Archiwa tagu: Teatr

Bez dotacji sztuka nie ma racji

Wyczytałam o braku ministerialnych dotacji dla teatru Krystyny Jandy i kilku innych instytucji kultury. Pewnie bym się słowem nie zająknęła, gdyby nie setki komentarzy i dysput, że dobrze jej tak, że jak będzie pokazywała dobre spektakle to dotacje nie będą jej potrzebne. Czy te słowa piszą debile? Chyba nie. Raczej ludzie kompletnie niezorientowani w kosztach utrzymania teatru. A także niezorientowani w ogóle w tym czym jest sztuka. Inaczej nie umiem sobie wytłumaczyć tych słów.

Żaden teatr nie utrzymuje się ze sprzedaży biletów. Codzienne koszty spektaklu to nie jest bowiem kwestia honorariów aktorów, ale też całej masy ludzi z obsługi technicznej. To także koszty zużycia prądu na scenie. A nie są to koszty takie, jak zużycia prądu w mieszkaniu, gdyż żarówki sceniczne pobierają go więcej. ZNACZNIE WIĘCEJ! Jest to również kwestia opłacenia sprzątaczki i zarobienia na ewentualne remonty – rozdarte krzesło, uszkodzony mechanizm kurtyny itp. A także na kostiumy czy scenografię do nowych spektakli, która sama z niczego się nie zrobi. Trzeba więc opłacić kostiumografa, scenografa, wykonawcę i materiały.

Z tego właśnie powodu wszystkie teatry zabiegają o sponsorów lub dotacje. Sponsorami bywają firmy, bywają władze – wojewódzkie, miejskie czy ogólnokrajowe, jak np. Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Bez tego typu wsparcia nie da się tworzyć sztuki, gdyż jest ona niedochodowa. Bilety na spektakle kosztują przeważnie od 50 do nawet 200 złotych. Za mniej można obejrzeć spektakle w Domach Kultury i są to spektakle DOTOWANE przez te placówki, a co za tym idzie przez władze miast, czy gminy, w których dane Domy Kultury są. To one stoją za honorariami dla twórców. To one finansują spotkania autorskie, spektakle czy koncerty. Ostatnie 6 razy „Bublotekę” graliśmy w Promie Kultury Saska Kępa, na terenie którego działa Teatr Kępa. Bilety były po 10 złotych, co sprawiło, że przeważnie na sali był komplet widzów. Wyjątkiem dwa ostatnie spektakle, kiedy była połowa widowni, ale cóż… było to tuż przed świętami wielkanocnymi. Domy Kultury w większości oferują ludziom usługi za darmo. Teatr i Kino są biletowane, by była gwarancja wolnego miejsca na widowni. Gdy w 2013 przygotowywaliśmy dla tej sceny premierę „Listów do Skręcipitki” biletów na spektakl nie było. Chętnych było jednak więcej niż miejsc na sali. Dlatego nie wszyscy zainteresowani zostali wpuszczeni, a ci, którzy załapali się i jednak weszli na widownię, choć wszystkie miejsca były już zajęte, siedzieli na dostawianych krzesłach i na schodach.

Zapotrzebowanie na kulturę więc jest. Jednak nie da się jej tworzyć bez wsparcia. Gdyby chciało się na nią zarabiać tylko biletami, byłyby one w cenie poza zasięgiem portfela przeciętnego człowieka. A przecież i teraz ceny biletów są takie, że nie każdego stać na teatr. Nawet ja musiałam kilkorgu znajomych kupić bilety na własną sztukę, bo nie mieli 10 złotych.

Przed laty miałam znajomego, który uparcie twierdził, że jak wybuchnie wojna, to mój zawód nie będzie potrzebny. Zwracałam uwagę, że pisarze tworzą także podczas wojny – bywają korespondentami wojennymi, opisują wojenną rzeczywistość dla przyszłych pokoleń. Teatry też w czasie wojny działały. Nawet podczas powstania pokazywano dzieciom na barykadach kukiełki. Kręcono też filmy. Dzięki nim mamy kroniki powstania warszawskiego. On jednak nie rozumiał. Dlatego większość dysput kończyłam słowami, by został grabarzem. Wtedy zawsze będzie miał pracę. No i być grabarzem jest łatwiej niż np. lekarzem. Prymitywne jednostki nigdy nie pojmą, że kultura bez wsparcia finansowego sama się nie obroni. Przykro, że wokół nas coraz więcej prymitywów. A internet i możliwość zamieszczenia tam każdego komentarza, tylko to uwypuklił.

Gdy mój prymitywny znajomy mówił, że kultura nie jest człowiekowi do życia potrzebna, zadawałam pytanie: „To, po co w prymitywnej wiejskiej chacie na stole, w brudnym słoiku stoją polne kwiaty?”. Milkł. Nie wiedział co mówić. Cóż… takie kwiaty to namiastka czegoś ładnego. To zamiast obrazu na ścianie czy jakiejś figurki w mieszkaniu. A stąd krok do innych dzieł sztuki i wytworów kultury – nawet książek. Czy naprawdę trzeba tłumaczyć takie oczywistości? Bez dotacji sztuka nie ma racji. A jest nam potrzebna, bo to ona odróżnia nasz świat od świata zwierząt.

fot. Artur Wacławek / Teatr Rozrywki w Chorzowie.

PS Jeśli czyta mnie ktoś, kto chciałby zobaczyć nasz spektakl „Bubloteka” w swoim mieście, decyduje o repertuarze na jakiejś impresaryjnej scenie – zapraszam do kontaktu. Wszystkie informacje o przedstawieniu na stronie projektu: 
http://bubloteka.com.pl/

Niebezpieczna kultura, czyli za dużo literek

Gdy dwa dni temu pisałam o tym, jak Facebook ocenzurował reklamę naszego spektaklu „Bubloteka” nie przypuszczałam, że będzie to miało dalszy ciąg. W końcu gorszące zdjęcia dwóch facetów w bibliotece – usunęłam. By nie było kłopotów, w ich miejsce wstawiłam plakat spektaklu i… zajęłam się innymi sprawami. Wprawdzie po mojej uwadze nt. cenzury FB przysłał maila, że jednak zatwierdzają mi zdjęcie tych nieszczęśnych dwóch facetów w bibliotece, ale nie miałam czasu tego zmieniać. Pojechałam na zajęcia. (Podjęłam bowiem pewna naukę, o której być może w stosownym czasie napiszę.)

W tym czasie przyszedł do mnie kolejny mail od obsługi FB, z którego wynikało, że… moja reklama „nie została zatwierdzona, ponieważ umieszczony w niej obraz lub miniatura filmu zawiera zbyt wiele tekstu, co stanowi naruszenie Zasad zamieszczania reklam w serwisie FB. Tekst nie może zajmować więcej niż 20% powierzchni obrazów i miniatur filmów w reklamach. Naliczymy opłaty za wyświetlenia lub kliknięcia uzyskane przez reklamę przed jej odrzuceniem.” Załamałam się. W wolnej chwili plakat wymieniłam na odrzucone wcześniej zdjęcia, czekając na odpowiedź, która przyszła po jakimś czasie, oznajmiając mi, że zdjęcia zatwierdzono. (Ciekawe na jak długo.)

Dziś wieczorem poszłam z przyjacielem na czytagramę, czyli słuchowisko na żywo w adaptacji i reżyserii Piotra Łyczkowskiego, w którym Adam Bauman wciela się w rolę Stanisława Ignacego Witkiewicza i czyta jego listy do żony. Zanim rozpoczął się swoisty witkiewiczowski festiwal, opowiedziałam koledze o cenzurze na Facebooku. Stwierdził: „My żyjemy w świecie pozornej wolności. Wokół panuje taki totalitaryzm, że nawet nie masz pojęcia!” Pomyślałam, że akurat mam pojęcie, bo znajomi już tak mnie cenzurowali, że przestałam „bywać” na Facebooku zostawiając sobie tylko profil oficjalny. Nie odezwałam się jednak nawet słowem. Przecież wiadomo, że gdy dwie osoby mają takie same zdanie – nie ma dyskusji. A wzajemne sobie przytakiwanie nie jest twórcze. W trakcie czytagramy ze sceny padły różne stwierdzenia z listów Witkacego, w których podpisywał się on słowami: „Onanisław, Spemracy Wyfiutkiewicz”. Jak mi powiedział przyjaciel, ponoć z powodu tych słów (plus kilku innych), ta konkretna czytagrama, która jest przecież w oryginale słuchowiskiem, nie została wyemitowana przez Polskie Radio nawet po północy. W świetle padającego w swoim czasie w tzw. „primetime” na antenie Telewizji Polskiej „Doda! Doda zrób mi loda” oraz „Saleta ciągnij fleta” zupełnie nie rozumiem nakładania cenzury na Witkacego. Zwłaszcza, że minęło 76 lat od jego samobójczej śmierci. Ale cóż… w momencie, gdy plakat spektaklu mówiącego o tym, jak popkultura zżera kulturę, ma zdaniem cenzury FB za dużo literek i trzeba go usunąć, gdyż jest tak samo niebezpieczny jak porno, uważam, że kultura w ogóle jest niebezpieczna. Najlepiej jest więc ją usunąć korzystając z faktu, że zawiera jakieś słowo np. „sperma”. (I nie ważne, że gdyby nie sperma nikt z nas nie ujrzałby światła dziennego.) Zaś ci, którzy piszą (tu już nie ma znaczenia czy o spermie, czy nie) są w ogóle niebezpieczni. Niebezpieczni, bo piszą! Zaś pisząc zmuszają do czytania! A kiedy ktoś czyta, to przecież… myśli! Toż to zgroza! Dlatego ze smutkiem konstatuję, że plakat na witkacowską czytagramę w ogóle by nie przeszedł przez cenzurę Facebooka. Same literki! DNO!

A tych, którzy lubią takie dno zapraszam nie tylko na nasz spektakl, ale i na czytagramy. Zajrzyjcie na ich stronę, posłuchajcie fragmentów i jak gdzieś będą na żywo – idźcie. Wyjdziecie zdemoralizowani. Dajcie się okradać na wnuczka czy policjanta? Dajecie się okradać hackerom? Dajcie się zdemoralizować pisanemu słowu! Innemu niż wydrapane na murze słowo „chuj”. Dajcie się zdemoralizować klasyce! Gorszcie się słowem! Gorszcie się klasyką! Nic tak wam nie zrujnuje życia jak Witkacy z Hrabalem! Mówię to wam ja. Wasza… DAMA FEKALIOWA, której niejedno klasyczne dzieło literackie zryło psychikę. Naczytałam się ich i cały czas czytam i teraz mam! Żyję w świecie absurdów.

Czy łysina to cycek, czyli dokąd zmierzasz cenzuro?

To, że na Facebooku jest cenzura – wiadomo od dawna. Jak każdy zakaz ma ona swoje dobre i złe strony. Dobre, bo chroni najmłodszych użytkowników przed nieodpowiednimi treściami. Złe, bo cenzura to jednak forma kagańca na wolność słowa. Prawdziwy problem pojawia się jednak wtedy, kiedy cenzurowane jest coś, co tak naprawdę nie jest ani gorszące, ani nieodpowiednie w swojej treści. A dzieje się tak dlatego, że rolę cenzora pełni… jakiś automat.

Pamiętam, jak wiele miesięcy temu złościła się jedna z moich znajomych. Zgłaszała jakąś stronę, że zawiera nieodpowiednie treści. FB nie stwierdził tego. Trzeba było wskazywać mu to wielokrotnie, pisać obszerne wyjaśnienia, że jest to jednak strona nieodpowiednia, gdyż szerzy rasizm, nietolerancję etc. Automat tego nie widział, gdyż szukał brzydkich słów, a nie zdań z kontekstem i podtekstem. Dziś złościłam się ja. Powód? Cenzura na zdjęcia!

19-go na scenie Teatru Rozrywki będzie miała miejsce premiera mojej sztuki pt. „Bubloteka”. O czym? Zacytuję materiał prasowy.

Rzecz dzieje się w małej, warszawskiej, osiedlowej bibliotece. Bibliotekarzem jest tu Piotr, który by ratować swoje małżeństwo decyduje się schować za biurkiem wśród regałów książek. Kim jest naprawdę?
Pewnego dnia do biblioteki przychodzi Andrzej… Niby zwykły czytelnik, niby taksówkarz, niby pisarz-amator. Ale czy rzeczywiście? Po co tak naprawdę tu przyszedł?
„Bubloteka” to opowieść o kulturze i popkulturze, o książkach, życiu, miłości oraz chęci bycia popularnym i sławnym za wszelką cenę. Czy życie współczesnych gwiazd to bubel? Czym jest życie przeciętnego człowieka obcującego z popkulturą? I co ma do tego literatura?
„Napisałam ten tekst, bo nie zgadzam się z próbami wmówienia nam, że tylko rzeczy, które podobają się masowo są wartościowe. Nikt mnie nie przekona, że skoro więcej ludzi słucha disco polo niż Ludwiga van Beethovena to ten Ludwig van Beethoven jest mniej wartościowy artystycznie. To samo tyczy literatury, a także filmu i pozostałych dziedzin sztuki. Świat tzw. „lajków na fejsie” powoduje, że ulegamy iluzji, że wielkość i jakość są tożsame z popularnością. Przez to dajemy sobie wciskać buble, a potem wiedziemy bublowate życie pod dyktando tych bubli. Chciałam wzbudzić w ludziach refleksję na ten temat. „Bubloteka” to taki bublowaty „śmiech przez łzy” z nas samych i otaczającego nas świata.” – Małgorzata Karolina Piekarska
Piotr Z. – Zacharjasz Muszyński
Andrzej S. – Janusz Leśniewski
„Piotr to aktor celebryta, który dostał drugą szansę na poprawę swego życia. Chce on je zmienić na lepsze. Ale… co będzie dalej? Czy mu się to uda? Jak się dośc szybko okazuje los mu nie sprzyja. Piotra zawód poniekąd zmusza go do takiego bublowatego zachowania. Sztuka jest też opowieścią o dwóch światach. Obecnym i tym, który przeminął. Co to jest popularność dziś, a czym była ona kiedyś?” – Zacharjasz Muszyński
„Świat opanowała bylejakość. Ludzie zaczynają wchodzić w świat celebrytów, magii telewizji. Zaczynają sie utożsamiać z celebrytami. Andrzej, którego gram, jest człowiekiem starej daty. Czytał Ernesta Hemingwaya i Oskara Wilde’a. Dziś rzadko ktoś sięga po tę literaturę. Andrzej chce zrozumieć co się stało ze swiatem i rzeczywistością, w której przyszło mu teraz funkcjonować. Czemu ludzie szukają sensacji i niesamowitych wrażeń, by się podbudować? „Bubloteka” to próba odpowiedzi na te pytania.” – Janusz Leśniewski.

Spektakl w Teatrze Rozrywki będzie grany tylko dwa razy. Czy trafi potem do innego teatru? Bardzo bym chciała. Dlatego postanowiłam rozreklamować go na FB. Stworzyłam w tym celu reklamę i… dostałam maila, że „nie została zatwierdzona, gdyż nie spełnia zasad”. Postanowiłam sprawdzić, co to za zasady. Przeżyłam szok. Zasady złamałam zdjęciem. Między innymi tym.

Otóż okazało się, że zdaniem FB to zdjęcie ukazuje… nagość. Hm… widziałam na FB wiele nagości, której ten portal nie cenzurował. Przyznam, że zszokowało mnie więc to, że raptem nagością dla FB jest zdjęcie dwóch facetów w bibliotece! Zgłaszałam kilka razy pomyłkę, podmieniałam zdjęcie na inne (na każdym faceci są w bibliotece) i za każdym razem uznawano, że prezentuje ono nieodpowiednią nagość. Machnęłam ręką. Zostałam przy plakacie. Zadałam rzecz jasna pytanie, czy FB nie przesadza? Odpowiedź przyszła następnego dnia. Jednak akceptują zdjęcia. Mnie jednak już na tym przestało zależeć. Wystarczy plakat. I tak myślę, że zapewne zdjęcia zatwierdzał najpierw jakiś system. Nie wiem tylko co na nich widział zamiast tego, co rzeczywiście na nich jest. Co było w jego pojęciu tą nagością? Czy żółtą koszulę wziął za gołe ciało? Czy łysą głowę za goły cycek? Na to mi nie odpowiedziano.

Najgłupsze, że opowiadałam to przyjaciółce, a ona na to: a może zakwestionowano, że siedzi dwóch facetów. Przecież wiesz, że dziś są takie czasy, że Jak są gdzieś razem dwaj faceci, to od razu jest sugestia, że geje.

Dwa teatry

Poszłam ostatnio dwukrotnie do teatru w dość krótkim odstępie czasu. W sobotę na monodram Małgorzaty Pieńkowskiej do Teatru Powszechnego, a trzy dni później pojechałam do Chorzowa na spektakl Mariana Makuli. Dwa różne przedstawienia, dwie różne emocje, dwie różne wartości, dwa światy, po prostu dwa teatry. Jedno miały wszak wspólne. Brak kompletu widowni. A szkoda. Na obu powinien być tłum!

fot. Marta Akiersztejn, źródło: Teatr Powszechny

Zacznijmy od monodramu Małgorzaty Pieńkowskiej. Tytuł: „Zofia”. Tekst autorstwa Anny Wakulik jest inspirowany biografiami matek powstańców warszawskich, m.in. matki Jana Rodowicza „Anody”. Jest świetnie wyreżyserowany i zagrany. Pieńkowska przejmująca. Sceny, gdy osierocona matka, bo straciła jedynych dwóch synów, nie wie co począć ze swoim życiem i odmierza kroki w jakimś niemal trupim tańcu – przejmujące. Skromna scenografia – tylko dwa krzesła i stół. Skromny kostium – czarna sukienka i płaszcz. Skromne rekwizyty. Tylko walizka z ubraniami. Świetna muzyka zrobiona przez Aleksandrę Goetzen. Ciekawa reżyseria Beniamina Bukowskiego. Dawno nic mnie tak nie poruszyło, a panicz Syn, który mi towarzyszył, równie mocno był poruszony. Na widowni zajęte tylko trzy rzędy. Przed spektaklem jedna pani pytała, czy na pewno nie jest to spektakl edukacyjny. Zapewnioną ją, że nie. Cóż… edukacyjny w rozumieniu podręcznikowym nie był na pewno. Ale wielu rzeczy uczył. Nie tylko o historii, ale przede wszystkim o emocjach. Matki niczego tak się nie boją jak śmierci dzieci. Mam koleżankę, która to przeżyła. Mam przodkinie, które przez to przeszły. Umiem to sobie wyobrazić i nie chcę tego robić. Ten spektakl i siedzący obok mnie syn do tego mnie zmusiły. Mocna rzecz. Straszna. I… bardzo prawdziwa. Zastanawiam się czy w chwili, gdy takie rzeczy dzieją się w Europie i na świecie, tego typu spektakle nie powinny być promowane. Przecież codziennie jakaś matka traci dziecko. Jak to zatrzymać?

żródlo: agencja artystyczna Makula

Drugi spektakl to coś zupełnie innego gatunkowo. Wodewil we dwóch aktach na motywach „Ożenku” Mikołaja Gogola. Tytuł: „Zolyty”, czyli zaloty. To, że uważam Mariana Makulę za geniusza – już kiedyś pisałam. Widziałam onegdaj jego „gdowkę” i byłam szczerze ubawiona i zachwycona. Teraz było podobnie. Na spektakl zabrałam przyjaciółkę ślązaczkę. Na wszelki wypadek, gdybym potrzebowała tłumaczenia ze śląskiego. Nie było potrzebne. Słowa „frelka”, „bajtel”, „gruba” czy „hasiok” i wiele innych – znam. Na spektaklu obie bawiłyśmy się świetnie i obie żałowałyśmy, że nie możemy dostać tekstu sztuki do przeczytania na spokojnie, bo tak się śmiałyśmy, że nic nam w głowie z tych „godek” nie zostało. Ślązacy potrafią śmiać się z siebie. Oto stara panna chce wyjść za mąż, a stary kawaler chce się ożenić. Pomaga swatka, której „w picie grzebie ino skarbówka”. A, że ze starymi kawalerami jest, jak jest, więc w ostatniej chwili „karlus przez okno pitnął od frelki”. Makula po mistrzowsku żongluje słowem. Sztuka, przeniesiona w realia współczesnego śląska bawi. Nie brak w niej śląskich piosenek, a wszystko dzięki współpracy z Grzegorzem Spyrą.

Widownia „Zolyty” zajmowała ¾ Sali Chorzowskiego Centrum Rozrywki i bawiła się świetnie. Chciałabym, by Marian Makula pojechał ze swoimi wodewilami, operetkami itd. poza Śląsk, bo w czasach, gdy wokół tyle złych wiadomości przyda się trochę zdrowego śmiechu zrobionego przez tych, którzy potrafią śmiać się z siebie, a nikt lepiej tego nie robi od Hanysów. Tylko nie wiem, czy gorolom nie potrzebne będą jednak napisy.

Warszawiakom polecam obejrzeć Pieńkowską. Ślązakom nie muszę chyba polecać Makuli, bo go znają. Ale jak ktoś spoza Śląska, ma niedalko i ma zły humor… Warto! Ale weźcie ze sobą zaprzyjaźnionego Hanysa tłumacza.

I tylko szkoda, że w czasach, gdy wokół tyle bylejakiej rozrywki nie ma tłumu w prawdziwych teatrach.

Syberyjska reisefieber

Pojutrze wraz z Ulubionym lecimy do Irkucka z monodramem „Listy do Skręcipitki”. Przyznam, że od kilku dni mam reisefieber. Oczywiście boję się, czy niczego nie zapomnę. Bo oprócz szczątkowej scenografii, kostiumu, rekwizytów, lecimy z książkami, prezentami, etc.

Sprawdzam wiadomości o Irkucku i Bajkale. Czytam o zesłańcach, Polakach, którzy badali te tereny. Czytam o tamtejszej fabryce lotniczej, gdzie robią bombowce, myśliwce itd. Anuszyny, Tupolewy i Iljuszyny… Czytam o lotnisku największym na Syberii, które jest często zamykane z powodu mgieł i… zaczynam się denerwować. Lubię samoloty i lubię latać, ale mgła jakoś mi nie w smak.

Czytam o Bajkale. Najgłębszym jeziorze świata z osobliwym mikroklimatem, które mam zobaczyć. Mam nadzieję, że spróbuje tamtejszych ryb. Bajkał to jezioro gdzie ponad 60% fauny i flory to gatunki endemiczne, czyli takie, których nie ma nigdzie na świecie. Najpopularniejszą rybą jest tu omul bajkalski.
No i tak drukując wiedzę, która może mi się przydać w podróży, pakuję i się i analizuję, czy niczego nie zapomnę.

Reisefieber jest niemiłym uczuciem. Nie pozwala spać, nie pozwala myśleć o niczym innym jak tylko podróż. A jednak… paradoksalnie lubię reisefieber. Ilekroć go odczuwam wiem, że przede mną przygoda. A przecież już „Pan Samochodzik” zwykł był mawiać, że „moje serce jest tam gdzie przygoda”. Zresztą… sam autor Pana Samochodzika, czyli Zbigniew Nienacki odbył kiedyś taką podróż, która zaowocowała jego książką „Pozwolenie na przywóz lwa.” Czym zaowocuje moja podróż? Wprawdzie to tylko pięć dni, ale… zobaczymy. Życie jest tak nieprzewidywalne. W przeciwieństwie do reisefieber, której oczywiście się spodziewałam.

Zapraszam na spektakl

Gdy  w 2013 zaczynalismy pracę nad monodramem Ulubionego „Listy do Skręcipitki” wiedziałam, że będzie trudno, ale nie przypuszczałam, że aż tak. Mimo wielu, naprawdę wielu listów, prób rozmów z warszawskimi teatrami, dopiero teraz, prawie dwa lata po premierze, po raz pierwszy monodram zostanie wystawiony na scenie prawdziwego teatru w Warszawie.

„Scena na Lubelskiej”, choć kameralna i urocza, bo offowa to z tej racji, że mieści się na trzecim piętrze kamienicy wykluczała możliwość przyjścia tam wielu znajomych – przede wszystkim osób starszych, a także tych na wózkach, o kulach itd.

Teraz wreszcie jest inaczej, ale cóż… Od 30 czerwca 2013 roku spektakl był pokazywany m.in. w Kutnie, Wrocławiu, Gdańsku, Krakowie, Warszawie w czasie obchodów Święta Niepodległości na scenie Muzeum Niepodległości, a także w Wilnie gdzie zamykał II festiwal monodramu Monowschód w słynnym „Teatrze na Pohulance” i wreszcie w Chorzowie w „Teatrze Rozrywki” wygrywając tam „5. Obserwatorium Artystyczne Entree”.

Po tym wszystkim spektakl nabrał patyny. Kto z Warszawy zapraszam więc w najbliższą sobotę
28 lutego g. 20:00
Teatr DRUGA STREFA
ul. Magazynowa 14a.
Warszawa
Bilety w cenie 30 zł (normalny i 20 zł (ulgowy)

I przypominam, o czym są „Listy do Skręcipitki”:

„Listy do Skręcipitki” to monodram w wykonaniu aktora Zacharjasza Muszyńskiego. Scenariusz oparty o listy Antoniego Adamskiego (1884-1923) do żony Leokadii Karoliny z Przybytkowskich (1884-1969) napisała pisarka, dziennikarka i blogerka Małgorzata Karolina Piekarska (prawnuczka autora i adresatki listów). Małgorzata Szyszka zajęła się reżyserią przedstawienia.

Listy będące kanwą sztuki są specyficzne, bo powstały w latach 1913-1918. Ich chory na gruźlicę autor (rodem ze wsi Mokotowo) pisze je do żony (rodem ze wsi Saska Kępa) z podróży i z Szafranowa, położonego głęboko za Uralem sanatorium dla gruźlików. W listach (adresowanych najczęściej na pracownię malarską kuzyna na ulicę Nowy Świat) opisujących podróże, ludzi, klimat, piękno przyrody i sprawy 2 rodzinne jest swoiste pęknięcie. Oto na urlopie dopada go I wojna światowa, a potem Rewolucja Październikowa. Powrót do kraju staje się niemożliwy. Autor zostaje odcięty od bliskich, a na dodatek jego listy przestają docierać do Warszawy. Wreszcie dociera jeden z nich… pełen wątpliwości, czy ma jeszcze dokąd wracać. Czy żona jeszcze go kocha i chce widzieć.

„Listy do Skręcipitki” to pełna humoru i wzruszeń historia o miłości, tęsknocie za żoną (tytułową Skręcipitką), córką, Ojczyzną, Warszawą, Wisłą, Saską Kępą i Mokotowem oraz strachem przed umieraniem na obczyźnie. To opowieść o postrzeganiu Polski i Polaków przez konfrontację z Rosjanami i wielką Rosją. To swoista lekcja historii Polski i małych ojczyzn autora opowiedziana przez pryzmat jednostki, którą los rzucił tysiące kilometrów od domu.

Premiera spektaklu odbyła się 8 czerwca 2013 w Warszawie na Scenie Teatralnej Klubu Kultury Saska Kępa w ramach obchodów Święta Saskiej Kępy przebiegającego pod hasłem: „Czym Kępa bogata”. Wszystko dlatego, że bohaterowie spektaklu: Antoni Adamski i adresatka jego listów tytułowa „Skręcipitka” to postaci związane z Saską Kępa, która jest wspomina w listach.

Strach, czyli co kto ma w sercu?

Strach to bardzo nieprzyjemne uczucie. Nie lubię się bać. Wczoraj się bałam. I to kilka razy. Pierwszy raz jadąc do pracy. W końcu zapowiedziano manifestacje w związku z Dniem Niepodległości. Do pracy pojechałam samochodem, bo miałam ze sobą paczkę niespodziankę. Przywiozłam prosto z Wilna dla koleżanek i kolegów z redakcji chleb litewski i dwie półtoralitrowe butelki kwasu chlebowego. A dla przyjaciółki z redakcji osobną torbę litewskich frykasów i durnot. (Między innymi setkę wódki w kubeczku. Wygląda to, jak jogurt, ale w środku jest wódka, a na kubeczku akcyza! Szok!) Tramwajem wieźć tego nie chciałam, bo ciężkie i nieporęczne, a na dodatek w święta tramwaje rzadko jeżdżą. Zresztą tego dnia był na mieście spory tłok. W święta parkowanie jest bezpłatne, więc… wzięłam samochód. Na Plac Powstańców jednak nie dojechałam. Musiałam zostawić auto na tyłach Nowego Światu. Przyznam, że bałam się, czy samochód nie zostanie obrzucony jakimiś petardami etc. W końcu w swoim czasie przy takiej okazji kilka aut zdemolowano.

Potem bałam się drugi raz. Gdy Marsz Niepodległości ruszył w kierunku Saskiej Kępy. Gdy w mediach podawano informacje o zamieszkach na „moim” rondzie, czyli rondzie Waszyngtona, zadzwoniłam do Panicza Syna spytać, czy jest cały i zdrowy. Na szczęście siedział w domu. Ku memu zdumieniu przed… telewizorem, co zdarza mu się rzadko, bo jego pokolenie częściej gapi się w internet niż TV. Tymczasem on wraz z dziewczyną i garstką znajomych oglądał relacje z zamieszek stwierdzając po raz kolejny, że nie wyjdą z domu, bo się boją. Nie tylko tego, że ktoś z nich dostanie w mordę od jakiegoś oszołoma. Także tego, że znów bez powodu Panicza Syna będzie spisywać policja. Panicz Syn ma długie włosy, co przeciętnemu policjantowi kojarzy się z przestępstwami i narkotykami i zawsze, ilekroć cokolwiek dzieje się na Stadionie Narodowym, Panicz Syn zanim dojdzie do domu, jest co najmniej trzy razy legitymowany przez policjantów, którzy do Warszawy zjeżdżają z całej Polski i nie potrafią zrozumieć, że ulica zameldowania, którą ma wpisaną w dowód jest o 30 metrów od miejsca, w którym go zatrzymują, a on sam właśnie zmierza do domu.

Potem bałam się trzeci raz, gdy już byłam po pracy. Samochód cały i zdrowy przywitałam najczulszymi słowami kierowcy. Pozostała sprawa drugiego ważnego domownika – Ulubionego. Ten zaś nie chciał mnie fatygować i powiedział, że wróci sam środkami komunikacji miejskiej, czyli od metra tramwajem przez Most Poniatowskiego. Spędził biedak dzień cały w studiu nagrań przed mikrofonem i nie miał świadomości, co się dzieje w centrum i w naszej okolicy. Musiałam siłą go przekonać, że przyjadę po niego autem, bo to będzie bezpieczniejsze. Do domu wróciliśmy Mostem Siekierkowskim.

To bardzo smutne, że w Święto Niepodległości tak dzieje się w Warszawie, jak się dzieje. Że mnie ogarnia strach o moje mienie (samochód), życie i bezpieczeństwo bliskich (Panicz Syn i Ulubiony). Powinnam przecież cieszyć się niepodległością, a nie bać. A jednak… bałam się!

Paradoksalnie dzień wcześniej wróciliśmy z Wilna, gdzie Ulubiony był oklaskiwany na festiwalu Monowschód. Tam grał w teatrze na Pohulance, który mimo życzenia twórców i fundatorów, czyli polskiej społeczności Wilna, by służył mieszkającym tam Polakom, Niepodległa Litwa podarowała Rosjanom. Jest tam teraz Rosyjski Teatr Narodowy Litwy. Na szczęście organizatorzy festiwalu wypożyczyli teatr na festiwal. I tak na scenie, na której w swoim czasie występowały takie gwiazdy, jak Irena Eichlerówna, Nina Andrycz, Henryk Borowski, Hanka Ordonówna, Aleksander Zelwerowicz, Zygmunt Bończa-Tomaszewski, Zdzisław Mrożewski, Danuta Szaflarska, Jerzy Duszyński, Igor Przegrodzki, Hanka Bielicka Ulubiony zaprezentował swój monodram „Listy do Skręcipitki”. Tuż potem pokazaliśmy film dokumentalny „Zdarzyło się naprawdę” o prawdziwej historii bohaterów monodramu, czyli mojego pradziadka i prababci. Wileńska prasa napisała, że „Polski festiwal teatralny uwieńczył spektakl o miłości i patriotyzmie” wyjaśniając w artykule: „Minimum środków scenicznych, krótkie przerywniki muzyczne, godzinna przekonująca gra jednego aktora, tematy miłości, tęsknoty i patriotyzmu – monodram „Listy do Skręcipitki” w wykonaniu aktora Zacharjasza Muszyńskiego w niedzielę, 9 listopada, w wileńskim teatrze na Pohulance zakończył odbywający się na Litwie trzydniowy Międzynarodowy Festiwal Monospektaklu „MONOWschód II”.
 Swoistym komentarzem do monodramu, dopowiedzeniem głównego przesłania sztuki był wyświetlony po zakończeniu spektaklu 14-minutowy film dokumentalny „Zdarzyło się naprawdę”, w którym autorka scenariusza Małgorzata Piekarska opowiada o tym, że do pracy nad sztuką zainspirowała ją zachowana korespondencja jej pradziadka i prababci, których rozdzieliły zawirowania życiowe. M. Piekarska nadmienia, że listy wysyłane przez pradziadka do żony są przepełnione patriotyzmem, miłością do ojczyzny, które to wartości obecnie, jak mówi, nie są w Polsce aktualne.”

"Listy do Skręcipitki" na scenie Teatru na Pohulance

„Listy do Skręcipitki” na scenie Teatru na Pohulance

Bo nikt mi nie wmówi, że to patriotyzm i miłość do Ojczyzny pchnęły ludzi z zamaskowanymi twarzami do rwania bruku, płyt chodnikowych i szarżowania na policjantów. Co z tego, że organizatorzy marszu odcięli się od takiego zachowania? W marszach (zarówno Prezydenckim jak i Niepodległości) idą ludzie z różnych pobudek, ale z moich obserwacji wynika, że patriotyzm nie jest głównym motorem ich działań. Raczej to walka polityczna. Gdyby było inaczej powstałby jeden marsz. Patriota kocha Ojczyznę bez względu na to, kto jest jej prezydentem, kto premierem i kto jest w opozycji. Ojczyzna to symbol. To coś ponad podziałami. To nie jest Polska żadnego z polityków tylko każdego z nas, którzy czujemy się Polakami lub jej mieszkańcami!

Po wileńskim spektaklu, zarówno w kuluarach, jak i potem na bankiecie podchodzili do nas różni ludzie z refleksjami. Mogłabym cytować wiele, ale chwalenie się zawsze mnie trochę jednak żenuje. Napiszę więc tylko to, co powiedział pewien Polak mieszkający na Litwie. „Małgosiu! To było o nas teraz! To my tak tęsknimy!” A przecież spektakl jest o moim pradziadku, który sto lat temu nie mógł wrócić do Polski, bo utknął w głębi Rosji, gdyż zastała go tam I wojna światowa i Rewolucja Październikowa. Pradziadek pisał o miłości do Ojczyzny, której jeszcze nie było na mapie, ale dla niego była. Gdy pierwszy raz czytałam te listy i śmiałam się (choćby z określenia Skręcipitka) i strasznie płakałam. Pradziadkowa tęsknota za Polską była przejmująca. Polska, której nie było na mapie istniała w jego sercu niezwykle silnie! Co jest w sercach tych, którzy co roku biorą udział w burdach? Zachodzę w głowę, ale nie wiem!

Wożenie drzewa do lasu

Rok temu zaproszono mnie, jako jurora festiwalu teatralnego prowadzonego przez Młodzieżowy Ośrodek Wychowawczy nr 2 w Warszawie. Pod nazwą Młodzieżowy Ośrodek Wychowawczy kryje się tak naprawdę… poprawczak. Ten konkretny powstał jeszcze przed wojną, jako tzw. „Zakład dla Dziewcząt Moralnie Zaniedbanych”. W większości są w nim dziewczyny z patologicznych środowisk. To nie ich wina, że przyszły na świat w takich domach. Życie od małego ich nie pieści. Nie mają wzorów do naśladowania. W większości nie czuły się nigdy potrzebne i kochane. Ogólnopolskie Spotkania Małych Form Teatralnych są jedną z prób resocjalizacji i uczenia wrażliwości. Resocjalizacji przez teatr. Wychowankowie wielu ośrodków wychowawczych w całej Polsce przez cały rok biorą udział w zajęciach teatralnych, których plonem jest spektakl wystawiany na odbywającym się wiosną w Warszawie festiwalu. Zjeżdżają się wtedy grupy teatralne z poprawczaków z całej Polski. Młodzi aktorzy starają się pokazać z jak najlepszej strony. W ramach festiwalu wystawiają swoje spektakle, oglądają konkurencję, odbywają warsztaty teatralne z fachowcami i chodzą do prawdziwych teatrów. W tym roku, kiedy przypadła XXIV edycja festiwalu, organizatorzy Spotkań nie dostali na ten cel pieniędzy. Wnioskowali w mieście o dotację na upowszechnianie kultury i edukację teatralną. W końcu wychowankowie ośrodków wychowawczych to często ludzie z wyrokami za drobne wykroczenia przeciwko zdrowiu, mieniu itd. Wśród nich są dziewczyny uprawiające seks za parę dżinsów, kradnące w sklepach, bijące się itd. Udział w festiwalu, warsztatach i pójście do prawdziwego teatru to dla nich czasem jedyne spotkanie z kulturą. To także forma edukacji. Jednak miasto odrzuciło wniosek organizatorów. Paradoksalnie kilka stołecznych instytucji teatralnych otrzymało dotacje właśnie na upowszechnianie kultury i edukację teatralną itd. Jedna ze scen nawet kilka dotacji, których łączna suma przekroczyła pół miliona złotych. Organizatorzy Ogólnopolskich Spotkań Małych Form Teatralnych wnioskowali o 10 tysięcy. Po odwołaniu dostali z innej puli 1600 złotych. Starczyło na dyplomy i ramki do dyplomów, poczęstunek i drobne nagrody za uczestnictwo. Zabrakło nie tylko na honoraria dla prowadzących warsztaty czy dla jury (w ubiegłym roku też za wiele środków nie mieli, więc byłam tam jurorem społecznie, społecznie odbyłam spotkanie autorskie i opowiedziałam dziewczynom o swoich książkach), ale przede wszystkim nie starczyło pieniędzy na bilety do teatrów. Organizatorzy obdzwonili wiele stołecznych instytucji teatralnych z prośbą o przyznanie trudnej młodzieży, będącej uczestnikami festiwalu teatralnego, puli bezpłatnych wejściówek na spektakle. Tłumaczyli, że większość z nich będzie w teatrze po raz pierwszy i być może… niestety… ostatni w życiu. Wśród teatrów, do których zwracali się z prośbą były sceny, które m.in. z Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego otrzymały po kilkaset tysięcy złotych dotacji na różne cele, w tym na edukację kulturalną. Paradoksalnie Stowarzyszeniu Teatralnemu, które chciało pomóc organizatorom festiwalu i zawnioskowało o 10 tysięcy złotych, za co miało przeprowadzić z uczestnikami trzydniowe warsztaty i pokazać trzy spektakle – odmówiono dotacji! Niestety sceny, które dostały po kilkaset tysięcy na edukację teatralną najwyraźniej uznały, że nie zmarnują nawet kawałka z tej kwoty na darmowe bilety dla trudnej młodzieży. Uczestników festiwalu przyjął tylko Teatr Powszechny, który pokazał im monodram „Sebastian X”, traktujący o masakrze w szkole. Rękę wyciągnęła też jedna prywatna scena warsztatowa.

Także Ulubiony zdecydował się bezpłatnie pokazać im swój monodram. A reżyserka Małgosia Szyszka za darmo poprowadziła warsztaty. Wszyscy czuliśmy, że to może być ważne dla tej młodzieży. Pojechaliśmy więc na gościnne występy na Strażacką. Było to osobliwe przeżycie, bo widz – naprawdę specyficzny. Już rok temu jedna z wychowawczyń opowiadała mi, jak spytała nowoprzybyłą do ośrodka 13-latkę: „Jak się u nas czujesz?” A w odpowiedzi usłyszała: „Chuj cię to obchodzi stara kurwo!” Dlatego właśnie, że widz jest nieprzewidywalny i niepoddający się konwenansom, a także ogólnie przyjętym normom społecznym, reżyserka na samym początku musiała wprowadzić go w klimat spektaklu. Powiedziała więc kilka słów o tym, o czym jest monodram, o tym, że to specyficzna forma teatralna, uprzedziła, że jest to rzecz historyczna, by widz był przygotowany na cofnięcie się w czasie o sto lat. By rozumiał, czemu są tu np. inne jednostki miary (ryby sprzedają na arszyny, a do sanatorium bohater jedzie trzy tysiące wiorst), opowiadała o zmieniającym się języku. Uprzedziła, że to rzecz, która powstała na faktach. Tekst nie został napisany przez pisarza z myślą, że powstaje dzieło, ale był po prostu listami pisanymi do jednej osoby. Prosiła też o grzeczne zachowanie. Ulubiony i tak był w nerwach. Spektakl powstał na podstawie listów mojego pradziadka do prababci i oto w jednym z listów pradziadek pisze o panujących w sanatorium stosunkach: „Złodziei tu nie ma. Pokoik zostawiam otwarty. Wracam, niczego mi nie brakuje”. Dla potrzeb spektaklu stwierdzenie o braku złodziei zamienił w pytanie do publiczności. „Złodziei tu nie ma?” (To pytanie.) „Pokoik zostawiam otwarty.” (To informacja.) „Wracam, niczego mi nie brakuje!” Ostatnie jest w formie przestrogi, bo towarzyszy mu głośne „No!” i pogrożenie palcem. W połowie spektaklu Ulubiony, dochodząc do tego fragmentu, uświadomił sobie, że na wprost siedzą gdzieniegdzie… naprawdę złodzieje. Być może nie odbiorą tego pytania do publiczności, jako części spektaklu, a wezmą dosłownie. Wezmą to do siebie. Jak zareagują? Ani ja, ani reżyserka nigdy nie widziałyśmy Ulubionego tak spiętego. A on potem wyznał, że coś takiego przeżył pierwszy raz w życiu. Publiczność, ku zdumieniu nas wszystkich, reagowała w najmniej oczekiwanych momentach. W takich, w jakich do tej pory żaden widz nie reagował. Śmiali się na przykład z tego, że aktor się śmieje. Głośno powtarzali zabawne stwierdzenia, mocno je przeżywając. Dlatego przez widownię, co chwilę przechodziły szmery, z których dało się wyłowić słowa: „Skręcipitka”, „Pierdzimączka” i „salceson ewangelicki”, który wzbudził więcej wesołości niż zazwyczaj. Po spektaklu dla garstki widzów (powiedzieliśmy, że zostaje ten, kto chce) pokazaliśmy 14-minutowy film dokumentalny „Zdarzyło się naprawdę”. Byli pod wrażeniem, że to historia rodzinna, bo przecież ich rodziny wyglądają zupełnie inaczej. No i pojawiły się pytania: „Jak to się nazywało? Mono-co?” spytała grupka dziewczyn. Odpowiedziałam, że „monodram”. Wielu to słowo słyszało po raz pierwszy.

Dlatego ja tak retorycznie teraz pytam. Czemu instytucja, która naprawdę edukuje kulturalnie, jak Młodzieżowy Ośrodek Wychowawczy, organizując od przeszło dwudziestu lat Ogólnopolskie Spotkania Małych Form Teatralnych, nie dostaje dotacji na edukację, a po odwołaniu niewiele ponad półtora tysiąca złotych ochłapu? A w tym samym czasie niejedna państwowa instytucja teatralna dostaje wielkie, przekraczające sto tysięcy pieniądze na taki cel i nie chce dać kilkudziesięciu darmowych biletów garstce ludzi, których wpuszczenie do teatru będzie prawdziwą edukacją? Kogo za te kilkaset tysięcy te teatry warszawskie będą edukować? Tych, którzy i bez tego wiedzą, co to teatr? Mnie zarówno to dziwne dysponowanie środkami z funduszy na edukację, jak i edukowanie teatralnie tych, którzy do teatru i tak pójdą, przypomina jednak wożenie drzewa do lasu. A może by tak raz zawieść je do miasta, czyli wyedukować teatralnie tych, którzy nigdy nie byli w teatrze? Tych, dla których do tej pory jedyna rozrywką było piwo w krzakach i za przeproszeniem dawanie dupy za dżinsy?

Za pokazanie „Listów do Skręcipitki” w Ośrodku, wszyscy troje dostaliśmy po kubku i paczce krówek, które organizator zdobył od zaprzyjaźnionych dobrych ludzi. Nic z tego nie mieli, ale podobnie jak my, uznali, że warto zainwestować cokolwiek w edukację kulturalną ludzi, których los pokarał tym, że urodzili się, jak to świetnie nazwał pan kurator sądowy i bloger – na marginesie życia.

Trzy tygodnie…

Nie wiem, czy kiedyś pisałam, czy nie, ale…. jestem w zarządzie Oddziału Warszawskiego Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Na ostatnim zebraniu wydelegowano mnie bym reprezentowała Stowarzyszenie na takim specjalnym spotkaniu, które odbędzie się w Teatrze Polskim w formie dyskusji pisarzy „Unia – obywatel – człowiek”. W notesie zapisałam sobie, że 18-go w poniedziałek mam odebrać wejściówkę przygotowana dla stowarzyszenia na moje nazwisko. Ma być dwuosobowa. Spytałam więc Ulubionego, czy pójdzie ze mną. W końcu on aktor, to wszystko będzie w teatrze, dyskusja połączona jest z czytaniem fragmentów książek przez znanych aktorów. Powiedział, że chętnie. Poniedziałek był dość wyczerpujący. Rano walczyłam przecież z piecem, czyli od 7-mej gościłam w domu pana Speca. Potem musiałam pojechać na pewną konferencję prasową, potem odebrać to zaproszenie, potem podjechać do redakcji przygotować program, w międzyczasie podjechać do Stowarzyszenia Pisarzy Polskich odwieźć płyty z filmami, które wcześniej pożyczałam, bo lada moment (dokładnie 24-go) zacznie się w Domu Literatury I-szy przegląd filmów o pisarzach pt. „Pisarz też człowiek”. Równocześnie przygotowywałam się do pewnej rozprawy w sądzie, którą miałam następnego dnia. W poniedziałkowej rubryce w kalendarzu było tak namazane, że aż strach. Czemu wydawało mi się, że ta debata w Teatrze Polskim jest tego dnia? Nie wiem. Wiem, że popędzając Ulubionego wpadliśmy, jak burza do taksówki i z piskiem opon ruszyliśmy pod Teatr Polski, pobiegliśmy pod scenę kameralną, by… „pocałować klamkę”. Dopiero wtedy sięgnęłam do torebki i spojrzałam na zaproszenie. Widniała na nim jak wół data 2 grudnia… Tak się śmialiśmy, że z trudem dowlekliśmy się do pobliskiej Harendy, gdzie spałaszowaliśmy po szarlotce, którą popiliśmy gorącą herbatą. Pierwszy raz w życiu zdarzyło mi się gdzieś przyjść trzy tygodnie przed terminem. Owszem często przychodzę gdzieś przed czasem. Wprawdzie zdarza mi się też spóźniać, choć nie tak, jak mojemu synowi, który dla odmiany urodził się trzy tygodnie po wyznaczonym przez lekarza terminie. Twierdzę zresztą, że to spowodowało, że do dziś wszędzie notorycznie się spóźnia. W szkole zawsze ma najwięcej spóźnień na pierwszą lekcję. Nie mniej jednak ja pierwszy raz w życiu aż tak wyprzedziłam termin zaproszenia. Normalnie szok! Jak sobie przypomnę jak się wzajemnie poganialiśmy, jak biegliśmy, jak mało obcasów nie połamałam, jak… To normalnie cha cha! 

Stres, czyli w szponach ponętnej Skręcipitki

A więc jedziemy! Już kilka tygodni temu Ulubiony dostał zawiadomienie, że wraz ze spektaklem „Listy do Skręcipitki” zakwalifikował się do udziału w konkursie podczas Ogólnopolskiego Festiwalu Teatrów Jednego Aktora odbywającego się w ramach Wrocławskich Spotkań Teatrów Jednego Aktora. I tak w najbliższą sobotę 19 października o 15:30 na Czarnej Scenie PWST Filia we Wrocławiu ul. Braniborska 59 będzie można zobaczyć „Listy do Skręcipitki”, czyli spektakl, nad którym we trójkę wraz z reżyserką i Ulubionym siedzieliśmy pół roku i cały czas się nim jeszcze zajmujemy. Jeżeli ktoś myśli, że stres przed festiwalem odczuwa tylko aktor – jest w błędzie. W nerwicy jest także reżyserka Małgosia Szyszka, u której jest to nerwica zwielokrotniona, gdyż zaraz potem wylatuje do Meksyku pokazywać tam swoje filmy o Jerzym Grotowskim. Ja też mam nerwicę, choć być może moja nerwica w porównaniu z nerwicą Ulubionego to pestka. Dziś miał problem pod tytułem „krawat trzeba zawiązać inaczej” oraz „kołnierzyk i mankiety koszuli trzeba nakrochmalić”. Ja mam nerwicę pod tytułem: Czy niczego nie zapomnimy? Trzeba w końcu wziąć kostium, rekwizyty, scenografię, płytę z muzyką, rzutnik, laptop, ładowarki, kamerę, statyw, aparat fotograficzny, baterie, kasety, nośniki do kamery i aparatu itd. Plus oczywiście rzeczy osobiste. Bardzo bym nie chciała, by na miejscu okazało się, że np. nie mam na zmianę bielizny lub butów. Albo, że zapomniałam kosmetyków lub… dokumentów. (A tak mi się już kiedyś zdarzyło.) Czy starczy nam kasy na podróż? Na festiwal jedziemy na własny koszt, nocujemy na własny koszt i jemy na własny koszt. Czy nic się nie zepsuje po drodze? No i plus główny powód nerwów, czyli sam spektakl. Czy w trakcie wszystko będzie dobrze? Czyli… czy film, który jest częścią scenografii wyświetli się bez usterek? Czy sprzęt, którym dysponuje teatr odtworzy nasze płyty z dźwiękami? Wbrew nerwicy, która opanowała Ulubionego, ja najmniej martwię się o to, jak on wypadnie. Bardziej, jak zwykle, o sprzęt. W końcu przedmioty martwe bywają złośliwe… Oczywiście trochę poprzeżywałam też rzucane przez różnych pseudożyczliwych znajomych uwagi, jakobym to ja załatwiła Ulubionemu udział w festiwalu. Boże, jakim trzeba być, że tak się wyrażę „złośliwym głąbem”, by tak myśleć! Przecież oceniane były spektakle na podstawie rejestracji! Czyli patrzono, jak aktor gra! Już pomijam, że nie mam pozycji dawnego pierwszego sekretarza KC PZPR, który dzwonił i mówił: „wicie-rozumicie, ale towarzyszu załatwcie mi to pozytywnie.”  Naprawdę oceniano spektakle! A jaki ja mam wpływ na to, jak gra Ulubiony? No niestety ludzie tacy są. W końcu, gdy na festiwalu Emigra przyznano mi nagrodę za film „Kto ty jesteś?” życzliwi powiedzieli, że pewnie zgłoszono trzy filmy. Normalnie człowiek człowiekowi dziennikarzem.

Jeśli ktoś myśli, że po zakończeniu festiwalu stresy nam miną, to zapewniam, że raczej nie. Wszystko dlatego, że potem jedziemy na drugi festiwal, czyli IV edycję Festiwalu Monodramów Monoblok do Gdańska (spektakl jest 8 listopada) – tam na szczęście nie płacimy za nocleg. A potem… czeka nas kolejna meganerwica. Otóż gramy 13 listopada z okazji Święta Niepodległości w… Muzeum Niepodległości. To w końcu bardzo prestiżowa placówka. Na dodatek na scenie stoi fortepian, którego nie da się wynieść. Ponieważ nieruchomy wielki rekwizyt głupio będzie wyglądał, kiedy nie będzie używany, więc… stwierdziliśmy, że Ulubiony musi zagrać nie tylko na trąbce, ale również choć zabrzdąkać na fortepianie… Wprawdzie skończył on szkołę muzyczną na fortepian, ale w domu mamy tylko klawisze elektryczne… O losie! Przewiduję pogłębiająca się nerwicę vel tremę. A jaki tego będzie efekt – ktoś spyta. Sama chciałabym wiedzieć. Na razie wiem jedno. Od początku roku wszyscy jesteśmy w szponach mojej prababci, czyli ponętnej Skręcipitki i mam wielką nadzieję, że uda jej się porwać w swoje szpony i innych – w tym jurorów.

I tak na koniec. Zwykle po spektaklu puszczamy widzom film: Zdarzyło się naprawdę. na festiwalach go nie zaprezentujemy. gdyby ktoś chciał przyjść na spektakle festiwalowe nie zobaczy tego. Ale… może go ten film zachęci? Wszystkich Wrocławian i dolnoślązaków oraz Gdańszczan, Trójmiejszczan i Pomorzan i Kaszubów – zapraszam…

A tu zwiastun…