Archiwa tagu: Telewizyjny Kurier Warszawski

21 lat pracy w TVP zmieściło się w jednej torbie. #torba #tvp #bambetle

List do Pana Prezesa TVP Jacka Kurskiego

Po przeszło 20 latach zdecydowałam się na odejście z TVP. Oto mój list do Pana Prezesa TVP Jacka Kurskiego.

Warszawa, 7 kwietnia 2017

Do:
Pan Jacek Kurski
Prezes TVP S.A.
ul. Woronicza 17
Warszawa

Szanowny Panie Prezesie,

chciałam na Pańskie ręce przekazać oficjalną rezygnację ze współpracy z Telewizją Polską. Jest to dla mnie niezwykle trudna decyzja, ale muszę ją podjąć, by być w zgodzie z samą sobą. By móc rano w lustrze patrzeć sobie w twarz. Tylko ja wiem, ile nieprzespanych nocy kosztowało mnie jej podjęcie. To na korytarzach TVP się wychowałam, gdyż byłam przedszkolakiem, kiedy pracę w Telewizji Polskiej rozpoczynał mój Ojciec Maciej Piekarski, którego imię nosi dziś Studio D na pl. Powstańców. Nigdy nie myślałam, że będę pracować w TVP, ale tak się stało, i przez 20 lat to Telewizja Polska była moim drugim domem. Przez te ponad 20 lat nie przypuszczałam jednak, że będę kiedyś chciała ten dom opuścić.

Myślę, że inaczej rozumiemy termin „telewizja publiczna”. Dla mnie oznacza on telewizję dla wszystkich. Misją zaś telewizji publicznej powinna być edukacja, rozrywka i przedstawianie poglądów różnych ludzi, a także wszystkich opcji politycznych. Dla Pana – a sądzę tak, śledząc anteny – telewizja publiczna jest telewizją dla odbiorcy o jedynych słusznych poglądach.

Uważam się za państwowca, czyli zawsze przyjmuję do wiadomości wyniki demokratycznych wyborów – zarówno prezydenckich, parlamentarnych, jak i samorządowych. Podczas ostatnich czterech tur różnych wyborów zasiadałam w komisjach wyborczych.

Przez przeszło 20 lat współpracowałam z TVP. Miałam 29 lat, gdy przyszłam do pracy jako reporterka nadawanego na antenie TVP Warszawa (wtedy WOT) programu kulturalnego „Co? Gdzie? Kiedy?”. Pracowałam przez przeszło 20 lat jako reporterka „Telewizyjnego Kuriera Warszawskiego”. Zrealizowałam dla TVP kilkadziesiąt dużych reportaży i filmów dokumentalnych (m.in. kilka o starej Warszawie, jej historii, legendach itd., o ulicznych grajkach, o Warszawie w książkach Adama Bahdaja, o bazarze Różyckiego, o Janie Łomnickim, Marii Kaniewskiej, Irenie Jurgielewiczowej, Stanisławie Grzesiuku, zespole TSA, Czesławie Niemenie, o pogrzebie Jana Pawła II, o 60-rocznicy ślubu małżonków Tyrajskich – pary powstańców warszawskich, o tym jak wygląda wizyta duszpasterska, na którą wybrałam się z kamerą ze ś.p. księdzem Romanem Indrzejczykiem itd.). Realizowałam różne programy. M.in.: muzyczne: „Dżingiel” czy „Patefon”, a po śmierci Ojca kontynuowałam jego magazyn kombatancki „Wiarus”. Miałam i swój program „Detektyw warszawski, czyli na tropie miejskich tajemnic”. Współpracowałam też z wieloma programami i antenami TVP. Łącznie dla Telewizji Polskiej przygotowałam wiele tysięcy dłuższych i krótszych materiałów filmowych. Jednak przez te wszystkie lata to właśnie „Telewizyjnemu Kurierowi Warszawskiemu” pozostałam wierna, choć tu zarabiało się i nadal zarabia najmniejsze pieniądze w TVP w Warszawie. Bywa, że za jeden news dostaje się 1/5 a nawet 1/10 stawki, jaką otrzymują reporterzy np. „Wiadomości”, choć do jego przygotowania potrzebna jest taka sama praca i wiedza, a czasem nawet większa. Jednak pieniądze nigdy nie były dla mnie najważniejsze. Dlatego nigdy nie zdecydowałam się na przyjęcie bardziej intratnych propozycji pracy i odejście gdzie indziej, choć miałam takie propozycje, a przez te przeszło 20 lat tylko raz w życiu moja miesięczna wypłata z TVP przekroczyła 6 tysięcy złotych, mimo że bywały miesiące, gdy nie wychodziłam z redakcji. Przez lata spędzałam w niej Sylwestry, Boże Narodzenia, Wielkanoce i długie weekendy majowe. Pamiętam wszystkich swoich dyrektorów. Obecnego, który pełni obowiązki, nawet nie widziałam. Zresztą… w redakcji jestem już tylko duchem. Od października nie ma mnie na grafiku reporterów „Telewizyjnego Kuriera Warszawskiego”. Podobno dlatego, że nie jestem w stanie być reporterem 25 dni w miesiącu. Cóż… tak jest od mniej więcej od 10 lat, kiedy zaczęłam spełniać swoje największe marzenie o byciu pisarką i wreszcie w miarę regularnie publikować książki. Muszę mieć czas na ich pisanie, promowanie, spotkania autorskie z czytelnikami etc. Poza tym sporo pracuję społecznie. Poprzedni szefowie redakcji zawsze wykazywali się zrozumieniem.

Przez te przeszło 20 lat współpracy TVP nigdy nie dała mi etatu. Rozumiałam to. Taka jest cena wolności przekonań i odmowy bratania się z jakimikolwiek partiami. Ponieważ partię, która dała Panu władzę nad TVP, trzeba kochać, a nie jedynie tolerować, co zwykłam odczuwać w stosunku do wszystkich partii politycznych, stąd m.in. decyzja o moim odejściu z TVP. Zapewniam, że nie jest ona związana z tym, że od października nie ma mnie na grafiku reporterów „Telewizyjnego Kuriera Warszawskiego”, bo przecież pozwolono mi przychodzić do pracy poza grafikiem. Skorzystałam z tego przywileju tylko raz w styczniu, by przygotować relację z pogrzebu Joanny Jurandot długoletniej realizatorki TVP, którą znałam osobiście. Od października miałam naprawdę sporo czasu na przemyślenie swojej decyzji, a głód zaglądający mi w oczy tylko wyostrzył zmysły. Nie jest to też związane z tym, że moje propozycje programów kulturalnych i historycznych (bo w tym się przecież specjalizuję – przez ostatnie 17 lat relacjonowałam m.in. obchody kolejnych rocznic wszystkich powstań narodowych, kolejne odkrycia na „Łączce”, pogrzeby ważnych osobistości ze świata kultury i historii, etc.), choć spotkały się z uznaniem kierownictwa stacji, nie zostały skierowane do produkcji, gdyż władze nie znalazły pieniędzy na ich realizację. Nie piszę tego też dlatego, że moja propozycja filmu dokumentalnego o 95-letnim powstańcu warszawskim, który zgodził się przejść ze mną swój szlak bojowy, a która również spotkała się z uznaniem, nie została, mimo obietnic, skierowana do produkcji z powodów finansowych. Ja to świetnie rozumiem. Nikt nie będzie się pochylał nad moimi propozycjami, bo nie jestem człowiekiem z Pańskiego układu. Zresztą nigdy nie byłam w żadnym układzie. Dlatego zawsze byłam współpracownikiem, a nigdy pracownikiem etatowym. Dlatego zawsze przy zmianach władzy w TVP musiałam udowadniać, że nie jestem wielbłądem. Po raz pierwszy mam tego udowadniania dosyć. Dlaczego? Te prawie pół roku siedzenia w domu sprawiło, że starannie obejrzałam ofertę programową TVP i nie jestem w stanie zaakceptować tego, co dzieje się na większości anten Telewizji Polskiej. Programy informacyjne stały się tubą propagandową obecnej władzy, która słusznie żądając, by społeczeństwo uznało wynik demokratycznych wyborów parlamentarnych czy prezydenckich, sama nie uznaje wyniku wyborów samorządowych czy na prezydenta m.st. Warszawy! „Telewizyjny Kurier Warszawski” ze współpracy z którym byłam zawsze dumna, bo to najstarszy program informacyjny w TVP, za Pana prezesury stał się programem z tezą i na dodatek wmieszanym w tzw. wielką politykę. Przez lata jego dziennikarze nigdy nie klękali przed władzami miasta. Wszyscy prezydenci Warszawy w rozmowach na temat programu zgodnie podkreślali, że punktowaliśmy ich potknięcia. Często byliśmy bezlitośni. Zawsze jednak też chwaliliśmy, kiedy robili coś dobrego dla stolicy, bo to Warszawa, jako miasto była dla nas (jego reporterów) najważniejsza. Tymczasem przez ostatnie miesiące także z tego programu sączy się jad. Może nie aż taki jak z ogólnopolskich programów informacyjnych, ale jednak jad.

Zawsze stawałam w obronie swojej stacji. Dawałam temu wyraz w felietonach na moim blogu „W świecie absurdów”. A także w liście wysłanym w swoim czasie do redakcji „Gazety Wyborczej”, kiedy startował TVN Warszawa, a nam niemal odmawiano racji bytu. Dawałam wyraz również w liście do śp. Andrzeja Wajdy, kiedy publicznie nas krytykował i radził zaorać. Byłam w stosunku do firmy lojalna, choć nie ślepa.

Nie byłam w tym podejściu do TVP sama. Jednak w ostatnim roku TVP opuściło wielu dziennikarzy, którzy przez lata byli lojalni wobec firmy, mimo zmieniających się rządzących nią władz.

Dziennikarstwa uczył mnie m.in. mój Ojciec Maciej Piekarski, który jak mantrę powtarzał, że dziennikarz jako przedstawiciel czwartej władzy powinien zawsze patrzeć rządzącym na ręce, a podczas realizowania materiałów dziennikarskich powinien pamiętać starą łacińską sentencję prawniczą: „audiatur et altera pars”, co oznacza: „należy wysłuchać drugiej strony”. Myślę, że patrząc na obecne programy TVP, przewraca się w grobie, bo niemal wszystkie programy publicystyczne i informacyjne ją łamią, a kiedy nawet wysłuchiwana jest ta druga strona, to często jej wypowiedziom towarzyszy zjadliwy komentarz. Co do patrzenia obecnej władzy na ręce to nawet nie wiem, co napisać, bo słów mi brak.

Od początku Pana prezesury śledzę Pana poczynania personalne. Rozumiem, że zwolnił Pan dziennikarzy, którzy Panu nie pasowali – miał Pan do tego prawo. Rozumiem, że zatrudnieni przez Pana dyrektorzy pozdejmowali z anten różne programy – mieli do tego prawo. Rozumiem, że pozatrudniał Pan swoich znajomych – wszyscy lubimy pracować z przyjaciółmi. Nie jestem jednak w stanie zrozumieć tego, że w telewizji publicznej znaleźli zatrudnienie i są obecni na antenie ludzie warsztatowo mierni lub żadni! „Dobra zmiana” w Pana wykonaniu to w wielu przypadkach zastąpienie zawodowców amatorami! Ja już pomijam treść programów, bo nie chcę wchodzić w politykę, ale zarówno warsztat jak i forma pozostawiają wiele do życzenia. Proszę nie wierzyć w to, że cel uświęca środki! Te końcówki „om” w narzędniku! Te akcenty! Ta fatalna dykcja przypominająca bełkot, ta straszna składnia, gramatyka etc. Kiedyś nie wpuszczano na antenę ludzi, którzy nie mieli karty ekranowej. Jej zdobycie nie było zresztą prostą sprawą. Komisja Karty Ekranowej przy Akademii Telewizyjnej była surowa. Sama podchodziłam do egzaminu kilka razy. W 2005 roku dostałam kartę na rok. Dopiero w 2009 przyznano mi ją bezterminowo. Nie chce mi się wierzyć, by ludzie czytający teksty na antenie w programach informacyjnych mieli te karty. A jeśli je mają, pozostaje pytanie, kto im je dał?

Kto kolauduje obecnie emitowane programy i reportaże? Niektóre z nich nie powinny nigdy ujrzeć światła dziennego w telewizji publicznej! Telewizje komercyjne mogą sobie emitować, co chcą! Publiczna powinna trzymać najwyższy poziom!

Przyznam, że chciałam odejść już w lipcu ubiegłego roku, gdy na antenie mojej macierzystej stacji wyemitowano pierwszy odcinek programu „Studio Yayo”. W tym miejscu chcę prosić, by pozwolił Pan, że będzie to jedyny firmowany przez Pana ekipę program, którego nazwę wymienię. Nie chcę bowiem nikogo z obecnych dziennikarzy zranić, mimo bardzo krytycznej oceny ich pracy, bo nie wiem, na ile to co robią, wynika z nich samych, a na ile jest to wpływ rozkazów płynący z góry, zaś oboje wiemy, że takie rozkazy są wydawane. Liczę zaś na to, że przygotowujący „Studio Yayo” tzw. „satyrycy” potrafią śmiać się z siebie, bo przynajmniej teoretycznie powinni. Już po emisji pierwszego odcinka tego „yaycowania” chciałam do Pana napisać, bo czegoś tak skandalicznie i żenująco złego nigdy w życiu na antenie TVP nie oglądałam. Moi przyjaciele, nawet ci, którzy w ostatnich wyborach głosowali na partię, z której szeregów się Pan wywodzi, byli równie jak ja załamani poziomem i wykonaniem tej osobliwej „satyry”. Pomyślałam jednak, że może to jakiś eksperyment? Gdy po pierwszym odcinku zdjęto to „coś” z anteny ucieszyłam się. Uznałam, że jednak nowe władze TVP potrafią odróżnić ziarno od plew. Niestety kazał Pan przywrócić to kuriozum, pozwalając, by ów „program” stał się w tej chwili już kultowym (mimo nieobecności od stycznia na antenie) symbolem „dobrej zmiany w TVP.” Dla mnie o tyle bolesnym, że emitowanym ze studia imienia mojego Ojca.

To m.in. z tego powodu, gdy jesienią ubiegłego roku wychodziła moja ostatnia książka „Syn dwóch matek”, napisana zresztą do spółki z nieżyjącym Ojcem, a poświęcona zagładzie Zamojszczyzny, po raz pierwszy nie poprosiłam TVP o patronat nad publikacją.

W moim odczuciu, ludzie, których Pan promuje byli nieobecni w poprzednich latach na antenie TVP nie z powodów politycznych, ale z powodu ich zawodowej marności. Przed Pańską prezesurą w większości przypadków TVP dbała o poziom swoich programów i nawet jeśli zdarzały się propozycje słabsze, to nie było ich aż tyle. Poza tym nawet najsłabszy program nie był tak żenujący jak niektóre z obecnych. Kiedyś, gdy moi domownicy przełączali pilotem kanały w telewizorze, bez patrzenia na ekran bezbłędnie poznawałam niszowe stacje po amatorskim lektorze czy prezenterze. Teraz ta amatorszczyzna jest w TVP i to jest prawdziwa przyczyna, dla której nie jestem w stanie dłużej utożsamiać się z Telewizją Polską.

Piszę do Pana ten list naprawdę płacząc, bo zdaję sobie sprawę, że jest to być może koniec mnie jako dziennikarki telewizyjnej, a naprawdę kocham swoją pracę i swoje w niej miejsce. Nie jestem niestety osobą, która widzi się w stacjach komercyjnych. Te, goniąc za słupkami oglądalności, bardzo rzadko produkują takie rzeczy, których przygotowywaniem jestem zainteresowana, no i żadna z nich nie zajmuje się varsavianami, choć w obu sprawach chciałabym się mylić, bo pragnęłabym jeszcze kiedyś stanąć za kamerą. Nie jestem też niestety konformistą.

Jest mi ciężko, ale jak mawiał mój śp. Ojciec, cytując Stanisława Grzesiuka, wolę być „boso, ale w ostrogach”.

I tak na koniec. Bardzo żałuję, że przez te ostatnie miesiące, kiedy byłam w TVP tylko duchem, oglądałam programy tej stacji, bo jak to trafnie napisał jeden z internautów, komentując przywoływany tu przeze mnie program „Studio Yayo”: „co się raz zobaczyło, tego się już nie da odzobaczyć”. I tyczy to niestety wielu programów, które obecnie produkuje TVP.

Powyższy list wysyłam również do wiadomości koleżanek i kolegów w TVP, wśród których nie brak osób pragnących a niemogących odejść z pracy, gdyż mają małe dzieci i kredyty, a także do wiadomości przyjaciół, bliższych i dalszych znajomych, rzeczników prasowych instytucji i firm, z którymi przez lata miałam dziennikarski kontakt oraz mediów. Publikuję go także na swoim blogu i stronie. Wszystko dlatego, że nie chcę dłużej być utożsamiana z kierowaną przez Pana instytucją i niemal bez przerwy wysłuchiwać zewsząd pytań, co ja w niej jeszcze robię. Naprawdę już nic.

Pozdrawiam serdecznie
Małgorzata Karolina Piekarska

 

Po raz pierwszy, czyli polityka zawsze namiesza

Od siedemnastu lat przygotowuję dla Telewizyjnego Kuriera Warszawskiego tematy dotyczące Powstania Warszawskiego. W tym roku, po raz pierwszy w życiu, niektórzy powstańcy odmówili mi udziału w nagraniu. Znali mnie. Znali mojego Ojca, który przygotowywał tematy powstańcze przez 30 lat. Jednak mimo tego odmówili. Wszyscy odmawiający przeprosili, ale nie: dla TVP nie powiedzą mi nic.

W 1980 roku mój Ojciec przygotowywał film o Powstaniu Warszawskim. Miała w nim wystąpić jedna znajoma sanitariuszka. Produkcja filmowa przedłużała się. Wreszcie, nastąpił stan wojenny. Sanitariuszka odwołała swój udział. Mam w domu jej list do Ojca, w którym przeprasza go za to, że nie wystąpi, ale w obecnej sytuacji nie może. Film powstał kilka lat później.

Przyznam, że ciężko mi. Jestem autorką kilkudziesięciu reportaży i filmów dokumentalnych dla TVP oraz kilku tysięcy krótkich felietonów do newsów. Zawsze pracowałam dla telewizji publicznej, bo robię rzeczy mało komercyjne, przeważnie historyczne, kulturalne etc.. Nie po drodze mi więc ze stacjami, w których królują programy dla gawiedzi.

TVP zawsze była reżimowa, bo zawsze ten, kto dochodził do władzy „brał telewizję”. Nigdy nie miałam w niej etatu, zawsze będąc jedynie współpracownikiem. Teraz, pierwszy raz w życiu mi odmówiono udziału w nagraniu i to w takim nagraniu. A piszę o tym, bo chyba nie umiem wyrazić, jak bardzo jest mi przykro.

To archiwa TVP pełne są nagrań z powstańcami. Nagrań, które zarejestrowano zanim powstały stacje komercyjne. Od 12 lat wszystkie robocze materiały z obchodów odnoszę do archiwum, bo kiedyś się przydadzą. Są więc tam godzinne wywiady, relacje, spacery z powstańcami. Robię to, bo podobnie postępował mój Ojciec. Też robocze kasety odnosił do archiwum wierząc, że kiedyś zostaną należycie wykorzystane. A poza tym przechowają relacje naocznych świadków wydarzeń, które coraz bardziej odchodzą w przeszłość. I szkoda, że teraz to archiwum będzie uboższe o kilka nienagranych relacji. Ale tak to jest, jak polityka namiesza.

„Awantura” o pogrzeb

Od kilku dni w internecie wrze. Między innymi Facebook krzyczy podawanymi dalej linkami i postami, które mają tytuł: „TVP przemilczała pogrzeb Xymeny Zaniewskiej”. Znajomi dzwonią do mnie wzburzeni, a niektórzy przysyłają listy. Przyznam, że jestem tym mocno zirytowana. Dlaczego?

Otóż TVP pokazała pogrzeb Xymeny Zaniewskiej i to dwukrotnie. Po pierwsze: o 18:30 w moim macierzystym Telewizyjnym Kurierze Warszawskim w głównym wydaniu (proszę kliknąć i oglądać od ok. 18 minuty), a relację przygotowała nasza reporterka Paulina Milewska. Po drugie: było to potem tego samego dnia na antenie TVP Regionalna w ogólnopolskim programie „Dziennik regionów”. Tym, którzy pomstują, że o pogrzebie znanej i zasłużonej scenograf nie mówiło TVP Info i „Wiadomości” czy „Panorama” chcę uświadomić, że: TVP nigdy nie pokazuje pogrzebów znanych osób na wszystkich kanałach i we wszystkich swoich programach. Chyba, że są to pogrzeby osobistości chowanych na koszt Państwa. Byłoby więc dobrze, by sensaci przestali się emocjonować sztucznie nakręconym problemem.

źródło: fakt

I tak tradycyjnie już spytam retorycznie: czemu nikogo nie oburzyło, że np. na pogrzebie Ryszarda Bera reżysera m.in. serialu „Lalka” nie było żadnej kamery? Nie było jej też na pogrzebie pisarki Krystyny Nepomuckiej czy poetki Mieczysławy Buczkówny, wdowy po Mieczysławie Jastrunie, że tak tylko ze „swojego” pisarskiego podwórka podrzucę te dwa nazwiska.
Sporo osób naprawdę bardzo znanych było żegnanych tylko na antenie TVP Warszawa. Tylko niektórych przypomnę, jako ta, która robiła dla Telewizyjnego Kuriera Warszawskiego setki pogrzebów.
Tomasz Zygadło, reżyser, którego bodajże 5 spektakli Teatru Telewizji znalazło się w złotej setce najlepszych spektakli teatru TVP, był żegnany tylko naszą kamerą (sama przygotowywałam relację). Podobnie Janusz Odrowąż-Pieniążek, długoletni dyrektor Muzeum Literatury i znawca twórczości Adama Mickiewicza. Jego pogrzeb dla TVP przygotowywała koleżanka Aleksandra Goetzen, ja zaś byłam w delegacji Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Podobnie żegnany był Jan Łomnicki, reżyser serialu „Dom”, o którym zrobiłam też wtedy 15 minutowy reportaż wspomnieniowy.

Dorobkowi Xymeny Zaniewskiej nikt, kogo znam, niczego nie ujmuje. TVP Kultura zaprezentowała o niej reportaż „Sam na sam z Xymeną”, a relacje z pogrzebu naprawdę były! Nie było ich w „Wiadomościach”? Cóż… nie była chowana na koszt państwa, jako „dobro narodowe”. Dlatego nie rozumiem zamieszania w sprawie relacji z pogrzebu. A co do tekstu, że władze TVP nie przysłały delegacji na pogrzeb, to spytam znów retorycznie: od kiedy to zakłady pracy przysyłają delegacje na pogrzeby byłych pracowników, dla których dany zakład pracy nie był ostatnim?

Mylę dziś, że tak jak internauci podsyłają sobie i udostępniają setki linków z żartami i głupotami, tak bezmyślnie udostępniają też ten „news” bez sprawdzenia, jaka jest prawda. I to jest niemniej irytujące, od bezmyślne przesyłanej dalej informacji „potrzebna krew… gaśnie dziecko” i numer telefonu, który dawno jest wyłączony.

Dlaczego ludzie to robią? Myślę, że są tak rozemocjonowani ustawą medialną i zmianami personalnymi w TVP, że wieszają psy na stacji oskarżając ją już niemal o wszystko. Ten przykład z pogrzebem pokazuje, że nie zawsze słusznie.

PS Nie pracuję, nie pracowałam i nie planuję pracować w „Wiadomościach”. Czasem robię coś dla TVP Info. Nie mam i nigdy nie miałam etatu w Telewizji Polskiej. Jestem tylko zwykłym współpracownikiem i to takim, który niewiele tam zarabia.

„Qu’est-ce que tu fais ici?”, czyli niespodzianka na rezurekcję

Nie jestem religijna, co kilkakrotnie podkreślałam. Jednak to ja pojechałam z kamerą na rezurekcję, a nie deklarujące katolicyzm i walczące z aborcja, In vitro itd. redakcyjne koleżanki katoliczki. Tym razem wybrałam się do kościoła pod wezwaniem Zbawiciela na plac Zbawiciela, na którym stoi kontrowersyjna tęcza.

Już po drodze było ciekawie, gdyż na skrzyżowaniu Mokotowskiej i Koszykowej ni stąd ni zowąd wsiadł nam do auta jakiś facet. Na uwagę operatora, że to nie taksówka, zaczął coś mówić łamanym angielskim, że nie rozumie. Pięć minut zajęło mi wydobycie od niego informacji, jaki jest jego ojczysty język, a po uzyskaniu odpowiedzi, że francuski zaczęłam tłumaczyć w tymże języku, (choć mówię w nim słabo, a po latach nieużywania przed 6-tą rano mam chyba prawo mieć lingwistyczne zaćmienie), że jesteśmy ekipą Telewizji Polskiej i prosimy, by wysiadł z auta, bo jedziemy do pracy.

„Nous avons cinq minutes”, czyli „Mamy pięć minut” – tłumaczyłam panu. Pan jednak jakby i francuskiego nie rozumiał. W końcu operator wyciągnął go z auta i zamówił mu taksówkę przykazawszy, by stał na rogu Mokotowskiej i Koszykowej i czekał. Na mszę dojechaliśmy na dwie minuty przezd szóstą, ale zdążyliśmy zanim wszystko się zaczęło. Procesja rezurekcyjna odbywała się wokół placu Zbawiciela, a co za tym idzie wokół tęczy. Co jest dość zabawne, bo tęcza budzi kontrowersje, choć w moim pojęciu, jako symbol starotestamentowego przymierza jakie Bóg zawarł z Noem jest w czasie takich chrześcijańskich uroczystości jak najbardziej na miejscu.

Było już po procesji, a msza kończyła się, gdy zdecydowaliśmy się wyjść z kościoła (chodziło nam o to, by nie przepychać się z kamerą przez tłum). Nagle moim oczom ukazał się nasz francuskojęzyczny pasażer na gapę. Stał przy drzwiach, jakby się modlił. Podeszłam i spytałam: „Qu’est-ce que tu fais ici?”, czyli „Co pan robi tutaj?” Pan spojrzał na mnie jak na diabła i… uciekł z kościoła.

Przyznaję, że jeszcze żadna Wielkanoc tak dziwnie mi się nie zaczęła.

Żegnaj Huto, żegnaj Rubinie

„Wszystko mija, nawet najdłuższa żmija” – pisał Stanisław Jerzy Lec. Często to powtarzam widząc, jak pewne rzeczy przemijają, odchodząc tym samym w przeszłość. Pojechałam wczoraj z kamerą żegnać Hutę Targówek. Osobliwe to miejsce widziałam po raz pierwszy i zupełnie nic na jego temat wcześniej nie wiedziałam, bo Huty, jako Huty, już od dawna nie ma. Jest jednak budynek i jego historia. I wczoraj właśnie pojechałam przywitać i pożegnać nieistniejącą już Hutę.

Historia Huty jest osobliwa. Powstała bowiem w 1926 roku, jako przedsiębiorstwo „Huta szkła Targówek Kazimierz Klimczak i Synowie”.  To był jeden z większych zakładów przemysłowych w tej okolicy. Produkowano tu szkło techniczne najbardziej zaawansowaną na tamte czasy technologią. Właściciel był dumny, bo dzięki temu udało się wyeliminować import niemieckiego szkła jenajskiego. Wykonywano tu kolby chemiczne, pojemniki na odczynniki itd. Także tu wykonano pojemnik na serce Józefa Piłsudskiego, w którym (włożone do srebrnej urny) spoczywa do dziś na cmentarzu w Wilnie. Jeszcze przed wojną na zlecenie wojska prowadzono tu eksperymentalne prace nad produkcją szklanych granatów. Chodziło o uniezależnienie dostaw dla wojska od różnych hut metali. By było ciekawiej, ów projekt nosił kryptonim „woda kwiatowa”. Huta została zbombardowana 8 września 1939 roku. Wtedy główna hala, licząca 700 metrów kwadratowych powierzchni, straciła trzy ściany i dach. Została jednak odbudowana, zyskując istniejący do dziś i unikatowy dach drewniany, który trzyma się bez filarów, kolumn czy jakichkolwiek podpór. Dach powstał w trzy miesiące i zrobili go miejscowi cieśle. W czasie okupacji Niemcy nakazali właścicielom produkować w hucie butelki na wódkę, za które płacili właśnie ową wódką. Właściciele, nie chcąc rozpijając pracowników, założyli hurtownię alkoholu, który sprzedawali zakładom gastronomicznym. Z tak uzyskanych pieniędzy płacono pensje. Huta była też miejscem, które w czasie okupacji wydawało dokumenty identyfikacyjne członkom polskiego podziemia. To wielu osobom pomagało działać w konspiracji.

Po wojnie huta została znacjonalizowana. Właściciel, Tadeusz Klimczak, otrzymał stosowny dokument w swoje urodziny. Wynikało z niego, że państwo polskie przejmuje w całości jego zakład. Paradoksalnie rok później, z niewiadomych przyczyn, otrzymał pocztą dokument, z którego wynikało, że w odebranej mu Hucie źle się dzieje. Robotnicy spodziewali się, że po znacjonalizowaniu zakładu będą lepiej wynagradzani, a tu… dostali obniżkę pensji, nawet o 30%. Państwowa kontrola wyrażała zaniepokojenie, że może stracić ponad połowę pracowników i to stało w piśmie. Tak naprawdę huta straciła jednak przede wszystkim to, czym dysponowała do tej pory. Markę. Połączono ją z hutą szkła w Wołominie, co oznaczało w praktyce likwidację. Przy okazji zaprzepaszczono nowoczesne technologie, dzięki którym przed wojną nie importowano chemicznego szkła z Jeny. Od tej pory Polska musiała „przeprosić się z niemiecką gospodarką” i importować szlachetne gatunki szkła, które wcześniej produkowano na Targówku.

W latach 90-tych budynki odzyskał wnuk Kazimierza Klimczaka – Tadeusz Klimczak jr. Kolejne 20 lat zajęło mu staranie się o zwrot zabranego dekretem Bieruta gruntu, na którym stoją budynki. Teraz musi płacić rocznie taki podatek (ok. 80 tysięcy złotych), że z wynajmu pomieszczeń na terenie Huty nie jest w stanie utrzymać obiektu, a co dopiero w niego inwestować. Postanowił więc to wszystko sprzedać. Rozmowy z inwestorami trwają.

Zanim nastąpi ich finalizacja właściciel postanowił zaprosić Warszawiaków do środka i pokazać im budynek z niezwykłym drewnianym sklepieniem. Stąd pomysł na wystawę: „Sztuka miejsca – miejsce sztuki. Pożegnanie Huty”. W środku prace czwórki artystów. Malarstwo Aldony Jabłońskiej-Klimczak, fotografia Niki Jabłońskiej, Rzeźby i obiekty Adriany Gajdzińskiej oraz Czesława Podleśnego. Prace tego ostatniego, to też pewien rodzaj pożegnania z przeszłością i tym, co wytwarzają huty, ale akurat inne, bo huty metalu. Prace Podleśnego to w większości rzeźby i obiekty z metalu, do czego artysta wykorzystał to, co znaleźć można na złomowiskach, nim trafi znów do hut na przetopienie. To z takich złomowych odpadków powstał święty Jerzy bez konia, święta opiekunka z metalowymi lokówkami, której kapliczką jest stara wanna, czy rycerz na starym szpitalnym łóżku. Jego zbroja to różne naczynia. Nic więc chyba dziwnego, że rycerski hełm ma rączkę pokrywki od rondelka. „Ostatnia wieczerza z dziadkiem?” Proszę bardzo… talerze, sztućce metalowe, a i serweta z kawałków blachy. Telewizor? Oczywiście. Koniecznie metalowy Rubin, w którym radzieccy generałowie dysputują na czerwonym tle obwieszonym sowieckimi znaczkami. Przeminął bowiem i dziadek, i blaszane garnki i Związek Radziecki ze znaczkami pełnymi sierpów i młotów. A artysta zawsze może nadać starym przedmiotom nowe znaczenie, poprzez odpowiednie ich wykorzystanie. Czy znajdzie się ktoś, kto artystycznie wykorzysta potencjał, który drzemie w budynkach dawnej huty? Mieszkańcy Targówka obawiają się, że przez nowego właściciela zostanie to wszystko zamienione w kolejny supermarket. Czy tak się stanie? Jutro ostatnia szansa obejrzeć budynki dawnej huty w obecnym kształcie. Właściciel zaprasza od 12-tej do 17-tej.

A na zdjęciach ja i telewizor z przeszłości. Rubin, który przeminął jak sen. Bo naprawdę wszystko przemija. A największym, absurdem jest wiara w to, że coś może wiecznie trwać.

Konik uciekł

Pojechałam wczoraj z kamerą do pałacu w Królikarni. Temat moim zdaniem ciekawy, bo oto można wydzierżawić w Królikarni grządkę pod uprawę kwiatów, ziół czy warzyw. Bydgoska artystka – Katarzyna Jabłońska – wymyśliła coś, co ma integrować ludzi ze sztuką i miejscem, jakim jest muzeum. Integrować w sposób naturalny, poprzez uprawę grządek. Specjalnie dla potrzeb projektu zrobione zostaną grządki na drewnianych podwyższeniach. Zaopatrzone zostaną w specjalną ziemie uprawną. Dzierżawiący, po podpisaniu stosownych dokumentów dzierżawy, dostaną narzędzia, nasiona itd. Ciekawe? Otóż, o ile dla mnie to ciekawe, fajne, sympatyczne, pożyteczne, ładne itd., o tyle dla ludzi, wśród których przeprowadzałam wczoraj sondę – wcale a wcale. Choć projekt przeznaczony jest też dla ludzi starszych i schorowanych, nawet dla niepełnosprawnych, a także dla rodzin z małymi dziećmi – to jednak pytanym przeze mnie przechodniom nie podobał się. Konkretnych argumentów nie mieli, bo wszystkie można było zbić, ale… w większości krytykowali i byli na nie. Mówili, że jak będą grządki, to dzieci nie będą mogły się bawić. Nie bardzo rozumiałam, co ma piernik do wiatraka. Podkreślałam, że grządki będą nie tam, gdzie rodzice z dziećmi leżą na kocykach, czy graja w piłkę, ale w specjalnych wydzielonych miejscach. Na nic! Mówiono, że pewnie grządki będą zaniedbane, bo zapału starczy na uruchomienie projektu, a dzierżawcy na pewno nie doprowadzą go do końca. Mówiono, że przyjdą inni, obowiązkowo wandale, i poniszczą. Uświadamiałam, że teren ogrodzony i ze strażnikami, ale daremnie. I tak pomyślałam sobie: może rzeczywiście ktoś przyjdzie i zniszczy, może rzeczywiście ktoś nie zadba tak, jak powinien, na pewno znajdą się rodziny z dziećmi, które nie będą chciały tak się bawić, ale… ta sonda pokazała mi kompletny brak optymizmu w narodzie. A przecież wiosna! Przyroda budzi się do życia. I dlatego stwierdziłam, że już nic nie dzieli mnie od tego, by zacytować stary wierszyk Jana Brzechwy, a właściwie bajkę. Znacie? To, jak mawiał fredrowski Pan Jowialski, posłuchajcie…

Konik uciekł

1. Bajka

Żyli sobie dwaj chłopcy gdzieś za siódmą rzeką.
(W kategoriach dzisiejszych to nie jest daleko.)
Jeden stale narzekał, drugi raźnie świstał,
Jeden był pesymista, drugi optymista.

Jeden dostał od wróżki (był to czas metafor)
Kolej, do tego szyny, stację i semafor.
Drugi chłopczyk otrzymał, choć miał zalet szereg,
G. końskie zawinięte w różowy papierek.

Pesymista powiedział:  „Też zabawka śliczna!
Rozumiem, że jak kolej, to już elektryczna!
I co to za parowóz? Wnet popsuje to się.
Ja mam taką zabawkę, proszę wróżki, w nosie!”

Optymista zaś skakał ze szczęścia i fikał:
„Ja dostałem od wróżki pięknego konika!
Ileż z takim konikiem radości i uciech!
Ja dostałem konika… tylko konik uciekł.”

2. Satyra

Wyświetlano film polski. Szedłem nań z zapałem.
Zapał poszedł na marne. Ledwie wysiedziałem.
Pokazano w tym filmie wieś spółdzielczą w skrócie…
Ba, konik uciekł.

Kupiłem chleb. Wczorajszy, czerstwy, lecz z zakalcem.
Przypominał mi glinę, gdy go gniotłem palcem.
I pomyślałem sobie w tej samej minucie:
Tak, konik uciekł.

Z architekturą naszą dość dobrze byłoby,
Gdyby nie karmelkowe, nieładne ozdoby.
To one wywołują żałosne uczucie,
Że koni uciekł.

Słuchałem wykonania piosenki masowej,
Dostałem niestrawności oraz bólu głowy,
Tyle nudy bezdennej brzmiało w każdej nucie.
Ha, konik uciekł.

Chciałem kłuć satyrycznie. Wziąłem się do dzieła,
Kupiłem paczkę szpilek, lecz każda się gięła,
A że łebków nie miały, więc w łeb wzięło kłucie.
Cóż, konik uciekł.

3. Morał

Z całej historii tej najoczywiściej
Głęboki morał wynika:
Chociaż jesteśmy wszyscy optymiści,
Jednak wolimy konika.

Podwoda

Dawno nie pisałam o swojej pracy w telewizji, ale ostatnio – wbrew temu, co piszą media – jakoś mało widzę w TVP absurdów wokół mnie. Być może to wynik ogólnego zaganiania i zajmowania się jeszcze masą innych rzeczy. Aż wreszcie absurd się zdarzył. Nazywał się praktykant i po prostu muszę to opisać, bo podobnej historii nie widziałam, nie słyszałam i nie przeżyłam. Najpierw jednak słówko wstępne. Z praktykantami w redakcjach jest tak, że można ich podzielić na trzy grupy. Takich, którzy chcą być dziennikarzami, takich, którzy jeszcze nie wiedzą, czy chcą i takich, którzy nie chcą, ale muszą zaliczyć. Każda z tych grup oczywiście daje się dzieli na takich, którzy się do tego nadają lub nie etc. Największa grupę praktykantów stanowiąc ci, którzy nie chcą być dziennikarzami, ale praktyki odbyć muszą. Choć nie brak takich, którzy marząc o zawodzie idą po trupach i… nic im z tego nie wychodzi. Jakoś dwa lata temu był u nas pewien młody człowiek, który zdecydowanie nie podglądał naszej pracy, a raczej emocjonował się dorobkiem oraz ludźmi spotkanymi na zdjęciach (osobiście go przyłapałam, gdy podczytywał informacje w sieci o ludziach, których tego dnia nagrywaliśmy.) Tenże młody człowiek, który przez miesiąc nie zaproponował żadnego tematu, nie zdokumentował nic, ani nie był od początku do końca z żadnym reporterem przy realizacji materiału dziennikarskiego był wielce zdumiony, że nie zaproponowano mu pracy. Do mnie przysłał list, w którym napisał, ze wszyscy jesteśmy z układów i podał za przykłady nazwiska naszych kolegów i koleżanek wiążąc je z nazwiskami polityków, bo jak ktoś ma takie nazwisko jak jakiś polityk to po prostu MUSI być jego krewnym. Absolutnie nie ma innej opcji. Przecież powszechnie wiadomo, że wszyscy Haliccy, Kwaśniewscy, Kalisze i Kaczyńscy to jeden ród! Tenże sam praktykant kilka miesięcy później wysłał do mnie list zatytułowany „dałem show w Wiadomościach”, w którym to programie wystąpił w roli bardzo zdolnego młodego człowieka, który skończył trzy fakultety, a więc ma trzy dyplomy, a mimo tego nie ma pracy. Cóż… są ludzie, którzy nie potrzebują fakultetów, by zrozumieć, ze liczy się praca a nie brylowanie. A są i najwyraźniej tacy, którym w zrozumieniu tej prawdy nie pomogą żadne dyplomy i fakultety.

Są też praktykanci, którzy nie wiedzą, kim będą. Ci wykorzystują staż maksymalnie. A nuż się przyda? Do tych nie mam żadnych uwag i bywa, że spotykam ich potem w biurach prasowych ważnych instytucji. Bywają jednak tacy, którzy nie chcą być dziennikarzami i chcą tylko zaliczyć. Jak osoba z wczoraj… Są jednak moim zdaniem pewne granice obijania się na praktykach. Wczoraj odebrało mi mowę. Ale po kolei.

Rano na kolegium zgłosiłam, ze chcę zrobić temat o ogłoszonym przez dzielnicę Ursynów konkursie fotograficznym „Szlakiem Alternatywy4”. Tak się składa, ze z nami w redakcji pracuje Basia Kubicka, która pracowała przy produkcji serialu, a nawet zagrała tam epizodyczną rólkę sekretarki prezesa. To od niej wiem, ze Stanisław Bareja lubił przydzielać członkom ekipy epizodyczne role, by bardziej ich związać z produkcją. (Fragment filmu z dzielną Basią poniżej). Pomysł na temat miałam wystarczyło umówić dzielnice i nagrać mieszkańców. Kamerę dostała od 13-tej. Gdy zostało już ustalone, o której jadę spytała się jedna z osób odbywających praktykę, czy może zabrać się ze mną. Oczywiście zgodziłam się, bo zawsze się zgadzam. Osoba upewniła się, czy jedziemy o 13-tej i powiedziała, ze do 13-tej sobie wyjdzie. Uprzedziłam, że może być tak, że wyjadę wcześniej. Osoba zostawiła mi telefon, bym to ja do niej zadzwoniła, gdyby okazało się, ze jedziemy wcześniej, bo to ja przecież powinnam pilnować jej praktyk. Z przyczyn niezależnych ode mnie wyjechaliśmy po 13-tej. Ledwo nagrałam urzędnika, a operator nakręcił trzy obrazki, kiedy praktykant poinformował mnie, ze chce już iść, bo na 16-ta ma pracę.

- Pracuje na pól etatu i po prostu musze – usłyszałam. Spojrzałam na zegarek. Dochodziła 14-ta. To jeszcze całe dwie godziny, co ośmieliłam się zauważyć, że jest jeszcze czas i może praktykant nagrałby sondę. Sondę już grał w swoim życiu.

- Nawet dwa razy! A ja chce jeszcze wpaść do domu, bo ja tu mieszkam obok i mogę przed pójściem do pracy coś wrzucić na ruszt.

Pokiwałam głową i zwolniłam praktykanta, bo wyznaję zasadę, że i tak pewne rzeczy zweryfikuje czas. Ale przyznam, że nie zrobiło mi się miło, gdy okazało się, że ze wszystkich reporterów wybrano mnie tylko, dlatego, że jechałam z kamerą w okolicę domu praktykanta, więc można mnie było wykorzystać, jako podwodę.

Czasem zastanawiam się, czy racji nie mają niektóre stacje komercyjne, które za praktyki u nich każą sobie słono płacić.

Cmentarianki

 

Niektórzy ludzie mają wielką potrzebę zaistnienia na forum publicznym. Na przykład w telewizji. Okazją ku temu może być dla nich wszystko. Dla niejakiej Natalii Siwiec było to Euro 2012, dla Joli Rutowicz któraś edycja Big Brothera, a dla całej rzeszy śmiertelników wyjście 1 listopada na groby.

Należę do osób, które na groby chodzić nienawidzą! U rodziców na cmentarzu bywam raz w roku. Krótko. Pogadam chwilę, głównie mówię im, że jeszcze sobie na mnie poczekają, bo zamierzam żyć długo i z roku na rok coraz bardziej złośliwieć. Potem uciekam. U Eksia po pogrzebie byłam tylko w 40 dni po śmierci zapalić świeczkę. Na sprawdzenie czy pan Kamieniarz zrobił litery wg życzenia, wysłałam syna. Owszem stare nagrobki są piękne, ale najfajniej, gdy w środku nie leży nikt bliski. Od wielu lat 1-go listopada staram się brać dyżury w pracy i chodzić na cmentarz służbowo. Rodziców odwiedzać przy okazji, ciągnąc za sobą całą ekipę, by ratowali, gdybym np. zaczęła ryczeć lub zasłabła. Źle znoszę te wizyty. W tym roku po raz pierwszy nie prosiłam kolegów, by mi towarzyszyli tuż nad grobem tylko oddaliłam się od nich na pięć minut. Dałam radę pobyć na grobie sama i zapalić rodzicom świeczki. Czas nie leczy ran, ale uczy z nimi żyć. Chyba już się nauczyłam. W końcu od śmierci Ojca minęło 13 lat! Od śmierci Mamy 17!

Gdy idę na groby staram się ubrać ciepło. Tylko to mnie interesuje. Nie ma nic gorszego niż przeziębienie złapane na cmentarzu. Do głowy by mi nie przyszło ubrać się jak na imprezę i nie dlatego, że nie wypada czy coś. To mam gdzieś. Ma mi po prostu być ciepło, bo zimna nienawidzę! Równie mocno jak cmentarza. Tymczasem dla wielu wędrówka po cmentarzu jest czymś w rodzaju przechadzania się po wybiegu! Na dodatek robią wszystko, by znaleźć się w świetle fleszy i kamer. Znajdujące się na „Demotywatorach” zdjęcie podpisane „Cmentarianki” poniekąd oddaje tę rewię mody, której analizą zajmować się nie chcę, ale daję słowo, że po wczorajszej wizycie na cmentarzu miałabym co opisywać.

W tym roku ma Powązki pojechałam z ekipą zrobić dla Telewizyjnego Kuriera Warszawskiego relację o kweście. Zarządziłam, że wyjedziemy około 11-tej, bo to najlepsza pora, by i kwestujących było dużo i tych, którzy ofiarowują kasę tez sporo. W końcu lepiej, by w obrazku był kwestujący, któremu ktoś coś wrzuca do puszki niż kwestujący na środku pustej alejki. Wyszło… Bingo! Tłumy były, kwestujących mnóstwo, wrzucających wdowie grosze – całe stada. I choć, jak zwykle zresztą, zdarzało mi się słyszeć rzucane z boku teksty „telewizja kłamie” (Ciekawe, że jak się do tych osób podchodzi i prosi, by powiedziały to prosto do kamery, to już nie są takie chętne!) to jednak większość osób przed kamerę dosłownie się pchała. Było to o tyle ciekawe, że wielokrotnie ludzie kamery dziś unikają! Ja jadąc z kamerą unikałam jej starannie. Uważałam, że w temacie o kwestach, grobach, dniach Zadusznym i Wszystkich Świętych dziennikarz powinien pokazywać się jak najmniej. Tymczasem niektórzy ludzie byli wręcz innego zdania. I nie mam tu na myśli kwestujących aktorów, a zwykłych ludzi.

Zaczęło się od tego, że natknęliśmy się na odwiedzającego groby Prezydenta Bronisława Komorowskiego z rodziną. Oblegający go tłum mało nas nie stratował. Przyznam, że z pewnym podziwem patrzyłam na ogarniających to cmentarne piekło ochroniarzy. Ludzie się pchali, wielu chciało zrobić sobie zdjęcie z prezydentem, wielu chciało przywitać się, pozdrowić itd. Prezydent zatrzymał się przy kwestujących na cmentarz na wileńskiej Rossie. Rozmawiał chwilę z jednym z kwestujących. Kiedy moja ekipa filmowała to zdarzenie mnie z boku dobiegł dialog.

- stań tak, byś był w telewizji – powiedziała jakaś pani do jakiegoś pana i zaczęła go popychać na mnie. Zawsze błogosławię to, że wiele lat temu nie zabiegałam o bycie prezenterką itd. Ta moja nieznana w wielu kręgach twarz daje mi wielkie możliwości podsłuchiwania świata. Tak było i tym razem. Ponieważ nie miałam na sobie służbowej czerwonej kurtki z napisem TVP, a jedynie prywatną czarną, a więc zlewającą się z tłumem i na dodatek byłam z pełną ekipą z dźwiękowcem i to on miał w reku mikrofon, więc nie domyślili się, że jestem tu tzw. „dziennikarką na służbie”. Spokojnie, jako osoba incognito posłuchałam sobie szeptanych opowieści gdzie należy stanąć, by być uchwyconym przez kamerę. Kamer przy tym zdarzeniu było kilka. Było więc w czym wybierać Może Polsat? Może TVN? Myślę, że podsłuchiwani przeze mnie rozmówcy przez jakąś na pewno zostali zarejestrowani. Jak ktoś czegoś bardzo chce to w końcu to osiąga.

Po sfilmowaniu sceny rozmowy Prezydenta z kwestującymi na odnowę zabytków wileńskiego cmentarza oddaliliśmy się w kierunku innych kwestujących. Przy czwartej bramie stała z puszką Emilia Krakowska. Niedaleko niej umiejscowiona była budka, w której młody ksiądz zbierał datki na tzw. wypominki i w wielkim zeszycie notował imiona i nazwiska tych, za których ma być odprawiona modlitwa. Ponieważ nie chciałam być w obrazku, więc powiedziałam ekipie co ma filmować, a sama schowałam się za budką z księdzem. Przy księdzu stała pani i dyktowała imiona tych, za których ma być odprawiona modlitwa. Za nią ustawiła się jeszcze jedna pani. Ta pierwsza dyktowała, dyktowała i końca nie było. Po Kryspinie był Stanisław, po Stanisławie, Jadwiga, potem jeszcze Kajetan, Onufry i Franciszek Salezy oraz wielu innych o dość rzadkich imionach. Gdy stojąca za nią pani zaczęła przebierać nogami ze zniecierpliwienia i coś tam bąknęła, że długo to trwa, modląca się za duszę kilkudziesięciu krewnych pani odwróciła się i powiedziała: „proszę się zachowywać. Kamera tu jest i wszystko widzi!”. A więc jednak! Kamera była najważniejsza! I to czy dobrze się w niej wypadnie. Pani nie był jedyna. Gdy szliśmy filmować kwestujących snuła się za nami rodzinka, by być w kadrze zarówno przy Barbarze Wachowicz jak i Magdalenie zawadzkiej. Żeby ich zgubić daliśmy po prostu długą.

Kwestujący artyści byli ciepło ubrani. Wszyscy ewidentnie nastawili się na to, że mają dużo zebrać do puszek i nie zmarznąć. Krzysztof Ziemiec przyznał nawet, że czeka na rodzinę, która ma mu przynieść termos z herbatą. Świetnie go rozumiałam. W końcu to połowa jesieni, a nie lato. Tymczasem skromny ubiór niektórych kwestujących nie spotkał się z należytym zrozumieniem u „Cmentarianek” i „Cmentarian:. Nie wiem czemu niektórym się wydaje, że aktor kwestujący na rzecz renowacji powązkowskich pomników ma być odświętnie ubrany! To czysta kurtka czy ciepłe palto nie wystarczy? Ma być przepraszam w stroju Hamleta czy Królowej Śniegu? Dlaczego aktorka zbierająca na Powązki ma mieć makijaż? A takich krytycznych tekstów pod ich adresem to sporo się nasłuchałam. Często zastanawiałam się, czy ci ludzie wciskający się przed kamery, obgadujący aktorów i paradujący w szpilkach przez błoto z trudem utrzymując równowagę naprawdę przyszli tu na groby do bliskich? Czy może jednak się lansować? I przy okazji… „obrobić dupę” potrząsającym puszkami aktorom? Spojrzeć im w oczy z uśmiechem, pofotografować się z nimi, a odchodząc powiedzieć koleżance: „Ta X taka była ładna, a się zestarzała!” Czasem myślę, że fakt, że czas nie stoi w miejscu jest zbawienny dla nas wszystkich. Jeden z popularniejszych napisów na grobkach (zaczerpnięty zresztą z Biblii) brzmi „Przechodniu, byłem kim jesteś, będziesz kim jestem”. Bo przecież śmierć każdemu jednaka, a jak pisał Jan Sztaudynger „wszystko przemija, nawet najdłuższa żmija”. Dlatego myślę, że w tym przemijaniu świata, czasu i życia dobre jest to, że przeminą i Cmentarianki. Bez względu na to, czy są nimi, by szpanować strojem, czy rozmodleniem godnym „moherowego beretu” czy potrzebą stania i fotografowania się koło głowy państwa. Przeminą też programy informacyjne, które pokazały wpychających się wczoraj przed kamery ludzi. Bo już dziś te programy pokazują co innego. Odczuwam wprawdzie pewien niepokój, że po Cmentariankach może przyjść coś gorszego, ale już w XVIII wieku Madame Pompadour powiedziała: „po nas choćby potop”. Nie będę więc musiała tego oglądać. Też przeminę. I nie wiem czy na własnym grobie nie zażyczę sobie napisu, który w swoim czasie zobaczyłam u Jana Tadeusza Stanisławskiego tzw. profesora mniemanologii stosowanej. Podoba mi się ten napis i to bardzo. Są to słowa, którymi ten popularny niegdyś satyryk kończył swój telewizyjny program „Zezem”. Brzmiały one: „I TO BY BYŁO NA TYLE.”

Podobno wygraliśmy wojnę

Wiele lat temu robiłam jakiś materiał o giełdzie w Słomczynie. Jeden z moich „bohaterów” kupował samochód na giełdzie za gotówkę, za jakąś sporą sumę. Na moje pytanie skąd ma tyle forsy odpowiedział, że zarobił i dodał: „My Polacy jesteśmy bogaci. Przecież wojnę wygraliśmy, nie?” I tak mi się to co jakiś czas przypomina przy różnych okazjach, że wygraliśmy wojnę. Ale co nam z tego przyszło?

Myślałam o tym, gdy przed wieloma laty pojechałam do Berlina i porównywałam jakoś życia w Warszawie z tą berlińską? Mieli lepszą komunikację, czystsze ulice i lepiej zaopatrzone sklepy.

Myślałam o tym i dziś, gdy pojechałam z kamerą na Powązki Wojskowe, bo tam Prezydent RP wizytował stanowisko archeologiczne na tzw. „łączce”. Do tej pory odnaleziono ok. 60 ciał i szczątki ok. 70 osób. Wiadomo, że były to ofiary stalinowskiego terroru z lat 1948-56. Większość z nich zginęła śmiercią nie, jak wcześniej sądzono, przez powieszenie, ale jak w Katyniu od strzału w tył głowy. Chowano ich bez trumien zrzucając do grobu kilka ciał w więziennych ubraniach, bieliźnie, ale i dla pohańbienia niektórych przebierano w niemieckie mundury. Eksperci mają nadzieję, że są tam szczątki rotmistrza Witolda Pileckiego, generała Augusta Fieldorfa i innych. Po raz tysięczny w życiu kręciłam głową, że wygraliśmy wojnę, a jak potraktowaliśmy swoich?

Wygraliśmy wojnę, którą nie my wywołaliśmy. A jednak kilka tygodni temu amerykańska dziennikarka napisała na blogu, że to my wzięliśmy udział w holokauście. Co jakiś czas czytamy, że gdzieś tam napisano o „polskich obozach śmierci”. Niemcy wymazali z pamięci świata fakt, że to oni wywołali wojnę, bo nie mówi się, ze to byli Niemcy, ale Naziści, hitlerowcy itd. Zresztą według jakichś tam badań ponad połowa Amerykanów nie wie, kto wywołał II wojnę światową. Większość z nich jest przekonana, że w obozach zagłady siedzieli tylko Żydzi, a Polacy biernie się temu przyglądali.

Dwa dni temu podczas dnia wojska polskiego po raz kolejny zaczepili nie zagraniczni turyści z pytaniem o Powstanie w Getcie. Gdzie to getto jest? Pokazywałam na planie Warszawy, tłumaczyłam jak dotrzeć. Wywiązała się rozmowa i okazało się, że kilka osób kierowało ich do miejsc związanych z powstaniem Warszawskim. Im było wszystko jedno. Nie wiedzieli, że to dwa różne powstania. Ode mnie dowiedzieli się, że w czasie drugiej wojny światowej powstania były dwa, Warszawskie trwało dłużej, że zginęło więcej ludzi, że zniszczono całe miasto. Mieli oczy wielkie jak spodki.

I ja tak się pytam, chyba samą siebie. Czy w świetle tego, że świat osądza nas jako antysemitów, nie wie nic o Powstaniu Warszawskim, nazywa Auschwitz polskim obozem śmierci to my wygraliśmy tę wojnę czy nie? A jak do tego dołożymy jeszcze fakt, że w latach powojennych zatłukliśmy swoich strzałem w tył głowy i wrzuciliśmy ich do dołów z wapnem ubranych w niemieckie mundury, a ekshumację robimy dopiero 25 lat po Okrągłym Stole, którą to datę uznajemy za prawdziwe odzyskanie niepodległości, to ja naprawdę już nic nie wiem. Jestem strasznie głupia i w zrozumieniu tego wszystkiego nie pomaga mi ani fakt ukończenia Wydziału Historycznego UW ani praca dziennikarza.

Niespodziewany gość, czyli Wesołych Świąt!

Marzenia czasem się spełniają. Od wielu lat marzyłam, by pochodzić po domach, jako wędrowiec i spróbować zasiąść do wigilijnego stołu z obcymi ludźmi. Czy wpuszczą? Czy pogonią? Dziś… postanowiłam, że w końcu od tego jestem dziennikarzem, by spełniać takie swoje drobne marzenia. Wzięłam operatora z kamerą, mikrofon i… jazda w miasto. Najpierw sonda z ludźmi. Czy wpuszczą? Oczywiście, że wszyscy wpuszczą. A jak jest naprawdę? Poszliśmy do wielkiego wieżowca (około 500 mieszkań), by spróbować zasiąść przy czyimś stole. Pukaliśmy od drzwi do drzwi. Nie było łatwo. Za drzwiami stałam tylko ja, z mikrofonem ukrytym za kalendarzem przygotowanym dla tego domu, który nas ugości. Operatora widać nie było. Siódme drzwi, do których zapukałam otworzyły się, ale… kompletnie pijany człowiek powiedział, ze to zwykły śledzik z kolegami i nie wpuści mnie. Dopiero dwudzieste drzwi stanęły przede mną otworem. W drzwiach stał starszy pan, emerytowany malarz, który czeka na operację oka. Wigilię ma spędzić w domu z przyjaciółką, ale jego gość ma jeszcze czas… Pan był szczęśliwy, że go odwiedziliśmy. Choć, jak sam powiedział, na co dzień unika telewizji, wywiadów i sond. Otrzymał od nas kalendarz na 2012 rok i naprawdę szczere życzenia. Wierzę, że powiedzie się jego operacja oka, bo przecież, kto w wieczór wigilijny przyjmuje w dom wędrowca temu w nowym roku będzie się lepiej działo. „Szukajcie a znajdziecie, proście a będzie wam dane, pukajcie a otworzą wam!” Ja pukałam naprawdę wytrwale!
Wesołych świąt moi czytelnicy!