Archiwa tagu: Targi książki

Kochamy kłamstwa

Po ostatnim moim wpisie o idiokracji posypały się na mnie (na szczęście nieliczne) gromy. Tekst został zrozumiany przez niektórych w sposób następujący: „ludzie to idioci, bo nie kupują mojej książki tylko coś innego”. Nie proszę Państwa. Ludzie są idiotami nie dlatego, że nie kupują mojej książki, ale że w ogóle nie kupują książek tylko NOTESY! Halo! Proszę się obudzić! Dla pisarza ambitnej literatury normą jest przegrywanie w nakładach z czytadłami, a w popularności z autorami tych czytadeł. Lucyna Ćwierczakiewiczowa sprzedawała więcej książek niż Henryk Sienkiewicz. Tak więc nawet popularność książek kucharskich i ich przewaga nad popularnością literatury nie jest niczym nowym. Nikt przy zdrowych zmysłach i zdolny do logicznego myślenia nie buntuje się, że popularne (nawet niech będzie, że tandetne) romansidło sprzedaje się w gigantycznym nakładzie, a ambitna powieść w mniejszym. Od tego jest romansidło, by ludzie je czytali nagminnie. Ku pokrzepieniu serc, ku rozrywce itd. Zresztą… każda książka mało ambitna stwarza szansę, że ktoś naczyta się takich rzeczy, potem zechce pójść dalej, głębiej i otworzy się na przykład na takich autorów jak Marcel Proust, Jean Paul Sartre’a itd. Bunt pisarzy następuje, gdy np. autorka taniego romansu jest stawiana na równi z noblistami, ale to też z reguły jest tylko wewnętrzny sprzeciw. Nikt z pisarzy z tym nic nie robi. Nie odchodzi z wydawnictwa tylko dlatego, że oprócz noblistów to wydawnictwo wydaje literaturę dla mas. Handel, nawet jeśli jest to handel książkami, ma swoje prawa. Jakoś trzeba zarabiać. Ja to rozumiem.

fot. Targi Książki w Krakowie

Nie wiem jednak jak jaśniej miałam napisać, że nie chodzi mi o to, że ktoś mnie nie kupił i nie czyta. Książka wyszła 5 dni przed targami i jeszcze nie miała promocji. Zresztą czytanie mnie to w ogóle nie jest obowiązek! Ja jestem w tej sprawie naprawdę wyluzowana jak kaczka z jabłkami. Chodzi mi o to, że tłumy ludzi chcą kupić ten czy inny notes!!! Chcą coś z pustymi kartkami! Być może nawet ze względu na trzepaczkę między atrakcyjnymi piersiami, choć ciągle jeszcze łudzę się, że nie dlatego. Łudzę się, że ludzie naprawdę chcą gotować, choć i statystki i temu przeczą. Wzrasta przecież liczba stołujących się w restauracjach, tak jak wzrasta liczba restauracji. Czytelnicy Ćwierczakiewiczowej jednak naprawdę częściej gotowali niż dzisiejsi czytelnicy książek kucharskich, w których zdjęcia przeważnie nie są zdjęciami prawdziwych potraw. Moja książka może być dla wszystkich gniotem. Ale nawet będąc nim, powstawała dłużej niż wstęp do notesu pani Ewy Wachowicz. Naprawdę do tej pani nic nie mam. Świetnie wiem, że to nie jej wina, że wydano notes sygnowany jej imieniem i nazwiskiem. Tak w ogóle to jestem dziwnie spokojna, że nie był to jej pomysł. Przecież nie ona pierwsza z notesem startuje do ludzi (przepraszam: czytelników), choć przyznam, że na poprzednich tego typu publikacjach nie widziałam tak atrakcyjnych piersi w towarzystwie trzepaczki do jajek.
Czy wszyscy czytający i krytykujący mój wpis Państwo mają świadomość, że to KUPOWANIE NOTESÓW wchodzi do statystyk czytelniczych? Czy wiedzą Państwo, że ludzie zaznajamiający się ze statystykami wierzą, że nie jest tak źle z czytaniem? W statystykach sprzedanych książek nie ma bowiem wyszczególnienia jaki procent sprzedanych publikacji stanowią te notesy!!! Nie wiemy ile dokładnie miejsca w tych statystykach zajmują  książki typu „Zniszcz ten dziennik” Keri Smith, ale zapewne dużo, bo to bestseller, którego nakład przekroczył 2 miliony egzemplarzy. Podobnie z książką Francis Alan pt. „Wszystko, co mężczyźni wiedzą o kobietach”.
Kiedy ostatni raz widzieli Państwo kolejkę do poety? Czemu w Krakowie nie było tłumu do np. prof. Jerzego Bralczyka?
Po swoistym ataku na mnie (w sieci i mailach) wnioski mam takie. Powinnam była skłamać. Powinnam była nie przyznać się do tego, co się dzieje. Ale dlaczego mam to robić? Dlatego, że kochamy kłamstwa? Dlaczego mam milczeć nad trumną polskiego czytelnictwa? Przecież, jako pisarka nie jestem sama. Nikt z moich znajomych pisarzy publicznie tego nie napisał o sobie! Wszyscy udają, że do nich są kolejki! A przecież to nieprawda! Proszę uważnie przejrzeć w sieci fotografie z targów. Naprawdę nieliczne wyjątki, kiedy jest kolejka do pisarza, tylko potwierdzają tę smutną regułę. Pozostali, którzy owymi wyjątkami nie są, zamieszczają w internecie zdjęcia z targów, na których mają uśmiechnięte miny i jest u nich jakiś czytelnik! Niewielu oglądających potem te fotografie wie, że to jeden z pięciu lub sześciu czytelników na całą godzinę podpisywania. Ludzie pióra wstydzą się, że podzielili mój los. Ja się nie wstydzę do tego przyznać, że do mnie nikt nie przyszedł. To co się stało, naprawdę, jako pisarka, pokornie przyjmuję do wiadomości. Mogłam, zresztą jak inni koledzy po piórze skłamać i sfotografować się np. z odwiedzającą mnie na targach kuzynką, a potem wrzucić wspólne zdjęcie i udawać, że to czytelniczka! I pisać publicznie, że dziękuję fanom – bo to jest teraz modne słowo – za „liczne” przybycie. Mogłam to zrobić nawet wiedząc, że za słowem „liczne” kryje się liczba „jeden”, czyli wspomniana przeze mnie kuzynka. U innych to „liczne” przybycie wynosi „sześć”, czasem w porywach „dziesięć”. Nie potępiam ich, ale nie chcę brać udziału w tej farsie. Po co mam to robić? Dlaczego mam zakłamywać rzeczywistość? Przecież częściej niż pisarką jestem… czytelnikiem. I właśnie jako czytelnik nie chciałabym być uważana za czytelnika notesów! Ale gdybym nie była pisarką, nie miałabym takiej świadomości, bo nie miałabym czasu na tego typu obserwację.
Tak w ogóle to po tych targach mam bardzo smutne myśli jeśli idzie o to, co ludzie czytają. Bo, że są wyjątki, które to robią, to naprawdę nie wątpię, ale niestety znaczna większość nie czyta nic. Zaś na targach KSIĄŻKI od lat najlepiej sprzedają się gry i zabawki. Przyznam, że poważnie zastanowię się, czy w maju zdecyduję się na siedzenie na targach na jakimkolwiek stoisku. I to wcale nie dlatego, że z mojego punktu widzenia to potworna strata czasu, ale nie wiem czy chcę jeszcze raz oglądać ludzi mylących pisarzy z celebrytami i rzucających się na „notesy” oraz tych wynoszących z targów KSIĄŻKI torby gier. Nawet jeśli są to gry planszowe, które uwielbiam i których sama mam cały regał.

PS Przy okazji dziękuję za te kilka listów ze słowami pocieszenia. Dziękuję tym, którzy docenili moją odwagę w przyznawaniu się do klęski. Pozdrawiam tych, którzy posądzają mnie o niskie pobudki, czyli oburzanie się, że „ludzie to idioci, bo nie kupują mojej książki tylko coś innego”. Nie kupujcie mnie. Jest wielu innych pisarzy. Ale pomyślcie zanim kupicie notes. Czy to na pewno jest literatura? No i czy targi KSIĄŻKI to dobre miejsce do zakupu zabawek i gier. Ale to pytanie już raczej do ich organizatorów. Ktoś wystawców gier i zabawek na te targi wpuścił.

Prosto z drukarni i wydawnictwa. Jeszcze pachnie... #ksiazka #syndwochmatek #druk #trzeciastrona

Zapraszam do Krakowa na Targi

Na targach będzie miała miejsce premiera mojej najnowszej książki. Zapraszam więc do Krakowa.

30 października 2016 g. 12:00
woj. małopolskie
Kraków 

Targi Książki w Krakowie
Stoisko C55 (Hala Wisła).
ul. Galicyjska 9
31-586 Kraków

A oto słowo o książce:

 Tytuł: Syn dwóch matek
Seria: Reportaż! Fakty to nie wszystko
Autor: Małgorzata Karolina Piekarska, Maciej Piekarski
Wydawnictwo: Trzecia Strona
Ilość stron: 250
Numer wydania: I
Data premiery: 2016-10-27
Rok wydania: 2016
ISBN: 978-83-64526-38-1
ilustracje:  archiwa rodzinne Małgorzaty Karoliny Piekarskiej i Jana Tchórza, archiwum Muzeum Zamojskiego, archiwum Przedszkola Samorządowego im. Wandy Cebrykow w Zwierzyńcu

O książce:

Książka o zagładzie Zamojszczyzny pokazana przez pryzmat losów Jana Tchórza, dziś emerytowanego gospodarza we wsi Borowina Starozamojska. Wtedy 2,5-letniego chłopca dwukrotnie wydzieranego od matki – raz biologicznej, drugi raz adopcyjnej.

W 1943 roku Janina i Bronisław Piekarscy, rodzice Macieja Piekarskiego wzięli z sierocińca pozbawione rodziców dziecko o nieznanej tożsamości, uratowane przez warszawskich kolejarzy z tzw. transportu śmierci. Ta decyzja na zawsze splotła ze sobą losy dwóch rodzin.

Autorami są zmarły w 1999 roku Maciej Piekarski i jego córka Małgorzata Karolina Piekarska. To swoisty dwugłos, w którym napisany w latach 70-tych reportaż przeplata się ze współczesną opowieścią, jaką snuje zmarłemu Ojcu córka. Opowiada mu, jak przed laty odebrała historię swojego przybranego Stryja, jak zmieniła ona jej spojrzenie na świat oraz o obecnych losach Jana Tchórza. Książka jest próbą odpowiedzi na pytanie: czy wojna i jej okrucieństwo istnieją tylko dopóki żyje ostatni świadek?

Co czytamy?

Targi książki to dla pisarza czas, by spotkac się z czytelnikami, ale też moment, by samemu coś sobie taniej kupić oraz dowiedzieć się, co czytają inni.

Nie miałam na targach zbyt wiele czasu na krążenie po stoiskach. Kupowałam więc to, o czym wiedziałam, że jest i gdzie tego szukać. Wśród książek były więc m.in.: „Mała zagłada” Anny Janko, „Błagam, tlko nie profesor” Janusza Odrowąż-Pieniążka, „Dłoń” Michała Dąbrowskiego, kilka tomików wierszy itp.

Do mnie przychodzili starzy czytelnicy, ale i zupełnie obcy ludzie zwabieni tytułem i okładką. Przy okazji mogłam się dowiedzieć co ich interesuje. Przy mnie zatrzymywali się ci, którzy lubią historię, bo mój wydawca specjalizuje się w takich książkach. Dlatego wielu zachęconych przeze mnie opowieścią o tym, co jest w środku – kupowało. Jeden nie kupił. Powiedział bowiem tak:
- To bardzo ciekawe, co Pani mówi i ksiązka jest na pewno warta przeczytania, ale ja jestem w tym wieku i takim stanie zdrowia, że czytam już tylko Biblię i Świętego Tomasza z Akwinu.
Tego niestety nie mogłam temu panu zaoferować. Ani ja biblijny prorok ani Św. Tomasz z Akwinu.

Po premierze, czyli zapraszam na targi

We wtorek w Domu Literatury odbyła się uroczysta premiera mojej najnowszej książki „Czucie i Wiara”, czyli warszawskie duchy. Spotkanie prowadziła Miłka Skalska, a fragmenty czytał Tomasz Sobczak. To ta książka, którą pisałam w ubiegłym roku, bo to na nią dostałam stypendium artystyczne Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

 

A wszystko zaczęło się od mojego opowiadania „Tajemnica przystanku tramwajowego” napisanego w prezencie dla nieżyjącego już dziś Tomasza Zygadły. Opowiadanie, zamieszczone po jego śmierci tu na blogu, przyciągnęło czytelników. Większość z nich uwierzyła, że to wszystko prawda, bo… skoro Paweł Biedziak brał udział w śledztwie, to taki tramwaj widmo musiał istnieć. Ta wiara w fikcję sprawiła, że zapragnęłam napisać więcej niż jedno warszawskie opowiadanie z duchami. I tak powstał najpierw pomysł, a potem… cała książka zatytułowana „Czucie i Wiara”, czyli warszawskie duchy wydana przez wydawnictwo LTW. Tuż po premierze książki obecny na niej Paweł Biedziak napisał do mnie:

Bardzo dziękuję za wczorajsze spotkanie. Jakubowicza spotkałem kiedyś na… przystanku tramwajowym w Jerozolimie. Może dojechał tam z Warszawy? Musiał uciekać z Polski, bo chcieli zrzucić na niego winę za zabójstwo Mańki Penconek. Zdążył. Ominęły go nie tylko fałszywe oskarżenia. Był smutny. Mówił mi, że tęskni za Warszawą. Za Chłodną i za Wysockiego. Jakubowicz okazał się niewinny. Pracuję nad rozwiązaniem zagadki.
Paweł Biedziak”

To, że żyjący bohater wszedł w historię jest najwyższą dla mnie nagrodą. Zresztą… nie jeden Paweł Biedziak tak zrobił. Bohaterem rozdziału o Pradze Północ jest m.in. warszawski przewodnik Mieczysław Janiszewski, który po premierze zadzwonił i powiedział, że… nazywa się „dziękowalski”. Dziękowali też inni, choć wielu nie przybyło na spotkanie. Wszystkich czytelników ciekawych książki zapraszam do internetowych księgarń lub do sieci księgarń Matras, a spotkać się ze mną osobiście i porozmawiać o książce będzie można na tegorocznych Warszawskich Targach Książki na Stadionie Narodowym. Zapraszam.

16 maja w g. 13:00-14:00
stoisko (40/BC) Stowarzyszenia Pisarzy Polskich

16 maja w g. 15:00-17:00
stoisko (136/D19) wydawnictwa LTW

17 maja w g. 10:00-11:30
stoisko (136/D19) wydawnictwa LTW

W co najmniej dwóch osobach

Przez ostatnie miesiące byłam i jestem potwornie zaganiana. Wszystko u mnie zbiega się na raz. Najpierw siedziałam nad dramatem, potem na kwartalnikiem literackim „Podgląd”, który zdecydowaliśmy się wydawać, jako Oddział Warszawski Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, cały czas siedzę nad nową powieścią, a teraz wpadłam w wir promowania książki „»Czucie i Wiara«, czyli warszawskie duchy”, która wczoraj opuściła drukarnię. Oficjalną premierę będzie miała 28 kwietnia w Domu Literatury, ale już teraz można ją kupić np. na XXI Targach Książki Katolickiej w Arkadach Kubickiego Zamku Królewskiego.

Wczoraj pobiegłam więc na targi po tzw. egzemplarze autorskie plus promocyjne.

Przy okazji postanowiłam sprawdzić, co ciekawego można kupić. Na stoisku wydawnictwa benedyktynów, był Ojciec Leon Knabit, którego uwielbiam i chętnie podczytuję. Dla mnie to ten typ osoby duchownej, która jest skupiona na tym, co powinna, czyli na sprawach duchowych. Akurat wyszła jego książka „Radość ewangeliczna. Refleksje biblijne”. Lubię takie rzeczy. Lubię poczytać, jakie kto ma refleksje podczas czytania Nowego Testamentu. W książce są krótkie teksty, które można czytać na wyrywki. Zdecydowałam się na kupno i poprosiłam o autograf, stwierdzając jednocześnie, że mam dla Ojca Leona ekwiwalent w postaci świętego obrazka. Oto jeszcze jesienią podczas pobytu w Wilnie kupiłam u Matki Boskiej Ostrobramskiej kilka obrazków z modlitwą dla różnych religijnych znajomych. Jeden mi został na tzw. specjalną okazję. Uznałam, że Ojciec Leon to najbardziej uprawniona osoba do obdarowania ostatnim obrazkiem. Ojciec z obrazka bardzo się ucieszył, powiedział, że jego rodzina pochodziła z Wilna. Książkę i mi podpisał. W Arkadach panował niesamowity hałas, gdy pytał mnie dla kogo. Podałam swoje imiona: „Małgorzata Karolina”. W książce znalazła się więc dedykacja: „Drogim Małgorzacie i Karolinie z błogosławieństwem…”.

Ubawiłam się. Bóg zdaniem chrześcijan jest w trzech osobach. Ja zdaniem O. Leona w dwóch, ale cóż… cytując wyżej wymienionego autora refleksji biblijnych: „Pan Bóg jest dowcipny, każdy się przekona, bo stworzył żyrafę i Ojca Leona”. A tak naprawdę to miłe, kiedy dostaje się podwójne błogosławieństwo. Zwłaszcza, że ostatnio naprawdę jestem w co najmniej dwóch osobach.

Dziś będę gościem w dwóch audycjach radiowych w związku z promocją własnej książki. Wieczorem w Ośrodku Kultury Ochoty wraz z resztą redakcji prezentujemy „Podgląd” Kwartalnik Literacki OW SPP, do którego pobierania ze strony już teraz zachęcam.

Jutro mam zebranie IBBY i wyjazd do lasu na sadzenie drzew, a pojutrze robię film i… wyjeżdżam do Żor na spotkanie autorskie, które mam w poniedziałek.  I niech to starczy za usprawiedliwienie, czemu ostatnio tak rzadko piszę. Bo choć jestem w co najmniej dwóch osobach to dzień ma, nawet dla mnie, tylko 24 godziny.

Kultura i kulturwa, czyli Paweł i Gaweł

Dopiero co Premier podpisał, że 1% budżetu Państwa pójdzie na kulturę, a ja mam moc refleksji. Czy my w ogóle wiemy, co to jest kultura? Kiedyś spotykałam się z facetem, który twierdził, że nie jest ona nikomu do szczęścia potrzebna i zawód wykonywany przeze mnie nie jest potrzebny, a nawet mniej wart od wielu innych. Można bez kultury żyć. Teoretycznie tak, ale… choć ludzie pierwotni pisarzy nie mieli, to jednak mieli bajarzy, którzy opowiadali im różne historie rozbudzające wyobraźnię słuchaczy. Mieli też malarzy, co znamy z rysunków w grotach. A czym jest wnoszenie do domu kwiatów jak nie ustawianiem w zasięgu wzroku czegoś ładnego, co ma poprawiać nastrój? Czemu w najbiedniejszej chacie wisi na ścianie kolorowa reprodukcja lub choćby wyrwany z gazety fotos? Właśnie po to, by umilić życie! Bo to do umilania ciężkiego życia służy kultura.

Literatura i teatr czy film mają nie nudzić, malarstwo i rzeźba umilać życie. Czy spełniają swoje zadania? Nad tym się głęboko zastanawiam, bo na świeżo zakończonych Targach Książki byłam świadkiem kilku kłótni typu: „Pan tu nie stał” (w kolejce po autograf do kasy itd.), kilku kłótni o wyższości pewnej literatury nad inną. A także kłótni na temat wyższości książki nad filmem. Wszystko problematyczne, bo zależy jaką książkę porównamy z jakim filmem.

W sobotę o 10-tej miałam spotkanie autorskie na targach. O tej samej porze otwierano kasy i podwoje sal targowych. Efekt? Gdy ja byłam gotowa do spotkania niegotowe były targi. Ludzie jeszcze stali w kolejkach, a potem błądzili po salach szukając tej właściwej. (Wielu przyszło godzinę później na samo podpisywanie, bo sali znaleźć nie mogli.) W rezultacie spotkanie rozpoczęło się z półgodzinnym opóźnieniem, a gości było na nim pięcioro. Uznawszy, że to i tak więcej niż w swoim czasie w Centrum Promocji Kultury prowadząca Miłka Skalska rozpoczęła ze mną rozmowę. Umówiłyśmy się wcześniej, że całość skrócimy, bo o 11-tej zaczyna się kolejne spotkanie. Teoretycznie powinnyśmy były skończyć o 10:45, ale… z racji, że zaczęłyśmy z opóźnieniem uznałyśmy, że porozmawiamy pięć minut dłużej. Piątka gości zdradzała szczere zainteresowanie. Gdy wybiła 10:45 tuż koło nas stanął jakiś pan. Miłka zaprosiła go, by usiadł, ale pan oznajmił, że będzie sobie tak chodził wokół nas. I dopiero wtedy zorientowałyśmy się, że to bohater następnego spotkania. A jego krążenie wokół to metoda na uświadomienie nam, że bezczelnie przeciągamy nasze bzdury, gdy on ma tu o 11-tej do powiedzenia rzeczy ważne. Mnie się chciało śmiać, ale Miłka była zbulwersowana tym zachowaniem. A ja pomyślałam sobie, że kultura i kulturwa w jednym stali domu zupełnie, jak Paweł i Gaweł w bajce hr. Aleksandra Fredry. I od razu przypomniał mi się stary kawał o pewnej rozmowie telefonicznej:

Dzwoni kobieta i przez telefon niezwykle grzecznym głosem pyta:
- Dzień dobry, czy to pralnia?
- Chujalnia! Ministerstwo Kultury kutasie zajebany!
Odparł ktoś nieprzyjemnie wrzeszcząc.

Dobrze, że ten pan nie wrzeszczał.

P.S. Uparcie szukam odpowiedzi na pytanie ile wynosi ten 1% z budżetu państwa?

Każdy ma swój stolik

Na ostatnich, 55 Międzynarodowych Targach Książki kupiłam „Stolik” Jerzego Gruzy. Uwielbiam anegdoty, plotki i donosy, a taki książka ma podtytuł. Zaczytywałam się nią z lubością, dawkując lekturę, choć chętnie przeczytałabym za jednym posiedzeniem. Trochę przeszkadzały mi licznie rzucane kurwy i chuje. W życiu mi nie przeszkadzają, bo sama czasem nimi rzucam, ale w literaturze tak. Pod tym względem jestem jak Jan Himilsbach. Moim zdaniem literatura to nie literaturwa i tu niech się nie panoszy kurwa. Moją zgodę mają tylko wyrazy dupa i gówno. Pierwszy, bo pojemny, a drugi, bo naprawdę śmierdzi, choć… jedną kurwę do książki raz wsadziłam, ale była ona głęboko uzasadniona. (A zrymuję sobie! Co tam!) A jak już o Himilsbachu mowa, to zawsze mnie rozczulało to, że wyżej od swojej twórczości literackiej cenił swoje nagrobne kamieniarstwo twierdząc, że nagrobkiem nikt sobie dupy nie podetrze… Faktem jest, że literaturą niektórzy mogą. Z reguły ci, którzy nie mają uczulenia na farbę drukarską.
A u Gruzy… Czego tu nie ma… Przeważa seks i stare baby, utyte, zmalowane i wnerwiające autora. Koledzy, znani i mniej znani… Gustaw Holoubek, który przez całą książkę choruje i umiera. Nie zapominajmy, że został uśmiercony przeze mnie, bom przed jego zejściem ciągle oglądała na Youtube, jak go parodiował Maciek Stuhr. I stare kawały – cytowane w książce znam wszystkie, ale jak powiedział kiedyś o mnie jeden kumpel: „Jak powiem ci jakiś kawał, a ty go znać nie będziesz, to będzie oznaczać, że jestem już na tamtym świecie”. A propos tamtego świata… Gruza zmaga się z własnym wiekiem i tym, że większość znajomych już na cmentarzu. Już się boję siebie, jak osiągnę jego lata. Przede wszystkim boję się sklerozy. Gruza chyba już ma… Jak zobaczyłam go na targach z tą książką, to najpierw podałam forsę panu przy stoisku, a potem zasiadłam obok autora przy stoliku. Pogadaliśmy o „Czterdziestolatku” i „Tygrysach Europy”. Pytał mnie czy jest sens kręcić Czterdziestolatka czterdzieści lat później… Moim zdaniem jest… Ja tam lubię historie o starości, zwłaszcza, gdy ta starość jest zgryźliwa, jak u tetryka. Gruza jest zgryźliwy jak tetryk i chyba ma sklerozę lub jej początki. Na jego oczach pan ze stoiska dał mi 5 złotych reszty. Wrzuciłam na dno torebki, bo przecież od 1 stycznia zbieram pięciozłotówki – w domyśle na Egipt. W każdym razie wstałam od stolika, bo może jeszcze ktoś siądzie koło uroczego teryka, a Gruza spytał, czy zapłaciłam. Gdyby nie to, że już nie miałam kasy zapłaciłabym drugi raz, by nie myślał, że go okradam. A tak… musziałam mu powiedzieć, że to już się stało i potem pewnie mu było przykro, bo wyszło na jaw, że już nie wie, co się wokół dzieje…
Gdy czytałam książkę w pociągu, wracając z jednego ze spotkań autorskich to ryczałam ze śmiechu tak, że musiałam przerwać lekturę, bo mi było głupio przed współpasażerami. Nie pamiętam już, co mnie tak bawiło, ale było mi naprawdę tak głupio, że nie mogłam tego śmiechu opanować, że wróciłam do pisania. Własne głupoty mnie tak nie bawią, jak te cudze.
Czytałam fragmenty synowi podczas obiadu. Wył! Stwierdził, że musi to przeczytać. Tak. Są tu głupoty podobne do tych, jakie czyta ślepy myjąc tarkę do jarzyn. Ale jakie to urocze!
„Dzwoni telefon.
- Hallo! Tu badanie prostaty przez telefon. Ma pan życzenie?
- Tak.
- Proszę włożyć słuchawkę w dupę.
Poznaję Henia.”
O! To mi się podoba! Postanawiłam zastosować w praktyce. Zadzowniłam do mojego przyjaciela Rafała. Też zgodził się na badanie. I nie miał nic przeciwko wsadzaniu słuchawki w dupę. Chyba miał nadzieję na wibracje. Nic z tego. Czułam niedosyt. Dziś z redakcji postanawiłam zadzwonić do jednego z moich ulubionych operatorów. Od kiedy pracuje dla „Wiadomości” nie możemy sobie seksistowsko dogryzać. To boli. Wykręciłam numer. Trochę głos zmieniłam i mówię, jak u Gruzy:
-Tu badanie prostaty przez telefon…
- Ojej! To ty Piekareczko! – odpowiada stęskniony.
- Czy jest pan gotów? – pytam nie zrażona faktem, że zostałam rozpoznana.
- Tak.
- Proszę włożyć słuchawkę w dupę.
- Ojej! A ja jadę autobusem i nic nie mogę odpowiedzieć, ale jakbym ci powiedział… ojej!
Tak mi go żal. Był naprawdę zrozpaczony. A ja wiem, że jakby zaczął mówić, to dopiero bym sobie robiła badania! Ho ho! Aż po migdałki. I całym telefonem i słuchawką i tą bluetooth też…
I pomyśleć, że te wszystkie głupoty to Gruza spisał przy stoliku Czytelnika…
„Witam się głośno z jakąs wysoką blondynką.
- Założe się, że nie wiesz , jak mam na imię.
- Nie wiem – odpowiadam.
- I nie poznajesz mnie?
- Nie.
- Skleroza?
- Nie.
- A co?
- Przytyłaś.”
No czyż to nie piękne? Ja też przytyłam od czasu, gdy miałam lat 18, 20, a nawet 30. Nadal jednak mój wskaźnik BMI pokazuje, że wszystko jest w normie i że to nie nadwaga. I cholesterol mam w porządku… I arytmii nie mam. A taki Gruza… Ileż to szpitali zaliczył…
Panie Gruza! Gdyby pan był młodszy, to ja bym się nawet do tego stolika dosiadła pokłócić się z panem i podogryzać, a tak… pan stary i jęczący i kamienie pan rodzi. A ja też niestety w wieku, który, jak wynika z książki, uważa pan za straszny. Ja zresztą podobnie jak jedna długowieczna, którą pan cytuje: „młodych się wstydzę, starych się brzydzę.” A pan… kupuje bilety do kina na Harry’ego Pottera jakimś studentkom. (Chyba dętkom, ale nie kłóćmy się o szczegóły.) W każdym razie dosiadać się do pana nie będę. Ale jakby pan chciał, żebyśmy sobie grzecznie podogryzali jak Polak Polakowi i baba z jajami chłopu ze zwisem, to zapraszam do swojego stolika. Ostatnio najczęściej siedzę we Fregacie na Międzynarodowej, bo tu się bardzo dobrze pisze, a pan Henio ma super polskie żarcie. Jak się wchodzi do knajpy – to po lewej stronie pod ścianą. Śmiało niech pan siada. Psem nie poszczuję, bo nie zawsze biorę go ze sobą. Jakby mnie nie było to jest jeszcze kilka adresów… Pikanteria na Walecznych, Dominium na Francuskiej… Cafe Espresso na Rondzie Waszyngtona. Skoro mieszka pan na Ursynowie, a do knajpy jeździ do Śródmieścia to może pan zajechać i na Saską Kępę. Swoją drogą łazić do knajp do innej dzielnicy? To chyba rozrywka dla emerytów. Aaa! Gruza to przecież emeryt, ale bilety ZTM ma za darmochę, co doprowadza go do szewskiej pasji. Współczuję! Ale niech się cieszy, że nie ma stolca w postaci ołówka! To musi być groza. Przepraszam. Gruza.
P.S. Instrukcja dla czytelnika idioty – książkę polecam.

Kombinator

Krótko napiszę, że miłośnicy książek są dziwni. Może to i mało odkrywcze stwierdzenie, bo pisałam już o łowcach autografów, ciastek, gratisów itd., ale wczoraj na Warszawskich Targach Książki… byłam świadkiem jeszcze osobliwszego zdarzenia. Podpisywałam swoje książki na stoisku mojego wydawcy, czyli Wydawnictwa Nowy Świat i w pewnym momencie stanął przede mną pan w wieku bynajmniej nie mojego czytelnika. Pan kręcił się, wiercił, wreszcie podszedł. Zaczął zagadywać. Niby szuka książki dla dziecka. Spytałam na jaki wiek. Pan odpowiedział pytaniem, czyli zaciekawił się, dla jakiego czytelnika są moje powieści. Usłyszawszy, że dla nastolatków, czyli takich młodych ludzi, którzy sami sobie czytają, stwierdził z uśmiechem ulgi, że jego synek ma lat siedem. Wyraźnie ucieszył się, że nie musi kupować. A potem pomiędlił jedną z moich książek, które leżały na stoliku, wreszcie pogłaskał jej okładkę i…. odszedł. I wtedy dowiedziałam się od pani z wydawnictwa, która podeszła do mnie i pieczołowicie okładkę wytarła, że ów pan się czaił, czaił i… wydłubawszy z nosa pewien skarb własnej produkcji wykorzystał moją nieuwagę i ów skarb wtarł w okładkę mojej książki. A wcześniej bezskutecznie próbował go wsunąć między kartki! A to kombinator!

Jaki miły grajdołek

Dziś znowu wpadłam na Targi Książki. Po co? Potowarzyszyć przyjaciółce pisarce, która podpisywała swoje książki na jednym ze stoisk wydawniczych. Poszłam zrobić jej parę zdjęć i… poczekawszy aż skończy podpisywanie zeszłyśmy ze stoiska, by popatrzeć, na co tu jeszcze wydać forsę. (Znów kupiłam kilka pozycji, ale tym razem dla dorosłych.) Natychmiast wpadłyśmy w wir bliższych i dalszych znajomych. Tu poetka, a tu satyryk. Ostatnio ględziliśmy razem podczas wigilii w Stowarzyszeniu Pisarzy Polskich. Dołączyłyśmy do poetki. Pójdziemy gdzieś we trzy – jak te wiedźmy z Makbeta. Niestety ja chcę tu, one tam. Bliżej jest tam gdzie ja chcę, więc idziemy tam najpierw. Tu… znajome piszące małżeństwo. I znajomy autor… Ględzimy i ględzimy. Co tam u nas? Jak książki? Jak recenzenci? Jak spotkania autorskie? Znacie się? Nie znamy się. A! Znamy się. Ci się znają, ci się nie znają, po chwili znają się wszyscy. A w ogóle to wszyscy o sobie coś słyszeli, więc nawet jak nie uścisnęli sobie nigdy wcześniej prawiczki, to znają się ze słyszenia, opowiadań i… z książek. Gdzie idziemy teraz?
- Chodźmy tam, bo tam siedzą on i on – zaproponowała poetka.
Idziemy. A tam… Uuu a! Pisarze dwa. Siedzą na jednym stoisku, nad talerzykiem ciastek, które sprzed nosa zjadają im przechodzący czytelnicy. (Skąd ja to znam? Brakuje babci pytającej o pierroty!) 
Jeden pisarzto znajomy, a drugiego, jak się po chwili okazuje też znam, ale ze słyszenia i  z widzenia. Tylko nie kojarzyłam osoby z nazwiskiem. Teraz się już znamy. Ględzimy słodko o ciastkach podkradanych z talerzyka. Po chwili, obok pojawia się pewien publicysta-historyk. Znamy go wszyscy. Więc i z nim słodko ględu-ględujemy. Po jakimś czasie pojawia się kolejny wspólny, znajomy pisarz…, a potem kolejny. I tak… przez dwie godziny kisimy się w miłym grajdołku, w którym wszyscy się znają. Kupujemy swoje książki, zbieramy w nich nawzajem swoje autografy, opowiadamy anegdoty z autorskich spotkań, starć z recenzentami itd. I powoli dochodzimy do punktu, w którym ze strachem zaczynam się zastanawiać, czy nie piszemy dla siebie nawzajem? Pisarze dla pisarzy? Pisarze pisarzom zgotowali ten los?
- Eeee chyba nie – uspakajam się po chwili. Bo przecież codziennie przychodzą do mnie listy od czytelników. Mają po trzynaście lat. Nie są jeszcze pisarzami. Ale… wszystko przed nimi. Może i oni chwycą za pióro. A wtedy dołączą do naszego grajdołka. Miejsca nie zabraknie.  A poza tym grajdołek pisarski jest tak miłym oddechem po dziennikarskim bagienku, że ciężko się z niego wydłubać i wrócić do redakcji.
PS. A święto Saskiej Kępy było wodniste. Lał deszcz. Z mojego spaceru nic nie wyszło. Odbył się wirtualnie na ścianie Kępa Cafe. Potem… w Dominium Pizza na Francuskiej (gdzie często jadam) dopadli mnie czytelnicy-przyjaciele. Jedna czytelniczka to nawet z USA przyleciała… A nie widziałyśmy się ponad 27 lat… Chciała „Dziką”, bo zainteresowała ją tematyka. Mnie też. Po to napisałam.

Moja druga twarz, czyli jeszcze słówko o targach

Okulary noszę od trzeciego roku życia. To wtedy stwierdzono u mnie zeza i próbowano leczyć. Trzy lata chodziłam na ćwiczenia korygujące wzrok. Za pomocą specjalnego aparatu wkładałam albo kółka w ręce jakiegoś pajacyka albo psa do jakiejś budy. Latami nosiłam zasłonięte jedno oko, by drugie zmusić do pracy. Wszystko na próżno. Zez pozostał. Może nie jest stały, ale jest. Widoczny zwłaszcza wtedy, gdy zdejmę okulary. Wtedy jedno oko po prostu leci mi w bok. Nie ograniczają go żadne ramki, więc pewnie dlatego. Ten zez wynika podobno z braku obuoczności widzenia. Patrzę raz prawym okiem, a raz lewym. Można to zoperować, ale… nie kwapię się do tego. Oczy to moje narzędzie pracy. Nie chce ryzykować. Zresztą… lubię okulary. Nie pamiętam siebie bez okularów. Wrosły mi w twarz tak silnie, że nie wyobrażam sobie bez nich życia. Gdy jakieś dziesięć lat temu pojawił się na mojej drodze pewien facet, który wmawiał mi, że w okularach jestem nieatrakcyjna – uległam. Tak… tak! My kobiety czasem jesteśmy tak głupie i próżne, że jak się otrząśniemy to same potem przeżywamy szok. W każdym razie pod jego naciskiem kupiłam szkła kontaktowe. Cóż to była za katorga. Najpierw musiałam nauczyć się wkładać to w oko. Co okazało się pryszczem w porównaniu z wyjmowaniem. Miałam szkła miesięczne, tygodniowe itd. Historie z nimi były różne. Raz złamało mi się w oku, kilka razy zawinęło pod powiekę. Raz… kawałek szkła został mi głęboko pod powieką, a pani okulistka twierdziła, że nic w nim nie mam tylko histeryzuję – jak każda baba. Ów kawałek tkwił pod powieką 14 godzin. Gdy z oka lała się ropa pojechałam na pogotowie. Kawałek szkła jednak nim tkwił, a ja wcale nie histeryzowałam. Za to potem przez tydzień chodziłam w ciemnych okularach optycznych, bo wyglądałam jak ofiara przemocy – taki miałam wylew. Piszę o tym, bo po tych wszystkich przejściach szkła kontaktowe mam jednorazowe i zakładam baaaardzo rzadko. I nawet nie dlatego, że po facecie, który mnie do nich namówił zaginął nie tylko słuch, ale i pamięć. Po prostu wolę okulary. Szkła jednak czasem zakładam – od tak zwanego wielkiego dzwonu. Na przykład na basen lub w miejsca gdzie okulary mogą spaść. Ostatnio założyłam wczoraj i to po półrocznej chyba przerwie. Czemu to zrobiłam? Powód banalny. Chciałam kupić po drodze pod Pałacem Kultury jakieś słoneczne okulary nie optyczne – właśnie do używania, gdy mam szkła. Ostatnie nieoptyczne dwa lata temu ktoś mi zmiażdżył siadając na nich. Od tej pory soczewek w ogóle nie używałam latem. Z kolei bez tych szkieł w oczach nie mogłabym kupić okularów, bo mam taką wadę wzroku, że bez tych „korekcyjnych protez” niedokładnie widzę swoją twarz w lustrze. I jak tu się przejrzeć? Takie zamknięte koło. Pomyślałam też, że szkła to będzie na targach wygoda. Nie będę musiała, co pięć minut czyścić okularów. Zaś mieć na nosie brudne, gdy co chwila ktoś przychodzi do mnie porozmawiać lub zrobić zdjęcie, to też obciach. Tak więc na targach znalazłam się w szkłach kontaktowych, a tym samym bez okularów. I cóż się okazało? Nikt mnie nie poznał. Nie chodzi rzecz jasna o czytelników, bo ci i tak raczej nie wiedza jak wyglądam, ale o znajomych, którzy przechodzili obok mnie jak obok powietrza. Za trojką pędziłam przez sale i wołałam. Aż się ludzie oglądali. A ci, których wołałam, po odwróceniu się w moją stronę długo patrzyli, kto ich woła. Nie od razu rozpoznawali. Gdy jednego dawno niewidzianego zaczepiłam i powiedziałam „cześć” odparł:
- Głos znam, ale… zaraz… gdzie ja panią widziałem?
Nawet ci, których widuję często nie poznawali tak od razu. A jeden roztrzepany pisarz, który mnie rozpoznał, ale po dłuższym przyglądaniu się, powiedział:
- Jakoś dziwnie dziś wyglądasz.
Facet, z którym co najmniej raz w miesiącu rozmawiam, bo handluje książkami historycznymi w Muzeum Niepodległości, albo podczas patriotycznych imprez, mrużył oczy i wytężał umysł. Widać było, że zastanawia się skąd też on mnie zna. Musiałam się przedstawić, a on – jak sierżant gwardii Czernousow w „Czterech pancernych”, gdy nie poznał Janka Kosa i stwierdził, że mundur zmienia człowieka – powiedział, że brak okularów zmienia. Jak obok powietrza przeszedł dawny kolega z pracy, choć poprzedniego dnia gadaliśmy z pół godziny i mówił, że musimy się spotkać. Już nie chciało mi się za nim lecieć i wrzeszczeć, że to ja. Zmęczyłam się. Zwierzyłam się stojącej obok znajomej z wydawnictwa, że nie założyłam okularów i mnie ludzie nie poznają, a wtedy i ona przyznała, że poznała mnie dopiero wtedy, gdy się komuś tam znajomemu kolejny raz przedstawiłam:
- Pani Małgosiu! – Powiedziała. – W życiu bym pani nie poznała! Pani zupełnie inaczej wygląda!
To samo powiedziała pewna redaktorka z radia, u której nie tak dawno byłam, jako gość do wywiadu. Ano wyglądam inaczej. I nie ma znaczenia, czy ktoś widział mnie dawno czy wczoraj. Bo poprzedniego dnia nagrywałam do Telewizyjnego Kuriera Warszawskiego pewnego faceta. Ucięliśmy sobie nawet półgodzinną pogawędkę na temat książek. Gdy teraz wpadłam na niego w jednej z alejek i powiedziałam „dzień dobry” odparł:
- Hmmm…, Kim pani jest?
Jakiś fotograf, gdy siedziałam na stoisku przy stoliku przyszedł do mnie i spytał, kiedy będzie pani Piekarska, bo ma jej zrobić zdjęcie. Odparłam, że to ja, a on spytał:
- A gdzie okulary?
Był, co najmniej dwudziestą osobą, która mnie nie poznała. Dlatego miałam wielką ochotę odpowiedzieć, że „w dupie”. Bo już mnie to wszystko zirytowało. Na dodatek gdy wychodziłam z targów zadzwonił telefon. Jakiś dziennikarz prosił o wywiad i przepraszał, że się spóźnił. Odparłam, ze nic nie szkodzi i ze czekam na stoisku IBBY tuż koło pożegnania z Afryką. Na stoisko przyszłam po pięciu minutach. Faceta nie było. Po pewnym czasie ujrzałam, że jakiś niewysoki młody człowiek z aparatem na piersi pęta się po kawiarence i zaczepia blond okularnice. Wreszcie podszedł do takiej, która siedziała blisko mnie, więc mogłam usłyszeć.
- Przepraszam, czy pani Piekarska?
- Nie – odparła kobieta, a ja odezwałam się w miarę gromkim głosem:
- To mnie pan szuka.
Facet ucieszył się i odparł:
- Szukałem okularów.
Lubię okulary, ale czasami mam ochotę wyjść bez nich. Teraz zastanawiam się czy mogę. Wyszło na to, że ja bez okularów to naprawdę jak bez twarzy. Nikt mnie nie poznaje. Cóż… w wielu sytuacjach to dobrze. Niestety nie na targach.
PS. I tak sobie pomyślałam: Dobrze, że ja nigdy nie farbuję włosów. Dopiero by było zamieszanie!