Archiwa tagu: szkoła

List otwarty do Krystyny Pawłowicz

Szanowna Pani,

Z oburzeniem, ale przede wszystkim z wielkim smutkiem, przeczytałam Pani wpis na Facebooku dotyczący samobójczej śmierci czternastoletniego Kacpra. W dzieciństwie przeszłam straszny mobbing w szkole, bo byłam inna. Wzruszałam się byle drobiazgiem. Nazywano mnie beksą. Wyzywano od ślepych (okulary nosiłam od 4 roku życia), a przede wszystkim głupich. Bito i kopano. Wleczono po podłodze. Wkładano mi głowę do sedesu, przygniatano deską i spuszczano wodę. Metod gnębienia mnie było wiele. Sporo na ten temat w swoim czasie napisałam na swoim blogu i powtarzać się nie mam zamiaru. Konkluzja? Przeżyłam tylko dlatego, że wtedy jeszcze nie było… internetu i Facebooka, na którym dziś różne osoby, w tym Pani, wyrzucają z siebie swoje frustracje opluwając innych. Często zakładają strony lub grupy, by gnębić bliźnich. Podejrzewam, że gdybym dziś miała 12 lat rzuciłabym się z mostu do Wisły. Na szczęście tak się nie stało, więc moi oprawcy mogą spokojnie żyć bez wyrzutów sumienia, jakie za jakiś czas zapewne dopadną tych, z powodu których zabił się czternastoletni Kacper.

Gnębienie w okresie nastoletnim bywa nie tylko z powodu orientacji seksualnej. Częściej z powodu tuszy, okularów, jąkania się, wystających zębów, nadwrażliwości itd., po prostu z powodu jakiejkolwiek inności. Czy rozumie Pani określenie „jakakolwiek inność”? Czy dla Pani inna może być tylko orientacja seksualna?

Czy naprawdę polska kobieta, naukowiec i parlamentarzystka w Pani osobie, nie jest w stanie wykazać się odrobiną empatii w stosunku do nieżyjącego czternastolatka i innych, którzy teraz przeżywają to, co przeżywał on zanim zdecydował się na swój tragiczny w skutkach desperacki krok? Zachowuje się Pani nie jak wrażliwa kobieta i dama, którą powinna Pani być, ale jak głupia Maria Antonina, która kazała głodnemu ludowi żądającemu chleba jeść ciastka oraz jak Pani szalony oponent Stefan Niesiołowski, co to proponował niedożywionym dzieciom, by jadły szczaw rosnący przy torach.

Jak większość polityków jest Pani oderwana od rzeczywistości, a jako osoba, która nie jest ani matką ani babką, nie wie Pani nic o tym, co dzieje się w polskich szkołach, a tym samym jakimi słowami obrzuca się polska młodzież. Tymczasem wszyscy polscy politycy mają w tym swój udział. Pani także! To wasze teksty o szmatach, zdradzieckich mordach, uchodźcach, pedałach itd. mają swoje odzwierciedlenie w codziennym języku polskiej młodzieży. Naprawianie świata i Polski proszę zacząć od siebie i swojego języka debaty publicznej!

Jako pisarka, pisząca m.in. dla młodzieży, niemal po każdym spotkaniu autorskim wysłuchuję od kogoś z czytelników opowieści o tym jak, jako jednostka, jest gnębiony przez rówieśników. Tak bowiem jest, że w każdej szkolnej społeczności jest lider i kozioł ofiarny. Opisywał to już Bolesław Prus w słynnej nowelce „Grzechy dzieciństwa”, której bohater przyjaźnił się z gnębionym garbusem Józiem. Przypominam Pani, że akcja noweli dzieje się w XIX wieku. Przypominam też Pani lekturę szkolną pt. „Chłopcy z placu Broni” węgierskiego pisarza Ferenca Molnara, której bohater Nemeczek był gnębiony m.in. dlatego, że był najmłodszy, najmniejszy i najsłabszy. Gnębienie w szkole nie jest więc wymysłem XXI-wiecznych lewaków, ale taka jest psychologia człowieka i tłumu. Mechanizm antropologiczny kozła ofiarnego występuje bowiem we wszystkich kulturach. Ludzie w grupie czują się mocni. Zwłaszcza, gdy mają lidera. Przeciwnikiem lidera albo całej grupy zwykle jest kozioł ofiarny. Może się nim stać każdy!!! Zwłaszcza, gdy jest słabszy, wrażliwy i trochę odstaje od reszty. No i gdy jest nowy. Kozłem nie chce być nikt. Ale niestety zawsze ktoś jest. Czasem grupa traktuje go w miarę znośnie szydząc tylko trochę, a czasem gnębi wprost obrzydliwie. Niestety obecna szkoła nie broni dzieci pełniących rolę kozłów ofiarnych w swojej grupie przed atakiem rówieśników. Nie zostały wdrożone żadne procedury mogące przeciwdziałać takim zachowaniom. Zaś atak poza szkołą szerzy się dodatkowo w internecie, do którego przenosi się dzięki nowym technologiom. Dlatego to gnębienie ma większy zasięg i bardziej boli. Nie ma już dla zaszczutego dziecka bezpiecznego miejsca jakim kiedyś był dom. Bywa, że nie pomaga nawet zmiana szkoły, bo internet nie zapomina. Ohydne wpisy ciągną się za ofiarą jak piętno. Pani też internet tego wpisu nie zapomni. Zwłaszcza, że dała nim Pani zgodę na gnębienie słabszych psychicznie dzieci. Obarczyła Pani winą za ten stan rzeczy jedną stronę sceny politycznej, a tymczasem winni są temu wszyscy politycy. Czy rozumie Pani słowo „wszyscy”? Winien jest język debaty publicznej! Język jakim zwracają się do siebie dorośli. To język, którego używają w parlamencie. To język, którego i Pani używa na portalu Facebook, zapewne po to, by zyskać popularność.

Kozłem ofiarnym może stać się też cała grupa ludzi dla jakiegoś narodu. W latach 30. XX wieku byli to Żydzi, dziś… uchodźcy. Naukowcy twierdzą, że grupa szuka kozła ofiarnego w momencie kryzysu, którego przyczyną może być m.in. katastrofa polityczna, do której należy np. polityczna słabość struktur danej kultury. Coś w tym jest. To wy polscy politycy jesteście słabi, a swoją słabość obnażacie wypowiadając i wypisując słowa, które potem bezmyślnie powtarzają czternastolatkowie, a także dwunastolatkowie, a nawet dziesięciolatkowie i młodsi używając ich do gnębienia innych. Moja przyjaciółka, która jest nauczycielką, opowiedziała mi, jak gnębiono dwunastoletnią uczennicę w jej szkole. Były to między innymi słowa: „ty zawszony uchodźco, ty szmato, ty prostytutko, ty dziwko arabska, ty brudna kurwo!”. Klasa nie umiała odpowiedzieć na pytanie, co zarzuca koleżance i dlaczego wypisuje takie rzeczy o niej w internecie, poza tym, że dziewczynka była… nowa. Miała polskie imię i nazwisko, bo była Polką. Nie miała innego koloru skóry. Nie była lesbijką. Bycie nową w klasie to była jedyna popełniona przez nią „zbrodnia”. A nawet gdyby była innej orientacji seksualnej, innego wyznania, koloru skóry, pochodzenia, narodowości to co? Wolno wyzywać i gnębić? Pani swoim wpisem właśnie dała zgodę na tego typu zachowanie. Wstyd! I hańba!

Jeden z symboli dzieciństwa, czyli kolejny dzień śpiewam

W latach 70-tych w Telewizji Polskiej nocne dyżury w dziale łączności z widzami miewali dziennikarze. Ojciec, który pracował w TVP, miał je dość często. Dlatego nabierał czasem znajomych opowiadając, że do działu łączności z widzami zadzwoniła zgorszona kobieta mówiąc, że w „Dzienniku Telewizyjnym” pokazywano porno. Po sprawdzeniu informacji dyżurujący w dziale łączności z widzami dziennikarz odpowiadał: „To nie było porno. To tylko Fidel Castro jadł banana”. Dowcip może i głupi, ale niesamowicie działał na wyobraźnię. A oboje z Ojcem uwielbialiśmy głupie dowcipy. Ojciec opowiadał ten świński dowcip przy mnie, bo Fidel Castro, jako jeden z nielicznych dyktatorów, nie był dla mnie abstrakcją. Dowcip Ojca był zresztą odpowiedzią na mój dowcip, który przyniosłam do domu i był o tym, jak dwóch Polaków na Kubie chciało kupić chleb, który był na kartki. Nie wiedzieli jak to zrobić, ale zauważyli, że do sklepu weszli dwaj mężczyźni powiedzieli: „Cubanos Partizanos” i dostali chleb. Postanowili więc też tak zrobić. Weszli do sklepu i powiedzieli: „Cubanos Partizanos”. A sprzedawczyni na to: „Jacy Cubanos Partizanos? Gdzie macie brody”, w odpowiedzi na to Polacy zdjęli spodnie i pokazując przyrodzenia powiedzieli: „Tajnos agentos”. Dowcip przyniosłam ze szkoły. Cóż… była to szkoła mocno związana z Kubą. Do Szkoły Podstawowej nr 92 w Warszawie im. Ernesto Che Guevary (po reformie szkolnictwa, w wyniku której powstały gimnazja, podstawówka zmieniła patrona na Jana Brzechwę) poszłam w 1974 roku. Dwa lata wcześniej odwiedził ją Fidel Castro.
Gdy kilka lat temu powstał portal „Nasza Klasa” i rozpoczęliśmy wspominki na szkolnym forum, starszy kolega z podstawówki zamieścił w sieci zdobyte z CAF zdjęcia z tej pierwszej wizyty Fidela w naszej szkole. Rozpętały się dyskusje, dzięki którym kolega uzupełnił podpisy pod fotografiami. Obecni na uroczystości z Fidelem wspominali, że dziewczynką trzymająca kwiatki jest Ela Rychlica późniejsza drużynowa naszej 77 WDHiZ. Wspominali, że Castro od razu dostał od naszych harcerzy chustę i że obecna była wtedy kamera, choć to akurat widać na zdjęciach.

fot. CAF 1972

fot. CAF 1972

fot. CAF 1972

Poza tym dyskutowaliśmy o naszym patronie i Kubie obecnej w naszym szkolnym życiu. Pewne rzeczy pamiętaliśmy inaczej, ale… niektóre tak samo. Na przykład, że hymn szkoły miał refren:
„Tak jak Guevara przewodzi nam.
Wzór odwagi i wzór męstwa w walce o swój kraj”.

Wtedy chyba nikt z nas nie zwracał uwagi, że Guevara był Argentyńczykiem, a walczył o wolność Kuby, Boliwii i Kongo, zaś z hymnu nie wynika o jaki kraj chodzi. Wszystkie te kraje były dla nas zupełnie abstrakcyjne. Pani Alicja Mossakowska, nauczycielka muzycznego, uczyła wszystkie roczniki kubańskich pieśni rewolucyjnych i innych hiszpańskojęzycznych utworów popularnych na Kubie. Dla niektórych było to przekleństwo, dla innych coś fajnego. Należałam do tych drugich. Uwielbiałam śpiewać. Pewnie dlatego do dziś pamiętam tzw. „Bajamesę”, czyli hymn Kuby oraz pieśni „Hasta Siempre”, „Guantanamera” oraz pieśń rewolucyjną 26 lipca zwaną przez nas „Adelante Cubanos”. Pamiętam jak w pewne wakacje z koleżankami tak żarliwie śpiewałyśmy to w windzie bloku Elbląska 10A waląc przy tym pięściami w ścianki windy, że aż stanęła między piętrami.

Paradoksalnie, gdy jeżdżę samochodem na długie trasy i zmęczy mnie słuchanie radia sama śpiewam. Czasem wkradnie się do mojego samochodowego repertuaru coś z tamtych lat. Śpiewam przecież dla siebie i nikt tego nie słyszy. Kto mi zabroni śpiewać za kierownicą własnego samochodu hymn Kuby? Czasem jednak, gdy kończę śpiewanie na głos, pozdrawiam ewentualnych podsłuchujących. W dzisiejszych czasach można nas przecież inwigilować. Pieśni, które śpiewaliśmy nikt nam nie tłumaczył. Śpiewaliśmy je więc bezmyślnie, notując dyktowane przez panią Mossakowską słowa tak jak je słyszeliśmy. Treść pieśni poznałam dopiero jako dorosły człowiek. Wyjątkiem była wspomniana już pieśń rewolucyjna 26 lipca z refrenem zaczynającym się od słów „Adelante Cubanos”, bo miała też polską wersję językową z refrenem brzmiącym:

„Kubańczycy do broni!
Ojczyzna wynagrodzi wasze męstwo.
Nie będziemy pokorni,
tyraństwa wyplewimy podły chwast.
Nasze będzie zwycięstwo,
choć tyran jeszcze dzisiaj gnębi nas.
Dość już wyzysku, krzywdy dosyć
w boju się ważą nasze losy
naprzód bracia z osiedli i miast.”

Zarówno jej melodia jak i polski tekst od dziecka kojarzyły mi się trochę z „Międzynarodówką”. A ponieważ z domu wyniosłam wiedzę, że „Międzynarodówka” jest pieśnią francuską, na dodatek Francja kojarzyła mi się z wysoką kulturą i prababcią Zosią z Ruszczykowskich Piekarską, która kochała Balzaca, więc „Międzynarodówkę” lubiłam i zapewne z tego powodu również rewolucyjna pieśń Kubańczyków nie budziła mojego sprzeciwu i oburzenia.

Na akademii szkolnej jedną zwrotkę „Hasta siempre” śpiewałam jako solistka. Zwrotka brzmiała:

Tu braso gloriosa y fuerte
sobre la historia dispara
cuando todo Santa Clara
se despierta para verte.”

Potem był śpiewany przez cały chór refren kończący się słowami „Comendante che Guevara”.

Pewnego dnia do szkoły przyjechały panie z jakiegoś hiszpańskojęzycznego radia i nagrywały audycję o naszym patronie dla Kuby lub Argentyny. Zebrano kilka osób w jednej klasie i nagrywano z nami wywiady. Odpytywano z życiorysu Che Guevary, a ja musiałam zaśpiewać tę „moją” zwrotkę „Hasta siempre”, co zrobiłam dosyć chętnie, bo przecież lubiłam śpiewać. Potem panie spytały czy wiem o czym śpiewam. Miałam 11 lub 12 lat i kompletnie nie wiedziałam, ale jako dziecko, któremu inni dokuczają nie chciałam, by obecne przy tym niektóre koleżanki znów się ze mnie śmiały, więc zaczęłam strzelać korzystając z podobieństwa do innych języków, z których znałam pojedyncze słowa. Czasem jest to zbawienne a czasem bywa ryzykowne. Tym razem miałam wrażenie, że okazało się zbawienne. Powiedziałam, że jest tu coś o chwale (było słowo „gloria”, znane z kolęd) o śmierci (słowo „todos” kojarzyło mi się z niemieckim „todt”, a to było w śpiewanej w chórze piosence „Jest Warszawa”) i jest wyrażenie „Santa Clara”, a z życiorysu Che Guevary wiedziałam, że walczył w Santa Clara. Panie powiedziały, że dobrze, więc kamień spadł mi z serca. Pomyślałam, że mam szczęście, że nie pytają o inne pieśni, bo o czym jest „Guantanamera” dowiedziałam się już po skończeniu podstawówki. Również wtedy dowiedziałam się, że „todos” nie oznacza słowa „śmierć”, a „wszyscy” i że w związku z tym niezbyt dobrze zrozumiałam o czym jest śpiewana przeze mnie zwrotka „Hasta siempre”, ale po latach doceniam szlachetność dziennikarek, które zamiast mnie zganić – pochwaliły.

Paradoksalnie znajomość tych kubańskich pieśni bardzo mi kiedyś pomogła. W 2000 roku w Nowym Jorku wiózł mnie na lotnisko kubański taksówkarz. Było mało czasu do odlotu samolotu i groziło mi spóźnienie. Zaśpiewałam „Adelante Cubanos” oraz „Bajamesę” zaś… pan oddawszy gazu i złamawszy przepisy dowiózł na czas!

Czasem zastanawiam się ze znajomymi nad tym, czemu polskiej podstawówce dano takiego patrona jak Che Guevara. Ze szkolnych akademii wryło mi się w pamięć opowiadanie o nim, że był lekarzem. To jednało moją sympatię. Lekarz to ktoś dobry dla ludzi. Mówiono też, że był obywatelem argentyńskim, który walczył o wolność Kuby, Boliwii i Kongo, co wtedy w moim przekonaniu czyniło go szlachetnym człowiekiem, bo czyż każdy kto walczy by pomóc innym nie jest szlachetny? Jako dziecko nie miałam świadomości jak wygląda rewolucja, ani że potem pożera swoje dzieci. Nie wiedziałam o roli Fidela Castro w śmierci Che Guevary ani o tym, że być może stał za nią rownież Klaus Barbie. Dziś myślę, że mówiono nam tak o naszym patronie, bo ówczesna dyrekcja (w postaci pani Zdzieszyńskiej) chciała ambitniej podejść do problemu, a jednocześnie (mimo wszystko) nie zatruwać nam za bardzo umysłów.

Fidel poza tym 1972 rokiem nigdy więcej nie odwiedził naszej szkoły, ale delegacje z Kuby co jakiś czas przychodziły na szkolne akademie. W 1976 lub 1977 odwiedził nas Raul Castro z żoną Vilmą. To widziałam na własne oczy, bo cała szkoła była na akademii ku czci Che Guevary z udziałem gości z Kuby. Raul mnie nie zainteresował. Nawet nie pamiętam jego twarzy z tamtego okresu. Natomiast ogromne wrażenie zrobiła na mnie Vilma Castro, która wydała mi się interesująca, elegancka i bardzo światowa. Od szkolnej delegacji dostała wtedy szmacianą lalkę ze szkolną tarczą.

Dziś śmieszy mnie, gdy po latach czytam w sieci wspomnienia uczniów naszej szkoły, że komuś z nich z Guevarą było nie po drodze, albo że ktoś specjalnie zachorował, by nie być w szkole podczas wizyty Fidela Castro. Naprawdę? Czy nie jest to przypadkiem sztuczne kombatanctwo, w którego szatki tak lubimy się ubierać jako dorośli wmawiając sobie i światu, że od dziecka byliśmy tacy prawi i zbuntowani przeciwko reżimowi, w którym przyszło nam żyć? Na zdjęciach z wizyty Fidela w szkole widzę same uśmiechnięte twarze. Mnie wtedy interesowało tylko pisanie po kryjomu opowiadań i pamiętnika oraz śpiewanie. Ale naprawdę nie kojarzę wśród swoich rówieśników żadnego buntu przeciwko patronowi czy odwiedzającym nas delegacjom kubańskim. Pamiętam nawet żal koleżeństwa, że wtedy gdy mój rocznik był w 7 i 8 klasie nie mogliśmy pojechać z tradycyjną przeznaczoną dla 7 i 8 klas wycieczką na Kubę, bo były to czasy stanu wojennego.

Śmierć Castro to dla mnie koniec pewnej epoki w moim własnym życiu. I nie ma to nic wspólnego z polityką. Kubę na pewno czekają zmiany, bo nic nie trwa wiecznie, a przede wszystkim dyktatura i tyrania. Ja zaś piszę o tym, choć nie tęsknię za podstawówką, bo mi dokuczano. Szkoła mi się śni jako koszmar i raczej nie poszłabym na klasowe spotkanie po latach, bo i po co? Bywa jednak, że tęsknię za czasami, kiedy żyli oboje moi rodzice, a ja nie miałam dylematów czy Che Guevara to morderca czy bohater ani czy pieśni, których nas uczono to indoktrynacja czy nie. Bo śpiewałam je bez zrozumienia, ale z przyjemnością. Dla mnie po prostu miały piękne melodie.

Ja – Dominik, czyli życie z przetrąconą duszą

O tym, czy istnieje lek na frustrację i nienawiść myślę obserwując pewne zjawiska wokół. Być może niektórzy upatrują tego leku w narkotykach, inni w alkoholu, ja jednak twierdzę, że to nie działa. Tak naprawdę skutecznego leku na frustrację i wypływającą z niej nienawiść do innych nikt jeszcze nie wymyślił. A bardzo by się przydał. Przydałby się wszystkim, którzy gnębią innych, a także w internecie wylewają swój jad. Kiedyś robili to anonimowo. Teraz zdarza im się, że podpisują imieniem i nazwiskiem. A skoro skuteczniej kary za to nie ma, frustracja objawiająca się powszechną nienawiścią i opluwaniem bliźnich, rozprzestrzenia się jak wirus ebola. I to rozprzestrzenia w tempie zastraszającym.

Przyznam, że nie chciałabym mieć znowu 14 lat. To refleksja po prześledzeniu sprawy Dominika z Bieżunia, który popełnił samobójstwo. Gdy miałam 14 lat przeżywałam nie mniejsze piekło niż on, choć nie miałam zajęczej wargi i siedmiu operacji plastycznych poprawiających wygląd, ani nie ubierałam się jakoś inaczej od innych, bo w zapyziałej rzeczywistości PRL nie było zbyt wielkich możliwości. A jednak… gnębiono mnie w szkole strasznie. Nasiliło się to zwłaszcza w klasach VI-VIII, czyli odpowiedniku dzisiejszego gimnazjum. Trudno dziś powiedzieć, za co tak konkretnie mnie gnębiono. Faktem jednak jest, że bez przerwy wysłuchiwałam, że jestem głupia i brzydka. Po latach, kiedy po raz tysięczny analizowałam to wszystko, myślę, że przyczyną była moja nadmierna wrażliwość, co z kolei wynikało z tego, z jakiego byłam domu. Umiałam od małego wczuwać się w położenie innych. Gdy miałam 11 lat na obozie harcerskim nazwano mnie kablem, a koleżanki wyrzuciły mnie z zastępu. Dlaczego? Oto odwiedzili nas rodzice. Jeden z kolegów, którego nikt nie odwiedził, powiedział do koleżanki, której tata przyjechał na trochę dłużej niż inni rodzice: „kiedy twój ojciec stąd wyjedzie? Niech wypierdala!”. No grzeczne to nie było, ale gdzieś tam rozumiałam frustrację chłopca, którego nikt nie odwiedził. Koleżanka zwierzyła mi się, że jak jeszcze raz powie do niej coś o jej ojcu, to wówczas ona mu wykrzyczy prosto w twarz całą prawdę, która brzmi: „zazdrościsz, że swojego ojca nie masz!”. Kolega ojca nie miał. Dla mnie to, co chciała mu powiedzieć było straszne. Byłam chowana przez oboje rodziców. Od małego słuchałam od mamy o tymże koledze (sąsiedzie z podwórka) opowieści, jak to on jest biedny, bo tatuś porzucił jego i matkę, gdy on miał bodajże kilka miesięcy. Swojego ojca nigdy nie widział. Dlatego perspektywa, że koleżanka powie mu tak straszne słowa była dla mnie okropna. Zaczęłam błagać, by tego nie mówiła, bo to coś strasznego. Że to nie jego wina, że nie ma taty. Że dokuczanie mu z tego powodu to coś brzydkiego. Koleżanka była niewzruszona, nakręcona i wściekła. A ja bałam się, że lada moment wykrzyczy mu w twarz, że zazdrości jej ojca, bo nie ma własnego, a tym samym uderzy w czuły punkt. Pobiegłam prosić o pomoc druhnę. Była wstrząśnięta tak, jak ja. Porozmawiała z koleżanką, a ja… zostałam kablem – odepchniętym przez nią i jej sojuszniczki. Wylądowałam wtedy w męskim zastępie i w męskim namiocie. I jakoś przeżyłam obóz, przyjaźniąc się najbardziej z kolegą, który jak się dowiedziałam po latach – został… księdzem. Gdy jakiś czas temu opowiadałam to przyjaciółce uświadomiła mi, że rzadko zdarza się takie myślenie u 11-letniego dziecka. Ja jednak tak wtedy rozumowałam. Przyczyną były zapewne rozmowy prowadzone w domu przez rodziców między sobą i te prowadzone ze mną. W większości idealistyczne z dzisiejszego punktu widzenia, czyli: nie kłam, bądź lojalna, kochaj Polskę, broń słabszych, ucz się etc. Do tego dochodziły opowieści o dziadku jednym i drugim, o pradziadku, o stryju harcerzu, który zginął w powstaniu jak bohater i tym podobne sprawy. Oczywiście święcie wierzyłam (i zdaniem niektórych NIESTETY nadal wierzę), że „bez pracy nie ma kołaczy”, a do serca i głowy brałam sobie maksymy typu mickiewiczowska: „miej serce i patrzaj w serce” lub Owidiusza: „cokolwiek czynisz mądrze czyń i oczekuj końca”. Przyczyną tego gnębienia mnie było też to, że moi rodzice (wykształceni ludzie) nie znali odpowiedzi na wszystkie pytania i nie próbowali nigdy udawać, że wiedzą wszystko. Gdy zadawałam pytanie, a oni nie wiedzieli co odpowiedzieć – odsyłali do stojącej na półce 18-tomowej encyklopedii Orgelbranda. Wiele haseł do dziś jest aktualnych. Tymczasem sporo moich koleżanek i kolegów (co widzę dziś, po dogłębnej analizie) miało prostych, niewykształconych rodziców, którzy wychowywali swoje dzieci w przeświadczeniu, że starszy znaczy mądrzejszy. Kiedyś opisałam tu historię z „pomyksem”, ale było takich sytuacji o wiele więcej, kiedy niewykształcony ojciec coś wmawiał swojemu dziecku, a ono wierzyło, bo wychowywane w myśl zasady: „starszy wie wszystko” uważało go za największy i nie do zakwestionowania autorytet. Dla mnie do dziś to jest fenomen i coś niesamowitego. Zwłaszcza w czasach upadku autorytetów. Jednak wtedy ta pewność siebie rodziców niektórych dzieci z mojej klasy sprawiała, że i te dzieci czuły się pewnie. To zaś w zderzeniu z brakiem pewności siebie moich rodziców, którzy wszystko po kilka razy sprawdzali oraz z faktem, że i ja nie miałam i do dziś nie mam pewności siebie, tworzyło wybuchową mieszankę. Do tego dochodziła jeszcze różnica w wystrojach naszych domów – u mnie brakowało meblościanek i był nadmiar książek i obrazów. U większości dzieciaków odwrotnie. U mnie nie było dywanów i można było łazić po podłodze w butach – u innych wstęp tylko na bosaka, a buty za drzwiami. W kilku domach nie wolno było w ogóle wejść do środka, dlatego u kilku koleżanek wszelkie rozmowy odbywały się na klatce schodowej. Byłam więc inna (na szczęście nie ja jedyna). Historii, kiedy mnie gnębiono były setki tysięcy. Pamiętam je wszystkie. Pamiętam na szczęście i pamiętam na nieszczęście. Na szczęście i nieszczęście dla siebie i na nieszczęście dla innych. Bo być może w moich oczach widzą to, że pamiętam. Choć oni sami być może nie pamiętają, bo i dla nich to lepiej. Jedna z koszmarnych historii dotyczyła pozornie niewinnej zabawy w inteligencję. Oto graliśmy w to na dużej przerwie. Literą, na którą trzeba było wypisać państwo, miasto, zwierzę, a także ubranie i tak dalej była litera Z. Tylko ja wpisałam ubranie na Z. Była to zapaska. Oczytana w ludowych baśniach polskich i powieściach historycznych, w których roiło się od bab z zapaskami byłam pewna swego. Koleżanki wyśmiały mnie. Powiedziały, że nie ma takiego ubrania, a ja jestem głupia. Ich zdaniem pomyliłam to z podpaską. Tak jestem głupia, że nawet nie wiem czym jest podpaska lub tampon. Było jeszcze słowo o tym, że nie mam biustu, mózgu, miesiączki. Zdaniem koleżanek była to ważna rzecz w okresie dojrzewania. Tak ważna, że bez tego niemal nie było się człowiekiem. Jeszcze setki innych tekstów poleciały w moim kierunku. Chciałam udowodnić istnienie zapaski. Nadarzyła się okazja bez proszenia o pomoc dorosłych, czego po obozowym doświadczeniu starałam się unikać. W klasie stała czterotomowa encyklopedia PWN. Pobiegłam wziąć z półki ostatni tom, w którym moim zdaniem na pewno było wyjaśnienie znaczenia słowa „zapaska”. Nie dane było mi zajrzeć do środka. Encyklopedię mi wyrwano, a jedna z koleżanek przy wielkiej radości pozostałych, przyłożyła mi nią w głowę oznajmiając reszcie, że jestem „podpaską” i „głupim peklem”, co reszta ochoczo i ze śmiechem podchwyciła. Dzięki temu skończyłam podstawówkę, jako „podpaska” i „brudny pekiel” uciekając do liceum oddalonego od domu o 5 przystanków. Wszystko po to, by być z dala od „życzliwych koleżanek”. W tamtych czasach (tak jak i dziś) można było gnębić w szkole, można było gnębić i po szkole, jeśli ktoś dopuszczał gnębicieli do siebie. Ja dopuszczałam. Chciałam mieć koleżanki. Paradoksalnie każda z nich była dla mnie miła, gdy byłyśmy we dwie. Ale niech no tylko pojawiała się trzecia osoba – zawsze ja byłam tą, która musiała oberwać od pozostałych dwóch. W gnębieniu pomagały im modne wówczas zeszyty ze złotymi myślami i tym podobne „wynalazki”. Do dziś pamiętam zwyczaj zbierania w zeszycie specjalnych wpisów od koleżanek. Wpisów, w których informowały co myślą o właścicielce zeszytu. Do zapisania miały dowolną liczbę kartek, mogły swój wpis okrasić rysunkami, nalepkami, kalkomaniami itd., a na końcu koniecznie musiały to wszystko razem zakleić. Właściciel zeszytu otwierał ten wpis dopiero wtedy, jak cały zeszyt został zapisany przez koleżanki i kolegów. Też miałam ten zeszyt. Też nie mogłam doczekać się, kiedy będę mogła to wszystko, co w nim zostało napisane przeczytać i obejrzeć zamieszczone w nim rysunki, nalepki czy kalkomanie. I wreszcie się zapełnił, a ja doczekałam chwili, kiedy przeczytam. Porozdzierałam pozaklejane kartki i… to był jeden z tych dni, kiedy pomyślałam, by się zabić. Kiedy nie chciałam żyć i nigdy więcej iść do szkoły. Pamiętam jeszcze głupie uśmieszki koleżanek, które pytały, czy przeczytałam. Dziś myślę, że gdyby w tamtych czasach był internet – mogłabym nie przeżyć. Wsparcie taty mogłoby nie wystarczyć. Wyobrażam sobie ile pootwierałyby stron poświęconych mnie, ile fanpejdży ze słowami: „weź Piekarska idź sobie popłacz” lub nawet „zdychaj” . A zrobiłyby to na pewno, znając ich zapał do dokuczania.

Doświadczenie ze szkoły i fatalna opinia dotycząca gimnazjów sprawiły, że gdy mój syn poszedł do szkoły, niczego tak się nie bałam jak konfliktów z kolegami. Na szczęście przeszedł przez szkołę bez takich historii. Wpajane miał też, by samemu nigdy nie być oprawcą. To było dla mnie nie mniej ważne. A może i bardziej?

Czas nie leczy ran. On uczy z nimi żyć. Uczy przekuwać na coś pozytywnego. Ja nie zapomniałam o tym wszystkim co mnie spotkało nawet nie dlatego, że mam swój pamiętnik z lat szkolnych, prowadzony od 11-go roku życia, ale dlatego, że po prostu mam dobrą pamięć. Kiedyś już pisałam, że nie gniewam się na swoich „oprawców”, bo trudno gniewać się na dorosłych dziś ludzi za „grzechy dzieciństwa” i głupotę lat minionych. Nie zmienia to jednak faktu, że nie koleguję się z nimi, choć mam wśród znajomych na FB i czasem zamienię kilka słów. Ale nie spotykamy się. Nie przypuszczam byśmy mogli szczerze o czymkolwiek rozmawiać. Zwłaszcza, że pewnych spraw cofnąć się nie da. Faktem jednak jest, że moja dobra pamięć przypomina mi niemal codziennie o zdarzeniach, o których inni starają się zapomnieć. Pamiętanie pomaga mi jednak pisać dla nastolatków. I to jest to coś dobrego. Pamiętanie pomaga mi zrozumieć ich problemy, rozmawiać z nimi na spotkaniach i odpowiadać na ich listy. Pomaga mi też zrozumieć Dominika z Bieżunia. A także 14-letnią Anię, uczennicę jednego z trójmiejskich gimnazjów, która powiesiła się na skakance dzień po tym jak dwaj jej szkolni koledzy rozebrali ją i dotykali, zaś trzeci z chłopców nagrywał wszystko telefonem przy milczącej akceptacji reszty klasy. Rozumiem też 12-letniego Kamila z Łodzi, który wyzywany przez kolegów powiesił się na psiej smyczy. Rozumiem jego imiennika Kamila ze znanej mi miejscowości Duczki pod Wołominem, który wysłuchiwał i od nauczycielki i rówieśników, że jest nikim, więc też odebrał sobie życie. Czytam informacje o nastoletnich samobójcach i zawsze myślę, że to mogłam być ja. Przeżyłam chyba tylko dlatego, że żal mi było ojca, którego byłam oczkiem w głowie, no i bałam się gniewu matki, który uważałam, że mógłby mnie dopaść nawet na tamtym świecie, bo na pewno mimo wiecznego tresowania mnie, bardzo mnie kochała i być może od rau zabiłaby się z rozpaczy. Wiedziałam, że śmierć dziecka jest czymś najgorszym dla rodziców. W dzieciństwie płakałam nie tylko nad losami Nemeczka (bohatera „Chłopców z placu broni”), który zmarł na zapalenie płuc, ale i nad jego osieroconymi rodzicami, bo nad nimi płakała moja mama. Nie pochwalam samobójstwa, ale rozumiem, że zaszczute dziecko, które się nie ma gdzie schować przed światem – wybiera śmierć, bo tam już nikt go nie dopadnie. Niestety… nadal nie mogę zrozumieć tej frustracji, która powoduje, że ludzie zachowują się tak, jak zachowują i robią to co robią po śmierci kogoś, kto był ofiarą ogromnej fali nienawiści. Kompletnie nie rozumiem czemu po śmierci Dominika, którego samobójstwo powinno być dla jego oprawców wstrząsem, jak grzyby po deszczu wyrosły strony z tekstami typu „dobrze, że zdechł”, a jego oprawcy przyznali, że smucą się tylko z tego powodu, że nie mają teraz kogo gnębić. Tak, jakby gnębienie chłopaka było nie tylko ich rozrywką, ale i jedynym celem w życiu. Sama zgłaszałam stronę na FB zatytułowaną „Dominik Szymański gwałcił małe sznuróweczki”, na której głównym zdjęciem była pętla ze sznurówek i tekst: „buciki się cieszą, domina powieszą”. Ciekawi mnie co robili rodzice zakładających ją dzieciaków.

źródło: Facebook

Gnębieni w dzieciństwie dzielą się na tych, którzy zabijają się, bo nie wytrzymują presji otoczenia a ze strony bliskich mają zbyt małe wsparcie i na tych, który żyją. Ci którzy przeżywają i tak mają na zawsze przetrąconą duszę. I to nawet jeśli dobrze im się wiedzie i są szczęśliwi. Ja jestem szczęśliwa, ale mam przetrąconą duszę. Umieram wraz z każdym popełniającym samobójstwo gnębionym nastolatkiem. Umieram od nowa, jak wtedy, gdy jako nastolatka otworzyłam swój zeszyt ze złotymi myślami koleżanek o mnie. Czasem ciekawi mnie, czy czytając w gazetach lub oglądając w telewizji informacje o tych śmierciach myślą o sobie z tamtych lat? Wątpię, czy myślą o mnie. Zresztą nie chcę w nich wywoływać poczucia winy i nie po to o tym piszę. Faktem jednak jest, że zamieszczony przeze mnie na FB link do artykułu w sieci o śmierci Dominika, jako pierwszy skomentował kolega, którego los był podobny do mojego. Potem skomentowali obecni znajomi. Ci z dzieciństwa milczeli. Zresztą… co mieliby napisać w komentarzu?

Szymon Majewski zrobił sobie koszulkę ze zdjęciem Dominika i napisał: „Nie lubię wielkich słów. Jestem raczej specem od tych żartobliwych gierek. Ale śmierć Dominika mną wstrząsnęła. Pamiętam dobrze, że gdy miałem lat 15 i więcej, byłem nazywany „pedziem”, „ciotą“ z powodu długich włosów, kolorowych skarpet i krawatów. Tak lubiłem się ubierać. I miałem czasami ciężko. Dlatego zrobiłem sobie T-shirt z Dominikiem. Tak chciałem pokazać że lubię to co robi a raczej niestety „robił“. Dać mu lajka. Marzyłbym żeby taki Dominik już nigdy nikomu nie przeszkadzał. Szymon”

źródło: Facebook

Ja zrobiłam ten wpis. Bo też chciałabym, by taki Dominik nigdy nikomu nie przeszkadzał.

I tak na koniec. Paradoksalnie zanim mój blog zyskał obecny adres (wcześniej blogowałam pod adresem piekarska.blog.onet.pl) na tej stronie było coś zupełnie innego. Trzy wpisy poświęcone piętnastoletniej wówczas dziewczynce o moim nazwisku i innym imieniu (choć też na M.), z których wynikało, że blog został założony, by oznajmić światu, że taka i taka Piekarska to kurwa i szmata. Ze względu na szkodliwą treść i niską wartość po moim zgłoszeniu zwolniono adres dla mnie. Przyznam, że dość często myślę co stało się z M. Piekarską, której tak nienawidzili rówieśnicy, że aż im się chciało założyć stronę i opluwać ją we wszystkich trzech wpisach. Mam nadzieję, że przeżyła.

PS Ponad 30 lat temu jeden z niezwykle uzdolnionych plastycznie kolegów poprzerabiał mi obrazki w ulubionej książce. Dzięki niemu jej bohaterowie zyskali genitalia i inne „ciekawostki”. Nadal jednak była ona moją ulubioną książką. Przez te pomazane obrazki zyskała nową „jakość”. Stała się jedyną i wyjątkową. Gdy mój syn był mały w sekrecie pokazywał książkę kolegom, jako „świńską” ciekawostkę. Ponieważ ilekroć komuś ją pokazywałam zachwycał się kreską kolegi i był ubawiony, więc po latach zeskanowałam rysunki i pokazałam znajomym w sieci, jako niezwykle śmieszną rzecz. Paradoksalnie, jak mi potem doniesiono, autor przeróbki rysunków myslał, że zrobiłam to z zemsty za to, że kiedyś mi dokuczał. Oglądającym rysunki nigdy nie przyszło do głowy, że mógł je zrobić ktoś, kto chciał mi w ten sposób dokuczyć. Patrzyli na nie jako dorośli ludzie. Nie zastanawiali się, że ja miałam wtedy 11 lat, a ów kolega 14.

Cło od audiobooka, czyli list na Białoruś

Gdy jakiś czas temu wystawiłam na aukcję Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy audiobook swojej książki „Tropiciele” i sugerowałam, że ktoś, kto wygra licytację, będzie mógł zdecydować, komu wysłać przesyłkę, Podałam pomysł, że można obdarować np. polskie szkoły na kresach. Czytelniczka, która wygrała licytację (152,50 PLN) zażyczyła sobie, bym książkę wysłała do Biblioteki w Rzeplinie. Ponieważ w tym samym czasie mój stały czytelnik Henry napisał do mnie, że jest za tym, by ufundować kilka moich audiobooków polskim szkołom na kresach i przysłał na to pieniądze, więc postanowiłam, że i audiobook do Rzeplina i audiobooki na kresy wyślę za jednym zamachem. Powstał oczywiście problem ile audiobooków pójdzie na kresy, bo nie wiadomo ile dokładnie kosztuje przesyłka, ale tym postanowiłam się nie martwić. Zakupiłam 10 kopert z bąbelkami, rozprułam 10 płyt, by wpisać dedykację i… zaczęły się schody! Wszystko dlatego, że jak to zwykle bywa, im dalej w las, tym więcej drzew. Oto nagle okazało się, że problemem nie jest wysłanie audiobooka, ale zdobycie namiarów na szkoły. Adresy do polskich szkół na kresach podane w sieci są dawno nieaktualne. Trochę pomogli mi czytelnicy. Kilku z nich podesłało namiary na zaprzyjaźnione szkoły. Wprawdzie trafił się też tzw. „hejter”, który napisał „Oni już tam mają Łukaszenkę. Trzeba im koniecznie dokładać więcej zmartwień w postaci twojego ‘audiobooka’?”, ale wszyscy już chyba wiedzą, że bez nienawiści w Polsce żyć się nie da. Sporo pomogła Wspólnota Polska podając kolejne namiary na polskie szkoły lub ludzi, którzy taką wiedzę posiadają. Ale mimo pomocy, te przysłowiowe schody zaczęły się robić coraz bardziej strome. Otóż… o ile z Litwą czy Ukrainą problemów nie ma, o tyle  z Białorusią są. Okazało się bowiem, że prawdopodobnie wysłanie audiobooka na Białoruś, będzie się wiązało z przejściem odprawy celnej! Cóż… to mnie tylko jeszcze bardziej „podkręciło” w chęci wysłania. Naprawdę bardzo chętnie przejdę odprawę i dowiem się, co zdecydują białoruscy celnicy. O czym oczywiście poinformuję czytelników, bo uważam, że nakładanie cła na list z jednym audiobookiem (a w jednej kopercie jest jeden audiobook) jest czymś niezwykle absurdalnym! We Wspólnocie Polskiej spytano mnie, czy nie można tego słać mailem, bo będzie prościej i bez komplikacji. Wyjaśniłam, że można, ale chodzi o to, żeby to było z okładką, autografem itd. I tak na biurku leży stosik audiobooków w niezaadresowanych kopertach. Czekam po prostu na odpowiedzi, zwłaszcza z Białorusi. Na jaki adres im słać? By nie komplikować sytuacji, na Białoruś pójdzie jeden audiobook. Reszta na Ukrainę, do Rosji i na Litwę. Ale o tym, jak to będzie, tzn. ile tych audiobooków będzie i jak dokładnie stanie się z cłem – dam znać. Najpierw dowiem się co z cłem. To może być już nie absurd, ale prawdziwa paranoja!

„Tylko” czy „aż” gość?

 

Nigdy nie lubiłam szkoły. Ciotka mojego ojca – Stefania z Ruszczykowskich Krosnowska też nie lubiła i dlatego twierdziła, że jak ktoś nie lubi – powinien ją szybciutko skończyć. Ona skończyła szybciutko i została księgarzem, bo kochała ksiązki i czytanie. Ja też szybciutko skończyłam i tez kochałam ksiązki i czytanie. Niestety szkoła śni mi się czasem, jako koszmar. Oczywiście śni mi się głównie podstawówka. Chodzę jej korytarzami, ukrywam się przed koleżankami, złymi nauczycielkami itd. Zawsze serce wali mi ze strachu jak młot.

Chwile, kiedy musze pojechać do szkoły na zdjęcia dla TVP czy inny dziennikarski materiał uważam za koszmarne. Kilka dni temu byłam w pewnej szkole na święcie patrona. Wysłano mnie oczywiście służbowo, jako dziennikarkę TVP. Poziom uroczystości żaden! Rozumiem – patron szkoły osoba wielka, ale szkoła tej wielkości udźwignąć nie umie. Nie chcę pisać szczegółów, (co to za szkoła i co za patron), bo nie chcę, by rozpętała się niepotrzebna burza. Faktem jest, że występy uczniów były na żenująco niskim poziomie. Dzieciaki śpiewając fałszowały, repertuar był niżej dna i tak dalej. Uczennice na pytania o patrona wzruszały ramionami. „Nie wiem, co powiedzieć” – wyznała jedna z nich. Obie zresztą nie miały za wiele do powiedzenia, choć patron znaczny i znaczący, a one są gimnazjalistkami, a nie berbeciami. Dodatkowo pani dyrektor mówiła „po polskiemu”. Na pytanie o patrona szkoły powiedziała, że wybrano go, bo duża ILOŚĆ ludzi na niego głosowała. Może jestem niesprawiedliwa i czepialska, ale wydaje mi się, że dyrektor szkoły powinien odróżniać rzeczowniki policzalne do niepoliczalnych, czyli ludzi, których podaje się w liczbach od mąki, która podaje się w ilości kilogramów, pudów itd. Pani była zresztą niezwykle zarozumiała, chwaliła się koneksjami w wyższych sferach, dając do zrozumienia, ze jeden jej telefon do przedstawiciela wyższych sfer i świat się zmieni tak, jak ona tego zachce.

Zdjęcia brały ode mnie potem inne redakcje, bo patron szczególny i ważny. Jak zmontować z tego coś z sensem? Udało się, ale przyznam, że psychicznie się tym wszystkim zmęczyłam. Jestem w stanie zdzierżyć kulawe występy przedszkolaków, ale fałszujące wycia gimnazjalistów są ponad moje siły i nerwy. Są ponadto czymś, co nie jest urocze, a żenujące.

Dwa dni temu znów poszłam do pewnej szkoły na święto patrona. Poprosiła mnie jedna z miejskich gazet i… grzecznie pobiegłam z aparatem w garści. Patron szkoły ma pomnik tuz przed budynkiem. Dlatego uroczystość rozpoczęło złożenie kwiatów przed tym pomnikiem. By wszystko odbywało się godnie przed pomnikiem ustawiły się poczty sztandarowe wszystkich szkół, które noszą imię tegoż patrona. Trochę tych szkół jest, więc i trochę pocztów było. Problem był jeden. Tego dnia na dworze temperatura wynosiła tylko kilka stopni na plusie, na drzewach leżał śnieg, a szyby auta musiałam skrobać. Tymczasem poczty sztandarowe składały się z dziewczynek ubranych w bluzki z krótkim rękawkiem. I te dziewczynki tak ubrane stały na dworze, a dyrekcja szkoły im na to pozwoliła! Składanie wieńców trochę trwało (z kwadrans, co najmniej), bo delegacji było sporo, a patron mocno zasłużony dla miasta i kraju. Pani dyrektor przejęta, bo na uroczystości obecny kurator oświaty, rzecznik praw dziecka itd. I ja tak sobie pomyślałam: Rzecznik Praw Dziecka był na uroczystości, zebrał wielkie brawa od siedzących na Sali gimnastycznej ludzi. Wcześniej był na składaniu wieńców. Wydaje mi się, że musiał to wszystko widzieć. Czemu nie zwrócił uwagi? Czemu pozwolił, aby dzieciaki w krótkich rękawkach stały na zimnie szczękając zębami? Ja byłam w bluzce, żakiecie i kurtce, a na dodatek szczelnie owinięta szalikiem. Widok nagich dziewczęcych rąk z gęsią skórką powodował, że z zimna mną wręcz telepało! Rozumiem, że szacunek dla patrona itd., i trzeba na galowo, ale czy szacunek musi od razu oznaczać narażanie dzieci na przeziębienie? Szkoła powinna być przyjazna. Nie jest. I to nie tylko w czasie nauki, ale też w czasie wolnym od lekcji. Po raz kolejny cieszyłam się, że szkoła to dla mnie przeszłość. Że przychodzę tu tylko, jako gość. Ale, ale… gdy tak się wściekam na denny poziom występów lub szczękam zębami na widok pocztu sztandarowego od razu nachodzi mnie refleksja: jestem tu gościem „tylko” czy „aż”?

PS Chętnie zamieściłabym zdjęcie stojącego na zimnie pocztu sztandarowego, ale nie chcę zdradzać, co to za szkoła…

Pyskówki z kretynami i rzadcy aniołowie

Kiedy byłam jeszcze uczennicą – i to w podstawówce – rodzice, a zwłaszcza mama ciągle narzekali, że jestem pyskata i to także w stosunku do nauczycieli. No niestety… od małego nic mnie tak nie irytowało jak zależność od ludzi, których odbierałam, jako głupich. Nasiliło się to w szkole średniej, zwłaszcza na języku polskim gdzie polonistką w liceum była kompletna idiotka, a w drugim liceum osoba jeszcze głupsza. Zostało mi to rzecz jasna do dziś. Gdy moje zawodowe życie zależy od jakiegoś kretyna (a dość często się niestety tak zdarza, bo władza i głupota bardzo często idą w parze) nie mogę się powstrzymywać i po prostu mu dogryzam. Z reguły tak, by nie mógł się obrazić i by wszystko pozornie pozostało w sferze żartów. Czasem się nie odzywam tylko w zaciszu domowym zgrzytam zębami. Częściej jednak pyskuję. Kiedyś szefowała mi kompletna kretynka, która miała idiotyczne i niezbyt merytoryczne żądania, bo zupełnie nie znała się na telewizji przychodząc do pracy po linii partyjnej. Żądała na przykład, aby ludzie w naszych materiałach nie byli szczerbaci, bo to nieestetyczne. Dlatego ona pytała, a ja pyskowałam:
- Czemu facet w tym nagraniu był szczerbaty?
- Bo nie miał zębów.
- Czemu nagrany został facet bez zębów?
- Bo był sołtysem.
- Nie można było nagrać kogoś innego?
- Nie. Musiał być nagrany przedstawiciel władzy we wsi.
- A nie można było nagrać innego sołtysa?
- Nie. Bo zgodnie z ustawą o samorządach we wsi jest jeden sołtys.
Ta sama osoba pytała, a ja znów pyskowałam:
- Czemu w nagraniu o dwóch chłopcach, którzy weszli na lód nie ma informacji, czemu na ten lód weszli?
- Bo nie wiemy.
- Trzeba się było dowiedzieć.
- Skąd? Od tego, którego zwłoki wyłowiono spod lodu, czy od tego, który odkorowany umiera w szpitalu?
- Ale może, kiedy wchodzili na lód obok stali jacyś ludzie i to widzieli.
- Tak. Bo jak dzieciaki wchodzą na lód to wrzeszczą głośno informując okolicę, w jakim celu wchodzą na lód.
Owa szefowa nienawidziła mnie z całego serca i było to uczucie rzecz jasna odwzajemnione. Jednak wtedy już wiedziałam, że pyskowanie jest u mnie rodzinne, więc starałam się choć trochę powstrzymywać, choć koleżeństwo twierdziło, że i tak jadę po bandzie. Bynajmniej nie mam tego po Ojcu, który pyskaty nie był, a raczej w sobie dusił i w samotności przeżywał zmagania z głupimi ludźmi, od których zależało jego być albo nie być. To cecha po mamie. Cecha odziedziczona po mojej mamusi, która zawsze żądała, abym była grzeczna i posłuszna. Dziś wiem, że to dlatego, że z autopsji widziała, do czego taka rozdarta morda prowadzi. Już, jako dorosła osoba dowiedziałam się, że mama była pyskata, że z tego powodu tak, a nie inaczej potoczyło się jej zawodowe życie. Pyskowała nauczycielom, szefowi w pracy itd. Mało tego! Okazało się, że to cecha, która odziedziczyła także moja cioteczna siostra. Z powodu „rozdartego ryja” wyleciała ze szkoły przed maturą. Powiedziała nauczycielce, że jakby jej tatuś był w partii to by była inaczej traktowana. No i zrobiła się afera. Oczywiście rzecz miała miejsce dawno temu w latach 60-tych. Pyskaty jest też mój syn…
A piszę o tym wszystkim dlatego, że zdarzają się w moim życiu wyjątki. Miałam na swojej drodze nauczycieli, do których miałam szacunek i takich szefów. Za jednym nawet tęsknię. Na szczęście mój syn też takich zna. Powiedział ostatnio ze smutkiem:
- Wiesz, co się stało? Nasz dyrektor nie żyje.
I naprawdę był zmartwiony. Cóż… dr Eugeniusz Śniegowski, który dowodził jego liceum (im. Agnieszki Osieckiej) rzeczywiście był osobą przesympatyczną. Miałam okazję rozmawiać z nim wielokrotnie, bo jeszcze zanim Maciek poszedł tam do szkoły przyjeżdżałam do Osieckiej z kamerą na konkursy im. patronki szkoły, odsłonięcie muralu, itd. Teraz dyrektor – germanista – odszedł na wieczną radę pedagogiczną, by stawiać stopnie aniołom i klasyfikować do wyższych klas anielskich, a Maciek powiedział, że cała szkoła jest w szczerej żałobie. Jakie to smutne i piękne zarazem. I jaka szkoda, że takie sytuacje, gdy nasz nauczyciel czy szef jest tak godzien szacunku, że szczerze za nim tęsknimy zdarzają się rzadziej niż te, kiedy jest kompletnym kretynem.

Magister, czyli 75 lat minęło

Liceum, w którym zdawałam maturę uroczyście obchodziło 75-lecie. Nie mogę powiedzieć, bym w tej szkole była szczęśliwa, ale… czas niekiedy usuwa z pamięci niemiłe chwile. Z mojej wprawdzie nie usunął, bo ta moja dobra pamięć mnie kiedyś zabije, nie mniej jednak… wydoroślałam. Ze złymi wspomnieniami umiem żyć, no i nie patrzę już ze wstrętem na budynek. To uczucie zastąpiła ciekawość. Jak tam teraz jest? Strona główna szkoły zapraszała absolwentów. Wysłałam list z pytaniem czy mogę się na coś przydać. Odpowiedź nie nadeszła. Dlatego myślałam: iść czy nie iść? Miałam zrezygnować, ale tego dnia dosłownie 3 przystanki obok nagrywałam audiobooka. (Tak, tak! Wyjdą  „Tropiciele” jako audiobook, a czytać będę ja! To tak zwana wersja autorska! Hihi!) Skończyłam po 13-tej i… wsiadłam w tramwaj. Przed 14-tą byłam w murach XVI liceum im. Stefanii Sempołowskiej, w którym w 1986 roku zdałam maturę.
Przywitał mnie wielki pies w białym ubranku z tarczą szkoły. Spytałam woźnego czy mogę wejść – otworzył szeroko drzwi. Płaszcz zostawiłam w szatni… dla nauczycieli. Na górę do głównego hallu wprowadzono mnie schodami… nauczycielskimi. Nigdy nie wolno było nam nimi chodzić. Teraz było inaczej. Szłam, choć nadal miałam wrażenie, że popełniam świętokradztwo. Że zaraz usłyszę za plecami wrzask:
- Piekarska! To nie są schody dla uczniów!
Nic takiego jednak się nie stało. W dużym hallu była wystawa. Wiele tablic ze zdjęciami, a w głębi… scena. Gdy ja byłam uczennicą też traktowaliśmy to miejsce jak scenę. Tu spotkała się z nami Barbara Wachowicz opowiadając o Mickiewiczu. Tu Marek Kotański przestrzegając przed sutkami sięgania po narkotyki opowiadał, ze Christine F., autorka „My, dzieci z dworca ZOO” jest „stara kurwą”! Jednak wtedy nie było podwyższenia. Mimo tego to tu wystawiliśmy Eugeniusza Oniegina, do którego ja napisałam scenariusz i wyreżyserowałam. Pamiętam Ankę w roli Tatiany oraz Krzyśka i Pawła, jako Leńskiego i samego Oniegina. W czasie pojedynku Paweł miał na sobie starą koszulę i ukryty w kieszeni balonik z farbą. W odpowiednim momencie przekłuł go szpilką i zalał się krwią. Pamiętam, jak Anka uczyła się kwestii:
- Pan kocha mnie, bom znaczna dama, ale ja jestem taka sama, jak dawniej.
Czy ja jestem taka sama jak dawniej?
Na wystawie były zdjęcia ze szkoły z różnych epok. Brakowało tego z wyjścia na pogrzeb księdza Popiełuszki, ale… jest na Naszej Klasie. Były dawne studniówki, ślubowania itd. Było zdjęcie profesor Noskowskiej, która uczyła mnie W-F, jak odbiera odznaczenie. O! Świetnie ją pamiętam. Niestety głownie z tego, że kazała mi zrobić pięć okrążeń wokół boiska, a ja błagałam, bym nie musiała biec, bo jestem po zatruciu pokarmowym. Wzięła to za wymówkę i kazała biec. Przebiegłam. Ledwo dowlokłam się do WC i dalej nie pamiętam… Ocknęłam się na korytarzu z nogami w górze. Mama przyszła do szkoły chwilę później. Były pretensje, że mało wyraźnie mówiłam, że jestem po chorobie. Ale dość szybo śmiałam się z tego zdarzenia uznawszy, że przerażona mina pani profesor była dla niej wystarczającą karą.
Było zdjęcie pani Janiny Rożeckiej. Pracowała od wieków w sekretariacie. Na zdjęciu odbierała honorowe obywatelstwo Izraela. Już od lat 80-tych była sprawiedliwą wśród narodów świata. Odznaczająca się doskonała pamięcią staruszka była przez nas uwielbiana. Broniła nas często przed surową dyrektorką. Nagle… stanęła przede mną taka jak dawniej. Powiedziałam dzień dobry i chciałam się przedstawić, ale usłyszałam:
- Dzień dobry Małgosiu.
Oj… chciałabym w wieku 88 lat nadal mieć taką pamięć.
Brakowało zdjęcia mojej wychowawczyni – romanistki profesor Bożeny Sarankiewicz. Zwana przez nas „Saranoją” (w naszym pojęciu bohaterka piosenki „Maanamu” o zmienionym tekście „Saranoja jest goła”) była osobą niesłychanie dziwną. Najpierw jej nie lubiłam, ale potem… polubiłam i kiedy po maturze umarła na raka żołądka było mi jej szczerze żal i do dziś czasem jest mi jej brak. Nie lubiłam jej, bo miewała swoje sympatie i antypatie, a tego u nauczycieli nie tolerowałam uważając, że wszyscy powinniśmy być traktowani równo. Gdy przyszłam do szkoły i trafiłam do jej klasy okazywała mi niechęć. Obwiniała za całe zło. Pamiętam, że raz udzielałam się na francuskim, a wtedy pod koniec lekcji Saranojka powiedziała:
- Dziś aktywnie pracowali… – tu wymieniła nazwiska. – I o dziwo Piekarska.
To „o dziwo” jasno pokazywało jej stosunek do mnie. Ale potem ją polubiłam, bo i ona zmieniła swój stosunek do mojej osoby. Zaczęła dostrzegać we mnie kogoś innego i znalazłyśmy nić porozumienia. Lubiłam, kiedy opowiadała swoje dziwne historie np. o mierzeniu spodni na bazarze przy wszystkich ludziach poprzez wciąganie ich na te spodnie, które na sobie miała. Trochę szokowało mnie jawne opowiadanie o wielu nieudanych próbach zostania mamą. Dziś jednak myślę, że to było fajne i potrzebne. Było to pokazywanie nam, że nie wszystko w życiu przebiega zgodnie z naszymi planami. Saranojka chciała mieć dzieci, ale nigdy nie miała. Za naszej kadencji przeszła na emeryturę – musieliśmy jej wystarczyć. Poza tym te opowieści były dowodem, że traktowała nas jak ludzi dorosłych. Na wycieczkach Saranoja była naprawdę fajna. Przede wszystkim pozwalała palić. Nie zrobiła awantury o picie wina. W Gdańsku dziewczyny wciągnęły ją do pokoju i zrobiły pełen makijaż, bo miała niezwykle duże powieki, a ona z cierpliwością poddawała się tym zabiegom.
Na tej wycieczce inaczej też spojrzałam na naszego fizyka. Profesor Piotr Siebeneichen przeleciał przez szkołę, jak meteoryt, bo pracował chyba tylko 3 lata. Był młody, bo niemal tuz po studiach, ubierał się niezbyt atrakcyjnie, bo jak ostatnia pierdoła, ale odznaczał się ponadprzeciętną inteligencją. Myślę, że wkurzała go trochę nasza beztroska, bo on fizykę traktował ze śmiertelną powagą, a mój zeszyt miał na okładce mnóstwo „fizycznych” sentencji np. „Ciało rzucone na łoże traci na oporze” albo „prawo Ohma: Nie wychodź z doma bez łoma”. Profesor nie mówił „r” tylko „ł”, więc to też sprawiało, że rechotaliśmy na lekcjach, jak nie przymierzając głupie kozy. Cóż…, kiedy mówił:
- Pała nasycona i pała nienasycona!
To naprawdę trudno było się nie śmiać. W nas buzują hormony, a on nam ględzi o pałach. Kiedyś wezwał mnie do tablicy:
- Piekałska napisz „ło”.
Nie wiedziałam o co chodzi, więc wzruszając ramionami niepewnie napisałam: „O”.
Profesor dostał niemal szału.
- Nie o tylko „ło”! – krzyczał. Wreszcie podbiegł, wyrwał mi kredę i napisał…. „Rho”. (Dla niewtajemniczonych to litera alfabetu greckiego ρ będąca w fizyce symbolem gęstości. Kurczę, coś jeszcze pamiętam? sic!)
Paweł Dunin-Wąsowicz, z którym chodziłam do klasy i w podstawówce i w liceum ułożył o tzw. „Zibim” wierszyk, który zapisał w swojej słynnej kronice. Wierszyk brzmiał tak:
„Pan płofesoł Siebeneichen
Wziął do łęki jakąś wajchę
Potem złobił doświadczenie
I wykazał, że my lenie
Pan płofesoł Siebeneichen
Włosy swe ustawia białkiem,
Ma poza tym wąskie spodnie,
W których bałdzo mu wygodnie.”
Była to aluzja do fryzury profesora, który obcinał się na pazia i zielonych szwedów, które nosił z lubością w czasach, gdy królował punk rock i irokezy. Ja – jako hipis w czasach punk rocka paradowałam w żółtych rurkach, a Marcin, nasz klasowy punkowiec nosił w uchu zardzewiałe agrafki.
„Płofesoł” też okazał się na wycieczce fajnym człowiekiem. Opowiadał nam kawały o „stałuszku” w „bułdelu”, a my mu o Jasiu w szkole. Szczególnie śmiał się z mojego o nowej nauczycielce geografii w szkole specjalnej, która miała uczyć o globusie, a klasa jej nie słuchała, bo piła alkohol, rzucała petami itd. Dyrektor tej szkoły powiedział:
- Pani nie ma pedagogicznego podejścia do młodzieży. Ja panią nauczę!
To rzekłszy wszedł do klasy:
- Czołem skurwysynki! – rzucił od progu.
- Czołem panie dyrektorze – odpowiedziała chórem klasa.
- Dziś będziemy uczyć się naciągać kondoma na globus.
- A co to jest globus?
- Właśnie od tego chciałbym zacząć.
Kawał bardzo profesora ubawił. Stwierdził nawet, że on chyba też nie ma pedagogicznego podejścia do nas. Po tym wyznaniu spojrzałam na niego inaczej niż do tej pory. Kiedy my skończyliśmy szkołę, okazało się, że on zrezygnował z posady nauczyciela. Co dziś robi? Nie wiem, choć chętnie bym go spotkała, bo było w nim coś niezwykle sympatycznego. Mimo, że dwa razy pisałam u niego komisa z fizyki, by zdać do następnej klasy. Wrył mi się jednak w pamięć jego uśmiech gdy częstował nas cukierkami z okazji swoich imienin. Cieszył się jak dziecko i to było w nim bardzo fajne.
Było kilku nauczycieli, których od początku uwielbiałam. Na przykład profesor Krystynę Regulanty. Małomówna matematyczka świetnie tłumaczyła zadania, odznaczała się niezwykłym spokojem, gdy 1 kwietnia po sali latał biały ser wciskany na siłę pod tablicę, jako kreda, znosiła to ze stoickim spokojem. Gdy dostała w głowę ogryzkiem (ktoś rzucał do kosza, ale nie trafił), podniosła go z ziemi, wrzuciła do kosza i wróciła do tłumaczenia zadania jakby nic się nie stało. Kochałam ją za ten spokój, za sprawiedliwośc i za to, że z matmy nie można było nie zdać. Pracę klasową poprawiało się bowiem do skutku. Z matmą nigdy nie miałam kłopotów. Prace klasowe pisałam za pierwszym razem, więc na poprawach rozwiązywałam zadania i czekałam aż reszta się poprawi. Zadania też rozwiązywałam szybko (dziadek matematyk, pradziadek też, więc gdzieś w genach ta matma mi tkwiła), więc pod ławką czytałam książki. Raz wyciągnęła mi jedną z kasetki i pokazała klasie.
- Oto co czyta licealistka Piekarska.
Ponieważ tytuł brzmiał: „Miłość niejedno ma imię”, więc klasa ryknęła śmiechem. Pani profesor zorientowawszy się, że inni mogą pomyśleć, że to jakieś romansidło, a nie historia jak Feliks Mendelssohn-Bartholdy starał się wystawić pasję wg. Św. Mateusza Jana Sebastiana Bacha, profesor dodała:
- To bardzo piękna książka, ale teraz jest matematyka.
Uwielbiałam tez rusycystkę prof. Halinę Banel. Nawet nie dlatego, że nie wstawiła mi dwói za czytanie z pustej kartki zeszytu (czyli z głowy) wypracowania „Maja mat’”, ale za pogodę ducha, humor i za to, że zachęciła do czytania literatury rosyjskiej w oryginale. Dzięki niej czytałam Jesienina, Bunina, Lermontowa i Puszkina. To ona natchnęła nasza klasę, byśmy wystawili „Eugeniusza Oniegina”. Ja napisałam scenariusz i błam narratorem. Tańczyć walca uczył nas… profesor Madej – wuefista ze względu na nazwisko zwany Zbójem. Tańczyliśmy do melodii „Walca na Sopkach Mandżurii”. Szkoda, że nie zachowały się zdjęcia ze spektaklu.
Lubiłam biologiczkę panią Adamczyk. Miała wszystkie cechy, które szanowałam w nauczycielach. Była wymagająca, sprawiedliwa i wszystkich traktowała równo. Dziś jest dyrektorką szkoły i mam nadzieje, że te trzy cechy z nią zostały.
Na wystawie były też trzy tablice zatytułowane „Znani absolwenci Sempołowskiej”, a na nich między innymi Paweł Dunin-Wąsowicz i… ja. Wprawiło mnie to w bezbrzeżne zdumienie. Zawsze miałam wrażenie, że nauczyciele w tej szkole raczej mnie nie lubili. Byłam pyskatą nastolatką, która zawsze musiała rzucić swoje ostatnie słowo, którym się pogrążała i sprawiała, że lądowała u dyrektorki, a ojciec był wzywany na poważne rozmowy. Pomijam już fakt, że to była moja druga szkoła. Z pierwszej wyrzucono mnie za wyzywanie polonistki od ostatnich. Miałam wtedy egzamin komisyjny z polskiego, który zdałam, ale nakazano mi się przenieść do innej szkoły i zabrać tam moje „rozdarte ryło”. W Sempołowskiej na dywaniku w gabinecie dyrektorskim byłam wiele razy. Raz za napisanie na ostatniej stronie kartkówki z łaciny zdania: „jak ktoś głupi to tylko się powiesić”. Choć mnie chodziło o to, że to ja po lekcjach z łacinniczką miałam myśli samobójcze. Niestety odebrano to jako chęć powieszenia łacinniczki, która rzeczywiście była życiowo głupia. Starsza pani, która przeżyła wojnę i podobno obóz koncentracyjny ku naszemu zdumieniu miała zwyczaj wyzywać nas, a we wcześniejszych latach policzkować uczniów i bić czym po padło po głowie lub po rękach. W  liceum już mniej niż w pobliskiej podstawówce gdzie uczyła polskiego i skąd wielu ją pamiętało. Kiedy szła korytarzem za jej plecami mówiono „Heil Hitler” i podnoszono rękę w wiadomym geście. Nie rozumiała nas w ogóle, a gramatykę łacińską tłumaczyła tak, że my nic nie rozumieliśmy. Z klasówek i kartkówek były same dwoje. Z tej jednej, na której napisałam owo zdanie o wieszaniu były tylko dwie trojki. Agata, która zawsze miała same piątki strasznie się tą tróją zdenerwowała. Mnie najpierw osądzono na środku klasy. Saranojka porównała z jakimś facetem, który kazał topić staruszki, a potem zaprowadziła do gabinetu dyrektorskiego. Tam wysłuchałam całej litanii o tym, że osobom starszym należy się szacunek. Nie było sensu mówić, że ta starsza osoba sięga po średniowieczne metody bicia uczniów, a także wyzywa nas od głąbów i debili, więc milczałam.
Byłam też wzywana jeszcze raz. Oto Marek Kotański postanowił z naszej szkoły urządzić szkołę „czystych serc” i namówić młodzież od nie palenia. Nie muszę chyba tłumaczyć, że zawsze szłam pod prąd. Tym razem też. Na złość światu paliłam jak smok. Raz w męskim kiblu imienia Jaracza a raz w innym męskim tym imienia Opalińskiego. Mnie ktoś będzie zabraniał palenia? Szkoła czystych serc? Raczej czystych płuc! Ponieważ powstały w szkole jakieś bojówki Kotańskiego, więc my – palacze uciekaliśmy na papierosa w krzaki koło przedszkola lub na boisko. Raz zapaliłam w damskim kiblu. Znana mi jeszcze z podstawówki i rok ode mnie młodsza Klaudia spoliczkowała mnie. Jej dwie koleżanki wykręciły mi ręce, bym nie mogła się bronić, a Klaudia tłukła po twarzy niczym łacinniczka. Kopałam więc na oślep i parę z tych kopów dostało się Klaudii. Znów wezwano mnie do gabinetu dyrektorskiego:
- Pobiłaś dziewczynkę, która stanęła w obronie honoru kibla! – Grzmiała Saranojka.
A ja na to:
- Bardzo przepraszam pani profesor, ale nie miałam zielonego pojęcia, że kibel ma honor.
No i zawieszono mnie na kilka dni w prawach ucznia.
I tylko raz byłam a gabinecie dyrektorskim z własnej woli. Poszliśmy całą delegacją prosić o oddanie krzyża, który zdjęto ze ściany. Dyrektorka twierdziła jednak, że krzyża nie zdejmowała, ale szuflada jej biurka grzechotała krzyżami. Były to lata 80-te, po śmierci Grzegorza Przemyka, kiedy do swetrów zamiast broszek nosiło się oporniki, a bezpieka zamordowała księdza Jerzego Popiełuszkę. (Do tej pory boję się obejrzeć film „Popiełuszko. Wolność jest w nas”, bo tamte czasy to część mojego życia.)
Dyrektorka jednak nie była taka do końca zła. Uważana za postrach szkoły w krytycznych sytuacjach pokazywała ludzką twarz.
Historii uczyła nas pani Helena Wójcik. Była wspaniałym pedagogiem i historykiem. Niestety zachorowała na raka i umarła. W jej miejsce przychodzili różni nauczyciele. Ostatni z nich był jakimś oszołomem. Nazwiska nie wymienię, bo i po co. Zresztą uczył krótko. Nienawidził mnie już samą nie wiem, z jakiego powodu, ale miało to jakiś związek z moim ojcem. Na pisemnej maturze historii pomagał wszystkim, a mnie stresował. Dostałam drgawek. Miałam ochotę kopnąć ławkę, wyjść i więcej nie wrócić. Pilnująca nas dyrektorka chyba się zorientowała, że coś jest nie tak, bo podeszła do mnie i zabrała do gabinetu lekarskiego. Na miejscu powiedziała:
- Jesteś inteligentną dziewczyna i maturę masz zdać. Rozumiesz? A teraz… – tu zwróciła się do lekarki: – daj jej kielicha wódki i skocz gdzieś po jakiegoś papierosa.
Gdy po chwili lekarka wróciła z papierosem byłam już po naparstku wódki wypitym pod czujnym okiem dyrektorki. Dała mi papierosa i powiedziała:
- Palimy na spółkę, a ty nic nie mów pani wicedyrektor.
I tak z postrachem szkoły, najstraszniejszą dyrektorką Barbarą Drzewiecką wypaliłam na spółkę mentolowego papierosa marki Zefir. A wcześniej wypiłam kielicha wódki, która została w gabinecie po jakichś imieninach.
Teraz w trakcie 75-lecia poszłam zobaczyć ten gabinet lekarski. Meble były już inne, na ścianach plakaty o szkodliwości palenia. (Ja od kilkunastu lat nie palę!) Siedzącej tam „profesor pigule” opowiedziałam swoją historię. Zebrane w gabinecie panie chichotały. Rozmowa zeszła na postrachy szkoły i…. Od razu pomyślałam o profesor – polonistce, która do dziś śni mi się, jako jeden z najgorszych koszmarów, choć… uczyła mnie tylko jeden rok. Była to kobieta pastwiąca się nad uczniami z lubością. Niedoszła aktorka odgrywała przed nami spektakle ze zbędnym patosem i tandetnym natchnieniem opowiadając o Mickiewiczu i interpretując go zgodnie z zaleceniami Juliana Krzyżanowskiego lub Juliusza Kleinera. Do dziś pamiętam, jak trzęsła głową grając te swoje monodramy. Wiało to niestety spalonym teatrem lub starym kinem klasy B. Słynne było wypowiadane przez nią zdanie: „Może i myślisz dobrze, ale Kleiner (lub Krzyżanowski) twierdzi inaczej. Siadaj. Trzy.” Za indywidualne myślenie odmienne od tego, które reprezentowali historycy literatury nie można było mieć dobrego stopnia. Nienawidziłam tej kobiety z całego serca. Za to jak się z nas nabijała, jak nami gardziła, jak okazywała swoją wyższość i wykorzystywała fakt, że ona te lektury zna, bo kolejny rok uczy, a my nie znamy i nie koniecznie chcemy je poznać. Że nie zachęca do ich poznania – chyba nawet nie wiedziała. Nie rozumiałam, po co została nauczycielką. Dopiero kilka lat temu moja przyjaciółka powiedziała, że większość ludzi idzie do szkoły uczyć, bo jest to władza. Tak. Ona się tą władzą nad uczniami wręcz upajała. Po co jej była ta władza? Po co władza nad garstką ludzi o tyle lat młodszych? Teraz podczas 75-lecia przypadkiem dowiedziałam się, że kilka lat temu odeszła na emeryturę. Nawet nie ze względu na wiek. Bardziej ze względu na to, że zmieniły się przepisy Ministerstwa Edukacji Narodowej dotyczące zawodu nauczyciela, a ona… nie miała studiów tylko studium nauczycielskie i brakowało jej odpowiedniego wykształcenia oraz tytułu magistra. Musiała odejść. Zatkało mnie. Wprawdzie chodziły słuchy, że ona nie miała magisterium, ale myślałam, że to plotki roznoszone przez nienawidzących ją uczniów. Teraz okazało się, że tak było naprawdę. Dowiedziałam się, że uczniowie domyślali się po swoich świadectwach maturalnych, na których tylko przy jej nazwisku nie było „mgr”. I pomyśleć, że dopiero teraz wiem, jakie konkretnie kompleksy sprawiły, że tak się nad nami znęcała. O Panie! A ty to widziałeś i… zagrzmiałeś wprawdzie, ale po ilu latach! Przecież jeszcze dekadę temu na murku przy szkole widniało jej nazwisko i obraźliwy epitet.
W drugiej klasie Ewa przyniosła do szkoły gitarę. Śpiewała nam piosenkę Okudżawy „Modlitwa” Jedna ze zwrotek brzmiała:
„Dopóki ziemia kręci się,
O Panie, daj nam znak.
Władzy spragnionym uczyń,
By władza im poszła w smak.
Hojnych puść między żebraków,
Niech się poczują lżej!
Daj Kainowi skruchę,
I mnie w opiece swej miej.”
Ja nauczyłam się odrobiny tej skruchy. Odwiedzałam na przykład Saranoję, gdy była już bardzo słaba w swojej chorobie, bo czułam, że tyle razy sprawiłam jej przykrość, że trzeba odpokutować swoje winy. Poza tym szczerze ją polubiłam.
A władza pani profesor polonistki? Oj w smak była ona naszej pani profesor bez magistra. A ja jakoś teraz po informacji o jej brakach w wykształceniu czuję straszny niesmak.
Dlatego nucę, jak Ewka w drugiej klasie ciąg dalszy:
„Ja wiem, że Ty wszystko możesz.,
wierzę w Twą moc i gest,
jak wierzy żołnierz zabity,
że w siódmym niebie jest.
Jak zmysł każdy chłonie z wiarą
Twój ledwie słyszalny głos,
tak wszyscy wierzymy w Ciebie,
nie wiedząc, co niesie los.
Panie zielonooki
mój Boże jedyny, spraw,
dopóki ziemia toczy się,
zdumiona obrotem spraw,
Dopóki czasu i prochu
wciąż jeszcze wystarczy jej,
daj nam każdemu po trochu.
i mnie w opiece swej miej!”
I tak mi przykro, że po tylu latach od matury nie umiem zmienić swojego stosunku do pani profesor nie magister, która – jak już napisałam – uczyła mnie tylko jeden rok. Mimo, że po niej nastąpiły inne polonistki, z których tylko staruszka o nazwisku Popiel była godna szacunku. Niestety uczyła nas tylko pół roku. 
Ale poza tym… dawno nie spędziłam tak miłego popołudnia, jak w ostatni piątek, kiedy wędrowałam korytarzami mojej dawnej szkoły.
P.S. Zapomniałam, że mam dziś imieniny. Jako Małgorzata. Ale cóż… za dwa tygodnie mam drugie. Jako Karolina.

Najważniejsza kuźnia

Czasem wydaje mi się, że ponieważ od dziecka chciałam być pisarką, więc los obdarzył mnie dobrą pamięcią. A czasem myślę, że zostałam nią właśnie dlatego, że mam dobrą pamięć. A może jest tak również dlatego, że mimo bycia gadułą potrafię też słuchać? A może zostałam pisarką, bo zawsze lubiłam obserwować świat? 
W liceum, z moim przyjacielem Rafałem urywaliśmy się ze szkoły, by jeździć tramwajami lub podmiejskimi pociągami i obserwować ludzi. Wymyślałam wtedy całe historie ich dotyczące. Kim są, z kim, gdzie i jak mieszkają, co lubią. Pomagała mi w tym nie tylko wyobraźnia, ale i zmysł obserwacyjny. 
Częściej jednak niż do liceum wracam myślami do czasów podstawówki. Nie był to najszczęśliwszy okres w moim życiu. Nie wspominam go jednak z powodów masochistycznych, ale ze względów zawodowych. Odpisuję na listy czytelników, czytam o ich problemach i przed oczami stają mi moje koleżanki i koledzy, których przypomina mi osoba z listu. Przed oczami stają mi też domy tych moich koleżanek i kolegów, które przypominają te, opisywane w listach. 
Przyznaję, że moje postaci literackie często mają swoje żyjące odpowiedniki. Często historie wplatane do powieści wydarzyły się naprawdę, często naprawdę padły jakieś słowa, naprawdę miały miejsce jakieś dialogi. 
Gdy w swoim czasie pisałam o portalu „Nasza Klasa”, wspomniałam, że zajrzałam tam, by zobaczyć, co wyrosło z nas – ludzi z podstawówki. Przecież uczniowie ostatnich klas podstawówki sprzed reformy, to dzisiejsi gimnazjaliści. A gimnazjaliści to po prostu moi czytelnicy. Chciałam zobaczyć, czy po latach właściwie oceniałam domy, z których wyrośli moi koledzy i koleżanki. Okazało się, że właściwie. W niektórych przypadkach myślę, że niestety. 
Piszę o tym, bo wczoraj spotkałam się z kolegą z klasy z podstawówki. Nie widzieliśmy się jakieś 20 lat. Przerwa w kontakcie była spowodowana nawet nie tym, że 10 lat temu wyprowadziłam się z mieszkania, w którym spędziłam dzieciństwo do domu prababki na drugi brzeg Wisły. Nie widzieliśmy się, bo 13 lat mój kolega spędził w… więzieniu, z czego 7 na oddziałach dla niebezpiecznych przestępców. Nikt by nie uwierzył patrząc na niego dziś, a już na pewno patrząc na klasowe zdjęcie z IV klasy szkoły podstawowej, na którym w ostatnim rzędzie, trochę z boku stoi mały, chudziutki chłopczyk. Był jednym z najmniejszych i najdrobniejszych w klasie. Ta drobna budowa została mu zresztą do dziś. Jak trafił do więzienia? Zaczęło się od wypadku, w którym potrącił człowieka, a że w samochodzie z nim były dziewczyny, które dostały histerii, więc pod wpływem impulsu uciekł z miejsca zdarzenia. Namierzono go, trafił przed sąd i… do więzienia, bo po miesiącu od wypadku potrącony mężczyzna zmarł. Jak sam powiedział, jak się raz trafi do więzienia, to już leci. Tam poznał takie środowisko, które wykorzystało jego zainteresowania z dzieciństwa. A zainteresowania miał typowo męskie – samochody i broń. I tak w dość szybkim czasie stał się przemytnikiem przerzucającym za wschodnią granicę auta kradzione na zachodzie, a także bombardierem mafii, dla której konstruował bomby. Kilka lat temu jedna z naszych szkolnych koleżanek opowiadała mi zresztą, jak go aresztowano. Najpierw zamknięto całą ulicę, a ze wszystkich okolicznych domów ewakuowano mieszkańców. Gomułkowski blok, w którym mieszkał nasz kolega otoczyli antyterroryści. Jego wyprowadzono w kajdankach. Przesiedział siedem lat w pojedynczych celach pod specjalnym nadzorem. Przerzucano go z więzień do więzień. Jak opowiadał, przeczytał przez ten czas mnóstwo książek z dziedziny prawa, ale też psychologii i psychiatrii. Dzięki książkom prawniczym nauczył się pisać prawnicze pisma i wywalczył dla siebie wegetariańskie posiłki, a także prawo do rozwijania się artystycznie. Wreszcie mógł zająć się tym, co lubił najbardziej, a czego ujawnić nie mógł, gdy był dzieckiem. Przez siedem lat, gdy w kajdankach i łańcuchach na rękach i nogach przewożono go z więzienia do więzienia, wraz z nim jeździły pudła farb. 
- Czy ty w podstawówce wiedziałaś, że umiem malować i rysować? – Spytał mnie wczoraj. 
Przyznam, że tego nie pamiętałam. Myślałam, że dlatego, że najładniejsze rysunki przynosił Krzysiek, któremu robiła je mama, a wychowawczyni – ku naszemu zgorszeniu – nagradzała je piątkami. Ładnie rysował też Jacek, który dziś jest plastykiem. 
- Nie. Nie pamiętałaś z zupełnie innych powodów – powiedział. – Miałem kompleksy, matka sterowała moim życiem. Pamiętasz, jak zdawałaś do liceum plastycznego?
- No zdawałam. Nawet zdałam, ale nie złożyłam papierów, bo się przestraszyłam, że zdałam nie dlatego, że mam talent, ale dlatego, że mój ojciec kiedyś był tam nauczycielem. Nie myślałam, że ktoś to pamięta. 
- Pamiętam, bo ja dzięki tobie dowiedziałem się, że w ogóle jest takie liceum w Warszawie. Ubłagałem ojca, by poszedł na Smoczą na zebranie. Ojciec poszedł, ale jak przyniósł do domu informacje ile trzeba jeszcze inwestować w ucznia, wiesz… farby, kartony itd., to matka postawiła weto. Powiedziała, że absolutnie tam nie pójdę. Kazała iść do zawodówki kuśnierskiej. Nawet polubiłem ten zawód. Zrobiłem dla jej koleżanki ręcznie fajne futro z norek, ale ciągle wrzeszczała, że w domu walają się śmieci. Dlatego i kuśnierzem być przestałem. 
O tak! Jego matkę pamiętałam świetnie. Była dla mnie symbolem wiecznie wrzeszczącego i rozhisteryzowanego babska. Na pewno tak wyglądała słynna Ksantypa – żona Sokratesa. Ta też była rozdartą sekutnicą, krzyczącą i z wiecznymi pretensjami do wszystkich o wszystko. Swojego syna tłukła i terroryzowała. Gdy byliśmy dziećmi bał się jej tak, że pamiętam jak płakał, gdy dostawał trójkę. Nie mówił tego. Ja to po prostu widziałam obserwując jego zachowanie, zeszyty i charakter pisma. Potem chyba się uodpornił, więc już nie ryczał. Wydaje mi się, że zrozumiał, że nigdy jej nie zadowoli. To ten moment, kiedy dziecko zdaje sobie sprawę, że nie ma sensu się starać. 
Jakieś trzy lata temu nasz kolega z klasy, który jest radnym, opowiedział jak do urzędu dzielnicy przyszła ta Ksantypa błagać o lokal socjalny dla syna, który ma wyjść z więzienia. Ona się go boi, a mieszka sama, bo mąż nie żyje. Cóż… argument, że ktoś się boi syna, bo ten siedział w więzieniu z pewnością przekonałby tych, którzy syna nie znają. Mnie nie przekonał. Usłyszawszy historię od razu powiedziałam:
- Gdyby go nie tłukła w dzieciństwie, dziś nie musiałaby się go bać. A może i w więzieniu by nie siedział. 
Kiedy wczoraj usiedliśmy we dwójkę w restauracji i powtórzyłam mu tę zasłyszaną historię i swoje słowa, przepraszając za ich brutalność, ale przecież spotkaliśmy się nie po to, by sobie ściemniać, najpierw zapadła cisza. Potem okazało się, że… powiedziałam głośno coś, co w dzieciństwie było jego wstydliwie skrywaną tajemnicą. Jak ja ją odkryłam? Wystarczyła mi jedna wizyta w jego domu. Wpuszczono mnie tylko do przedpokoju. Matka darła się tak, że nawet wtedy nie rozumiałam o co jej chodzi. Dziś pamiętam tylko ten straszny wrzask i błaganie syna, by się uspokoiła, bo gość przyszedł. Wrył mi się też w pamięć widok jego – szlochającego dziewięciolatka z trójką w dzienniczku. Dobrze też pamiętałam jego charakter pisma. To, jak mocno przyciskał długopis, prawie przebijając kartkę na druga stronę. Pamiętałam, jak w pierwszej klasie stawiał literki wysuwając koniuszek języka. Gdy pisał, niemal kaligrafował. Czułam, że ta staranność wynika z wymagań matki. Niemożliwe, żeby chłopiec miał tak zadbane i starannie prowadzone zeszyty. 
Wczoraj zaczął mi opowiadać o tych książkach psychologicznych i z dziedziny psychiatrii, które czytał w więzieniu. O tym, do jakich wniosków doszedł po ich lekturze i analizie swojego życia. 
- Paradoksalnie wszystko, co zrobiłem było ucieczką z domu – mówił kolega. – Ta mafia, te samochody, te wyjazdy na wschód… Jechałem tam, bo nikt mi nie wrzeszczał nad głową. Ojciec był pantoflarzem. Ożenił się z nią, bo była z rodziny ziemiańskiej i miała kasę. To mu imponowało. Jak wrzeszczała, zamykał się w drugim pokoju. Ja nie miałem gdzie. Ona rządziła. Przychodziła do pokoju mojego i siostry i wrzeszczała na nas. O wszystko. Siostra szybko uciekła do męża. Ja nie miałem dokąd. Na własne mieszkanie nie miałem. Długo nawet dziewczyny mieć nie mogłem, bo nie pozwalała nikogo przyprowadzić. Jak kiedyś przyprowadziłem taką, z którą w końcu zamieszkałem, bo jakoś mi się udało kogoś poznać, to mnie obgadała i naopowiadała bzdur. Wręcz naciskała, żeby dziewczyna mnie porzuciła. Czy wiesz Piekarynda, że kiedy trzy lata temu wyszedłem z więzienia, to ona biegała po prawnikach, by wsadzić mnie z powrotem za kraty? Wymyśliła, że za…  znęcanie się nad rodziną. Mnie za znęcanie się! Nagle kat zaczął udawać ofiarę! Znalazła jednego prawnika, który jej uwierzył. Wsadzono mnie na czterdzieści osiem godzin. Zostałem uniewinniony dzięki zeznaniom sąsiadów. Sami z siebie się zgłosili! Wtedy ona się wyprowadziła i wreszcie cała klatka schodowa odetchnęła z ulgą. 
- A czemu wtedy, gdy kończyliśmy podstawówkę nie uparłeś się na tę szkołę plastyczną? – spytałam. 
- Byłem dzieckiem. Czternastoletni chłopiec nie jest dojrzały. Od pomocy w realizacji marzeń i odgadnięcia tych marzeń, zwłaszcza zakompleksionego dziecka, są rodzice. Moi tacy nie byli. To raczej ja byłem od realizacji marzeń mojej mamy. A marzenie miała jedno. Pieniądze. Stąd ta szkoła kuśnierska. Paradoksalnie potem to też jej przeszkadzało, bo bez przerwy robiła awantury o walające się skórki, nitki, włosie i zrobiła wszystko, bym rzucił zawód. 
Mija trzeci rok, od kiedy mój kolega z klasy jest na wolności. Mieszka sam. Zerwał kontakty ze wszystkimi znajomymi ze świata przestępczego. (Czy do niego wróci czy nie – pokaże czas.) To, że matka zamieszkała gdzie indziej sprawiło, że nie musi już uciekać z domu. Maluje jak opętany. Marzy o jakiejś wystawie i życiu ze sprzedaży obrazów. Na razie jest na garnuszku opieki społecznej. Jak powiedział potrzeb materialnych nie ma zbyt wielkich. Opłacić rachunki i coś tam zjeść. Spotkaliśmy się, bo gdy nasz wspólny kolega radny coś tam przebąkiwał o jego sytuacji, wówczas ja, wykonawszy kilka ruchów, załatwiłam mu kontakt do kogoś, kto wykorzysta jego talent plastyczny. I tak po 20 latach zadzwoniłam do niego z tą informacją. Błagał o spotkanie. Od wyjścia z więzienia nie bardzo ma z kim rozmawiać, a jest strasznym gadułą. Na osiedlu został sam. W mieszkaniu i w życiu też. 
Gdy rozstawaliśmy się spytałam o innego kolegę z klasy. Duży, gruby, w szóstej klasie na lekcjach geografii ciągle lądował za drzwiami, bo zjadał kozy z nosa i nauczycielka dostawała szału. Pochodził z niezwykle biednej rodziny. W dwupokojowym, niespełna czterdziestometrowym mieszkaniu, gnieździł się z rodzicami, bratem, siostrą, jej mężem i bratankiem. Poszedł do zawodówki kolejowej. Został zawiadowcą jakiejś stacji, a ponieważ zaglądał do kieliszka, raz zdarzyło się, że nie dopełnił obowiązków i doprowadził do zderzenia pociągów. Trafił na kilka miesięcy do więzienia. Gdy wyszedł dorabiał sobie wyprowadzając za pieniądze ludziom psy. Jeszcze piętnaście lat temu widywałam go z watahą kundli idącego między blokami. Albo leżącego na ławce koło osiedlowego parku. 
- Małgosia! Daj na piwo – wołał czasami. A ja dawałam. Raz na stacji benzynowej za dwie butelki żywca umył mi szyby w samochodzie. Pracownicy stacji byli wtedy w szoku i dopytywali skąd mam takie znajomości. Nie mogli uwierzyć, że… z klasy. 
Wczoraj usłyszałam, że rodzice mu poumierali, brat i siostra z mężem się wyprowadzili, a on tak zadłużył mieszkanie, że został z niego eksmitowany. Dokąd? Nie wiadomo. 
Los każdego z nas zależy od tego, z jakiego domu wychodzimy. To, że sami jesteśmy kowalami swego losu, to oczywiście też prawda. Ale to dzieciństwo warunkuje, jaka będzie nasza dorosła kuźnia. Niestety na kuźnię, w której przychodzimy na świat nie mamy wpływu. A to ona jest najważniejsza

Co się stało z naszą klasą?

Właśnie po to, by to zbadać, ponad rok temu dołączyłam do portalu nasza-klasa. Chciałam wiedzieć co wyrosło z reszty nas. Chodziło mi o podstawówkę. Z ludźmi ze szkoły średniej mam kontakt. Z tymi z podstawówki nie bardzo. No i popłynęłam. Nawet nie myślałam, że tak mnie wciągną wspomnienia podwórek, zabaw, groszków z żółtych pudełek, ciepłych lodów z budki Szczerby itd. Potem zamilkłam, bo zabrakło czasu, a ponadto wlazłam w ten straszny tryb załatwiania tej obrzydliwej sprawy urzędowej i zgubiłam wątek na forum. Co jakiś czas jednak przychodziły do mnie listy od tych, którzy poczuli się urażeni wspomnieniami. Z niektórymi dyskutowałam, innych olewałam, a kilku zablokowałam. Jak głupki – to pies z nimi. Przedwczoraj przyszedł kolejny list. W imieniu jednej osoby pisze druga. Ręce mi opadły. Zamieściłam więc taki post.
„Ponieważ co jakiś czas ktoś się odzywa śmiertelnie obrażony jakimś moim wpisem (że też ludzie nie mają dystansu do dzieciństwa, przeszłości i wspomnień) bardzo bym prosiła moderatora forum o usuniecie WSZYSTKICH wpisów mojego autorstwa. Żaden z nich nie miał na celu obrażenia kogokolwiek. Liczyłam na nostalgiczny uśmiech i tęsknotę za odchodzącą epoką, w której nie wszystko było idealne, ale dobrze znane. Najwyraźniej lata doświadczeń nauczyły tylko mnie śmiać się z siebie – za co zresztą dziękuję wszystkim, którzy mi dokuczali w dzieciństwie – dziś nic i nikt nie jest mnie w stanie obrazić. Pozdrawiam serdecznie i jeszcze raz proszę moderatora – którym niestety nie wiem kto jest – o usuniecie WSZYSTKIEGO co tu kiedykolwiek napisałam.”
Koleżeństwo się ruszyło. Pisali, by nie usuwać. Pytali, czy mnie dopadła deprecha, pogięło mnie itd. Dla nich kasowanie tych postów byłoby kasowaniem wspomnień. Coś jak w „Zakochanym bez pamięci”. Wybuchła zagorzała dyskusja. Nie mogli zrozumieć, że ja dość mam uświadamiania ludziom, że trzeba nabrać dystansu do przeszłości i siebie w tej przeszłości jak również innych w tej przeszłości. Przeszłość nie zawsze nam się podoba. Nie zawsze podobają nam się w niej nasze własne zachowania, zachowania innych i sytuacje w jakich się znaleźliśmy. Często w dorosłym życiu staramy się to ukryć, choć diabli wiedzą po co. Tylko głupcy winią dorosłych za błędy, które oni popełnili, gdy byli dziećmi. Nie pisanie o przeszłości jest wprawdzie zgodą na jej umieranie. Ale z napływających do mnie co jakiś czas listów widzę, że wiele osób woli, by przeszłość umarła. Niestety dopóki żyje ostatni świadek jest to dość trudne. Jak nie ja – napisze to ktoś inny. Śmierć przeszłości mnie nie przeraża, bo pochowałam już całą bliska rodzinę (poza synem) i uwielbiam czarny humor. Na własnym pogrzebie zamawiam chór śpiewający „w mogile ciemnej usia siusia” (o czym już pisałam tutaj na blogu). Żądania tych osób usunięcia wpisów (lub grożenie mi sądem, bo i takie coś było) poczytuję za typowo polskie zachowanie, bo przecież my Polacy jesteśmy brązownikami. To my wściekaliśmy się na Boya-Żeleńskiego za to co napisał o Mickiewiczu. To my mamy powiedzenie, że o zmarłych mówi się albo dobrze albo wcale. (Ciekawe, że nie stosujemy tej zasady do Stalina, Hitlera itd.)
Ludzie niestety nie akceptują tego, że nie mamy wpływu na domy z jakich się wywodzimy. Możemy mieć wpływ jedynie na domy, które tworzymy jako dorośli. Gdy byłam dzieckiem mojej mamie nie podobała się połowa dzieci z podwórka, co niestety ku mojej rozpaczy, te dzieci widziały. Gdy jesienią ubiegłego roku odwiedziła mnie Aśka, z którą znam się od 4 roku życia, a straciłyśmy kontakt i odnalazłyśmy się dzięki NK, nie musiałam o tym mówić. Pamiętała mamę. Po latach – jako dorosła osoba – właściwie oceniała to, co  jako dziecko zauważyła w mojej mamie. I fakt, że to zauważyła i potrafiła właściwie ocenić spowodował, że rozumiała mnie lepiej niż jakiekolwiek moje inne naprawdę oddane przyjaciółki, które moje relacje z mamą znają tylko z moich opowieści. Mama niesłychanie despotycznie starała się kontrolować moje znajomości. Pochodzenie każdego dziecka było poddawane drobiazgowej kontroli (kim jest mama, tata, a nawet babcia, dziadek itd.). Obiecałam sobie, że ja, jako matka, nigdy tego nie zrobię. Na razie dotrzymałam słowa. Pisanie na forum NK o tym jak pamiętamy czyjeś rodziny (a o to też zostałam zbesztana) wydawało mi się częścią historii naszych podwórek i pokolenia dzieciaków urodzonych w latach 60-tych. Większość zrozumiała. A reszta… Cóż… jacy w tej krytyce wspomnień jesteśmy polscy!
W 1979 roku mój ojciec opublikował swoje wspomnienia z czasów wojny. Nosiły one tytuł: „Tak zapamiętałem”. Ojciec miał lat 6, gdy wojna wybuchła i 12, gdy w czasie Powstania był posługaczem filii Szpitala Ujazdowskiego. W książce opisał wszystko tak, jak zapamiętał jako dziecko. Za śmieszne honorarium wykupił połowę z 60-tysięcznego nakładu i rozdał wszystkim ludziom, o których w książce wspomniał choć jednym zdaniem. Obraziła się połowa z nich. Nie zapamiętał ich tak – jak tego chcieli. A ojciec specjalnie, niejako asekuracyjnie, dał książce tytuł: „Tak zapamiętałem” a nie : „Tak było”. Miał prawo źle pamiętać.
Gdyby ktoś opisał na NK jakieś prawdziwe zdarzenia z mojej przeszłości z dzieciństwa to bez względu na to jakie by były – nie obraziłabym się i nie kazała ich wyrzucać, bo przeszłość nie jest rysunkiem, w którym się kiepskie kreski wyciera gumką. Jest jaka jest i ZAWSZE nadejdzie moment, kiedy przyjdzie nam się z nią zmierzyć. Najgorsze, gdy nie umiemy z niej wyciągać wniosków i winą za jej istnienie obarczamy innych i fakt, że ją pamiętają.
Gdy na jednych z moich imienin (jakieś dwa lata temu) kolega Jacek poinformował gości, że w czwartej klasie podstawówki dostałam histerii i szału i wyrwałam mu włosy z głowy – to śmiałam się ze wszystkimi. Zwłaszcza, gdy towarzyszył temu komentarz: „i przez nią łysieję” :)
Gdy w drugiej klasie ogólniaka Paweł przyniósł do szkoły swój dzienniczek z V klasy SP, a w nim wpis: „Małgosię Piekarską uderzyłem nożyczkami w twarz” też śmialiśmy się wszyscy, a Paweł najgłośniej i wszyscy biegli oglądać moją gębę czy blizny jeszcze mam czy już zbladły.
Ja wtedy z opowiedziałam jak w IV klasie stanęłam w obronie Pawła, a on… zamiast podziękować rozbił mi na głowie dwurzędowe cymbałki.
Dlatego napisałam, że jeśli powyższe historie to brudy z czyjegoś życia, to ja proszę o wyciągnięcie takich historii z mojego. Ja chętnie poczytam ile razy w szkole dostałam szału, bo były to czasy, gdy jeszcze bardzo łatwo można mnie było wyprowadzić z równowagi. Teraz niestety… z wiekiem człowiek uczy się panowania nad emocjami. Szkoda, że nie każdy.
Problem wszystkich protestujących przeciwko wspomnieniom, i temu jak zostali w nich odmalowani, polega na tym, że nie nabrali dystansu do dzieciństwa i młodości. Że dziecko z lat 70-tych to jest i nie jest ta sama osoba, którą spotyka się w 2008 roku. Wszystkim, którzy przeczytali na NK prawdziwe historie o sobie, a chcieliby ich nie pamiętać, bo im głupio, wstyd itd. polecam reklamę kawy, w której mowa jest o festiwalu i niszczeniu ubrania w błocie. Babcia mówi, że też była na festiwalu, ale bawiła się… bez ubrań. Jestem za wypiciem zdrowia wszystkich babć, które są w stanie przyznać się, że w młodości bawiły się bez ubrań.
Czy na NK powinno się opisywać tyko historie kto komu dał kwiatki i powiedział kocham? Takich jest mniej. Reszta to brud? Nie warto wspominać? A to czemu? A na przykład moja historia o tym, jak wyjawiłam Tomkowi co to jest ryngraf w zamian za jego wyjaśnienie co to są choroby weneryczne. Wracaliśmy ze szkoły, bo zamykano już świetlicę. Mieliśmy po 9 lat. Jeszcze w świetlicy Tomek zaczął mówić o chorobach wenerycznych. Opowiadał, że starszy kolega ma jakąś książkę o tym i on trochę czytał. Nie zdążyłam dowiedzieć się co to za tajemnicze choroby, bo pan wychowawca skrzyczał Tomka za poruszanie takiego tematu. Gdy wracałam z Tomkiem zaczęliśmy rozmowę na temat tego, co dostaliśmy na I komunię świętą. Ja oprócz aparatu Smiena dostałam ryngraf. Tomek chciał wiedzieć co to ten ryngraf. Wpadłam na szatański pomysł: powiem mu w zamian za wiedzę o chorobach wenerycznych. Zgodził się. I tak ja mu powiedziałam, że ryngraf to tarcza z Matką Boską, a on mi na to, że choroby weneryczne to… choroby sisiorka lub pupy. To ci wymiana wiedzy! Jak dla mnie anegdota super. Mój syn się zarykiwał ze śmiechu.
Czy rzeczywiście należy wprowadzić przepis, że aby zamieścić jakąś historię na portalu NK trzeba zgody wszystkich osób w niej uczestniczących?
Co najgłupsze, gdy opisałam, że jeden z kolegów – jak głosi podwórkowa legenda – w zamian za żelaźniaka (resoraka) matchbox’a zjadł psią kupę z patyka to ów „bohater” tego zdarzenia przesłał mi pozdrowienia z Londynu (strasznie zabawne i z ową kupą w tle). Uznając tym samym – słusznie zresztą, że zdarzenie zostało w dzieciństwie. A fakt, że zaistniało nie wpłynął na moją ocenę jego, jako dorosłego człowieka.
Ktoś z oburzonych mi napisał, że pewne wspomnienia mogą zranić dzieci tych osób. O matko! Złe rzeczy o rodzinie powinno się usłyszeć od… rodziny. (Jak w Obronie Głogowa. „Ojciec wal! Z ręki ojca nie boli!”) Wtedy bez względu na to, ile osób je upubliczni, powie dalej itd. – nie będą miały żadnej mocy. Znam to jak zły szeląg!
Jedną z takich rodzinnych historii, które ojciec przede mną ukrył, przypłaciłam szokiem, strasznym płaczem i nieodzywaniem się do niego przez ponad miesiąc! Po latach… niejako dla oczyszczenia siebie, ojca itd. uczyniłam ją „bohaterką” jednej ze swoich książek. Między innymi po to, by mój syn poznał ją w dzieciństwie a nie usłyszał od obcych i doznał szoku jak ja. Choć dziś wiem, że jemu już nikt by tego nie powiedział, bo świadkowie umarli. O ironio to ja ocaliłam tę historię wsadzając w książkę. Czy było warto? Recenzje i głosy czytelników pokazały, że tak. Ale czułam to już wcześniej. Bo przecież to pisząc tę książkę doszłam do wniosku, że nie opowiadając o pewnych historiach dajemy im umierać. Retuszując je – stajemy się twórcami świata podobnego do opisanego przez Orwella czy pokazanego w filmie Equilibrium.
To, że tak przeżyłam trzymanie w tajemnicy niechlubnego faktu z historii rodziny (a zapewniam, że takie są w każdej!) sprawiło, że potem ojciec mówił mi już wszystko. Kto siedział w psychiatryku, kto przepił majątek itd. Matka też już nic nigdy nie ściemniła jeśli idzie o przodków. Dlatego wiem, że gdy coś słyszymy od najbliższych w sposób zupełnie naturalny – nigdy nie szokuje. Zszokować może dopiero wtedy, gdy dowiemy się od obcych, a najbliżsi na ten temat kłamali lub zataili prawdę. Jeden kumpel zupełnie spokojnie opowiadał mi, że jego ojciec przyszedł na świat, bo babka puszczała się z Niemcami i partyzanci ogolili jej głowę na łyso. Nikt z nas się z niego nie śmiał. Taka była jego historia. A przecież na forum mojej szkoły na portalu NK aż takie straszne historie (jak ta, która zaowocowała moją książką „Dziewiętnastoletni marynarz”) opisywane nie były.
Czy nie lepiej wspominać fajne rzeczy? Ha! Po latach nawet niefajne wspomnienia fajnie się wspomina, bo są już tylko przeszłością. Dowodów na to pełno jest w literaturze – „Pięć lat kacetu” Grzesiuka czy „Rozmowy z katem” – Moczarskiego. Szkoda, że niewielu te niefajne rzeczy spisuje.
Ale jeśli ktoś chce o czymś z przeszłości zapomnieć, to nie powinien wchodzić na takie portale wspomnieniowe jak NK, bo to jest miejsce dla ludzi, którzy chcą pamiętać! Od przeszłości można się odciąć nie tylko takich portali unikając, ale również… np. wyprowadzając się z miejsc, które nam coś złego przypominają, zmieniając nazwisko, środowisko, znajomych itd. Znam setki ludzi, którzy to zrobili. Pierwszy lepszy przykład mam w jednej z redakcji. Kolega, który w szkole średniej miał nazwisko ojca, teraz ma matki. Wyniósł się zresztą do Warszawy z drugiego końca Polski, by od przeszłości uciec. Tak bywa! Nie on jeden tak zrobił. Stare powiedzenie mówi, że „Kto chce szuka sposobu, kto nie chce szuka pretekstu”. I ma pretensje, że inni pamiętają co pamiętają.
Każdy z nas w mniejszym lub większym stopniu został skrzywdzony w dzieciństwie przez inne osoby, chyba… że ma wrażliwość parapetu. Mnie strasznie dokuczano, ale i… przeproszono po latach. Inna sprawa, że może gdybym była np. sprzątaczką na prowincjonalnym dworcu, przeprosiny by nie nastąpiły, ale mniejsza o to, bo ja się i tak nie gniewam. Napisałam już, że tylko kretyn gniewa się na drugiego dorosłego, że ten był głupi, gdy był dzieckiem. Dzieci są okrutne. Już Golding o tym pisał. Przeprosiny dziś nie są mi potrzebne. Choć wtedy, gdy wciągano mnie do męskiego kibla i celowo doprowadzano do szału, by zobaczyć jak się wściekam itd. bardzo by się przydały, bo wielokrotnie byłam między młotem a kowadłem. Miedzy rówieśnikami, a despotyczną mamą. Nie opisałam żadnej z tych historii z dokuczaniem z detalami, nazwiskami itp. wspominając je jedynie oględnie. Nie. Ja się ich nie wstydzę. I nie jest tak, że ja ich nie pamiętam. Ja po prostu nie chcę wywoływać w ludziach poczucia winy, czy wstydu. To nie jest nikomu z nas potrzebne. Choć 4 ostatnie lata mojej podstawówki, czyli połowa w niej życia, to był czas oczekiwania, kiedy się z niej wreszcie wyrwę i zacznę życie od nowa. Bez piętna „tej głupiej, brzydkiej, zasmarkanej” i jakiejś tam jeszcze. KAŻDY z nas ma w sobie coś takiego. Bo ci z pozoru silniejsi robili z nami to co robili, by… nie być na naszym miejscu – szkolnych, czy klasowych „kozłów ofiarnych”, bo to się tak w terminologii pedagogiczno-psychologicznej nazywa. I ja ich rozumiem. Życie to walka o byt. Zarówno w dzieciństwie jak i w dorosłości. Świetnie rozumiem, że dziś przeprosiny są czasem potrzebne tym, którzy robili innym przykrości, bo dzięki drobnemu słowu czują się oczyszczeni. I ja to szanuję i doceniam. Nie jestem tez zła na tych, którzy nie potrafią przeprosić. To jest sztuka.
Przepraszanie za napisanie czegoś, co się zapamiętało takim, jakim było to z kolei jakiś nonsens. Ja bym się nie wściekła, gdyby ktoś napisał, że wielką frajdę sprawiło mu wsadzenie mi głowy do męskiego kibla i spuszczenie wody. Rzeczy i odczucia z dzieciństwa należy oddzielać od tych z dorosłego życia. Nie wściekłabym się, gdyby ktoś napisał, że byłam beksa, nosiłam obrzydliwe okulary i jeszcze obrzydliwsze spodnie w kratkę i tandetne princeski. Ani, że  raz przyszłam do szkoły w spodniach od piżamy, bo się spieszyłam i nie zauważyłam, a spodnie były po ciotecznej siostrze. Nie groziłabym sądem, gdyby ktoś napisał, że moja matka wyglądała jak moja babcia, a ojciec niby znany dziennikarz, a się kilka razy upił i raz nawet sobie po pijaku nos na schodach do klatki schodowej rozwalił. Toż to przecież wszystko prawda! Tak, jak prawdą jest, że jajami nam obrzucono mieszkanie w stanie wojennym, bo ojciec (choć dwa razy wąchał wtedy zwolnienie z pracy i biurko mu rozpruli), to jednak się w telewizji ostał, nota bene dzięki protekcji ojca mojej koleżanki z klasy – Ewki. (Choć został karnie zesłany z Woronicza do… Telewizyjnego Kuriera Warszawskiego.) To jest przeszłość. A na nią nie mamy już dziś wpływu. Nie mamy też wpływu na to co i jak ktoś zapamiętał.
Ogromnie kochałam swoich rodziców i ja jedna wiem, jak mi ich brak, ale gdyby ktoś opisał coś „niefajnego” z nimi to… mój Boże! To też jest jakiś kawałek historii. Zarówno mojej jak i ich. (Zresztą pojecie niefajności jest względne. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Dowodem na to dyskusja na forum mojego ogólniaka o pani od polskiego. Dla jednych stara k., dla innych super babka.) Jako absolwentka wydziału historycznego UW, protestuję przeciwko poprawianiu historii. To domena komuny. W podręczniku do historii, z którego uczono mnie w podstawówce, było napisane, że 17-09-1939 wojska radzieckie „wzięły w opiekę przed zbliżającymi się wojskami niemieckimi, polskie ziemie na wschodzie”. Tylko dzięki rodzicom wiedziałam, że był to IV rozbiór Polski.
Owszem, jest mi przykro, że to co napisałam sprawiło komuś przykrość, bo nie taki był mój cel. Ale ten ktoś powinien sam się uporać ze swoim dzieciństwem, sobą, rodziną itd. Portal NK jest po to, by to co zapamiętaliśmy na nim pisać i przypomnieć innym, których pamięć jest albo słabsza albo skupiona na innych zdarzeniach. A CHCĄ pamiętać! To nie jest miejsce dla tych, którzy chcą coś z pamięci wymazać. Wiele osób do NK nie zajrzało, bo nie chciało. A przecież każdy może wybrać. Taka jest demokracja. Z kolei osoba urażona jakąś wypowiedzią może sama napisać do administracji forum na portalu i zażądać usunięcia postu. Wprawdzie uważam, że byłoby to dowodem jej małostkowości, ale w demokracji ludzie mają prawo być również małostkowi. Mamy zresztą przykłady tego w wielkiej polityce z pierwszych stron gazet.
NK ma to do siebie, że wiemy, kto coś na nasz temat napisał. (Chyba, że zakłada fikcyjne konto, a i z tym się tu spotkałam). A co dzieje się na innych portalach? Tam komentarze (np. pod różnymi informacjami) są anonimowe i pod pseudonimami. Ja przecież właśnie z tego powodu skasowałam możliwość komentowania mojej strony i bloga, bo nie rajcuje mnie czytanie, że gosiaczek-sproślaczek (czy jakiś taki był to nick) napisał, że jestem ni mniej ni więcej tylko stara kurwa, alkoholiczka, która rypie się w dupę na oczach syna. Rajcowałoby mnie, gdyby ten ktoś podniósł przyłbicę i pokazał mi, kim jest i czy w ogóle go znam.  Bo może niesłusznie oboje z synem podejrzewamy byłą koleżankę Beatę?
Na NK każdy piszący cokolwiek, bierze odpowiedzialność za swoje słowa. Ja za swoje również. Niestety nie mam wpływu jak ktoś moje słowa interpretuje. Ale z tym, to ja się już pogodziłam pisząc przez lata felietony dla Cogito, a także opowiadania, powieści czy wiersze. Zawsze interpretowane są nie tak, jak autor miał to na myśli. No… może poza tym o grzybicy stóp. Ale to było „dzieło” zamówione przez anonimowego internautę. Pozdrawiam go! Ma nie mniejsze jaja niż kolega z podstawówki, który uśmiał się z opisania na portalu historii o tym, jak oblizał utytłany w kupie patyk.