Archiwa tagu: spotkania autorskie

Spotkania, spotkania, spotkania

Wakacje. Dla mnie czas odpoczynku od spotkań autorskich. Lubię jeździć i spotykać się z czytelnikami, choć paradoksalnie im starszy czytelnik, tym mniej zadaje pytań. Wprawdzie kilka razy usłyszałam, że nie zadaje, bo wszystko tak opowiadam, że o nic pytać nie musi, ale… jest tyle możliwości. No nic. Czas wakacji, czyli czas bez  spotkań, to czas refleksji. Między innymi właśnie na temat spotkań. Czasem zastanawiam się czy zapraszający nie mogliby popatrzeć na to z naszego – autorów – punktu widzenia? O co chodzi? Kilka przykładów. Takie podsumowanie ostatnich lat. Wszystkie opisane sytuacje miały miejsce niejednokrotnie.

Sytuacja jedna: Jadę wiele godzin pociągiem gdzieś tam na drugi koniec Polski. Przyjeżdżam. Teoretycznie ktoś ma mnie odebrać z pociągu. Na peronie nikogo nie ma. Rozpoczynam poszukiwania. Najpierw biegam po peronie, potem po dworcu, bo komórką, która mi poddano nie jest do tej osoby, która z dworca mnie odbiera. Sprawa wyjaśnia się, ale zgrzana jestem do nieprzytomności od tego biegania.

Sytuacja druga: Przyjeżdżam samochodem gdzieś tam. Wchodzę do biblioteki. Ręce urywają się, bo w jednej torba z laptopem, w drugiej książki, a czasem jeszcze mam jedną torbę z książkami. W każdym razie drzwi otwieram pchając je barkiem lub nogą. Pani bibliotekarka wita mnie uśmiechnięta i… wyciąga na powitanie rękę. Którą rękę mam jej podać i jak to zrobić? Skoro obie zajęte torbami? Ulubiony mówi: „Podawaj nogę!”. No na to jeszcze nie wpadłam. Przeważnie mówię, że „przepraszam, ale ręce mam zajęte”. I wtedy pani odpowiada: „Rzeczywiście”. Co mnie tak potwornie śmieszy, że z trudem powstrzymuję się, by nie zacząć się śmiać.

Sytuacja trzecia: Znów przyjeżdżam samochodem gdzieś tam. Wchodzę do biblioteki. Ręce urywają się, bo w nich… cały wcześniej już opisany przeze mnie dobytek. Patrzy na mnie pani i pyta: „W jakiej sprawie?” „Nazywam się Małgorzata Karolina Piekarska i zaproszono mnie tu na spotkanie autorskie.” „Pani poczeka, bo ja nic nie wiem.” I stoję, jak debil z urywającymi się od toreb rękoma. Czekam. Jak przykazano. Po dziesięciu minutach słyszę. „Mówi pani prawdę. (To stwierdzenie wprawia mnie zawsze w świetnym humor. Chce mi się parsknąć śmiechem, ale jakoś się powstrzymuję.) Rzeczywiście ma tu pani spotkanie. Ale szefowej nie ma. Musimy sobie jakoś poradzić”. No… skoro musimy… jakoś sobie radzimy… Ale ja mam cały czas uśmiech od ucha do ucha, bo nie mogę utrzymać powagi.

Sytuacja czwarta: Przyjeżdżam czymś tam i stoję przed grupą słuchaczy gotowa do spotkania. Pani Bibliotekarka postanawia mnie zapowiedzieć. Przedstawia więc, że jestem… Elizą Piotrowską albo… Karoliną Korwin Piotrowską, albo… Katarzyną Marią Piekarską. Jest mi głupio, że muszę to prostować, bo pani bibliotekarka zawsze wtedy jest czerwona na twarzy. Ale nie mogę przecież prowadzić spotkania pod innym nazwiskiem.

Sytuacja piąta: Przyjeżdżam samochodem. Nie jest to moje ostatnie spotkanie tego dnia. Z tego miejsca mam pędzić jeszcze gdzieś. Pada pytanie: „Może kawy?” Przeważnie odmawiam, bo gdy kilka razy poprosiłam, to mi ją przyniesiono w połowie spotkania, a mnie jest głupio pić kawę przy ludziach, którzy kawy nie dostali, a być może też by chcieli. Inaczej jest z wodą dla tzw. prelegenta, czyli mnie. Przeważnie jest i czeka, ale bywa, że to ja proszę o szklankę wody. Zdarza się niestety, że dostaję zakręcone na amen dwa litry (czasem nawet dwa i pół) mineralnej. Zero szklanki. Że nie jestem tego w stanie odkręcić, orientuję się w połowie spotkania, kiedy z wyschniętym ozorem aprobuje kręcić zakrętką. Zrezygnowana odstawiam butelkę. I tak trwam na posterunku o suchym pysku do końca.

Sytuacja szósta: Przyjeżdżam na drugi koniec Polski. Nie ważne czy samochodem czy pociągiem. Wykończona podróżą padam na twarz w hotelu. Następnego dnia mam trzy spotkania. Pierwsze po ósmej rano. Gdy docieram na trzecie, a jest to z reguły około 14-tej, kiedy młodzież chce iść do domu, słyszę pytanie jednego młodego człowieka (czasem dwóch): „Proszę pani długo to potrwa?” (Boże! Ileż razy coś takiego słyszałam! Zawsze na zabitej dechami wsi, do której trudno trafić i wątpię, by mieli tam jakieś inne atrakcje poza piwem w krzakach). „Jak dla mnie może pięć minut – odpowiadam. – Bo ja tu jestem dla was a nie wy dla mnie. Będzie więc spotkanie trwało tyle, ile sobie zażyczycie.” Pewnego razu nawet dodałam: „Jeśli w ciągu pięciu minut was nie zaciekawię upoważniam do rzucenia we mnie zgniłym jajem”. Zawsze zapada krępująca cisza. Młody człowiek nie wie czy żartuję, czy mówię poważnie. Spotkanie trwa godzinę. Raz taki młody człowiek został jeszcze przed rozpoczęciem spotkania odesłany do szkoły z jakąś karteczką. Musiał siedzieć w szkole do końca lekcji. Zupełnie sam. W szkolnej bibliotece czy gdzieś tam. Nauczycielka ukarała go w ten sposób za zadawanie mi głupich pytań. Jeszcze nikt nie rzucił we mnie jajem.

Nie. Nie narzekam. Po prostu opisuję fakty. Fakty, z których zawsze potem się śmieję i opowiadam, jako anegdoty ku uciesze znajomych. Gdy przyjaciółce z dzieciństwa opowiedziałam historię „pani, w jakiej sprawie?” powiedziała: „Trzeba było odpowiedzieć, że w sprawie liści. A na pytanie, jakich liści odpowiedzieć: tych, którymi się dupę czyści”. Sęk w tym, że ja nie lubię być niemiła. Zwłaszcza w stosunku do bogu ducha winnych bibliotekarek, które czasem po prostu są odrealnione w swoich poczynaniach. Kładę to zawsze na karb zaczytania się. A spotykające mnie „kwiatki” uważam w sumie nawet urokliwe. Szkoda, że postrzegam to dopiero wtedy, gdy już odpoczną mi ręce, te urywające się od książek, laptopa itp. I gdy siedzę już w domu. Wypoczęta po podróżach.

Oczywiście oprócz tych absurdalnych i czasem groteskowych sytuacji anegdotycznych jest też cała masa, a nawet przeważająca większość innych, kiedy jest cudownie, bibliotekarki, które zawsze kocham miłością wielką okazują się empatyczne, pomagają mi nosić torbę, witają mnie obiadami, pieką dla mnie ciasta, dostaję od nich i ich czytelników laurki, kwiaty, ręcznie robione upominki, które potem w domu przypominają mi te spotkania. Tylko, że to, co miłe i cudowne, jest nie do opowiadania, bo można spotkać się z zarzutem, że się chwalę. A poza tym jest mało absurdalne. A ja tu przecież o absurdach mam pisać.

Co się stało z waszą klasą? Co z nami pisarzami? Czyli za prezent do sądu!

Co wyrosło z moich pierwszych czytelników? Tych, którzy dziś mają po trzydzieści kilka, po dwadzieścia kilka lat? Z niektórymi mam kontakt. Z innymi…. No właśnie. W nocy, już leżąc w łóżku, (a wróciłam późno z benefisu Krystyny Podleskiej, o czym na pewno napiszę), przeczytałam na tablecie, (bo tak sprawdzałam pocztę) taki e-mail (pisownia oryginalna):

„Szanowni Panstwo,
na swojej stronie posiadacie panstwo zamieszczone moje imie i nazwisko pod pewnym wypracowaniem. Informuje ze nie wyrazam zgody na publikacje pracy, ktora zostala napisana 10 lat temu, jak rowniez nie wyrazam zgody na uzyanie mojego imienia i nazwiska. Przeraszam za brak polskich znakow.”

Trochę śmiać mi się chciało, ale jak ktoś nie chce to nie. Dlatego szybko odpisałam:

Jutro poszukam i usunę, ale:
Dostałam to w prezencie od nauczycielki ze zgodą na publikację – to raz.
Skąd mam wiedziec, ze osoba, ktora mnie o to prosi jest tego autorem?
Takie samo imię i nazwisko to może byc przypadek – to dwa.
No i nie wiem czemu „szanowni państwo” skoro ja jestem pojedyncza…

Odpowiedź przyszła zanim zdążyłam wstać z łóżka i usunąć wypracowanie. Brzmiała tak.

„Pierwsze- Szanowni Panstwo to zwrot grzecznosciowy stosowany w sytucjach, kiedy nie ma się pewnosci czy koresponduje się z osoba, czy instytucja. Dwa- nie zamierzam przesylac skanu dowodu tozsamosci celem potwierdzenia, ze ja to ja, bo zgodnie z ustawa o ochronie danych osobowych skoro nie udzielilam Pani zgody na publikacje moich danych ani tekstu, giodo na moja prosbe i tak taki tekst zdejmie. Trzy- naucycieka ktora przekazala Pani ten tekst rowniez nie miala do niego praw, nie mowiac o tym, ze bylam niepelnoletnia, moi rodzice takiej zgody nigdy nie podpisali, tym samym zostal rozpowszechniony i opublikowany bezprawnie. Cztery- jedynym sposobem udowodnienia, ze jestem autorem tego tekstu bylaby zdaje się sprawa sadowa, grafolog i szereg swiadkow. Na chwile obecna cale zamieszanie zdaje mi się zupelnie zbedne, zwlaszcza, ze to Pani zamiescila na swojej stronie moje imie i nazwisko, nie ja Pani.”

Sprawę sformułowania „Szanowni państwo” w przypadku pisania do portalu, który w tytule ma „Małgorzata Karolina Piekarska – dziennikarka, pisarka” to pominę, bo to szczegół. Choć wiele mówi o umiejętności czytania ze zrozumieniem.

Oczywiście usunęłam wypracowanie, bo przyznaję, że straciłam serce do jego autorki i po prostu przestałam chcieć je mieć u siebie na stronie. Natomiast sytuacja mnie trochę i rozbawiła (wyobraziłam sobie proces, akt oskarżenia i tak dalej…) i zasmuciła. Co z wami się dzieje moi czytelnicy? Czy osiągnięta pełnoletniość sprawiła, że rzeczywiście dojrzeliście? Przyznam, że nawet myślałam, czy nie zaczekać na ten obiecany list z GIODO żądający zdjęcia wypracowania ze strony. A nawet na ów sąd i grafologa, bo to mogłoby być ciekawe… Może zwiększyłoby zainteresowanie moimi publikacjami? W końcu nie ma to jak skandal! A skandal z sądem i pozwem w tle, to dla wielu ludzi wymarzona promocja. Ale, tak jak napisałam, przestałam chcieć mieć to wypracowanie na swojej stronie, a także jakąkolwiek styczność z tak moim zdaniem niedojrzałą osobą (z moich obliczeń wynika, że rówieśnicą mojego syna). A teraz wyjaśnienie…

W 2005 roku byłam zaproszona na spotkanie autorskie do jednego ze stołecznych gimnazjów. Za spotkania autorskie pisarze pobierają honoraria. Głównie z tego żyją, bo przecież nie ze sprzedaży książek, których w ręce czytelników idą coraz mniejsze nakłady. Ja odstąpiłam od tego zwyczaju i przyszłam na spotkanie autorskie za darmo. Dyrektorem szkoły była moja kuzynka. Powiedziała szczerze, że szkoła nie ma pieniędzy, od rodziców uczniów nie bardzo chce brać, a moja książka jest tam lekturą. Zostanę uhonorowana i dzieci na mnie czekają. Poza tym patron jest wyjątkowy. Cóż… napisałabym, jaki, ale nie chcę identyfikować szkoły. W każdym razie na spotkanie przyszłam. Dostałam owacje na stojąco, kwiaty, przepiękny w skórzanej teczce dyplom z podziękowaniami i… prezent. Najpiękniejszy. Były to przepisane na komputerze najlepsze wypracowania na temat mojej książki! Dzieci miały do wyboru kilka tematów. Czy te komputerowe wydruki wypracowań były podpisane ręcznie? Nie pamiętam, mogłabym jednak poszukać. Bo wszystkie takie „pamiątki” trzymam. Akurat siedziałam wtedy nad swoją stroną internetową. Spytałam więc, czy mogę je na niej opublikować.

- Oczywiście. To jest prezent od nas dla Pani. A dzieci będą przeszczęśliwe. To dla nich duże wyróżnienie.

Minęło dziewięć lat, i… Jak widać po liście owo „wyróżnienie” przestało być wyróżnieniem. A dzieci przestały być „przeszczęśliwe”. A przynajmniej jedno z nich na pewno. Czy nagle nagrodzone wypracowanie zmieniło się w powód do wstydu? To jednak druga kwestia. Pozostaje pierwsza i zasadnicza. Czy miałam prawo do publikacji wypracowania?

Przyjaciel prawnik twierdzi, że miałam. (Rozmawiałam zresztą z kilkoma.) Jak wyjaśnił mi ten pierwszy, publikując wypracowanie dziewczynki na temat swojej książki, nie neguję jej prawa autorskiego do tekstu, bo podpisałam autorkę. Nie czerpię z publikacji korzyści majątkowej, bo za czytanie owego wypracowania nie pobieram opłat. Co do tego, czy dzięki publikacji wypracowania wzrosła sprzedaż moich książek – udowodnienie związku między tymi rzeczami jest niemożliwe. Przyjaciel prawnik twierdzi również, że GIODO nie nakazałoby mi zdjąć z witryny wypracowania, bo „Zgodnie z art. 6 ust. 1 ustawy z dnia 29 sierpnia 1997 r. o ochronie danych osobowych (t. j. Dz. U. z 2002 r. Nr 101, poz. 926 ze zm.), za dane osobowe uważa się wszelkie informacje dotyczące zidentyfikowanej lub możliwej do zidentyfikowania osoby fizycznej.”, ale: „Osobą możliwą do zidentyfikowania jest osoba, której tożsamość można określić bezpośrednio lub pośrednio, w szczególności przez powołanie się na numer identyfikacyjny albo jeden lub kilka specyficznych czynników określających jej cechy fizyczne, fizjologiczne, umysłowe, ekonomiczne, kulturowe lub społeczne (art. 6 ust. 2 ustawy). Stosownie do ust. 3 powołanego przepisu, informacji nie uważa się za umożliwiającą określenie tożsamości osoby, jeżeli wymagałoby to nadmiernych kosztów, czasu i działań.”

Tu, żeby osoba postronna ustaliła kim dokładnie jest, czyli np. gdzie mieszka dziewczyna podpisana pod listem, musiałaby uzyskać jej dokładniejsze dane z jedynego identyfikowalnego na podstawie opublikowanego wypracowania źródła, czyli z… gimnazjum, którego jest absolwentką. A szczerze wątpię czy szkoła udzieliłaby osobie postronnej innych danych osobowych absolwenta, jak jego imię i nazwisko. Zresztą… wiele szkół publikuje w sieci imiona i nazwiska swoich absolwentów. (W USA nie tylko w sieci, ale również wydawane są publikacje książkowe i to ze zdjęciami.) szkoły, na takie działania zgody mieć nie muszą. Tak, jak zgody na publikowanie imion i nazwisk, a nawet dat urodzenia nie musi mieć dr Jerzy Minakowski, który tworzy w sieci wielką genealogię. W swoim regulaminie i informacji napisał: „Nie gromadzę żadnych „danych osobowych”. Jedynie publikuję informacje genealogiczne.” W przypadku „Wielkiej Genealogii Minakowskiego”  to więcej niż imię i nazwisko. To także imiona rodziców, jak również daty i miejsce urodzenia. Aż muszę spytać dr Minakowskiego, ile ma procesów, bo ktoś sobie nie życzy być w wielkiej genealogii? Uważam, że pojawienie się GIODO i ustawy o ochronie danych osobowych, w formie, która jest dość nieprecyzyjna, a także częste mówienie o niej w mediach i strasznie GIODO sprawiło, że ludzie tak naprawdę nie wiedzą już co jest ich danymi osobowymi. Ileż razy ochroniarz w sklepie odmawiał mi przedstawienia się powołując na ustawę. Ileż razy swojego imienia i nazwiska nie chciał mi podać odbierający telefon w instytucji państwowej urzędnik! Gdyby imię i nazwisko było zastrzeżone, to czy przedstawialiby się nam konsultanci z infolinii?

Sprawę grafologa już przemilczę, bo przy wydrukach komputerowych sprzed 10 lat, to już nie wiem kogo trzeba pozwać, jako biegłego specjalistę. Natomiast przyjaciel prawnik powiedział dość ciekawe zdanie: „sądowi szkoda byłoby czasu na taką sprawę i oddaliłby powództwo, bo pozywający musiałby udowodnić, że z tytułu publikacji na twojej stronie jego wypracowania z dzieciństwa poniósł jakąś szkodę. A jaką mógł ponieść?”

Jeśli są wśród moich czytelników sędziowie i prawnicy, chętnie zapoznam się z ich opiniami. A pytam o to nie tylko w swoim imieniu, ale wielu pisarzy, którzy otrzymują od dzieci laurki, wypracowania, wiersze itd. i publikują je na swoich stronach, Facebooku itd. Czy wszyscy nasi czytelnicy, gdy dorosną, pozwą nas do sądów za to, że chwalimy się tym, co dostajemy od nich, gdy są dziećmi? Czy ich pozwy będą rozpatrzone? Wreszcie. Co nam grozi? Pytam o to zwłaszcza dlatego, że prawie cztery lata temu dostałam w prezencie od swoich czytelniczek z Żytowiecka moje portrety ich autorstwa. Opublikowałam je na swojej stronie i na profilu na FB. I pokazuję teraz tutaj. na stronie podałam nazwę miejscowości i ich imiona! Mało tego, na mojej stronie są zdjęcia z tego publicznego przecież spotkania. Dziś te czytelniczki to dorastające pannice, za moment pewnie maturzystki. Czy muszę obawiać się sądu i GIODO, za to, że opublikowałam podarowane mi przez nie prace, na których pokazały, jak widziały mnie, gdy same miały naście lat? Czy może powinnam się obawiać pozwu za to, że opublikowałam zdjęcia, gdy pozują na nich ze mną przed aparatami, by mieć pamiątkę ze spotkania? Przecież nie mam pisemnej zgody ich rodziców ani na publikację tych portretów ani tych zdjęć.

autorka: Adrianna Chuda

Autorka: Zofia Harendarz

Autorka: Zuzanna Brzeskot

PS A mogła napisać prosto: proszę usunąć, bo dziś się wstydzę…

Cztery minuty, czyli wszystko ma swoje dobre strony…

Cztery minuty to bynajmniej nie tytuł filmu, ale czas, jaki miałam w Toruniu na przesiadkę z jednego pociągu do drugiego. Wysiadłam na peronie pierwszym z pociągu Intercity z miejscówkami, relacji Lublin-Gdynia, a przesiąść musiałam się w pociąg Przewozy Regionalne relacji Toruń-Poznań i wysiąść z niego w Trzemesznie. Zdążyłam, bo przecież zawsze spadam na cztery łapy. Zawsze jednak muszę w trakcie tego spadania na cztery łapy wywinąć jakiegoś koziołka. Tak było i tym razem. Wprawdzie „by żyło się lepiej” zgłosiłam kierownikowi pociągu Intercity chęć przesiadki i że ma na to cztery minuty, a on odparł, że zawiadomi następny pociąg, by na mnie czekali, ale niestety los lubi płatać figle. Gdy przygotowałam się do wysiadki i pociąg stanął już na dworcu w Toruniu, okazało się, że… drzwi, przed którymi stanęłam, nie chcą się otworzyć. Próbowały otworzyć je cztery osoby i nic. Pędziłam więc do wagonu obok, by móc wysiąść, ale tam najpierw wysiadali ci, którzy do tej wysiadki – podobnie jak ja – przygotowali się w czasie jazdy. A więc na wstępie miałam już minutę opóźnienia. Ze sobą miałam małą walizkę na kółkach, torbę z książkami i laptopem i rzecz jasna torebkę damską w postaci malutkiego skórzanego plecaczka, który Ulubiony kupił mi na ostatnie urodziny. Teoretycznie więc nie miałam skrępowanych ruchów, bo plecaczek miałam na plecach, walizkę na kółkach mogłam ciągnąć za rączkę, a torbę z laptopem i książkami zwykle stawiam na walizce i ciągnę razem. Niestety… Miałam też buty na szpilce. Co z tego, że diablo ciepłe, wygodne itd. skoro ich obcas to szpilka? Jestem w stanie wprawdzie nawet w nich biec, ale… musi być do tego odpowiednie podłoże. To odpowiednie podłoże musi być zresztą nie tylko dla szpilek, ale chyba przede wszystkim dla… kółek walizki. Na pewno odpowiednie nie są: schody pociągu, schody przejść podziemnych czy przejścia przez tory itp. Do drugiego pociągu biegłam jak wariatka, a przebiec musiałam z peronu I-go na IV-ty, co w przypadku dworcu w Toruniu oznacza bieg przez cały niemal dworzec, gdyż perony I-szy i II-gi są po jednej stronie, a III-ci i IV-ty po drugiej stronie dworca. Ostatnie metry pomagał mi pokonać SOK-ista. Widział po prostu jak walczę na torach z walizką, która mimo kółek, co chwila blokowała się. Wreszcie wpadłam do pociągu i… wtedy okazało się, że gdzieś na tym krótkim odcinku zgubiłam… fleka od buta, a na dodatek paskudnie ubrudziłam spodnie. Ponieważ czekał mnie tylko jeden nocleg, a następnego dnia dwa spotkania autorskie jedno po drugim, więc… nie wzięłam ani butów na zmianę ani spodni. W hotelu zmieniłam buty na kapcie (marki kierpce) i tak zeszłam do znajdującej się na dole restauracji. Po powrocie z kolacji uprałam spodnie mydłem w umywalce i powiesiłam na kaloryferze. Rano metodą wkładania pod prześcieradło uprasowałam. Z butami była jednak gorsza sprawa. Fleka znikąd wziąć nie mogłam, a na dodatek pozbawiony go obcas niemiłosiernie stukał. Tak więc wszelkie plany zwiedzenia Trzemeszna legły w gruzach. Czas po spotkaniu, a przed odjazdem w powrotnego pociągu spędziłam w bibliotece na rozmowie z paniami i przy okazji sięgnęłam na półkę z książkami. W oczy rzucił mi się tytuł: „Wojna i dziecko”. Ta książka gdzieś jest w domu, ale od dłuższego czasu nie mogę jej znaleźć. Cóż… mieszkam w czymś, co jest pomieszaniem biblioteki z rodzinnym muzeum i graciarnią, więc… o istnieniu pewnych książek w domu wiem, ale znalezienie ich proste nie jest. A już dawno temu chodziło mi po głowie, by poszukać pewnego ważnego dla mnie zdjęcia. Zajrzałam więc w egzemplarz, który leżał na półce w bibliotece. Przerzuciłam strony, by znaleźć to, czego szukałam i…. znalazłam. Zdjęcie mojego stryja Janka zrobione zaraz po przewiezieniu go do sierocińca. Takie zdjęcie, jak to, które jest w książce taty z jego wspomnieniami z czasów wojny, ale… tu jeszcze opublikowano drugą fotografię. A więc nie myliłam się. Stryjowi Jankowi zrobiono dwa zdjęcia, gdy po wypuszczeniu dzieci Zamojszczyzny z bydlęcego wagonu na dworcu wschodnim w Warszawie trafił do sierocińca. I tak myślę, że wszystko ma swoje dobre i złe strony. Gdybym miałam w bucie fleka, pewnie pochodziłabym po Trzemesznie i bym fotografowała miasteczko, a tak…. Posiedziałam w bibliotece i znalazłam to, czego szukałam od tak dawna.

Uderz w stół, a nożyce się odezwą

„Obyś cudze dzieci uczył!” To przekleństwo najlepiej pokazuje, że zawód nauczyciela prestiżowy nie jest. Dlaczego? Powodów jest wiele. Dla większości nauczyciel, jako słabo opłacany pracownik nie jest godzien szacunku i tyle. Ja z nauczycielami mam kłopot. Paradoksalnie jedna z moich najlepszych przyjaciółek jest nauczycielką. Na dodatek na swojej drodze spotkałam kilku nauczycieli, którym wiele zawdzięczam. Jednak belfrowania i belfrów nie lubię. Może dlatego, że belfer to nie zawód, ale charakter? (Zabawne, że podobnie mówi się o księgowych i… kurwach.) Ale w tym stwierdzeniu, że nauczyciele mają pewne określone cechy charakteru, coś jest. Pamiętam opowieść koleżanki z jednej z redakcji, z którymi współpracuję. Pewnego dnia do tejże redakcji weszła jakaś kobieta i powiedziała, że chce rozmawiać z kimś z gazety. Koleżanka pochylona nad komputerem odparła:
- Proszę usiąść zaraz panią się zajmę.
To powiedziawszy zaczęła wyłączać komputer. Na to kobieta stanowczym i nieznoszącym sprzeciwu głosem:
- Proszę na mnie patrzeć, jak pani ze mną rozmawia.
- A pani, z której szkoły? – spytała koleżanka redaktorka.
- A pani skąd wie, że ja ze szkoły?
- Lata doświadczenia, proszę pani.
Ten dialog świetnie pokazuje to, czego w nauczycielach nie znoszę. Tego rządzenia człowiekiem i rozkazywania mu. Jednym słowem okazywania, że ja mam władzę. Na szczęście nie jest to cecha, którą posiadają wszyscy nauczyciele, bo gdyby tak było, uczniowie w szkołach masowo popełnialiby samobójstwa. W każdym zawodzie znajdą się osoby niezbyt się do niego nadające. Są jednak profesje, w których człowiek, który się do danego zawodu nie nadaje, a go wykonuje, zbyt wielkiej szkody światu nie wyrządza. Tak jest ze złym dziennikarzem lub pisarzem. Prędzej, czy później wyleci z obiegu. Odbiorca uzna, że przynudza i nie ma sensu go czytać, słuchać czy oglądać. Zły muzyk, aktor czy piosenkarz też szybko straci odbiorców. Gorzej ze złą księgową, która narazi klienta na kłopoty, złym lekarzem, który uśmierci pacjenta i… nauczycielem, który może komuś zniszczyć życie. Mam kolegę, który przez jedną panią nie ma do dziś matury. Owszem. Ma własną firmę i zarabia kupę kasy, ale… drogę na studia ta pani mu zamknęła. Egzamin maturalny z polskiego oblał trzy razy. Nie był jedynym, któremu pani od polskiego zablokowała lepszą przyszłość.
Piszę o tym wszystkim nie bez powodu. Ostatnio na jednym ze spotkań autorskich opowiadałam, że w swoich książkach lubię mieszać prawdę z fikcją. Od razu padło pytanie, czy kogoś w jakiejś książce obsmarowałam. Co to znaczy obsmarowywać? Moim zdaniem to mówienie o kimś złych rzeczy nie do końca zgodnych z prawdą. Takie coś mi się nie zdarzyło. Natomiast są osoby, które w swoich książkach sportretowałam niezbyt pozytywnie, ale cóż… tak się te osoby zachowywały. Jedną z nich jest pani, z którą miałam wątpliwą przyjemność mieć język polski w warszawskim liceum im. Stefanii Sempołowskiej. O tejże pani sporo tu kiedyś na blogu napisałam. W książce opisałam prawdziwe związane z nią historie. Były ponadczasowe. Znałam podobne nie tylko z lat mojego uczniowskiego życia, ale też z lat, gdy do szkoły chodziły dzieci znajomych. Podobnie też zachowywała się pewna nauczycielka mojego syna, który jest jeszcze uczniem. Dlatego na spotkaniu autorskim opowiedziałam o tym. Mówiłam też, że szkoła z jednej strony się zmieniła, ale z drugiej nie bardzo. Weszły nowe zasady w karcie nauczyciela i „moja” pani od polskiego, jako osoba bez wyższych studiów musiała przejść na emeryturę. Nie znaczy to jednak, że zachowania, których się dopuszczała (poniżanie uczniów, gdy czegoś nie wiedzieli, nabijanie się z nich, kpienie) przestały mieć miejsce w polskiej szkole. Wszystko dlatego, że jak powiedziała mi moja przyjaciółka większość ludzi idzie do zawodu nauczyciela dlatego, że to jest władza! Przyjaciółka, która dowiedziała się o tym na studiach na kolejny stopień specjalizacji pedagogicznej, sama była w szoku. Potem zaczęła się zastanawiać i stwierdziła, że patrząc na swoją szkołę – coś w tym chyba jednak jest. Obecne na spotkaniu autorskim nauczycielki były tym stwierdzeniem zgorszone. Nieprawda, że większość idzie do zawodu, bo to jest władza! One na pewno nie z tego powodu zostały nauczycielkami! One są tymi z powołania! Tymi prawdziwymi! Tymi kochającymi uczniów! – grzmiały z końca sali wyrzucając mi, jaka jestem niesprawiedliwa. Hmmm. Co za ironia losu. Przyznam, że sama nie wiem czemu w swojej odpowiedzi na pytanie o „obsmarowanie” kogoś w książce wybrałam postać nauczycielki. Myślę teraz, że kazała mi to zrobić podświadomość. Widziałam po prostu ich twarze. Jakże podobne do twarzy „mojej” polonistki z liceum. Podobne w zaciętości, we „wszystkonajlepiejwiedzącym” spojrzeniu i pogardzie dla tych, którzy nie uczą się na same piątki, a przecież ja do tego się publicznie przyznałam. Może właśnie dlatego, że dostrzegłam to w ich twarzach, przyszła mi do głowy akurat ta moja bohaterka literacka – profesor Płochowska z „LO-terii”? Paradoksalnie, gdy nauczycielki oponowały, przekonując, że są pedagogami z powołania – ich uczniowie milczeli. A siedzący niedaleko mnie pan mruknął:
- Ha ha! – by po chwili dodać jeszcze ciszej: – Uderz w stół a nożyce się odezwą.
Po spotkaniu kilka obecnych na sali osób powiedziało mi, że… trafiłam w dziesiątkę! Te panie takie były!
Spotkanie zresztą nie zakończyło się zbyt przyjemnie. Panie były obrażone. Oskarżały, że nie wiem nic o życiu w szkole. One wiedzą lepiej, bo tam pracują. Ja nie wiem nic, bo tylko tam bywam i słucham uczniów – czytelników, własnego syna, jego kolegów itd. Było mi trochę przykro, że nie rozumieją właściwie tego co do nich mówię, ale… to chyba norma. W każdym razie zdaniem nauczycielek podkopałam ich autorytet. Ta reakcja pokazała, że obecny na spotkaniu pan miał rację. „Uderz w stół, a nożyce się odezwą”. Mądry nauczyciel, którego rzecz nie dotyczy, nie będzie oponował, bo z wrednym nauczycielem się nie utożsamia. A na tym spotkaniu była obecna inna nauczycielka i… nie wzięła udziału w dyskusji. Przyszła nawet podziękować za ciekawe spotkanie i wziąć autograf. Ponieważ mimo moich próśb, by panie się nie gniewały, nauczycielki dalej mnie atakowały mówiąc jak to nie znam się na szkole i nic o niej nie wiem, zaatakowałam i ja. Przyznaję, że z grubej rury swojej najcięższej armaty. Wyciągnęłam „z kieszeni” panią Czajkę. Tę, której zadedykowałam „Klasę pani Czajki”, czyli moją autentyczną panią od polskiego. Suchą, stanowczą, sprawiedliwą, nie wyróżniającą i nie faworyzująca nikogo polonistkę. I powiedziałam, że ja też miałam fajnych nauczycieli i nigdy nie powiedziałam, że większość jest niefajnych. Powiedziałam jedynie, że większość wg jakichś tam badań przeprowadzonych przez naukowców idzie do zawodu, bo to jest władza. (Choć na pewno nie wszyscy tej władzy nadużywają i się nią upajają, więc może nie zawsze od razu to widać!). Ja jednej ze swoich nauczycielek zadedykowałam książkę „Klasa pani Czajki”, a im życzę, by im też ktoś kiedyś książkę zadedykował.
Po tym spotkaniu po raz kolejny doszłam do wniosku, że w polskiej szkole mimo upływu lat wiele się zmienia i… nic się nie zmienia. Od razu znów stanęła mi przed oczami pani dyrektor szkoły, która rok temu „opierniczyła” mnie, że po spotkaniu autorskim śmiałam ją spytać, czy nie mogłaby mi za spotkanie autorskie zapłacić gotówką, bo nie mam za co wrócić do domu. Odmówiła krzycząc, że co ja sobie wyobrażam, że była inna umowa, a ja wracałam do domu z biletem kredytowym upokorzona do granic możliwości. I przypomniała mi się ta redakcyjna opowieść, którą tu już zacytowałam: „Proszę na mnie patrzeć, jak pani ze mną rozmawia!” Przypomniały mi się także wszystkie szkolne jędze mojego syna, a zwłaszcza pewien potwór, który w podstawówce uczył go historii. I stanęły mi przed oczami wszystkie te straszne nauczycielki, z którymi zetknęłam się na spotkaniach autorskich. Na przykład ta, która przerwała mi w pół słowa opowieść o samobójczej śmierci bohatera mojej książki „Dziewiętnastoletni marynarz”, mówiąc, że powinnam kończyć spotkanie, bo ona za dziesięć minut kończy pracę. Potem jej uczennica napisała do mnie list z przeprosinami. Zaczynał się od słów: „Mam na imię Ania, mam jedenaście lat i chciałam panią przeprosić za zachowanie mojej wychowawczyni…” A potem ujrzałam na powrót wiele innych potwornych belferzyc. Skąd wiem, że są/były straszne/potworne? Małe miasteczka i małe biblioteki mają to do siebie, że wszyscy się znają i wiele o sobie wiedzą. Bibliotekarki i stali czytelnicy to często skarbnice wiedzy o szkołach, ich uczniach, a także nauczycielach. Wielokrotnie, gdy na spotkaniach opowiadałam różne historie z wrednymi nauczycielami w roli głównej, to obecne na spotkaniach inne osoby mówiły mi potem:
- To było świetne. Pani to mówiła, a tu taka akurat siedziała! Pani tak, jakby mówiła o niej!
Ale ja zawsze to wiedziałam. Wrednego nauczyciela, niestety lub stety, poznam na odległość. Po prostu ma to coś wypisane na swojej twarzy. I podejrzewam, że moi wredni nauczyciele przypominają mi się zawsze wtedy, gdy na wprost mnie siada kolejny tego typu osobnik.
I tak na koniec. Wbrew pozorom takie wredne nauczycielki są potrzebne. Te larwulce, którym w swoim czasie Agnieszka Chylińska powiedziała „fuck off” pełnią naprawdę ważną społecznie rolę. Jaką? Otóż przygotowują dzieci i młodzież do dorosłego życia, które nie jest sprawiedliwe. Bo świat nie jest sprawiedliwy i choć ja się z tym cały czas nie godzę, to wiem, że niestety świat taki właśnie jest. Przecież każdemu z nas w dorosłym życiu zdarza się trafiać np. na wrednych i głupszych od nas szefów. Na urzędników, od których coś zależy, a są kompletnymi idiotami i złośliwcami. Na ludzi, którzy chcą nam zrobić źle dla zasady! I tak dalej… Tak więc wredny, złośliwy, niesprawiedliwy, czepiający się nauczyciel pełni ważną rolę społeczną w naszym życiu. I pewnie dlatego w każdej szkole trafia się choć jeden. Dla wielu uczniów to TYLKO jeden. Dla niektórych AŻ jeden. Bo i ten jeden potrafi złamać człowiekowi życie. No i zepsuć spotkanie autorskie. Przede wszystkim sobie, bo w końcu coś naprawdę jest w tym starym powiedzeniu „uderz w stół a nożyce się odezwą”. Gdyby siedział cicho, ja nie rozwijałabym tematu. Ale z drugiej strony… pewnie dziś na blogu pisałabym zupełnie o czymś innym.

Czy wiemy dokąd zmierzamy?

Jest taki kawał o trójce kombatantów, którzy rozmawiają jaką kto ma sklerozą. Pierwszy mówi:
- Mam taką sklerozę, że wiem, że brałem udział w jakiejś wojnie, ale nie pamiętam, czy to była pierwsza czy druga światowa.
Drugi mówi:
- Ja to mam taką sklerozę, że wiem, że byłem na wojnie i wiem, że byłem ranny, ale za cholerę nie pamiętam, czy dostałem kulką między łopatki czy łopatką między kulki.
Na to odzywa się babcia kombatantka:
- A ja to mam taką sklerozę, że wiem, że była wojna i że było coś z Niemcami. Ale nie pamiętam, czy to ja wystrychnęłam ich na dudka czy oni wydudkali mnie na strychu.
Przypomniał mi się kawał, bo jestem świeżo po trzech spotkaniach autorskich w Zamościu. Z tamtejszą młodzieżą rozmawiałam nie tylko o swoich książkach, ale i o Zamojszczyźnie w czasie I, a potem II wojny światowej. Nie tylko dlatego, że moja babcia i dziadek, a potem mama urodzili się w Zwierzyńcu nad Wieprzem, a II wojnę spędzili w niedalekim Chełmie. Przede wszystkim mówiłam o tym dlatego, że moi dziadkowie ze strony taty, czyli Janina i Bronisław Piekarscy wzięli w czasie okupacji na wychowanie dziecko z Zamojszczyzny. Opowiadałam młodzieży całą historię mojego stryja Jana Tchórza, którą ojciec opisał w swojej książce „TAK ZAPAMIĘTAŁEM” wydanej przez PIW jeszcze w 1979 roku:
7 stycznia obiegła Warszawę lotem błyskawicy wieść, że na Dworcu Wschodnim kolejarze zatrzymali niemiecki transport dzieci wysiedlonych z Zamojszczyzny, wieziony do Oświęcimia. Tysiące warszawiaków ruszyło na dworzec. Moi rodzice również. Wrócili tego dnia bardzo późno do domu i z niczym. Na dworcu zastali tylko rozogniony tłum. O dzieciach nikt nic nie wiedział — może nie chciał, a może nie mógł przekazać żadnej informacji.
Przez kilka następnych dni rodzice jeździli na dworzec i wracali z pustymi rękami. Wiadomości o dzieciach były jednak prawdziwe. Ojciec z mamą nie dali więc za wygraną i przez znajomych otrzymali z RGO pozwolenie na wzięcie do siebie zamojskiego dziecka.
Jak opowiadała mama, gdy weszli z ojcem do sierocińca, oczom ich ukazały się gromady wychudłych dzieci, przeważnie w wieku sześciu, siedmiu lat. Wśród malców beztrosko igrających po salach dostrzegła mama chłopczyka stojącego na uboczu na lekko wykrzywionych nóżkach i ssącego smoczek. Ubrany był w spodenki z grubego zielonego welwetu. Spod długich rzęs patrzyło na mamę dwoje lśniących czarnych oczu. Gdy tylko spojrzenia ich się spotkały, malec podreptał do pielęgniarki i schował się za jej fartuch, wyglądając zza niego co chwila ciekawie.
Jak się nazywał? Kim są czy byli jego rodzice? Nie umiał powiedzieć. Czy w ogóle kiedyś mówił? Czy może wskutek przeżyć zatrzymał się nagle w rozwoju? Nikt nie umiał odpowiedzieć na te pytania. Jego dziecięcy współwięźniowie z transportu nic o nim nie wiedzieli. Nikt z nich nie pamiętał, skąd go zabrano. W sierocińcu nadano mu imiona Krzyś Dionizy.
Gdy mama wzięła go na ręce, popatrzył na nią nieufnie. Gdy pocałowała go w policzek, żachnął się i podrapał rączką miejsce pocałunku, a jego duże, czarne oczy zrobiły się jeszcze większe. Mama zaczęła go kołysać na ręku, coś opowiadając, aby go zainteresować, aby zyskać jego sympatię i względy. Po pewnym czasie zapytała: „Krzysiu? Czy pójdziesz ze mną?” Oczy jego znów się poszerzyły. Popatrzył to na mamę, to na pielęgniarkę i powiedział cicho: „Tia.”
Po załatwieniu niezbędnych formalności rodzice owinęli Krzysia w ciepły koc i zabrali.
Od tego dnia życie w domu zmieniło się. Początkowo babcia, rzekomo w moim interesie i w interesie brata, miała rodzicom za złe, że wzięli obce dziecko. Później przywiązała się do niego chyba najmocniej z nas wszystkich.
Krzyś stopniowo wracał do zdrowia po tyfusie, z którego go wyleczono w sierocińcu. Pozostały jeszcze dolegliwości pęcherza, no i odmrożenia. Obydwaj z Antkiem prześcigaliśmy się w wynajdywaniu zabawek i zabaw dla Krzysia. Powoli zaczął odzyskiwać uśmiech.
Dopiero w kilka dni po przybyciu Krzyś zdradził swoje pochodzenie. Kiedy pomagał mamie układać drzewo za piecem, podając kolejne polano, powiedział krótko, po chłopsku: „Na.”A gdy mama zaczęła układać polana w palenisku, dodał: „Mama, na Bozię.” Dopiero po chwili mama zorientowała się, że to oznacza układanie „na krzyż”.
(…)
Któregoś dnia ojciec wrócił z miasta z wiadomością, że odnalazła się mama Krzysia. Okazało się, że gdy tylko ludzie wykradli zamojskie dzieci z transportu śmierci, natychmiast je sfotografowano w tych ubrankach i w takim stanie, w jakim były zabrane rodzinom. Zdjęcia miały dwojakie znaczenie: dokumentowały niemiecką zbrodnię na dzieciach i stanowiły podstawę identyfikacji. Zdjęcia dzieci, których imiona, nazwiska i pochodzenie były nieznane, zostały rozesłane przez RGO do miejsc osiedlenia wygnańców z Zamojszczyzny. Wielu z nich znajdowało się w Żelechowie. Tam też na zdjęciu rozpoznała Krzysia jego rodzona matka.
Parę dni potem RGO nadesłało nam dokument stwierdzający, że moi rodzice wzięli na wychowanie z RGO dwuipółletniego Jana Tchórza, którego matka ma na imię Zofia.
Niebawem też nadszedł list od Zofii Tchórzymy: „W pierwszych słowach mego listu Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus. Droga Pani! Przepraszam, że tak długo nie pisałam. Nie miałam zdjęcia z obóch braciszków Jasiowych, z Bolcia i Tadzia młodszego. Piszę o swym losie: pracuję przy starcach w przytułku. Dostaję nagrody 100 złotych miesięcznie od Pana Burmistrza. Obiad dostaję w kuchni, co gotują dla nas wysiedlonych. Chłopiec starszy służy u gospodarza, a młodszy Tadzio chodzi do ochronki i dostaje śniadanie i parę deka chleba na kolację. Dwie mam córki, Walercię i Stefcię. Jedna jest w Berlinie, a druga w Prusach u gospodarza. Dłuższy czas nie wiedziałam o nich, bo nie miałam adresu. Starszej lepiej, a w Berlinie młodszej gorzej. Otrzymałam listy razem od obydwóch w maju. Piszą, że są zdrowe, to mnie cieszy. Jasiowi posyłam fotografię w liście i obrazek. Dziękuję Pani za czułe serce, że się Pani zaopiekowała moim dzieckiem. Teraz się już przyzwyczaiłam do swego losu, w jakim się obecnie znajduję. Nie wyobraża sobie Pani, jak miałam początkowo, jak mnie przywieźli do Żelechowa. W Dzień Bożego Narodzenia byłam na mszy. Powracam do swoich dzieci do szkoły, cośmy mieszkali parę rodzin wysiedlonych, usiadłam z Jasiem, zapłakałam, żem nie miała córek przy sobie. W tej chwili przyszły kobiety z Żelechowa i przyniosły nam potraw pośnikowych, podzieliły się z nami opłatkiem. Była to chwila radości. Posyłam często paczki do córki, bo pisze, że brak jej żywności. Pisała mi w liście, że dostają zupę szpinakową na czystej wodzie i po porcji chleba. Żołnierską bochenkę na cztery osoby i idzie na cały dzień do fabryki. Pracuje przy amunicji i materiałach wybuchowych.
Pozdrawiam Panią z całą rodziną i Synka Jasia.
Zofia Tchórz”
Któregoś dnia ktoś zapukał do drzwi. Mama odpowiedziała: „Proszę.” Drzwi się otworzyły i weszła wiejska zabiedzona kobiecina o czarnych lśniących oczach, z pięknymi kruczymi włosami przyprószonymi siwizną, owinięta w kraciastą chustkę. „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!”, powiedziała. Była jakby wystraszona.
Na twarzy mamy dostrzegłem jakiś dziwny skurcz czy błysk. Patrząc na kobiecinę, myślałem, że to żebraczka. „Czy ja dobrze trafiłam?”, zapytała. „Tak, na pewno dobrze — odpowiedziała mama zmienionym głosem. — Jest u nas pani synek”, dodała po chwili i obydwie wybuchnęły płaczem.
Była to mama Janka. Przyjechała zobaczyć swego Jasiunia.
Straszne były jej przejścia. W dniu 5 grudnia 1942 roku zajechali do ich wsi, do Chomęcisk Małych koło Starego Zamościa, żandarmi i czarni. Kazali opuścić chałupinę i wyjść. Pognano ich do obozu w Zamościu. Rodzina składała się wtedy z pięciu osób: ona, Zofia Tchórzyna, córka Stefcia lat czternaście, synowie — Bolek lat dwanaście, Tadzio lat dziesięć i Janek lat dwa. (Mąż zmarł przedtem, a szesnastoletnia córka Walerka już od czerwca 1942 roku przebywała na robotach w Niemczech.) Jeszcze z Zamościa zabrano Stefcię i wysłano w głąb Niemiec. Matkę z synami zawieziono do Żelechowa. Janek był chory. Miał odmrożone rączki, nóżki i brzuszek, a na dodatek w obozie zaraził się tyfusem.
Niebawem do ochronki zajechała niemiecka kolumna sanitarna i zabrała chorego malca. Gruba Schwester w obcisłym mundurze nawet nie dała matce pocałować chłopca na pożegnanie. Tchórzyna widziała jeszcze, jak odjeżdżający Jasiunio niezdarnie uderza rączką w szybę karetki niemieckiego Czerwonego Krzyża — i została bez: dziecka, z myślą, że straciła go na zawsze.
Gdy tylko Zofia Tchórzyna dowiedziała się, że jej Jasiunio żyje, zostawiła swoich synków na ludzkiej opiece i pojechała go odszukać, sprawdzić, czy nie zaszła jakaś, pomyłka.
Janek nie chciał się przywitać ze swoją matką, choć gdy tylko rodzice dowiedzieli się, kim jest, wszyscy zaczęliśmy go uczyć jego prawdziwego imienia i nazwiska. Gdy mówiliśmy mu: „Nazywasz się Jan Tchórz”, on oburzony krzyczał: „Aś ne Tuś, Aś Ksyś!” Gdy rodzona matka przytuliła go do piersi i zaczęła całować, odepchnął ją brutalnie i począł wydrapywać każdy pocałunek.
Została u nas kilka dni. Pragnęła się nacieszyć dzieckiem. Rodzice też chcieli, żeby się Janek do niej przyzwyczaił. Myśmy z bratem byli zbici z pantałyku. Cieszyliśmy się, że odnalazła się mama Janka, a jednocześnie baliśmy się, że zechce nam go zabrać. Miała przecież do tego prawo. Na razie jednak o zabraniu nie było mowy. Zofia Tchórzyna nie mogła swemu dziecku zapewnić bytu. Żyła w nędzy. Po kilku dniach, zaopatrzona na drogę, wyjechała do Żelechowa.
Pierwszy list, który za jakiś czas nadszedł, był bardzo smutny:
„Drogie Państwo! Donoszę Wam o swojem zdrowiu i powodzeniu. Gdym powróciła od Państwa, miałam listy od córek. Przykro mnie, bardzo tęsknią. Młodsza pisała, że nie wykonała w fabryce roboty, a jak się z tem nie zgodzi, to oddadzą ją do obozu. Jeździłam w swoje strony, do Zamojszczyzny. Dom mój rozebrali, na drugie miejsce złożyli. Pole obsiewają ci, co gospodarzą. Ojca odwiedziłam. Czuje się niedobrze, co już liczy sobie przeszło 70 lat. Starsza córka, Walerka, wróciła z powrotem na majątek z fabryki. Tadziu i Bolcio dzięki Bogu zdrowi. Ja się czułam niedobrze, bo z przemęczenia, w Rejowcu czekałam na pociąg 16 godzin i parę minut. Mamusia pozdrawia Jasiunia, całuje tysiące razy i również wszystkich w domu i pozdrawiam najbliższych, szczęśliwego przeżycia. Tak na razie kończę te parę słów Zostańcie z Bogiem
Zofia Tchórzyna”
Korespondencja z Tchórzyną trwała aż do nadejścia frontu.
(…)
Janek przeżył z dziadkami Powstanie, obóz przejściowy w Pruszkowie, wygnanie w Częstochowie i powrót do Warszawy. Nastała wiosna 1945 roku.
(…)
20 kwietnia zjawił się u nas najmniej oczekiwany gość, którego przybycie wywołało rodzinną rewolucję i spowodowało głęboki wstrząs. Przyjechała matka Janka, Zofia Tchórzyna. Myśleliśmy często o niej, co się z nią dzieje i czy wróciła już do siebie, na Zamojszczyznę. W to, że żyje, nie wątpiliśmy ani na chwilę. Że po wojnie zabierze Janka, zdawaliśmy sobie sprawę już od momentu, gdy rozpoznała go na zdjęciu w 1943 roku i przyjechała wówczas do nas w odwiedziny, nie spodziewaliśmy się tylko, że to nastąpi już. Ucieszyliśmy się ze spotkania, ale trochę sztucznie. Nie powiedziała nic na temat zabrania Janka, ale myśmy wiedzieli. Najpierw chyba wyczuł to Janek. Nie chciał się z nią przywitać, chował się za spódnicę babci. „To nie moja mama! To nie moja mama!”, krzyczał tupiąc.
Biedna kobieta rozpłakała się, my też tłumiliśmy łzy.
Tragiczne były jej dzieje. Gdy przewalił się front, wróciła natychmiast do rodzinnej wsi, do swoich Chomęcisk Małych koło Starego Zamościa. Niemieccy koloniści przenieśli jej chałupę kilka kilometrów dalej, aż na Borowinę. Mieszkając „na komornem”, chodziła „na wyrobek, na cudze”, do drugiej wsi, bo swego nie miała ani czym obsiać, ani czym obsadzić. Jej wieś była przez pewien okres terenem frontu. Pozostało po nim wiele śladów. Na jej polu leżało wiele niewypałów, a studnia zasypana była pociskami. Pewnego dnia, gdy wróciła z wyrobku, zastała dwie trumienki ze szczątkami obydwu synów rozerwanych przez minę. Nagle została sama. Córki w Niemczech, Jasiunio w ogarniętej powstaniem Warszawie — wyła z bólu, myślała, że oszaleje. Gdy usłyszała, że Warszawa wolna, że mieszkańcy do niej wracają, ruszyła „rzemiennym dyszlem” — piechotą, chłopską podwodą, pociągiem, czym się dało, po swego Jasiunia.
Smutna była teraz każda godzina. Mama starała się, jak mogła, opanować swoje uczucia, by ulżyć Tchórzynie i Jankowi. Tłumaczyła małemu, że prawdziwa mama przyjechała po niego. Zdobyła u pana Gregorczyka cukierki i czekoladę, dała Tchórzynie, żeby ułatwić jej pozyskanie względów Janka. Nie pomogło. Janek się po chłopsku zaciął. Cukierki i czekolada zostały nie tknięte. Gdy rodzona matka całowała go po policzkach, odpychał ją i wydrapywał ze złością każdy pocałunek. Serca nam się krajały, ale rozumieliśmy wszyscy, że Janek musi wrócić do swej matki.
24 kwietnia nadszedł moment rozstania. Mama przygotowała żywność na drogę, ojciec pomógł spakować łaszki Janka i zabawki. Wyruszyli na Dworzec Wschodni.
Ja zostałem z babcią i Bronkiem w domu. Babcia nie mogła sobie znaleźć miejsca, żadna robota jej nie szła. Ja też nie wiedziałem, co ze sobą zrobić, wreszcie postanowiłem nanosić wody. Po napełnieniu wanny ległem kompletnie skonany i niebawem zasnąłem.
Jak opowiadał potem ojciec, szli na piechotę Solcem, Wybrzeżem Kościuszkowskim do niedawno otwartego mostu pontonowego, potem Ratuszową do Targowej, następnie do Kijowskiej. Janek przez cały czas nie odzywał się. Nie pomogły namowy na cukierki ani na czekoladę. Gdy nadszedł moment pożegnania, zaledwie zdobył się na objęcie ojca i mamy za szyję. Z całej siły opanowywali wzruszenie, ale Tchórzyna nie wytrzymała i rozpłakała się serdecznie. Odjechała z Jankiem pociągiem towarowym, do którego wagonów powstawiane były drewniane ławki. Rodzice wrócili bardzo późno, zgnębieni i zmęczeni.
(…)
Historia najbardziej wzruszyła bibliotekarki, choć nie powiem, młodzież była nią szczerze zainteresowana. Opowiadałam im też zamojskiej gałęzi mojej rodziny. O babci, która chciała popełnić samobójstwo, bo ukochany zginął w okopach I wojny światowej, o jej bracie, który uciekł do Ameryki, by nie być powołanym do carskiej armii. Podczas wszystkich opowieści czasem zadawałam pytania. Np. jak myślą, dlaczego przed wojną brat mojej babci uciekł do Ameryki. Nikt nie mówił o tym, że jakby poszedł do wojska to walczyłby przeciwko innym Polakom w mundurach armii innych zaborców. Podawali powody ekonomiczne, że tam była prawdziwa ich zdaniem wolność itp. Wiedza dzieci na temat historii własnego kraju była niemal żadna. Mało tego! Za każdym razem na sali było zaledwie kilka osób, które w ogóle słyszały o zagładzie Zamojszczyzny, które wiedziały co to była pacyfikacja ich regionu, że w Zamościu był obóz itd. Podkreślam, że nie spotykam się z przedszkolakami, ale z uczniami ostatnich klas szkół podstawowych i gimnazjalistami. Jeden z dwunastolatków pomylił wojny. Zupełnie jak ten kombatant z kawału. Kombatantowi i to nie tylko temu z kawału, ale w ogóle kombatantowi – wolno. Stara głowa ma prawo szwankować. Ale co powiedzieć o dwunastolatku? Ten pomylił, bo było mu wszystko jedno. I tak myślę. Może to naprawdę nie jest ważne? Ale co mam począć ze sobą? Zawsze szukałam odpowiedzi na pytanie „dokąd zmierzam”? Nie da się tej odpowiedzi poznać, bez uświadomienia sobie kim się jest. A to kim się jest, wie się, gdy ma się wiedzę skąd się przyszło.
Stany Zjednoczone nie podobały mi się m.in. dlatego, że miałam wrażenie, że tam nikt takich pytań sobie nie zadaje. A przynajmniej ja nie poznałam takich ludzi. I teraz mocno zastanawiam się nad tym, czy przypadkiem my nie stajemy się takim społeczeństwem, które nie zastanawia się dokąd zmierza, nie myśli o tym kim jest, a co za tym idzie ma w dupie skąd pochodzi. Ale może jestem w błędzie?

Opony, waga, kołdra i targi książki

Opony, waga, kołdra i targi książki
Tegoroczny mój wyjazd na targi książki do Lwowa to tak naprawdę z jednej strony podróż poślubna, a z drugiej oficjalna premiera ukraińskiej wersji „Klasy pani Czajki”. Pewnie dlatego patrzę na Ukrainę innymi oczami. Bo tak to jest jak prywatność miesza się z zawodowym życiem. Wesoło było już na granicy. Pierwszy raz coś przemycałam. Były to… 24 jajka kurze. Prawda jest jednak taka, że po drodze z Warszawy do granicy odwiedzaliśmy rodzinę. Jako, że to pierwsze wizyty po ślubie – każdy chciał ugościć. Ciocia przygotowała kapuśniak i kotlety, jedna cioteczna siostra lody i kawę, a druga, którą odwiedziliśmy w aptece, gdzie pracuje, nie chciała być gorsza i jako, że nie mogła nas podjąć nawet kawą, zapakowała woreczek lekarstw – aspirynę, tymianek z podbiałem i tribiotic na ranę. Dalej było tylko ciekawiej… Stryj Janek (czyli przyszywany brat ojca – uratowane przez moich dziadków dziecko Zamojszczyzny) też chciał ugościć. Ponieważ nie byliśmy w stanie już jeść, więc… zapakował na drogę 24 jaja. Ale jaja, co? Dalej pojechaliśmy do mojej matki chrzestnej. Tam zostaliśmy na noc. Staruszka ugościła jajecznicą, bo jej siostrzeniec u którego mieszka, ma kury. Pomyślałam więc, że nie będę jej dawać jaj, bo to tak, jak wozić drzewa do lasu. Z kolei wyrzucać jaja do rowu szkoda. I tak wylądowaliśmy z Ulubionym na granicy z kontrabandą liczącą 24 kurze owoce, mogące służyć za niebezpieczne naboje! Uznałam, że jak celnicy zajrzą do samochodu i znajdą jaja, to udam głupią, która o jajcach zapomniała i dam im jajca w prezencie. Szybko jednak okazało się, że nikt nigdzie nam nie zaglądał. Ale cóż… nie łaziliśmy nerwowo po granicy, nie konwersowaliśmy z innymi podróżnymi, nie mieliśmy w samochodzie opon na sprzedaż ani baniaka z benzyną. Nie wyglądaliśmy też podejrzanie. I tak… przekroczyliśmy granicę z jajcami pod siedzeniem. Zawieziemy je mamie do Użhorodu. Obawiam się jednak, że kobieta na widok jajec z polski padnie ze śmiechu trupem!
Do Lwowa przyjeżdżamy w środę. Targi zaczynają się następnego dnia. Mamy więc popołudnie na wędrówkę po okolicy. Jemy w knajpce, koło katedry świętej Elżbiety. Kartoflana chata jest restauracja na wzór południowoamerykański, ale WC to „klasyczny Małysz”, czyli brodzikopodobna dziura w podłodze z miejscem na stopy. Trzeba tam przybrać pozycję narciarską. Po jedzeniu idziemy na przechadzkę. Miasto, w którym byłam kilka razy, tym razem przywitało mnie nie tylko pięknymi dziewczynami ubranymi jak nie przymierzając i nie obrażając nikogo – tirówki, ale też dziwnymi biznesami. Oto na ulicy, na której stoi nasz hotel („Reikartz dworzec”) zobaczyliśmy siedzącą panią. Przed nią stała łazienkowa waga, a obok kartka, że zważenie się na wadze kosztuje pół hrywny. Na Prospekcie Swabody za 10 hrywien można wejść do turnieju podciągaczy na drążku. Jeśli na kręcącym się drążku utrzymasz się dłużej niż dwie minuty wygrywasz stówę. Prospekt Swabody – od zawsze pełen jest handlarzy pamiątek. Ponad połowa to strasznie nacjonalistyczne przedmioty. Można kupić proporczyki Bandery, Symbole Upa itd., a także magnesy z napisem: „dzięki ci Boże, że nie urodziłem się Moskalem”. Wrogie nastawienie do języka rosyjskiego jest tu wyczuwalne. Niedaleko pomnika Tarasa Szewczenki stoi „fanzona ukraińskiej mowy”. To protest przeciwko zrównaniu języka rosyjskiego z ukraińskim.
Wieczorem spotykamy się na kolacji z wydawcą. Charkowskie wydawnictwo „Szkoła” to rodzinny biznes. Witalij Fiedenko prowadzi go z dwoma synami: Wasylem i Andriejem. Fedienkowie zdecydowali się wydać moją książkę, bo im się spodobała. Przyznali jednak, że to debiut wydawniczy jeśli idzie o wydawanie książek zagranicznych pisarzy i książek dla nastolatków. Do tej pory wydawali tylko książki edukacyjne, a jeśli literaturę – to dla dzieci. Tak więc „Klasa pani Czajki” toi wydawnicza próba zaistnienia na ukraińskim rynku z czymś innym. Biesiadujemy do 23-ej, ale ja padam. W końcu to ja prowadzę samochód, więc mam pod butem ponad 400 kilometrów. Następnego dnia mamy być o 16-tej na targach. W hotelu Ulubiony mówi mi swoje spostrzeżenia. Jego zdaniem wydawcy w szoku, że mówię po rosyjsku i po ukraińsku (choć w tym ostatnim języku naprawdę dość kulawo). No i że jestem bezpośrednia. Nie trzeba koło mnie skakać jak koło angielskiej królowej. Opowiadam im kawały, śpiewam itp. To sprawia, że wszelkie lody zostają przełamane.
Następnego dnia rano jeszcze trochę zwiedzamy Lwów. Przed 16-tą zjawiamy się na stoisku wydawnictwa Szkoła. Pierwszego dnia czytelników nie ma zbyt wielu, bo to czas przeznaczony dla ludzi z branży. Przychodzą więc pisarze, wydawcy, bibliotekarze i dziennikarze. My jednak przeżywamy szok, bo dostajemy od wydawcy prezent ślubny. Dowiedziawszy się, że wzięliśmy ślub tuz przed przyjazdem na Ukrainę, Fiedenkowie obdarowują nas kołdrą z owczej wełny i… zabawnym świadectwem założenia nowej rodziny. Do tego kilka książek. W tym coś, co mnie zachwyca. Zbiór ukraińskich bajek z pięknymi rysunkami. Książka wydana jest po rosyjsku i angielsku. Jest tam ta cudowna bajka o psie i wilku, której animacja przyniosła ukraińskim twórcom wiele międzynarodowych nagród. Z targów wychodzimy obładowani. Idziemy odpocząć, bo wiem, że następny dzień – piątek – będzie dla mnie zabójczy. Mam dwie „autograf-sesje”, jak tu nazywają podpisywanie książek, a także spotkanie autorskie w lwowskiej bibliotece dziecięcej. To pierwszy dzień, kiedy na targi przychodzą zwykli czytelnicy. Zaczynam o 11-tej rano. W pałacu Potockich, w którym odbywają się targi – tłok. Wydawca szykuje mi stoisko w hallu. Dość dużo osób jest zainteresowanych moją książką, ale mam wrażenie, że dlatego, że ja, trochę jak dziwadło, rozmawiam z czytelnikami po ukraińsku. Owszem, może nie najlepiej i nie jest to najczystszy literacki język, ale jestem w stanie wytłumaczyć w tym języku wszystko – także treść książki. Zatrzymują się więc przy mnie i dorośli i młodzież. Po pół godzinie przeżywam pierwszy szok. Przychodzi do mnie pan, który moja książkę kupił synowi dwa miesiące temu. Syn przeczytał w dwa dni i on przyszedł podziękować. Potem przychodzi dziewczyna, która książkę ma, ale jak mówi podaruje ją koleżance. Od nas kupuje drugą, by mieć mój autograf. Pyta, czy będzie kontynuacja. Wtedy dowiaduję się od wydawcy, że do tej pory sprzedał prawie pół przygotowanego przez niego nakładu, czyli 1500 książek, co na Ukrainie, jak na książkę nieznanego autora, jest świetnym wynikiem.
Na 13-tą biegniemy do Lwowskiej Biblioteki dziecięcej.  Na spotkanie ze mną przychodzi cała jednak klasa z pobliskiej szkoły. Książkę zna jedna dziewczynka. Czytała miesiąc temu. Najbardziej lubi Małgosię. To fajne wiadomości. Po spotkaniu wydawca sprzedaje wszystkie moje książki, które ze sobą przyniósł oprócz… jednej! To chyba dobry znak. Teraz mam 2 godziny przerwy. Idziemy na obiad do „Puzatej chaty”. To uwielbiana przeze mnie ukraińska sieć gastronomiczna z ukraińskim żarciem. Podoba mi się już to, że przy wejściu na klientów czeka umywalka z mydłem. Od razu możesz umyć ręce. Potem podchodzi się do lady z tacą i jak w polskim barze mlecznym (tylko czystszym) zamawia się jedzenie. Są zupy, kotlety, kartofle na wiele sposobów, pierogi, sałatki, piwo, kwas chlebowy i ciasta. Jak zawsze biorę pierogi, sałatkę i ukraińskie piwo.
Na szesnastą biegniemy na targi. Tylko po drodze wpadamy do księgarni, gdzie kupuję sobie album o ukraińskiej dywizji Galiczyna. Do księgarni wpadam sama, więc moje zainteresowanie dość nacjonalistyczną książka budzi spore zdziwienie. Sprzedawczyni unosi brwi, ale ja z kamienną twarzą kupuję album. Jest w nim ze 200 zdjęć. Będzie co oglądać, no i przyda się do moich rożnych programów, czy artykułów historycznych. Tekstu tam mało, ale i to wystarczy. W ogóle we Lwowie sporo jest nacjonalistycznej literatury. Mój wydawca z wydawnictwa Szkoła jest tym troszkę zniesmaczony. Ale cóż… Charków, w którym mieszka i pracuje jest miastem gdzie na co dzień słyszy się rosyjski, a ukraiński jest mocno zachwaszczony. On sam w czasie spotkania w Bibliotece przeprasza za swój „surżyk”. Ten ukraiński nacjonalizm widac na lwowskich targach. Nigdy w Polsce nie widziałam w jednym miejscu tylu ludzi ubranych w ludowe stroje. Tu na ludowo chodzą ubrani zwykli ludzie. To ich manifestacja ukraińskości. Wyglądają trochę dziwnie, ale fakt, że jest ich aż tylu sprawia, że wtapiają się w tłum sobie podobnych. Myślę, że ten nacjonalizm we Lwowie wiąże się z tym, że miasto nie ma pierwiastków ukraińskich sięgających czasów przed 1945 rokiem. Tak wieje polskością, że w tych, którzy są zakompleksieni budzi się prawdziwy Ukrainiec.   Manifestuje to tak, jak umie.
„Autograf-sesja” o 16-tej jest najbardziej mecząca. Miała trwać tylko 45 minut, ale „Klasa pani Czajki” budzi na tyle spore zainteresowanie, że zostają do 18-tej. Sprzedajemy prawie wszystkie książki, które wydawca zabrał z sobą z Charkowa. Przy mnie obdzwania hurtownie, by mieć czym handlować następnego dnia. Jestem tak zmęczona, że wieczorem padam o 21-ej. Cóż… w końcu to podróż, która jest mieszaniną służbowej z poślubną. Chcemy i spotykać się ze znajomymi i załatwić jak najwięcej interesów. To naprawdę męczy.

Tegoroczny mój wyjazd na targi książki do Lwowa to tak naprawdę z jednej strony podróż poślubna, a z drugiej oficjalna premiera ukraińskiej wersji „Klasy pani Czajki”. Pewnie dlatego patrzę na Ukrainę innymi oczami. Bo tak to jest jak prywatność miesza się z zawodowym życiem. Wesoło było już na granicy. Pierwszy raz coś przemycałam. Były to… 24 jajka kurze. Prawda jest jednak taka, że po drodze z Warszawy do granicy odwiedzaliśmy rodzinę. Jako, że to pierwsze wizyty po ślubie – każdy chciał ugościć. Ciocia przygotowała kapuśniak i kotlety, jedna cioteczna siostra lody i kawę, a druga, którą odwiedziliśmy w aptece, gdzie pracuje, nie chciała być gorsza i jako, że nie mogła nas podjąć nawet kawą, zapakowała woreczek lekarstw – aspirynę, tymianek z podbiałem i tribiotic na ranę. Dalej było tylko ciekawiej… Stryj Janek (czyli przyszywany brat ojca – uratowane przez moich dziadków dziecko Zamojszczyzny) też chciał ugościć. Ponieważ nie byliśmy w stanie już jeść, więc… zapakował na drogę 24 jaja. Ale jaja, co? Dalej pojechaliśmy do mojej matki chrzestnej. Tam zostaliśmy na noc. Staruszka ugościła jajecznicą, bo jej siostrzeniec u którego mieszka, ma kury. Pomyślałam więc, że nie będę jej dawać jaj, bo to tak, jak wozić drzewa do lasu. Z kolei wyrzucać jaja do rowu szkoda. I tak wylądowaliśmy z Ulubionym na granicy z kontrabandą liczącą 24 kurze owoce, mogące służyć za niebezpieczne naboje! Uznałam, że jak celnicy zajrzą do samochodu i znajdą jaja, to udam głupią, która o jajcach zapomniała i dam im jajca w prezencie. Szybko jednak okazało się, że nikt nigdzie nam nie zaglądał. Ale cóż… nie łaziliśmy nerwowo po granicy, nie konwersowaliśmy z innymi podróżnymi, nie mieliśmy w samochodzie opon na sprzedaż ani baniaka z benzyną. Nie wyglądaliśmy też podejrzanie. I tak… przekroczyliśmy granicę z jajcami pod siedzeniem. Zawieziemy je mamie do Użhorodu. Obawiam się jednak, że kobieta na widok jajec z polski padnie ze śmiechu trupem!

Do Lwowa przyjeżdżamy w środę. Targi zaczynają się następnego dnia. Mamy więc popołudnie na wędrówkę po okolicy. Jemy w knajpce, koło katedry świętej Elżbiety. Kartoflana chata jest restauracja na wzór południowoamerykański, ale WC to „klasyczny Małysz”, czyli brodzikopodobna dziura w podłodze z miejscem na stopy. Trzeba tam przybrać pozycję narciarską.

Po jedzeniu idziemy na przechadzkę. Miasto, w którym byłam kilka razy, tym razem przywitało mnie nie tylko pięknymi dziewczynami ubranymi jak nie przymierzając i nie obrażając nikogo – tirówki, ale też dziwnymi biznesami. Oto na ulicy, na której stoi nasz hotel („Reikartz dworzec”) zobaczyliśmy siedzącą panią. Przed nią stała łazienkowa waga, a obok kartka, że zważenie się na wadze kosztuje pół hrywny.

Na Prospekcie Swabody za 10 hrywien można wejść do turnieju podciągaczy na drążku. Jeśli na kręcącym się drążku utrzymasz się dłużej niż dwie minuty wygrywasz stówę. Prospekt Swabody – od zawsze pełen jest handlarzy pamiątek. Ponad połowa to strasznie nacjonalistyczne przedmioty. Można kupić proporczyki Bandery, Symbole Upa itd., a także magnesy z napisem: „dzięki ci Boże, że nie urodziłem się Moskalem”. Wrogie nastawienie do języka rosyjskiego jest tu wyczuwalne. Niedaleko pomnika Tarasa Szewczenki stoi „fanzona ukraińskiej mowy”. To protest przeciwko zrównaniu języka rosyjskiego z ukraińskim.

Wieczorem spotykamy się na kolacji z wydawcą. Charkowskie wydawnictwo „Szkoła” to rodzinny biznes. Witalij Fiedenko prowadzi go z dwoma synami: Wasylem i Andriejem. Fedienkowie zdecydowali się wydać moją książkę, bo im się spodobała. Przyznali jednak, że to debiut wydawniczy jeśli idzie o wydawanie książek zagranicznych pisarzy i książek dla nastolatków. Do tej pory wydawali tylko książki edukacyjne, a jeśli literaturę – to dla dzieci. Tak więc „Klasa pani Czajki” toi wydawnicza próba zaistnienia na ukraińskim rynku z czymś innym. Biesiadujemy do 23-ej, ale ja padam. W końcu to ja prowadzę samochód, więc mam pod butem ponad 400 kilometrów. Następnego dnia mamy być o 16-tej na targach. W hotelu Ulubiony mówi mi swoje spostrzeżenia. Jego zdaniem wydawcy w szoku, że mówię po rosyjsku i po ukraińsku (choć w tym ostatnim języku naprawdę dość kulawo). No i że jestem bezpośrednia. Nie trzeba koło mnie skakać jak koło angielskiej królowej. Opowiadam im kawały, śpiewam itp. To sprawia, że wszelkie lody zostają przełamane.   Następnego dnia rano jeszcze trochę zwiedzamy Lwów. Przed 16-tą zjawiamy się na stoisku wydawnictwa Szkoła. Pierwszego dnia czytelników nie ma zbyt wielu, bo to czas przeznaczony dla ludzi z branży. Przychodzą więc pisarze, wydawcy, bibliotekarze i dziennikarze. My jednak przeżywamy szok, bo dostajemy od wydawcy prezent ślubny. Dowiedziawszy się, że wzięliśmy ślub tuz przed przyjazdem na Ukrainę, Fiedenkowie obdarowują nas kołdrą z owczej wełny i… zabawnym świadectwem założenia nowej rodziny. Do tego kilka książek. W tym coś, co mnie zachwyca. Zbiór ukraińskich bajek z pięknymi rysunkami. Książka wydana jest po rosyjsku i angielsku. Jest tam ta cudowna bajka o psie i wilku, której animacja przyniosła ukraińskim twórcom wiele międzynarodowych nagród. Z targów wychodzimy obładowani.

Idziemy odpocząć, bo wiem, że następny dzień – piątek – będzie dla mnie zabójczy. Mam dwie „autograf-sesje”, jak tu nazywają podpisywanie książek, a także spotkanie autorskie w lwowskiej bibliotece dziecięcej. To pierwszy dzień, kiedy na targi przychodzą zwykli czytelnicy. Zaczynam o 11-tej rano. W pałacu Potockich, w którym odbywają się targi – tłok. Wydawca szykuje mi stoisko w hallu. Dość dużo osób jest zainteresowanych moją książką, ale mam wrażenie, że dlatego, że ja, trochę jak dziwadło, rozmawiam z czytelnikami po ukraińsku. Owszem, może nie najlepiej i nie jest to najczystszy literacki język, ale jestem w stanie wytłumaczyć w tym języku wszystko – także treść książki. Zatrzymują się więc przy mnie i dorośli i młodzież. Po pół godzinie przeżywam pierwszy szok.

Przychodzi do mnie pan, który moja książkę kupił synowi dwa miesiące temu. Syn przeczytał w dwa dni i on przyszedł podziękować. Potem przychodzi dziewczyna, która książkę ma, ale jak mówi podaruje ją koleżance. Od nas kupuje drugą, by mieć mój autograf. Pyta, czy będzie kontynuacja. Wtedy dowiaduję się od wydawcy, że do tej pory sprzedał prawie pół przygotowanego przez niego nakładu, czyli 1500 książek, co na Ukrainie, jak na książkę nieznanego autora, jest świetnym wynikiem. Na 13-tą biegniemy do Lwowskiej Biblioteki dziecięcej.  Na spotkanie ze mną przychodzi cała jednak klasa z pobliskiej szkoły. Książkę zna jedna dziewczynka. Czytała miesiąc temu. Najbardziej lubi Małgosię. To fajne wiadomości. Po spotkaniu wydawca sprzedaje wszystkie moje książki, które ze sobą przyniósł oprócz… jednej! To chyba dobry znak.

Teraz mamy 2 godziny przerwy. Idziemy na obiad do „Puzatej chaty”. To uwielbiana przeze mnie ukraińska sieć gastronomiczna z ukraińskim żarciem. Podoba mi się już to, że przy wejściu na klientów czeka umywalka z mydłem. Od razu możesz umyć ręce. Potem podchodzi się do lady z tacą i jak w polskim barze mlecznym (tylko czystszym) zamawia się jedzenie. Są zupy, kotlety, kartofle na wiele sposobów, pierogi, sałatki, piwo, kwas chlebowy i ciasta. Jak zawsze biorę pierogi, sałatkę i ukraińskie piwo.

Na szesnastą biegniemy na targi. Tylko po drodze wpadamy do księgarni, gdzie kupuję sobie album o ukraińskiej dywizji Galiczyna. Do księgarni wpadam sama, więc moje zainteresowanie dość nacjonalistyczną książka budzi spore zdziwienie. Sprzedawczyni unosi brwi, ale ja z kamienną twarzą kupuję album. Jest w nim ze 200 zdjęć. Będzie co oglądać, no i przyda się do moich rożnych programów, czy artykułów historycznych. Tekstu tam mało, ale i to wystarczy. W ogóle we Lwowie sporo jest nacjonalistycznej literatury. Mój wydawca z wydawnictwa Szkoła jest tym troszkę zniesmaczony. Ale cóż… Charków, w którym mieszka i pracuje jest miastem gdzie na co dzień słyszy się rosyjski, a ukraiński jest mocno zachwaszczony. On sam w czasie spotkania w Bibliotece przeprasza za swój „surżyk”. Ten ukraiński nacjonalizm widac na lwowskich targach. Nigdy w Polsce nie widziałam w jednym miejscu tylu ludzi ubranych w ludowe stroje. Tu na ludowo chodzą ubrani zwykli ludzie. To ich manifestacja ukraińskości. Wyglądają trochę dziwnie, ale fakt, że jest ich aż tylu sprawia, że wtapiają się w tłum sobie podobnych. Myślę, że ten nacjonalizm we Lwowie wiąże się z tym, że miasto nie ma pierwiastków ukraińskich sięgających czasów przed 1945 rokiem. Tak wieje polskością, że w tych, którzy są zakompleksieni budzi się prawdziwy Ukrainiec. Manifestuje to tak, jak umie.

„Autograf-sesja” o 16-tej jest najbardziej mecząca. Miała trwać tylko 45 minut, ale „Klasa pani Czajki” budzi na tyle spore zainteresowanie, że zostają do 18-tej. Sprzedajemy prawie wszystkie książki, które wydawca zabrał z sobą z Charkowa. Przy mnie obdzwania hurtownie, by mieć czym handlować następnego dnia. Jestem tak zmęczona, że wieczorem padam o 21-ej. Cóż… w końcu to podróż, która jest mieszaniną służbowej z poślubną. Chcemy i spotykać się ze znajomymi i załatwić jak najwięcej interesów. To naprawdę męczy.

Nieprzygotowana

Myślałam czy pisać o tym? Czy nie… Ale chyba za bardzo boli i muszę to z siebie wyrzucić.  Wczoraj dowiedziałam się, że za spotkanie, z którego wracałam, jako gapowiczka nie chcą mi zapłacić, bo… byłam nieprzygotowana. Boże! Element nieprzygotowana w swojej opowieści o gapiostwie taktownie przemilczałam, ale teraz… czuję się zwolniona z bycia taktowną. Nadal nie napiszę, co to za szkoła, co to za miasteczko i co to za województwo, bo wystarczy mi, że ja wiem i oni wiedzą. Pierwszy raz w moim życiu w czasie organizacji spotkania zostały złamane wszelkie zasady profesjonalizmu. Wspomnę więc tylko sposób odbierania mnie z dworca, stanie na deszczu wydzwanianie do pani dyrektor, która nie odbierała telefonu oraz to, że tych, co mieli mnie odebrać znalazłam… cudem. Nie znali mojego nazwiska, wiec przywitanie brzmiało, co najmniej dziwnie. W ogóle przyjechali na dworzec po panią z jakiejś organizacji od Funduszy Europejskich i dziwili się, że przyjechałyśmy z ta panią osobno i że się nie znamy. Krótko wspomnę też, że w dniu spotkania od rana byłam na nogach, a od dziewiątej w pełnej gotowości, ale młodzież ze szkoły przyszła po mnie o 11:30…

Ważniejsze jest dla mnie to, że do dziś nie wiem, kto za spotkanie odpowiadał. Zapraszała pani dyrektor, ale ją zobaczyłam na końcu w okolicznościach, o których już wspomniałam. Nie jest więc chyba możliwe, by odpowiedzialną za spotkanie była osoba, która nawet przed tym spotkaniem nie ustala ze mną ŻADNYCH szczegółów.

W dniu spotkania najpierw młodzież zaprowadziła mnie do szkoły, zabrano mi walizkę z książkami (w ostatniej chwili wyjęłam z niej audiobooki i jedną książkę) i zaprowadzono na wywiad, który był kilkakrotnie przerywany wchodzeniem jakichś ludzi i nie został dokończony. Potem powiedziano, że idziemy na spotkanie. Okazało się, że do innego budynku. (Znów prowadziła mnie młodzież.) Na miejscu okazało się, że to Dom Kultury. Nie zdążyłam wziąć reszty książek z walizki. W Domu Kultury na sali pełnej ludzi na scenie stał stolik i mikrofon. Miałam  ze sobą laptopa. Siedząca obok nauczycielkę pytam o to jak to podłączyć. Wzruszyła ramionami. Pytałam ją o moje książki, bo swoje egzemplarze zostawiłam w walizce w szkole. Ze sobą miałam tylko „Dziewiętnastoletniego marynarza”, którego przywiozłam w prezencie dla szkolnej biblioteki i którego zresztą nie zdązyłam wręczyć, bo potem w całym tym zamieszaniu zapomniałam. Siedząca obok mnie na sali nauczycielka odpowiedziała mi, że w razie czego pożyczy mi swoje egzemplarze moich książek. Mam na spotkania przygotowanych kilka prezentacji multimedialnych. Tym razem czułam, że nie mam szans na pokazanie żadnej. Nie miałam kogo spytać o to ile czasu przewidziano na spotkanie. Nikt się mną nie interesował. Jak posadzono mnie w pierwszym rzędzie tak i siedziałam. Na scenie produkował się chłopiec i grał na skrzypcach. Choć stała tam też tablica z moim imieniem i nazwiskiem – zapowiadająca uczennica zapomniała jak się nazywam. Nazwisko wypowiedziała po dłuższej przerwie. Pełna nadziei wciągnęłam jeszcze na scenę torbę z laptopem. Postawiłam przy schodach. Ze sceny powiedziałam, że z reguły ludziom cos pokazuję, że mam prezentacje. Chyba naiwnie myślałam, że nagle skądś zjawia się rzutnik z ekranem. Nikt nie powiedział mi, że rzutnika nie będzie ani czego ode mnie ktokolwiek oczekuje. Zdana byłam sama na siebie. Powieści zostały w walizce. W garści miałam tylko książkę dokumentalną, której fragmenty czytam, gdy mogę pokazywać odpowiednią prezentację. Spytałam ile mam czasu, usłyszałam, że dwie godziny. Tradycyjnie spytałam, czy ktoś zna moje książki. (Gdy nie zna – mam swoją mowę itd.) Okazało się, że znają, więc spytałam czy mają jakieś pytania. Z reguły w takich sytuacjach mają ich setki. Tu też było podobnie. Zasypiali mnie pytaniami. Kilka razy rozgadałam się aż usłyszałam, że trzeba kończyć. Miałam jeszcze w zanadrzu czytanie dwóch krótkich fragmentów książek niepublikowanych, choć też lepiej się je czyta, gdy mogę pokazywać prezentacje, ale nagle spotkanie skrócono, więc nie było sensu sięgać po „manuskrypty” do torby z laptopem. Musiałam jeszcze stać na schodach kilkanaście minut, by dostać swoją kurtkę i w kucki podpisywać kroniki i ksiązki. Wczoraj dowiedziałam się, że byłam nieprzygotowana, nie miałam prezentacji, zdałam się na młodzież i nic im nie przeczytałam! Mogłabym odpowiedzieć, że trzeba było przyjść po mnie godzinę wcześniej, zaprowadzić do sali spotkań, dać rzutnik, bym podłączyła laptopa. Ale… po co? Są biblioteki, do których przyjeżdżam na spotkania co roku. Są czytelnicy, którzy przyjeżdżają sami z siebie na moje spotkania, a nie są na siłę ściągani na nie przez nauczycieli i… wracają na następne spotkanie. Ulubiony zapłacił mój mandat, więc nie chcę nawet już nawet tego honorarium. Poznałam właśnie klasę człowieka, który przyzwyczajony jest do czołobitności. Mam zresztą przeczucie, że postąpiła ze mną tak dlatego, że przeczytała mój poprzedni wpis na blogu. Znalazła więc pretekst, by nie zapłacić. Życzę jej Wesołych Świąt. Moje wesołe będą na pewno! I nie dlatego, że pracuję i w Wigilię i w pierwszy dzień świąt! Jestem ostatnio mimo wszystko bardzo szczęśliwym człowiekiem. 

PS Dziękuję mojemu stałemu czytelnikowi, który był na kilku moich spotkaniach i gdy wtedy z mandatem w kieszeni siedziałam w pociągu zadzwonił, by zaoferować pomoc. Nigdy tego nie zapomnę!

PS 2. Dziękuję Henremu, który kiedyś kupił moje książki dla kuzyneczki, a teraz dzięki temu, że znał numer mojego konta przesłał mi na nie pieniądze, bym kupiła sobie jakiś prezent. Dawno tak wzruszenie nie ścisnęło mnie za gardło.

Gapowiczka

Piszę te słowa siedząc w pociągu relacji… coś tam Warszawa. Mniejsza o to skąd jadę. Nie chcę nikogo wbijać w poczucie winy. Ta historia to dowód na to, że pewne rzeczy zdarzają się tylko mnie.

Pojechałam na spotkanie autorskie na drugi koniec Polski. Miałam ze sobą ostatnią stówę i jakieś żałosne drobne. Tradycyjnie czekam na przelew, który podobno do mnie wyszedł, ale jakoś cały czas go nie widzę. Bilet „tam” kosztował 54 złote, ale musiałam zapłacić 7 złotych drożej, bo  kupowałam go u konduktora. Mimo że przyjechałam na Centralny 40 minut przed odjazdem pociągu nie dałam rady kupić biletu w kasie. Na remontowanym dworcu kolejki były za długie. Na miejsce, do jednego z odległych miast wojewódzkich, dojechałam bez przeszkód, choć po sześciu godzinach. Pod dworcem czekał na mnie samochód, który zawiózł mnie do kilkunastotysięcznej miejscowości gdzie następnego dnia miałam mieć spotkanie autorskie. W miejscowym hotelu spędziłam noc. Rano zjadłam śniadanie i uczniowie odebrali mnie z recepcji. W szkole przeprowadzano ze mną wywiad i… zaprowadzono do Domu Kultury na spotkanie. A tam… na scenie tablica informująca, że to spotkanie ze mną. Na ścianie jeden z moich ulubionych cytatów z „Tytusa, Romka i A’Tomka”. Jakaś dziewczyna wyrecytowała z pamięci jeden z moich wierszy, a ja mało nie zapadłam się pod ziemię ze wstydu. Wreszcie mnie zaproszono na scenę, wręczono mikrofon, zasypano pytaniami o pisarstwo, dziennikarstwo, życie itd., aż dano znak, że… koniec spotkania. Godzina minęła. Dostałam kwiaty, poproszono o autografy w książkach, wpis do kroniki szkolnej, bibliotecznej itd. W tym samym czasie próbowałam uruchomić wyłączony na czas spotkania telefon. Bezskutecznie. Zepsuł się ekran dotykowy. Nie mogłam nawet wpisać PIN. W pobliskim salonie operatora zlikwidowano mi żądanie numeru PIN, bym mogła chociaż odbierać telefony. W kieszeni mam 40 złotych, a bilet do Warszawy kosztuje 54. Brak mi więc 14 złotych. Skąd wziąć? Za spotkanie powinni zapłacić, więc się tym do tej pory nie przejmowałam, poza tym czekam przecież na to aż przelew wpłynie. Jak nie wpłynie, a okaże się, że za spotkanie zapłacą też przelewem to zadzwonię do kogoś ze znajomych (kapownik w telefonie to 2 tysiące nazwisk), by mi pożyczył na dwa dni 20 złotych i przelał na konto, bym mogła jak człowiek wrócić do domu. Ale… przecież nie może być normalnie. Przecież telefon właśnie się zepsuł.Nie mogę do nikogo zadzownić. Moge tylko odbierać telefony. Numery innych uwięzione są w aparacie, którego ekran dotykowy przecież nie działa! Nawet jak przełożę kartę SIM do aparatu, który od kogoś na chwilę pożyczę, to na karcie SIM nie mam żadnego numeru. A na pamięć znam tylko Ulubionego i syna. Nic mi to nie da, bo jedziemy an tym samym wózku. Mamy wspólną kasę. Ulubiony też czeka na przelew. Nie mogę go poprosić, by zadzwonił w moim imieniu do kogoś z moich znajomych, bo nie znam niczyich numerów na pamięć, a z telefonu nie mogę ich wydobyć. Pytam więc nieśmiało w sekretariacie szkoły, która mnie zaprosiła:

- Przepraszam bardzo, że o to spytam. Nie mam zwyczaju pytać o pieniądze, ale czy byłaby szansa na honorarium, bo mam tylko 40 złotych, a bilet do Warszawy kosztuje 14 złotych więcej.

I zaczyna się. Pani dyrektor jest oburzona. Mówi mi, że w jakiej sytuacji ja ją stawiam. Księgowej nie ma i ona nie ma skąd mi dać pieniędzy, bo w rozmowie z moją agentką była mowa o przelewie!. Że robią mi i tak grzeczność, bo odwożą mnie na pociąg! (No 100 kilometrów piechotą nie zrobię!) Rozmawia ze mną jak z niegrzeczną uczennicą, która zrobiła coś złego. Tłumaczę, że nic się nie stało, że nie chciałam, by to tak zabrzmiało. Że uznałam, że „kto pyta – nie błądzi” i ja tylko dlatego spytałam. Żeby zapomniała, że pytałam itd. Czuję się okropnie. Spojrzenie dyrektorki i to jak ze mną rozmawiała odebrało mi chęć do czegokolwiek. Jeszcze przychodzi drugi dyrektor. Dziękuje za autografy w książkach. Jest moim fanem. To jego pomysł, by mnie zaprosić, bo moje książki są tu lekturami. To miłe! Żegnamy się. Stoję rozdygotana. Na komórkę przychodzą mi jakieś esemesy. Może przelewy? Chcę sprawdzić, ale przecież nie działa ekran dotykowy. Pytam czy mogę skorzystać z komputera. Jest zgoda, ale komputer na hasło. Czekam aż ktoś mi je wpisze, bo w sekretariacie jest straszne zamieszanie. Wreszcie sprawdzam konto. Niestety przelewu nie ma. Na koncie widnieją 2 złote. Co jest w esemesach? Nie mam zielonego pojęcia Mam mętlik w głowie Wreszcie zjawia się pan, który ma mnie zawieźć na dworzec. Zachowanie dyrektorki tak wytrąciło mnie z równowagi, tak wbiła mnie w poczucie winy, że ośmieliłam się zadać pytanie o kasę, że wyjeżdżając ze szkoły jeszcze ją odnajduję i jak zakompleksiony dureń przepraszam za to, że spytałam czy mogę dostać pieniądze. Na dworze zacina deszcz. Po półtorej godzinie docieramy na dworzec. W kasie pytam o bilet kredytowy do Warszawy. Pani mówi, że po takie coś to do konduktora. Pytam, co zrobiłaby na moim miejscu. Mam 40 złotych… kasjerka mówi, ze nie wie, bo bilet kosztuje 54. No rozumiem, ale co powinnam zrobić? Kasjerka wzrusza ramionami i każe odejść od kasy. Wyobrażam sobie, jak śmiesznie wyglądam. Z walizeczką w reku i bukietem kwiatów. Pisareczka-dziennikareczka-dziadóweczka. Co robić? Stanąć z własną książką przed dworcem i spróbować sprzedać? Bo nie mam do biletu? Nie umiem tego zrobić. Zresztą kto kupi? Na dworcu niewiele osób, a pogoda mało zachęcająca. Jeszcze skrzyczą, że jest tu zakaz handlu. Nie mam nawet czapki, by wyżebrać brakujące 14 złotych pod dworcem. Zresztą… to by było już dno! Może zaśpiewać? Może zatańczyć wygibasa? Zrezygnowana włączam mp3 i siadam w kącie.

Wreszcie nadjeżdża pociąg. Złażę prawie cały w poszukiwaniu konduktora. Na nic się to zdaje, bo w połowie składu trafiam na tak zatłoczony wagon, że dalej przejść nie sposób. Znajduję wreszcie miejsce w jednym z przedziałów i zanurzam się w lekturze.”Mistrz i Małgorzata” z zaznaczonymi ingerencjami cenzury. Właśnie Małgorzata ma być na balu. Czy słynny cytat o wódce i czystym spirytusie cenzura przepuściła czy zatrzymała? Nie dochodzę do tego momentu książki, gdy w progu przedziału staje konduktor. Proszę o bilet kredytowy. W odpowiedzi słyszę, że przyjdzie jakaś pani i mi wypisze. Rzeczywiście po kilku minutach przede mną staje młoda kobieta i zaczyna pouczać, że takie coś to 150 złotych kary. Jest mi strasznie przykro. Przecież gdybym miała za co kupiłabym ten cholerny bilet! Tak naprawdę chce mi się po prostu płakać. Pani z karcącym wzrokiem bierze dowód, wypisuje mandat i po chwili woła do siebie.

- Warszawa to jaka gmina, bo nie napisane?
- Słucham? – pytam myśląc, że źle słyszę.
- Pytam jaka gmina – powtarza niecierpliwie konduktorka.
- Warszawa – odpowiadam.
- A województwo? – indaguje konduktorka.
- Mazowieckie – odpowiadam załamana.

Po chwili wysłuchuję jeszcze, że jeśli zapłacę w ciągu 7 dni to kara wynosi 114 złotych, a jeśli później to 204 złote. Pani konduktorka wręcza mi mandat. W nazwie miejscowości, w której wypisywała mi mandat robi błąd ortograficzny. Siadam otępiała. Patrzą się na mnie wszyscy pasażerowie. Oto Polska właśnie. Jestem dziennikarką, pisarką i… gapowiczką, bo do biletu brakuje mi zasranych 14 złotych. Dyrektorka szkoły potraktowała mnie, jak niegrzeczną uczennicę, skarciła mnie konduktorka, która ma problemy i z geografią i z ortografią. I tylko brakuje, by te cholerne kwiaty z półki spadły mina łeb. Nawet głodna nie jestem, choć poza śniadaniem nic nie jadłam.

Napisałam to wszystko właściwie nie wiem po co. Może po to, by pokazać, że umiem śmiać się z siebie? Bo przecież to jest coś potwornie śmiesznego. Właśnie przez wagon idzie pan z kawą. Nie wiem, czy powinnam sobie kupić. Niby mam te cholerne 40 złotych, ale… Jest piątek. Przelewy przyjdą do nas najwcześniej w poniedziałek. W domu nie ma innego mleka niż skondensowane. Dobrze, że zamrażalnik pełen warzyw na patelnię. Andrzej Sapkowski powiedział ostatnio na swoim spotkaniu (czytałam o tym w jakiejs gazecie), że w Polsce nie opłaca się być pisarzem, bo zdycha się z głodu. Szczera prawda. Ale… kto w Polsce czyta książki? Konduktorka na pewno nie. Gdyby czytała, nie pytałaby o to w jakim województwie leży Warszawa i nazwy podstawowych polskich miejscowości pisałaby bezbłędnie. A tak… dla kogo ja właściwie piszę? 

PS.W szufladzie leżą trzy książki, na które już chyba nie chce mi się szukać wydawcy. Zajmę się czwartą – powieścią. Podobno czekają na nią czytelnicy. Pytają na spotkaniach. Może nie zdechnę z głodu przed kocem pisania? Eee chyba nie. Stare przysłowie mói, że  „prędzej chudy zdechnie niż gruby schodnie”, a mnie ktoś kiedyś powiedział, że jestem grubasem. Grubasy i nadzieja umierają ostatni. Moje 57 kg trzyma się dobrze.

Skazana na busa

Jeśli ktoś myśli, że podróżowanie po Polsce innym środkiem transportu niż własny samochód to przyjemność, bo można np. czytać książkę – jest w błędzie. Wybrałam się na spotkania autorskie na Podkarpacie. Dojazd do łatwych nie należał. Na szczęście najpierw miałam spotkanie pod Tarnowem. Dojechałam więc intercity do Tarnowa. Wprawdzie w wagonie bezprzedziałowym koło mnie usiadł skunkso-niedźwiedź, czyli młody człowiek, który najpierw zatruł mnie smrodem spod pach, bo włożył sobie ręce pod głowę, co zwiększyło jego siłę rażenia o co najmniej 50%, a potem zasnął chrapiąc tak, że ludzie z sąsiednich foteli spoglądali na mnie ze współczuciem, ale od czego wagon WARS? Udałam się tam na dobrą godzinę i gdy wróciłam skunkso-niedźwiedź już nie spał, więc ustało chrapanie, a i smród się zmniejszył, bo położył „ruki pa szwam”, by czytać książkę Jacka Piekary. Wysiadł w Krakowie co sprawiło, że dalszą podróż odbyłam w naprawdę komfortowych warunkach. Z Tarnowa do Krosna jechałam PKS-em z przesiadką w Jaśle. Było gorzej. W drodze do Jasła przede mną siedział skunks i za mną skunks. W drodze z Jasła do Krosna obok dwa niedźwiedzie, za mną skunksiczka lat ok. 10 plus w powietrzu unosił się zapach niemytych nóg. Po kwadransie zlokalizowałam dwa siedzenia dalej wyjęte z butów nogi w dziurawych skarpetkach. Trzęsło tak, że czytać nie byłam w stanie. Ratował odtwarzacz mp3.
Najgorsza jednak była podróż z Krosna do Warszawy. Czegoś takiego nigdy nie przeżyłam. Zarezerwowano mi miejsce w busiku pewnej firmy z siedzibą w Rzeszowie. Z Krosna wyjechałam o 12-tej i miałam być w Warszawie o 18:30. Po drodze miała być przerwa na szybki posiłek. Po prawie godzinie jazdy dowiedziałam się, że to nie jest mój docelowy busik. Ma być przesiadka. Nie byłam zadowolona, bo wolałabym taką rzecz wiedzieć na początku. No, ale trudno. Ważne, że jadę. Przesiadka była na jakiejś stacji benzynowej gdzieś na Podkarpaciu. Gdy spytałam kierowce, o której przyjedzie ten drugi busik, odpowiedział niezwykle precyzyjnie, że… ZARAZ. Miałam wielką chęć odpowiedzieć, że zaraz to jest wielka bakteria, ale znów machnęłam ręką. Drugi bus nadjechał po pól godzinie. Był to już nie busik, ale autobus. Nim dojechaliśmy do Rzeszowa. Tam na postoju staliśmy przeszło godzinę. Akurat rozmawiałam przez telefon, więc nie bardzo zwracałam uwagę na to, co działo się w autobusie. Poderwał mnie dopiero krzyk, że przesiadamy się. Jak to? Znowu? Cóż się okazało. Kierowca autobusu wyłączył silnik, zostawiając włączoną klimatyzację, światła i radio. Autobus nie chciał dalej ruszyć. Próby uruchomienia silnika na kable nie udały się. Zarządzono przesiadkę w mniejszy busik. Do Warszawy ruszyliśmy z godzinnym chyba opóźnieniem. Kierowca nie był miły. Mieliśmy wrażenie, że my pasażerowie jesteśmy wszystkiemu winni. Gdy ruszaliśmy z Rzeszowa i jeden z pasażerów spytał, czy może siąść obok kierowcy usłyszał niezwykle nieprzyjemnym tonem: „Tego miejsca nie ma! Niech pan o nim zapomni! Niech pan siada gdzie jest wolne!”. Po drodze kierowca łamał wszystkie możliwe przepisy. Wyprzedzał na podwójnej ciągłej, zakrętach, pod górę itd. Co chwilę odbierał telefon i niezwykle opryskliwie mówił komuś, że są korki. Szarpał samochodem tak, że zrezygnowałam z czytania. Znów błogosławiłam swój odtwarzacz mp3. Dzięki niemu mogłam nie słyszeć rozmów telefonicznych kierowcy. Wreszcie busik stanął na jakiejś stacji benzynowej. Kika osób wyskoczyło z nadzieją na skorzystanie z toalety, ale opryskliwie usłyszało, że tylko w nagłych wypadkach. Wszyscy zestresowani jak niepyszni wrócili do busiku. Okazało się, że na stacji odbieramy pasażera, który czeka tu na nas już dość długo. Ruszyliśmy w dalszą podróż. Około 17-tej zajechaliśmy na kolejną stację benzynowa. Kierowca zarządził 10 minut przerwy. Dopadłam toaletę i jak burza wleciałam do restauracji.
- Czy ma pan zupę, na którą nie trzeba czekać? – spytałam.
- Do wyboru żurek lub gulaszowa.
Wybrałam gulaszową. Z talerzem żurku dołączył do mnie pan, który miał zapomnieć o fotelu z przodu busiku. Jedliśmy w tempie zabójczym dla żołądka. Nie dojedliśmy do końca. Choć natychmiast wróciliśmy do busiku (góra 12 minut) kierowca nie omieszkał nas skrzyczeć. Nie chciało mi się z nim wchodzić w konflikt, więc nie odezwałam się ni słowem. Mój współtowarzysz niedoli żartobliwie przeprosił. Kierowca znów pędził łamiąc wszystkie przepisy. W Jankach byliśmy po 19:30 i przeszło godzinę jechaliśmy do Centrum miasta. Kierowca co chwilę odbierał telefony i wrzeszczał do słuchawki, że stoi w korkach. Powinien był wyruszyć z powrotem do Rzeszowa o 20-tej z zachodniego tymczasem sytuacja na drodze mu to uniemożliwiała. I tak miał szczęście. Nikt z pasażerów nie wysiadał na przystanku Okęcie, mógł więc nie skręcać w tamtym kierunku. Niestety wielu z nas wysiadało przy Dworcu Centralnym. Tego przystanku ominąć nie mógł, więc przyspieszyć się nie dało. Facet klął na Warszawę, korki, liczbę samochodów i… ludzi, którzy co chwilę dzwonili spytać gdzie jest, bo oni czekają, by wyjeżdżać do Rzeszowa. Wszyscy byli winni temu, że busik się spóźnia tylko nie pan kierowca i fakt, że w Rzeszowie stał ze zgaszonym silnikiem a włączonymi światłami, klimatyzacją i radiem. I tak sobie myślę. Tacy ludzie nie powinni wozić pasażerów tylko jakiś martwy towar – może meble? Takie nie muszą siusiu, jeść ani nic. No i nie dzwonią z pytaniem: „Kiedy pan będzie?”. Podróż wykończyła mnie do tego stopnia, że by dojść do siebie musiałam w domu wypić dwie kawy. Najgorsze było jednak to, że nie miałam alternatywy. Chcąc jechać z Krosna do Warszawy jest się skazanym na busa.

Kultura i kulturwa, czyli Paweł i Gaweł

Dopiero co Premier podpisał, że 1% budżetu Państwa pójdzie na kulturę, a ja mam moc refleksji. Czy my w ogóle wiemy, co to jest kultura? Kiedyś spotykałam się z facetem, który twierdził, że nie jest ona nikomu do szczęścia potrzebna i zawód wykonywany przeze mnie nie jest potrzebny, a nawet mniej wart od wielu innych. Można bez kultury żyć. Teoretycznie tak, ale… choć ludzie pierwotni pisarzy nie mieli, to jednak mieli bajarzy, którzy opowiadali im różne historie rozbudzające wyobraźnię słuchaczy. Mieli też malarzy, co znamy z rysunków w grotach. A czym jest wnoszenie do domu kwiatów jak nie ustawianiem w zasięgu wzroku czegoś ładnego, co ma poprawiać nastrój? Czemu w najbiedniejszej chacie wisi na ścianie kolorowa reprodukcja lub choćby wyrwany z gazety fotos? Właśnie po to, by umilić życie! Bo to do umilania ciężkiego życia służy kultura.

Literatura i teatr czy film mają nie nudzić, malarstwo i rzeźba umilać życie. Czy spełniają swoje zadania? Nad tym się głęboko zastanawiam, bo na świeżo zakończonych Targach Książki byłam świadkiem kilku kłótni typu: „Pan tu nie stał” (w kolejce po autograf do kasy itd.), kilku kłótni o wyższości pewnej literatury nad inną. A także kłótni na temat wyższości książki nad filmem. Wszystko problematyczne, bo zależy jaką książkę porównamy z jakim filmem.

W sobotę o 10-tej miałam spotkanie autorskie na targach. O tej samej porze otwierano kasy i podwoje sal targowych. Efekt? Gdy ja byłam gotowa do spotkania niegotowe były targi. Ludzie jeszcze stali w kolejkach, a potem błądzili po salach szukając tej właściwej. (Wielu przyszło godzinę później na samo podpisywanie, bo sali znaleźć nie mogli.) W rezultacie spotkanie rozpoczęło się z półgodzinnym opóźnieniem, a gości było na nim pięcioro. Uznawszy, że to i tak więcej niż w swoim czasie w Centrum Promocji Kultury prowadząca Miłka Skalska rozpoczęła ze mną rozmowę. Umówiłyśmy się wcześniej, że całość skrócimy, bo o 11-tej zaczyna się kolejne spotkanie. Teoretycznie powinnyśmy były skończyć o 10:45, ale… z racji, że zaczęłyśmy z opóźnieniem uznałyśmy, że porozmawiamy pięć minut dłużej. Piątka gości zdradzała szczere zainteresowanie. Gdy wybiła 10:45 tuż koło nas stanął jakiś pan. Miłka zaprosiła go, by usiadł, ale pan oznajmił, że będzie sobie tak chodził wokół nas. I dopiero wtedy zorientowałyśmy się, że to bohater następnego spotkania. A jego krążenie wokół to metoda na uświadomienie nam, że bezczelnie przeciągamy nasze bzdury, gdy on ma tu o 11-tej do powiedzenia rzeczy ważne. Mnie się chciało śmiać, ale Miłka była zbulwersowana tym zachowaniem. A ja pomyślałam sobie, że kultura i kulturwa w jednym stali domu zupełnie, jak Paweł i Gaweł w bajce hr. Aleksandra Fredry. I od razu przypomniał mi się stary kawał o pewnej rozmowie telefonicznej:

Dzwoni kobieta i przez telefon niezwykle grzecznym głosem pyta:
- Dzień dobry, czy to pralnia?
- Chujalnia! Ministerstwo Kultury kutasie zajebany!
Odparł ktoś nieprzyjemnie wrzeszcząc.

Dobrze, że ten pan nie wrzeszczał.

P.S. Uparcie szukam odpowiedzi na pytanie ile wynosi ten 1% z budżetu państwa?