Archiwa tagu: telefon

Szkielet w szafie, czyli czekając na mail

Czasem myślę, że za dobrze mnie wychowano. Niby umiem siarczyście przekląć, ale… nie wyzywam ludzi. Teoretycznie wiem, jak trzaska się drzwiami, ale… nie robię tego. Odpisuje na listy. Czasem jednym zdaniem, ale jednak. Pewnie dlatego z roku na rok coraz częściej zastanawiam się czy w tym pędzącym świecie jest miejsce dla mnie?
Pamiętam zdarzenie sprzed wielu lat. On, chłopak z dobrego domu, znany i ceniony gitarzysta. Właśnie zakończył z nim współpracę zespół, dla którego skomponował wiele przebojów. Moja przyjaciółka chodziła z nim do liceum. Namawiała więc: „Zrób wywiad z rockmanem do Cogito. Może mu to w czymś pomoże”. Prowadziłam tam wtedy rubrykę „Krok w rock”. Zadzwoniłam do gitarzysty. Był niemiły. Miałam wrażenie, że łaskawie zgadza się na wywiad. Pojechałam jednak. Przyjaciółka tak prosiła. Rockman „bufonił” się przede mną dobra godzinę. Ale jakoś wywiad powstał i został wydrukowany. Potem wielokrotnie mieliśmy do czynienia ze sobą, bo świat jest mały, a ludzie z jednego pokolenia i o podobnych zainteresowaniach znają się między sobą. Tak więc widywaliśmy się. A to urodziny lidera zespołu, dla którego komponował te przeboje, a to impreza wspólnej koleżanki. A to wernisaż kolegi. Za każdym razem ego rockmana unosiło się pod sufitem jak wielki balon braci Montgolfier. Pamiętam imprezę, na której byłam razem z Eksiem – jeszcze jako jego żona. Eksio go nie znosił. Właśnie za tę bufonadę. Nawet postanowił zakpić i zanucił: „It’s my life” mówiąc do bufonowatego rockmana: „To jest przebój!” choć nie lubił piosenki Dr Albana, a nawet była dla niego synonimem obciachu. Mniej więcej dwa lata później spotkałam gitarzystę przed McDonald’s. Oboje wchodziliśmy do środka. On przede mną, ja za nim. Wchodząc odwrócił się. Nasze spojrzenia się spotkały. Powiedziałam „cześć”. W odpowiedzi zostałam odepchnięta, a drzwi od McDonald’s niemal zamknęły mi się na twarzy, bo rockman zamiast je przytrzymać pchnął w moją stronę. Gdybym nie cofnęła głowy być może nawet spadłyby mi okulary. Nie wiem czemu to zrobił. Zemsta za zachowanie męża, z którym wtedy już byłam w trakcie rozwodu? Nie wierzę w to. Byłoby to głupie. Ci, którzy go znają twierdzą, że po prostu „ten typ tak ma”. Po latach, kiedy co jakiś czas widujemy się i obserwuję więcej takich zachowań z jego strony, potwierdzam: ten typ tak ma.
Przypominam sobie jednak to zdarzenie bardzo często. Nie. Nie było mi wtedy nawet przykro. Byłam zdumiona. Ja nie zatrzasnęłabym drzwi przed nosem nikomu. Nikogo bym też nie pchnęła drzwiami. Tymczasem z roku na rok, z miesiąca na miesiąc i tygodnia na tydzień coraz częściej obserwuję takie postępowania. Coraz więcej jest wśród nas takich typów. Schamieliśmy. Nie mówimy „dzień dobry” i nie odpowiadamy na „dzień dobry”, nie mówimy „dziękuję”, rzadko wypowiadamy „proszę”. Ostatnio często w sklepach słyszę do sprzedawczyni: „pani da…”
Gdy nie chcemy z kimś rozmawiać to najczęstsze słowa w naszym języku to już nawet nie osławione „spieprzaj dziadu”, a po prostu „spierdalaj”. Nie umiem tak. Mimo wszystko staram się grzecznie rozmawiać nawet z akwizytorami, choć ich telefony, którymi próbują namówić na przykład na korzystne lokaty finansowe, doprowadzają mnie do szału, bo jak będę chciała coś gdzieś ulokować – sama znajdę drogę. Znajomi jednak radzą: „powiedz ‘spierdalaj’, to nie będą dzwonić”. Ale ja nie chcę. Chcę kulturalnie poprosić o nietelefonowanie do mnie z takimi propozycjami. Choć to też jest jak grochem o ścianę.
Jednak tym co mnie najbardziej denerwuje jest brak odpowiedzi na maile. Czemu ja odpowiadam choć jednym słowem: „Przeczytałam”. Czemu inni nie są w stanie wykrzesać z siebie nawet tyle? Czemu ja jestem w stanie odpisać na mail z prośbą o wsparcie 1%, że „dziękuję za list, ale prośby spełnić nie mogę, bo mój 1% jest dla autystycznego Piotrusia”? To jedno czy dwa zdania. Ale dlatego kogoś informacja, że maile, które śle jednak dochodzą.
Pisałam tu, jak w swoim czasie wysłałam kilkaset maili z prośbą o wsparcie produkcji monodramu Ulubionego „Listy do Skręcipitki”. Większość pozostała bez odpowiedzi. Wydzwaniałam potem, pytałam czy mail dotarł, słyszałam, że nie. Słałam więc drugi raz imienny mail do tej samej osoby zaznaczając w opcjach wysyłania, by otrzymać potwierdzenie przeczytania. Potwierdzenie przychodziło. Jego treść informowała mnie, że mój mail został… skasowany bez czytania.
Gdy przygotowaliśmy spektakl „Bubloteka” wysłałam znów kilkaset maili. Tym razem, by móc ten spektakl gdzieś w Polsce pokazać. Wykonałam w tym celu także kilkaset telefonów. W mailach podawałam linki do ukrytych na portalu YouTube rejestracji spektaklu. W telefonicznych rozmowach informowałam, że można obejrzeć rejestracje. Jednak licznik wyświetleń rejestracji nie posunął się w przód ani na jotę. Na żaden z maili nikt mi nie odpowiedział. Dzwonić przestałam, bo ludzie byli dla mnie po prostu niemili i traktowali jak najgorsze gówno. Wprawdzie moja korona mocno siedzi i nie tak łatwo ją zrzucić, ale i moja pokora ma jakieś granice. Przestałam proponować spektakl. Nie mam siły zderzać się ze ścianą.
Teraz kolejny tydzień czekam na odpowiedzi z kilku miejsc. Konkretnie od wydawców, tłumaczy, redaktorów. Czekam. Nawet na jedno zdanie brzmiące odmownie. Bo odmowa miła nie jest, ale… jest konkretem. A tak… czekam. I oczywiście przypomina mi się dowcip.

Co to jest szkielet blondynki w szafie?
Zwyciężczyni ubiegłorocznej zabawy w chowanego.

Niedługo to będę ja. Tyle, że nie w szafie, a w gabinecie.

PS Dziękuję wszystkim czytelnikom licytującym moje książki na aukcjach charytatywnych Allegro, z których dochód przeznaczony został na cele Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, którymi w tym roku są:

  1. ratowanie życia i zdrowia dzieci na oddziałach ogólnopediatrycznych,
  2. zapewnienie godnej opieki medycznej seniorom.

Dzięki wam udało się zebrać 991 (słownie: dziewięćset dziewięćdziesiąt jeden) złotych.

  • Powieść „Tropiciele” uzyskała w tym roku 222,50 zł.
  • Powieść „LO-teria” 160 zł
  • Powieść „Klasa pani Czajki” 152,50 zł
  • Książka „Kurs dziennikarstwa da samouków” 152,50 zł, ale wygrywający licytację wpłacił 200 zł
  • A książka „Syn dwóch matek” (której uroczysta premierę miała miejsce 26 stycznia w Domu Spotkań z Historią) 256 zł.

Fachowcy 40 lat później

Jonasz Kofta i Stefan Friedman kiedyś śpiewali:

Przez cały kraj,
idziemy dwaj,
czy słońce czy śnieżek czy słota!
Niezbędna jest,
czy chce ktoś, czy nie,
w pionie usług fachowa robota.
Czy to sens ma
kląć, że ten świat
z kiepskiego zrobiony surowca?
Bo dobry Bóg
już zrobił, co mógł,
teraz trzeba zawołać fachowca!

Wczoraj było u mnie dwóch. Pierwszy to hydraulik-gazownik umówiony jeszcze przed świętami do czyszczenia pieca od ciepłej wody. Przyszedł punktualnie, dość szybko zrobił co trzeba i poszedł zainkasowawszy należność. Drugim fachowcem był pan z Orange Polska. Nawet nie myślałam, że jeden monter może aż tak sparaliżować życie w domu. Ale od początku.

Przez 15 lat byłam abonentem Cyfry+, czyli ostatnio (po połączeniu) NC+. Kiedy jeszcze była to Cyfra+ byłam w miarę zadowolona z usług. Zresztą… żadnej innej płatnej telewizji mieć nie mogłam, bo nie mieszkam w bloku. Odpadały więc wszelkiego rodzaju kablówki, a z racji wykonywanego zawodu dziennikarza telewizyjnego powinnam mieć dostęp do wielu kanałów. Jednak od jakiegoś czasu zaczęłam zastanawiać się, czy nie zmniejszyć abonamentu (prawie 150 złotych miesięcznie) lub nie zrezygnować z NC+ na rzecz czegoś tańszego, co zaczęło pojawiać się na horyzoncie. Zwłaszcza, że ostatnie miesiące bycia klientem NC+ mocno dały mi się we znaki. W mijającym roku w sprawie przedłużenia abonamentu dzwoniono do mnie średnio raz w tygodniu. Umowa kończyła mi się (kończy) 31 grudnia, jednak NC+ zaczęło wydzwaniać już w czerwcu. Za każdym razem mówiłam, że mam czas na zastanowienie i by nie wymuszano na mnie podejmowania decyzji, że ja w odpowiednim czasie do nich zadzwonię. Prosiłam o odnotowanie w systemie, że nie chcę odbierać tych telefonów i odezwę się sama, a gdy mówili, że to oni muszą zadzwonić prosiłam o telefon w listopadzie. Daremnie. Co tydzień inny, biedny człowiek z tzw. „Call Center”, dzwonił i próbował wymusić przedłużenie umowy. Dwudziesty któryś telefon przesądził o wszystkim. Zdecydowałam się tej umowy nie przedłużać, bo nienawidzę, gdy ktoś mnie do czegoś zmusza. To jednak nie było takie proste. Okazało się, że umowy z NC+ nie można nie przedłużać. Trzeba ją… wypowiedzieć. Można to zrobić tylko na piśmie. Pismo musi być złożone osobiście w punkcie NC+ lub wysłane pocztą na specjalny adres. Nie można skorzystać z e-maila. Nie można zrobić tego przez telefon, choć przez telefon można… przedłużyć, a nawet podpisać umowę! Ta wiadomość sprawiła, że jeszcze szybciej chciałam się z tym NC+ rozstać. Do tego doszła sprawa finansów. Okazało się, że Orange, w którym mamy telefon stacjonarny i internet, oferuje taki sam pakiet NC+, ale za o wiele niższe pieniądze. Dodatkowo dostaniemy tzw. „multiroom”, czyli drugi dekoder, a przy okazji szybsze łącze internetowe – 80 mb/s. Zaś wszystko w cenie 89 złotych miesięcznie wraz z telefonem stacjonarnym i internetem. Uznaliśmy, że to świetna okazja. Przecież w NC+ za samą telewizję płacimy prawie dwa razy tyle. Tak więc pewnego dnia popędziłam do punktu NC+ i złożyłam wniosek o rozwiązanie umowy. Był to podobno ostatni dzień, kiedy mogłam to zrobić, inaczej potem musiałabym za miesiąc korzystania płacić… 300 złotych, czyli dwa razy tyle. Ponieważ okazało się, że dekodera oddać jeszcze nie mogę, gdyż nikt go ode mnie nie przyjmie przed końcem umowy, więc z podpisaniem umowy z Orange zwlekaliśmy do końca grudnia. Wreszcie przed świętami zadzwoniłam i umówiłam fachowca na po świętach. Wybrałam ten sam dzień, kiedy umówiony został pan hydraulik-gazownik.

Hydraulik gazownik miał przyjść między 8:00 a 10:00. Pana Orange zamówiłam na godzinę 10:00 – 12:00. Po kilku dniach otrzymałam SMS potwierdzający wizytę. Przyznaję, że nie zwróciłam uwagi, że wpisano tam godzinę między 12:00 a 15:00. Tak więc wczoraj zerwaliśmy się o świcie, by z utęsknieniem czekać na fachowców. Kiedy oddalił się punktualny pan hydraulik-gazownik siedziałam w roboczym ubraniu i pisałam. Bałam się iść myć, by nie było sytuacji, że ja w wannie, a tu w drzwiach pan Orange. Podobnie Ulubiony, który lubi sobie jeszcze szczegółowo porozmawiać z Panem Fachowcem. Około 11:00 odebrałam telefon. Pan Orange będzie o 13:00. Pomyślałam, by wziąć kąpiel, ale… tak mi się dobrze pisało, że zrezygnowałam. Zresztą… pan Orange przyjdzie i zapewne w ciągu pół godziny wyjdzie, bo ileż można podpinać dekoder? Ulubiony w oczekiwaniu na mistrza majsterkował. Po 13:00 przybył Pan Orange. Z miejsca zaczęło się. Usłyszałam, że teraz potrzebne będą trzy kable DSL i on nie ma. Ja miałam do tej pory używane dwa. Spytałam czy on nie powinien mieć ze sobą kabli. Usłyszałam, że owszem, ale dziś akurat nie ma, a poza tym nawet jakby miał, to tu będzie potrzebny jeden trzymetrowy, a on tak długiego to by mi nie dał. Westchnęłam ciężko i tak jak stałam wskoczyłam w samochód, by pojechać do najbliższego sklepu z takimi rzeczami, czyli cholernego Media Markt, po kabel. Najpierw stałam w korku na ulicy, potem w drugim korku do wjazdu na parking, potem w trzecim korku na podziemnym sklepowym parkingu. Kabel znalazłam błyskawicznie i postałam sobie w kolejce do kasy, potem w korku do wyjazdu z parkingu i w korku na ulicy. Po godzinie byłam w domu z trzymetrowym kablem. Pan Orange przyjął go z miną średniozadowoloną, gdyż oznajmił, że chyba będzie potrzebny jednak pięciometrowy! Spytałam czy nie mógł powiedzieć wcześniej? Pan nie odpowiedział. Na werdykt, czy kabel na pewno trzeba dłuższy, czekałam jeszcze pół godziny. Wreszcie usłyszałam, że jednak niezbędne jest pięć metrów kabla DSL. Znów wskoczyłam w samochód, znów czekały mnie korki na ulicy, korki do wjazdu na parking, korki na parkingu Media Markt, a potem kolejka do biura obsługi klienta, by dostać kwit pt. „wymiana sprzętu”. Znów najkrócej zajęło mi wzięcie kabla z półki i… znów stanęłam w kolejce do kasy, potem postałam sobie w korku w garażu, korku na ulicy i po kolejnej prawie godzinie byłam w domu. Dochodziła 17:00… Pan Orange wyszedł później. W trakcie wizyty pana Orange okazało się też, że podłączony nam szybszy internet nie będzie miał jednak prędkości 80 mb/s tylko mniej, bo 80 u mnie „nie pójdzie”.  Byliśmy zmęczeni. Machnęliśmy ręką uznając, że i tak cena 89 złotych za usługę telewizja z telefonem i internetem to mniej niż 150 za samą telewizję. Nie zmienia to jednak faktu, że drugi dzień po wizycie fachowca śpiewam z Jonaszem Koftą i Stefanem Friedmanem i myślę, że taki program jak ten, który we dwóch robili, nadal ma rację bytu. Fachowcy 40 lat później niewiele się różnią od tych ze starych skeczy. Ten jeden z Orange wymęczył mnie tak, że wieczorem niemal padłam trupem. A późna kąpiel niewiele pomogła w stawaniu na nogi.

112, czyli zawracam głowę

Pojechałam do Zakopanego do Domu Pracy Twórczej „Astoria”. To dom im. Stefana Żeromskiego. To tu Wisława Szymborska dowiedziała się o otrzymaniu Nagrody Nobla. Ponieważ mam sporo pracy pisarskiej, a w domu z powodu pani sąsiadki warunki pisarskie coraz gorsze, więc… tym razem zamiast do Obór postanowiłam uciec do Zakopca. Ostatni raz byłam tu w dzieciństwie. Miałam chyba 10 lat. Nigdy nie nocowałam w Zakopanem. Zawsze w Rabce, Niedzicy lub Rabie Wyżnej. Tu tylko rodzice mnie przywieźli, bym zobaczyła zimową stolicę Polski. Teraz zdecydowałam się na podróż tu. Zwłaszcza, że dla niskociśnieniowca góry to wymarzone miejsce. 

Do Zakopanego wybrałam się samochodem. W końcu mam ze sobą masę rzeczy niezbędnych do pracy i w pociągu bym się zamęczyła z wielką liczbą bagaży. Tak więc w drogę tak zwaną „siódemką” wyruszyłam przed 11-tą. Po drodze… co chwilę pożar. Mając w pamięci telewizyjny reportaż kolegi, który traktował o numerze 112, (w reportażu była mowa, że jak coś się dzieje to ludzie nie dzwonią, a zawracają dupę w sprawie pizzy, fryzjera etc.), postanowiłam być tą mądrą, uczynną i obywatelską. Widząc pożar traw wypalanych nad rzeczką i tłum gapiów stojących na moście zdecydowałam się na telefon na 112. Dzwonię więc i mówię, że pożar. Podaję nazwę rzeczki, że przy mostku i mówię, że na trasie S7. Dla pani to za mało informacji. Zupełnie jakby na S7 ta kurduplowata rzeczka miała co najmniej dwa mosty! Wysilam mózg i posiłkując się licznikiem w aucie mówię który mniej więcej kilometr od Warszawy. Pani niechętnie łączy mnie ze strażą pożarną. Strażacy są mili i mówią, że gaszą, że pożarów jest kilka i że tam na miejscu już są. Przyjmuję do wiadomości, choć nie wiem gdzie są nad tą rzeczką strażacy, bo żadnego wozu strażackiego tam nie widziałam. Strażaków też nie. Sikawki zero. Na moje oko był tam tylko tłum gapiów. Ale w końcu nie zatrzymałam się nad tą rzeczką, więc… wszystko możliwe. Skoro mówią, że są, to na pewno są. Jadę dalej. Znów pożar traw. Znów dzwonię. Znów jakaś pani jest niemiła, ale ja za to jestem przygotowana co to za miejscowość i który kilometr, więc pani potulnie aczkolwiek niechętnie łączy ze strażą. Strażacy mili (już inna jednostka pożarnicza się zgłasza), ale… zirytowani. Oni o tym kolejnym pożarze też już wiedzą. Mam wrażenie, że zawracam im głowę bzdurą, więc… gdy widzę trzeci, a kilka kilometrów dalej czwarty pożar traw już nie dzwonię. Nie jestem wprawdzie jasnowidzem i na sto procent nie wiem, czy już o tym pożarze strażacy wiedzą, ale na wszelki wypadek uznaję, że tak. Chyba lepiej nie dzwonić na to 112. Bo jak mam się nasłuchać burczenia… Ciekawe jest to, że gdy w tym reportażu kolegi o dzwonieniu na 112 w błahych sprawach puszczano te rozmowy z numerem 112, to ludzie na linii byli tacy mili, choć przecież musieli tłumaczyć, że nie są od podawania informacji o fryzjerze czy pizzy. A jednak gdy o pożar chodziło, to miałam wrażenie, że mają pretensje, że zawracam im niepotrzebnie głowę. Cóż… może to dlatego, że debile zaczęli sezon wypalania traw i te pożary można powiedzieć rosną, jak grzyby po deszczu? Być może teraz co chwila dzwonią do nich tacy, jak ja z informacjami o pożarach? Bo inaczej tego burczenia na mnie wytłumaczyć sobie nie umiem.

Do Zakopanego dojechałam punkt 18:00 z jedną myślą. Za Krakowem pożary traw się skończyły. Inna mentalność ludzi? Możliwe, ale… prawdopodobnie brak wypalania traw to sprawa klimatu. Tu jeszcze leży śnieg.

Rozpaczliwy SMS, czyli bez refleksji

Od wielu lat czasem z przerażeniem, czasem ze zdumieniem, a czasem z zażenowaniem patrzę na to, co zrobiły z nami środki komunikacji, będące wyrazem postępu technicznego. Gdy mój syn był w gimnazjum, co i rusz słuchałam historii o zerwaniu kogoś z kimś za pomocą SMS-a, co wydało mi się głupsze i bardziej prymitywne od zerwania przez telefon. Potem doszły zerwania na Gadu-Gadu, wreszcie na Facebooku.

W swoim czasie cała chyba sieć śmiała się z rozmowy, której screen pozwalam sobie (dzięki uprzejmości portalu mistrzowie.org) zamieścić. Jego inicjatorka została moim zdaniem słusznie posądzona o „posiadanie tunelu powietrznego między uszami”. Choć pan, o którego były te emocje też w mojej opinii niezbyt się wykazał, bo co to za publiczne informowanie, że ktoś umie lub nie „zrobić loda”. Kompletny brak klasy. Choć z drugiej strony być może uznał, że jak nie zniży się do poziomu tej dziewczyny, to ona nic nie zrozumie.

Ten wpis mnie i śmieszył i żenował. Od wczoraj myślę o nim intensywnie, gdyż to wczoraj dostałam SMS o następującej treści.

„Pani Małgorzato dzisiaj wyprowadziłam się od X pomimo bycia z nim w 11 tygodniu ciąży. W takiej sytuacji życzę udanego wiosennego wspólnego wyjazdu.”

Ponieważ na początku widniało jak byk „Pani Małgorzato” uznałam więc, że tekst być może jest do mnie, choć nadawca na pewno się myli. Nie planuję żadnego wiosennego wyjazdu z żadnym X. Przyznaję. Korciło odpisać: „Dziękuję bardzo”, by zobaczyć co będzie dalej, ale… za tym rozpaczliwym i żałosnym w sumie SMS-em kryły się czyjeś mocno zranione uczucia. A ponieważ imię X mi nic nie mówiło (mam tylko jednego znajomego o tym imieniu. Jest mężem koleżanki. Nawet gdyby zrobił komuś na boku dziecko, w co szczerze wątpię, to nie sądzę, by ktoś akurat mnie o tym informował takim SMS-em), więc zdecydowałam się odpisać zgodnie z prawdą: „O jakiego X chodzi i kto pisze?” Odpowiedź przyszła natychmiast.

„Przepraszam bardzo, że pozwoliłam sobie zaniepokoić Panią. Chodzi o XYZ. Ale ja już naprawdę nie jestem żadną przeszkodą. Zapewniam Panią.”  

Nazwisko XYZ coś mi mówiło, ale nie wiem co. Odpisałam więc, że nie mam z tym nic wspólnego, bo XYZ chyba na oczy nie widziałam. Nadawczyni rozpaczliwego SMS-a przeprosiła i dialog się urwał. Cóż… XYZ chyba w ogóle nie znam osobiście. To znaczy mam w swojej komórce taki kontakt, ale bez numeru telefonu, a jedynie z e-mailem. Konto pocztowe zostało przez niego założone na serwerze pewnego uniwersytetu w Wielkiej Brytanii, więc należy do kogoś pracującego lub tam studiującego. Gdy potem za namową Ulubionego zajrzałam na stronę uczelni odkryłam, że ktoś taki robił tam doktorat, ale 9 lat temu… Nie wiem, więc jak facet wygląda. Nie kojarzę skąd ta znajomość. Może to jakiś mój czytelnik? Może znajomość z jakiegoś zlotu vel Zjazdu? Może po prostu do mnie napisał i adres zapisał się w pamięci telefonu i kontaktach? Nie jest to ważne. Istotne jest to, że ktoś nawet nie zadzwonił, a przysłał SMS. W intymnej sprawie, tak drażliwej i bolesnej uznał, że najlepiej jest coś takiego wysłać. Właściwie to dobrze, że wysłany został tylko SMS, a nie był to wpis na Facebooku. Niemniej jednak dziewczyna mogła zadzwonić. Głupota nie zostawiłaby w moim umyśle i telefonie takiego śladu. A tak… SMS tkwi. Jeszcze go nie wykasowałam. Patrzę na niego i dziwuję się do czego pcha ludzi rozpacz i… nowe technologie. Możliwość wysłania wiadomości natychmiast odbiera rozum. Nie daje czasu na refleksje. Bo gdybym była tą, która jedzie z XYZ na wiosenny wyjazd? Też mogłabym bez refleksji odpisać coś, co zraniłoby do żywego. A jak wiadomo od SMS do SMS i dalej… prosta droga do komórkowego piekła.

PS Znajomi znów twierdzą, że takie rzeczy przytrafiają się tylko mnie…

Uporczywie namawiana na…

Nikt nie lubi być traktowany jak idiota, pouczany, a już najbardziej chyba nie lubi być nachalnie namawiany na coś, co go kompletnie nie interesuje. Prawdy stare, jak świat. Ja jednak ostatnio jestem co chwilę pouczana i co chwilę traktowana, jakby była kompletnym debilem, bo ktoś coś mi wciska i próbuje nachalnie namawiać na coś wmawiając, że jest mi to coś niemal niezbędne do życia.

Najpierw zadzwoniła pani z super ofertą, która brzmiała tak:
- Proszę pani, ponieważ jest pani właścicielem domeny psedytor.waw.pl, więc mam dla pani super ofertę. Właśnie zwolniła się domena psedytor.com.pl i mam ją dla pani w super cenie…
Zgrzytnęłam zębami, ale grzecznie odpowiedziałam:
- To jest bardzo ciekawe, co pani mówi, bo nazwa „psedytor” to nazwa, którą sama wymyśliłam zakładając kiedyś firmę. Firmy zresztą już nie mam. Nigdy nikt takim adresem nie był zainteresowany, więc pierwsze słyszę, by tego typu adres się zwolnił…
Nie zdążyłam nic więcej powiedzieć, bo pani rozłączyła się, tym samym przyznając do nieudanej próby wciśnięcia mi kitu.
Cóż… PS-Edytor, czyli agencja dziennikarska, którą w swoim czasie prowadziłam, miała nazwę złożoną z prostych skojarzeń. Edytor od edycji tekstu, a PS trochę od „post scriptum”, a trochę od nazwiska mojego i Eksia, bo działalność gospodarczą zaczęłam prowadzić jeszcze jako jego żona w 1997 roku. Wciskanie mi kitu, że domena „psedytor” z jakimś tam rozszerzeniem cudem się zwolniła jest po prostu debilizmem a może i nawet chamstwem.
Pominę już fakt, że pani ewidentnie nie sprawdziła, co jest pod adresem psedytor.waw.pl, a jest on „sprzężony” z domeną podstawową, czyli piekarska.com.pl.

Jednak to jeszcze nic. Pewien portal społecznościowy, na którym za namową kumpla zamieściłam kilka lat temu swój profil, z nadzieją na ewentualne zlecenia pisarsko-dziennikarskie, od niemal początku atakuje mnie ofertami, które są kompletnie nie dla mnie. Właściwie atakuje mnie nie portal, ile inni jego użytkownicy. Średnio cztery do dziesięciu razy dziennie ( w dni powszednie ok. 15 w weekendy 3-4) dostaję więc listy, których nadawcy oferują mi rzeczy absolutnie poza zasięgiem moich zainteresowań. Przeważnie są to szkolenia handlowe lub ubezpieczeniowe. Czyli coś, co napawa mnie potwornym obrzydzeniem i z czym kompletnie nie chcę mieć nic wspólnego. Lub oferty lokat i inwestycji finansowych dla moich milionów, które gdzieś tam pewnie w jakiejś śmierdzącej skarpecie kiszę. Bywa, że ci ludzie dzwonią do mnie. Staram się być miła. Cierpliwie tłumaczę, że mnie to nie interesuje. Potem jest kolejny telefon. I kolejny. Zgrzytam zębami, ale cały czas nadal staram się być miła. W końcu każdy orze, jak może. Częściej niestety dostaję list. Co w połączeniu z tymi, które dostaję na adres mailowy, daje liczbę pięćdziesięciu dziennie. Tak! Dziennie 50 osób proponuje mi szkolenia z handlu lub ubezpieczeń, czy innych tego typu rzeczy. Ostatni list sprawił, że miarka się przebrała. Stwierdziłam, że „rozbiorę” sprawę dogłębnie i wdam się w korespondencję. W końcu na jeden z 50 listów dziennie oferujących szkolenia mogę chyba odpowiedzieć. Zwłaszcza, że jestem na tzw. „pracowitym urlopie”, czyli siedzę w Domu Pracy Twórczej w Oborach nad książką. Mogę więc na chwilę oderwać się od pracy i napisać cokolwiek innego niż kolejny rozdział legend warszawskich. Irytujący mnie list był taki (pisownia oryginalna):

Witam Pani Małorzato
nie chce abys żle odebrała moją wiadomośc i uznała to za spam wydajęsz mi sie ciekawą osoba i
myśle ze mam coś co może Cię zainteresować, chciałem ci zaproponowac ciekawe szkolenia. „Kobieta Niezależna” 30.07 Z ….. info masz pod adresem: …. uźywając kodu … masz 50% zniżki
bądz szkolenie mocno ze sprzedaży „mistrz sprzedaży 2014 edycja finałowa”
więcej info: …. uźywając kodu … masz 50% zniżki
Pozdrawiam

Odpowiedziałam następująco:

Witam,
Nie chce by źle odebrał Pan moją odpowiedź, ale wydaje mi się, że osoba, która czymś handluje, powinna sprawdzić, czy swoją ofertę handlową kieruje do właściwych odbiorców.
Niedobrze jest oferować płyty CD głuchoniememu, buty kalece bez nóg poruszającemu się na wózku. Nie wiem, czy nie gorzej jest oferować płyty CD z muzyką disco polo profesorowi śpiewu z Akademii Muzycznej, a tandetne buty z Deichmana szewcowi Kielmanowi.
W każdym razie, uważam, że przed wysłaniem ludziom ofert, zwłaszcza przez ten portal, warto jest sprawdzić, kim ci ludzie są z zawodu.
Nie gniewam się, że zrobił Pan masę literówek, w tym w moim imieniu nazywając Małorzatą, bo nie jestem drobiazgowa. Nie gniewam się, że raz pisał Pan do mnie na per „Pani”, a raz na per „Ty”, bo wprawdzie amerykanizmy mnie wkurzają, ale często macham na nie ręką, bo nie chce mi się walczyć z wiatrakami. Natomiast fakt, że oferuje Pan takie DEBILIZMY właśnie mnie – jest wyjątkowo irytujące.
Jestem kobietą niezależną. I to od zawsze. Pracuję w zawodzie, który jest moja pasją z różnym sutkiem, jak to bywa przy zawodach artystycznych. Nie jestem służącą mojego męża etc. Jednocześnie nie znam się na handlu i NIE CHCĘ się na tym znać, co wie każdy, kto choć trochę mnie poznał. Nie jest to trudne, wystarczy skorzystać z wyszukiwarki google. Mimo, że korzystam z usług takich osób, to jednak obrzydzeniem napawa mnie myśl o handlowaniu Avonem czy Oriflame, czym szczyci się pani …, której szkolenie z 50% zniżką usiłuje mi Pan wcisnąć. Nie zamierzam zostać handlowcem! O szkoleniu „mocno ze sprzedaży” pisać nawet mi się nie chce, bo samo sformułowanie „mocno ze sprzedaży” zasługuje na wylądowanie w śmieciach. Czy Państwo oferujący te szkolenia znają jeszcze język polski? Czy słowa marketing i coaching już do tego stopnia zdominowały Państwa język, że brak Państwu polskich słów, określeń etc?Odpisuję na ten list tylko dlatego, że marzy mi się, by na przyszłość tacy ludzie jak Pan starannie sprawdzali osoby, którym ślą swoje oferty, korzystając z tego portalu. Nie wszystkich w tym stopniu, co handlowców, interesują pieniądze. Nie wszystkich interesuje bycie busines woman i łażenie w garsonkach na brunche czy lunche.
Proszę się nie gniewać, ale dostaje takich listów jak Pański kilka dziennie. Dziś po raz kolejny zaczęłam zastanawiać się nad likwidacją konta na …., bo więcej tu „śmietnika” niż rzeczywistego dla mnie pożytku. Będzie mi miło, gdy dowiem się, czym Pan się kierował śląc mi swoją SUPER OFERTĘ z tymi zniżkami na szkolenia, z których bym nie skorzystała nawet, gdyby były za darmo.
Chcę zrozumieć, czemu kilka razy dziennie skrzynka pocztowa kogoś, kto jest pisarką i dziennikarką i ma to napisane w swoim profilu, zapełnia się propozycjami, bym wzięła udział w szkoleniach z handlu, ubezpieczeń, samodoskonalenia się etc.
Przy braku odpowiedzi uznam, że mój list został skasowany bez czytania. A to też nie będzie o Państwu najlepiej świadczyć.
Co złego, to nie ja.
Pozdrawiam.

Odpowiedź nadeszła dość szybko. Pan przeprosił za spamowanie, za to, że nie zapoznałęm się z Pani profilem dogłębnie, a jak wół ma Pani napisane, że nie chce Pani otrzymywać takich wiadomości.” i znów mnie załamał. Napisał bowiem coś takiego, że postanowiłam raz na zawsze, właściwie dla spokoju własnego sumienia, takiemu komuś, kto śle mi oferty handlowych szkoleń, wyłuszczyć o co chodzi, i m.in. napisałam:

Pozwolę sobie na cytat z Pana listu: „Co do sprzedaży to zapewne dobrze Pani wie, że każdy z nas, Pani również czy tego chce czy nie, coś sprzedaje z takim bądź innym skutkiem i od tego nie uciekniemy, a umiejętność sprzedaży może nam jedynie ułatwić życie.”
Rzeczą, którą jak Pan ujął „sprzedaję” jest moje pisanie. Nie sprzedaję ani gazet ani książek, bo tym zajmują się kioski ruchu lub księgarnie i księgarze. Nie jest mi więc potrzebna wiedza, jak z przedmiotem, jakim jest wydrukowana książka dotrzeć do odbiorcy, ale jak z dziełem, jakim jest dopiero napisana książka dotrzeć do wydawcy! Tę zresztą posiadam w stopniu myślę, że dość znacznym. Ale to jednak nie jest handel, ale coś zupełnie innego. Podobnie Państwa szkolenia z handlu nie pomogą np. mojemu mężowi, który jest aktorem, jak ze swoim produktem, jakim jest aktorska gra, zachęcić agencję aktorską lub reżysera obsady, by obsadził go w filmie lub wysłał zaproszenie na aktorskie przesłuchanie. Pan może go nauczyć jak sprzedawać płyty DVD z filmami, w których zagrał, ale to akurat mojego męża nie interesuje. Proszę przyjąć do wiadomości, że nie każdy produkt, nawet jak jest czymś na sprzedaż, podlega takim samym zasadom handlowym, jak jogurt, czy kosmetyki Oriflame. Są tzw. produkty intelektualne, w tym np. muzyka, którą sprzedawać można Państwa metodami dopiero wtedy, gdy jest biletem na koncert lub płytą, a nie w początkowej swojej fazie tworzenia. 
Szkolenie handlowe jest przydatne dla twórcy np. pisarza, tylko wtedy, gdy chce napisać powieść o handlowcach… Aktorowi, gdy ma grać handlowca, a muzykowi nie mam pojęcia po co. W każdym razie nie po to, by w praktyce skorzystać ze sprzedawanej tam wiedzy. Chyba, że ktoś się chce przekwalifikować. Nie znam jednak nikogo, kto jest zawodowym twórcą i pragnie zostać handlowcem. Raczej historie odwrotne.”

Mam nadzieję, że do tego jednego Pana to dotarło. Co z pozostałymi 49-cioma, którzy codziennie oferują mi szkolenia z handlu lub ubezpieczeń? Nie wiem, ale pozwolę sobie sparafrazować słynnego paprykarza i krzyknę tu głośno: „Jak żyć?!” (By ich nie znienawidzić?)

A korespondencję przeprowadziłam naprawdę dla uspokojenia własnego sumienia, że zrobiłam wszystko, by zmniejszyć liczbę przesyłanych mi ofert. Choć podskórnie czuję, że jestem w tym jak Don Kichot w swej walce z wiatrakami.

Klasyczne kociołkowe

Pisałam ostatnio o swojej „przygodzie” z wymianą telefonu. Sprawa skończyła się w końcu tak, że Play uznał moje racje i napisał: odnosząc się do przesłanej korespondencji dotyczącej popełnionego błędu ze strony Operatora sieci Play, najmocniej przepraszam za zaistniałą sytuację. W żadnym wypadku nie jest to Pani wina, informację odnośnie karty microSIM powinna zostać przedstawiona przed podpisaniem Umowy. W związku z powyższym chciałabym przyznać Pani rekompensatę w wysokości 30 zł na przyszły okres rozliczeniowy.

Najbardziej mi zależało na przyznaniu się do błędu, bo jednak dwukrotne wysyłanie do salonu naprawdę zmarnowało mój czas. Ale i 30 złotych piechotą nie chodzi! Zajęta innymi sprawami nie zdążyłam jednak o tym napisać, kiedy moja agentka od spotkań autorskich przysłała mi list, jaki przyszedł na jej adres:

Szanowna Pani,
Szkoda, że Pani nie pozwala komentować swoich notek, aczkolwiek znam problem trolli i innych tego typu pokrewnych użytkowników sieci. Ale cóż, muszę to napisać: pisze Pani o sobie, tu cytat: „Jestem dziennikarką prasową i telewizyjną, a z zamiłowania blogerką i pisarką – członkiem Zarządu Oddziału Warszawskiego Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Opublikowałam kilka książek, choć napisałam ich znacznie więcej” – czyli inteligentna kobieta z Pani i to z osiągnięciami intelektualnymi! Jeśli opisywana w notce sytuacja dotyczy Pani, to zastanawia mnie jedno: bierze Pani telefon w sieci i nie czyta Pani o nim w sieci? O jego ustawieniach technicznych? Nie chodzi tylko o to, jaką kartę SIM obsługuje – micro, czy „zwykłą”, ale pozostałe parametry. Warto też zapoznać się z opiniami użytkowników na temat danego telefonu. Poza tym jest jeszcze jedna możliwość: sprzedać telefon i zakupić inny, obsługujący „normalną” kartę SIM. Nie ma się co oburzać na Play – jak w każdej tego typu firmie (operator komórkowy), mają dość dużą rotację zatrudnienia na każdym stanowisku związanym z obsługą klienta, czyli na wszelkich liniach telefonicznych i w punktach bezpośredniej obsługi. Nie każda młoda absolwentka po drugiej stronie słuchawki pomyśli, żeby powiedzieć Pani akurat to, co Panią interesuje w sprawie telefonu, jeśli Pani sama o to nie zapyta. A może poprzedniej pani X powiedziała i dostała ochrzan: „a co Pani myśli, że ja na bieżąco z nowinkami technicznymi nie jestem?!”
Pozdrawiam,
Przypadkowa czytelniczka

Śmiać mi się chciało z tego wykładu, ale… odpisałam, co następuje:

Szanowna Pani,
Z wielką uwagą przeczytałam Pani list. Nie chce mi się przed Panią tłumaczyć, bo Play uznał moje racje. Ale jeśli już to Panią tak strasznie interesuje, to przeczytałam wszystko o telefonie poza tym, na jaką jest kartę SIM, bo nie miałam świadomości, że są różne i że istnieją karty SIM micro. Nie muszę śledzić nowinek technicznych, bo nie jestem dziennikarką od IT.
Ponieważ z listu rozumiem, że poczuła się Pani mądrzejsza, a list miał być prztyczkiem w mój nos (głupiej, choć wykształconej blondynki), więc pozwolę sobie odbić piłeczkę…
Taka z Pani inteligentna kobieta, a napisała Pani nie do mnie, a mojej agentki, choć mail do mnie jest podany jak na dłoni, a przy mailu agentki napisane, żeby pisać na niego w sprawie spotkań autorskich… ;)
Pozdrawiam Panią naprawdę bardzo serdecznie i gratuluję braku własnych problemów. Też chętnie bym spędziła czas na wytykaniu ludziom, których teksty przypadkowo przeczytałam, co w swoim życiu robią źle. ;)
Oby Najwyższy nadal był dla Pani tak łaskawy.

I tak sobie myślę…. Jak to się dziwnie na tym świecie plecie, że gdy ktoś ma do mnie jakieś „anse” i chce mi napisać maila krytycznego, a zwłaszcza takiego, w którym chce powiadomić mnie, jaka to jestem głupia, nieuważna itd., zawsze go wyśle nie na mój adres, ale biednej mojej agentki Gabrysi. Bo to jest nie pierwsza taka historia. A pokazuję to, bo gdyby ktoś chciał wiedzieć, jak wygląda klasyczne „przyganiał kocioł garnkowi” – to pokazuję: właśnie tak!

Zwariowany świat komórki, czyli powrót koszmarów z PRL

Mam wrażenie, że jeśli idzie o dbanie o klienta, to dziś w Polsce sprzedawcy, usługodawcy itp. ciągle zachowują się jak niemiła sklepowa z PRL, która mając mięso na składzie była panem życia i śmierci bandy szaraczków z kartkami na owe mięso w garściach lub w podniszczonych i chudych portfelach.

Nie znam się na reklamie, nie znam się na administracji, zarządzaniu i wielu innych rzeczach. Mój ojciec dodałby jeszcze „na serze się nie znam”. To było jego dyżurne zdanie, po tym, jak mama zrobiła mu kiedyś aferę, że kupił nie taki ser żółty, jaki chciała. W każdym razie na wielu rzeczach się nie znam i w zasadzie dobrze mi z tym. Nie muszę być alfą i omegą. Znam się natomiast na… sobie i swoich własnych potrzebach. Jedną z nich jest sprawne biuro, czyli miejsce do tworzenia, pisania, prowadzenia swoich, być może z punktu widzenia finansów kulawych, ale z punktu widzenia moich potrzeb intelektualnych ważnych, bo humanistycznych biznesów. Warunkiem posiadania sprawnego biura jest sprawny telefon. Od kilku dni jestem w tak zwanym telefonicznym zawieszeniu, bowiem mój aparat komórkowy od dawna odmawia posłuszeństwa. Ostatnie dni, kiedy zapewne zorientował się, że pójdzie już w odstawkę, zbiesił się do tego stopnia, że przed każdym wykonaniem kolejnego połączenia muszę go włączać i wyłączać z powrotem, chyba, że dzwonię na numer, na który dzwoniłam przed chwilą. Wtedy mogę użyć po prostu słuchawki bluetooth i na niej nacisnąwszy dwukrotnie jedyny klawisz, wywołać ostatnie połączenie, czyli po angielsku „redial”. Ten telefon, z którym się rozstaję to Nokia C6. Nokii używałam właściwie od 10 lat. Po Alcatelu i Ericsonie przesiadłam się na Nokię i wydawało mi się, że to najwygodniejszy telefon świata. Przenosiłam grzecznie numery telefonów z jednego modelu do drugiego i tak latami. Każdy kolejny aparat był rzecz jasna bardziej zaawansowany od poprzedniego. Aż nastąpił jakiś potworny krach w Nokii. Przestali dbać o markę? Nie wiem. Nie znam się. Wiem, że zaczęłam narzekać, bo ich telefony przestały odpowiadać moim potrzebom. Telefon, z którym mam przyjemność przez ostatnie lata się „męczyć” jest jakimś koszmarem. Teoretycznie ma wiele możliwości, praktycznie bez przerwy się zawiesza, nie działa itd. Zaczął być „do bani” już w momencie kupna, bo od razu był w serwisie, gdzie wytłumaczono mi, że jak coś nie działa trzeba wyjmować z niego wszystkie karty. Potem było jeszcze gorzej. Niemniej jednak odczekałam dwa lata i przedłużywszy przez telefon umowę zamówiłam nowy aparat telefoniczny. Nie wiem, czy dokonałam dobrego wyboru, gdyż… nowy telefon mam i skorzystać z niego nie mogę. Dlaczego? Ano odpowiedzią niech będzie mój list do firmy Play, czyli mojego operatora komórkowego.

Szanowni Państwo,

Chciałam zareklamować Państwa usługi, ponieważ podchodzą Państwo nieprofesjonalnie do klienta i narazili mnie Państwo na stratę czasu.
W dniu 18 stycznia b.r. przez infolinię przedłużyłam umowę z państwem o 2 lata zamawiając w promocji telefon Samsung Galaxy S III.

  1. We wtorek zadzwoniłam do Państwa z prośbą o podanie mi nr listu przewozowego w UPS, bo chciałabym skontaktować się z kurierem. Czekanie cały dzień na niego paraliżuje mi pracę. Dwukrotnie Państwo obiecywali, że numer listu przyślą mi SMS-em. Numeru jednak nie otrzymałam. Za pierwszym razem mila pani konsultantka nie omieszkała na zakończenie rozmowy poprosić o wystawienie noty za swoja pomoc. Wystawiłam najwyższa, a SMS przyszedł po 5 godzinach, kiedy już dawno telefon miałam w ręku. Podobnie było zresztą z SMS’em od drugiej konsultantki, której już na wszelki wypadek nie wystawiałam żadnej noty. 
  2. Teraz sprawa samego telefonu. Gdy go zamawiałam NIKT nie powiedział mi, że jest to telefon na inną kartę SIM, a konkretnie na microSIM. Efekt jest taki, że telefon otrzymałam i nie mogę z niego skorzystać. 
  3. Zadzwoniłam do Państwa na infolinię z pytaniem, co mam w takiej sytuacji zrobić. Powiedziałam, że otrzymałam telefon kurierem i okazało się, że jest on na inną kartę SIM. Uprzejma pani na infolinii powiedziała mi, że mam jechać do punktu Play po nową kartę. Miałam inne plany, ale pojechałam do państwa punktu w Promenadzie w Warszawie na ul. Ostrobramskiej. Tam konsultantka powiedziała mi, że… nie mogę dostać nowej karty SIM, gdyż aktualizacja statusu przedłużanej umowy trwa i karty nie można mi wydać. Wysłała do punktu iSpot, bym przycięła sobie kartę. Tam powiedziano mi, że mi to zrobią, ale za 20 złotych i gwarancji, że karta będzie działać – nie dają. Zadzwoniłam do Państwa powtórnie z pytaniem, co mam zrobić z tym fantem. Mam nowy telefon na inną kartę SIM niż karta, którą mam. Konsultant powiedział mi to samo, co poprzednia konsultantka, że mam jechać do punktu Play po odbiór nowej karty. Powtórzyłam mu, co się stało, a wtedy dowiedziałam się, że powinnam poczekać 24 godziny od odebrania aparatu na odbiór nowej karty.

Pytania mam takie:

  1. Czy nie uważają Państwo, że przy zamawianiu nowego aparatu telefonicznego powinien klient być informowany, że jest on na inną kartę SIM? Zwłaszcza, że mają państwo w systemie informację, kiedy brałam poprzedni telefon i jakiej był marki.
  2. Dlaczego dwaj konsultanci odsyłają mnie do salonu po nową kartę SIM, skoro mogę ją odebrać dopiero po 24 godzinach od wydania telefonu? Czy konsultant nie powinien mi od razu o tym powiedzieć? Bym nie musiała jeździć dwa razy?
  3. Dlaczego telefon nie jest słany od razu z nową kartą?
  4. Dlaczego w punkcie Play nie ma możliwości przycinania karty? Dlaczego konsultantka odsyła mnie do iSpot? (Poradziła też skorzystanie z konkurencji, czyli przycinarki w T-mobile.)
  5. A na koniec proszę sprawdzić, czemu SMSy od Państwa dochodzą po tak długim czasie.

Proszę też o dopowiedź, jak Państwo zrekompensują mi to, że przy podpisywaniu nowej umowy wymiana aparatu telefonicznego trwa u mnie dwa dni. Przecież można tego było uniknąć mówiąc na samym początku o tym, że nowy aparat obsługuje kartę microSIM i wysłać mi od razu taką kartę.

No i tak tylko retorycznie spytam się: Jak tu być spokojnym? Miałam dziś nucić na melodię „Ta ostatnia niedziela” piosenkę o Noki.

Teraz nie pora szukać wymówek
Fakt, ze skończyło się
Dziś przyszedł inny i lepszy
I mniej niezawodny
Do śmieci więc wyrzucę cię!

Ta ostatnia ma Nokia
Dzisiaj się rozstaniemy
Dzisiaj się rozejdziemy
Na wieczny czas.

Tymczasem nadal muszę korzystać z aparatu, który co chwila się zawiesza. Na dodatek jestem zła jak osa i właściwie nie bardzo już nadaję się do pracy.

Mam poza tym po raz kolejny nieodparte wrażenie, że operatorzy telefonii komórkowej (a także inni usługodawcy) bardziej dbają o nowego klienta niż o utrzymanie starego. Pewnie, dlatego ludzie ciągle z numerami gdzieś migrują. Ja już też raz wyemigrowałam. I zastanawiam się, czy ponownie tego nie zrobić. Bo w końcu skoro płacę, to chyba mam prawo wymagać. Ale z drugiej strony, czy od usługodawców o PRL-owskiej mentalności mogę czegoś wymagać?

PS Czy to naprawdę przytrafia się tylko mnie?

Między zastrzeżonym a nieznanym…

Od wielu, wielu lat, a dokładnie od momentu, kiedy zdecydowałam się podać swój numer telefonu komórkowego w sieci, mam w telefonie taką usługę, która uniemożliwia zadzwonienie do mnie z numeru zastrzeżonego. Wszystko po to, by np. czytelnik bloga, którego moje poglądy denerwują, nie mógł do mnie bezkarnie zadzwonić i mnie zwyzywać, a potem z dumą rzucić słuchawkę. Ale też i z innych powodów. Oczywiście to zmusza różnych znajomych z zastrzeżonymi do wysyłania mi SMS’ów, bym oddzwoniła ja. Bo przy SMS jednak każdy jest identyfikowalny. Dla niektórych ma to czasem złe strony. Oto nie można bezkarnie słać mi obraźliwych lub świńskich SMS’ów. Zaraz identyfikuje mi się numer, a ja oddzwaniam i pytam, kto jest po drugiej stronie. No i czasem publikuję w sieci screen :)

Kiedy wiec dwa dni temu ktoś dwukrotnie zadzwonił z numeru, wyświetlającego się, jako prywatny zadzwoniłam do Play z pytaniem, o co chodzi. Przecież mam opcję, że nie można do mnie dzwonić z zastrzeżonego. Pani rozpoczęła mętne tłumaczenie. Powiedziałam, że nic nie rozumiem. Rozmowa trwała dobrych 20 minut i skończyła się w ten sposób, że pani przyjęła zgłoszenie, że proszę o wyjaśnienie, o co chodzi. Dziś (a właściwie wczoraj, bo jest już po północy) do mnie oddzwoniono. Żeński głos w słuchawce powiedział, że dzwoni w sprawie zgłoszenia, żebym podała nazwę abonenta i hasło, a także uprzedził, że rozmowa będzie nagrywana. To sprawiło, że postanowiłam i ja nagrać moją rozmówczynię, bo w końcu, jak wtedy 20 minut jakaś inna pani mi tłumaczyła, a ja nic nie pojmowałam, to może sobie nagram wyjaśnienia i w razie czego przemyślę i przeanalizuję. Uprzedziłam więc, że ja również będę nagrywać rozmowę. A wtedy pani powiedziała, że… ona sobie nie życzy!!! Ja na to:

- A ja muszę sobie życzyć?

Pani na chwile odebrało mowę. Bąknęła, że przyśle wyjaśnienie na piśmie. Rzeczywiście. Przysłała. Brzmi tak:

Szanowna Pani,
dziękuję za zgłoszenie dotyczące usług, które otrzymałam 25.09.2013 roku za pośrednictwem kontaktu telefonicznego.
Uprzejmie informuję, że dla numeru telefonu (…) jest aktywna blokada połączeń z numerów zastrzeżonych. Blokada taka uniemożliwia otrzymywanie połączeń przychodzących z numerów zastrzeżonych od osób prywatnych. W przypadku połączeń z numerów nieznanych połączenie dojdzie do skutku, gdyż jest to połączenie z numerów należących do podmiotów instytucjonalnych typu banki, urzędy.
Mam nadzieję, że informacje te będą pomocne a ze swojej strony proszę o ocenę mojej pracy w formularzu znajdującym się poniżej. Dziękuję.
(…) Obsługa Klienta Play

Cóż… To mnie nie zadowala. Nie chcę, by do mnie dzwonił ktoś, kogo numer mi się nie wyświetla. Z wyjaśnienia jednak rozumiem, że jeśli taki zadzwoni, to będzie nim bank albo urząd, czyli instytucja państwowa. Ale czy takie instytucje mogą mieć numery… nieznane? Nadal nie wiem czym się różni numer nieznany od zastrzeżonego? Co dokładnie znaczy nieznany i dlaczego jest nieznany? No i czemu ta pani tak bardzo bała się nagrania, skoro miała do przekazania tylko takie wyjaśnienie?

Ponad miesiąc prześladowań, czyli nagrywane rozmowy

Ponieważ mój numer telefonu komórkowego jest dostępny na mojej stronie, więc dawno temu postanowiłam skorzystać z oferowanej przez operatora sieci komórkowej usługi blokowania połączeń od numerów zastrzeżonych. To bardzo ułatwia życie. Nie dzwonią wariaci, prześladowcy itd. No i co najważniejsze o ileż mniej mam telefonów z ofertami kredytów, spotkań w celu poinformowania mnie, w czym mam ulokować miliony, którymi na pewno wypchany jest, jeśli nie mój materac to przynajmniej, co druga skarpetka. Niestety wielu pracowników różnych „call center” przerzuciło się na telefon stacjonarny. Ponieważ 99% odbieranych przeze mnie telefonów na stacjonarny to różne propozycje nie do odrzucenia, więc doszło do paranoicznej sytuacji, kiedy służy nam on tylko do tego, by zadzwonić z niego do teściów na Ukrainę. W inne miejsca dzwonimy z komórek. Kiedy oglądamy filmy, czytamy coś itd. w ogóle nie odbieramy stacjonarnego telefonu. Niestety kiedy siedzę w gabinecie i piszę, niemal machinalnie podnoszę słuchawkę stojącego obok faxu i wtedy… zaczyna się. Od miesiąca czuję się prześladowana przez firmę Orange i jej call center. Jak to? Ano tak…

Od kilku lat mam wykupioną (najpierw w TPSA teraz w Orange) usługę „Neostrada”. Dwa lata temu przedłużałam ją i termin umowy kończy się 31 marca br. Od mniej więcej połowy lutego br odbieram od Orange telefony z propozycją przedłużenia umowy. Telefony odbieram średnio co drugi dzień. Wszystkie zaczynają się oczywiście od informacji, że rozmowa będzie nagrywana. Zaraz potem pracownik jak z karabinu maszynowego strzela do mnie słowami, z których wynika, że przygotowana dla mnie oferta jest super. Co się okazuje? W sposób nachalny proponowana jest mi zmiana prędkości na większą, a w zamian za to pendrivy serce lub rozum. Łaskawie mogę sobie wybrać. Przyznam, że serca dla Orange od dawna nie mam, a rozum to im chyba odebrało! Ileż razy mam mówić, że nie chcę rozmawiać, że jestem zajęta, że jak będę chciała przedłużyć umowę to zrobię to sama?! Zadzwonię wtedy, kiedy będę miała czas, będę mogła się skupić na ofercie itd. Tymczasem firma Orange na moje odpowiedzi była przez prawie półtora miesiąca głucha. Z uporem godnym moim zdaniem lepszej sprawy dzwonili co drugi dzień. Dopiero piętnasta czy szesnasta osoba, która zadzwoniła z tą niezwykle ważną informacją, powiedziała mi, że nie wie do kogo dzwoni, bo mój numer wybiera automat, który dzwoni do wszystkich, którym umowy się kończą. Nie można nigdzie zaznaczyć, że ja nie chcę tych telefonów. Automat będzie dzwonił dopóki umowy nie przedłużę! Nie ma podobno możliwości zaznaczenia, że Pani Małgorzata Karolina Piekarska takich telefonów sobie nie życzy. Nie można nigdzie zaznaczyć, że wystarczy jej przypomnieć raz i ona sobie sama umowę przedłuży, kiedy będzie miała wolną chwilę. Kiedy po raz pierwszy odebrałam telefon jeszcze jakoś rozmawiałam, wysłuchiwałam itd. Po prostu miałam cierpliwość. Umowy nie przedłużyłam, bo okazało się, że pracownik na siłę chciał mi wcisnąć wyższą prędkość niż mam, umówić z monterem i kazał przygotować pieniądze na jakiś modem, którego wzięcie jest moim obowiązkiem, jeśli wybieram tę ofertę. Nie lubię słowa obowiązek! Mam swój modem i nie chcę mieć obowiązku brania nowego. Zwłaszcza, że kilka ich modemów – nowych i nigdy nie używanych – leży u mnie w szufladzie! Druga rozmowa była krótka, bo powiedziałam, że nie mam czasu. Podobnie trzecia, czwarta i piąta. Szósta doprowadziła mnie do furii, bo zadzwoniono, kiedy coś tam mi się paliło kuchni, czekałam na ważny telefon itd. Podobnie było z rozmowami siódmą i ósmą. Kiedy podczas kolejnej powiedziałam „cholera”, a może i nawet niestety „kurwa mać”, usłyszałam złowrogo wypowiedzianą informację „ja tylko przypominam, że rozmowa jest nagrywana”. Ja bardzo się cieszę, że firma Orange nagrywa to, jak jej pracownicy mnie gnębią i na siłę wciskają mi rzeczy, których nie chcę!!!  Rozumiem, że może im być przykro, że zaklęłam, ale co oznacza przypominanie mi o nagrywaniu tonem, jakby to była groźba? Wpiszą mi naganę do dzienniczka? Wezwą rodziców na rozmowę? Dorzucą 10 złotych do rachunku? Czy skierują sprawę do sądu? Wszystko dlatego, że ośmieliłam się przekląć w sytuacji, kiedy po raz enty odbieram telefon z propozycją przedłużenia umowy, choć wielokrotnie mówiłam, że jak przyjdzie pora sama tę umowę przedłużę?

Jedna z pracownic na infolinii (chyba jedenasta) wyskoczyła z super propozycją dla mnie. Zaproponowała mi jeszcze telewizję! Pakiet internet plus TV. W pakiecie te kanały, które mam za darmo w naziemnej, bo mam telewizor z mpeg4. Innymi słowy mam płacić firmie Orange za coś, co i tak mam za darmo? Halo! Ta pani mi powiedziała wtedy, że to dlatego, że w tej ofercie są jeszcze kanały sportowe! Myślałam, ze zejdę śmiertelnie. Przecież ani ja ani nikt w domu w ogóle tych kanałów nigdy nie włącza! Nikogo z nas nie interesuje piłka nożna, koszykówka itd. Czasem podglądamy skoki narciarskie, ale do tego wystarczy naziemna TVP1. Gdy spytałam o kanały filmowe okazało się, że te, które nas interesują kosztują drożej niż oferta, którą mamy od innego operatora telewizyjnego.

Inny pracownik (chyba trzynasty) wciskał mi pakiet telefoniczny z rozmowami za darmo na stacjonarne, choć mówiłam mu trzy razy, że mam taki pakiet w telefonie komórkowym, który na szczęście mam w innej sieci. Mam abonament na bezpłatne rozmowy zarówno na komórki, jak i na stacjonarne. Nie jest mi więc potrzebne coś takiego w stacjonarnym. Wtedy ów pracownik próbował wciskać mi abonament na tanie telefony do Unii Europejskiej. Gdy powiedziałam, że interesują mnie tylko tanie telefony na Ukrainę zapadła cisza, bo takiej oferty w Orange nie mają. A może trzeba o niej pomyśleć. Oferta – tanio do sąsiadów i tańsze rozmowy z Państwami, z którymi graniczymy. Zwłaszcza, że sporo tam Polaków.

Tymi telefonami byłam zamęczana przez ponad miesiąc. Ponieważ było ich w sumie kilkanaście, a może i więcej, postanowiłam przedłużyć tę umowę z Orange. W końcu już kiedyś pisałam, że jestem niestety skazana na neostradę! Mieszkam w domku, w którym są cztery mieszkania i nie mam możliwości podłączenia Internetu przez jakąkolwiek TV kablową. Niestety gdy weszłam na stronę Orange, to oczywiście wyskakiwały błędy. Przedłużenie umowy nie było możliwe. Ale to norma. Ilekroć wchodzę na tę stronę tylekroć strona nie działała tak, jak należy, a że jest wirtualna, więc nawet nie można jej użyć w toalecie zamiast papieru. Musiałabym drukować, a szkoda mi zarówno mojego papieru, jak i atramentu. Z tego powodu w dniu wczorajszym osobiście pofatygowałam się do punktu Orange w jednym z centrów handlowych. Tam przedłużyłam umowę zmieniając taryfę telefoniczną na tańszą. Mam zero darmowych minut dokądkolwiek, ale przecież i tak dzwonię z niego tylko na Ukrainę! Po co mi więc darmowe rozmowy skoro mam je w telefonie komórkowym? Takiego rozwiązania obniżającego moje koszty korzystania z telefonu, wydzwaniający do mnie pracownicy nie zaproponowali. Przedłużyłam również umowę na Neostradę. Opcja taka sama, bo mi wystarczy. Nie muszę płacić za żaden modem, nie trzeba umawiać mi montera. I tylko okazało się, że nie należy mi się prezent w postaci pendrive’a z sercem lub rozumem, bo to jest prezent wręczany tym, którzy przedłużają umowy nowocześnie – przez stronę internetową (tę, która nie działa) lub telefon w rozmowie z niekompetentnymi pracownikami, którzy robią wszystko, bym płaciła więcej niż potrzebuję. Ten brak pendrive’a z sercem i rozumem wyjątkowo mnie cieszy. (Mam dziesiątki pendrive’ów, a z reguły i tak Orange wręcza w prezencie tandetę.) Jak napisałam na wstępie. Serce do Orange straciłam, a rozum to im się przyda, bo im odebrało.

Ponieważ niestety jestem skazana na neostradę, bo innego dostawcy Internetu do małego domku na Saskiej Kępie nie ma, dlatego poważnie zastanawiam się, który urząd zawiadomić, że ta firma prześladuje swoich kontrahentów? Co to za pomysł, by stosować takie rozwiązanie, że kiedy komuś kończy się umowa, to firma wydzwania do niego niemal do upadłego aż on tę umowę przedłuży lub rozwiąże? Czemu ten jakiś automat zmusza ludzi do gnębienia mnie, a tym samym sprawia, że nerwy mi puszczają i mówię do jakiegoś biednego człowieka „cholera” i „kurwa mać”?!

Chętnie bym napisała w tej sprawie list do Orange, ale ich strona internetowa przyjmuje tylko listy do 1000 znaków. To stanowczo za mało, jak dla mnie! A pocztą tradycyjną słać nie będę, bo szkoda mi forsy na znaczek, a także szkoda papieru i atramentu.

Mam tylko nadzieję, że do kwietnia 2015 już nikt z Orange do mnie nie zadzwoni. Przysięgam, że te telefony potrafiłyby z równowagi wyprowadzić nawet świętego, a co dopiero mnie.

Co z tym telefonem, czyli grzeczność na co dzień

Nie jestem ciotą rewolucji. Nic albo przynajmniej niewiele mnie gorszy. Są jednak rzeczy, które irytują. Do nich należy prowadzenie nad moją głową godzinnych rozmów telefonicznych przez obcych ludzi, którzy komuś tam po drugiej stronie słuchawki opowiadają swój przeważnie niestety nudny życiorys. Nie wiem co to zazwyczaj rozmawiać przez telefon publicznie na najintymniejsze tematy. Też zdarza mi się rozmawiać w publicznych miejscach, ale… po pierwsze krótko, a jeśli dłużej to idąc, czyli przemieszczając się, a nie stojąc komuś nad głową. W pociągach moje rozmowy są nie dłuższe niż minutę. Tymczasem, gdy ostatnio zdarzyło mi się podróżować pociągami znów nasłuchałam się fascynujących historii o zdradach małżeńskich, rozwodach, a nawet o zaburzeniach erekcji! To ostatnie mówiła pewna kobieta żaląc się przez telefon koleżance, że z kimś tam wylądowała w tzw. alkowie i nic, bo „mu nie stał” (sic!). Najpierw myślałam, że źle słyszę i podniosłam wzrok znad książki, ale ponieważ dziewczyna niczym niezrażona kontynuowała rozmowę (zupełnie jakby mnie nie było w przedziale), więc poznałam i inne pikantne szczegóły z próby pożycia z panem, któremu „nie stał”. Chyba pierwszy raz szczerze żałowałam, że nie jestem facetem. Natychmiast zaoferowałabym swoje usługi. Byłaby szansa na oduczenie takich rozmów w miejscach publicznych. To była moja pierwsza myśl. Potem jednak przypomniałam sobie słynnego porucznika Rżewskiego. Tego, na którego widok na balu w carskiej Rosji mdlały prawie wszystkie kobiety. Jedna nieświadoma kto zacz porucznik Rżewski spytała o niego. Co usłyszała? „Tu pierdnie, tam chuja pokaże! Taki ot, bawidamek!” Tenże bawidamek na pytanie pewnego szeregowca jak to jest, że ma takie powodzenie u kobiet odparł: „Podchodzę i mówię, że bym poruchał.” „Ależ panie poruczniku. Toż to można w mordę dostać!” – wykrzyknął  zdumiony szeregowy. „To też czasem dostaję, ale częściej rucham.” – odparł porucznik Rżewski. Tak więc gdybym jako mężczyzna poszła jego wzorem i takiej pani, która w pociągu dalekobieżnym na cały głos opowiada, że w alkowie wylądowała z impotentem, zaoferowała swoje usługi, mogłabym zamiast ciosu w mordę dostać zupełnie co innego. Niby też dobrze, ale… nadal nie wiem jak bez zwracania uwagi (czego robić nie lubię) oduczać ludzi prowadzenia długich i osobistych rozmów w miejscach publicznych.
O ile jednak od cudzych rozmów telefonicznych w miejscach publicznych można odizolować się na przykład odtwarzaczem mp3 (ostatnio namiętnie to robię – kilkanaście godzin muzyki pod ręką to fajna rzecz) o tyle nie wiem zupełnie co zrobić z tym fantem, gdy przez telefon gada ktoś w kinie. Kilka razy miałam ochotę wstać i wyrwać aparat, gdy jego właściciel rozpoczynał rozmowę, ale nie chcąc być oskarżona o napaść zaciskałam zęby. Miałam jednak mordercze myśli. Najbardziej dopadały mnie wtedy, gdy komuś komórka dzwoniła w… teatrze. Gdyby mnie zdarzyło się zapomnieć wyłączyć telefon i zadzwoniłby mi podczas spektaklu chyba zapadłabym się pod ziemię ze wstydu. Tak, jak wtedy, gdy zapomniałam wyłączyć telefon i zadzwonił mi w kościele podczas pogrzebu przyjaciela. Jednak wtedy nie tylko nie odebrałam, ale odrzuciłam połączenie i natychmiast czerwona jak burak wyłączyłam aparat.

Kilka dni temu w Teatrze na Bielanach podczas spektaklu „Hiob” za plecami usłyszałam sygnał telefonu. Zatkało mnie. Przecież tuż przed spektaklem była prośba o wyłączenie telefonów komórkowych. Co zrobił właściciel tego telefonu, który dzwonił? Najspokojniej w świecie odebrał i powiedział:

- Jestem w teatrze. NO CO TAM?

A to był jawny znak, że ma zamiar rozmawiać. W pierwszym rzędzie siedział Marcin Kwaśny, który przedstawienie reżyserował. Błyskawicznie wstał i poprosił o wyłączenie telefonu. Pan nie tylko nie od razu skończył rozmowę, ale jeszcze nawet nie przeprosił. Nie czuł żadnego zażenowania swoim zachowaniem. No bo co wielkiego się stało? Przeszkodził aktorom? Phi…

Jako dzieci uczono nas byśmy trzymali ręce na stole, oczywiście bez łokci; byśmy wycierali po sobie deskę klozetową; byśmy nosy wycierali chusteczką a nie ręką; byśmy zakrywali usta jak ziewamy czy kichamy. Ale nie myślimy, by nie prowadzić godzinnych i intymnych rozmów komuś nad głową i by wyłączać telefon w miejscach, w których korzystanie z niego może po prostu komuś bardzo przeszkadzać. Czy dzieje się tak dlatego, że w dzieciństwie nikt nam tego nie wpajał, bo telefonia komórkowa jest młoda? Czy też z jakichś innych nie znanych mi bliżej powodów?

PS Dziś w knajpce w małym miasteczku w Wielkopolsce po raz kolejny pomyślałam sobie, że mój syn był jako dziecko niezwykle grzeczny i zostało mu to do dziś. Przy stoliku obok siedziała matka z trzyletnim potworem! Od razu zadzwoniłam do swojego potomka, by po raz setny dać mu do zrozumienia, że jest naj!