Archiwa tagu: sztuka

Obraz, czyli trzeba pozbyć się… diabła!

Nigdy nie wierzyłam w diabła. Owszem, twierdzę, że zło istnieje, ale tkwi w człowieku. Dlatego sceptycznie też podchodziłam do opowieści o nawiedzonych przez złe duchy domach, czy złych duchach na cmentarzu. Nie znaczy, że nie wierzę w duchy. W te wierzę jak najbardziej, ale być może dlatego, że wychowywano mnie wpajając, że ludzie są jednak mimo wszystko dobrzy, ciężko mi uwierzyć w złe duchy. Nawet w mojej książce „Czucie i Wiara, czyli warszawskie duchy” wszystkie zjawy są dobre, sprawiedliwe i nawiedzają w tzw. słusznej sprawie. Gdy przez jakiś czas byłam zupełnie sama z nieletnim synem czułam obecność dobrych duchów moich przodków. Że kiedykolwiek nawiedzi mnie zły duch? Niemożliwe. To tylko na filmach. To tylko „Omen” i Gregory Peck. To tylko „Harry Angel” oraz Mickey Rourke i Robert de Niro. To tylko „Adwokat diabła” oraz Keanu Reeves i Al Pacino. To tylko… dziesięć, sto czy tysiąc innych filmów. W normalnym życiu zdarzyć się to nie może. Tak myślałam.

W ogóle nie przypuszczałam, że pewnego dnia diabeł zawita do mnie. Jak to? Wiele miesięcy temu przyszedł do nas kolega Panicza Syna z jakimś obrazem olejnym i pytaniem, czy mogłabym mu powiedzieć co to za malarz. Obraz przedstawiał postać z czarnymi, rozczochranymi włosami. Taki diabeł. Trochę straszny, a trochę śmieszny. Chyba nawet był podpisany „Diabeł”. Nazwisko autora (dziś już nie pamiętam) nic mi nie mówiło, ale sprawdziłam go w internecie. Nie żył od kilku lat. Malował diabły. Najwyraźniej lubił to. Kolega Panicza Syna powiedział, że kupił obraz na targu sztuki za 5 złotych, ale jego mama po kilku miesiącach poprosiła, by natychmiast wyniósł go z domu, bo obraz ma złą energię. Ubawiłam się. To, że ktoś namalował diabła to nie znaczy, że obraz ma złą energię. Kolega powiedział więc, że obraz mogę zatrzymać. Żal mu go wyrzucać, a ja pewnie docenię dzieło, bo w końcu ukończyłam historię sztuki.

Cóż… zawsze miałam miękkie serce. Zarówno dla ludzi i zwierząt, jak i dla przedmiotów. Moim pierwszym zawodem był zawód bibliotekarza. Dlatego przed wieloma laty ulitowałam się nad leżącym na stole w redakcji i przez nikogo niechcianym egzemplarzem harlequina. Tym, w którym na swoją zgubę wyczytałam zdanie: „Przez zmrużone powieki dostrzegł dwie wypukłości pod jej koszulą. Inteligencja podpowiedziała mu, że to mogą być piersi.” To zdanie do dziś snuje się za mną jak cień będąc dla mnie symbolem grafomanii i złej literatury. Teraz na tej samej zasadzie ulitowałam się nad obrazem. Jednak w przeciwieństwie do harlequina obraz artystycznie nie był zły. Nie pasował mi jednak do wnętrza. Nie był też w moim guście. I w ogóle coś z nim było nie tak. Jednak dokładnie tak samo jak kiedyś harlequina tak teraz żal mi było obrazu. Dlatego przyjęłam dzieło i… schowałam. A potem o nim zupełnie zapomniałam.

Ostatnie półtora roku nie było dla nas dobre. Nie chodzi o życie osobiste, bo na to nie narzekamy, ale zawodowo mieliśmy sporo kłopotów. Były to kłopoty z komputerami, dyskami, spektaklem, książkami, filmami, a także ludźmi z którymi przyszło nam współpracować. Szkoda naprawdę czasu na opisywanie tego wszystkiego, zresztą w niektóre historie trudno byłoby czytelnikom uwierzyć. W każdym razie było nam w życiu ciężej niż zazwyczaj. Dlaczego? Olśnienie przyszło dwa dni temu, gdy siedziałam i próbowałam pisać, ale jak zwykle coś mi się przydarzyło, co to pisanie uniemożliwiło. I nagle… przypomniał mi się obraz. To było jak impuls. Gdy napomknęłam Ulubionemu, że mam wrażenie, że to ten obraz z diabłem ma złą energię i źle na nas działa, przez co mamy takie a nie inne kłopoty z pracą, on aż podskoczył. Szybko powiedział, że ma dokładnie taką sama myśl. Postanowiliśmy więc pozbyć się obrazu. Natychmiast zadzwoniłam do Panicza Syna, który studiuje w zupełnie innym mieście, by poinformował kolegę-ofiarodawcę, że obraz wyrzucamy. W odpowiedzi usłyszałam, że… w ogóle go to nie dziwi.

Ulubiony rozpoczął poszukiwania „Diabła”, ale obraz jakby zapadł się pod ziemię. Kompletnie nie umieliśmy sobie przypomnieć gdzie też go schowaliśmy, by nie drażnił naszych oczu. Poszukiwania trwały długo, ale na szczęście zakończyły się sukcesem. Gdy chciałam sfotografować obraz „na pamiątkę”, by móc komuś potem pokazać je, jako dowód, że coś z obrazem nie tak, Ulubiony aż krzyknął. „Żadnych zdjęć! Żadnych śladów po tym diable w naszym domu!” Zgodziłam się od razu. No i rozpoczęliśmy dysputę gdzie obraz wyrzucić! Wbrew pozorom było to dla nas obojga bardzo ważne, bo od razu stwierdziliśmy, że nasz śmietnik nie wchodzi w rachubę, ponieważ może go tam znaleźć sąsiadka i… zabrać do domu, a wtedy obraz też będzie obok nas, tyle, że nie będziemy mogli się go pozbyć już nigdy. Uznaliśmy więc, że trzeba znaleźć śmietnik tzw. wolnego dostępu i najlepiej z rzeczami z budowy bądź remontu, bo z takiego śmietnika nikt obrazu nie wyjmie i nie przyniesie zła do swojego domu. A przynajmniej ryzyko, że ktoś to zrobi jest mniejsze.

Wczoraj Ulubiony znalazł taki śmietnik i wyrzucił tam obraz z diabłem upychając go pod gruzem i deskami z budowy. A ja mam wrażenie, że powoli zaczyna się wszystko prostować. Dziś rano zadzwonił bowiem znajomy informatyk, by powiedzieć, że z jednego z uszkodzonych dysków udało się odzyskać 30 GB danych. A jeszcze tydzień temu twierdził, że pomóc w tym może tylko jedna firma, której usługi kosztują kilka tysięcy złotych. A wystarczyło pozbyć się diabła.

PS Cały czas nie mogę w to uwierzyć.

Żegnaj Huto, żegnaj Rubinie

„Wszystko mija, nawet najdłuższa żmija” – pisał Stanisław Jerzy Lec. Często to powtarzam widząc, jak pewne rzeczy przemijają, odchodząc tym samym w przeszłość. Pojechałam wczoraj z kamerą żegnać Hutę Targówek. Osobliwe to miejsce widziałam po raz pierwszy i zupełnie nic na jego temat wcześniej nie wiedziałam, bo Huty, jako Huty, już od dawna nie ma. Jest jednak budynek i jego historia. I wczoraj właśnie pojechałam przywitać i pożegnać nieistniejącą już Hutę.

Historia Huty jest osobliwa. Powstała bowiem w 1926 roku, jako przedsiębiorstwo „Huta szkła Targówek Kazimierz Klimczak i Synowie”.  To był jeden z większych zakładów przemysłowych w tej okolicy. Produkowano tu szkło techniczne najbardziej zaawansowaną na tamte czasy technologią. Właściciel był dumny, bo dzięki temu udało się wyeliminować import niemieckiego szkła jenajskiego. Wykonywano tu kolby chemiczne, pojemniki na odczynniki itd. Także tu wykonano pojemnik na serce Józefa Piłsudskiego, w którym (włożone do srebrnej urny) spoczywa do dziś na cmentarzu w Wilnie. Jeszcze przed wojną na zlecenie wojska prowadzono tu eksperymentalne prace nad produkcją szklanych granatów. Chodziło o uniezależnienie dostaw dla wojska od różnych hut metali. By było ciekawiej, ów projekt nosił kryptonim „woda kwiatowa”. Huta została zbombardowana 8 września 1939 roku. Wtedy główna hala, licząca 700 metrów kwadratowych powierzchni, straciła trzy ściany i dach. Została jednak odbudowana, zyskując istniejący do dziś i unikatowy dach drewniany, który trzyma się bez filarów, kolumn czy jakichkolwiek podpór. Dach powstał w trzy miesiące i zrobili go miejscowi cieśle. W czasie okupacji Niemcy nakazali właścicielom produkować w hucie butelki na wódkę, za które płacili właśnie ową wódką. Właściciele, nie chcąc rozpijając pracowników, założyli hurtownię alkoholu, który sprzedawali zakładom gastronomicznym. Z tak uzyskanych pieniędzy płacono pensje. Huta była też miejscem, które w czasie okupacji wydawało dokumenty identyfikacyjne członkom polskiego podziemia. To wielu osobom pomagało działać w konspiracji.

Po wojnie huta została znacjonalizowana. Właściciel, Tadeusz Klimczak, otrzymał stosowny dokument w swoje urodziny. Wynikało z niego, że państwo polskie przejmuje w całości jego zakład. Paradoksalnie rok później, z niewiadomych przyczyn, otrzymał pocztą dokument, z którego wynikało, że w odebranej mu Hucie źle się dzieje. Robotnicy spodziewali się, że po znacjonalizowaniu zakładu będą lepiej wynagradzani, a tu… dostali obniżkę pensji, nawet o 30%. Państwowa kontrola wyrażała zaniepokojenie, że może stracić ponad połowę pracowników i to stało w piśmie. Tak naprawdę huta straciła jednak przede wszystkim to, czym dysponowała do tej pory. Markę. Połączono ją z hutą szkła w Wołominie, co oznaczało w praktyce likwidację. Przy okazji zaprzepaszczono nowoczesne technologie, dzięki którym przed wojną nie importowano chemicznego szkła z Jeny. Od tej pory Polska musiała „przeprosić się z niemiecką gospodarką” i importować szlachetne gatunki szkła, które wcześniej produkowano na Targówku.

W latach 90-tych budynki odzyskał wnuk Kazimierza Klimczaka – Tadeusz Klimczak jr. Kolejne 20 lat zajęło mu staranie się o zwrot zabranego dekretem Bieruta gruntu, na którym stoją budynki. Teraz musi płacić rocznie taki podatek (ok. 80 tysięcy złotych), że z wynajmu pomieszczeń na terenie Huty nie jest w stanie utrzymać obiektu, a co dopiero w niego inwestować. Postanowił więc to wszystko sprzedać. Rozmowy z inwestorami trwają.

Zanim nastąpi ich finalizacja właściciel postanowił zaprosić Warszawiaków do środka i pokazać im budynek z niezwykłym drewnianym sklepieniem. Stąd pomysł na wystawę: „Sztuka miejsca – miejsce sztuki. Pożegnanie Huty”. W środku prace czwórki artystów. Malarstwo Aldony Jabłońskiej-Klimczak, fotografia Niki Jabłońskiej, Rzeźby i obiekty Adriany Gajdzińskiej oraz Czesława Podleśnego. Prace tego ostatniego, to też pewien rodzaj pożegnania z przeszłością i tym, co wytwarzają huty, ale akurat inne, bo huty metalu. Prace Podleśnego to w większości rzeźby i obiekty z metalu, do czego artysta wykorzystał to, co znaleźć można na złomowiskach, nim trafi znów do hut na przetopienie. To z takich złomowych odpadków powstał święty Jerzy bez konia, święta opiekunka z metalowymi lokówkami, której kapliczką jest stara wanna, czy rycerz na starym szpitalnym łóżku. Jego zbroja to różne naczynia. Nic więc chyba dziwnego, że rycerski hełm ma rączkę pokrywki od rondelka. „Ostatnia wieczerza z dziadkiem?” Proszę bardzo… talerze, sztućce metalowe, a i serweta z kawałków blachy. Telewizor? Oczywiście. Koniecznie metalowy Rubin, w którym radzieccy generałowie dysputują na czerwonym tle obwieszonym sowieckimi znaczkami. Przeminął bowiem i dziadek, i blaszane garnki i Związek Radziecki ze znaczkami pełnymi sierpów i młotów. A artysta zawsze może nadać starym przedmiotom nowe znaczenie, poprzez odpowiednie ich wykorzystanie. Czy znajdzie się ktoś, kto artystycznie wykorzysta potencjał, który drzemie w budynkach dawnej huty? Mieszkańcy Targówka obawiają się, że przez nowego właściciela zostanie to wszystko zamienione w kolejny supermarket. Czy tak się stanie? Jutro ostatnia szansa obejrzeć budynki dawnej huty w obecnym kształcie. Właściciel zaprasza od 12-tej do 17-tej.

A na zdjęciach ja i telewizor z przeszłości. Rubin, który przeminął jak sen. Bo naprawdę wszystko przemija. A największym, absurdem jest wiara w to, że coś może wiecznie trwać.

Stres, czyli w szponach ponętnej Skręcipitki

A więc jedziemy! Już kilka tygodni temu Ulubiony dostał zawiadomienie, że wraz ze spektaklem „Listy do Skręcipitki” zakwalifikował się do udziału w konkursie podczas Ogólnopolskiego Festiwalu Teatrów Jednego Aktora odbywającego się w ramach Wrocławskich Spotkań Teatrów Jednego Aktora. I tak w najbliższą sobotę 19 października o 15:30 na Czarnej Scenie PWST Filia we Wrocławiu ul. Braniborska 59 będzie można zobaczyć „Listy do Skręcipitki”, czyli spektakl, nad którym we trójkę wraz z reżyserką i Ulubionym siedzieliśmy pół roku i cały czas się nim jeszcze zajmujemy. Jeżeli ktoś myśli, że stres przed festiwalem odczuwa tylko aktor – jest w błędzie. W nerwicy jest także reżyserka Małgosia Szyszka, u której jest to nerwica zwielokrotniona, gdyż zaraz potem wylatuje do Meksyku pokazywać tam swoje filmy o Jerzym Grotowskim. Ja też mam nerwicę, choć być może moja nerwica w porównaniu z nerwicą Ulubionego to pestka. Dziś miał problem pod tytułem „krawat trzeba zawiązać inaczej” oraz „kołnierzyk i mankiety koszuli trzeba nakrochmalić”. Ja mam nerwicę pod tytułem: Czy niczego nie zapomnimy? Trzeba w końcu wziąć kostium, rekwizyty, scenografię, płytę z muzyką, rzutnik, laptop, ładowarki, kamerę, statyw, aparat fotograficzny, baterie, kasety, nośniki do kamery i aparatu itd. Plus oczywiście rzeczy osobiste. Bardzo bym nie chciała, by na miejscu okazało się, że np. nie mam na zmianę bielizny lub butów. Albo, że zapomniałam kosmetyków lub… dokumentów. (A tak mi się już kiedyś zdarzyło.) Czy starczy nam kasy na podróż? Na festiwal jedziemy na własny koszt, nocujemy na własny koszt i jemy na własny koszt. Czy nic się nie zepsuje po drodze? No i plus główny powód nerwów, czyli sam spektakl. Czy w trakcie wszystko będzie dobrze? Czyli… czy film, który jest częścią scenografii wyświetli się bez usterek? Czy sprzęt, którym dysponuje teatr odtworzy nasze płyty z dźwiękami? Wbrew nerwicy, która opanowała Ulubionego, ja najmniej martwię się o to, jak on wypadnie. Bardziej, jak zwykle, o sprzęt. W końcu przedmioty martwe bywają złośliwe… Oczywiście trochę poprzeżywałam też rzucane przez różnych pseudożyczliwych znajomych uwagi, jakobym to ja załatwiła Ulubionemu udział w festiwalu. Boże, jakim trzeba być, że tak się wyrażę „złośliwym głąbem”, by tak myśleć! Przecież oceniane były spektakle na podstawie rejestracji! Czyli patrzono, jak aktor gra! Już pomijam, że nie mam pozycji dawnego pierwszego sekretarza KC PZPR, który dzwonił i mówił: „wicie-rozumicie, ale towarzyszu załatwcie mi to pozytywnie.”  Naprawdę oceniano spektakle! A jaki ja mam wpływ na to, jak gra Ulubiony? No niestety ludzie tacy są. W końcu, gdy na festiwalu Emigra przyznano mi nagrodę za film „Kto ty jesteś?” życzliwi powiedzieli, że pewnie zgłoszono trzy filmy. Normalnie człowiek człowiekowi dziennikarzem.

Jeśli ktoś myśli, że po zakończeniu festiwalu stresy nam miną, to zapewniam, że raczej nie. Wszystko dlatego, że potem jedziemy na drugi festiwal, czyli IV edycję Festiwalu Monodramów Monoblok do Gdańska (spektakl jest 8 listopada) – tam na szczęście nie płacimy za nocleg. A potem… czeka nas kolejna meganerwica. Otóż gramy 13 listopada z okazji Święta Niepodległości w… Muzeum Niepodległości. To w końcu bardzo prestiżowa placówka. Na dodatek na scenie stoi fortepian, którego nie da się wynieść. Ponieważ nieruchomy wielki rekwizyt głupio będzie wyglądał, kiedy nie będzie używany, więc… stwierdziliśmy, że Ulubiony musi zagrać nie tylko na trąbce, ale również choć zabrzdąkać na fortepianie… Wprawdzie skończył on szkołę muzyczną na fortepian, ale w domu mamy tylko klawisze elektryczne… O losie! Przewiduję pogłębiająca się nerwicę vel tremę. A jaki tego będzie efekt – ktoś spyta. Sama chciałabym wiedzieć. Na razie wiem jedno. Od początku roku wszyscy jesteśmy w szponach mojej prababci, czyli ponętnej Skręcipitki i mam wielką nadzieję, że uda jej się porwać w swoje szpony i innych – w tym jurorów.

I tak na koniec. Zwykle po spektaklu puszczamy widzom film: Zdarzyło się naprawdę. na festiwalach go nie zaprezentujemy. gdyby ktoś chciał przyjść na spektakle festiwalowe nie zobaczy tego. Ale… może go ten film zachęci? Wszystkich Wrocławian i dolnoślązaków oraz Gdańszczan, Trójmiejszczan i Pomorzan i Kaszubów – zapraszam…

A tu zwiastun…

Masha szyje z… jamnikiem

No i stało się!

Masha uszyła i dla mnie! Batikową sukienkę z jamnikiem, (wzór jamniczy dowolny, w końcu artystom warto dawać temat i więcej nic nie narzucać), zamówiłam jeszcze zimą. Wreszcie jest. Akurat na dzisiejszą premierę „Żywie Biełaruś”, o której napiszę lub nie, zależy od tego czy będzie o czym. (Ulubiony zagrał tam Janoszkę. Kolegę głównego bohatera, z którym łączy go żołnierski los.) W każdym razie teraz obiecane słowo o sukience. Stali czytelnicy wiedzą, że o takich rzeczach, jak ubrania nigdy nie piszę. Tym razem robię wyjątek, bo jest o czym. Sukienka jest niezwykła. To jest batik! Na studiach z historii sztuki o technice batiku mówiliśmy na zajęciach dość sporo. Nie chcę nikogo zanudzać, bo szczegóły każdy wyszpera w sieci. Ogólnie mówiąc batik to technika malarska, która polega na nakładaniu wosku i kąpieli tkaniny w barwniku, który farbuje jedynie miejsca niezamaskowane tą warstwą wosku. Potem tkaninę zanurza się w kolejnych kolorach, za każdym razem po ufarbowaniu zdejmując wosk i nakładając nowy. Robi się tak wielokrotnie aż do uzyskania pożądanego efektu, czyli takiej liczby kolorów, jaką się zaplanowało. I właśnie tą techniką (najpopularniejszą w krajach Azji) ozdobiona jest moja sukienka i namalowany jamnik. Sukienka, jak widać w rudych barwach, bo przecież model rudy. Na zdjęciach widać i mnie i modela, który chyba nie bardzo wie o co chodzi. Proszę wierzyć mi na słowo, że jamnik namalowany na tyle sukienki oddaje mocz, co dla mojego trzynastoletniego potwora, który chyba cierpi na przerost prostaty, jest czynnością niezwykle charakterystyczną. Tak więc naprawdę to ten jamnik ze zdjęcia jest na sukience!

A chętnych do obejrzenia innych dzieł batikowych Mashy zapraszam na Facebook’a na stronę Masha Szyje

Zaś tych, którzy chcieliby zobaczyć jej malarstwo zapraszam do odwiedzenia strony
http://www.tytus.moklegionowo.pl/

Najlepiej się nie urodzić, czyli ciężkie życie artysty

 „Kto nie chce – szuka pretekstu, kto chce – szuka sposobu.” To powiedzenie, które bardzo lubię, bo jest w nim tak ogromna prawda, że czasem swoim ogromem aż poraża. Uświadamia nam bowiem ile rzeczy nam się chce a ile nie chce. Momenty, kiedy czegoś nie możemy są tymi, kiedy coś nie zaleczy tylko od nas. Jednak wszelkich prostych życiowych wyborów dokonać możemy sami. Tak jest z rozrywkami, pomaganiem innym i z zakupami. Albo chce obejrzeć jakiś film albo nie. Albo chcę czytać jakąś książkę albo nie. Albo pomogę komuś albo nie. (Ostatnio zajmuję się „pitoleniem”, czyli rozliczam znajomym PIT-y.) Albo kupię sobie nowe buty albo nie. Zakup zresztą nie zawsze ma związek z zasobnością portfela. Bywa, że kupujemy sobie coś, bez czego możemy się obejść. Jest też taki moment, kiedy możemy połączyć przyjemne z pożytecznym, czyli kupić coś i tym samym komuś pomóc. Mam na myśli wspieranie artystów przez kupowanie od nich ich prac. Ilekroć idę na targi sztuki staram się tam coś kupić. To niedrogi zakup. Za 20-30 złotych (słownie dwadzieścia trzydzieści, by nikt nie myślał, ze zero gdzieś się podziało) można kupić grafiki studentów, biżuterię itd. Mam przyjaciół, którzy są taką artystyczną parą. Tytus rzeźbi w drewnie, Masha zajmuje się malowaniem, biżuterią artystyczną robioną techniką witrażową i szyciem. Szyje między innymi kiecki z materiałów zdobionych przez siebie techniką batikową.

Ponieważ zima jest dla artystów ciężka, zwłaszcza, gdy nie mają swojego sklepu itd., więc wzięłam od nich garstkę tej metaloplastycznej biżuterii, by pokazać znajomym. Może ktoś kupi? Ponieważ para kolczyków kosztuje 20 złotych, więc chętni się znaleźli i cos tam kupili. Pokazałam linki do ich Galerii, a także do strony na Facebooku gdzie Masha prezentuje swoje artystyczne kiecki, więc znaleźli się też zainteresowani jej artystycznymi ciuchami.

Jednak zawsze musi znaleźć się ktoś zawistny, kto będzie na nie. Ktoś, dla kogo fakt, że ludzie coś robią jest przysłowiową solą w oku. Oprócz więc rzeczywistego wsparcia i kupienia pierścionków, kolczyków i wisiorków usłyszałam też kpiny, że zajmuję się idiotyzmami. Kpiny, że jestem pośrednikiem. Wreszcie kpiny, że biżuteria jest ze szkła i miedzi. Ciekawe, że ci sami chętnie noszą nikiel i plastik kupiony w Rossmanie czy Reserved. I tak sobie myślę. Jak ktoś prosi o pomoc – źle. Od razu wrzeszczymy niech się weźmie do roboty. Jak ktoś bierze się do roboty – też źle. Bo co to za praca artystyczne szycie, biżuteria, obrazy. Świetnie rozumiem, że kogoś to coś, co jest do kupienia nie interesuje, że nie pasują mu wzory, materiały etc. Po prostu ma inny gust. Ale przenigdy nie zrozumiem pogardy, z jaką spotyka się tego typu sposób zarabiania na życie. Gdyby sztuka nie była człowiekowi do niczego potrzebna, to w chłopskiej chacie nikt by nie stawiał polych kwiatów na stole. A na ścianie nikt by nie wieszał ludowych wycinanek. Sztuka jest potrzebna, by ubarwić nasze szare i niejednokrotnie ciężkie życie. Nie każda sztuka kosztuje miliardy. Bywa, że ta za kilka groszy jest i ciekawsza i artystycznie na wyższym poziomie.  

Po reakcji tych kilku osób, na moją próbę sprzedaży garstki artystycznej biżuterii zrobionej przez przyjaciół mam taki wniosek. Dla niektórych najfajniejszy człowiek to ten, który nigdy się nie narodził. Po prostu nie można się do niego przyczepić, bo nie istniał, a tym samym nic nie zrobił. Jak ktoś żyje i cokolwiek robi jakże łatwo go skrytykować i wyśmiać. I tylko dziwnym trafem większość tych, którzy wyśmiewają sami z siebie nie robią kompletnie nic.  

PS A jakby ktoś coś chciał coś z Galerii Mashy i Tytusa zapraszam na ich stronę. A panie chętne na batikowe (i nie tylko) kiecki odsyłam do Facebookowej strony „Masha szyje”. Naprawdę jest co oglądać!

Ironia czy fakt?

Gdy miałam 15 czy 16 lat na jakimś festiwalu poznałam chłopaka, który nazywał się Adam Mickiewicz. Czasy były PRL, więc opowiadał jak wraz z kolegami pił piwo w Krakowie siedząc na schodkach pomnika Adama Mickiewicza i jako jedyny został przez milicję puszczony wolno. Uznano bowiem, że notatka „Adam Mickiewicz pił piwo na schodkach pomnika Adama Mickiewicza” może zostać odebrana, jako przejaw pijaństwa nie Adama Mickiewicza, a milicjanta spisującego spożywających alkohol.
Moja siostra cioteczna chodziła do szkoły z Heniem Sienkiewiczem. Był zwykłym chłopcem i nie został pisarzem. Mama opowiadała, że w szpitalu miała pacjenta Tadeusz Kościuszkę. Był ciężko chory. Nie wiem, co się z nim stało. W ogóle nie wiem, co stało się z każdym ze wspomnianych przeze mnie osobników, których rodzice obdarowali tymi samymi imionami, które nosiły słynne osoby noszące ich nazwisko.
Piszę o tym dlatego, że dwa dni temu zmarł Erazm Ciołek. Bardzo znany i wybitny fotograf, słynny m.in. ze zdjęć Jerzego Popiełuszki czy Lecha Wałęsy. Gdy w rozmowie ze znajomym stwierdziłam, że to piąty Erazm Ciołek w historii świata zostałam skrzyczana, że jak zwykle jestem prześmiewcza, ironiczna i kpię. Trochę mnie zamurowało. Z pamięci nie potrafiłam wymienić wszystkich Erazmów Ciołków, których działalność zapisała się w historii, ale pamiętałam, że tacy byli, a jednemu, który był biskupem płockim zawdzięczamy mszał, o którym sporo czytałam na studiach z historii sztuki, bo to zabytek zarówno literatury jak i sztuki. Nie miałam więc na myśli nic złego, a proste stwierdzenie faktu. Już kiedyś istniał ktoś o imieniu Erazm Ciołek i był osobą znaną. Istniał nawet nie raz. Dopiero w domu mogłam zajrzeć do encyklopedii, by tam stwierdzić, że wraz ze zmarłym teraz fotografem znanych w historii Erazmów Ciołków było pięciu!
I tak teraz myślę… Gdy dziewczynka dostaje do znanego w historii nazwiska takie samo imię, jak ktoś, kto już wcześniej był postacią coś znaczącą w historii, jest szansa, że wychodząc za mąż zmieni nazwisko, a ona swoim Zycie napisze nowe dzieje. W przypadku mężczyzn zmiana nazwiska jest rzadkością. Pewnie dlatego trudno Tadeuszowi Kościuszce XXI wieku zmierzyć się z wielkim Polakiem, który ma swoje pomniki, place itd. Niełatwo współczesnemu Henrykowi Sienkiewiczowi mierzyć się z autorem Trylogii. Tymczasem Erazmowi Ciołkowi udało się przyćmić aż czterech swoich poprzedników, bo jak widać niewielu pamięta, że byli przed nim inni, którzy nosili takie właśnie imię i nazwisko.
Owszem. Można też wyciągnąć z tego zupełnie inny wniosek. Nie zmarły był wybitny, ale społeczeństwo jest coraz słabiej wykształcone. To też jest jakiś tam fakt. A może i ironia losu?

Na szkle malowane

Od kilku dni biłam się z myślami. Pisać o tym? Nie pisać? Ale siedzi to we mnie zbyt głęboko. Nie mogę milczeć. To już ponad tydzień, gdy zadzwonił do mnie telefon i żeński głos powiedział:

- Jestem córką Zbyszka Nasiorowskiego. Tata panią lubił i szanował. Wiem, że zaglądała pani do jego pracowni i na pewno tata, by chciał, żeby pani wiedziała, że już go nie ma.

Zatkało mnie. Jak to nie ma? Przecież nie dalej jak przed 5 listopada byłam w jego pracowni i kupowałam dla Muńka Staszczyka obrazek na urodziny.

Staromiejska klitka Zbyszka Nasiorowskiego była miejscem, w którym można było kupić prezent na każdy niemal gust i na pewno na każdą kieszeń, bo ceny były od 30 złotych w górę. Malowane na szkle XVIII-wieczną angielską techniką sztychy zachwycały wszystkich. U mnie w domu, moi goście wielokrotnie pytali skąd ta super świńska erotyczna chińska kolorowa scena wisząca w toalecie (egzotyczny erotyzm cud miód!), a u przyjaciółki dopytywano się czarnofigurową scenę z dzieciństwa Mozarta. Muńkowi kupiłam czarnofigurową orkiestrę z dyrygentem. Od artysty, dla artysty przez artystę (w sumie pisarz tez jakiś tam artysta) – muzyka dla muzyka. Jak to nie ma już nic? Nie ma pana Zbyszka? Przecież był zawsze. I to, od kiedy sięgam pamięcią. Znał się z moim ojcem i przyjaźnił z moim stryjem – Bronkiem. Sama robiłam o nim kilka reportaży. Kilka lat temu byłam na jego wystawie w Muzeum Techniki. Wielokrotnie odwiedzałam z kamerą w pracowni.

„Nasior”, bo tak nazywali go przyjaciele, był członkiem rady programowej mojej macierzystej stacji, czyli TVP Warszawa. Jako varsavianista gorąco kibicował mojemu programowi „Detektyw warszawski”. Kilkakrotnie mówił mi, że ma kłopoty finansowe. Dlatego wysyłałam do niego znajomych, by kupowali jego obrazy na prezenty. Był jedynym artystą w Europie malującym tą osiemnastowieczną techniką. Jego prace wisiały nawet w Białym Domu. Dwa miesiące temu przyjaciółka za moją namową pojechała do niego po obraz na prezent ślubny. Kupiła malowane na szkle kwiaty. Coś niezwykle eleganckiego i właściwie nietypowego, bo w pracowni zwanej „Skład rycin” na pierwszy rzut oka przeważały mapy, herby i widoki miast. Przyjaciółka była zachwycona, a „Nasior” zadzwonił potem do mnie z podziękowaniem za klienta.
- Pani Małgosiu, gdybym miał jedną taką klientkę dziennie nie miałbym żadnych problemów finansowych.

Wiedziałam, że ma sprawy w sądzie o eksmisję z pracowni, że zalega z czynszem… Opowiadał mi to pogodnie jednocześnie chwaląc się, że ta sama dzielnica, która go z pracowni wyrzuca, przyznała mu stypendium artystyczne w 2010 roku. Pewnie dlatego nie myślałam, że z tych kłopotów się nie podźwignie. W dniu, w którym sąd ogłosił eksmisję, choć wyrok był jeszcze nieprawomocny, „Nasior” popełnił samobójstwo w pracowni zostawiając list, w którym informował o tym, że nie radzi sobie z problemami finansowymi. Znalazła go córka. Do spłaty zostało ponad 6 tysięcy. Nie miał tyle. Działalność gospodarczą zawiesił.

Życie Warszawy rozpisało się o samobójstwie artysty, o tym, że znajomi palą znicze przed pracownią, w której wydał ostatnie tchnienie. A ja ciągle myślę, że… mój Boże! Byłam tam w ten czwartek. Stałam uliczkę obok, na Jezuickiej czekałam na dyrektorkę ZTP, by nagrać ją w sprawie przebiegu remontu pomnika Mickiewicza. Myślałam, by zajrzeć do Pana Zbyszka, ale… czas mnie gonił. A to pewnie właśnie wtedy się działo. I nie mogę sobie tego wybaczyć. Może za mało namawiałam go na sprzedaż prac na allegro? Może za słabo akcentowałam potrzebę stworzenia strony WWW? Ale z drugiej strony… czy to by coś dało? Wielu znajomym mówiłam o jego obrazkach… Do pracowni zajrzeli nieliczni. Świat kocha artystów, ale na odległość, z daleka i… po śmierci. Gdy jeszcze żyją – nie daje im spokojnie tworzyć, bo nie pozwala przeżyć.

Zaproponowałam rodzinie zorganizowanie aukcji jego ostatnich prac. Przecież trzeba z czegoś spłacić resztę zadłużenia, a oni muszą mieć z czego żyć. O terminie i miejscu aukcji na pewno poinformuję.

A pogrzeb jest w najbliższą środę 8 grudnia o 13:15 i rozpocznie go msza w kościele Jozafata na Powązkach. „Nasior” spocznie w grobie na Powązkach Wojskowych.

Życie jest ulotne. Jak obrazki na szkle. Ale nie te malowane przez „Nasiora”, a przez mróz. Gdy nadchodzi odwilż – znikają. Artyści też znikają z tego świata. Ich dzieła tylko czasem trwają dłużej.  

PS. O ironio… to jeden z ostatnich wywiadów z „Nasiorem” na stronie Śródmieścia.
http://www.srodmiescie.art.pl/mecenat/stypendysci?more=1366840092

PS.2. Ostatnio na jednym ze spotkań autorskich prowadzący je nauczyciel powiedział do zebranej młodzieży:
- Rzadko możemy gościć w naszych progach autorów lektur. Pani Piekarska jest tu wyjątkiem. A wiecie dlaczego?
- Bo żyje – odpowiedział chór uczniów.
No jeszcze tak… Ale gdybym opisała, co to za życie…

Kto nie jest z nami ten przeciw nam

Że obowiązuje u nas taka zasada przekonałam się wielokrotnie. Na przykład ostatnio. Kilku znajomych w różnych rozmowach stwierdziło, że jeśli ktoś uważa, że film „Towarzysz generał” był nierzetelny to broni generała. Tymczasem ocena rzetelności filmu może nie mieć nic wspólnego z osobą generała, a z filmem, jako pracą dziennikarską. Tak jest w przypadku wielu innych historii.
Od dłuższego czasu trwa spór wokół pomnika Braterstwa Broni stojącego na warszawskiej Pradze, zwanego popularnie pomnikiem „Czterech śpiących”. Często w tych sporach obrońcom pomnika zarzuca się sympatie komunistyczne, a to też może być przysłowiowy strzał kulą w płot. Dziś podano informację, że członek jednej z partii wysłał nawet list do Prezydent Warszawy Hanny Gronkiewicz-Waltz, żeby wysadziła pomnik w powietrze. Choć to podobno żart i jedynie próba zwrócenia uwagi na problem, że z pomnikiem coś zrobić trzeba, bo przeszkadza w budowie stacji drugiej linii metra, jednak we mnie – osobie, która studiowała historię sztuki – sam pomysł zniszczenia go budzi mieszane uczucia. 
Historii pomnika przytaczać nie będę, wspomnę tylko, że był pierwszym pomnikiem odsłoniętym w Warszawie tuż po wojnie. A przedstawiono na nim nie tylko żołnierzy radzieckich, ale i polskich. Podobno do postaci pozowali prawdziwi zdobywcy Berlina, tak jak i ze zdobytej w Berlinie niemieckiej amunicji wykonano w 1947 roku ich odlewy, które zastąpiły te pierwotne, gipsowe. „Czterech śpiących”, miano zlikwidować już w 1992 roku, jednak wtedy pomnik wybronił jeden z jego autorów – Stefan Momot. 
Niezwykle charakterystyczne dla przemian ustrojowych i nowych ustrojów w ogóle jest niszczenie wszystkiego, co należy do poprzednich czasów, od których nowy ustrój chce się odciąć. Z tego powodu wielokrotnie z powierzchni ziemi znikały różne zabytki. Pewnej nocy w 1948 roku z Wybrzeża Kościuszkowskiego w Warszawie zniknął pomnik Dowborczyków. W komitecie budowy tego pomnika w latach 30-tych był mój pradziadek. W 1948 na szczęście już nie żył. Piszę ‚na szczęście’, bo pewnie by padł trupem. Dziś przed Muzeum Wojska Polskiego stoi rekonstrukcja tego pomnika. 
Niemcy w czasie okupacji likwidowali polskie pomniki, albo… chowali jak pomnik szewca Jana Kilińskiego. Bo tak to jest, że w przypadku niszczenia symboli poprzednich epok najpierw pod nóż idą pomniki. Ale nie tylko. Często rzecz dotyczy więzień, jak to było w przypadku Bastylii, a także świątyń. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości zburzono w Warszawie kilka cerkwi. Miedzy innymi św. Michała Archanioła w Alejach Ujazdowskich i stojący na placu Saskim (obecnie Piłsudskiego) Sobór Aleksandra Newskiego. Obie cerkwie były symbolem represji carskich. Niestety przed zniszczeniem nie zrobiono dokumentacji niszczonych budynków. Gdy na studiach omawialiśmy architekturę Warszawy XIX wieku z cerkwiami był problem, bo zachowało się tylko kilka rycin, na których niewiele widać. Cerkwie zaś miały podobno wiele nowatorskich rozwiązań. Jak mówić o nich studentom nie pokazując prawie nic? 
I taka ciekawostka. Cerkwie zlikwidowano, ale… kościoła św. Aleksandra nie zlikwidowano. Cóż… świątynia katolicka nie budziła skojarzeń z carem, choć… została zbudowana na cześć cara Aleksandra i ze składek mieszkańców. Składki miały pójść najpierw na budowę bramy triumfalnej, którą car miał wjechać do miasta, ale sam car polecił, by przeznaczyć to na kościół katolicki, czym zjednał sobie miłość mieszkańców Warszawy. Na marginesie powiem, że imię Aleksander było wtedy najczęściej nadawanym imieniem w królestwie Polskim, bo naiwnie wierzono, że car Aleksander swoją polityką doprowadzi do odrodzenia Polski. 
Na wschodzie, zgodnie z dewizą Lenina, że religia jest opium dla narodu, po rewolucji Październikowej przerabiano kościoły na magazyny, a po wojnie tych zniszczonych w wyniku działań wojennych nie odnawiano. Gdy na jesieni pojechałam na Krym i nocowałam w wiejskiej chacie w miejscowości Krasnopila dowiedziałam się, że w miejscowy kościół w czasie wojny uderzyła bomba. Rozbrojono ją dopiero w latach 90-tych. Przez te wszystkie lata bomba wisiała w dachu kościoła, który oczywiście nie pełnił funkcji świątyni. Władze nie likwidowały bomby, bo jej istnienie było dla nich najwygodniejszą formą odegnania ludzi od świątyni. 
Historia jest bardzo pokręcona. Decyzję o tym, że coś, co jest symbolem poprzedniej epoki trzeba likwidować, podjąć łatwo. Zastanawiające jest, że taka decyzja podejmowana jest tylko w stosunku do wybranych zjawisk. Obozy koncentracyjne w Oświęcimiu, Majdanku i Treblince przerobiono na muzea martyrologii, by przypominały nam – żyjącym, że ludzie ludziom zgotowali ten los. Czemu o tym samym nie mogą przypominać socrealistyczne pomniki? 
Paradoksalnie to dzięki decyzji Adolfa Hitlera utworzeniu na terenie podbitych Czech muzeum podbitego narodu żydowskiego, gdy z całej Europy zaczęto zsyłać tam judaica – dziś możemy te judaica oglądać i chłonąć wiedzę o judaizmie w Muzeum holocaustu w jednej z synagog Josefova. 
Epoka, z której pochodzi pomnik czterech śpiących też ma swoje muzeum. W 1994 roku w pałacu Zamoyskich w Kozłówce otwarto „Galerię Sztuki Socrealizmu”. Trafiły tam demontowane z polskich miastach pomniki Lenina, Bieruta i Stalina. Miał tam podobno trafić i Feliks Dzierżyński, który stał w Warszawie na Placu Bankowym (wtedy jeszcze jego imienia), ale rozpadł się podczas demontażu, co zresztą wywołało wielką euforię wśród zgromadzonych gapiów. Myślę, że gdyby trafił do Kozłówki można by przy nim opowiadać wycieczkom o 17-letni Emilu Barchańskim, który 10 lutego 1982 roku wraz z kolegami oblał farbą i podpalił pomnik, za co kilka dni później ujęty został przez SB. Przesłuchiwany i bity, jako nieletni został wypuszczony pod nadzorem kuratora. W czerwcu zaginął nad Wisłą w nieznanych okolicznościach, a jego ciało wyłowiono później z rzeki. Emil był jedną z ofiar stanu wojennego w Polsce.
Do Kozłówki można wywieźć również pomnik „Czterech śpiących”. Choć nad tym mocno bym się zastanawiała. Może nie warto pozbywać się go z Warszawy? Jest też częścią historii miasta. A że historia nigdy nie jest spełnieniem naszych marzeń, to już naprawdę nie wina pomników i innych budowli.

P.S. Proszę o powstrzymanie się od politycznych nadinterpretacji tego tekstu. Byłoby mi niezwykle przykro, gdyby ktoś np. uznał, że jest mi żal, że nie zburzono kościoła św. Aleksandra albo, że płaczę po krwawym Felusiu. Stosowanie wspomnianej przeze mnie na początku zasady, „kto nie jest z nami jest przeciw nam” uważam za pierwszy krok do faszyzmu, a może już faszyzm?

Wilkoń, czyli Nasze Dobro Narodowe

Dwa dni temu obchodził urodziny, a wczoraj na Skwerze Hoovera przy Krakowskim Przedmieściu odbyło się z nim spotkanie, którego fragmenty miałam przyjemność zarejestrować kamerą. Józef Wilkoń skończył 80 lat!

Jego ilustracje fascynowały mnie od dziecka. Pamiętam wiersze Józefa Czechowicza, które dostałam od babci i baśniowe konie, które tam namalował.

Wilkoń, mimo upływu lat cały czas utrzymuje świetną formę, jako rysownik. Zdobył kilkadziesiąt nagród. W tym wiele za całokształt twórczości. W 2006 roku przyznano mu tez Gloria Artis – najwyższe odznaczenie państwowe przyznawane twórcom kultury.

Wilkoń cieszy się ogromnym szacunkiem środowisk twórczych także ze względu na poczucie humoru i dystans do siebie.

Tadeusz Górny, Józef Wilkoń, Joanna Olech i Grażka Lange

Z okazji jubileuszu dostał „Arkę pełną zwierząt” – każde namalował inny artysta.
Prezent nie dziwi, bo to, w czym specjalizuje się jubilat to malowanie zwierząt, a sam tez w swoim czasie stworzył „Arkę Wilkonia”. Wilkoń powiedział, że zwierzęta są fascynujące, bo każde jest inne. Fascynuje więc w nich i pierzastość i puszystość i masa i smukłość.

Józef Wilkoń i Joanna Olech

Jubileusz zbiegł się ze specjalnym wydaniem „Księgi dżungli”. Powieści, której autor Rudyard Kipling, jako jeden z dwóch pisarzy literatury dziecięco-młodzieżowej przeszło sto lat temu otrzymał literacką nagrodę Nobla. Kultowe dzieło o chłopcu wychowanym przez zwierzęta zyskało dzięki Wilkoniowi nową i niezwykle piękną szatę graficzną. Wydawca, którym jest Brytyjczyk Robert D. Gamble był szczęśliwy, że ulubioną książkę jego dzieciństwa zilustrował właśnie Wilkoń. Wybrał jednak inna okładkę niż ta, która podobała się artyście. Dlatego w księgarniach znaleźć można Księgę dżungli w dwóch wersjach okładki. Całość Józef Wilkoń zilustrował tak, że naprawdę aż dech zapiera. Gamble powiedział, że Wilkoń bardzo lubi złoto w ilustracjach. To, by właściwie wyglądały one w druku było dla wydawnictwa sporym wyzwaniem. Mówi się, że nie wszystko złoto, co się świeci. Ale Wilkoń jest jak złoto. Podczas wczorajszego wieczoru Joanna Olech powiedziała, że Józef Wilkoń to nasze dobro narodowe i smutne, że wielokrotnie były takie okresy, kiedy cieszył się większym szacunkiem za granicą niż w kraju. Cóż… tacy jesteśmy! Bardziej interesuje nas Jola Rutowicz i nawet pytamy ją, co sądzi na temat Katynia (sic!). Jednak tymi, którzy naprawdę rozsławiają nasz kraju nie interesujemy się zbytnio. Na wczorajszym święcie Wilkonia była tylko jedna kamera – moja.

Sztuka czy rentgen renesansu?

Poniższy tekst jest odpowiedzią na artykuł:

Znalazł choroby w słynnych dziełach sztuki

Znów wstałam dziś rano. Tym razem o 4-tej, a nie o 3-ciej, więc zawsze to godzina dla mnie. Wstałam, bo czekało na mnie przygotowanie porannego przeglądu prasy. Przy okazji, jak zwykle, zajrzałam do Internetu, by poczytać i tu wiadomości i… jak natknęłam się na informację o lekarzu, który badał postaci z obrazów pod kątem chorób, na jakie cierpiały. Ręce mi opadły.
I pomyśleć, że w swoim czasie poszłam na historię sztuki z miłości do piękna i sztuki. Chłonęłam wiedzę o obrazach, malarzach, katedrach… zachwycałam wedutami Bellotta, małżeństwem Arnolfinich Van Eycka, architekturą tylmanowską, ale i czytałam życiorysy artystów. Pamiętam, że omawiając małżeństwo Arnolfinich analizowaliśmy czy było to małżeństwo, czy para, która jeszcze nie stanęła na ślubnym kobiercu. Dlaczego? Bo on jej podawał lewą rękę! Pisałam do pisma „Barok” o ekstazie św. Teresy Gianlorenzo Berniniego. Analizowałam m.in. czy ekstaza duchowa różni się od erotycznej, bo przecież ta rzeźba – przedstawiająca Teresę w momencie, gdy anioł utopił grot strzały w jej sercu – budziła zgorszenie. Gorszyły i nagie stopy i rozchylone usta. Były to jednak wszystko analizy mające przybliżyć widzom przeżywanie sztuki. Było to artystyczne analizowanie obrazu, rzeźby itd. Co mają na celu badania pana doktora? Nie wiem. Facet poświęcił lata na badanie, na co chorowała Mona Lisa! Cierpiała na nadmiar cholesterolu. A na co cierpiał młody szlachcic z „Portretu młodego mężczyzny” Sandro Botticellego, który ma nienaturalnie długie palce? To zdaniem lekarza zespół Marfana – genetycznie uwarunkowana wada tkanki łącznej. Cóż… gratuluję lat spędzonych na czymś moim zdaniem durnym. Przede wszystkim Botticelli (przez dwa t, a nie jedno!) malował postaci wydłużone, bo taki był wtedy jego zdaniem kanon piękna. Niektórzy badacze twierdzą, że świadomie ignorował proporcje ludzkiego ciała i w ogóle nie dbał o nie, tak, jak nie dbał o harmonię świateł na obrazach. Niemal wszystkiego postaci Botticellego są wydłużone. Idąc tym tropem pora spytać: Madonna ma ten zespół Marfana? I Wenus z narodzin? O tym w artykule cisza. A Mona Lisa? Już jedna amerykańska badaczka (wyczytałam to ze 20 lat temu w National Geographic, w czasach, gdy nie było polskiej edycji) twierdziła, że ten portret jest żartem artysty. Pod tajemniczym uśmiechem kryje się bowiem autoportret samego Leonarda.
Tak więc… autoportret czy baba z nadmiarem cholesterolu? I jaki to ma wpływ na odbiór dzieł? Tak myślę o tym lekarzu…, po co on to bada? Chyba chce być działającym wstecz rentgenem epoki renesansu. Tylko, że jego diagnozy nie uzdrowią pacjentów. Jedyne co po nich zostało to portrety. Bo przecież nawet szkieletów brak.
P.S. A co by ten pan doktor wyczytał z obrazów: Pietera Bruegela albo… Amadeo Modiglianiego czy Jerzego Dudy Gracza? Strach się bać!