Archiwa tagu: Tomasz Zygadło

„Awantura” o pogrzeb

Od kilku dni w internecie wrze. Między innymi Facebook krzyczy podawanymi dalej linkami i postami, które mają tytuł: „TVP przemilczała pogrzeb Xymeny Zaniewskiej”. Znajomi dzwonią do mnie wzburzeni, a niektórzy przysyłają listy. Przyznam, że jestem tym mocno zirytowana. Dlaczego?

Otóż TVP pokazała pogrzeb Xymeny Zaniewskiej i to dwukrotnie. Po pierwsze: o 18:30 w moim macierzystym Telewizyjnym Kurierze Warszawskim w głównym wydaniu (proszę kliknąć i oglądać od ok. 18 minuty), a relację przygotowała nasza reporterka Paulina Milewska. Po drugie: było to potem tego samego dnia na antenie TVP Regionalna w ogólnopolskim programie „Dziennik regionów”. Tym, którzy pomstują, że o pogrzebie znanej i zasłużonej scenograf nie mówiło TVP Info i „Wiadomości” czy „Panorama” chcę uświadomić, że: TVP nigdy nie pokazuje pogrzebów znanych osób na wszystkich kanałach i we wszystkich swoich programach. Chyba, że są to pogrzeby osobistości chowanych na koszt Państwa. Byłoby więc dobrze, by sensaci przestali się emocjonować sztucznie nakręconym problemem.

źródło: fakt

I tak tradycyjnie już spytam retorycznie: czemu nikogo nie oburzyło, że np. na pogrzebie Ryszarda Bera reżysera m.in. serialu „Lalka” nie było żadnej kamery? Nie było jej też na pogrzebie pisarki Krystyny Nepomuckiej czy poetki Mieczysławy Buczkówny, wdowy po Mieczysławie Jastrunie, że tak tylko ze „swojego” pisarskiego podwórka podrzucę te dwa nazwiska.
Sporo osób naprawdę bardzo znanych było żegnanych tylko na antenie TVP Warszawa. Tylko niektórych przypomnę, jako ta, która robiła dla Telewizyjnego Kuriera Warszawskiego setki pogrzebów.
Tomasz Zygadło, reżyser, którego bodajże 5 spektakli Teatru Telewizji znalazło się w złotej setce najlepszych spektakli teatru TVP, był żegnany tylko naszą kamerą (sama przygotowywałam relację). Podobnie Janusz Odrowąż-Pieniążek, długoletni dyrektor Muzeum Literatury i znawca twórczości Adama Mickiewicza. Jego pogrzeb dla TVP przygotowywała koleżanka Aleksandra Goetzen, ja zaś byłam w delegacji Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Podobnie żegnany był Jan Łomnicki, reżyser serialu „Dom”, o którym zrobiłam też wtedy 15 minutowy reportaż wspomnieniowy.

Dorobkowi Xymeny Zaniewskiej nikt, kogo znam, niczego nie ujmuje. TVP Kultura zaprezentowała o niej reportaż „Sam na sam z Xymeną”, a relacje z pogrzebu naprawdę były! Nie było ich w „Wiadomościach”? Cóż… nie była chowana na koszt państwa, jako „dobro narodowe”. Dlatego nie rozumiem zamieszania w sprawie relacji z pogrzebu. A co do tekstu, że władze TVP nie przysłały delegacji na pogrzeb, to spytam znów retorycznie: od kiedy to zakłady pracy przysyłają delegacje na pogrzeby byłych pracowników, dla których dany zakład pracy nie był ostatnim?

Mylę dziś, że tak jak internauci podsyłają sobie i udostępniają setki linków z żartami i głupotami, tak bezmyślnie udostępniają też ten „news” bez sprawdzenia, jaka jest prawda. I to jest niemniej irytujące, od bezmyślne przesyłanej dalej informacji „potrzebna krew… gaśnie dziecko” i numer telefonu, który dawno jest wyłączony.

Dlaczego ludzie to robią? Myślę, że są tak rozemocjonowani ustawą medialną i zmianami personalnymi w TVP, że wieszają psy na stacji oskarżając ją już niemal o wszystko. Ten przykład z pogrzebem pokazuje, że nie zawsze słusznie.

PS Nie pracuję, nie pracowałam i nie planuję pracować w „Wiadomościach”. Czasem robię coś dla TVP Info. Nie mam i nigdy nie miałam etatu w Telewizji Polskiej. Jestem tylko zwykłym współpracownikiem i to takim, który niewiele tam zarabia.

Po premierze, czyli zapraszam na targi

We wtorek w Domu Literatury odbyła się uroczysta premiera mojej najnowszej książki „Czucie i Wiara”, czyli warszawskie duchy. Spotkanie prowadziła Miłka Skalska, a fragmenty czytał Tomasz Sobczak. To ta książka, którą pisałam w ubiegłym roku, bo to na nią dostałam stypendium artystyczne Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

 

A wszystko zaczęło się od mojego opowiadania „Tajemnica przystanku tramwajowego” napisanego w prezencie dla nieżyjącego już dziś Tomasza Zygadły. Opowiadanie, zamieszczone po jego śmierci tu na blogu, przyciągnęło czytelników. Większość z nich uwierzyła, że to wszystko prawda, bo… skoro Paweł Biedziak brał udział w śledztwie, to taki tramwaj widmo musiał istnieć. Ta wiara w fikcję sprawiła, że zapragnęłam napisać więcej niż jedno warszawskie opowiadanie z duchami. I tak powstał najpierw pomysł, a potem… cała książka zatytułowana „Czucie i Wiara”, czyli warszawskie duchy wydana przez wydawnictwo LTW. Tuż po premierze książki obecny na niej Paweł Biedziak napisał do mnie:

Bardzo dziękuję za wczorajsze spotkanie. Jakubowicza spotkałem kiedyś na… przystanku tramwajowym w Jerozolimie. Może dojechał tam z Warszawy? Musiał uciekać z Polski, bo chcieli zrzucić na niego winę za zabójstwo Mańki Penconek. Zdążył. Ominęły go nie tylko fałszywe oskarżenia. Był smutny. Mówił mi, że tęskni za Warszawą. Za Chłodną i za Wysockiego. Jakubowicz okazał się niewinny. Pracuję nad rozwiązaniem zagadki.
Paweł Biedziak”

To, że żyjący bohater wszedł w historię jest najwyższą dla mnie nagrodą. Zresztą… nie jeden Paweł Biedziak tak zrobił. Bohaterem rozdziału o Pradze Północ jest m.in. warszawski przewodnik Mieczysław Janiszewski, który po premierze zadzwonił i powiedział, że… nazywa się „dziękowalski”. Dziękowali też inni, choć wielu nie przybyło na spotkanie. Wszystkich czytelników ciekawych książki zapraszam do internetowych księgarń lub do sieci księgarń Matras, a spotkać się ze mną osobiście i porozmawiać o książce będzie można na tegorocznych Warszawskich Targach Książki na Stadionie Narodowym. Zapraszam.

16 maja w g. 13:00-14:00
stoisko (40/BC) Stowarzyszenia Pisarzy Polskich

16 maja w g. 15:00-17:00
stoisko (136/D19) wydawnictwa LTW

17 maja w g. 10:00-11:30
stoisko (136/D19) wydawnictwa LTW

Ostatni erudyta, czyli jak poznałam przystanek

Zawsze, gdy przejeżdżam koło cmentarza Bródnowskiego myślę o leżących tam znajomych i bliskich. Paradoksalnie częściej o tych, związanych z zżyciem zawodowym. Miedzy innymi o Jurku Mikołajewskim – moim dźwiękowcu. Przed oczami stają mi nasze rozmowy o filmach. M.in. o filmie „Skarb”. Ileż Jurek znał na pamięć dialogów!

Przypomina mi się też mój montażysta Paweł Ślusarski i historia, gdy przyszłam do niego montować materiał o mammografii. Musiałam zrobić sobie mammografię, by mieć cokolwiek nakręcone i móc zrealizować reportaż o bezpłatnych badaniach. Ze zdjęć wróciłam „lekko upokorzona” całą sytuacją. Świecić gołym biustem przed kolegami z pracy to nie jest normalne. Tego dnia na montażu nie było żadnej kobiety. Zapukałam do montażowni do Pawła i powiedziałam:
- Byłam na mammografii z kamerą i muszę to zmontować u ciebie.
- Czemu u mnie? – Zainteresował się Paweł.
- Bo musiałam pokazać cycki, a to intymna sprawa i to mogę tylko z tobą z montować.
- Czemu ze mną? – Drążył zaintrygowany Paweł.
- Bo się przyjaźnimy i nie traktuję cię jak mężczyznę.
- Co takiego!? Proszę natychmiast opuścić moją montażownię!  - Paweł tak krzyczał, że aż ludzie z korytarza zaglądali! Ale temat zmontowaliśmy jednak razem.

Na Bródnie leży też Tomek Zygadło. Reżyser, z którym miałam przyjemność się kolegować, a może nawet przyjaźnić. Żegnałam go w swoim czasie tutaj, na blogu. Z Tomkiem, jak z niewieloma osobami, potrafiłam godzinami gadać o muzyce, sztuce, filmie, literaturze i religii. Był to ostatni znany mi erudyta, na naprawdę wielkim poziomie. Przyznam, że wielu rozmów z nim do dziś mi brakuje. Cieszę się, że w komputerze zostało mi po nim kilkanaście prześmiesznych i zakrapianych erotyzmem SMS’ów, bo mają klasę same w sobie. Cieszę się też z e-maili, które mam, ale żałuję, że to elektroniczne pamiątki, a nie coś namacalnego, jak niegdyś tradycyjne listy. Jest też kilka zdjęć, które robiłam mu podczas wspólnej wizyty na Bazarze Różyckiego. I jest mój tekst. Napisany specjalnie dla Tomka, jako zaczątek czegoś, z czego miał powstać scenariusz naszego wspólnego paradokumentalnego filmu. Filmu, który nigdy nie powstał. Zaczęło się od prostej rozmowy i prostej propozycji. Tomek powiedział, że jeździł na jakąś terapię do kriokomory na Targówek i tam zobaczył coś, co go zafascynowało. Pojechaliśmy we dwójkę to zobaczyć. Był to kawałek torów i przystanek widmo. Potem podjechaliśmy jeszcze na „Różyca” na „flaki po warsiasku”…  A potem odwiozłam Tomka do domu, sama pojechałam do siebie i napisałam tekst. Po prostu przystanek rozpalił moją wyobraźnię. Tekst leżał w przysłowiowej szufladzie od sierpnia 2010 roku. Chyba to jest ten czas, kiedy powinien ujrzeć światło dzienne…

Tajemnica przystanku tramwajowego

– Właściwie to wszystko zaczęło się dość dawno, ale nikt nigdy nie zwracał na to uwagi – powiedział sierżant Adam Wąsik z posterunku przy Jagiellońskiej. Jego pierwszego o to spytaliśmy. Bo mieszkańcy ulicy Piotra Wysockiego donieśli nam, że policja zrobiła im krzywdę, ale co dokładnie? Tego nie mogliśmy zrozumieć, bo krzyczeli jeden przez drugiego. – Wiecie państwo – tłumaczył Wąsik. – Kilka doniesień rocznie, a wszystkie brzmiały absurdalnie.
- To znaczy jak?
Sierżant Wąsik gestem wskazał kanapę ustawioną w rogu pokoju. Wiedzieliśmy. Historia będzie długa. Wąsik rozpoczął opowieść:
- Że niby w nocy na pewnym przystanku tramwajowym na Wysockiego pojawia się dziwny tramwaj, z którego wysiada kobieta. Przez jakiś czas coś mówi, a potem znika we mgle, a tramwaj odjeżdża.
- No w tym akurat nie ma nic absurdalnego. Ludzie mają różne nawyki. Może jest jakaś kobieta, która raz na jakiś czas…

- Proszę państwa… – sierżant Wąsik przerwał gwałtownie, westchnął nabrał w płuca powietrza i wypalił: – Tak by było, gdyby nie fakt, że torów jest tam kilkadziesiąt metrów, a tramwaje przestały nimi jeździć w latach 70-tych! Tramwaj nie ma skąd przyjechać i nie ma dokąd odjechać. Tory nie są połączone z żadną trasą, a sam przystanek jest zabytkowy. To taki punkt założony przez Towarzystwo Miłośników Tramwajów i Towarzystwo Miłośników Pragi na pamiątkę istniejącego tam niegdyś przystanku.

- A ludzie, którzy o tym donosili? Może pijacy?

- To, że znajdujemy się na Pradze nie znaczy, że wszyscy tu piją i łażą za przeproszeniem napruci jak szpadle – sierżant Wąsik wyraźnie się zirytował. – Gdybym uważał, że to pijacy to bym wam o tym nie mówił. Zresztą… długi czas uważaliśmy, że ci ludzie byli lub są pijani, więc doniesień nikt nie notował. Tylko potem zaczęliśmy badać ich alkomatem, a tu nic. Psycholog policyjny przychodził badać, czy nie wariaci, a tu nic. Nie stwierdzał odchyleń tylko silne wzburzenie czy zdenerwowanie. Jednego chcieliśmy skierować na badania psychiatryczne to się zdenerwował, ale powiedział: „Oczywiście. Pójdę, ale coś za coś. Pan tam postaw budkę wartowniczą i patrz, co się tam dzieje w nocy.” No i poszedł na te badania. Też nic nie wykazały.

- I co? Postawiliście tę budkę?

- Państwo myślicie, że to tak łatwo postawić budkę i oddelegować policjanta. Nie łatwo, ale… dogadaliśmy się z prewencją, by codziennie po zmroku przechodził tamtędy patrol policji.

- No i?

- Dugo nic się nie działo. Myśleliśmy, że to żarty aż pewnej nocy… dokładnie 21-go koło 9-tej okazało się, że naprawdę znikąd pojawił się tramwaj, z którego wysiadła kobieta.

- Jak to znikąd?

- Ci chłopcy, którzy byli w patrolu twierdzili, że wyjechał jakby z mgły. Mgła była i on pojawił się w tej mgle, zatrzymał na przystanku, a kobieta wysiadła i zaczęła monolog.

- A co mówiła?

- Nie słyszeli dokładnie, ale coś, że ją oszukał czy zdradził.

- Kto?

- Padło nazwisko, że Jakubowicz, ale wiecie państwo … Jakubowiczów to na Pradze mnóstwo. Sam założyciel Szmulowizny to się przecież Jakubowicz Zbytkower nazywał, bo to był taki Żyd Szmul syn Jakuba. No przecież nie będziemy biegać po wszystkich Jakubowiczach, bo nie wiemy, w jakim on wieku, kiedy to było i w ogóle, o co chodzi. Ale rzeczywiście z mgły wynurzył się tramwaj i ona z niego wysiadła i zniknęła. Kolesie nie chcieli tam więcej iść na patrol. Dogadałem się z komendantem prewencji, że przeniesie ich gdzie indziej i mają zakaz mówienia o tym kolegom. Sprawa owiana tajemnicą, a my nadal badamy teren. No i znów minął miesiąc… i nic się nie działo. I nagle okazało się, że jest znów 21-szy i 9-ta i znów na przystanek wjechał znikąd, jakby z mgły tramwaj, z którego wysiadła kobieta, znów coś mówiła i znów tramwaj odjechał, a ona zniknęła we mgle.

- Czyli zawsze 21-go?

- Dacie państwo skończyć? No, bo się okazało, że ona to robi nie tylko 21-go, ale zawsze o 21-szej, a tramwaj ma też numer 21. Zaczęliśmy śledzić tę historię, ale wiecie państwo, Komenda Stołeczna uważała, że to są jakieś fantasmagorie i bzdury. Znalazł się jednak taki w biurze prasowym kolega, który był fanem kryminałów, kina i tak dalej i powiedział, że był kiedyś w telewizji taki program o zjawiskach paranormalnych i niewyjaśnionych sprawach. Postanowił pójść tymi tropami. On wam resztę dopowie.

***

- No jasne, że pamiętam tę sprawę – młodszy aspirant Wojciech Pląsek uśmiechnął się i gestem wskazał nam krzesła przed swoim biurkiem. Siedzieliśmy w ciasnym pokoiku w pałacu Mostowskich. – Jak tylko o tym usłyszałem zadzwoniłem do Pawła Biedziaka. On długie lata był rzecznikiem, a teraz robi karierę w telewizji. I pytam się go, czy by nie chciał się prywatnie ze mną pobawić w takie śledztwo. Że jak coś z tego wyjdzie to pomyślimy, co z tym zrobić. Biedziakowi się pomysł najpierw nie spodobał, ale… przeczytał zapiski tych dwóch, co mieli ten pierwszy patrol, kiedy ten tramwaj z nią przyjechał i ona zniknęła we mgle. I to go zainteresowało. Potem poprosił o zapiski następnych, którzy patrolowali tę ulicę. No i powiedział, że może byśmy spróbowali poszukać jakichś dziwnych zdarzeń z tej ulicy. Takich jakichś niewyjaśnionych. Szło ciężko…, bo nie wiedzieliśmy, kiedy to miało miejsce.

- A policjanci? Ci, którzy widzieli tę kobietę?

- No oni nic nie umieli powiedzieć. No, co ja państwu będę mówił. No wiejskie głupki przywiezione do Warszawy. Pytałem, w jakim wieku, to mówili różnie. Jeden, że młoda, a drugi, że w średnim wieku. Ten, co mówił, że młoda był koło 40-tki, a ten, co mówił, że w średnim wieku to miał ze 20 lat. No to jak tu dojść do porozumienia?

- No i co panowie zrobiliście?

- Postanowiliśmy my we dwóch z Biedziakiem zaczaić się najbliższego 21-go koło 9-tej, by przyjrzeć się kobiecie. Mieliśmy dyktafon, aparat fotograficzny i patrzyliśmy i słuchaliśmy. Rzeczywiście nadjechał tramwaj…, ale wiecie państwo, nie taki, jakie teraz jeżdżą. To był stary tramwaj. To już wiedzieliśmy, że coś jest nie tak i tylko źli byliśmy na tych z patrolu, że tego nie powiedzieli. Zupełnie jakby takich tramwajów było mnóstwo na ulicach, a jestem pewien, że te głupie mośki to w życiu takiego tramwaju nie widziały. Ja już nie wiem, kogo to przyjmują do tej policji… – młodszy aspirant Pląsek się wyraźnie zirytował. – Gdyby od razu padła informacja, że to stary tramwaj. A to dopiero my musieliśmy to odkryć. W każdym razie tramwaj rzeczywiście wyłonił się z mgły. Zatrzymał się na przystanku i wysiadła z niego kobieta. Ubrana była tak, jak przed wojną. Na głowie miała kapelusz. Rzeczywiście coś powiedziała, że jakiś Jakubowicz ją porzucił i weszła we mgłę. Narobiliśmy zdjęć tramwajowi, kobiecie itd., ale wie pan… żadne nie wyszło. To znaczy zdjęcia były, ale na nich ani kobiety ani tramwaju. Co gorsza na dyktafonie nie było nic. To znaczy nagranie było. Słychać było dalekie odgłosy miasta, ale nie tramwaj i nie kobietę.

- No i co?


- No i znów minął miesiąc. Postanowiliśmy znów spróbować to nagrywać i fotografować, ale jeszcze zrobić jeden eksperyment. Zamknęliśmy całą tę ulicę. Ona jest ślepą wprawdzie, ale rozesłaliśmy patrole po domach, by wszyscy, którzy z tej ślepej ulicy korzystają wiedzieli, że tego dnia od 19-tej do północy będzie zamknięty przejazd tym ostatnim odcinkiem. No i wtedy też się ciekawe rzeczy okazały…

- To znaczy?

- Ludzie opowiadali, że wreszcie ktoś to wyjaśni, bo oni tam – rozumiecie państwo? Od lat 21-go starali się omijać ten przystanek. Bo jak o tym opowiadali, że to widzieli to ich za wariatów brano.

- A mówili, kiedy to się pierwszy raz pojawiło?

- Każdy mówił, że dawno, że jeszcze babka opowiadała, dziadek, ciotka, matka i tak dalej. No i zamknęliśmy ulicę. I Paweł, wymyślił, żeby na torach położyć coś takiego, co jak przejedzie po tym czymś tramwaj to będzie widać, że przejechał. No, ale nie chcieliśmy, by to było coś, co by ten tramwaj wykoleiło, więc wpadliśmy na pomysł, że tak jak w dzieciństwie położymy na torach starą aluminiową złotówkę. Kiedyś, jak się taką złotówkę kładło, to ona się robiła płaska. No i teraz, wiecie państwo, tramwaj przyjechał, jak wtedy, ona wyszła, jak wtedy, zdjęcia nie wyszły, jak wtedy, nagranie się nie udało, jak wtedy i doszła do tego złotówka. Nienaruszona. Paweł zajął się wtedy złotówką. Ja pobiegłem za kobieta, ale rozpłynęła się we mgle w najbliższych zaroślach.

- No i?

- No i minął kolejny miesiąc. Znów zamknęliśmy ulicę. Choć już moje szefostwo patrzyło na mnie, jak na wariata. Biedziak biedził się w archiwach i szukał śladu jakiegoś wydarzenia sprzed lat. No i znalazł. W przedwojennym Kurierze Warszawskim z  lipca 1925 roku ogłoszenie, że taka Mańka Penconek z Pelcowizny handlująca na Kiercelaku zaginęła. I było zdjęcie. A na nim… ta kobieta z tramwaju. No i w gazecie było napisane, że ostatni raz widziano ją, jak 21-go na Chłodnej wsiadła do tramwaju nr 21. To wszystko się zgadzało, bo przedwojenny tramwaj nr 21 miał te trasę. Dokładnie z Woli na Pelcowiznę przez Chłodną i Wysockiego. Biedziak poszedł tym tropem. Udało mu się dotrzeć do faceta, którego ojciec znał Mańkę. Ta Mańka była podobno piękna. Co zresztą widać na zdjęciu. Ona na tym bazarze poznała jakiegoś bogatego pana, który zawrócił jej w głowie. I jak to bogaty pan. Wykorzystał. A ona zaszła w ciążę. Podobno mu o tym powiedziała. Wtedy wyszło na jaw, że on żonaty. Ona biedna próbowała szantażu, że jego żonie powie. Ale on się nie ugiął. Powiedział, że mogła z nim, to mogła z każdym i że to nie jego dziecko. Krótko potem Mańka zaginęła.

- I? – Spytaliśmy, bo aspirant Pląsek zawiesił głos.

- No Biedziak to szalony facet! Postanowił zrobić ostatni eksperyment. Kolejnego 21-go znów zamknęliśmy ulicę. Zgody Komendy wprawdzie już nie miałem, bo zaczęli mnie brać za wariata, ale mieszkańcy nie muszą wiedzieć, że zgody nie mam. Tyle razy miałem to i nakłamałem, że nadal mam. I zamknęliśmy ulicę, a jak tramwaj się wynurzył, to Biedziak rzucił się pod koła.

- I co? I co?

- No i nic! Żyje! Tramwaj po nim przejechał! Sam widziałem! A Biedziak nawet tego nie poczuł! I wtedy, jak ona wysiadła z tego tramwaju, to ją zwałowałem.

- I co?

- I ona się odwróciła. I popatrzyła na mnie tak smutno. I powiedziała, że Jakubowicz ją oszukał, zdradził… i weszła w te krzaki i znów rozpłynęła się we mgle. I wtedy ja wpadłem na pomysł, że trzeba w tych krzakach zacząć kopać. I następnego dnia zgłaszam to szefowi. A on mi mówi, że to już szczyt, że dość tych żartów, że mam się leczyć, że mnie wyśle na urlop, bo zdurniałem do reszty. Więc z Biedziakiem się wkurzyliśmy i sami za własną kasę najęliśmy robotników, którzy zaczęli w tych krzakach kopać. No i robotnicy znaleźli.

- Co?

- Nie „co”, tylko „kogo”! Mańkę Penconek znaleźli! Została zamordowana. W tych krzakach, jak tylko wyszła z tramwaju. Ciało też morderca od razu zakopał i tak przeleżała Mańka w ziemi ponad 85 lat!

- Ale jak się mordercy udało to ukryć?

 

- Tam obok jest taki pomnik. Wybudowany w 5-tą rocznicę cudu nad Wisłą. Pomnik stawiano akurat w 1925 roku, by był gotowy na 15 sierpnia. Pewnie było tam rozkopane. A co to za filozofia kilka metrów dalej wykopać grób dla kogoś? Pewnie ziemia w tym miejscu była zresztą odrzucona z dołu na fundamenty do pomnika… musiała Mańka sama się upomnieć o swój grób i modlitwę. No i tylko na nas mieszkańcy wściekli. Bo…, wiecie państwo, ludziom to trudno dogodzić. Najpierw się wściekali, że tramwaj widmo mają, a teraz się wściekają, że już go nie mają. Mówią, żeśmy im taką piękną legendę zabili. A myśmy nic nie zabili. To ten Jakubowicz prawdopodobnie zabił Mańkę.

- A z nim co się stało?

Tu aspirant Pląsek ściszył głos:

- Nad tym to jeszcze pracujemy. Biedziak jest na tropie.

sierpień 2010

PS Kilku znajomych zmylił Paweł Biedziak. Myśleli, że to autentyczna historia…

Jak tu żyć bez Jego esemesów?

Od kilku dni wiedziałam, że jest w szpitalu. Dwa razy dzwoniłam. Odebrał, ale nie odzywał się słowem. Myślałam, że trwa obchód lub badanie lekarskie. Dziś znów zadzwoniłam. W słuchawce usłyszałam jego głos na sekretarce: „Cześć, tu Tomuś…”  Nie nagrałam się. Stwierdziłam, że może je obiad. Postanowiłam zadzwonić później. Nie zdążyłam. Nie minęło pół godziny gdy od wspólnego znajomego otrzymałam SMS: „Gosiu, dziś umarł Tomek Zygadło!”.
Boże! Została mi masa wspomnień z kilkudziesięciu spotkań, setek rozmów telefonicznych i tysięcy esemesów, które słaliśmy do siebie.
Napisaliśmy razem eksplikację filmu – udawanego dokumentu fabularyzowanego zatytułowanego „Tajemnica przystanku tramwajowego”. Tomek opowiedział mi o pewnym przystanku przy ulicy Wysockiego na Pradze. Ja wsadziłam go w samochód i pojechaliśmy tam oboje. Zrobiłam kilka zdjęć do dokumentacji. Dwa dni później napisałam tekst-opowiadanie. Wysłałam je Tomkowi, a on na podstawie mojej historii i swoich wyobrażeń stworzył eksplikację. Przysłał ją mnie, a ja naniosłam swoje poprawki. Tułaliśmy się z tym po telewizji kilka miesięcy. Bezskutecznie. Ja nie mam żadnych politycznych pleców, on miał opinię trudnego człowieka, który najlepsze lata ma już za sobą. Nigdy nie dowiemy się czy to prawda. Ja uważam, że do końca miał twórczy umysł. Był jedną z najinteligentniejszych osób, jakie kiedykolwiek poznałam. Gadaliśmy godzinami o filmach, sztukach teatralnych, kulturze żydowskiej i islamskiej, Izraelu, w którym Tomek reżyserował spektakle teatralne, muzyce poważnej, którą jako syn skrzypka uwielbiał.
Potrafił motywować do działania. Kibicował mi, gdy rok temu robiłam reportaż o pociągu z ochotnikami z 1920 roku. Przyszedł na promocję mojej książki „LO-teria”. Gdy spotykaliśmy się przepytywał ze znajomości twórczości poszczególnych wybitnych reżyserów – Bergmana, Antonioniego, Bunuela i innych. Lubił gadać o filmie. Rok temu zabrałam go do Iluzjonu na premierę po remasteringu cyfrowym  filmu „Rękopis znaleziony w Saragossie” Wojciecha Hassa. W przerwie opowiadał mi anegdoty o Hassie, a ja… nie byłam dłużna. Żartował, że zdałam egzamin na jego… żonę. Potraktowałam to oczywiście z przymrużeniem oka, bo on był żonaty, a i moje serce jest zajęte. Tomek przysyłał mi najzabawniejsze esemesy, jakie kiedykolwiek otrzymywałam. Tomek lubił w nich wcielać się w różne role. Bywał więc Sardanapalem, Hammurabim, Zygmuntem Freudem, Allahem Akbarem, Adamem Mickiewiczem i długo jeszcze mogłabym wymieniać te esemesowe wcielenia. Nie wszystkie esemesy nadają się do zacytowania, bo oboje lubiliśmy świntuszyć, ale dwa ostatnie to swoiste perełki. 
„Most, który wybudowałem do Twego serca i nazwałem Mostem Czułości władze chcą przemianować na łączę im. Róży Luxemburg. Co ty na to? Roman Dmowski.”
Odpowiedziałam krótko posługując się cytatem rodem z „Władców móch”: „Na polucje Witosa. To straszne. Nadieżda Krupska.” Odpowiedź przyszła natychmiast. „Cieszę się, że reagujesz na moje komunikaty. Jestem uparty i nigdy ci nie odpuszczę. Tel na policję 997, ale tego się nie boję. Byłem na Bornholmie i dla ratowania Twej cnoty rzuciłem się przez morze. Twój Stefan Cz.”
I tylko żal mi, że to ostatni esemes. Żal, że jakiś czas temu skasowała mi się cała pamięć w telefonie i zostało mi ich tak niewiele… tylko kilkanaście…  A jeszcze tydzień temu Najbliższy mi radził: „Ty to chowaj i notuj. Z tego powinna powstać książka.” Nie powstanie. Los właśnie brutalnie ją zamknął zanim wraz z Tomkiem zdążylismy napisać pierwszy rozdział.