Archiwa tagu: Tropiciele

Pokolenie Romboli, czyli dokąd zmierza świat?

Podobno prawidłową drogą ewolucji jest to, że kolejne pokolenia są mądrzejsze od poprzednich, dzieci zdobywają wyższe wykształcenie niż rodzice, lepiej rozumieją świat. Czy rzeczywiście? Zastanawiam się nad tym od dobrych kilku lat. A powodem jest drastycznie obniżający się poziom moich nastoletnich czytelników, co podczas spotkań autorskich stwierdzam z prawdziwym smutkiem. Niestety inteligentny czytelnik trafia się, ale rzadziej niż kiedyś. I słowo „trafia się” jest tym najsmutniejszym.

Mija właśnie 20 lat, gdy na łamach „Cogito” publikowałam felietony „Wzrockowisko”. Były to okołomuzyczne teksty o tym co dookoła nas. Muzyka była tylko pretekstem do opowiedzenia o tolerancji, głupocie itd.. Nazywałam je wyrobem muzykopodobnym, bo były jak wyrób czekoladopodobny w stosunku do czekolady. Trochę trąciły muzyką. Były jednak o świecie. Dostawałam wtedy setki listów. I to takich pisanych jeszcze pocztą tradycyjną. Czytelnicy pisali mi różne rzeczy i choć zdarzały się listy prowokacyjne to większość była takimi od inteligentnych nastolatków. Czy dlatego, że pismo, które czytały było/jest dla chcących czegoś więcej niż konsumpcja?

Co się zmieniło w ciągu tych dziesięciu lat? Raczej nie jest to tylko i wyłącznie (a może nawet wcale) sprawka gimnazjów, bo gimnazja były i 10 lat temu, a jednak gdy ruszałam na spotkania autorskie, mój czytelnik posiadał o wiele większą wiedzę ogólną niż ten obecny. Teraz jest prawdziwy dramat.

Jakieś 2 lata temu, co opisywałam zresztą na blogu, nie po raz pierwszy na spotkaniu z licealistami (i warto podkreślić, że byli to licealiści), gdy mówiłam o swojej dokumentalnej książce „Dziewiętnastoletni marynarz” poświęconej historii brata mojego dziadka – ucznia polskiej szkoły morskiej w Tczewie, gdy spytałam: „Jak myślicie, czemu na początku lat 20-tych Szkołę Morską otwarto w Tczewie” usłyszałam odpowiedź: „Bo Tczew leży nad morzem!”. Musiałam znowu rysować na tablicy z głowy mapę Polski, nanosić na niej Tczew i tłumaczyć, że jednak nad morzem nie leży, a szkołę otwarto tam, bo stamtąd był jeden z założycieli Szkoły, ponadto Tczew miał dobre połączenie kolejowe z Gdańskiem, nie było jeszcze wtedy portu w Gdyni, że Polska miała krotką linię brzegową, że Gdańsk był wolnym miastem, a jego ludność stanowili w ponad 90% Niemcy. Tego dnia, po raz pierwszy, gdy przeszłam do pytania o to, czemu statek szkolny „Lwów” nazwano „Lwów” usłyszałam, że dlatego, że Lwów… leży nad morzem! Spytałam nad jakim i dowiedziałam się, że nad Bałtykiem. Potem padła powtarzająca się od kilku lat, a nieobecna na spotkaniach autorskich 10 lat wcześniej (książka ukazała się w 2005 roku) koncepcja, że statek nazwano tak dlatego, że… Lwów to polskie miasto. Gdy zwracałam uwagę, że polskimi miastami są Kraków, Poznań czy Łódź, a jednak statek nazwano Lwów, jeden życzliwy czytelnik dorzucił jeszcze, że polskim miastem jest… Szczecin. Nie miał refleksji, że w 1920 roku Szczecin nie należał do Polski, a gdy zwróciłam mu na to uwagę był zdumiony. Łączenie faktów historycznych z geografią okazało się dla niego i wielu innych czymś niezwykle karkołomnym. O bitwie o Lwów, o Orlętach Lwowskich nie słyszał nikt ze zgromadzonych wtedy na sali licealistów. Popłakałam się. Powiedziałam, że jeśli choć trochę mnie polubili to proszę ich, by w domu na YouTube posłuchali piosenki „Orlątko” do słów Artura Oppmana. Do domu wróciłam przygnębiona.

Teraz jest jeszcze gorzej. Lwów i Tczew leżące nad morzem stały się normą. Na dodatek pojawił się zanik logicznego myślenia.

Od początku mojej „kariery” pisarskiej jeżdżąc na spotkania autorskie pokazuję różne prezentacje poświęcone swoim książkom. Jedną z nich jest kryminał dla młodzieży pt. „Tropiciele”, który po raz pierwszy ukazał się w 2006 roku, a ostatnio pół roku temu nakładem Naszej Księgarni. Jego bohaterowie szukają skarbu, a wskazówki dotyczące skarbu ukryte są na pocztówkach w postaci rebusów. Ostatnie dwa lata to dla mnie rebusowy horror. Oto co drugie spotkanie wygląda tak, że czytelnicy nie są w stanie rozszyfrować prostego rebusu.

Specjalnie dla moich potrzeb rysownik Robert Trojanowski do pierwszego wydania książki do autentycznych pocztówek Wacława Chodkowskiego, będących niemymi bohaterami książki, dorobił rebusy. Ich rozwiązanie to imię i nazwisko osoby na pocztówce. Oczywiście osoby fikcyjnej. Nie myślałam, że imię Alina ukryte pod rysunkiem przedstawiającym literę A i linę jest nie do odcyfrowania dla czytelnika. A jednak!

Z kolejnymi rebusami radzą sobie raz lepiej raz gorzej, najlepiej z Jerzym Piekarskim, ale dramat następuje, gdy na pocztówce pojawia się facet, którego imię ukrywa się pod symbolem pewnego koloru w kartach i litery L.

Współczesne nastolatki nie grają w karty, a jeśli już to rzadko. Chyba też nie znają tych szlachetnych nazw, jak „kier,”, „karo”, „piki” czy „trefle”, ale nawet nie znają tych nazw tzw. plebejskich jak: „dzwonek”, „czerwień” vel „czerwo”, „żołądź” oraz „wino”, gdyż ich zdaniem postać na pocztówce to nie Karol Jabłoński a… „Rombol”! Gdyż symbol „karo” jest im nieznany. Oczywiście powinnam się cieszyć z wiedzy o istnieniu rombu, bo to znaczy, że geometria jeszcze w szkołach jest, ale… co z ogólną wiedzą? Nauczycielki tłumaczyły to brakiem rebusów w podręcznikach. Ale czy od kilkunastu lat nie jesteśmy coraz głupsi? Dokąd zmierzamy?

Przypomniała mi ostatnio znajoma o starym eksperymencie amerykańskiego etologa Johna Calhouna. Eksperyment przeprowadzał on na myszach i powtarzał kilkakrotnie. Za każdym razem wyniki były takie same. Eksperyment polegał na tym, że postanowił stworzyć myszom raj. Co mu z tego wyszło?

Mysia utopia. Na zdjęciu John Calhoun. Źródło: Wikipedia

Jego myszy miały nieograniczony dostęp do pożywienia, wody i materiałów do budowy gniazd, pozbawiono je zagrożenia ze strony drapieżników, a w zamian za to otrzymały opiekę medyczną, by uchronić populację przed chorobami zakaźnymi. Jedynym ograniczeniem była powierzchnia – gigantyczna klatka o podstawie kwadratu o bokach długości 2,7 metra i wysokości 1,4 mogła pomieścić maksymalnie 3840 osobników. Jednak takiej liczby osobników nie udało się wyhodować. Wpuszczone do środka 4 pary myszy rozmnożyły się, ale populacja osiągnęła maksymalnie 2200 osobników, gdyż po jakimś czasie w tym idealnym świecie myszy rodzaju męskiego stały się homoseksualne, a te rodzaju żeńskiego zatraciły zdolność reprodukcji. Ostatni tysiąc mysich osobników nie wykształcił w sobie jakichkolwiek reakcji społecznych. Nieznana im była agresja oraz zachowania prowadzące do ochrony gniazda i potomstwa. Nie angażowały się w inne działania niż picie, jedzenie, spanie oraz dbanie o siebie. Osobniki w tym czasie wyglądały wyjątkowo ładnie i zadbanie, ale nie potrafiły poradzić sobie z jakimkolwiek nietypowym bodźcem. Choć wyglądały wyjątkowo dobrze, były również wyjątkowo głupie. Ostatnie zapłodnienie miało miejsce w 920 dniu trwania eksperymentu, a ostatnia mysz umarła w samotności w dniu 1588.

W którym dniu eksperymentu my jesteśmy? To oczywiście tylko prowokacyjne pytanie, bo krytycy Calhouna twierdzą, że eksperymenty laboratoryjne badają organizmy umieszczone w warunkach całkowicie odmiennych od naturalnych, co wpływa na morfologię i funkcjonowanie ich mózgów, a więc na ich zachowania, rytm dobowy, rozród, reakcje na stres. W efekcie uzyskane wyniki nie muszą prowadzić do wniosków dotyczących organizmów w warunkach innych niż założone w badaniu.

Ale z drugiej strony czy warunki bytowe jakie sobie tworzymy, te zamknięte getta osiedli, ta pełna izolacja od zarazków etc. nie sprawiają, że zamieniamy świat wokół siebie w laboratorium? Czy to dlatego tak głupiejemy?

Gdy miałam 15 lat w I klasie liceum im. Księcia Józefa Poniatowskiego w Warszawie na lekcji historii pani profesor Maria Wernik opowiadała o tym, jak małpa uczłowieczyła się przez pracę. Opowiedziała, że dowodem na to jest wynalezienie przez nią pierwszego narzędzia. Jakiego? Oto pani profesor podała przykład małpy, której nie chciało się wchodzić na drzewo, ale chciało się zjeść wiszącego na nim banana. Dlatego zamiast wchodzić na to drzewo głodny małpiszon wziął z ziemi kijek i postanowił rzucać tym kijkiem, by zrzucić banana. Na to wszystko odezwałam się ja i powiedziałam, że jest to przykład na uczłowieczenie się przez lenistwo, bo małpie nie chciało się wchodzić na drzewo. Że to podobnie jak z pilotem do telewizora, które to urządzenia już są na zachodzie (był rok 1982), który wymyślono, by człowiek nie wstawał z fotela czy kanapy. Rozpętała się burza. Do szkoły wzywano ojca, bo jak powiedziała pani profesor swoim stwierdzeniem o uczłowieczaniu się małpy przez lenistwo a nie pracę podważyłam „Dialektykę przyrody” Fryderyka Engelsa. (Potem wyrzucono mnie z tej szkoły, ale to już inna historia.)

Nie wiem co powiedziałby Engels, gdyby spotkał Calhouna i zapoznał się w wynikami jego badań, ale patrząc na myszy, małpy i ludzi, a zwłaszcza czytelników mam wrażenie, że z lenistwa, z powodu którego wynajdujemy coraz wymyślniejszy sprzęt, by jak najmniej pracować, jak najwięcej odpoczywać i bawić się, degenerujemy się i stajemy pokoleniem Romboli.

Pozostaje pytanie: jak Rombole przejmą władzę nad światem, gdy wymrze moje pokolenie, czy pokolenie mojego syna skoro teraz nie radzą sobie z geografią i prostymi logicznymi zadaniami?

Prosto z drukarni #dom #ksiazka #loteria #lo-teria #naszaksiegarnia

Jeszcze dwie książki, czyli gram

Pisałam ostatnio, że od wielu, wielu lat gram z Wielką Orkiestrą Świątecznej Pomocy wystawiając na licytację swoje książki z autografem. Po ostatnim wpisie odezwało się do mnie kilku znajomych z pytaniem, czy nie boję się, że udział w aukcji sprawi iż zostanę wyrzucona z TVP. Nie bardzo można mnie wyrzucić, bo nie jestem pracownikiem tylko współpracownikiem – to raz. Nie wiem ile razy mam też mówić czy pisać, że nie ma mnie tam ostatnio na grafiku, więc nie można mi za bardzo nic odebrać. Poza tym od zawsze twierdzę, że moment, w którym mnie wyrzucą będzie oznaczał, że ta instytucja nie zasłużyła na mnie. Były też głosy, że jak mogę być tak głupia i wystawiać coś na aukcję TEGO człowieka. Cóż… jestem tak samo głupia jak Caritas Polska, które przekazało na cele WOŚP lampę oliwną w kształcie gołębia pokoju, wykonaną przez chrześcijan z Bliskiego Wschodu oraz jak prezydent RP Andrzej Duda, który przekazał na licytację swoje spinki do mankietów.

Ale te telefony, gadki na facebookowym czacie czy maile z pytaniami bądź sugestiami, że wiele ryzykuję lub jestem głupia sprawiły, że gdy teraz listonosz przyniósł mi prosto z drukarni egzemplarze „LO-terii”, czyli drugiego wydania „Klasy pani Czajki” postanowiłam dorzucić jeszcze do aukcji dwie książki. Wspomnianą „LO-terię” oraz dokumentalną „Syn dwóch matek”, której oficjalna premiera będzie miała miejsce 26 stycznia o 18:30 w Domu Spotkań z Historią.

„Syn dwóch matek” to historia dziecka Zamojszczyzny Jana Tchórza – prywatnie mojego stryja, który w czasie wojny był dwukrotnie wydzierany od matki. Raz biologicznej, a drugi raz adopcyjnej, którą była moja babcia Janina Piekarska. Stryj został odebrany biologicznej matce, bo był chory. Niemiecka schwester twierdziła, że w szpitalu będzie miał lepszą opiekę. Do dziś nie wiadomo, czy pociąg, z którego go wydobyto na Dworcu Wschodnim w Warszawie jechał do Oświęcimia (jak wtedy mówiła Warszawa), czy może do Niemiec na zniemczenie. Faktem jest, że to, iż po wojnie stryj wrócił na Zamojszczyznę zawdzięcza całej rzeszy ludzi dobrej woli. Polskim kolejarzom, pracownikom Rady Głównej Opiekuńczej, fotografowi, który zrobił mu zdjęcie, gdy odplombowano wagon, dzięki czemu rozpoznała go na zdjęciu biologiczna matka oraz moim dziadkom – Janinie i Bronisławowi Piekarskim. Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy to też akcja wielu ludzi dobrej woli, choć przez ostatnie lata zdarzają się tacy, którzy próbują ją zdyskredytować. Dla mnie liczą się fakty. Sprzęt ufundowany z publicznych składek istnieje. To wbrew pozorom taki sam fakt, jak ten, że mój stryj ocalał z wojennej pożogi i wrócił do swojego rodzinnego domu. Do licytacji zapraszam więc wszystkich ludzi dobrej woli, dla których ważne jest, żeby jakkolwiek pomagać innym. Udział w licytacji moich książek to także dobra okazja na pomoc biednym bibliotekom, bo każdą z moich książek nie tylko podpiszę zgodnie z życzeniem licytującego, ale mogę też przesłać w dowolne miejsce na świecie. I proszę już więcej nie pisać mi głupot o złym Jurku Owsiaku. Od osądzania uczynków są specjalne sądy z Ostatecznym na czele i to nie my w nim zasiadamy.

A na koniec tyko przypominam, że w tym roku cele Orkiestry są dwa:

  1. ratowanie życia i zdrowia dzieci na oddziałach ogólnopediatrycznych,
  2. zapewnienie godnej opieki medycznej seniorom. 

Poniżej linki do wszystkich licytacji:

Poza tym klikając w okładki książek można się przenieść na stronę konkretnej licytacji…

   

Tradycyjnie gram wraz z Orkiestrą

Od wielu lat, jak co roku, gram wraz z Wielką Orkiestrą Świątecznej Pomocy. W tym roku cele są dwa:

  1. ratowanie życia i zdrowia dzieci na oddziałach ogólnopediatrycznych,
  2. zapewnienie godnej opieki medycznej seniorom. 

Udział w licytacjach moich książek to okazja do upieczenia dwóch pieczeni na ogniu. Moje książki można wylicytować wspierając oba w/w cele Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, ale także wygrywając licytację można wesprzeć dowolną placówkę biblioteczną, gdyż nie trzeba książek licytować dla siebie. Wygrywający może zażyczyć sobie, bym wysłała książkę w dowolne miejsce i do dowolnego odbiorcy – Biblioteki Szkolnej w zapadłej wsi, do Domu Dziecka itd. Każda książka będzie z autografem i dedykacją zgodnie z życzeniem wygrywającego licytację.

Poniżej linki do licytacji:

Po co są książki, czyli słówko o protestującej mamusi

Gdy kilka lat temu była dyskusja o zmianie lektur szkolnych, bo są nudne i nie zachęcają do czytania, oniemiałam. Lektury szkolne nie mają zachęcać do czytania! One mają uczyć historii literatury – polskiej i światowej. Chyba dotarło to wreszcie do decydentów, bo wrzawa wokół tematu ucichła. Niestety rozgorzała gdzie indziej. Czemu służą książki w ogóle? Zwłaszcza te dla dzieci i młodzieży?

Dostałam ostatnio taki list (pisownia oryginalna):

,,Mamo co to jest dziwka?”
Takie pytanie zadała mi moja dziesięcioletnia córka po przeczytaniu książki  Pani Małgorzaty Piekarskiej pt. ,, Tropiciele”. Nie mogłam uwierzyć że taką informację uzyskała z książki dla dzieci, na pewno z szkoły , z podwórka…
A jednak nie. Moje dziecko pierwszy raz wymówiło słowo DZIWKA dzięki książce dla dzieci.
Po moim oględnym wytłumaczeniu znaczenia tego słowa stwierdziła że są tam też inne brzydkie słowa np ,,kuźwa” i że to dziwne że są tam takie rzeczy bo ,,przecież z książek czerpie się wiedzę!”
Moja córka przez dziesięć lat swojego życia miała kontakt z różnymi dziećmi z różnych środowisk. Chodziła do zwyczajnego przedszkola, teraz chodzi do zwykłej publicznej szkoły. Mieszkamy na zwyczajnym osiedlu gdzie gania po podwórku z dzieciakami z różnych domów i pomimo to nigdy nie słyszała tego słowa!
Są tam też inne ,,zarypiste” słowa : gnojek, mendo i usrana …  Czy taką wiedzę chcecie przekazywać dzieciom?
Oczywiście są dzieci które używają takich słów a nawet lepszych i robią takie rzeczy których dorośli nie zrobią przez całe swoje życie. Pracowałam z takimi dziećmi to wiem. Jednak to są dzieci nieszczęśliwe! Dzieci zaniedbane i zepsute przez dorosłych od których biorą przykład.
Dzieci rodzą się piękne i czyste w środku.  Wszystkie.To dorośli sprawiają że staja się zepsute, wulgarne i zblazowane.  Dzieci powinny pozostać jak najdłużej niewinne i naruszone brudem świata.
Powinno się je otaczać miłością, pięknem i poczuciem bezpieczeństwa. Powinno się je uczyć dobrych rzeczy. Dobrze odnosić się do siebie nawzajem a nie ,,cool” sformułowań dziwka, zarypińscie, usrana itd. Na to naprawdę jest całe życie. A dzieci jednak tak się  do siebie nie odnoszą jak to się wydaje autorce. Dlaczego coś takiego promuje?
Dlaczego Wy coś takiego popieracie? Mówicie tak do swoich dzieci?
Zostałam oszukana. Z reguły zakładam że ludzie są dobrzy i tak podchodzę do świata , niestety z naiwnością!
Widząc książkę dla dzieci zakładam że jest to coś specjalnego. Coś wyjątkowo stworzonego z troską i dbałością bo to książka dla DZIECI! Powierzyłam wam coś najcenniejszego co mam. Moją córkę, jej wrażliwość i wyobraźnię. Z zaufaniem wpuściłam Was do jej dziecięcego świata.I czego się nauczyła ? Słowa ,,dziwka”.
Jak to zrekompensujecie? Ale co to takiego złego? I tak by się nauczyła…
A ja się nauczyłam że nie można ufać ludziom, którzy określają siebie przyjaciółmi dzieci i dla nich tworzą. To wszystko fałsz. Dziękuje za tę lekcję.
Książkę tę dostała w prezencie od koleżanki. Jej mama ją kupiła. Zachęcił ją opis książki z tyłu okładki , taki piękny i gładki!:”

Odpisałam owej Pani następująco:

„Szanowna Pani,
książka jest na rynku od 10 lat i pierwszy raz spotkałam się z zarzutem, że są w niej niestosowne rzeczy. Jest ona przeznaczona dla młodzieży, a nie dzieci, gdyż pisana była z myślą o czytelnikach powyżej 11-go roku życia. Bohaterami są gimnazjaliści. Gdyby przeczytała Pani książkę w całości razem z córką, zobaczyłaby Pani, jakie wartości ona promuje i na pewno nie jest to przeklinanie czy wyzywanie. Sądzę, że ocenianie po wyrwanych z kontekstu fragmentach nie jest odpowiednie.
W ciągu dziesięciu lat od pierwszego wydania książka nie zebrała ani jednej negatywnej recenzji. A pisali je specjaliści od tego typu literatury. Czytali oni książkę, jako całość, a nie wyrwane z kontekstu zdania, czy słowa. W wielu szkołach jest omawiana ona, jako lektura i nikt z nauczycieli nie miał o te słowa pretensji, nie uznał też ich za niestosowne w tej formie i kontekście, w jakiej są one w tej książce napisane. Faktem jednak jest, że były to klasy szóste (koniec szkolnej edukacji) lub pierwsze gimnazjum. Myślę jednak, że brak reakcji nauczycieli na to, co oburzyło Panią o czymś świadczy. Wielokrotnie czytałam wypracowania na temat tej książki. Dotyczyły one także młodzieżowego języka.
Poniżej odsyłam do recenzji. Są zebrane na mojej stronie z podaniem źródeł:

http://piekarska.com.pl/?page_id=1937

Bardzo Pani współczuję sytuacji. Niestety jest to tylko dla mnie dowód, że przez całą podstawówkę lepiej czytać książki razem z dziećmi i na bieżąco omawiać z nimi to, co się przeczytało. Ma Pani cudowną córkę, która zapytała. I to jest w tej sytuacji najważniejsze. Zachęcam do przeczytania książki – zobaczy Pani, ze nie ma czego się bać.”

Pani jednak nie przyjęła argumentów. Zaczęły się kolejne listy, a w nich opowieści o jej kryształowej rodzinie, w której nikt nie mówi żadnych brzydkich słów. I kryształowej dziewczynce, którą właśnie niemal „pozbawiłam cnoty”, bo pewne wyrazy: „dziwka”, „zarypiście” (nomen omen wymyślone przeze mnie), „usrany”, „gnojek” i „menda”) poznała dopiero w mojej książce. Naprawdę? Aż wierzyć mi się nie chce. Gdzież to dziecko się uchowało? Gdy mój syn był w 2 klasie podstawówki i jeździłam z jego klasą na basen, za każdym razem musiałam uspokajać dzieciaki, wyzywające się od „chujów”, „pedałów” i mówiące do siebie „spierdalaj cwelu” tudzież „won kurwo”. Działo się to wśród dzieci z Saskiej Kępy, uczniów szkoły uchodzącej za jedną z lepszych w dzielnicy, których rodzice nie byli menelami, a aktorami, naukowcami, prawnikami itd. Wynosiły te słowa nie z domów, ale np. z telewizji i filmów szpiegowskich, które rodzice oglądali przy nich zupełnie nieświadomi, że dziecko chłonie to, co mówią bohaterowie np. policjanci w slumsach.

Jako ciekawostkę wyznam, że owa pani wysłała swój list nie tylko do mnie. Także do mojego wydawcy, patronów medialnych, dyrekcji i władz TVP itd. Tamże odesłałam i ja swoją odpowiedź, bo uznałam jej wysyłanie do dyrekcji za wywieranie na nich nacisku do rozprawienia się ze mną. Ona swojej kolejnej odpowiedzi już do nich nie posłała, więc zostałyśmy na dobry tydzień przy wymienia zdań „jeden do jednego”. Korespondencja pewnie nadal by trwała, gdybym nie urwała jej stwierdzeniem, że z mojej strony temat został wyczerpany. Pani i tak nie zrozumie, że celem książek dla młodzieży jest rozbudzenie zamiłowania do czytania, a także obeznanie z otaczającym światem. Ten zaś jest, jaki jest. Nie zachęcimy do czytania książkami uładzonymi, tak jak nie zrobimy tego lekturami szkolnymi, których celem jest nauka historii literatury lub historii w ogóle. Nie zrobi się tego podsuwając nastolatkom papierowych, grzecznych bohaterów, którzy szurają nóżkami i co chwile mówią: „Tak, mamuniu! Nie, mamuniu!”. Od takich historii dzieciaki naprawdę uciekają.  

Podzieliłam się korespondencją z przyjaciółką pisarką Małgosią Strękowską-Zarembą. Jej książki dla dzieci z serii o Filipku też zostały w swoim czasie zaatakowane przez jakąś babcię, która oburzała się, że ich bohater Filipek Zaskroniec jest wyzywany przez kolegów od… „padalców”! No straszne! Protestująca przeciwko Filipkowi Pani też napisała swoje pismo wszędzie gdzie się dało. Małgosia też pisała wyjaśnienia. Pani nie zrozumiała. Tak, jak ta moja. W jednej z książek o Filipku bohater obsiusiał babcię. To też wywoływało oburzenie różnych starszych babć. Ja załamywałam nad nimi ręce. Dlaczego? Otóż gdyby żyła moja mama, to skończyłaby w tym roku 89 lat. Pamiętam jej historię z rodzinną awanturą, kiedy… obsiusiała własną matkę! A tak! Rzecz działa się przed wojną. W czasach, gdy niemal w każdym polskim domu wisiała dyscyplina w postaci sarniej nóżki do okładania nią nieposłusznych dzieci. Mama coś przeskrobała, a była wyjątkowo niegrzecznym dzieckiem, którego w niegrzeczności n a głowę bił tylko rodzony starszy brat – wuj Stefan, później żołnierz Armii Krajowej. Babcia goniła niegrzeczną mamę, by dać jej sarnią nóżką w skórę. Mama uciekała dookoła okrągłego stołu w salonie odwracając za sobą krzesła, by spowolnić pościg. Wreszcie wypadła do ogrodu i wskoczyła na trzepak. Babcia pogroziła jej palcem: „Czekaj! Czekaj! – powiedziała: – Zejdziesz to dostaniesz”. Mama jednak ani myślała zejść. Siedziała na trzepaku i obżerała się renklodami, które zwisały z gałęzi nad trzepakiem. W pewnym momencie zachciało jej się siusiu. Poinformowała babcię, a ta stwierdziła, że to cudowna wiadomość, bo jak teraz mama zejdzie na siusiu to dostanie w skórę. Co zrobiła mama? Odchyliła nogawkę szarawarów (tak się mówiło wtedy na letnie krótkie spodenki) i zaczęła siusiać z trzepaka oblewając moczem babcię, czyli swoją własną mamę, która wrzeszczała na cały ogród do dziadka: „Julek! Nie wytrzymam! Ona leje na mnie z góry!” Historia skończyła się tak, że moja mama, korzystając z babcinej nieuwagi ześlizgnęła się z trzepaka i pobiegła do sąsiadów, u których zjadła i obiad i kolację, ale na noc wróciła do domu. No i dostała w skórę sarnią nóżką, bo babcia swoje dzieci trzymała krótko. Historia siusiającego na babcię Filipka nie jest więc nieprawdopodobna, wydumana i wyuzdana. Moja mama coś takiego zrobiła i to 80 lat temu! Było to w czasach, gdy dziecko nie mówiło do mamy: „Mamo daj!”, ale: „Mamo, czy mama może dać.” Moja mama zresztą powiedziała do swojej: „Mamusiu, mamusia się odsunie, bo będę siusiać.”

Takie rzeczy czytam w wannie! #ksiazka #filipek #strekowskazaremba

Przyznam, że to przykre ilu współczesnym ludziom wydaje się, że lektury mają zachęcać do czytania, a literatura dla dzieci wychowywać, by wszyscy byli grzeczni. To jest jakieś idiotyczne przekonanie wyniesione chyba z XIX w. Literatura, i to zarówno dla dzieci, jak i dorosłych, pokazuje świat i oswaja z nim. Wszelkie większe zafałszowania rzeczywistości, przesłodzenia, są przez dzieci odbierane jak kłamstwo i traktowanie czytelnika z góry. Dziecko i nastolatek nie znoszą pouczania. Dobranockę o „Misiu Uszatku” oglądałam nie dlatego, że moralizował, ale dlatego, że były to piękne lalki i do dziś mnie zachwycają. Treściowo wydawał mi się dydaktycznym smrodkiem. Nie byłam w tym odbiorze jedyna. I nie ja jedyna oglądałam go dla tych lalek i jego słodkiego, przytulnego domku, a nie tych wypowiadanych treści, z których wynikało, że „nie wolno dzieci śmiać się z babuleńki”.

Faktem jednak jest, że jeśli ktoś chce, żeby słowo pisane wychowywało jego dziecko, powinien pozostać przy czytankach szkolnych. Są uładzone, odległe od rzeczywistości i wychowują dzieci nieświadome zagrożeń, z którymi wcześniej lub później dziecko się zetknie. A zetknie się z nimi na pewno i to mimo tego, że jest chronione przez rodziców. Co się stanie, gdy się z nimi zetknie? Czy sobie poradzi? Różnie to być może. Zwłaszcza, gdy było chronione przed tą szarą strefą życia. Jak poradzi sobie z wyzwiskami od „chujów”, „pedałów”, które osobiście słyszałam wydobywające się z ust ośmiolatków z dobrych domów? Jak poradzi sobie  z gnębieniem, popychaniem, dokuczaniem?

Pisałam tu kiedyś, jak mi w szkole dokuczano. W radzeniu sobie z tym pomagały mi właśnie książki. I to nie dydaktyczne czytanki o grzecznych dzieciach, ale Adam Bahdaj i Hanna Ożogowska, których bohaterowie byli potwornie niegrzeczni. I tez czasem przeklinali, co z wiekiem nam umknęło, bo język cały czas ewoluuje, więc nie zdajemy sobie sprawy z tego, że przed laty jakieś słowo było uważane za niezbyt kulturalne.

Zapraszam na Warszawskie Targi Książki

W tym roku na Warszawskich Targach Książki na Stadionie Narodowym będę swoje książki podpisywać 22 maja (w niedzielę) o 12:00 na stoisku Stowarzyszenia Pisarzy Polskich – numer stoiska: (50/BC). Będę na nim siedzieć wraz z koleżanką Manulą Kalicką.

Będę wtedy podpisywała (i będzie można to u mnie kupić):

A jak ktoś przyniesie z domu jakieś stare wydania moich książek – też mu podpiszę.

Ponieważ ze względu na obowiązki prezesowskie będę na targach także w pozostałe dni (poza czwartkiem), ale w postaci „krążącej”, więc zawsze można się ze mną umówić, że chce się przyjść i pogadać. E-mail działa. odbieram go w komórce.

Prawy do lewego, czyli kompletny obłęd

Udzieliłam jakiś czas temu wywiadu portalowi „granice.pl”. Oczywiście o literaturze. Wywiad przeprowadzono przy okazji wznowienia mojej kryminalnej powieści dla młodzieży „Tropiciele”. Przyznam, że nie przypuszczałam, że po tylu latach od premiery książka wzbudzi takie ogromne zainteresowanie. Harcerze, powstanie warszawskie w tle, a tymczasem… szok! Recenzja goni recenzję i wszystkie pozytywne. Uwagi krytyczne właściwie w szczątkowej formie. Świat zwariował – pomyślałam. Nie wiedziałam jednak wtedy, że aż tak…

Zaglądam na portal granice.pl, a tam mój własny ryj...

Zaczęło się od koleżanki, która nagle, ni to z gruchy ni z pietruchy zadzwoniła i zarzuciła mi sympatie… propisowskie! Ponieważ nie sympatyzuję z żadną partią, a nawet wszystkie powodują u mnie odruch wymiotny, więc spytałam, o co jej chodzi i na jakiej podstawie tak twierdzi? Nie chodzę przecież na smoleńskie rocznice, nie głoszę pewnych tez, które głoszą zwolennicy tego ugrupowania i w ogóle nic nie głoszę poza głupotami. No i usłyszałam, że… głoszę. Jakie to tezy? Propisowskie. I koleżanka zacytowała mi moje STRASZNE (jej zdaniem) słowa z wywiadu:

„debaty nad sensem powstania [warszawskiego] trzeba zostawić tym, którzy chcą się w takie debatowanie bawić. Ja nie chcę. Dla mnie fakt historyczny jest faktem. Było. Skończyło się klęską. Ale też ta klęska spowodowała, że powstał mit, na którym budowano między innymi mój patriotyzm. Zresztą patriotyzm poprzednich pokoleń też budowano na mitach wcześniejszych powstań narodowych, również zakończonych klęskami. Nazwa pomnika „gloria victis”, czyli „chwała zwyciężonym”, mówi sama za siebie. Jedna z pierwszych książek o powstaniu, jakie ukazały się na zachodzie, a którą od małego widziałam w domu, była autorstwa Janusza K. Zawodnego i nosiła tytuł: Nothing but honour, czyli w wolnym tłumaczeniu Nic prócz honoru. Ja jestem z tych, co to jak w książkach Stanisława Grzesiuka, przez życie idą boso, ale w ostrogach, czyli często unoszę się honorem. Uważam, że lepiej polec w chwale niż zwyciężyć i żyć w hańbie.”

Powiedziałam jej, by nie bawiła się w wariatów wyrywających słowa z kontekstu, bo nigdy ni z tego dobrego nie wychodzi. I przypomniałam jej, jak to na program LUZ, z którym kiedyś współpracowałam, (byłam sekretarzem redakcji miesięcznika LUZ, który był wydawany, jako dodatek do tego programu) złożono doniesienie, gdyż w programie tym padło stwierdzenie, że „nie ma Boga”. Po wielu poszukiwaniach redakcja doszła, o co chodzi. O piosenkę zespołu Dżem „List do M.”, której teledysk był pokazywany na antenie. Szkoda, że skarżący się nie zrozumieli tekstu i nie zauważyli, że jest to osobne dzieło niż program. Spytałam się koleżanki czy nie jest przeczulona. Wyszło, że jest. W sumie mogłam to przewidzieć. To ona, (chociaż nie jedyna) niemal bez przerwy śle mi linki jak nie do petycji o delegalizację PIS to zaproszenia na marsze KOD.

To jednak był początek. Jakieś dwa dni później znajomy zarzucił mi bycie… lewakiem. Też zacytował mi moje słowa. Też z tego wywiadu, choć krótszy fragment, bo jeszcze bardziej wyrwany z kontekstu:

„Co do historii w szkole… Wydaje mi się, że gdy ja chodziłam do szkoły (lata siedemdziesiąte i osiemdziesiąte), to historia nie była upolityczniona tak, jak się dziś wydaje. Myślę nawet, że teraz jest więcej propagandy i jest ona czasem nawet bardziej nachalna.”

Jego zdaniem ten cytat, jest dowodem, że jestem… „lewacką rurą”. Chciał powiedzieć „kurwą”, bo sobie podpił, jak do mnie dzwonił, ale chyba w ostatniej chwili w swoim natrętnie katolickim umyśle ugryzł się w język i po wydukaniu „ku”poprzestał na „rurze”, które to słowo w jego wykonaniu brzmiało niezwykle twórczo, gdyż…„rurwa!” Jego zdaniem dziś historia W OGÓLE upolityczniona nie jest. Wtedy była! Podał przykład. Otóż w dzieciństwie zmuszano nas np. do pochodów pierwszomajowych! Gdy mu powiedziałam, że mnie nikt nie zmuszał, bo w liceum nie byłam ani razu, a w podstawówce, zwłaszcza w tej wczesnej, to akurat nawet lubiłam, bo wtedy można było kupić gumę Donald i watę cukrową, to znajomy w krzyk. Z tego krzyku dowiedziałam się, że gdybym była z prawdziwego patriotycznego domu, to by nikt mi wtedy Donalda nie kupował! I tak okazało się, że jako ośmiolatka byłam sprzedajną „lewacką rurą” vel „rurwą”, a sprzedawałam się za gumę do żucia Donald. Spytałam retorycznie: czy jego SMS’y: „kto nie idzie pod pałac jest komuchem” nie są zmuszaniem do określonych zachowań? Powiedział, że nie, bo wiadomo, że „raz sierpem raz młotem czerwoną hołotę”. Właściwie (w świetle chociażby tych SMS’ów) tej jego reakcji też powinnam się była spodziewać. Ale na co dzień to ja naprawdę myślę o innych sprawach niż to, kto ma jakie upodobania polityczne.

Przyznam, że po tych dwóch rozmowach mam ochotę zapoznać oboje ze sobą. Niech sobie dadzą porządnie po ryju. Tak po polsku. Jest tylko jeden problem. Są różnej płci. A to grozi wielką awanturą o ten straszny „dżender”! Ona może domagać się pojedynku z prawicowym bojówkarzem, bo równouprawnienie i te sprawy. On zgorszy się namawianiem na walkę z „lewacką rurą”, bo kobiet nie bije, choć z drugiej strony koleżankę może uznać nawet za kogoś gorszego niż rura. W końcu drobne „ku” wyrwało mu się nawet pod moim adresem.

I tylko pomyśleć, że to wszystko wzięło się od wywiadu na temat napisanego prawie 10 lat temu kryminału dla gimnazjalistów!!! Kryminału, którego bohaterowie są niezbyt grzecznymi harcerzami, a dzięki pewnej zagadce kryminalnej zapoznają się z historią swojego miasta. Tylko tyle. A może aż tyle? Jednym słowem obłęd. Szaleństwo naprawdę jest blisko. A polityka wciska się wszędzie. Nawet tym, którzy jak ja, mają ją głęboko… TAM!

Podsumowanie, czyli dobrze

Martwię się, gdy mi jest za dobrze – mówiła moja ciocia. To jej powiedzenie przypominam sobie zawsze, gdy przychodzi do podsumowania mijającego roku i jest on dla mnie udany.

Odchodzący rok, choć zostało go jeszcze kilka dni, należy do udanych. Udało mi się: wydać książkę „Czucie i Wiara, czyli warszawskie duchy”, założyć kwartalnik literacki „Podgląd” – pismo Oddziału Warszawskiego Stowarzyszenia Pisarzy Polskich i wydać jego trzy numery, rozstać się z wydawcą, przy którym nie zarabiałam, przejść z tytułami do nowego wydawnictwa, dla którego piszę kolejną część „Klasy pani Czajki”, (której nowe wydanie ukaże się w połowie stycznia, zaś nowe wydanie „Tropicieli” w marcu), wydać audiobook „Klasy pani Czajki” świetnie interpretowany przez aktora Janusza Zadurę, rozpocząć rozmowy na temat wydania bułgarskiego i węgierskiego, dostać się na pewien kurs, który mam nadzieję, że rozwinie mnie zawodowo, umówić się (na razie wstępnie i na gębę, bo umowa ma zostać podpisana po nowym roku) na jeszcze jedną książkę, dogadać się w sprawie dodruku „Kursu dziennikarstwa dla samouków”, rozwinąć projekt genealogiczny tak, że strona piekarscy.com.pl ma już ponad milion odsłon, zmodyfikować swoją stronę autorską, stronę Ulubionego, stronę Oddziału Warszawskiego Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, a nawet, mimo rzucanych przez przewrotny los kłód pod nogi, napisać i wystawić sztukę, która (sądząc po reakcji na widowni i napływających do nas głosach) podobała się widzom. Tyle, jeśli idzie o sprawy zawodowe. Ale i prywatnie narzekać nie mogę, choć zostaliśmy w domu bez zwierząt, co wprowadza w naszym, a zwłaszcza moim, życiu pewien niepokój.

Dlatego wiele sobie nie życzę. Po prostu chciałabym, by nadchodzący rok nie był groszy. Postanowień żadnych nie czynię, poza tym, że będę pracować. Ale u mnie to nic nowego.

projekt 4 c Tropiciele_front klasa-pani-czajki-wyd-ii-cd okladka kurs dziennikarstwa Podglad_nr3_2015_okladka1a

Wszystkie świństwa telewizyjnego korytarza

„Uważam, że dziewczyna ma zasługi. Niektórzy pierwszy raz w życiu przeczytali jakąś książkę.” – napisał na Facebooku mój kolega, z którym niemal dekadę przepracowałam w redakcji TVP. Tekst był komentarzem do zamieszczonego na portalu „Na temat” artykułu pt. „Pracownica TVP napisała książkę z momentami. Korytarze huczą od plotek, że obsmarowała kolegów.” O sprawie wiedziałam już od kilku dni, bo rzeczywiście huk plotek był straszny. Wszyscy na „nie”. Dziewczyna jest nikim, książka jest słaba i grafomańska, a poza tym… jak ona śmiała? Opisała Iksińskiego tak, że można go poznać, że to on! Po czym? Jeden z moich rozmówców twierdzi, że po opisie… spermy. Cóż… moja wiedza na temat Iksińskiego aż tak bogata nie jest. Domyślam się, że facet jakieś nasienie produkuje, gdyż jest ojcem, ale na oczy tego nasienia nie widziałam, nie mówiąc o całej reszcie. To, że nie jestem zainteresowana – pominę. Podobno wszyscy z książki są rozpoznawalni. Podobno po przeczytaniu wiadomo kto jest kto. Czy aby naprawdę?

Jolanta Mokrzyńska, autorka wydanej przez wydawnictwo „Sonia Draga” książki „Wszystkie świństwa świata” stworzyła powieść obyczajową, której akcja rozgrywa się w 2013 roku za kulisami telewizyjnego programu informacyjnego emitowanego przez Kanał Szósty. Autorkę książki znam tylko z korytarza. Wydawała mi się wyniosła, na co być może ma wpływ jej image. Nie rozmawiałam z nią jednak nigdy. Poza zwykłym „cześć” na korytarzu, które rzuca się każdemu przechodzącemu (czasem kilka razy dziennie) nie zamieniłyśmy nigdy słowa, nawet na temat zapchanych kibli, braku mydła czy żarcia w bufecie. Jest osobą rozpoznawalną ze względu na czerwoną szminkę i sukienki. Podobnie ubiera się bohaterka jej powieści, która opisana została jako bardzo zgrabna. Jednak… czy to autoportret? „Życzliwi” twierdzą, że trochę tak, a trochę pobożne życzenie. Czy wobec tego Mokrzyńska miała romans z Iksińskim w książce sportretowanym, jako Aleksander? Wszyscy twierdzą, że nie miała, ale najwyraźniej na pewno bardzo chciała i to co napisała w książce jest tego dowodem! Książka ich zdaniem jest też grafomańską zemstą na koleżankach i kolegach, którzy nie doceniali jej, przez których nie była ani reporterką ani prezenterką, ale zwykłą dziewczyną od informacji na pasku.

Wylewający się zewsząd jad pod jej adresem sprawił, że postanowiłam sama przeczytać książkę. Nie byłam do autorki nastawiona życzliwie, bo swoim wyglądem i obserwowanym na korytarzu zachowaniem nie zrobiła na mnie dobrego wrażenia. Dlatego najpierw chciałam książkę pożyczyć, ale… gdy na portalu „Na temat” wyczytałam, że ludzie posyłają sobie PDF, żeby tylko dziewczyna nie zarobiła, zdecydowałam, że ja książkę kupię. Niech zarobi. Nawet jeśli jej wygląd nie budzi mojej sympatii. Przecież zarobek ze sprzedaży książek nie jest dziś zbyt wielki.

Złośliwość środowiska dziennikarskiego znam z własnego pisarskiego doświadczenia. Z niechęcią i pogardą tego środowiska spotykam się zawsze, gdy jakieś „moje dziecko” opuści drukarnię. Życzliwa okazuje się zawsze właściwie jedynie dyrekcja, bo daje patronat medialny. Z prawdziwą życzliwością reszty jest gorzej. Gdy jesienią ukazał się zbiór felietonów o dziennikarstwie, czyli „Kurs dziennikarstwa dla samouków” książkę kupiły dwie osoby – dźwiękowiec dla syna i szef techniki dla siebie, bo jak powiedział: lubi mnie. Pogratulowała mi redakcja „Qadransa Qltury” robiąc wzmiankę. Oczywiście kilka osób dostało ode mnie egzemplarze w prezencie, ale… nawet to było dla mnie pouczające inaczej. Oto jeden egzemplarz podarowałam koleżance na urodziny. Przyniosła ciasto i jakoś tak głupio było mi składać życzenia z pustymi rękoma, więc wyjęłam z szafki książkę. Reakcji środowiska nie opiszę, bo była nie tyle przykra, co żenująca, ale chyba na zawsze oduczyła mnie dawania takich prezentów. Pozostali z redakcji książki nie zauważyli. Norma, do której się tak przyzwyczaiłam, jak do tego, że po wypiciu kawy chce mi się siusiu.

„Wszystkie świństwa świata” Jolanty Mokrzyńskiej to inna bajka niż mój „Kurs”. Po pierwsze to powieść obyczajowa dla dorosłych. Wydało ją zresztą bardzo dobre wydawnictwo, co powinno „hejterom” dawać do myślenia. Książka ma też dobre recenzje w prestiżowych pismach, z których, jako najważniejsze, wymienię prestiżowy „Magazyn literacki Książki”. Wreszcie… nie jest to książka grafomańska. Przeczytajcie całość, a nie tendencyjnie wybrane fragmenty! Tendencyjna intonacja i interpretacja przy głośnym czytaniu może i z Mickiewicza zrobić literackiego nieudacznika. Niestety zawiść i złość telewizyjnego środowiska sprawiła, że ludzie chyba w ogóle zapomnieli czym jest grafomania. Przypominam więc, że jest to „patologiczny przymus pisania utworów literackich. (…) Zauważalna u autorów, którzy łączą przymus pisania z dążeniem do upowszechniania swoich utworów, mimo negatywnej oceny ich poziomu artystycznego.” Debiutancka powieść Mokrzyńskiej, nawet jeśli są w niej niezgrabne momenty (te znajdzie się w każdej książce, jak się szukający uprze), nie wypełnia znamion grafomanii, a autorka ma przed sobą całe pisarskie życie, by poprawiać styl. Zresztą ma całkiem niezły. Grafomanię raczej widziałabym w utworach zupełnie innych, związanych z TVP osób, które tych utworów nie publikują, ale biegają z wydrukowanymi na kartce po korytarzach i zmuszają wszystkich od montażystów i realizatorów, po panie z archiwum, do czytania i zachwycania się. Naprawdę znam takie osoby!

„Wszystkie świństwa świata” to zgrabnie napisana i zakrapiania erotyzmem powieść obyczajowa. To porządna babska literatura z seksem, który ktoś może określić, jako ostry. Zwłaszcza jeśli uprawia seks po Bożemu, raz w miesiącu i w pozycji na misjonarza. Korytarze zbulwersowały się cytowanymi w tekście esemesami i twierdzą, że są autentyczne, a to skandal! Wielkie mi co. Nie takie rzeczy pisaliśmy do siebie z moim zmarłym przyjacielem, z którym nigdy nie wylądowałam w sytuacji intymnej, ale świntuszyliśmy ile wlezie doskonaląc swój kunszt literacki, co czyniliśmy zresztą ku uciesze wielu znajomych w tym Ulubionego. Z nim zresztą też pisujemy do siebie różne świństwa, ale cóż… jesteśmy małżeństwem i nam wolno! A nawet gdybyśmy nie byli? To co?

Powieść nie jest niestety (wbrew napisowi na okładce) kryminałem. Nie jest też thrillerem ani powieścią sensacyjną. Jest obyczajową powieścią ze zbrodnią w tle, ale nie ta zbrodnia jest tu najważniejsza. Zresztą… ktoś, kto czyta dużo książek od początku wie czyje to rozkawałkowane zwłoki i kto zabił ofiarę. Babska literatura nie jest moim ulubionym gatunkiem literackim i do książki wracać nie będę. (To nie „Patriotów 41” Marka Ławrynowicza, u którego nomen omen też jest ostry seks.) Jednak nigdy w życiu nie powiedziałabym, że Mokrzyńska napisała złą książkę, że jej „Wszystkie świństwa świata” to powieść źle napisana i grafomańska. Dziewczyna umie pisać i chwała jej za to!

A co z rozpoznawalnością bohaterów? Nasze redakcje są na tych samych piętrach. Zarówno mój Telewizyjny Kurier Warszawski z Kurierem Mazowieckim, jak i Panorama czy TVP Info rozłożone są w pokojach na II i I piętrze budynków przy Placu Powstańców i Jasnej. Niestety… nie rozpoznałabym w książce nikogo, gdyby nie… „życzliwe” korytarzowe plotki osób z redakcji autorki. To oni opowiedzieli mi pikantne szczegóły z życia ich redakcji, które ich zdaniem w książce zostały opisane. Nie słyszałam tych historii wcześniej. Gdyby o nich nie pisali w komentarzach na Facebooku, to na podstawie książki nie wysnułabym wniosków, że znany z anteny, korytarza i bufetu prezenter zdradza żonę, że jedna z dziewczyn się puszcza, wciąga kokainę i ma matkę pijaczkę. Nawet tego, że drugi prezenter jest z wykształcenia aktorem – nie wiedziałam. Tych informacji dostarczyła mi nie książka, a jej złośliwi i nieżyczliwi autorce czytelnicy, którzy być może rzeczywiście pierwszy raz po zdaniu matury przeczytali jakąś powieść. Przykre, że zrobili to, by dopiec koleżance, która wyszła poza tę przeciętność, nakazującą pozostałym, by nie robić nic oprócz pracy w newsach. Ci nie rozumieją, że pisarz zawsze czerpie inspirację z życia. W moich powieściach też roi się od historii z TVP, ale nikt na nie nie zwrócił uwagi, bo niewiele osób z koleżeństwa je przeczytało. W końcu w większości to książki dla młodzieży, a że w rodzicach bohaterów można odnaleźć fragmenty z życia realizatorki, realizatora czy prezentera? Ja też jestem i wszystkimi swoimi bohaterami i żadnym. Każdy ma pierwiastek mnie i jednocześnie nikt w stu procentach nie jest mną.

Błąd Jolanty Mokrzyńskiej polegał na tym, że wydała tę książkę teraz, gdy jeszcze tam pracuje, a cała akcja powieści dzieje się w jakieś telewizji w centrum Warszawy, zaś historie, które ją zainspirowały miały miejsce niedawno. Przykre, że redakcyjne głupki pomyliły powieść z reportażem i relacją z miejsca zdarzenia. Ale cóż… gdy wyszła moja „Klasa pani Czajki” nastoletni czytelnicy też myśleli, że Wojtek istnieje naprawdę i na mój numer gadu-gadu pisali, że: „Kamila to szmata. Zerwij z nią!”. Niektórzy prości ludzie mylą fikcję z rzeczywistością. Dwunastolatków usprawiedliwia wiek. Czy coś może usprawiedliwić naiwność dziennikarzy informacyjnych? Na dodatek jedni twierdzą, że autorka opisała wszystko tak, jak było. Inni, że zrobiła to inaczej. Złośliwi podkreślili sobie fragmenty, które uznają za grafomańskie. Jedna z koleżanek powiedziała, że pozostanie przy swoim zdaniu o grafomanii, a grafomańskie fragmenty mi przy okazji pokaże! Takie ot polskie piekiełko. Jakże dobrze je znam!

W 2007 roku był w Kielcach zlot z okazji 100-lecia harcerstwa. Zostałam zaproszona na wieczornicę z harcerzami, jako autorka która napisała współczesne powieści dla młodzieży, których bohaterami są harcerze („Tropiciele” i „Dzika”). Byłam wtedy jeszcze głupia i naiwna jeśli idzie o solidarność środowiskową. Pamiętam, że przed wyjazdem do Kielc zapytałam koleżankę wydawczynię, czy zamówi z tych Kielc relację z mojego spotkania z harcerzami. Naiwnie myślałam, że skoro jestem jedyną pisarką zaproszoną na międzynarodowy zlot harcerstwa z okazji stulecia skautingu, to redakcja może się mną pochwalić. Wydawczyni popatrzyła na mnie z pogardą mieszającą się ze wstrętem i powiedziała: „Przecież już kiedyś zrobiliśmy o twojej książeczce.” Korespondencję z Kielc zamówił wtedy wydawca TVP Info, którym był dawny redakcyjny kolega. Ten sam, który ostatnio napisał na FB, że Jolanta Mokrzyńska ma zasługi, bo dzięki niej niektórzy przeczytali książkę. Tak to jest. W TVP zdarzają się życzliwe wyjątki, ale jak to z wyjątkami bywa – można je przeważnie policzyć na placach jednej ręki. Po 19 latach pracy mam tam jedną przyjaciółkę. To podobno bardzo dużo.

Kilka lat temu do naszej redakcji przyszedł młody chłopak – Stefan Wroński. Po kilku miesiącach pracy u nas wydał swoją debiutancką książkę „Dzidek”. To cudowna powieść, której akcja dzieje się w Warszawie lat 30-tych. Powieść została oparta na faktach, bo główny bohater to… brat babci Stefana. Gdy książka miała się ukazać, usłyszałam od życzliwych koleżanek wypowiedziane z satysfakcją w głosie zdanie: „Już nie będziesz jedyną pisarką w redakcji”. (Jakby to kiedykolwiek było moim celem). Gdy nadeszła premiera „Dzidka” to ja zrobiłam temat o książce do naszego Telewizyjnego Kuriera Warszawskiego. Bardzo chciałam to zrobić, bo cały czas chcę pokazywać w telewizji książki. Uważam, że za mało czytamy, za mało promujemy czytelnictwo, a przecież tylu mamy przyjaciół, ile przeczytaliśmy książek. Wtedy pojechałam też prywatnie na promocyjny wieczór Stefana, na który przyszli i inni ludzie z redakcji. Przede wszystkim jednak była cała rodzina autora, co powodowało, że chłopak potwornie się stresował. Robiłam mu zdjęcia, by miał na pamiątkę. Widać było, że ten wieczór to dla młodziutkiego Stefana duże przeżycie. Publicznie robiono z nim wywiad przy sali pełnej ludzi. Był zdenerwowany, czasem go ze stresu zatykało. Reakcja jednej z koleżanek: „Boże! I to ma być pisarz? Jak on mówi? Jak on zdania buduje!”. Tak wygląda redakcyjne wsparcie. Być może między innymi dlatego po jakimś czasie Stefan od nas uciekł. Zresztą… z roku na rok zastanawiam się, czy nie siedzę tu z rozpędu, przyzwyczajenia i szaleństwa?

Jedyny błąd jaki zrobiła Mokrzyńska w swojej książce to ten, że opublikowała ją teraz. Takie rzeczy robi się, gdy się już odchodzi z takiego miejsca. Poza tym reszta byłaby już czepialstwem. Swoją drogą skandal, romans – to zdarza się w każdej instytucji, w każdej redakcji. W naszej też takie rzeczy się działy i być może też kiedyś je opiszę w jakiejś powieści, bo czasem są to historie, które aż się proszą, by trafić do literatury. Jakiś przykład? Proszę bardzo! Wiele lat temu młoda reporterka wdała się w romans z żonatym dźwiękowcem. Gdy facet opamiętał się i chciał ów romans zakończyć okazało się, że sprawa zabrnęła na tyle daleko, iż wywołała u dziewczyny furię. Najpierw oblała mu łysinę kawą z automatu, potem utopiła dwie karty sim w WC. Następnie założyła ileś stron na portalach gejowskich i kilka razy zamówiła do domu panienki z agencji. Gdy i to nie odniosło rezultatu – pojechała do domu, by poinformować żonę, że zajmuje jej miejsce. Żona – dojrzała kobieta – pokazała jej drzwi. Niezrażona tym młoda reporterka stanęła na środku podwórka studni i wrzaskiem oznajmiła żonie dawnego kochanka, że… lepiej od niej robi laskę, co niezmiernie ucieszyło wszystkich sąsiadów radych, że wreszcie coś się dzieje. Rzucili się ponoć do okien oglądać „królową loda”. Niestety nie zwróciło to przychylności kochanka. Pewnie dlatego dziewczyna wezwała na pomoc rodziców, którzy ku zdumieniu nas wszystkich zamiast opierniczyć córkę za romans z żonatym, przyjechali pod redakcję i pobili wychodzącego do domu dźwiękowca parasolką (matka) plus zwyzywali (ojciec). Wtedy zrozumieliśmy czemu kilka dni wcześniej kochanka uczyniła to samo używając słów powszechnie uznawanych za obelżywe plus damskiej torebki. W końcu nie na darmo mówią „jaka mać taka nać”. Tego ostatniego czynu dokonała zresztą w chwili, gdy dźwiękowiec spełniając swoje zawodowe obowiązki trzymał tyczkę z mikrofonem nad głową dyrektora Filharmonii Narodowej, gdyż nagrywał jego wypowiedź na temat jakiegoś koncertu. Ponieważ to ostatnie zachowanie również nie pomogło młodej reporterce odzyskać uczucia dawnego kochanka – dziewczynie pozostało opowiedzenie wszystkim na prawo i lewo o zarażeniu jej przez dźwiękowca syfilisem. Być może dlatego, że nikt jej nie współczuł, a kilku osobom (w tym mnie) odebrało to apetyt, młoda reporterka uciekła za granicę, skąd po jakimś czasie wysłała kartkę. Treść przemilczę, bo była czymś tak żenującym, jak żenujący może być romans z żonatym i oczekiwanie, że rzuci żonę, by zaprowadzić kochankę przed ołtarz.

W każdym razie TVP, jako miejsce pracy, widziała już nie jedno nieobyczajne zachowanie. Niejeden seks w WC czy windzie. Nie takie rzeczy widziały i inne firmy, redakcje itd. Natomiast chyba tylko tu, tylko w TVP, gdy koleżanka wydaje powieść reszta zamiast promować ją, jako autorkę (co robi np. TVN) zawiadamia władze instytucji o domniemanym przestępstwie popełnionym poprzez opisanie życia intymnego pracowników po godzinach w powieści i pyta, czy nie można dziewczyny wyrzucić z pracy, za to co jest napisane w książce.

A kto wam kazał się przyznawać, że odnaleźliście się na jej kartach? Gdybyście tego nie zrobili nawet ja, pracująca na tych samych piętrach, nie miałabym takiej świadomości! Grafomańska książka? Nawet nie wiecie czym jest grafomania! Napisalibyście lepszą? Napiszcie nawet gorszą! Napiszcie jakąkolwiek! Ale napiszcie! O jej wydaniu już nic nie mówię. Przejdźcie tylko cały proces twórczy od pierwszego zdania do ostatniej kropki zazdrośnicy! Na razie umiecie tylko obgadywać po korytarzach. Wasza reakcja pokazała, że naprawdę stać was na „wszystkie świństwa świata”.

I na koniec… Podobnie jak Mokrzyńska też bywam zwykłą dziewczyną od informacji na pasku. Jednocześnie wiem, że złośliwcy zaraz powiedzą. Już nie dziewczyną Piekarska! Już dawno nie jesteś dziewczyną! Jesteś starą babą pod 50-tkę. Powiedzą przy tym jeszcze sto innych rzeczy, które mówili do tej pory za moimi plecami przy różnych okazjach, jak chociażby gdy brałam ślub z Ulubionym. Bo tak właśnie wygląda życie w polskim piekiełku, czyli w TVP od kulis. Nie Panie Prezesie i inni wszyscy święci, ja też nie zdradzam tu metod pracy, tajemnic korporacyjnych, a jedynie opisuję znany powszechnie fakt obrzydliwości panujących tam obyczajów i braku życzliwości. Nie ma powodów wyrzucania mnie z TVP za prowadzenie bloga, co już kiedyś powiedziałam jednemu z dyrektorów, któremu mój blog pokazali życzliwi inaczej z redakcji. Nie zdradzam tu sekretów pracy, a jedynie kulisy obyczajów. Ja się do tego piekiełka przyzwyczaiłam. Autorka „Wszystkich świństw świata” chyba jeszcze nie, bo w pracy wzięła na razie wolne. Ale cóż… za zrobienie czegoś, co wykracza ponad standard płaci się czasem wysoką cenę.

 

PS Z innej beczki. Startuję w konkursie Blog roku 2014 ze swoim projektem genealogicznym. Jakby ktoś z czytelników chciał oddać na mnie głos – zapraszam do zajrzenia na stronę projektu. Może ktoś zaryzykuje 1,23 PLN? W wygraną nie bardzo wierzę, ale ciekawi mnie z jakim hobby przegram w tym roku.

Cło od audiobooka, czyli list na Białoruś

Gdy jakiś czas temu wystawiłam na aukcję Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy audiobook swojej książki „Tropiciele” i sugerowałam, że ktoś, kto wygra licytację, będzie mógł zdecydować, komu wysłać przesyłkę, Podałam pomysł, że można obdarować np. polskie szkoły na kresach. Czytelniczka, która wygrała licytację (152,50 PLN) zażyczyła sobie, bym książkę wysłała do Biblioteki w Rzeplinie. Ponieważ w tym samym czasie mój stały czytelnik Henry napisał do mnie, że jest za tym, by ufundować kilka moich audiobooków polskim szkołom na kresach i przysłał na to pieniądze, więc postanowiłam, że i audiobook do Rzeplina i audiobooki na kresy wyślę za jednym zamachem. Powstał oczywiście problem ile audiobooków pójdzie na kresy, bo nie wiadomo ile dokładnie kosztuje przesyłka, ale tym postanowiłam się nie martwić. Zakupiłam 10 kopert z bąbelkami, rozprułam 10 płyt, by wpisać dedykację i… zaczęły się schody! Wszystko dlatego, że jak to zwykle bywa, im dalej w las, tym więcej drzew. Oto nagle okazało się, że problemem nie jest wysłanie audiobooka, ale zdobycie namiarów na szkoły. Adresy do polskich szkół na kresach podane w sieci są dawno nieaktualne. Trochę pomogli mi czytelnicy. Kilku z nich podesłało namiary na zaprzyjaźnione szkoły. Wprawdzie trafił się też tzw. „hejter”, który napisał „Oni już tam mają Łukaszenkę. Trzeba im koniecznie dokładać więcej zmartwień w postaci twojego ‘audiobooka’?”, ale wszyscy już chyba wiedzą, że bez nienawiści w Polsce żyć się nie da. Sporo pomogła Wspólnota Polska podając kolejne namiary na polskie szkoły lub ludzi, którzy taką wiedzę posiadają. Ale mimo pomocy, te przysłowiowe schody zaczęły się robić coraz bardziej strome. Otóż… o ile z Litwą czy Ukrainą problemów nie ma, o tyle  z Białorusią są. Okazało się bowiem, że prawdopodobnie wysłanie audiobooka na Białoruś, będzie się wiązało z przejściem odprawy celnej! Cóż… to mnie tylko jeszcze bardziej „podkręciło” w chęci wysłania. Naprawdę bardzo chętnie przejdę odprawę i dowiem się, co zdecydują białoruscy celnicy. O czym oczywiście poinformuję czytelników, bo uważam, że nakładanie cła na list z jednym audiobookiem (a w jednej kopercie jest jeden audiobook) jest czymś niezwykle absurdalnym! We Wspólnocie Polskiej spytano mnie, czy nie można tego słać mailem, bo będzie prościej i bez komplikacji. Wyjaśniłam, że można, ale chodzi o to, żeby to było z okładką, autografem itd. I tak na biurku leży stosik audiobooków w niezaadresowanych kopertach. Czekam po prostu na odpowiedzi, zwłaszcza z Białorusi. Na jaki adres im słać? By nie komplikować sytuacji, na Białoruś pójdzie jeden audiobook. Reszta na Ukrainę, do Rosji i na Litwę. Ale o tym, jak to będzie, tzn. ile tych audiobooków będzie i jak dokładnie stanie się z cłem – dam znać. Najpierw dowiem się co z cłem. To może być już nie absurd, ale prawdziwa paranoja!

Jak upiec dwie pieczenie

Trwa XXII finał WOŚP. Przez media przewalają się równolegle dwie fale: jedna to fala zachwytu nad Owsiakiem, a druga to fala hejterstwa. Mam propozycję i dla fanów i dla tzw. „hejterów”. Na aukcję WOŚP wystawiłam audiobook swojej książki „Tropiciele”. Czytam ja, bo wiem, jak powinno to być zinterpretowane. J  Audiobook wyślę w każde dowolne miejsce na kuli ziemskiej. Najchętniej jednak do jakiejś placówki bibliotecznej lub ośrodka typu Dom Dziecka albo szkoła polska na kresach wschodnich. Jednym słowem tam, gdzie jest potencjalny czytelnik (słuchacz), który nie ma pieniędzy, by coś takiego zakupić.

Listę tych ostatnich, czyli polskich szkół na kresach, można znaleźć tutaj:


http://polskieszkoly.nakresach.pl/

Aby wziąć udział w licytacji audiobooka wystarczy kliknąć:


http://aukcje.wosp.org.pl/tropiciele-audiobook-m-k-piekarskiej-z-autografem-i931951