Archiwa tagu: telewizja

Po raz pierwszy, czyli polityka zawsze namiesza

Od siedemnastu lat przygotowuję dla Telewizyjnego Kuriera Warszawskiego tematy dotyczące Powstania Warszawskiego. W tym roku, po raz pierwszy w życiu, niektórzy powstańcy odmówili mi udziału w nagraniu. Znali mnie. Znali mojego Ojca, który przygotowywał tematy powstańcze przez 30 lat. Jednak mimo tego odmówili. Wszyscy odmawiający przeprosili, ale nie: dla TVP nie powiedzą mi nic.

W 1980 roku mój Ojciec przygotowywał film o Powstaniu Warszawskim. Miała w nim wystąpić jedna znajoma sanitariuszka. Produkcja filmowa przedłużała się. Wreszcie, nastąpił stan wojenny. Sanitariuszka odwołała swój udział. Mam w domu jej list do Ojca, w którym przeprasza go za to, że nie wystąpi, ale w obecnej sytuacji nie może. Film powstał kilka lat później.

Przyznam, że ciężko mi. Jestem autorką kilkudziesięciu reportaży i filmów dokumentalnych dla TVP oraz kilku tysięcy krótkich felietonów do newsów. Zawsze pracowałam dla telewizji publicznej, bo robię rzeczy mało komercyjne, przeważnie historyczne, kulturalne etc.. Nie po drodze mi więc ze stacjami, w których królują programy dla gawiedzi.

TVP zawsze była reżimowa, bo zawsze ten, kto dochodził do władzy „brał telewizję”. Nigdy nie miałam w niej etatu, zawsze będąc jedynie współpracownikiem. Teraz, pierwszy raz w życiu mi odmówiono udziału w nagraniu i to w takim nagraniu. A piszę o tym, bo chyba nie umiem wyrazić, jak bardzo jest mi przykro.

To archiwa TVP pełne są nagrań z powstańcami. Nagrań, które zarejestrowano zanim powstały stacje komercyjne. Od 12 lat wszystkie robocze materiały z obchodów odnoszę do archiwum, bo kiedyś się przydadzą. Są więc tam godzinne wywiady, relacje, spacery z powstańcami. Robię to, bo podobnie postępował mój Ojciec. Też robocze kasety odnosił do archiwum wierząc, że kiedyś zostaną należycie wykorzystane. A poza tym przechowają relacje naocznych świadków wydarzeń, które coraz bardziej odchodzą w przeszłość. I szkoda, że teraz to archiwum będzie uboższe o kilka nienagranych relacji. Ale tak to jest, jak polityka namiesza.

Fachowcy 40 lat później

Jonasz Kofta i Stefan Friedman kiedyś śpiewali:

Przez cały kraj,
idziemy dwaj,
czy słońce czy śnieżek czy słota!
Niezbędna jest,
czy chce ktoś, czy nie,
w pionie usług fachowa robota.
Czy to sens ma
kląć, że ten świat
z kiepskiego zrobiony surowca?
Bo dobry Bóg
już zrobił, co mógł,
teraz trzeba zawołać fachowca!

Wczoraj było u mnie dwóch. Pierwszy to hydraulik-gazownik umówiony jeszcze przed świętami do czyszczenia pieca od ciepłej wody. Przyszedł punktualnie, dość szybko zrobił co trzeba i poszedł zainkasowawszy należność. Drugim fachowcem był pan z Orange Polska. Nawet nie myślałam, że jeden monter może aż tak sparaliżować życie w domu. Ale od początku.

Przez 15 lat byłam abonentem Cyfry+, czyli ostatnio (po połączeniu) NC+. Kiedy jeszcze była to Cyfra+ byłam w miarę zadowolona z usług. Zresztą… żadnej innej płatnej telewizji mieć nie mogłam, bo nie mieszkam w bloku. Odpadały więc wszelkiego rodzaju kablówki, a z racji wykonywanego zawodu dziennikarza telewizyjnego powinnam mieć dostęp do wielu kanałów. Jednak od jakiegoś czasu zaczęłam zastanawiać się, czy nie zmniejszyć abonamentu (prawie 150 złotych miesięcznie) lub nie zrezygnować z NC+ na rzecz czegoś tańszego, co zaczęło pojawiać się na horyzoncie. Zwłaszcza, że ostatnie miesiące bycia klientem NC+ mocno dały mi się we znaki. W mijającym roku w sprawie przedłużenia abonamentu dzwoniono do mnie średnio raz w tygodniu. Umowa kończyła mi się (kończy) 31 grudnia, jednak NC+ zaczęło wydzwaniać już w czerwcu. Za każdym razem mówiłam, że mam czas na zastanowienie i by nie wymuszano na mnie podejmowania decyzji, że ja w odpowiednim czasie do nich zadzwonię. Prosiłam o odnotowanie w systemie, że nie chcę odbierać tych telefonów i odezwę się sama, a gdy mówili, że to oni muszą zadzwonić prosiłam o telefon w listopadzie. Daremnie. Co tydzień inny, biedny człowiek z tzw. „Call Center”, dzwonił i próbował wymusić przedłużenie umowy. Dwudziesty któryś telefon przesądził o wszystkim. Zdecydowałam się tej umowy nie przedłużać, bo nienawidzę, gdy ktoś mnie do czegoś zmusza. To jednak nie było takie proste. Okazało się, że umowy z NC+ nie można nie przedłużać. Trzeba ją… wypowiedzieć. Można to zrobić tylko na piśmie. Pismo musi być złożone osobiście w punkcie NC+ lub wysłane pocztą na specjalny adres. Nie można skorzystać z e-maila. Nie można zrobić tego przez telefon, choć przez telefon można… przedłużyć, a nawet podpisać umowę! Ta wiadomość sprawiła, że jeszcze szybciej chciałam się z tym NC+ rozstać. Do tego doszła sprawa finansów. Okazało się, że Orange, w którym mamy telefon stacjonarny i internet, oferuje taki sam pakiet NC+, ale za o wiele niższe pieniądze. Dodatkowo dostaniemy tzw. „multiroom”, czyli drugi dekoder, a przy okazji szybsze łącze internetowe – 80 mb/s. Zaś wszystko w cenie 89 złotych miesięcznie wraz z telefonem stacjonarnym i internetem. Uznaliśmy, że to świetna okazja. Przecież w NC+ za samą telewizję płacimy prawie dwa razy tyle. Tak więc pewnego dnia popędziłam do punktu NC+ i złożyłam wniosek o rozwiązanie umowy. Był to podobno ostatni dzień, kiedy mogłam to zrobić, inaczej potem musiałabym za miesiąc korzystania płacić… 300 złotych, czyli dwa razy tyle. Ponieważ okazało się, że dekodera oddać jeszcze nie mogę, gdyż nikt go ode mnie nie przyjmie przed końcem umowy, więc z podpisaniem umowy z Orange zwlekaliśmy do końca grudnia. Wreszcie przed świętami zadzwoniłam i umówiłam fachowca na po świętach. Wybrałam ten sam dzień, kiedy umówiony został pan hydraulik-gazownik.

Hydraulik gazownik miał przyjść między 8:00 a 10:00. Pana Orange zamówiłam na godzinę 10:00 – 12:00. Po kilku dniach otrzymałam SMS potwierdzający wizytę. Przyznaję, że nie zwróciłam uwagi, że wpisano tam godzinę między 12:00 a 15:00. Tak więc wczoraj zerwaliśmy się o świcie, by z utęsknieniem czekać na fachowców. Kiedy oddalił się punktualny pan hydraulik-gazownik siedziałam w roboczym ubraniu i pisałam. Bałam się iść myć, by nie było sytuacji, że ja w wannie, a tu w drzwiach pan Orange. Podobnie Ulubiony, który lubi sobie jeszcze szczegółowo porozmawiać z Panem Fachowcem. Około 11:00 odebrałam telefon. Pan Orange będzie o 13:00. Pomyślałam, by wziąć kąpiel, ale… tak mi się dobrze pisało, że zrezygnowałam. Zresztą… pan Orange przyjdzie i zapewne w ciągu pół godziny wyjdzie, bo ileż można podpinać dekoder? Ulubiony w oczekiwaniu na mistrza majsterkował. Po 13:00 przybył Pan Orange. Z miejsca zaczęło się. Usłyszałam, że teraz potrzebne będą trzy kable DSL i on nie ma. Ja miałam do tej pory używane dwa. Spytałam czy on nie powinien mieć ze sobą kabli. Usłyszałam, że owszem, ale dziś akurat nie ma, a poza tym nawet jakby miał, to tu będzie potrzebny jeden trzymetrowy, a on tak długiego to by mi nie dał. Westchnęłam ciężko i tak jak stałam wskoczyłam w samochód, by pojechać do najbliższego sklepu z takimi rzeczami, czyli cholernego Media Markt, po kabel. Najpierw stałam w korku na ulicy, potem w drugim korku do wjazdu na parking, potem w trzecim korku na podziemnym sklepowym parkingu. Kabel znalazłam błyskawicznie i postałam sobie w kolejce do kasy, potem w korku do wyjazdu z parkingu i w korku na ulicy. Po godzinie byłam w domu z trzymetrowym kablem. Pan Orange przyjął go z miną średniozadowoloną, gdyż oznajmił, że chyba będzie potrzebny jednak pięciometrowy! Spytałam czy nie mógł powiedzieć wcześniej? Pan nie odpowiedział. Na werdykt, czy kabel na pewno trzeba dłuższy, czekałam jeszcze pół godziny. Wreszcie usłyszałam, że jednak niezbędne jest pięć metrów kabla DSL. Znów wskoczyłam w samochód, znów czekały mnie korki na ulicy, korki do wjazdu na parking, korki na parkingu Media Markt, a potem kolejka do biura obsługi klienta, by dostać kwit pt. „wymiana sprzętu”. Znów najkrócej zajęło mi wzięcie kabla z półki i… znów stanęłam w kolejce do kasy, potem postałam sobie w korku w garażu, korku na ulicy i po kolejnej prawie godzinie byłam w domu. Dochodziła 17:00… Pan Orange wyszedł później. W trakcie wizyty pana Orange okazało się też, że podłączony nam szybszy internet nie będzie miał jednak prędkości 80 mb/s tylko mniej, bo 80 u mnie „nie pójdzie”.  Byliśmy zmęczeni. Machnęliśmy ręką uznając, że i tak cena 89 złotych za usługę telewizja z telefonem i internetem to mniej niż 150 za samą telewizję. Nie zmienia to jednak faktu, że drugi dzień po wizycie fachowca śpiewam z Jonaszem Koftą i Stefanem Friedmanem i myślę, że taki program jak ten, który we dwóch robili, nadal ma rację bytu. Fachowcy 40 lat później niewiele się różnią od tych ze starych skeczy. Ten jeden z Orange wymęczył mnie tak, że wieczorem niemal padłam trupem. A późna kąpiel niewiele pomogła w stawaniu na nogi.

Zawsze znajdzie się jakiś złodziej czasu

Gdy podejmowałam decyzję, że nie będę więcej prywatnie udzielać się na Facebooku wydawało mi się, że zyskam mnóstwo czasu. Przecież tyle go tam traciłam. I cóż? Oczywiście czas zyskałam, ale że życie nie znosi próżni, więc nagle zwaliło mi się na głowę tyle zajęć i obowiązków, że znów czasu na cokolwiek brak. A ja coraz bardziej żałuję, że decyzję o pozostawieniu tylko oficjalnego konta na FB podjęłam tak późno. Ileż czasu bym zaoszczędziła?

Kiedyś opowiadała mi przyjaciółka o swojej mamie, że nie umiała sobie zorganizować pracy, więc pracując z powodu złej organizacji mnóstwo tego czasu traciła. Ja staram się zapełniać rozsądnie każdą minutę. Notuję zadania na kartce, skreślam i… końca nie widać, bo po chwili pojawiają się nowe rzeczy do zrobienia. Często niestety takie bardzo nieprzyjemne.

Piszę to wszystko dlatego, by uspokoić. Nie zaniedbuję bloga. Lada moment coś dłuższego napiszę, a na razie… zmagam się z rzeczywistością, która dorzuciła mi zajęć, kradnąc mój cenny czas.

W dzieciństwie czytałam mojemu Tacie humory z zeszytów. Najbardziej podobał mu się taki: „Telewizja to złodziej czasu, ale ja tego złodzieja lubię.” Tata uważał to zarówno za trafne, jak i śmieszne. Niestety ze smutkiem przyznaję, że moi złodzieje czasu aż tak przyjemni nie są jak telewizja, a ja wcale ich nie lubię. Mam jednak nadzieję, że lada moment i z nimi się uporam.

A tymczasem… zapraszam w najbliższy piątek 13 listopada o g. 6:55 i 18:25 czasu warszawskiego przed ekrany TVP Polonia. Będzie można obejrzeć mój ostatni film pt. „100 lat w Warszawie”, który niestety w programach telewizyjnych jest zapowiadany pod błędnym, bo roboczym tytułem: „Prawie sto lat w Warszawie”.

Wywołałam wilka z lasu, czyli wywiad ze 150-cio latką

Kilka dni temu pisałam, że ostatnio nie mam do opisania żadnych absurdów związanych z moją pracą w TVP i… wywołałam wilka z lasu. Otóż dwa dni temu pojechałam na pierwszy w historii „Dzień Przedszkolaka” do Łazienek. Nagrałam tam różne ważne i mądre panie na temat wychowania przedszkolnego. Temat chciało ode mnie kilka redakcji, a ja dzieliłam się jak mogłam. W pewnym momencie uświadomiłam sobie, że nagraną mam również wystawę poświęconą Marii Weryho. Była to pedagog, która w 1877 roku założyła w Warszawie pierwszą placówką typu przedszkolnego. Na wystawie zaprezentowano jej książki pedagogiczne, a także opowiadania przeznaczone dla dzieci. Zadzwoniłam do jednej z koleżanek powiedzieć jej, że tam jest ta wystawa i że może chce ulotkę, by miała wszystkie informacje o Marii Weryho, która założyła pierwsze w Warszawie przedszkole. Byłam wielce zdumiona, gdy koleżanka odparła, ze nie jest jej to potrzebne, chyba, że… mam nagrany wywiad z Marią Weryho! Cóż… gdyby ta słynna XIX-wieczna pedagog jeszcze żyła, to by miała ponad 150 lat… Do głowy by mi nie przyszło, ze ktoś może oczekiwać, że założycielka pierwszego warszawskiego przedszkola jeszcze żyje. Do przedszkola, które przed wojną nazywano zresztą w niektórych przypadkach „ochronką”, na Zamojszczyźnie chodziła moja babcia, która urodziła się w 1898 roku… a co za tym idzie, gdyby żyła do dziś miałaby 115 lat. W Warszawie takie placówki były o wiele wcześniej. Tak więc na logikę założycielka pierwszego warszawskiego przedszkola nijak żyć nie może. No, ale w końcu każda telewizyjna redakcja działa trochę tak, jak maszynka do mielenia mięsa. Z tą różnicą, że miele mózg. Raz jednemu, a raz drugiemu dziennikarzowi. Mnie niestety czasem też.

Podwoda

Dawno nie pisałam o swojej pracy w telewizji, ale ostatnio – wbrew temu, co piszą media – jakoś mało widzę w TVP absurdów wokół mnie. Być może to wynik ogólnego zaganiania i zajmowania się jeszcze masą innych rzeczy. Aż wreszcie absurd się zdarzył. Nazywał się praktykant i po prostu muszę to opisać, bo podobnej historii nie widziałam, nie słyszałam i nie przeżyłam. Najpierw jednak słówko wstępne. Z praktykantami w redakcjach jest tak, że można ich podzielić na trzy grupy. Takich, którzy chcą być dziennikarzami, takich, którzy jeszcze nie wiedzą, czy chcą i takich, którzy nie chcą, ale muszą zaliczyć. Każda z tych grup oczywiście daje się dzieli na takich, którzy się do tego nadają lub nie etc. Największa grupę praktykantów stanowiąc ci, którzy nie chcą być dziennikarzami, ale praktyki odbyć muszą. Choć nie brak takich, którzy marząc o zawodzie idą po trupach i… nic im z tego nie wychodzi. Jakoś dwa lata temu był u nas pewien młody człowiek, który zdecydowanie nie podglądał naszej pracy, a raczej emocjonował się dorobkiem oraz ludźmi spotkanymi na zdjęciach (osobiście go przyłapałam, gdy podczytywał informacje w sieci o ludziach, których tego dnia nagrywaliśmy.) Tenże młody człowiek, który przez miesiąc nie zaproponował żadnego tematu, nie zdokumentował nic, ani nie był od początku do końca z żadnym reporterem przy realizacji materiału dziennikarskiego był wielce zdumiony, że nie zaproponowano mu pracy. Do mnie przysłał list, w którym napisał, ze wszyscy jesteśmy z układów i podał za przykłady nazwiska naszych kolegów i koleżanek wiążąc je z nazwiskami polityków, bo jak ktoś ma takie nazwisko jak jakiś polityk to po prostu MUSI być jego krewnym. Absolutnie nie ma innej opcji. Przecież powszechnie wiadomo, że wszyscy Haliccy, Kwaśniewscy, Kalisze i Kaczyńscy to jeden ród! Tenże sam praktykant kilka miesięcy później wysłał do mnie list zatytułowany „dałem show w Wiadomościach”, w którym to programie wystąpił w roli bardzo zdolnego młodego człowieka, który skończył trzy fakultety, a więc ma trzy dyplomy, a mimo tego nie ma pracy. Cóż… są ludzie, którzy nie potrzebują fakultetów, by zrozumieć, ze liczy się praca a nie brylowanie. A są i najwyraźniej tacy, którym w zrozumieniu tej prawdy nie pomogą żadne dyplomy i fakultety.

Są też praktykanci, którzy nie wiedzą, kim będą. Ci wykorzystują staż maksymalnie. A nuż się przyda? Do tych nie mam żadnych uwag i bywa, że spotykam ich potem w biurach prasowych ważnych instytucji. Bywają jednak tacy, którzy nie chcą być dziennikarzami i chcą tylko zaliczyć. Jak osoba z wczoraj… Są jednak moim zdaniem pewne granice obijania się na praktykach. Wczoraj odebrało mi mowę. Ale po kolei.

Rano na kolegium zgłosiłam, ze chcę zrobić temat o ogłoszonym przez dzielnicę Ursynów konkursie fotograficznym „Szlakiem Alternatywy4”. Tak się składa, ze z nami w redakcji pracuje Basia Kubicka, która pracowała przy produkcji serialu, a nawet zagrała tam epizodyczną rólkę sekretarki prezesa. To od niej wiem, ze Stanisław Bareja lubił przydzielać członkom ekipy epizodyczne role, by bardziej ich związać z produkcją. (Fragment filmu z dzielną Basią poniżej). Pomysł na temat miałam wystarczyło umówić dzielnice i nagrać mieszkańców. Kamerę dostała od 13-tej. Gdy zostało już ustalone, o której jadę spytała się jedna z osób odbywających praktykę, czy może zabrać się ze mną. Oczywiście zgodziłam się, bo zawsze się zgadzam. Osoba upewniła się, czy jedziemy o 13-tej i powiedziała, ze do 13-tej sobie wyjdzie. Uprzedziłam, że może być tak, że wyjadę wcześniej. Osoba zostawiła mi telefon, bym to ja do niej zadzwoniła, gdyby okazało się, ze jedziemy wcześniej, bo to ja przecież powinnam pilnować jej praktyk. Z przyczyn niezależnych ode mnie wyjechaliśmy po 13-tej. Ledwo nagrałam urzędnika, a operator nakręcił trzy obrazki, kiedy praktykant poinformował mnie, ze chce już iść, bo na 16-ta ma pracę.

- Pracuje na pól etatu i po prostu musze – usłyszałam. Spojrzałam na zegarek. Dochodziła 14-ta. To jeszcze całe dwie godziny, co ośmieliłam się zauważyć, że jest jeszcze czas i może praktykant nagrałby sondę. Sondę już grał w swoim życiu.

- Nawet dwa razy! A ja chce jeszcze wpaść do domu, bo ja tu mieszkam obok i mogę przed pójściem do pracy coś wrzucić na ruszt.

Pokiwałam głową i zwolniłam praktykanta, bo wyznaję zasadę, że i tak pewne rzeczy zweryfikuje czas. Ale przyznam, że nie zrobiło mi się miło, gdy okazało się, że ze wszystkich reporterów wybrano mnie tylko, dlatego, że jechałam z kamerą w okolicę domu praktykanta, więc można mnie było wykorzystać, jako podwodę.

Czasem zastanawiam się, czy racji nie mają niektóre stacje komercyjne, które za praktyki u nich każą sobie słono płacić.

Wywiad uczennic z Żółwina

Ostatnio znów oprowadzam wycieczki po TVP. Przeważnie przedszkolaków i uczniów młodszych klas Szkół Podstawowych, ale zdarzyły mi się też dziewczyny trochę starsze. Dwie gimnazjalistki z Żółwina – Ala Wolniewicz i Magdalena Zielińska. Oprócz oprowadzania przeprowadziły ze mną wywiad, bo wszystko to było w ramach prowadzonego w szkole kółka dziennikarskiego.

Wywiad wyszedł tak:

Od kiedy i jak zainteresowała się Pani dziennikarstwem?

Tak naprawdę nie wiem, czy można powiedzieć, że ja się kiedykolwiek interesowałam dziennikarstwem. Po prostu dziennikarstwo było obecne w moim domu -ojciec był dziennikarzem, wcześniej dziadek, pradziadek.
Natomiast ja zawsze chciałam pisać książki, ale z pisaniem książek jest tak, że można je pisać, ale bardzo trudno je potem wydać. A przecież z czegoś trzeba żyć. W momencie, w którym trafiłam na studia, miałam już wydanych kilka opowiadań, ale to stanowczo za mało. Pewnego dnia w Instytucie Historii Sztuki pojawiło się takie małżeństwo, które powiedziało, że jest z czasopisma „Cogito” i szukają studentów, którzy by pisali o sztuce i pięknie. Zgłosiłam się do nich, tym bardziej, że miałam już opublikowany jeden artykuł, więc nie byłam już taka „zielona” i tak zostałam w „Cogito” na czternaście lat. W między czasie zaproszono mnie do pracy przy miesięczniku „Luz” i tam zaproponowano mi stanowisko sekretarza redakcji. Byłam wtedy na ostatnim roku studiów, miałam dziecko, więc potrzebowałam pracy i pieniędzy. W ten sposób zostałam dziennikarzem. To wszystko stało się tak naprawdę przypadkowo.

Czy mogąc drugi raz wybrać zawód ponownie wybrałaby Pani zawód dziennikarza i dlaczego?

 

To jest trudne pytanie. Ja staram się nigdy nie cofać i to, co robię, robić najlepiej jak umiem i nigdy nie żałować podjętych raz kroków. Tak, więc trudno powiedzieć, aczkolwiek, jeżeli miałbym cokolwiek zmienić w swoim życiu, to być może poszłabym wcześniej do klasy matematyczno-fizycznej, później na fizykę i astronomię. Wtedy tez byłabym pisarka, ale pisała książki sci-fi. Historia sztuki jest bardzo ciekawym kierunkiem, ale żeby pisać książki sci-fi brak mi wiedzy z zakresu matematyki i fizyki.
Swój zawód bardzo lubię, bo on daje możliwości poznawania różnych ludzi, bywania w różnych miejscach, oglądanie różnych rzeczy. Oczywiście pod warunkiem, że jest się reporterem. Wiele osób myśli, że reporterami są również prezenterzy. Nie do końca tak jest. Prezenter przeważnie siedzi w studio. Reporter jeździ. Gdybym była prezenterem nie miałabym takich możliwości, jakie mam teraz.

Czy ciężko jest zostać dziennikarzem?

 

Ja mam taką filozofię życiową, że kto chce szuka sposobu, kto nie chce szuka pretekstu. Więc jak ktoś się uprze, to wszystko w życiu osiągnie, wszystko mu się uda. A jak ktoś lubi nastawiać się, że mu się nie uda, to rzeczywiście tak będzie. Życie jest passą samospełniających się przepowiedni, więc jeżeli będziemy wierzyć, że nam się nie uda, to nam się nie uda.

Czy trzeba skończyć studia dziennikarskie, by wykonywać zawód dziennikarza?

Moim zdaniem nie trzeba, ponieważ studia dziennikarskie dają wiedzę ogólną, a żadnej konkretnej. Co za tym idzie tak naprawdę niczego nie uczą. W związku z tym, całą praktyczną wiedzę trzeba posiąść na praktykach lub w czasie pracy. Po drugie-studia dziennikarskie nie pozwalają na specjalizowanie się w czymkolwiek, chyba, że ktoś ma bardzo rozwinięte swoje zainteresowania.

Jaka jest różnica między dziennikarstwem prasowym a telewizyjnym?

Różnica jest bardzo duża. W dziennikarstwie telewizyjnym jest praca zbiorowa – tam dziennikarz może się „schować” za kamerą, montażem, dźwiękiem. Natomiast w dziennikarstwie prasowym jest się „sam na sam” z talentem lub jego brakiem. Po prostu dziennikarstwo telewizyjne daje większe możliwości schowania się w zawodzie ludziom, którzy niespecjalnie mają talent pisarski.

Jak przeprowadzić dobry wywiad?

Trzeba się do niego przygotować, czyli ułożyć sobie pytania, poznać rozmówcę – dowiedzieć się o nim wszystkiego, żeby np. nie pomylić go z kimś w przypadku aktora itd. Dobrze jest wymyśleć sobie całość, czyli, o czym ma być ten wywiad. Trzeba mieć jakąś jego wizję, ponieważ to nie jest sztuka zadawać pytanie jedno za drugim, tylko, żeby wywiad miał jeszcze kształt. To nie może być tylko zbiór pytań, z których nic nie wynika.

Jakie cechy charakteru sprzyjają wykonywaniu zawodu dziennikarza?

Na pewno nie można się bać. Osoba nieśmiała, która będzie bała się zadawać pytania, która będzie mówiła cicho, nigdy się nie przebije, ponieważ jednak na konferencji czasem trzeba przekrzyczeć tłum dziennikarzy, zadać pytanie głośno.
Trzeba mieć też pewien takt, czyli wiedzieć, kiedy możemy o coś pytać, kiedy nie możemy. Nie możemy „wchodzić ludziom z butami” w ich życie.
W przypadku dziennikarstwa telewizyjnego trzeba mieć pewną delikatność, musimy wiedzieć, co można filmować, a czego nie.
Dziennikarz przez całe swoje życie tak naprawdę się uczy i moment, kiedy myśli, że już wszystko wie, to znak, że powinien odejść z zawodu.

Czy dziennikarz w swojej pracy może / powinien pokazywać swoje poglądy polityczne?

Teoretycznie nie powinien, ale teraz mamy pisma o konkretnych zabarwieniach politycznych i dziennikarze jednak tam pracują. Są ludzie, którzy chcą czytać artykuły osób o określonych poglądach.
Teoretycznie program newsowy, podający informacje powinien być rzetelny, obiektywny i jego dziennikarz nie powinien zdradzać swoich poglądów politycznych.

Czy ma Pani jakiś autorytet wśród dziennikarzy, jeśli chodzi o etykę pracy, metody pracy?

Jeżeli chodzi o metody pracy to nie mam, ponieważ sama sobie wypracowałam swoje metody. Jeśli zaś chodzi o etykę pracy, to całe życie podglądałam mojego tatę, który był osobą naprawdę niezwykłą i wiele jego nauk zapamiętałam – przede wszystkim, że nawet z kimś, o kim robimy materiał krytyczny, trzeba się rozstać w taki sposób, żeby nie miał do nas pretensji oraz, że trzeba zawsze o wszystko dopytać, wysłuchać.

Jakie są plusy i minusy pracy?

Minusem jest na pewno stres, ale do stresu można się przyzwyczaić. Plusem natomiast jest różnorodność-nigdy nie robi się dwóch tych samych rzeczy, ponieważ nawet, jeśli robi się, co roku np. pochód pierwszomajowy to, co roku wygląda on inaczej.

Jakie rady dałaby Pani osobom, które w przyszłości chciałyby zająć się dziennikarstwem?

Czytać i pisać. czyli dużo czytać prasy i dużo pisać. Można prowadzić bloga, pamiętnik, notatnik. W dziennikarstwie telewizyjnym można się „schować za kamerą”, ale jakiś tekst też trzeba umieć czasem napisać.

Ucinanie palca i kąsanie ręki, czyli jak trudno jest pomagać

W jednym z wydawnictw cały czas leży moja książka „Kamerą i piórem”, która mam nadzieję, że w końcu się ukaże. Jeden z jej fragmentów dotyczy historii sprzed mniej więcej dziesięciu lat. Przytoczę go tu nie bez powodu, ale o tym później.

„Bohaterce bardzo chciałam pomóc, ale ona nie tylko uznała, że jej nie pomogłam, ale oskarżyła o to, że zaszkodziłam. Oczywiście ma do tego prawo. Niestety ja twierdzę, że uległam pewnej manipulacji z jej strony. Niby od początku czułam, że coś tu jest nie tak, a jednak… dawałam prowadzić się na smyczy jak dziecko. Pewnie dlatego, że nie mam rodziców i za nimi tęsknię. Pani, która była mniej więcej w ich wieku, dałam się poprowadzić za rękę. Pani Zofia, lat 80 z hakiem chciała ze mnie zrobić narzędzie swej zemsty. Nie udało się, więc stałam się kolejnym obiektem jej nienawiści. Ale po kolei.

Do redakcji Telekuriera napisała kobieta Zofia M., której męża Andrzeja M. zamęczono w jednym z warszawskich szpitali. Szpital traktował ją okropnie. Pani Zofia opisała to szczegółowo w liście i załączyła karteczkę, z której wynikało, że została na przykład przez władze szpitala wylegitymowana, a nie jest to do końca zgodne z prawem. Przesłała mi również całą swoją korespondencję z Okręgową i Naczelną Izbą Lekarską, które nie znalazły nieprawidłowości w sposobie leczenia pacjenta. No i zdjęcia. Nie znam się na medycynie, ale fotografie, które wypadły z listu wydały mi się przerażające. Był na nich nieżywy człowiek cały w jakichś czarnych plamach. Zadzwoniłam do kobiety. Płakała tak strasznie, że aż mnie coś chwytało za serce. Jakże dobrze ją rozumiałam. Nie żyli już oboje moi rodzice i dość często zastanawiałam się, czy nie zmarli dlatego, że w szpitalu lekarze nie zadbali o nich należycie. Porozmawiałam z nią dość długo, a potem zadzwoniłam do szpitala. Nie chciano ze mną rozmawiać. Lekarze byli wyjątkowo niemili. A sekretarka na neurologii potraktowała mnie naprawdę okropnie. „A jednak jest coś na rzeczy. Czyżby kolejna afera jak w łódzkim pogotowiu?” – pomyślałam i napisałam eksplikację. Dość szybko dostałam zgodę na realizacje reportażu. Z mieszkającą na obrzeżach Warszawy panią Zofią umówiłam się pewnego dnia na popołudnie. Przyjadę po nią i razem pojedziemy na cmentarz, na grób ukochanego męża. Tam porozmawiamy. Najpierw jednak chcę pojechać do szpitala. Nie chcieli umówić się na rozmowę? To zadziałam z zaskoczenia. W końcu zgodnie z prawem prasowym wolno mi filmować szpital, bo nie jest to obiekt strategiczny, a użyteczności publicznej. Wparowałam z kamerą na teren oddziału neurologii. Ordynator spojrzała na mnie i powiedziała:

- Skoro pani już jest, to niech pani wejdzie, ale bez kamery. Zasiadłyśmy w gabinecie i po chwili przed moim nosem wylądował plik listów. Charakter pisma ich autora znałam. To było pismo pani Zofii M. Treść jednego z listów brzmiała:

„Do obywatelki K. Kiedy siadała pani do wigilijnego stołu i żegnała odchodzący rok, ja pośród grobów paliłam dla Pani świece prosząc Boga o sprawiedliwość. (…) Nie miała pani litości oby zabrakło jej dla pani. Nie jest ważne, że jakaś tam dziewczyna z Izby lekarskiej na podstawie fałszywych zeznań wypisała nędzne umorzenie, ale Pani wie przecież jaka jest prawda i że te czyny godne gestapowca będą na zawsze z Panią. Dla obrony swojego zastępcy, chama z dyplomem, czy warto było popełniać aż tak haniebne czyny, żeby na ich wspomnienie samej sobie plunąć w twarz? Za krzywdę jaka wyrządziła pani umierającemu do końca moich dni będę Boga prosiła, żeby zapłacił jej dzieciom a Pani będzie patrzyła i piekło czuła w duszy, że za jej grzechy cierpią dzieci. Łez i wszystkiego czego można życzyć wrogowi – troglodycie ja pani życzę. Wrzuci pani tę kartkę do kosza, ale na dnie duszy przypomni się w godzinę śmierci.”

Inne listy były podobne. Szok!

- Pani redaktor – tłumaczyła ordynator. – Ten człowiek miał osiemdziesiąt cztery lata! Stymulator serca, niewydolność krążenia. Do nas przyjechał ze stwierdzonym udarem mózgu. On był nieprzytomny, a ta kobieta twierdzi, że błagał ją o zabranie stąd i mówił, że czuje się tu jak w Oświęcimiu. Nie mógł nic jej mówić, bo nie był świadomy swojego stanu. Myśmy tu cudowali, bo widzieliśmy jej rozpacz, ale nie dało się go uratować. Jeszcze na koniec złapał zapalenie oskrzeli i płuc. On tak jakby nie chciał już żyć. Nam było straszliwie żal tej kobiety, ale… ona nie jest normalna. Wyzywała nas. Raz mówiła, że jest żoną, raz że nie jest. To dlatego ją w końcu wylegitymowałam. Ja już sama nie wiedziałam kim ona jest. Czy pani wie, że ona przywiozła tu karawan kiedy on jeszcze żył?!

Wychodzę ze szpitala. Krystian, który jest operatorem kłóci się z ochroniarzem, że wolno nam filmować budynek. Macham ręką byśmy wsiadali. Po drodze czytam chłopakom list pani Zofii. Stwierdzają, że musi być psychiczna. Nie wiem co robić. Jechać? Nie jechać? Boję się, że jak wrócę bez materiału wszyscy będą wściekli. Powiedzą, że temat został źle zdokumentowany, a tym samym naraziłam telewizję na wydatki, bo operatorowi i dźwiękowcowi trzeba będzie zapłacić.

- To co robimy? – z zamyślenia wyrywa mnie pytanie Przemka. To on siedzi za kierownicą. Nie zdążam odpowiedzieć, kiedy dzwoni moja komórka. To pani Zofia. Pyta za ile u niej będę, bo ona musi na cmentarz do męża. Podejmuję decyzję. Jedziemy do niej. Może ja czegoś nie rozumiem. Niech teraz przemówi pani Zofia. Zajeżdżamy przed bogatą willę. Wita nas starsza, elegancka pani. Swój skórzany plecak zostawiam w samochodzie. Tak, jakbym przeczuwała słowa, które za chwilę usłyszę. A brzmią one tak:

- Wszyscy mnie okradają. Nawet Krzysztof P. wielki działacz Solidarności okradł mnie. Tyle lat go znałam, bo kiedyś byłam działaczką. Miał mi pomóc, ale ukradł nagrobek męża.

Ów działacz solidarności miał być wykonawcą testamentu pani Zofii. Czyhał na pieniądze. Pani Zofia chce cały majątek zapisać Kurii Biskupiej. Ale boi się, że nie będzie to należycie zrobione.

- Nie ma pani krewnych? – pytam.

- Nie. Mąż miał, ale to pazerni na pieniądze wstrętni ludzie. A może pani byłaby moim wykonawcą testamentu? Dostanie pani dziesięć procent mojego majątku.

- Nie proszę pani. Ja się nie nadaje do takich spraw.

Pani Zofia pokazuje mi jakieś pisma sądowe. Ilość procesów, które ma z ludźmi, chcącymi jej zaszkodzić jest szokująca. Opowiada mi po raz kolejny o tym, jak to w szpitalu ją legitymowali, a ona przecież jest żoną i wyjmuje dowód osobisty. Nie chcę tego oglądać. Mówię, że jej wierzę. Ale pani Zofia podtyka mi dokument pod nos i każe głośno przeczytać widniejące tam nazwisko zmarłego męża. Przypadkiem mój wzrok rejestruje w pamięci jej panieńskie P… Nawet nie przypuszczam, że będzie mi niedługo potrzebne. Że okaże się kluczem do jednej z większych tajemnic.

Pani Zofia pokazuje mi zdjęcia męża.

- Tak wyglądał na krótko przed pójściem do szpitala – mówi.

- Mogę je sfilmować? W końcu głupio mówić o czyjejś śmierci i nie pokazać zmarłego.

- Oczywiście – zgadza się pani Zofia i wyjmuje jeszcze inne zdjęcia. Tu oboje na wycieczce. A tu jak się poznali. To było ponad sześćdziesiąt lat temu. Pani Zofia opowiada przy tym, że pochodzi z kresów i zna świetnie rosyjski. Dlatego przez przeszło trzydzieści lat była nauczycielką rosyjskiego. Mąż był prawnikiem. W domu jest sporo egzemplarzy pisma świętego. Pani Zofia pokazuje mi unikalne wydania biblii z XVI wieku. Boję się ich dotknąć. Dopiero co posądzała kogoś o kradzież. A nuż zaraz posądzi i mnie? Oddycham z ulgą, kiedy wreszcie jedziemy na cmentarz. Wjeżdżamy w główną aleję. Kiedy dochodzimy do nagrobka pani Zofia robi coś, czego się nie spodziewałam. Trzykroć całuje pomnik. Szlochając rzuca się na ukwiecony grób. Nie umiem opisać jak było mi jej szkoda. Do rozmowy siadamy po dobrym kwadransie. Ona przy grobie. Ja na wprost.

Pani Zofia płacze. Staram się ją uspokoić i proszę, by najpierw opowiedziała mi jak się poznali. Wprawdzie nie będzie mi to potrzebne, ale czuję, że jak zacznie wspominać miłe chwile to przestanie płakać. I rzeczywiście. Pani Zofia uspokaja się i po chwili opowiada mi, że mąż przyjeżdżał w czasie okupacji na kresy jako kurier Armii Krajowej. Tak się poznali. Miała go gdzieś zaprowadzić. Pokochali się. Opowiada o skromnym ślubie. Że był tylko cywilny, bo takie to były czasy. Potem mówi, że to ona miała umrzeć pierwsza. Że na to, iż stanie się inaczej nie była przygotowana. To najważniejsza dla mnie część tej rozmowy. Pomaga zrozumieć jej rozpacz. Wreszcie opowiada o tym, jak mąż zachorował, jak leżał w szpitalu i jak umierał.

- I wtedy pomyślałam. On nie może umrzeć przez ciebie. Ja wyszłam – milknie i kończy dopiero po chwili. – Kiedy wróciłam on już nie żył.

Płacze kiedy to opowiada. A i ja, kiedy nagrywałyśmy ocierałam łzy. Jestem porażona ogromem miłości jaką darzyła męża. Mój ojciec też tak kochał moją mamę. Kiedy umierała – trzymał ją za rękę. Ale miał jeszcze mnie, więc jakoś umiał się pogodzić ze śmiercią żony. Pani Zofia z mężem nie miała dzieci. Nie pytam dlaczego. Pewnie sprawy zdrowotne.

Wywiad skończony. Krystian filmuje jeszcze kwiaty na grobie, a Przemek zwija kable. Ja chcę być rzetelna. Drżącymi rękoma wyciągam z plecaka kserokopie listów, które pisała do lekarki i mówię:

- Pani Zofio, pani nie powiedziała mi wszystkiego. Pani pisała straszne listy do lekarzy… Pani sama podobno przywiozła do szpitala karawan, kiedy mąż jeszcze żył. Dlaczego pani mnie okłamała?

A na to pani Zofia mówi coś, czego w tym momencie zupełnie się nie spodziewałam.

- I bardzo dobrze, że pani to od nich usłyszała. Niech mnie zaskarżą. Ja będę szczęśliwa, kiedy mnie zaskarżą. Powiem w sądzie to co i pani. – Na chwilę milknie, a potem dodaje już innym głosem. – O! Gdybym znała płatnego mordercę! Zapłaciłabym mu za zamordowanie tych kobiet. A mam z czego. Mój dom jest wart miliard. Ale ja nie znam takich ludzi.

Dopiero w redakcji stwierdzam, że te słowa – rwane, niecałe nagrywają się już tylko na kierunkowy mikrofon. Przesłuchuję taśmę kilka razy. „Ale ja nie znam takich ludzi!” Boże! Gdybym puściła to na antenę na pewno jakiś morderca by się do niej zgłosił. Horror! Jestem tymi słowami wstrząśnięta. Ale nie tylko nimi. Także tym, że na samym końcu spotkania pani Zofia zaczyna znowu płakać. Głośno wycierając nos mówi:

- Ja idę ulicą do domu i myślę. Po co ja tam idę. Jego tam nie ma.

- Pani Zofio, ja nie mogę z tego zrobić takiego materiału jakiego pani oczekuje – mówię. ­- Ja nie znalazłam w szpitalu potwierdzenia pani słów. Oglądałam kartę choroby męża…

- Niech pani zrobi tak, żeby było dobrze – słyszę.

I zrobię. Tak czy inaczej chcę pomoc tej kobiecie. Nawet jeśli nie takiej pomocy oczekiwała. Chcę pokazać jej, że z nienawiści można się wyleczyć. Że trzeba otworzyć się na świat i iść do ludzi. Zrobię reportaż o miłości. O tym jak trudno pogodzić się ze śmiercią bliskiej osoby. Na ten temat wiem naprawdę sporo.

W materiale telewizyjnym zamieszczam jej opowieść o chorobie i śmierci. Mówię o tym, że nie może się z tą śmiercią pogodzić, że obwinia szpital. Mówię, że zarówno Okręgowa jak i Naczelna Izba Lekarska nie znalazły nieprawidłowości w leczeniu pacjenta, ale i to do pani Zofii nie przemawia. Czytam fragment jej listu do lekarki. Tego, w którym prosi Boga o zemstę na jej dzieciach. „i piekło czuła w duszy, że za jej grzechy cierpią dzieci. Łez i wszystkiego czego trzeba życzyć wrogowi troglodycie tego ja pani życzę”. Zamieszczam fragment, kiedy mówi mi, że dobrze, że dostałam ten list, że będzie szczęśliwa, kiedy lekarze ją zaskarżą. Wreszcie pokazuję jej szloch i to jak mówi, że idzie ulicą i nie wie po co, bo jego tam nie ma. W warszawskim studiu Telekuriera siedzi profesor Andrzej Komorowski. Komentarz zaczyna od zdania, które na długo zapada mi w pamięć: „Zamarłem, kiedy to oglądałem. Nie dalej jak wczoraj rozmawiałem z człowiekiem, który powiedział, że nie wierzy w miłość dwojga całkowicie obcych sobie osób. Że tak może kochać tylko matka dziecko. Jakże zaprzeczające tej tezie są te zdjęcia.” Profesor Komorowski prosi panią Zofię o kontakt. Mówi o tym, że ze śmiercią trzeba się oswajać. „Może mniej nienawiści – mówi. – Pani przyjdzie do mnie. Postaram się pani pomóc. Wiem, że to trudno zrozumieć, kiedy mówi do pani człowiek z telewizora.”

Pani Zofia dzwoni do mnie zaraz po emisji. Dziękuje. Prosi o telefon profesora Komorowskiego. Chce skorzystać z jego pomocy. Czuję wielkie spełnienie. Następnego dnia pani Zofia dzwoni powtórnie. Chce mi podziękować osobiście. Mówi, że jedzie do mnie z jakimś prezentem. Tłumaczę, że nie przyjmuję prezentów, ale ona się upiera. Męczy mnie telefonami. Po godzinie dzwoni, że jednak nie przyjedzie, bo się źle czuje, ale bardzo prosi o przegranie reportażu na kasetę. Przyjedzie po nią jakaś znajoma. Nie wolno mi przegrywać dla nikogo materiałów telewizyjnych, ale dla zrozpaczonej kobiety robię wyjątek. Nie przeczuwam nawet, że oto kręcę sobie bat na własną skórę. Myślę, że jak ona jeszcze raz posłucha Komorowskiego to coś do niej dotrze. Jej znajoma przyjeżdża. Bierze kasetę i… po półtorej godzinie otrzymuję od niej taki telefon, że kiedy odkładam słuchawkę rodzina długo nie może mnie uspokoić. Usłyszałam, że zrobiłam pani Zofii krzywdę. To najłagodniejsze zdanie. Padają jeszcze inne. Że jestem w zmowie z lekarzami. Że jestem manipulantką. A wszystko to zrobiłam dla… forsy. Zaczynam się zastanawiać, czy owa pani nie jest przypadkiem kolejną wykonawczynią testamentu pani Zofii. Czy nie obiecano jej 10% w zamian za nadzór nad jego realizacją.

Po tygodniu przychodzi do mnie list od pani Zofii. Czytam w nim, że „pecunia non olet”, wiec zrobiłam materiał. O! Jak boli! Za reportaż dostałam trzysta złotych. Chcę je natychmiast odesłać tej wstrętnej kobiecie, która kosztowała mnie tyle nerwów. Adres przecież znam. Koleżanki z redakcji powstrzymują mnie.

- Piekara, daj spokój! Ona ci nie uwierzy, że dostałaś za to tylko trzy stówy, a poza tym pokazała ci dom wart miliard. Nawet nie zrozumie twojego gestu. Lepiej synowi coś kup.

Po jakimś czasie przychodzą na mnie skargi do mojej bezpośredniej szefowej w warszawskim oddziale Telekuriera. Potem pani Zofia wysyła je do Poznania. Do mnie przysyła list z żądaniem zwrotu wszystkich pism jakie wcześniej do mnie napisała. Postanawiam na niego nie odpowiadać. I nie zwracam listów. Zresztą w świetle prawa prasowego stanowią moje zabezpieczenie. Dowód na to, że o zrobienie materiału proszono mnie.

Po dwóch miesiącach, kiedy pani Zofia wreszcie milknie odzywa się Poznań.

- Przyszedł list, a propos materiału, który kiedyś zrobiłaś – słyszę w słuchawce głos poznańskiej koleżanki. – Wprawdzie anonim, ale powinien cię zainteresować. Jeśli okazałoby się, że cokolwiek z tego co tu napisane jest prawdą, to trzeba ten temat kontynuować… Bo to poważna sprawa. Tam są ludzie, których latami oszukiwano. Należy im się prawda.

Z zasady nie czytam anonimów, ale ten był szczególny…

„Telewizja to jest jednak okno na świat. kiedy 1 IX obejrzeliśmy reportaż z udziałem pani Zofii M. „rozpaczającej wdowy” po Andrzeju to aż nas zatkało. Przecież to wieloletni proboszcz naszej parafii kościoła rzymsko-katolickiego. Czyżby będąc na emeryturze się ożenił? Przez 60 lat żył z panią Zofią M. a ona nazywała się P… – była nauczycielką rosyjskiego i działaczką solidarności. ale dary jakie napływały do kościoła pani Zofia sprzedawała. chyba za te pieniądze kupili dom pod Warszawą. To kara Boska. Sprawdźcie w kurii biskupiej gdzie pan Andrzej był proboszczem przed emeryturą. – Mieszkańcy

Wszystko zaczyna mi się łączyć w całość… działaczka solidarności, nauczycielka rosyjskiego. Nawet panieńskie nazwisko podane w anonimie się zgadzało. Pamiętałam je z tego nieszczęsnego dowodu osobistego, który pani Zofia podetknęła mi pod nos. Żona księdza? To stąd te biblie. Stąd ta kuria Biskupia, której chciała zapisać cały majątek! Ale może to pomówienie? List wysłany jest z Warszawy. Dzwonię więc do warszawskiej kurii. Podaję nazwisko. Znają takiego?

- Taki ksiądz nie był proboszczem w kurii mazowieckiej – słyszę w słuchawce.

A więc kłamstwo. Postanawiam jednak odszukać jeszcze Krzysztofa P. działacza solidarności, którego pani Zofia oskarżyła o kradzież nagrobka. Znalezienie go zajmuje mi czterdzieści minut. Pracuje w siedzibie jednej z partii politycznych. Dzwonię, przedstawiam się, opowiadam o tym co mi się przytrafiło i pytam:

- Czy Andrzej M. był księdzem?

- Był – potwierdza głos w słuchawce. – Był księdzem w małej miejscowości w Wielkopolsce. Nie pamiętam nazwy.

- A pani Zofia? Rzeczywiście była jego żoną?

- Ja już sam proszę pani nie wiem. Raz mówili, że żona a innym razem, że nie. Ale pani się trzyma od niej z daleka. To wariatka. Co ja się przez nią mam. Też mi jej było szkoda. Tak jak i pani… Też chciałem pomóc.

Dzwonię do Kurii Wielkopolskiej. Bez trudu ustalam nazwę miejscowości, w której pan Andrzej M. był proboszczem. Przed oczami mam jego grób, na którym nie ma nawet słowa o tym, że spoczywa w nim osoba duchowna. Decyduję się jechać do K. Trafia się ku temu okazja. Do zupełnie innego programu mam dokumentować drobną aferę w tamtejszym Urzędzie Miasta. Mam się spotkać z pewnym posłem, który złożył o tej aferze doniesienie w Prokuraturze.

Załatwiam kamerę z pobliskiego regionalnego ośrodka TVP. Z poprzedniego reportażu robię zrzuty z ekranu dwóch sfilmowanych zdjęć pana vel księdza Andrzeja i drukuję je na drukarce. Jedno przedstawia panią Zofię z mężem, a drugie męża solo.

Najpierw idę załatwić sprawę dokumentacji afery w urzędzie miasta. Odwiedzam posła. Pijemy kawę w jego poselskim biurze. Kiedy sprawy aferalne mamy omówione opowiadam mu po co tu jeszcze przyjechałam. Mówię o wdowie i anonimie. Pada nazwisko księdza. Poseł mało nie dostaje zawału.

- Proszę pani! Toż to mój przyjaciel! Ja go tyle lat znałem! To był proboszcz mojej parafii. To niemożliwe!

Pokazuję zdjęcia.

- To on. A to jego siostra. On zawsze mówił, że to siostra. Ja go często woziłem do Warszawy. Ona mieszkała… – i tu pada adres, spod którego odebrałam panią Zofię, kiedy jechałam z nią na cmentarz.

- A nie wie pan kiedy on został księdzem? – pytam.

- Nie wiem, ale znam kogoś kto wie.

Poseł wykonuje telefon do innego księdza i po chwili mówi.

- Świecenia kapłańskie M. złożył w 1945 roku.

To by pasowało. Od razu przypominam sobie jak na samym początku rozmowy pani Zofia opowiadała, że poznali się na kresach i tam wzięli ślub w 1943 roku i że potem 6 lat ona go nie widziała, bo została zesłana na Syberię. Zobaczyli się dopiero w 1949 roku…

Jadę do wsi. Oglądam kościół w którym ksiądz Andrzej M. był przez ćwierć wieku proboszczem. Obecny proboszcz nie chce rozmawiać o poprzedniku. Zatrzaskuje mi przed nosem drzwi Plebani. Wieczorem odprawia mszę. Przez głośniki zawieszona nad drzwiami kościoła słychać fragment modlitwy: „Zdrowaś Mario, Łaski pełna, módl się za nami grzesznymi…”

Idę do miejscowego Ośrodka Zdrowia spytać, czy znają pana ze zdjęcia. Poznają go wszyscy. Pytam, czy wiedzieli, że ma żonę. Wszyscy mówią, że słyszeli o siostrze lub bratowej. Nawet rozpoznają panią Zofię na zdjęciu. Organista mówi:

- No to jest ona. Zofia. Stale tu była. Niektórzy nawet mówili, że to jest żona, ale czy ja wiem? Ksiądz był dobry człowiek. Ja go lubiłem.

Ale… następuje też rozdźwięk między tym co nagrywa kamera, a tym co słyszę, kiedy kamera jest wyłączana. Wiele osób poza kamerą przyznaje, że ksiądz miał często wypisywane na płocie „kurwiarz warszawski”. Że mówiło się o nim różne rzeczy. O nim i o kobiecie, która ciągle przyjeżdżała i gościła na plebanii. Jednak… lubili go wszyscy. Padają różne słowa:

- Był bardzo ludzki.

- Był jak to się mówi człowiekiem i księdzem.

- To był ksiądz! Nie tak jak ten co nastał teraz.

- No… może za bardzo lubił pieniądze.

Do napisania anonimu nikt się nie przyznaje. Ale… reportaż o płaczącej wdowie widziało sporo osób. Wszyscy natomiast pytają czy sakramenty, których udzielał ksiądz są ważne, choć nikt tego pytania nie chce zadać do kamery.

Wracam do Warszawy. Odnajduję wyjściowe taśmy z wywiadem z panią Zofią. Do dziś nie wiem, czemu nie skasowałam ich zaraz po montażu. Widomy znak od Boga? Żeby uporządkować ziemskie sprawy swojego sługi, który był mężem i księdzem? By wyjaśnić co nie wyjaśnione? Na taśmie jest opowieść pani Zofii o tym jak z mężem się poznali. Słucham jej kolejny raz.

„Poznaliśmy się na kresach. W 1943 roku wzięliśmy ślub. Potem ja zostałam wywieziona na Syberię. Tak więc myśmy się długie lata nie widzieli. Spotkaliśmy się ponownie w 1949 roku. Był bardzo czuły. Wie pani? Bardzo czuły był. Opiekuńczy.”

Reportaż „Żona księdza” zaczyna się od zapowiedzi ze studia, w której Tadeusz Zwiefka mówi:

- Pewna pani tak rozpaczała po śmierci męża, że nie zdała sobie sprawy z tego, że niechcący zdradziła nam największą tajemnicę swego życia. Zobaczmy jak to było.

Pokazujemy fragment poprzedniego reportażu. Potem następuje jej opowieść o tym jak się pobrali i jak się nie widzieli sześć lat. Wreszcie czytam fragment listu od mieszkańców (bez fragmentu o solidarności, paczkach i domu kupionym ponoć za pieniądze z darów) i pokazuję co zebrałam na miejscu. W studio zasiada ksiądz, dr. prawa kanonicznego. Mówi o ważności sakramentów. Że wszystkie udzielone przez księdza Andrzeja M. sakramenty są ważne. Nie ważny byłby tylko jeden. Rozgrzeszenie z grzechu przeciw szóstemu przykazaniu, gdyby udzielił go osobie, z którą sam popełniłby ten grzech. Ksiądz mówi też o tym, że oboje – pani Zofia i ksiądz Andrzej na pewno żyli po bożemu, bo nie mieli dzieci. Mówi też o tym, że ksiądz okazał się obowiązkowy skoro opiekował się tą kobietą. Całość kończy się stwierdzeniem, że ów ksiądz to był na pewno bardzo dobry człowiek.

Nie mija miesiąc, kiedy dostaję wiadomość z Poznania. Pani Zofia oskarża mnie o kradzież zdjęć. Twierdzi, że zabrałam jej z domu podczas wizyty i biegałam z nimi po wsi. Muszę odpisać, że zdjęcia są zrzutami z ekranu monitora.

Po jakimś czasie dowiaduję się, że pani Zofia napisała kolejne pismo. Tym razem do dyrektora TVP3. Żąda przeprosin i odszkodowania. Nie bardzo rozumiem. Po co bogatej kobiecie, która nie ma dzieci kolejne pieniądze. Ale może kolejny wykonawca jej testamentu chce by miała większy majątek? W końcu im większa suma tym więcej wynosi 10 procent od niej. Co jakiś czas piszę wyjaśniające pisma. Na szczęście mam kasety z materiałami wyjściowymi i wszystkie listy pani Zofii. Po kilku tygodniach znów pani Zofia pisze kolejne pismo. Tym razem do Prezesa Rady Nadzorczej TVP. Potem do Rady Etyki Mediów. Muszę przegrać oba reportaże na VHS w trzech egzemplarzach. Telewizja ma wytoczony proces. Jeden z moich szefów ogląda materiały. Kiedy słyszy list od lekarki łapie się za głowę.

- Psychiczna baba – stwierdza. – Po coś to ruszała. Trzeba było nie dawać na emisję. Ona to wprawdzie przegra, ale to jest wstrętny człowiek. Fu!

Ale mnie… nadal jest jej żal. Widziałam wielką miłość. Teraz widzę wielką nienawiść. Czuję ją na sobie. I tylko jednej rzeczy nie rozumiem. Jak ktoś, kto tyle lat przeżył z księdzem, z człowiekiem, który jest przecież głosicielem wiary nakazującej miłować i wybaczać, może aż tak nienawidzić ludzi? Mam wrażenie, że dziś, kiedy zabrakło jej miłości, jedynym łącznikiem ze światem jest ta wielka nienawiść. Nienawiść, która jak motor pcha panią Zofię do przodu. Tylko jak długo tak można?

Nadchodzi wreszcie dzień, kiedy okazuje się, że pani Zofia wniosła do sądu pozew przeciwko Telewizji o… oszczerstwo. Twierdzi, że reportaż był zmanipulowany. Ksiądz jej mężem nie był. Mężem był jego brat bliźniak o podobnym imieniu. A wszystko co w reportażu padło to… moja intryga. Telewizyjny mecenas jest początkowo zdenerwowany, ale ja jestem spokojna. Wiem swoje. Poza tym mam nie tylko listy pani Zofii, w których prosi telewizje o pomoc, ale i pięć kaset z materiałem wyjściowym. Tam wielokrotnie z jej ust pada stwierdzenie „mąż”. Dlatego mecenas się uspokaja. Gdy po kilku miesiącach dochodzi do rozprawy zgłaszamy kasety jako dowód. Zwłaszcza, że pani Zofia twierdzi, że wszystko w reportażu jest moją podłą manipulacją i montażem. Nadchodzi dzień, gdy na sali sądowej wraz z panią sędzią, która zna już treść listów jakie pani Zofia wysłała do telewizji prosząc o interwencję, oglądamy pięć kaset tzw. surówki. To nudne i żmudne, bo do kilkunastominutowego materiału filmowego kręcona jest np. ikonografia, czyli fotografie z jej domu. Oglądamy jednak z uwagą całe dwie i pół godziny tego, co zostało nakręcone. Słuchamy też tzw. ścieżki efektowej. Na przykład, gdy na ekranie widać fotografie w tle słychać moje rozmowy z panią Zofią.

- Kim był mąż? – pytam.

- Mąż był… – zaczyna pani Zofia i po chwili zmienia temat. – O! A tu z kuzynami…

A ja nie drążę tematu, bo przecież przyjechałam robić materiał o czymś innym. Sąd widzi, że wszystkie opowieści pani Zofii wychodzą z niej. Na nic nie naciskam, do niczego jej nie zmuszam. Pani Zofia w połowie projekcji bez słów opuszcza salę sądową. Dlatego nie widzi już momentu, kiedy wyciąga dowód i pokazuje mi, że jest żoną. Kiedy opowiada mi jak szpital kwestionował to czy jest żoną zmarłego i ona sama pokazywała w szpitalu dowód. Choć ja tego nie kwestionuję to i mnie do kamery ten dowód pokazuje. Gdy oglądanie materiałów wyjściowych się kończy, sąd każe mecenasowi reprezentującemu panią Zofię wezwać klientkę. Gdy pani Zofia wraca na salę Sąd pyta, czemu bez słowa wyszła. Pani Zofia tłumaczy, że nie była w stanie tego oglądać, bo do tej pory to przeżywa. Wykrzykuje, że jesteśmy bez serca skoro chcieliśmy ją narażać na coś takiego, jak oglądanie tego nagrania. Z uporem maniaka twierdzi, że jej mężem był brat bliźniak księdza o podobnym imieniu. Ja postuluję, by przedstawiła metryki urodzenia obu rzekomych braci bliźniaków. Jednak telewizyjny mecenas mówi, że to nie ma znaczenia jak z tymi mężami jest czy było. Dla sądu nie jest istotne czy była żoną księdza czy jego brata bliźniaka. Dla sądu jest istotne czemu ja zrobiłam program o mężu, skoro pani twierdzi, że to nie był mąż. Dlatego badane jest to, co było w wyjściowym materiale do reportażu. A tam to pani Zofia mówi o zmarłym „mąż”. A przecież mogła mówić „brat męża”. Sąd zgadza się z tą teorią.

- Sąd nie bada czy bohater filmu był mężem powódki, ale… dlaczego w reportażu i w nagraniach z ust powódki pada stwierdzenie, że tym mężem był – mówi sędzia -  Skoro powódka teraz na rozprawie zeznaje, że zmarły nie był mężem, Sąd do powódki ma pytanie. Dlaczego, skoro to nie był pani mąż w rozmowie z dziennikarką mówiła pani o nim per „mąż”? Dziennikarz w takim materiale, kiedy działa na pani prośbę nie ma obowiązku sprawdzać pani dokumentów. Choć paradoksalnie pani tu pokazywała też dowód osobisty, że jest pani żoną. Dlatego Sąd jeszcze raz pyta: Czemu w rozmowie z dziennikarką panią Piekarską twierdziła pani, że to był pani mąż?

- Bo gówno to ją obchodzi, kto to był dla mnie – wykrzykuje pani Zofia i… przegrywa sprawę.”

Historia, którą tu przytoczyłam przypomniała mi się teraz nie tylko dlatego, że w jednym z wydawnictw trwają prace nad książką. Przypomniała mi się dlatego, że przeżywam właśnie tzw. „powtórkę z rozrywki”, czyli swoiste „deja vu”. Gdy kilka tygodni temu pisałam o „oszustwie miłosierdzia” (do tematu za moment jeszcze wrócę), dostałam kilkaset listów. Wielu ludzi prosiło o pomoc. Pisali do mnie, że takie historie, kiedy ktoś od kogoś wyłudza kasę, a nic mu nie dolega powodują, że ludziom pomaga się coraz mniej, a im pomoc jest naprawdę potrzebna. Szczególnie dramatyczny był list jednej kobiety. Wynikało z niego, że ma raka, a na dodatek grozi jej eksmisja. Autorka napisała m.in.: „jest pani osobą już ostatnią, którą jeszcze próbuje prosić o finansową pomoc i dalsze zajęcie się całą smutną sprawą! Mój filozoficznie ukierunkowany świat dawno już runął. (…) Chaos nastąpił z nowotworem tkanki łącznej, którego nikt w PL nie ogarnia, bo jest za drogi! Szpital nie leczy: ‚nie ma programu’! Może pani zna cenę ludzkiego życia?? Mam tylko tę komórkę, z której piszę, niewiele tu zmieszczę, ale błagam, żeby tu pani przyszła sama zobaczyć, jak można (…) zwyczajnie człowieka sponiewierać. (…) Dramat trwa Ja teraz umieram. (…) Jestem sama, chora śmiertelnie, głodna, bez pieniędzy na życie…” Jak zwykle serce zakłuło i… odpisałam. Poprosiłam o numer telefonu. Zadzwoniłam. Rozmawiałyśmy dobrą godzinę. Spytałam czy może do niej przyjechać kamera. W pani było dużo pretensji do świata, dużo skarg na sąsiadów, system, burmistrza dzielnicy, w której mieszka, ale gdzieś tam to rozumiałam. W końcu chory człowiek bywa zły na cały świat. Z rozmowy wynikało, że pani mieszka na strychu, który sama wyremontowała, że jako jedyna z kamienicy nie wykupiła go i teraz chcą ja stamtąd wyeksmitować. Że w mieszkaniu jest zimno, bo jej tylko nie podłączono do sieci cieplnej, że wspólnota jej nie lubi, dlatego, że mieszkania nie wykupiła, a przecież obowiązku nie ma. No i jeszcze choroba, której nikt w Polsce nie zna, bo nikt nie wie jak to leczyć. Jak tu pomóc? Medycyną, szpitalami i chorobami zajmuje się w redakcji jedna z koleżanek. Robi tez tematy interwencyjne, a tu trzeba i interwencję w sprawie ewentualnej eksmisji i zająć się sprawą choroby. Pogadałam z nią czy nie wzięłaby tematu. Zaznaczyłam, że nie jest udokumentowany i że znam tylko stanowisko tej pani, ale można wszystko sprawdzić. Koleżanka powiedziała, że owszem zajmie się tym, ale nie od razu, bo na czymś tam się jeszcze równie ważnym pracuje. Wysłałam jej namiary na autorkę listu. Sama w międzyczasie zachorowałam etc., a na dodatek przeszłam zabieg, który na dwa tygodnie uwięził mnie w domu. Koleżanka z kolei wzięła tygodniowy urlop. W międzyczasie dostałam od poszkodowanej kilka listów w tym stylu: „Kiedy ktoś do mnie przyjedzie? Ja tu umieram.” Odpowiadałam cierpliwie, że nie ma mnie w redakcji, więc nie wiem, że byłam chora, że wysłałam koleżance wszystkie dane mailem. Odpowiedź, że pani zrozumiała nie nadchodziła aż… nastąpił atak. Dostałam niezwykle obraźliwy list, z którego wynikało, że kamera do niej nie przyjechała i nikt z dziennikarzy się tym nie zajął nie dlatego, że ja jestem chora, a koleżanka na urlopie, tylko ja chodzę na „pasku peło”, „MAMY tusko ‚MORALNY LIBERALIZM’ tak chętnie przyjęty przez POlaczka!” No i nastawili mnie przeciwko niej burmistrz, prezydent Warszawy etc. Zagotowało się we mnie. Oskarżanie mnie, że jakaś partia coś mi każe, a jakaś zabrania wyzwala we mnie niestety najdziksze instynkty. Odpisałam, że nie życzę sobie takich listów, bo nic złego tej kobiecie nie zrobiłam. Niczym sobie nie zasłużyłam na takie słowa, że pewnie moim błędem było, że w ogóle chciałam jej pomóc i nawiązałam korespondencję. Dalej zaczęło być jeszcze gorzej. Pani odpisała, że „popełni samobójstwo i ja będę za to odpowiedzialną”. Z jej listu dowiedziałam się, że zachowałam się jak za stalinizmu. Pani mnie błaga o życie, a ja nie chcę jej pomóc. Trzęsę dupą przed „polskim Stalinem i Hitlerem!” Milczę, choć „wiem o jego zbrodniach na Polsce!” „Okłamuję wszystkich i udaję, że nie widzę krzywd, jakie ten reżim wyrządził ludziom!”. No i chodzę „skreślać krzyżyki dla żydowskiego parcha aż wytrze Polskę z mapy świata już na zawsze”, bo nie było mnie „stać na świadectwo prawdy w SPRAWIE POLSKI!”

Nic więc chyba dziwnego, że przypomniała mi się pani Zofia (tak naprawdę imię i inicjały zostały dla potrzeb książki zmienione.) Nagle zrozumiałam. Jestem, jak to się mówi „stara i głupia”. Jestem mimo upływu lat naiwna jak dziecko. Mnie się ciągle wydaje, że jak ktoś mi coś pisze i się podpisuje, to jest to prawdziwsza prawda niż słowa pisane przez anonima. Niestety… nie zawsze. Jak widać z historii pani Zofii anonim wysłany przez mieszkańców małej wioski w Wielkopolsce miał w swojej treści więcej prawdy niż jej listy i opowieści. A wszystko dlatego, że wariatów na świecie nie brak. Po ostatnim wysypie listów, które mnie obrażały sama zdokumentowałam sprawę. Nie chcę pisać o szczegółach. Napiszę tylko, że nie wszystko wygląda tak, jak napisała mi ta pani w pierwszym liście, ani tak, jak mówiła w czasie godzinnej rozmowy telefonicznej. Pani zresztą zdążyła obrazić wszystkich. Począwszy od urzędników, sąsiadów etc., a skończywszy na dziennikarzach, bo jak się okazało nie jestem pierwsza. Mam nadzieje, że teraz już będę szybciej odróżniała wariatów od osób, które naprawdę potrzebują pomocy. Jednak daję słowo, że wbrew pozorom nie jest to takie proste.

Cmentarianki

 

Niektórzy ludzie mają wielką potrzebę zaistnienia na forum publicznym. Na przykład w telewizji. Okazją ku temu może być dla nich wszystko. Dla niejakiej Natalii Siwiec było to Euro 2012, dla Joli Rutowicz któraś edycja Big Brothera, a dla całej rzeszy śmiertelników wyjście 1 listopada na groby.

Należę do osób, które na groby chodzić nienawidzą! U rodziców na cmentarzu bywam raz w roku. Krótko. Pogadam chwilę, głównie mówię im, że jeszcze sobie na mnie poczekają, bo zamierzam żyć długo i z roku na rok coraz bardziej złośliwieć. Potem uciekam. U Eksia po pogrzebie byłam tylko w 40 dni po śmierci zapalić świeczkę. Na sprawdzenie czy pan Kamieniarz zrobił litery wg życzenia, wysłałam syna. Owszem stare nagrobki są piękne, ale najfajniej, gdy w środku nie leży nikt bliski. Od wielu lat 1-go listopada staram się brać dyżury w pracy i chodzić na cmentarz służbowo. Rodziców odwiedzać przy okazji, ciągnąc za sobą całą ekipę, by ratowali, gdybym np. zaczęła ryczeć lub zasłabła. Źle znoszę te wizyty. W tym roku po raz pierwszy nie prosiłam kolegów, by mi towarzyszyli tuż nad grobem tylko oddaliłam się od nich na pięć minut. Dałam radę pobyć na grobie sama i zapalić rodzicom świeczki. Czas nie leczy ran, ale uczy z nimi żyć. Chyba już się nauczyłam. W końcu od śmierci Ojca minęło 13 lat! Od śmierci Mamy 17!

Gdy idę na groby staram się ubrać ciepło. Tylko to mnie interesuje. Nie ma nic gorszego niż przeziębienie złapane na cmentarzu. Do głowy by mi nie przyszło ubrać się jak na imprezę i nie dlatego, że nie wypada czy coś. To mam gdzieś. Ma mi po prostu być ciepło, bo zimna nienawidzę! Równie mocno jak cmentarza. Tymczasem dla wielu wędrówka po cmentarzu jest czymś w rodzaju przechadzania się po wybiegu! Na dodatek robią wszystko, by znaleźć się w świetle fleszy i kamer. Znajdujące się na „Demotywatorach” zdjęcie podpisane „Cmentarianki” poniekąd oddaje tę rewię mody, której analizą zajmować się nie chcę, ale daję słowo, że po wczorajszej wizycie na cmentarzu miałabym co opisywać.

W tym roku ma Powązki pojechałam z ekipą zrobić dla Telewizyjnego Kuriera Warszawskiego relację o kweście. Zarządziłam, że wyjedziemy około 11-tej, bo to najlepsza pora, by i kwestujących było dużo i tych, którzy ofiarowują kasę tez sporo. W końcu lepiej, by w obrazku był kwestujący, któremu ktoś coś wrzuca do puszki niż kwestujący na środku pustej alejki. Wyszło… Bingo! Tłumy były, kwestujących mnóstwo, wrzucających wdowie grosze – całe stada. I choć, jak zwykle zresztą, zdarzało mi się słyszeć rzucane z boku teksty „telewizja kłamie” (Ciekawe, że jak się do tych osób podchodzi i prosi, by powiedziały to prosto do kamery, to już nie są takie chętne!) to jednak większość osób przed kamerę dosłownie się pchała. Było to o tyle ciekawe, że wielokrotnie ludzie kamery dziś unikają! Ja jadąc z kamerą unikałam jej starannie. Uważałam, że w temacie o kwestach, grobach, dniach Zadusznym i Wszystkich Świętych dziennikarz powinien pokazywać się jak najmniej. Tymczasem niektórzy ludzie byli wręcz innego zdania. I nie mam tu na myśli kwestujących aktorów, a zwykłych ludzi.

Zaczęło się od tego, że natknęliśmy się na odwiedzającego groby Prezydenta Bronisława Komorowskiego z rodziną. Oblegający go tłum mało nas nie stratował. Przyznam, że z pewnym podziwem patrzyłam na ogarniających to cmentarne piekło ochroniarzy. Ludzie się pchali, wielu chciało zrobić sobie zdjęcie z prezydentem, wielu chciało przywitać się, pozdrowić itd. Prezydent zatrzymał się przy kwestujących na cmentarz na wileńskiej Rossie. Rozmawiał chwilę z jednym z kwestujących. Kiedy moja ekipa filmowała to zdarzenie mnie z boku dobiegł dialog.

- stań tak, byś był w telewizji – powiedziała jakaś pani do jakiegoś pana i zaczęła go popychać na mnie. Zawsze błogosławię to, że wiele lat temu nie zabiegałam o bycie prezenterką itd. Ta moja nieznana w wielu kręgach twarz daje mi wielkie możliwości podsłuchiwania świata. Tak było i tym razem. Ponieważ nie miałam na sobie służbowej czerwonej kurtki z napisem TVP, a jedynie prywatną czarną, a więc zlewającą się z tłumem i na dodatek byłam z pełną ekipą z dźwiękowcem i to on miał w reku mikrofon, więc nie domyślili się, że jestem tu tzw. „dziennikarką na służbie”. Spokojnie, jako osoba incognito posłuchałam sobie szeptanych opowieści gdzie należy stanąć, by być uchwyconym przez kamerę. Kamer przy tym zdarzeniu było kilka. Było więc w czym wybierać Może Polsat? Może TVN? Myślę, że podsłuchiwani przeze mnie rozmówcy przez jakąś na pewno zostali zarejestrowani. Jak ktoś czegoś bardzo chce to w końcu to osiąga.

Po sfilmowaniu sceny rozmowy Prezydenta z kwestującymi na odnowę zabytków wileńskiego cmentarza oddaliliśmy się w kierunku innych kwestujących. Przy czwartej bramie stała z puszką Emilia Krakowska. Niedaleko niej umiejscowiona była budka, w której młody ksiądz zbierał datki na tzw. wypominki i w wielkim zeszycie notował imiona i nazwiska tych, za których ma być odprawiona modlitwa. Ponieważ nie chciałam być w obrazku, więc powiedziałam ekipie co ma filmować, a sama schowałam się za budką z księdzem. Przy księdzu stała pani i dyktowała imiona tych, za których ma być odprawiona modlitwa. Za nią ustawiła się jeszcze jedna pani. Ta pierwsza dyktowała, dyktowała i końca nie było. Po Kryspinie był Stanisław, po Stanisławie, Jadwiga, potem jeszcze Kajetan, Onufry i Franciszek Salezy oraz wielu innych o dość rzadkich imionach. Gdy stojąca za nią pani zaczęła przebierać nogami ze zniecierpliwienia i coś tam bąknęła, że długo to trwa, modląca się za duszę kilkudziesięciu krewnych pani odwróciła się i powiedziała: „proszę się zachowywać. Kamera tu jest i wszystko widzi!”. A więc jednak! Kamera była najważniejsza! I to czy dobrze się w niej wypadnie. Pani nie był jedyna. Gdy szliśmy filmować kwestujących snuła się za nami rodzinka, by być w kadrze zarówno przy Barbarze Wachowicz jak i Magdalenie zawadzkiej. Żeby ich zgubić daliśmy po prostu długą.

Kwestujący artyści byli ciepło ubrani. Wszyscy ewidentnie nastawili się na to, że mają dużo zebrać do puszek i nie zmarznąć. Krzysztof Ziemiec przyznał nawet, że czeka na rodzinę, która ma mu przynieść termos z herbatą. Świetnie go rozumiałam. W końcu to połowa jesieni, a nie lato. Tymczasem skromny ubiór niektórych kwestujących nie spotkał się z należytym zrozumieniem u „Cmentarianek” i „Cmentarian:. Nie wiem czemu niektórym się wydaje, że aktor kwestujący na rzecz renowacji powązkowskich pomników ma być odświętnie ubrany! To czysta kurtka czy ciepłe palto nie wystarczy? Ma być przepraszam w stroju Hamleta czy Królowej Śniegu? Dlaczego aktorka zbierająca na Powązki ma mieć makijaż? A takich krytycznych tekstów pod ich adresem to sporo się nasłuchałam. Często zastanawiałam się, czy ci ludzie wciskający się przed kamery, obgadujący aktorów i paradujący w szpilkach przez błoto z trudem utrzymując równowagę naprawdę przyszli tu na groby do bliskich? Czy może jednak się lansować? I przy okazji… „obrobić dupę” potrząsającym puszkami aktorom? Spojrzeć im w oczy z uśmiechem, pofotografować się z nimi, a odchodząc powiedzieć koleżance: „Ta X taka była ładna, a się zestarzała!” Czasem myślę, że fakt, że czas nie stoi w miejscu jest zbawienny dla nas wszystkich. Jeden z popularniejszych napisów na grobkach (zaczerpnięty zresztą z Biblii) brzmi „Przechodniu, byłem kim jesteś, będziesz kim jestem”. Bo przecież śmierć każdemu jednaka, a jak pisał Jan Sztaudynger „wszystko przemija, nawet najdłuższa żmija”. Dlatego myślę, że w tym przemijaniu świata, czasu i życia dobre jest to, że przeminą i Cmentarianki. Bez względu na to, czy są nimi, by szpanować strojem, czy rozmodleniem godnym „moherowego beretu” czy potrzebą stania i fotografowania się koło głowy państwa. Przeminą też programy informacyjne, które pokazały wpychających się wczoraj przed kamery ludzi. Bo już dziś te programy pokazują co innego. Odczuwam wprawdzie pewien niepokój, że po Cmentariankach może przyjść coś gorszego, ale już w XVIII wieku Madame Pompadour powiedziała: „po nas choćby potop”. Nie będę więc musiała tego oglądać. Też przeminę. I nie wiem czy na własnym grobie nie zażyczę sobie napisu, który w swoim czasie zobaczyłam u Jana Tadeusza Stanisławskiego tzw. profesora mniemanologii stosowanej. Podoba mi się ten napis i to bardzo. Są to słowa, którymi ten popularny niegdyś satyryk kończył swój telewizyjny program „Zezem”. Brzmiały one: „I TO BY BYŁO NA TYLE.”

Motłoch

Motłoch
Zawsze uważałam, że tłum to motłoch. Motłoch to coś bezlitosnego. Coś nad czym trudno zapanować. Coś bezwzględnego i okrutnego. Coś bezmyślnego, a co za tym idzie głupiego. Nie lubię być w motłochu i być z motłochem. Z tego powodu jako osoba prywatna nigdy nie chodzę na żadne manifestacje. Nawet jeśli jest to manifestacja w tak zwanej słusznej sprawie. Nikt nie da mi gwarancji, że w tłumie ludzi nie znajdzie się jedna osoba, która zrobi coś beznadziejnego, bezsensownego i niebezpiecznego, a na dodatek zarazi tym resztę.
Jako dziennikarka wielokrotnie byłam z kamerą w tłumie i widziałam jak to działa. Ludzie, którzy być może na co dzień są spokojni, łagodni i normalni, pod wpływem zachowania innych zmieniają się diametralnie. Widziałam to w czasie manifestacji górników, taksówkarzy, a nawet nauczycieli czy pielęgniarek. W czasie słynnego już ingresu biskupa Wielgusa, który w katedrze Warszawskiej powiedział, że rezygnuje z bycia metropolitą tłum mało nie rozszarpał dziennikarzy. Gdy wysłano mnie z kamerą przed Pałac Prymasowski dostałam między żebra szpikulcem parasolki od nobliwie wyglądającej aczkolwiek w tym tłumie rozhisteryzowanej i niezwykle agresywnej starszej pani. Być może na co dzień taka nie jest. Być może… Inna starsza pani o mały włos a wydłubałaby oko naszej prezenterce Joli Erol, bo machała jej otwartą parasolką przed twarzą w czasie relacji na żywo. Agresywne zachowanie staruszki mogli więc zobaczyć wszyscy widzowie.
Dziś o mały włos a zostałabym zmiażdżona. Uczestnicy marszu „Obudź się Polsko” zanim przemaszerowali ulicami stolicy, przyszli pod gmach TVP na Plac Powstańców i Jasną. Krzyczeli tak, że nie można było się skupić. W newsroomie pozamykaliśmy okna, bo nie słyszałam własnych myśli. Wejścia do budynku pilnowała policja. Gdy musiałam wyjść z gmachu, bo jechałam na zdjęcia, okazało się, że nie jest to łatwe. Koleżanka, która była na zdjęciach przede mną nie mogła się dostać do firmy. Ja nie mogłam z niej wyjść. Gdy powiedziałam policjantom, że jestem reporterką i muszę jechać na zdjęcia jeden ruszył mi na pomoc. Chciał mnie przeprowadzić przez tłum. Niestety ktoś z tłumu usłyszał, ze jestem reporterką. Krzyknął na cały regulator: „Tu jest reporterka! Zewrzyjmy szyki! Nie dajmy jej wyjść póki nie wyjdzie do nas prezes!”
Tłum zaczął napierać na mnie. Z jednej strony był kordon policji, a z drugiej napierający na budynek motłoch. Policjant próbował przeprowadzić mnie przez tłum bokiem, a wtedy najbardziej agresywny mężczyzna z tego tłumu zaczął wgniatać mnie w mur budynku. Przyznam, ze byłam przerażona. Scena była filmowana przez jakieś kamery. Dlatego pan z tłumu krzyczał, że gniecie mnie policjant. Tak jednak nie było. Gniótł mnie on, uczestnik marszu „Obudź się Polsko”. Polski patriota z polską flaga w ręku! Bo nie trzeba nam obcych. Wymordujemy się sami. Pod płaszczykiem walki w słusznej sprawie.
Gdy udało mi się wydostać z tłumu serce waliło mi jak młot. Gdy wsiadałam do samochodu większość demonstrantów patrzyła na mnie z nienawiścią jakbym im zrobiła coś złego, choć były osoby chyba zdziwione zachowaniem tłumu. Byłam tak zdenerwowana ich agresją fizyczną i werbalną, że w samochodzie się prawie popłakałam. Najgłupsze było to, ze jechałam na dwa absolutnie niepolityczne tematy. Jeden to festiwal gier planszowych Kocioł na Politechnice, a drugi to odsłonięcie na Żoliborzu odnowionej rzeźby Aliny Szapocznikow.
Zachowanie tłumu pod TVP było głupie z wielu powodów. Po pierwsze w swoich okrzykach żądali wyjścia prezesa, który w soboty w pracy raczej nie bywa. Po drugie domagali się tego pod budynkiem, w którym nie ma on swojego pokoju, bo wrzeszczeli na Placu Powstańców i Jasnej, a prezes urzęduje na Woronicza. Ktokolwiek nimi steruje jest więc wielokrotnym idiotą. Ale cóż… nikt mądry nie steruje motłochem. Mądrzy ludzie wiedzą, że kierowanie tłumem, by zachowywał się mądrze, jest niemożliwe.

 

Zawsze uważałam, że tłum to motłoch. Motłoch to coś bezlitosnego. Coś nad czym trudno zapanować. Coś bezwzględnego i okrutnego. Coś bezmyślnego, a co za tym idzie głupiego. Nie lubię być w motłochu i być z motłochem. Z tego powodu jako osoba prywatna nigdy nie chodzę na żadne manifestacje. Nawet jeśli jest to manifestacja w tak zwanej słusznej sprawie. Nikt nie da mi gwarancji, że w tłumie ludzi nie znajdzie się jedna osoba, która zrobi coś beznadziejnego, bezsensownego i niebezpiecznego, a na dodatek zarazi tym resztę. Jako dziennikarka wielokrotnie byłam z kamerą w tłumie i widziałam jak to działa. Ludzie, którzy być może na co dzień są spokojni, łagodni i normalni, pod wpływem zachowania innych zmieniają się diametralnie. Widziałam to w czasie manifestacji górników, taksówkarzy, a nawet nauczycieli czy pielęgniarek. W czasie słynnego już ingresu biskupa Wielgusa, który w katedrze Warszawskiej powiedział, że rezygnuje z bycia metropolitą tłum mało nie rozszarpał dziennikarzy. Gdy wysłano mnie z kamerą przed Pałac Prymasowski dostałam między żebra szpikulcem parasolki od nobliwie wyglądającej aczkolwiek w tym tłumie rozhisteryzowanej i niezwykle agresywnej starszej pani. Być może na co dzień taka nie jest. Być może… Inna starsza pani o mały włos a wydłubałaby oko naszej prezenterce Joli Erol, bo machała jej otwartą parasolką przed twarzą w czasie relacji na żywo. Agresywne zachowanie staruszki mogli więc zobaczyć wszyscy widzowie. Dziś o mały włos a zostałabym zmiażdżona. Uczestnicy marszu „Obudź się Polsko” zanim przemaszerowali ulicami stolicy, przyszli pod gmach TVP na Plac Powstańców i Jasną. Krzyczeli tak, że nie można było się skupić. W newsroomie pozamykaliśmy okna, bo nie słyszałam własnych myśli. Wejścia do budynku pilnowała policja. Gdy musiałam wyjść z gmachu, bo jechałam na zdjęcia, okazało się, że nie jest to łatwe. Koleżanka, która była na zdjęciach przede mną nie mogła się dostać do firmy. Ja nie mogłam z niej wyjść. Gdy powiedziałam policjantom, że jestem reporterką i muszę jechać na zdjęcia jeden ruszył mi na pomoc. Chciał mnie przeprowadzić przez tłum. Niestety ktoś z tłumu usłyszał, ze jestem reporterką. Krzyknął na cały regulator: „Tu jest reporterka! Zewrzyjmy szyki! Nie dajmy jej wyjść póki nie wyjdzie do nas prezes!”  Tłum zaczął napierać na mnie. Z jednej strony był kordon policji, a z drugiej napierający na budynek motłoch. Policjant próbował przeprowadzić mnie przez tłum bokiem, a wtedy najbardziej agresywny mężczyzna z tego tłumu zaczął wgniatać mnie w mur budynku. Przyznam, ze byłam przerażona. Scena była filmowana przez jakieś kamery. Dlatego pan z tłumu krzyczał, że gniecie mnie policjant. Tak jednak nie było. Gniótł mnie on, uczestnik marszu „Obudź się Polsko”. Polski patriota z polską flaga w ręku! Bo nie trzeba nam obcych. Wymordujemy się sami. Pod płaszczykiem walki w słusznej sprawie. Gdy udało mi się wydostać z tłumu serce waliło mi jak młot. Gdy wsiadałam do samochodu większość demonstrantów patrzyła na mnie z nienawiścią jakbym im zrobiła coś złego, choć były osoby chyba zdziwione zachowaniem tłumu. Byłam tak zdenerwowana ich agresją fizyczną i werbalną, że w samochodzie się prawie popłakałam. Najgłupsze było to, ze jechałam na dwa absolutnie niepolityczne tematy. Jeden to festiwal gier planszowych Kocioł na Politechnice, a drugi to odsłonięcie na Żoliborzu odnowionej rzeźby Aliny Szapocznikow. Zachowanie tłumu pod TVP było głupie z wielu powodów. Po pierwsze w swoich okrzykach żądali wyjścia prezesa, który w soboty w pracy raczej nie bywa. Po drugie domagali się tego pod budynkiem, w którym nie ma on swojego pokoju, bo wrzeszczeli na Placu Powstańców i Jasnej, a prezes urzęduje na Woronicza. Ktokolwiek nimi steruje jest więc wielokrotnym idiotą. Ale cóż… nikt mądry nie steruje motłochem. Mądrzy ludzie wiedzą, że kierowanie tłumem, by zachowywał się mądrze, jest niemożliwe.

Poniżej zdjęcie zrobione, gdy udało mi się wyjść z tłumu.

A tu widok z okna montażowni cztery godziny później.

W kącie

Myślałam, że z przedszkola wyrosłam już dawno. Ba! Wyrosłam tez z młodszych klas podstawówki, w której podobnie jak w przedszkolu, większość czasu spędzałam w kącie. Nic bardziej mylnego. Dziś tez w kącie stoję, ale… jak to ja nikogo się nie boję.
Spóźniłam się na kolegium pięć minut. I nie zrobiłam przeglądu prasy. Z tego ostatniego tłumaczyć się nie będę, że nie wiedziałam, że grafik widziałam w formie przesłanej mailem a nie wiszący na ścianie, na którym przeglądy prasy szefowa zaznacza flamastrem, bo to i tak w całej historii nie ma znaczenia. Ważne jest co innego. Temat, który zrealizowałam pójdzie w wydaniu o 21:45. Zawsze było tak, że kiedy ktoś robił temat na wieczór to z kolegium o 19-tej był zwolniony. Ja mam na nim zostać. Jest to kara za spóźnienie i nie zrobienie przeglądu prasy. Proponuję jeszcze napisanie na czole spóźnialska, obniżenie wyceny i… stopnia ze sprawowania. Tylko rodziców już wezwać na rozmowę nie można, a to dlatego, że nie żyją. 
Najgłupsze jest to, że powinnam była wyjść bez pytania o wieczorne kolegium, ale… przekornie i ze śmiechem postanowiłam je szefowej zadać. Tak jak przewidywałam. Kazała zostać i zaznaczyła, że jest to kara za poranne zachowanie! Cóż… ktoś, kto traktuje redakcję jak klasę z uczniami inaczej postąpić nie mógł. I tak od piętnastej z minutami do dziewiętnastej siedzę szperając w sieci, porządkując telefon itd.
Najciekawsze jest to, że dzięki takim właśnie absurdom mam o czym pisać. Nikt mnie tak nie zapładnia twórczo jak własna redakcja. Ale w sumie lubię swoją szefową. Jej piórnikowe uporządkowanie zawsze mnie rozczulało. Jest zresztą typowe dla ludzi, których życie zawodowe skupia się tylko i wyłącznie w jednym miejscu. Nic jednak nie poradzę na to, że zawsze potwornie mnie śmieszy.