Archiwa tagu: SPP

Podsumowanie, czyli dobrze

Martwię się, gdy mi jest za dobrze – mówiła moja ciocia. To jej powiedzenie przypominam sobie zawsze, gdy przychodzi do podsumowania mijającego roku i jest on dla mnie udany.

Odchodzący rok, choć zostało go jeszcze kilka dni, należy do udanych. Udało mi się: wydać książkę „Czucie i Wiara, czyli warszawskie duchy”, założyć kwartalnik literacki „Podgląd” – pismo Oddziału Warszawskiego Stowarzyszenia Pisarzy Polskich i wydać jego trzy numery, rozstać się z wydawcą, przy którym nie zarabiałam, przejść z tytułami do nowego wydawnictwa, dla którego piszę kolejną część „Klasy pani Czajki”, (której nowe wydanie ukaże się w połowie stycznia, zaś nowe wydanie „Tropicieli” w marcu), wydać audiobook „Klasy pani Czajki” świetnie interpretowany przez aktora Janusza Zadurę, rozpocząć rozmowy na temat wydania bułgarskiego i węgierskiego, dostać się na pewien kurs, który mam nadzieję, że rozwinie mnie zawodowo, umówić się (na razie wstępnie i na gębę, bo umowa ma zostać podpisana po nowym roku) na jeszcze jedną książkę, dogadać się w sprawie dodruku „Kursu dziennikarstwa dla samouków”, rozwinąć projekt genealogiczny tak, że strona piekarscy.com.pl ma już ponad milion odsłon, zmodyfikować swoją stronę autorską, stronę Ulubionego, stronę Oddziału Warszawskiego Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, a nawet, mimo rzucanych przez przewrotny los kłód pod nogi, napisać i wystawić sztukę, która (sądząc po reakcji na widowni i napływających do nas głosach) podobała się widzom. Tyle, jeśli idzie o sprawy zawodowe. Ale i prywatnie narzekać nie mogę, choć zostaliśmy w domu bez zwierząt, co wprowadza w naszym, a zwłaszcza moim, życiu pewien niepokój.

Dlatego wiele sobie nie życzę. Po prostu chciałabym, by nadchodzący rok nie był groszy. Postanowień żadnych nie czynię, poza tym, że będę pracować. Ale u mnie to nic nowego.

projekt 4 c Tropiciele_front klasa-pani-czajki-wyd-ii-cd okladka kurs dziennikarstwa Podglad_nr3_2015_okladka1a

List otwarty do redakcji portalu „wPolityce”

W związku z tekstem zamieszczonym na portalu „wPolityce”, w którym znalazła się informacja o uchwale Zarządu Głównego Stowarzyszenia Pisarzy Polskich potępiającej zachowanie tzw. anonimowych hejterów internetowych używających języka nienawiści oraz grożących śmiercią naszej koleżance Oldze Tokarczuk, osobiście protestuję przeciwko opatrywaniu informacji o wspomnianej uchwale nieprawdziwym tytułem manipulującym opinią publiczną, jakoby SPP było „po stronie antypolskiej propagandy”.

Oto tekst portalu „wPolityce”:


http://wpolityce.pl/kultura/268778-literaci-po-stronie-antypolskiej-propagandy-stowarzyszenie-pisarzy-polskich-broni-tokarczuk 

W naszej uchwale znalazło się zdanie, że „nie wszyscy popieramy wypowiedź naszej koleżanki”. Niemniej jednak nie zgadzamy się na „anonimowe, zawierające groźby personalne, akcenty antysemickie i szowinistyczne wypowiedzi”, które powinny być karane!

Tytuł jaki portal nadał informacji o naszej uchwale jest manipulacją lub dowodzi, iż konstruujący tę informację redaktor nie nauczył się czytać ze zrozumieniem. Jedno i drugie fatalnie świadczy o portalu.

Poniżej jeszcze raz treść uchwały Zarządu Głównego Stowarzyszenia Pisarzy Polskich z prośbą do wszystkich o przeczytanie ze zrozumieniem i zastanowienie się nad nadanym przez portal „wPolityce” tytułem.

Oto nasza uchwała:

“Zarząd Główny Stowarzyszenia Pisarzy Polskich wyraża oburzenie i sprzeciw wobec zalewu agresji, brutalności i chamstwa, ujawniających się ostatnio w życiu publicznym. Przykładem takich zjawisk jest internetowa kampania nienawiści, zniewag i gróźb fizycznych pod adresem naszej koleżanki Olgi Tokarczuk z powodu jej telewizyjnej wypowiedzi o potrzebie krytycznego spojrzenia na historię Polski. Niezależnie od tego, że nie wszyscy podzielamy jej poglądy, Olga Tokarczuk zasługuje na naszą głęboką solidarność i obronę. Wypowiedzi, zwłaszcza anonimowe, zawierające groźby personalne, akcenty antysemickie i szowinistyczne, muszą być jednoznacznie potępiane, a w przypadku, gdy naruszają prawo i dobra osobiste – odpowiednio karane.
Warszawa, 17 października 2015”

Osobiście jestem oburzona, że w kraju, w którym jest wolność słowa i nie ma cenzury, za jakąkolwiek wypowiedź ktokolwiek kogokolwiek wyzywa i grozi mu śmiercią. I jako pisarka nie zamierzam milczeć wobec takiego zachowania. Podobno to Wolter powiedział: „Nie zgadzam się z tym co mówisz, ale oddam życie, abyś miał prawo to powiedzieć.” Żyjemy w wolnym kraju, w którym ta wolteriańska zasada powinna być przestrzegana, zwłaszcza przez ludzi kultury i mediów. Dlatego nie zgadzam się na manipulowanie informacjami poprzez opatrywanie ich nieprawdziwymi tytułami sugerującymi rzeczy niemające miejsca. 

Małgorzata Karolina Piekarska
pisarka i dziennikarka
członek Stowarzyszenie Pisarzy Polskich

Kwartalnik, czyli jak dotrzeć do czytelnika

W Nowy Rok, gdy inni leczą kaca, ja otrzymałam „strzał w mózg”. Był to (cały czas mam nadzieję) strzał w dziesiątkę. Otóż wpadłam wtedy na pomysł, byśmy w Oddziale Warszawskim Stowarzyszenia Pisarzy Polskich zaczęli wydawać własne pismo. Dzięki przyjacielowi z dzieciństwa, który zrobił dla mnie prostą kalkulację, jakie są koszty tej „przyjemności”, stwierdziłam, że nie jest to rzecz poza finansowym zasięgiem Stowarzyszenia, a poza tym zawsze można znaleźć jeszcze prywatnych sponsorów na niewielkie kwoty. Przedstawiłam pomysł na zebraniu zarządu, został przegłosowany na tak, a więc… decyzja zapadła. Pierwszy numer już wyszedł. A ja stnęłam pod ścianą, bo przed dylematem, jak to promować? Pismo jest bezpłatne i wydawane w niewielkim nakładzie, bo nastawione na czytelników on-line. Przygotowałam więc informację prasową i rozesłałam do mediów. Ciekawi mnie, czy ta forma się sprawdzi? Wprawdzie nad ciężarem PDF oraz nad MOBI i EPUB musimy jeszcze popracować, ale jak to mówią „pierwsze koty za płoty.

Kwartalnik Literacki „Podgląd” – Informacja prasowa

Podgląd – Kwartalnik Literacki OW SPP
ISSN: 2392-2753
Ul. Krakowskie Przedmieście 87/89
00-079 Warszawa
e-mail: redakcja@podglad.com.pl
www: 
http://podglad.com.pl

Szanowni Państwo,

Miło mi poinformować, że Oddział Warszawski Stowarzyszenia Pisarzy Polskich wypuścił na rynek nowe czasopismo literackie – kwartalnik „Podgląd”. Pierwszy numer z datą 31 marca 2015 ukazał się jeszcze przed świętami wielkanocnymi. Kwartalnik jest bezpłatny. Sfinansowany został z funduszy własnych Oddziału Warszawskiego SPP przy niewielkim udziale prywatnych sponsorów. Nakład papierowy wynosi 350 egzemplarzy. Wersja papierowa w formacie A-5 wydawana jest w tak niewielkim nakładzie, gdyż kwartalnik ukazał się także w wersji on-line. Z wersją papierową można będzie wkrótce zapoznać się, odwiedzając warszawskie biblioteki publiczne (oraz polskie biblioteki posiadające tzw. egzemplarz obowiązkowy), a także Bibliotekę Domu Literatury przy Krakowskim Przedmieściu. Będzie on również dostępny w Domu Literatury (w kawiarni „Literatka” i pokojach gościnnych), a także poza Warszawą, w pokojach gościnnych Domu Pracy Twórczej im. B. Prusa w Oborach oraz pokojach gościnnych Domu Pracy Twórczej „Astoria” im. S. Żeromskiego w Zakopanem. Natomiast każdy chętny i ciekawy zawartości kwartalnika może zapoznać się z jego treścią, pobierając pismo ze strony internetowej kwartalnika w formacie PDF, a także mobi i epub. 
http://podglad.com.pl
Pismo jest dość grube – drukowana wersja liczy ponad 150 stron. To klasyczny kwartalnik literacki, w którym publikowane są utwory literackie. Czym różni się od tych dostępnych na rynku?
Przede wszystkim, to pismo, w którym publikują tylko członkowie Oddziału Warszawskiego Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, zamieszczamy również teksty osób spoza OW SPP, gdy dotyczą naszych członków (OW SPP).
Niewiele osób wie, że Stowarzyszenie Pisarzy Polskich jest organizacją twórczą z tradycjami, a w jego szeregach były wielkie postaci literatury polskiej, jak nobliści – Czesław Miłosz i Wisława Szymborska, a także wybitni twórcy, jak m.in. Tadeusz Konwicki, Tadeusz Różewicz czy Agnieszka Osiecka. By zostać członkiem SPP trzeba nie tylko wykazać się dorobkiem literackim i mieć dwóch członków wprowadzających, ale też przejść przez ostre sito komisji kwalifikacyjnej, w skład której wchodzą wybitne osobistości z Instytutu Badań Literackich PAN i polskich uczelni wyższych.
Oddział Warszawski SPP liczy ponad 400 członków (ich spis jest dostępny na naszej stronie
http://sppwarszawa.pl
). W kwartalniku można przeczytać najnowsze utwory pisarzy zrzeszonych w OW SPP, fragmenty ich książek, które są w sprzedaży lub za moment się ukażą, choć oczywiście nie brakuje tu także utworów, które od dawna leżały w literackich szufladach. Lektura „Podglądu” to nie tylko okazja do zapoznania się z tym, kto jest członkiem Stowarzyszenia oraz jak i co pisze, ale też pomoc w podjęciu decyzji, jaki tytuł wart jest zakupu, jaki utwór chcemy poznać w całości.
Pismo oddaje różnorodność literacką Stowarzyszenia. Pierwszy numer kwartalnika zawiera zarówno fragmenty poważnych książek, jak i tych trochę lżejszych. To literatura faktu, science fiction, książki dla dzieci, dla młodzieży, a także poezja, krytyka literacka, felietony, fragmenty dramatów oraz tłumaczeń, gdyż wśród naszych członków są zarówno prozaicy, poeci czy dramatopisarze, ale też krytycy literaccy i tłumacze literatury pięknej.
W skład redakcji weszli członkowie zarządu oddziału i to oni pracują nad pismem.
Zachęcamy do zapoznania się z wersją PDF pisma na stronie 
http://podglad.com.pl

Pismo nie płaci honorariów, nie wypłaca pensji, a praca przy nim jest społeczna.
Powstało, by pokazać szerszemu ogółowi naszego społeczeństwa, że istnieje Stowarzyszenie Pisarzy Polskich, oraz jaki potencjał ma literatura wysoka tworzona przez twórców (nie celebrytów) największego oddziału, czyli Oddziału Warszawskiego.
Kultura polska to nie tylko kultura masowa, zdominowana przez słupki popularności i wszechobecna w mediach, to także kultura skierowana do bardziej wymagającego odbiorcy. Chcemy dać mu możliwość jej poznania (bezpłatnego).
W przypadku pytań – proszę o kontakt

Małgorzata Karolina Piekarska
redaktor naczelna Kwartalnika Literackiego „Podgląd”
(prezes OW SPP)
piekarska@piekarska.com.pl

W co najmniej dwóch osobach

Przez ostatnie miesiące byłam i jestem potwornie zaganiana. Wszystko u mnie zbiega się na raz. Najpierw siedziałam nad dramatem, potem na kwartalnikiem literackim „Podgląd”, który zdecydowaliśmy się wydawać, jako Oddział Warszawski Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, cały czas siedzę nad nową powieścią, a teraz wpadłam w wir promowania książki „»Czucie i Wiara«, czyli warszawskie duchy”, która wczoraj opuściła drukarnię. Oficjalną premierę będzie miała 28 kwietnia w Domu Literatury, ale już teraz można ją kupić np. na XXI Targach Książki Katolickiej w Arkadach Kubickiego Zamku Królewskiego.

Wczoraj pobiegłam więc na targi po tzw. egzemplarze autorskie plus promocyjne.

Przy okazji postanowiłam sprawdzić, co ciekawego można kupić. Na stoisku wydawnictwa benedyktynów, był Ojciec Leon Knabit, którego uwielbiam i chętnie podczytuję. Dla mnie to ten typ osoby duchownej, która jest skupiona na tym, co powinna, czyli na sprawach duchowych. Akurat wyszła jego książka „Radość ewangeliczna. Refleksje biblijne”. Lubię takie rzeczy. Lubię poczytać, jakie kto ma refleksje podczas czytania Nowego Testamentu. W książce są krótkie teksty, które można czytać na wyrywki. Zdecydowałam się na kupno i poprosiłam o autograf, stwierdzając jednocześnie, że mam dla Ojca Leona ekwiwalent w postaci świętego obrazka. Oto jeszcze jesienią podczas pobytu w Wilnie kupiłam u Matki Boskiej Ostrobramskiej kilka obrazków z modlitwą dla różnych religijnych znajomych. Jeden mi został na tzw. specjalną okazję. Uznałam, że Ojciec Leon to najbardziej uprawniona osoba do obdarowania ostatnim obrazkiem. Ojciec z obrazka bardzo się ucieszył, powiedział, że jego rodzina pochodziła z Wilna. Książkę i mi podpisał. W Arkadach panował niesamowity hałas, gdy pytał mnie dla kogo. Podałam swoje imiona: „Małgorzata Karolina”. W książce znalazła się więc dedykacja: „Drogim Małgorzacie i Karolinie z błogosławieństwem…”.

Ubawiłam się. Bóg zdaniem chrześcijan jest w trzech osobach. Ja zdaniem O. Leona w dwóch, ale cóż… cytując wyżej wymienionego autora refleksji biblijnych: „Pan Bóg jest dowcipny, każdy się przekona, bo stworzył żyrafę i Ojca Leona”. A tak naprawdę to miłe, kiedy dostaje się podwójne błogosławieństwo. Zwłaszcza, że ostatnio naprawdę jestem w co najmniej dwóch osobach.

Dziś będę gościem w dwóch audycjach radiowych w związku z promocją własnej książki. Wieczorem w Ośrodku Kultury Ochoty wraz z resztą redakcji prezentujemy „Podgląd” Kwartalnik Literacki OW SPP, do którego pobierania ze strony już teraz zachęcam.

Jutro mam zebranie IBBY i wyjazd do lasu na sadzenie drzew, a pojutrze robię film i… wyjeżdżam do Żor na spotkanie autorskie, które mam w poniedziałek.  I niech to starczy za usprawiedliwienie, czemu ostatnio tak rzadko piszę. Bo choć jestem w co najmniej dwóch osobach to dzień ma, nawet dla mnie, tylko 24 godziny.

Oko w oko z damą, czyli usprawiedliwienie

Ostatnie tygodnie intensywnie pracowałam nad Kwartalnikiem Literackim „Podgląd”. Wymyśliłam go w Nowy Rok. To wtedy zaczęłam zastanawiać się, czy jako Oddział Warszawski SPP nie moglibyśmy wydawać takiego bezpłatnego pisma pokazującego twórczość naszych członków. Ponieważ okazało się, że jest to możliwe, znaleźli się nawet sponsorzy, którzy ofiarowali drobne kwoty, więc… kwartalnik powstał. Sześć osób kolegium redakcyjnego pracowało nad redakcją, składem i łamaniem, korektą etc. Kwartalnik za kilka dni opuści drukarnię, ale nie będzie do kupienia. Można go natomiast pobierać bezpłatnie ze strony i czytać. Prawie 160 stron tekstów autorstwa członków oddziału Warszawskiego Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Ostatnie dni skupiłam się na technicznej stronie obsługi internetowej i systemu pobierania. Nie chcę zanudzać tym wszystkim, ale… w ogóle ostatnie tygodnie były dla mnie ciężkie. Miałam na głowie i kwartalnik i pracę w TVP, do której kilka razy musiałam wstawać o 4-tej rano, i jeszcze na dodatek korekty mojej książki, której oficjalna premiera przewidziana została na 28 kwietnia. Plus kilka innych obowiązków. Żyjąc i tak z kalendarzem w ręku, w którym każda minuta życia jest ściśle zaplanowana, co chwilę łapałam się na tym, że o czymś zapomniałam. W każdym razie pewnie dlatego w ogóle nie zwróciłam w telewizyjnej redakcji uwagi na to, że na korytarzu stanęła i stoi pewna… dama. Przeszłam koło niej kilka razy i… nawet skinęłam głową na „dzień dobry”, choc zupełnie się nie przyjrzałam, czy ją znam. Tak… gnałam rpzez korytarz i skinęłamna wszelki wypadek. Dopiero koleżanki mi pokazały komuż to ja się w swoim zabieganiu ukłoniłam. Cóż… trwa remont niektórych pomieszczeń, a w dziennikarzach, zapewne pod wpływem programów typu „Project runway” i masy innych, drzemie duch projektanta mody i artysty w jednym.

Powyższy tekst napisałam jako usprawiedliwienie. Chciałam wytłumaczyć się z milczenia na blogu. Ostatnio jestem jak ta żaba, która miała przejść albo na stronę ładnych albo na stronę mądrych, ale stanąwszy na środku powiedziała: „no przecież się nie rozerwę”. Ja też nie. Nie mogę aż tak intensywnie pracować, jako pisarka i jako dziennikarka i jako blogerka. Ale wrócę na blog. Niczym Terminator. Już wkrótce!

Książki, których nie ima się czas

Marcin Niziurski pokazuje pierwsze egzemplarze „Księgi urwisów” i maszynopisy Ojca

Dziś światowy dzień książki, a że w tym roku przypada 60-lecie „Księgi urwisów” Edmunda Niziurskiego, więc wczoraj w Domu Literatury odbyło się spotkanie, które prowadziłam. Bo skoro ja je wymyśliłam, to musiałam całość poprowadzić. Przyszły dzieci pana Edmunda, a także wnuki, prawnuki i sporo innych osób – w tym wielu pisarzy m.in. Małgorzata Strękowska-Zaremba, Zofia Beszczyńska i Grzegorz Kasdepke. Wymyśliłam spotkanie w formie lekcji. Innymi słowy najpierw odczytałam listę obecności gości prosząc, by wstawali i mówili „obecny”, potem wzywałam ich „do tablicy”, czyli stołu z mikrofonem i odpytywałam. Sala decydowała o postawionym na koniec stopniu. W końcu szkoła w książkach Niziurskiego jest koszmarem, więc uznałam, że pobądźmy trochę w takim szkolnym koszmarze, ale oczywiście w żartobliwej formie.

Podczas spotkania dowiedzieliśmy się sporo o tym, jak Edmund Niziurski tworzył. Najpierw pisał ręcznie, potem przepisywał na maszynie przebitce, a na to nanosił poprawki. Bywało, że skreślał całe duże partie tekstu. Marcin Niziurski przyniósł fragmenty maszynopisu „Księgi Urwisów” z akapitami, które nie znalazły się w książce. Pan Edmund nad tekstem pracował do końca. Marcin Niziurski pokazał też „Księgę urwisów” z poprawkami autorskimi naniesionymi w wydrukowanym egzemplarzu. (Skąd ja to znam?) Okazało się, że pan Edmund nigdy nie był zadowolony z efektu końcowego swojej pracy.

Z panią Agnieszką Niziurską.

Wczoraj jego dzieci opowiadały o spacerach z nim. Pani Agnieszka pokazywała zdjęcie domu z wsi, która została opisana w „Księdze Urwisów”. Opowiadali o ojcowskim poczuciu humoru, o tym jak lubił dzieci i młodzież. Najstarsza córka p. Anna pokazała, jak w latach 50-tych była moda na hasła propagandowe i ona napisała już na lekcję rysunków kilka haseł, a pani domagała się nowych. Mała Ania pomysłów na inne nie miała, więc tata usłużnie podpowiedział:
„W każdym podwórku hodowla kur.
Oto nasze zadanie w najbliższej pięciolatce”.
Wtedy 11 letnia Ania wzięła hasło poważnie. Napisała na kartce i zaniosła do szkoły, gdzie dostała dobry stopień. Ironię ojca dostrzegła dopiero teraz, gdy po latach wygrzebała swoją prace domową, w której odrabianiu pomagał tata i przeczytała to słynne hasło nagrodzone dobrym stopniem.

Ciekawa też była rozmowa z Grzegorzem Leszczyńskim, profesorem UW i specjalistą od literatury dziecięco-młodzieżowej. Odpowiadał m.in. na pytanie, czemu „Księga urwisów” nadal cieszy się powodzeniem wśród czytelników. W końcu to historia, która dzieje się w 1954 roku. Otóż napisana na początku lat 50-tych, a wydana, w 1954, czyli rok po śmierci Józefa Stalina, powieść jest JEDYNĄ książką młodzieżową z tamtego okresu, która cały czas jest wznawiana! Zawiera wprawdzie propagandę stalinowską, ale dla nastoletniego czytelnika jest ona niezauważalna! Dostrzega ją dopiero dorosły. (Podobnie jest z „W pustyni i w puszczy”, którego rasizm zauważyłam dopiero czytając, jako studentka.) Książka pisana w czasach, w których w każdym dziele musiało być poparcie dla linii władzy spełniła swoje zadanie, choć dziecko tego nie dostrzega. Jednocześnie ma tyle innych wartości, że nic dziwnego, że cały czas się ją dobrze czyta. Postaci są prawdziwe psychologicznie. Jest tu napięcie, jest śmiech, jest wzruszenie. Bohaterowie są łobuzami, ale… nie da się ich nie lubić.

W czasach, kiedy Niziurski pisał „Księgę urwisów” była cenzura. Jej zniesienie po 1989 roku świętowano, jako wielkie zwycięstwo. Dziś zastanawiam się, czy paradoksalnie cenzura nie wpływała dodatnio na literaturę? Chodzi mi o jej jakość. Walcząc o to, by do literatury nie przedostały się treści antypaństwowe, antysocjalistyczne itd. zmuszała do stosowania metafor i różnych literackich wybiegów, które podnosiły poziom polskiego pisarstwa. Podobnie było w czasach zaborów, kiedy powstawały „Lalka”, „Chłopi”, „Faraon”, „Krzyżacy” czy cała sienkiewiczowska trylogia. Dziś, gdy można napisać, co się i chce i jak się chce, mamy zalew tak beznadziejnych książek pod względem treści, stylu, formy, a nawet oprawy graficznej, że gdybym chciała prowadzić blog z bardzo negatywnymi recenzjami „dzieł literackich”, to tematów nigdy by mi nie zabrakło. Tak, jak nie brakuje mi absurdów. Kiedyś książek było mniej, ale z tych młodzieżowych, kiedy już jakaś przeszła przez cenzorskie sito – była perłą. Nic, więc chyba dziwnego, że wracam do lektur mego dzieciństwa. Zaczytuję się raz na jakiś czas Marią Krűger, Hanną Ożogowską, Jackiem Domagalikiem, Zbigniewem Nienackim, Adamem Bahdajem. Grzegorz Leszczyński powiedział, że dobra literatura jest po prostuj dobra. Nadal czytamy „Tajemniczy ogród” i „Anię z zielonego wzgórza”, choć nie ma tam telefonów komórkowych czy Internetu. Są jednak rzeczy nieprzemijające, jak przyjaźń i miłość. Tak jest z „Księgą urwisów”, której bohater wprawdzie płacze, bo pękła mu piłeczka pingpongowa przywieziona na pamiątkę z wycieczki na ziemie zachodnie, a kto dziś płacze za taką piłeczką? Ale lojalność wobec kolegów, pomoc w potrzebie, to jest ważne cały czas bez względu na czasy, a nawet epokę.

Z wielką literaturą tak jest, że czas jakby się jej nie ima. I dlatego tak często zastanawiam się, ile zostanie z tych książek, które dziś są masowo drukowane i wydawcy pompują kasę w ich promocję. 60 lat temu Niziurski po prostu napisał. Cenzor przeczytał i zatwierdził. Co odrzucił? Dziś już nie wiemy. Wydawca po prostu to wydał. Reszta… zrobiła się sama. I tak minęło 60 lat. A ja znów śmiałam się z karmienia staruszków obierkami i płakałam nad 13-letnią Marysią Kropianką rozumiejąc wreszcie, tak jak bohaterowie Niziurskiego, czemu „Pan Kropa wódkę żłopie”.

Klucz

Jeśli ktoś jeszcze ma wątpliwości, że jestem taką osobą, której przytrafiają się te rzeczy, które inni znają z głupich komedii pomyłek, to proszę. Oto  krótka historia o kluczu.

Z powodu zamieszania związanego z monodramem na nic nie mam czasu. Nie mam go do tego stopnia, że zapomniałam na swojej stronie, (a i tu na blogu również) napisać, że 21 marca w Domu Literatury przy Krakowskim Przedmieściu będę gościem Biesiady Literackiej. 21 marca był wczoraj. Na biesiadę, którą prowadzili Wacław Holewiński, Marek Ławrynowicz i Piotr Muldner-Nieckowski pędziłam autem z piskiem opon, a potem gubiąc buty. Cóż… Bezpośredniego dojazdu spod domu pod Świętą Annę i Plac Zamkowy nie mam. Z przesiadką to za długo, no i drogo bo prawie 10 złotych. (Oszczędzam ostatnio strasznie, bo mieliśmy poważne wydatki na zdrowie). Taksówka to 40 złotych w dwie strony, więc… też nie wchodzi w grę. Stwierdziłam, że najtaniej będzie samochodem. Biesiada o 18:30, więc można w śródmieściu zaparkować za darmo. Niestety… po dojechaniu na miejsce okazało się, że nie ma miejsca na całym Podwalu. Dwukrotnie objechanie Podwala, Długiej i Miodowej i nieznalezienie miejsca parkingowego spowodowało, że podjęłam decyzję o wjechaniu na Płatny Parking Strzeżony. Dwie godziny będą mnie kosztowały 12 złotych. Jeszcze jakoś wytrzymam, choć zaczęłam żałować, ze jednak nie pojechałam autobusami. Niestety, gdy po niespełna dwóch godzinach wyszłam z Domu Literatury, który jest dosłownie na wprost Strzeżonego Parkingu, okazało się, że nie mam klucza od samochodu. Pierwszy raz w życiu zgubiłam klucz. Odległość między Domem Literatury a Parkingiem 20-30 metrów, a klucza brak. Przeszłam całą drogę trzykrotnie i nic. Przeszukałam pokój Stowarzyszenia Pisarzy Polskich – bez rezultatu, przeszukałam Salę Widowiskową Domu Literatury gdzie odbywało się spotkanie – daremnie. Potrójne penetrowanie kieszeni płaszcza i trzepanie torby też nie pokazało mi istnienia w nich klucza. Rada nierada skorzystałam z propozycji kolegi, który podrzucił mnie pod dom. Tam na ulicy Stał Ulubiony z zapasowym kluczem. Kolega odrzucił mnie z powrotem na Parking Strzeżony i pojechał do siebie. A ja… podeszłam do samochodu i, gdy siadłam za kierownicą okazało się, że klucz nie pasuje. Pilot owszem! Otworzyłam przecież nim drzwi z zamkiem centralnym, ale klucz nawet nie drgnął. Co się okazało? Otóż przypomniałam sobie, że rok temu jakieś bydlę wyrwało mi zamek w drzwiach i ukradło z samochodu GPS. Wtedy sprowadzono mi nowy zamek, ale jednocześnie wymieniono wszystko, czyli stacyjkę też. Postanowiłam po raz kolejny przejrzeć Salę Widowiskową w Domu Literatury, torbę, salę w SPP. Niestety. W tym czasie Ulubiony szukał kolejnych kluczy. Znalazł dwa. Pojechałam po nie taksówką i taksówką wróciłam. Koszt 32 złote, a miałam oszczędzać. Dodatkowo w tym czasie cena parkingu za moje auto wzrosła do 15-tu… Na miejscu okazało się, że z tych dwóch kluczy pasuje tylko jeden. Wróciłam do domu z dwugodzinnym opóźnieniem i moje wielkie i ambitne plany napisania na blogu słówka o ludzkim ciele, fizjologii, Photoshopie i ile jest człowieka w człowieku spełzły na niczym. Pozostał klucz. Tylko jeden do samochodu. Zapasowego brak. Czeka mnie więc jeszcze wydatek w postaci zamawiania zapasowego klucza. Bo pozostałymi dwoma mogę sobie pokręcić w dowolnej dziurce i wyobrazić rzężenie zapłonu. Nie nadają się. I przyznam, że nie umiem wytłumaczyć, czemu odbierając samochód po wymianie wyrwanego zamka nie zrobiłam z tymi kluczami porządku. Chyba wszystko po to, bym teraz miała jawny dowód, że to, co innym nie przydarza się nigdy – mnie musi się przydarzyć. Może wrzucę to do jakiejś powieści. Tylko…, po co? Doświadczenie uczy mnie, że czytelnicy wierzą w to, co zmyślę, a nie w historie, które pisze życie. Kto by tam wierzył, ze można dwukrotnie jeździć do domu po zapasowy klucz. Przecież jest tyle fajniejszych zajęć.

PS A na zdjęciu ja i Piotr Muldner-Nieckowski podczas biesiady. Jeszcze nie wiem, że nie mam klucza. A może jeszcze mam? W końcu nie wiem czy zginął gdy szłam do Domu Literatury, czy wtedy gdy z niego wracałam…

Barwne życie brązowego Żeromskiego

Barwne życie brązowego Żeromskiego
Pojechałam ostatnio na specjalne wyjazdowe zebranie Stowarzyszenia Pisarzy Polskich do Siedlec. Jestem w zarządzie Oddziału Warszawskiego SPP, a ponieważ Fundacja Domu Literatury wypożyczyła na czas Euro cały Dom Literatury jednej z brytyjskich stacji telewizyjnych, więc nie mieliśmy gdzie zrobić zebrania. Decyzja zapadła, by połączyć przyjemne z pożytecznym. W Siedlcach były dni Siedlec. Pojechaliśmy więc tam jako goście. Oprócz zebrania mieliśmy także  miłe spotkanie z czytelnikami w miejscowym Muzeum Regionalnym mieszczącym się w tzw. „Jacku”, czyli zabytkowym budynku ufundowanym przez księżnę Ogińską. Tuż koło „Jacka” znajduje się Miejska Biblioteka Publiczna. Przed nią w ubiegłym roku ustawiono tzw. „Ławeczkę Żeromskiego”. Pomnik przedstawiający ławeczkę z siedzącą na niej sylwetką pisarza najwyraźniej przypadł Siedlczanom do gustu. Chyba jednak uznali, że Żeromski, którego związki z Siedlcami są m.in. takie, że z siedlczanką się ożenił, jest facetem wybrakowanym, bo co jakiś czas pomnik jest w osobliwy sposób „uzupełniany”. Gdy my podeszliśmy do Żeromskiego okazało się, że między nogami ułożono mu dwie wisienki. Jak się okazuje to nie jedyne objawy sympatii i przeróbek z jakimi figura pisarza się tu spotyka. Zimą dorobiono mu śnieżnego… penisa! Była też czapka. Jak jednak głosi stugębna plotka, najciekawsze rzeczy dzieją się z Żeromskim… w nocy. Jeden z taksówkarzy opowiadał, że raz wiózł dwie podchmielone młode dziewczyny, które poprosiły, by taksówkarz poczekał, bo one muszą sfotografować się z Żeromskim. Sprawa o tyle łatwa, że w każdym telefonie jest teraz aparat fotograficzny. I tak na oczach taksówkarza pierwsza z dziewczyn zadarła spódnicę i siadła autorowi „Przedwiośnia” na głowie w samych majtkach. Druga była bardziej wyuzdana. Nie tylko zadarła spódnicę, ale jeszcze zdjęła majtki. Pewnie naczytała się „Dziejów grzechu” lub obejrzała ekranizację Waleriana Borowczyka. A swoją drogą, gdyby popatrzeć na nocne życie niektórych pomników… czyż nie jest ono z jednej strony ciekawe, a z drugiej niebezpieczne? Pamiętam, że nasz warszawski Mikołaj Kopernik kilka razy tracił cyrkiel i sferę. Staromiejskiej Syrence wyginano lub wręcz kradziono miecz. I tylko siedleckiemu Żeromskiemu  dodają. Szkoda, że najczęściej genitalia. Choć z drugiej strony dokładanie np. wianka w dzisiejszych czasach może powodować skojarzenia z odmienną orientacją, a Żeromski kochliwy wprawdzie był, ale jednak jak głoszą źródła, to zdeklarowany heteryk!

Pojechałam ostatnio na specjalne wyjazdowe zebranie Stowarzyszenia Pisarzy Polskich do Siedlec. Jestem w zarządzie Oddziału Warszawskiego SPP, a ponieważ Fundacja Domu Literatury wypożyczyła na czas Euro cały Dom Literatury jednej z brytyjskich stacji telewizyjnych, więc nie mieliśmy gdzie zrobić zebrania. Decyzja zapadła, by połączyć przyjemne z pożytecznym. W Siedlcach były dni Siedlec. Pojechaliśmy więc tam jako goście. Oprócz zebrania mieliśmy także  miłe spotkanie z czytelnikami w miejscowym Muzeum Regionalnym mieszczącym się w tzw. „Jacku”, czyli zabytkowym budynku ufundowanym przez księżnę Ogińską. Tuż koło „Jacka” znajduje się Miejska Biblioteka Publiczna. Przed nią w ubiegłym roku ustawiono tzw. „Ławeczkę Żeromskiego”. Pomnik przedstawiający ławeczkę z siedzącą na niej sylwetką pisarza najwyraźniej przypadł Siedlczanom do gustu. Chyba jednak uznali, że Żeromski, którego związki z Siedlcami są m.in. takie, że z siedlczanką się ożenił, jest facetem wybrakowanym, bo co jakiś czas pomnik jest w osobliwy sposób „uzupełniany”. Gdy my podeszliśmy do Żeromskiego okazało się, że między nogami ułożono mu dwie wisienki. Jak się okazuje to nie jedyne objawy sympatii i przeróbek z jakimi figura pisarza się tu spotyka. Zimą dorobiono mu śnieżnego… penisa! Była też czapka. Jak jednak głosi stugębna plotka, najciekawsze rzeczy dzieją się z Żeromskim… w nocy. Jeden z taksówkarzy opowiadał, że raz wiózł dwie podchmielone młode dziewczyny, które poprosiły, by taksówkarz poczekał, bo one muszą sfotografować się z Żeromskim. Sprawa o tyle łatwa, że w każdym telefonie jest teraz aparat fotograficzny. I tak na oczach taksówkarza pierwsza z dziewczyn zadarła spódnicę i siadła autorowi „Przedwiośnia” na głowie w samych majtkach. Druga była bardziej wyuzdana. Nie tylko zadarła spódnicę, ale jeszcze zdjęła majtki. Pewnie naczytała się „Dziejów grzechu” lub obejrzała ekranizację Waleriana Borowczyka. A swoją drogą, gdyby popatrzeć na nocne życie niektórych pomników… czyż nie jest ono z jednej strony ciekawe, a z drugiej niebezpieczne? Pamiętam, że nasz warszawski Mikołaj Kopernik kilka razy tracił cyrkiel i sferę. Staromiejskiej Syrence wyginano lub wręcz kradziono miecz. I tylko siedleckiemu Żeromskiemu  dodają. Szkoda, że najczęściej genitalia. Choć z drugiej strony dokładanie np. wianka w dzisiejszych czasach może powodować skojarzenia z odmienną orientacją, a Żeromski kochliwy wprawdzie był, ale jednak jak głoszą źródła, to zdeklarowany heteryk!