pogrzebie Violetty Villas. Nigdy nie lubiłam tłumów, a z tym miałam do czynienia dziś na Starych Powązkach gdzie z kamerą pojechałam pochować artystkę. Ludzie czytają gazety, słuchają radia i oglądają telewizję, ale gdy spotykają dziennikarzy nie są im przychylni. Poniekąd to rozumiem, więc pominę milczeniem odzywki do mnie czy moich koleżanek i kolegów po fachu. Jednak to, jak ludzie odzywali się do siebie (sic!) podczas ostatniej drogi, bądź co bądź gwiazdy sprawiło, że żałowałam, że pada mi bateria w telefonie i nie mogę nagrać tych „cudownych” rozmów na dyktafon. Przy nich teksty ze starego kawału…
- Pan się nie pcha tak na chama.
- A bo to człowiek wie, na kogo się pcha?
… to przysłowiowy pikuś!

- Pani to jest głupia! – jedna pani do drugiej tuż przed kościołem!
- Cicho moherze! – odparł pan będący z „głupią” panią.
- Wypierdalaj! Ja tu stałam! – inna pani do innego pana.
- Kultury stara małpo! – jeszcze inny pan do tej pani.
- Pani to tu nie powinna być!

Nad grobem nie było lepiej.

- Proszę mnie przepuścić.
- Gdzie? Po grobie chce pani chdozić?
- Przecież ten grób ma ze sto lat i tam już nic w nim nie ma!
- Nic to pani w głowie nie ma!
- Czy mogę stanąć koło pana na tym grobie?
- Na głowę niech pani jeszcze komuś wlezie!
Obok kłótni rozmowa fanów:
- A ta opiekunka będzie?
- Opiekunka to się opiekowała do śmierci, a teraz jest już po śmierci i ona tu już nie ma nic do roboty!
- A pan skąd to wie?
- Nikt jej tu przyjść nie zabroni. Może będzie.
- Nie będzie, bo nie ma prawa tu być!
- Głupi pan jesteś! Ma prawo! Każdy ma prawo!
- Sama pani jest głupia!
Kłótnię przerwało donośne, bo powiedziane przez mikrofon:
- W imię Ojca…
- … i syna i Ducha świętego – odpowiedzieli wszyscy, którzy przed chwilą się kłocili i wyzywali od ostatnich.  
A to Polska właśnie!

Niebo po świecku

Pojechałam dziś z kamerą pożegnać Janusza Mulewicza. To kierownik Orkiestry Ulicznej z Chmielnej. W informacji, która doszła do naszej redakcji było napisane, ze pogrzeb będzie świecki. Nigdy nie byłam na takim pogrzebie. Taka uroczystość znałam jedynie z serialu „Dom”, gdy chowano Bronisława Talara, a jego ojciec – rewelacyjnie grany przez Józefa Nowaka – pytał: „Księdza też nie będzie?”

Tu księdza też nie było. Ale nie oznacza to, że wyglądało to jak w piosence Stanisława Grzesiuka: „Księdza do mnie nie wołajcie / niech nie robi zbędnych szop. / Tylko ty mi przyjacielu / spirytusem głowę skrop”. Było wzruszająco. Naprawdę. Zmarłego, który był postacią nietuzinkową wspominali przyjaciele, przede wszystkim podkreślając, że był niezwykle pogodny o ogromnym poczuciu humoru i zmyśle artystycznym. Cóż… absolwent warszawskiej Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej. Koledzy z Orkiestry Ulicznej z Chmielnej zagrali mu nad grobem „Bal na Gnojnej” i „Piosenkę o mojej Warszawie”. I tylko jedno mnie zdziwiło. Otóż od jednego z przyjaciół zmarłego usłyszałam, że wszyscy mają nadzieję, że Janusz, jak już będzie w niebie to kolegom z kapeli załatwi ciepłe posady w tamtejszych chórach i orkiestrach… No i tak to wyglądało, że odbyło się uroczyście, bez księdza, więc niby po świecku, ale jednak tego lepszego życia w niebie nikt nie kwestionował.

Dlaczego, czyli jaka jest prawda?

To pytanie zadaję sobie wielokrotnie, kiedy jako dziennikarce przychodzi mi zmierzyć się z tematem dochodzeniowo-śledczym. Ostatnio z historią dziewczynki, której szkielet znaleziono w przydomowym ogródku w Ursusie. Przyznam, że nie lubię takich tematów, bo zawsze to wszystko strasznie przeżywam. Niestety nie było wyjścia. Przed świętami obsada reporterów się drastycznie zmniejszyła i… chcąc nie chcąc musiałam zając się makabreską.

Ulica Spisaka w Ursusie to spokojny rejon Warszawy. Najbliżsi sąsiedzi nie chcą rozmawiać o mieszkańcach domu, w którego ogródku odkopano szkielet dziewczynki. Tym, że policja zatrzymała czterdziestoczteroletnią Ewę C, jej konkubenta i dwóch pełnoletnich już synów, są zszokowani. Tymczasem już dwudziestego grudnia prokuratura wszczęła śledztwo „w sprawie narażenia małoletniej dziewczynki na utratę życia lub zdrowia – mówi prokurator Monika Lewandowska z prokuratury Okręgowej w Warszawie i dodaje: „Zawiadomienie w tej sprawie wpłynęło do prokuratury od kuratora sadowego, który prowadził czynności w miejscu zamieszkania dziewczynki.
Szkoła, do której Dorotka powinna była pójść pięć lat temu znajduje się przy ulicy Dzieci Warszawy. To podstawówka z klasami integracyjnymi. Dziewczynka nigdy nie przekroczyła jej progu. Przed trzema laty placówka po raz pierwszy zawiadomiła policję, że dziecko, jak to się pięknie nazywa, „nie realizuje obowiązku szkolnego”.
Jak powiedział podinspektor Maciej Karczyński z Komendy Stołecznej Policji, funkcjonariusze pojechali na Spisaka, rozmawiali z matką i kazali jej zgłosić się do szkoły, by wyjaśnić sprawę. Matka tego nie zrobiła. Kolejne pismo ze szkoły wpłynęło do policji po dwóch latach. Wtedy procedura się powtórzyła. Tamte działania funkcjonariuszy miały na celu ustalenie, czemu dziecko nie chodzi do szkoły. Nikt nie sprawdzał gdzie jest dziecko, bo nie o to chodziło. Dopiero w tym roku, kiedy dziewczynka powinna być w szóstej klasie, szkoła zawiadomiła sąd, że nigdy nie była w szkole. Wtedy po raz pierwszy zawodowy kurator udał się do jej domu. Tam uzyskał szereg mylnych informacji. Najpierw podawano mu fałszywy telefon do matki. Potem usłyszał, że dziecko z powodu remontu domu jest w Suchej Beskidzkiej. Powiedziano mu, że wróci po szóstym grudnia, dlatego kurator poprosił policjantów z Suchej beskidzkiej, by zajrzeli pod wskazany adres, pod którym miała znajdować się dwunastoletnia Dorotka. Policja ustaliła, że wskazany dom w Beskidach stoi pusty, a jego dziewięćdziesięcioletnia mieszkanka przebywa w USA. Wtedy machina ruszyła na dobre. Sąd zawiadomił prokuraturę, a ta zleciła policji ustalenie miejsca pobytu dziecka. Do domu przy Spisaka znów zapukali funkcjonariusze. Tym razem nie po to, by poinstruować matkę, że dziecko powinno chodzić do szkoły, ale po to, by ustalić gdzie dziecko jest. Co się okazało? Matka kręciła, zmieniała wersje, aż w końcu, jak powiedziała Anna Kędzierzawska z Komendy Stołecznej Policji: „przyznała, że ciało dziecka jest zakopane”.

Dzień przed Wigilią policjanci z wydziału kryminalnego KSP odkopali zawinięty w kocyk szkielet, na którym spoczywał krzyż. To były zwłoki Dorotki. Okazało się, że ciężko chora dziewczynka z wodogłowiem i padaczką zmarła trzy lata temu. Miała wtedy dziewięć lat. „Matka, Ewa C. Jeszcze przed świętami usłyszała zarzut narażenia dziecka na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia w ten sposób, że nie zapewniła dziecku wymaganej specjalistycznej pomocy medycznej, a tym samym w sposób nieumyślny doprowadziła do śmierci dziecka – powiedziała prokurator Monika Lewandowska z Prokuratury Okręgowej w Warszawie.

Ewa C., Przyznała się do zarzutów i złożyła wyjaśnienia. Prokurator wydał nakaz aresztowania kobiety, ale sąd zwolnił ją na święta do domu. Jak powiedział sędzia Wojciech Małek z Sądu Okręgowego w Warszawie: „sąd doszedł do wniosku, że nie ma związku przyczynowego między zachowaniem matki a zgonem dziecka. Matka zeznała, że dziecko zakrztusiło się podczas karmienia.” Dziś już wiadomo, że zgon dziecka nie nastąpił na skutek urazu mechanicznego. Jednak nadal nieznana jest bezpośrednia przyczyna śmierci dziewczynki. Matka utrzymuje, że kochała córeczkę i pochowała w ogródku, by mieć ją blisko siebie. Rodzina nie pobierała żadnych zasiłków czy zapomóg ani nie korzystała z ośrodka pomocy społecznej. Dziecko nie wychodziło z domu.
Gdy przed wigilia podjechałam na Spisaka sąsiedzi nie chcieli rozmawiać do kamery, ale poza kamerą jeden z sąsiadów powiedział, ze chorego dziecka nie widział nigdy. Tylko raz kilka lat temu dowiedział się, ze istnieje, bo palił coś w ogródku i rodzina dziewczynki przyszła prosić o zgaszenie, bo dym leci w ich stronę, a tam jest chore dziecko. Wygląda więc na to, że kochali dziecko. Jak to się więc stało, ze zmarło? Czy naprawdę od zakrztuszenia się?

„Prokuratura oczekuje na dokładna opinie biegłych z zakresu toksykologii i badan DNA – powiedział Dariusz Ślepokura z Prokuratury Okręgowej w Warszawie, bo śledczy nie wykluczają możliwości, że dziecko mogło być podtruwane. Sekcja zwłok wykazała, że w czaszce chorej na wodogłowie dziewczynki była wszczepiona zastawka. Stało się to tuż po urodzeniu i to prawdopodobnie jedyny moment, kiedy Dorotkę badał lekarz. Dziewczynka nigdy nie była zarejestrowana w przychodni, a w książeczce zdrowia nie było odnotowanych żadnych szczepień. Prokuratura utrzymuje, że śmierć dziecka to wynik zaniedbania i zaniechania leczenia dziewczynki przez matkę, dlatego po świętach złożyła zażalenie na decyzję sądu i złożyła wniosek o aresztowanie matki na okres trzech miesięcy.

Dlaczego szkoła zawiadomiła policję dopiero po trzech a sąd po pięciu latach? W sekretariacie szkoły usłyszałam, że wszelkie informacje zostaną mi udzielone po trzecim stycznia. Mój e-mail pozostał bez odpowiedzi.

Sprawą opieszałości szkoły w zawiadamianiu sądu też zajmie się prokuratura. Dziewczynka zmarła trzy lata temu. Gdyby władze szkoły zawiadomiły sąd w pierwszym roku obowiązkowej nauki – być może dziecko by żyło i było leczone.

Dla mnie, i pewnie nie tylko dla mnie, ta sprawa ma wiele pytań.

Po pierwsze: Zakładając, ze dziecko rzeczywiście zakrztusiło się podczas karmienia i zmarło, dlaczego rodzina nie wezwała pogotowia? Tylko zakopała w ogródku?

Po drugie: Czy nikt ze znajomych braci dziecka (panowie 22 i 24 lata) nigdy nie zadał pytania o Dorotkę? Dziecko w chwili śmierci miało dziewięć lat. Musieli je widzieć.

Po trzecie: Dlaczego Dorotka nigdy nie została zarejestrowana w przychodni i nie była leczona? Skoro matka twierdzi, że kochała dziecko? Skoro jego zwłoki zawinęła w kocyk i położyła na nich krzyż? Czemu zabrakło tych podstawowych oznak miłości, czyli leczenia?

Po czwarte: Dlaczego nikt z nią nigdy nigdzie nie wychodził? (Sąsiedzi jej nie widzieli.)

Po piąte: Dlaczego szkoła o tym, że dziecko nie pojawiło się ani razu w klasie poinformowała policję dopiero wtedy, gdy Dorotka zgodnie z harmonogramem powinna być w czwartej klasie? Nota bene, gdy policja zapukała do domu przy Spisaka po raz pierwszy dziecko już nie żyło.

Po szóste: Dlaczego szkoła zawiadomiła sąd tak późno?

I na koniec taka refleksja. Gdybyśmy nie mieli numerów PESEL, czyli gdyby Dorotka nie była w Powszechnym Elektronicznym Systemie Ewidencji Ludności, wówczas jej sprawa nigdy nie ujrzałaby światła dziennego. Przecież tylko dlatego, że z urzędu dziecko jest meldowane i przypisywane najbliższej miejscu zameldowania szkole, jakakolwiek instytucja spytała o jej los. Szkoda, że po raz pierwszy już po jej śmierci.