Archiwa tagu: TVN

Dlaczego, czyli słówko do kochanych hejterów

Po swoim liście do Pana Prezesa TVP Jacka Kurskiego dostałam mnóstwo listów ze słowami wsparcia. Otrzymałam też mnóstwo telefonów i SMS-ów. Dzwoniła bliższa i dalsza rodzina. Zmartwieni jak sobie poradzę. Biedni. Nie wiedzieli, że ta decyzja to tylko oficjalne zatrzaśnięcie drzwi, które od dłuższego czasu były dla mnie zamknięte. Musiałam ją podjąć, bo czułam się uwiązana lojalnością wobec firmy, w której ostatnie pieniądze zarobiłam w styczniu i było to 225 złotych (słownie: dwieście dwadzieścia pięć złotych). Przez te miesiące tylko jedna koleżanka dzwoniła do mnie z pytaniami jak sobie radzę. Reszta odzywała się jak coś było potrzebne. Norma. Powiedzenie „Człowiek, człowiekowi dziennikarzem TVP” jest bardzo prawdziwe. Tam nie ma przyjaciół. Tylko koledzy z pracy.

Po publikacji listu dostałam również głos potępiający, ale tylko jeden. Był to SMS, który brzmiał (pisownia i interpunkcja oryginalne):

Witam,po przeczytaniu Pani listu byłem w szoku,a co z rozwaleniem finansowym i technologicznym TVP przez tamta ekipe?To Pani pasowało?TVP zawsze było tuba rządzących dopiero teraz sie Pani  dowiedziała?Pracuje w TVP o wiele dłużej niż Pani i widzę poprawę niż to co było do tej pory lecz z wieloma błędami.

Hejt na mnie wylał się w sieci. Przeczytałam tylko kilka komentarzy i machnęłam na nie ręką, ale moi bliscy bardzo je przeżywali. Jedna przyjaciółka zadzwoniła zdenerwowana. Druga płakała. Dlaczego? Zarzucono mi, że jestem resortowym dzieckiem. To mnie akurat ubawiło. Do TVP przyszłam wprawdzie w momencie, kiedy pracował tam mój Ojciec, ale nie on mi tę pracę załatwił. (Nie załatwił mi w swoim życiu nic. Na studia dostałam się za 5 razem, bo prosiłam, by nie uruchamiał żadnych swoich znajomości!) Był zresztą zdziwiony, kiedy mnie zobaczył na telewizyjnym korytarzu. Myślał, że przyszłam go przeprosić. Byliśmy wtedy pokłóceni o moje małżeństwo. Ojciec domagał się, bym złożyła pozew o rozwód, a ja jeszcze chciałam je ratować. Dlatego, gdy powiedział mi: „Masz klucz od pokoju i poczekaj” odparłam, że mam swój pokój i swój klucz i poszłam sobie. Był 1996 rok. Po jakimś czasie pogodziłam się z Ojcem, ale zanim to nastąpiło przez wiele tygodni mijaliśmy się na korytarzu mówiąc sobie „dzień dobry”, jak obcy ludzie. Rozwiodłam się 2 lata później, bo małżeństwa nie udało mi się uratować. Ojciec zmarł pół roku po otrzymaniu przeze mnie rozwodu, czyli w czerwcu 1999. Zostałam zupełnie sama z kilkuletnim dzieckiem. Bez etatu. I tak już pozostało. Etatu telewizja nie dała mi nigdy. A przecież gdybym była resortowym dzieckiem dostałbym go chociaż na chwilę. Z powodu braku etatu wg. ZUS moja emerytura, jeśli jej dożyję i będą jeszcze coś takiego wypłacać, wyniesie niewiele ponad dwieście złotych (dokładnie: 202,32 stan na listopad 2016). Będzie, bo przez ponad 10 lat prowadziłam działalność gospodarczą. Przestałam to robić, bo przyszedł do TVP szef, który do tego stopnia pozbawił mnie pracy, że moje zarobki wynosiły mniej niż konieczny do odprowadzenia ZUS. A jednak nadal mimo tego nie odeszłam z telewizji publicznej. Tak bardzo jestem głupią, sentymentalną cipą, kochającą swoją byłą już redakcję.
Za SLD zlikwidowano ukochany program Ojca, czyli magazyn kombatancki „Wiarus”, który kontynuowałam po jego śmierci. Powiedziano mi, że kombatanci w tym programie mają za mało zdjęć z czasów wojny. (Walczyli zamiast się fotografować! To dopiero debile!). No i nie pokazuję miejsc, w których walczyli. Odparłam, że chętnie pojechałabym z nimi pod Monte Cassino, ale za co? Tak więc program zlikwidowano. Dziś nie mógłby wrócić, bo kombatantów coraz mniej, a takich, którzy są w dobrym stanie jest zaledwie na lekarstwo.
Jedyną dobrą rzeczą jaką zrobiła dla mnie tamta ekipa było w swoim czasie pokrycie kosztów pogrzebu mojego Ojca. Jakiś miesiąc po jego śmierci zadzwoniono do mnie z sekretariatu z Woronicza. Sekretarka powiedziała, że Pan Prezes Robert Kwiatkowski dowiedział się, że zostałam sama z małym dzieckiem i nie mam etatu, więc podjął decyzję, że TVP pokryje koszty pogrzebu Taty jako zasłużonego pracownika. Mam tylko przedstawić rachunki. Za ten gest do końca życia będę Robertowi Kwiatkowskiemu wdzięczna, bo dzięki temu mogłam spłacić część ojcowskiego długu w gazowni, który wynosił dość sporo.

Jednocześnie w tym samym czasie kadrowa w TVP Warszawa odmówiła wypłacenia mi pieniędzy po Ojcu, które mu się należały tytułem zaległych urlopów. Była to spora suma, bo Ojciec miał nieodebrane ponad 240 dni – pracował przecież bez przerwy. Kadrowa powiedziała mi, że mam przedstawić dowód na bycie jedynym spadkobiercą swojego Ojca. Wniosek o stwierdzenie nabycia spadku leżał już w sądzie, ale termin sprawy wyznaczono na za 3 miesiące. Koleżeństwo interweniowało u kadrowej. Tłumaczyli jej, że przecież znała Ojca, znała mnie, przecież wie, że byłam jedynaczką. Kadrowa odpowiedziała, że bywają dzieci nieślubne i skąd wszyscy wiedzą, że mój Ojciec takiego nie miał? Pojechałam do sądu. W gabinecie przewodniczącej sądu rozpłakałam się jak dziecko. Popatrzyła na mnie, a upewniwszy się, jestem jedynym uczestnikiem postępowania wezwała sekretarkę, by przyniosła jej togę, a mnie kazała stanąć za oparciem krzesłem. Rozprawa odbyła się w ciągu 5 minut. Na koniec Sędzia powiedziała: „Za kwadrans dostanie Pani odpis. Nie będzie jeszcze prawomocny, ale może to nieludzkie bydlę u Pani w kadrach się nie zorientuje.” Kadrowa nie zorientowała się. Pieniądze mi wypłacono. Poszły między innymi na resztę rachunków, które były nieopłacone z powodu długiego pobytu Ojca w szpitalu. Tak traktowano mnie w TVP – zdaniem hejterów resortowe dziecko.

W tych hejterskich komentarzach zarzucano mi też, że nie buntowałam się podczas poprzednich rządów. Naprawdę? Nie buntowałam się? Nawet nieżyjący już Azrael Kubacki, w swoim czasie cytował mój tekst z bloga, kiedy pisałam o tym co dzieje się w TVP, jak odbierają ludziom etaty. A swoim koleżankom i kolegom tracącym te etaty pisałam odwołania do dyrekcji. To za jednego z poprzednich rządów zdjęto mnie z funkcji wydawcy „Telewizyjnego Kuriera Mazowieckiego” pod pretekstem braku etatu, że niby tylko etatowcy mogą być wydawcami. Prawdziwy powód był inny. Przeczytano moje wpisy na blogu i postanowiono ukarać. Ówczesny dyrektor mówiąc, że nie o blog chodzi straszył jednak nawet sądem dodając, że gdybym miała etat miałabym proces. Dopiero kiedy zwróciłam mu uwagę, że żyjemy w wolnej Polsce, ja nie zdradzam tajemnic spółki, a mam prawo opowiadać czytelnikom o tym, co dzieje się na korytarzach, zwłaszcza, że są to anegdoty – zmiękł. Na pocieszenie dostałam wtedy zgodę na własny program „Detektyw warszawski, czyli na tropie miejskich tajemnic”. Zrobiłam 5 odcinków i… przyszła kolejna zmiana dyrektora. Nowa dyrekcja powiedziała, że na ten program nie ma pieniędzy. Pamiętam niezwykle zabawną sytuację, kiedy siedziałam na Radzie Programowej, która oceniała mój program rozpływającą się w zachwytach nad jego warszawskością i krytykując użyte do napisów litery, podpowiadając o czym powinnam zrobić kolejne odcinki. Wysłuchałam wszystkich uwag i na końcu wyznałam, że więcej odcinków nie będzie. Komisja aż krzyczała. Jak to możliwe. Dyrektorka powiedziała, że jak będą kiedyś pieniądze to program wróci. Nigdy się jednak nie znalazły.



Taka ciekawostka. Ówczesna dyrektorka była z nadania obecnie rządzącej partii. To wtedy, gdy przyszła na swoje stanowisko wróciłam ze Lwowa z nagranym wywiadem o polskiej rodzinie we Lwowie. Rodzinie religijnej i patriotycznej. Nie dane mi było dokończyć go dla TVP, a miałam go zrobić na ogólnopolską antenę. Jednak nikt zarządzający tą ogólnopolską anteną nie chciał podjąć decyzji o kończeniu reportażu, a ja potrzebowałam pilnie pojechać jeszcze do Lwowa, by dokręcić tych ludzi w miejscu pracy, w szkole, na spacerze itd. Zwłaszcza, że małe dzieci bardzo szybko rosną. Chciałam zamówić kamerę z TVP Lublin. Brakowało decyzji. Wreszcie przyszedł do mnie jakiś chłopiec przysłany przez jakiegoś kierownika i powiedział, że prosi o materiały wyjściowe, bo to on będzie podejmował decyzję czy materiał wyjściowy w ogóle nadaje się jako temat na film. Patrząc na bardzo młodą buzię spytałam, jak długo pracuje w telewizji. Odparł, że 2 lata. Spytałam, czy robił kiedykolwiek reportaż. Odparł, że nie, bo jest tylko asystentem. Powiedziałam więc, że rezygnuję ze swojej propozycji i zabrałam zdjęcia. Były w końcu moją własnością. Zostały wykonane prywatną kamerą mojego przyjaciela. Nie chciałam, by oceniał je pracujący od dwóch lat asystent bez reporterskiego doświadczenia. Film – z tych zdjęć bez dokrętek, które bardzo by się przydały, ale cóż… tak krawiec kraje, jak mu materiału staje, zmontowali mi prywatnie Anna Francman i Andrzej Bogusz. Wpuściłam go do sieci, a po jakimś czasie wysłałam na festiwal „Emigra” dostając wyróżnienie. Podjęłam oczywiście próbę wyemitowania go w TVP, ale bezskuteczną. Pewien pan na kierowniczym stanowisku w TVP Polonia powiedział, że film się nie nadaje, bo są tam błędy operatorskie. Cóż… za kamerą stał amator, a ja na realizację wywiadu miałam 2 godziny. Wpuszczony do sieci film pt. „Kto ty jesteś” wywołał burzę wśród internautów. Domagali się odpowiedzi od TVP jak mogła nie chcieć filmu o patriotycznej, religijnej polskiej rodzinie. Dzwoniono do mnie z Woronicza z biura prasowego. Zablokowałam pod filmem komentarze, by nie generować nagonki na TVP. Uważałam, że to moja firma, choć nic mi nie dawała poza możliwością zarobienia dosłownie groszy.



Wszystkie moje wpisy na temat TVP można znaleźć klikając odpowiedni TAG. W liście do prezesa Kurskiego napisałam, że „byłam wobec tej firmy lojalna choć nie ślepa.” Można więc sprawdzić, czy pasowały mi poprzednie ekipy. Nie. Nie pasowała mi żadna. Krytykowałam jednak tę instytucję tylko na swoim blogu, pod swoim imieniem i nazwiskiem, nie kryjąc jednocześnie wielkiej miłości do niej i troski o jej los. Robiłam to w przeciwieństwie do pewnej dziennikarki, która kiedyś pracowała razem ze mną w TVP i będąc na etacie biegała po innych mediach, by tę TVP opluć. Naprawdę! Mając etat i pobierając z tytułu etatu comiesięczne apanaże na swoje konto, chodziła do innych mediów, by anonimowo krytykować instytucję, która jej daje na chleb! I jeszcze wypierała się tego! Choć jeden z redaktorów medium, któremu udzieliła obszernej wypowiedzi sam podał mi jej nazwisko. Ja nigdy nie udzielałam anonimowych wywiadów. Nigdy też nie pisałam anonimowych komentarzy w sieci pod artykułami szkalującymi TVP. Zawsze pisałam tylko i wyłącznie na swoim blogu i pod swoim nazwiskiem. I chyba jako jedyna broniłam jej publicznie pisząc list do Gazety Wyborczej.

Co ciekawe koleżanka, którą mam na myśli, podobno dziś szykuje się do wielkiego powrotu do TVP, ale jak głosi stugębna plotka interesuje ją tylko kierownicze stanowisko. Czy wróci do instytucji, z której została wyrzucona za sprzedanie jako prywatna firma, zdjęć wykonanych kamera TVP, do programu TVP? To na tym złodziejstwie przyłapała ją dyrekcja nomen omen z nadania… PIS i to ona rozpoczęła procedurę usuwania z etatu. Niedokończoną, bo dyrekcję zmieniono. Następny dyrektor z nadania PSL bronił jej, ale nie udało się. Ówczesne władze TVP żądały usunięcia złodziejki. Straciła więc pracę za rządów PSL. Teraz wróci jako poszkodowana przez poprzednie reżimy? Śmieszne? Czy tragiczne?
Na FB napisała, że jest zdziwiona, że dziennikarze TVP protestujący w imię wolności dziennikarskiej i odchodzący z firmy w atmosferze protestu, nie bronili zasad, gdy SLD, PO i PSL robili nimi politykę i wysyłali na tzw. obligi.
Czytając to ubawiłam się jak norka. Na obligi wysłano też za PiS. (Mało tego! Obligi są również w stacjach komercyjnych, bo te również mają zobowiązania patronackie etc.). W redakcji, w której byłam, obligi na które mnie wysyłano dotyczyły wystaw, koncertów czy promocji książek albo pozytywnych osiągnieć rządzących jak otwarcie szkoły, świetlicy, odsłonięcie pomnika itd. Być może w innych redakcjach te obligi dotyczyły czegoś innego, ale ja nigdy w życiu nie zostałam wysłana na coś, co bym uznała za hańbiące. Zawsze też wybierałam sobie tematy, które były zgodne z moim zainteresowaniami: historia, sztuka, kultura, literatura.
Koleżanka zarzuciła, że nie protestowaliśmy, gdy wyrzucano dziennikarzy do Leasing Team. Pomijam, że gdy był taki protest nie było mnie w Warszawie, bo byłam na spotkaniu autorskim, ale chciałam spytać, kiedy ktokolwiek z ludzi na etacie stanął w obronie całej rzeszy koleżanek i kolegów wykonujących taką sama pracę, jak etatowcy, a pozbawiony tej opieki jaką daje etat? Czy ktokolwiek upomniał się o etaty dla nas? (Nawet stacje komercyjne milczą na ten temat, bo same zatrudniają dziennikarzy na umowy śmieciowe!) Ja, gdy wcześniej odbierano ludziom z TVP etaty pisałam w imieniu wielu z nich odwołania. Nawet w sprawie tej koleżanki rozmawiałam z dyrekcją, czy nie można jej ocalić. I to wtedy dowiedziałam się za co jest usuwana. Za wyniesienie zdjęć i sprzedawanie na zewnątrz jako prywatna firma! Wreszcie trzecia rzecz. Ta koleżanka za SLD miała się jak pączek w maśle. Robiła program dochodzeniowo-śledczy, a jeden z dyrektorów za SLD dal jej nawet ochronę. Co się stało, że teraz przyczepiła się do rządzących? Przyczepiła niczym gówno z tego kawału, w którym przyczepia się do okrętu i woła „Płyniemy!”. Prawie i sprawiedliwie? Żeby tak było to jak wróci do TVP powinna ściągnąć jeszcze kilka osób sobie podobnych, które wyleciały z telewizji za poprzednich ekip. Niech wrócą z nią jako poszkodowani. Mam na myśli np. operatora, który wyniósł kamerę do lombardu i sprzedał oraz prezentera, który naciągnął kilka osób na podżyrowanie pożyczek, których nie spłacał i uciekł do USA, a żyranci spłacali mając na głowie komorników. Będą wtedy tworzyć naprawdę doborowe towarzystwo. Zwłaszcza, że na stanowisko kierownicze wrócił już kolega, który w swoim czasie wyleciał z TVP za pobicie operatora.

Tak jak Piłsudski z tramwaju „Socjalizm” wysiadł na przystanku „Niepodległość”, tak ja z tramwaju „TVP” wysiadam na przystanku „święty spokój”.

W komentarzach hejterzy zarzucili mi również, że zaraz znajdę sobie pracę w TVN. Przykro mi, ale muszę ich rozczarować. Stacja, która w moim odczuciu odpowiedzialna jest za obniżenie poziomu intelektualnego społeczeństwa, bo produkuje głupie programy, której nierzetelność wielokrotnie na blogu krytykowałam opowiadając m.in. o tym, jak robiłam reportaż na ten sam temat co TVN i jakie kłamstwa zobaczyłam na ich antenie, na pewno nie jest miejscem dla mnie. Na pewno też nie będzie chciała mieć mnie w swoich szeregach. Bo byłoby to głupie z jej strony proponować pracę komuś, kto ją wiele razy krytykował.

Gdyby znalazła się jakaś stacja, która chciałaby ambitny program o literaturze, kulturze, historii i varsavianach na pewno rozważyłabym propozycję współpracy, ale wszyscy wiemy, że taka stacja nie istnieje. Do tej pory była nią tylko TVP Warszawa, ale już od wielu miesięcy ofertą programową daleko odeszła od warszawskości. Dlatego nie wiem jeszcze co ze sobą zrobię.
Do koleżanek i kolegów wysłałam list pożegnalny, w którym napisałam m.in.

„Proszę (…) byście się o mnie nie martwili. Miewałam się gorzej. Dziś mam ogromne wsparcie rodziny.
W przyszłość patrzę z optymizmem, bo przez najbliższe dwa miesiące czeka mnie sporo wyjazdów. Jako pisarka ruszam wreszcie w wiosenną trasę ze swoimi książkami. Daje to nadzieję na zarobek i zapłacenie zaległych rachunków oraz oddanie długów. O dalsze swoje losy będę się martwić później, czyli w czerwcu jak wrócę z Dublina, gdzie jadę na zaproszenie i koszt tamtejszych czytelników.
Na dziennikarskim szlaku na pewno nie raz się jeszcze spotkamy, bo cały czas pozostaję reporterką czasopisma społeczno-samorządowego „Mieszkaniec” gdzie od lat zajmuję się historią i varsavianami. W ostatnim numerze jest nawet mój duży artykuł o genealogii. W następnym będzie o Wielkanocy w dawnej Warszawie. Aż szkoda, że z dwóch artykułów w miesiącu żyć się nie da.

Dlaczego dopiero teraz pękłam? Poprzednie ekipy, z których żadna mi się nie podobała, pozwalały robić swoje. Ta mi nie pozwoliła. Na dodatek zamiast obligów była tzw. selekcja negatywna. Na 11 listopada na ogólnopolską antenę TVP przygotowałam dwa materiały na temat odzyskania niepodległości. (TVP warszawa już ode mnie takich materiałów nie chciała.) Antena ogólnopolska zleciła mi je z przykazem, bym nie nagrywała dyrektora Muzeum Niepodległości, bo to muzeum, na które pieniądze daje marszałek województwa a jest nim Adam Struzik z PSL. Przyznaję, że mnie zatkało. Do dziś nie wiem, jak to skomentować.

Podczas rozmowy z jednym z kierowników, który zrzucał mnie z grafika, ale łaskawie pozwolił przychodzić poza tym grafikiem i słać propozycje programów, usłyszałam, że stacja nie ma pieniędzy na realizację moich pomysłów, bo przestała je brać z miasta i z urzędu marszałkowskiego. Na antenie TVP od wielu lat były programy, które powstawały w publicznej telewizji za pieniądze publiczne miasta i samorządu. Były to programy kulturalne m.in. „Kronika Warszawska”. Nagle usłyszałam, że to niemoralne, by publiczna telewizja brała pieniądze od miasta i samorządu. Naprawdę? Przecież to w publicznej powinno być miejsce dla samorządów i miast, bo one też są publiczne! Podano mi argument, że są to programy wychwalające miasto! (No tak, teraz trzeba tylko pluć!) Na litość wszelką! Nie były to programy polityczne! Pokazywały co dobrego jest w mieście, co otwarto, co ukończono, co się odbyło. Trudno, by za pieniądze miasta realizować program o nieudanych inwestycjach. Od tego był program informacyjny, który piętnował wszystkie potknięcia władz.

Zabolała mnie też sprawa z WOŚP. Można lubić Jerzego Owsiaka lub nie. W swoim czasie na blogu krytykowałam jego zachowanie na pewnej konferencji. Ale Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy to społeczne zjawisko. Przez lata TVP informowała nie tylko o wynikach zbiorki i jej przebiegu, ale my – regionalna stacja mówiliśmy o incydentach, o napaściach na wolontariuszy, informowaliśmy o objazdach w związku z koncertami etc. TVP nie jest własnością obecnej władzy, ale stacją publiczną!!! Uważam, że powinna informować o wszystkich masowych imprezach. Czy to jest koncert Madonny czy Msza Papieska czy WOŚP. Bo każde z takich wydarzeń odbija się na życiu w mieście. A zdjęcia z 25 finału WOŚP telewizja publiczna powinna mieć w archiwum z tego względu, że to finał jubileuszowy. Jeśli Jerzy Owsiak dostanie nagrodę Nobla, do której został zgłoszony lub pójdzie siedzieć, czego przecież rządzący mu życzą, to będzie czym zilustrować o tym materiał.

Pękłam też dlatego, że zaczęto odbierać ostatnie etaty dziennikarskie ludziom, z którymi pracowałam 20 lat. Ludziom, którzy wiele razy mogli pójść z tej stacji, w której zarabia się najmniejsze pieniądze z telewizji, ale tkwili w niej, tak jak i ja, z miłości do samej stacji i do miasta, w którym żyjemy. Teraz zapłacili najwyższa cenę.

Przyznam, że jeszcze nie wiem co ze sobą zrobię. Przede mną spotkania autorskie, więc cokolwiek zarobię. Siedzę też nad książką i scenariuszem filmu. Kończę w tym roku 50 lat. Żyję z umów o dzieło.

Hejterzy pisali o mnie, że nie mam dorobku, że nie znają mnie i że jestem nikim. I niech dla nich tak pozostanie. Wiem jedno: kiedyś napisałam, że jeśli z TVP mnie wyrzucą to znaczy, że na mnie nie zasłużyli. Odeszłam sama. Właśnie dlatego, że bez wyrzucania uznałam, że nie zasłużyli na takie oddanie.

I tak już na sam koniec tego bardzo długiego tekstu. Kilka lat temu przyszła do redakcji praktykantka. Kiedy przed porannym kolegium przedstawialiśmy się sobie, ona usłyszawszy moje nazwisko zaczęła piszczeć i wołać: „Proszę pani! Wychowałam się na pani książkach! Zawsze chciałam panią poznać!” To było bardzo miłe. Po chwili rozpoczęło się kolegium. Miałam na nim przegląd prasy. To, jak mówiła do mnie szefowa, jak komentowała podawane przeze mnie informacje sprawiło, że po kolegium praktykantka powiedziała: „Boże! Ja nie wiedziałam, że pani ma takie życie! Jak pani jest tu strasznie traktowana!” Mimo tego nadal tkwiłam w redakcji, choć starałam się już nie angażować w jej sprawy tak, jak wcześniej, bo tekst patrzącej z boku dwudziestodwuletniej dziewczyny był dla mnie jak kubeł zimnej wody na głowę. Teraz na fali zwolnień tej szefowej też odebrano etat. Zrobiło mi się jej żal. Zadzwoniłam wesprzeć na duchu. Kilka dni później, już po wysłaniu listu do Prezesa, wyczytałam w sieci, że dostała intratne stanowisko w innym medium związanym z obecną władzą. Dawno się tak nie śmiałam z własnej naiwności i głupoty.

Człowiek człowiekowi… dziennikarzem

Kiedyś zawód dziennikarza był bardzo szanowny. Mówiono, że to czwarta władza. Czy jest tak nadal? Trudno mi powiedzieć. Faktem jednak jest, że wg badań CBOS z listopada 2013 roku zawód dziennikarza jest mniej szanowany niż zawód strażaka czy sprzedawcy, a nawet policjanta, sprzątaczki czy murarza. Niżej od niego jest tylko polityk. Spadek szacunku do dziennikarstwa jest zastraszający. W latach 70-tych dziennikarz był kimś. Dziś właściwie jest nikim. I ja się nie dziwię. Nie znam mniej solidarnego środowiska. Nigdy w Polsce nie udało się zrobić strajku mediów. Nie udało się zrobić nawet strajku dziennikarzy TVP. Kiedyś ci na etacie nie chcieli bronić interesów tych bez etatów. Potem, po latach, gdy wszyscy niemal zostali bez etatu, to ci, którzy nie mieli go od dawna lub nie mieli go nigdy, nie byli zainteresowani obroną etatów tych, którym je po latach zabierano. A jeśli w środowisku nie ma solidarności, to jak dane środowisko i jego przedstawicieli szanować? Tylko ja wiem jak często wstydzę się wykonywanego zawodu dziennikarza.

Ostatnio Prezydent przyklepał ustawę medialną. Z mocy tejże ustawy Telewizja Polska, Polska Agencja Prasowa i Polskie Radio zyskały nowych prezesów. Jestem dziennikarką TVP od dwudziestu lat. Jacek Kurski to mój 16 prezes (jeśli dobrze liczę). Nie boję się. Żadnego się nie bałam. Wychodzę bowiem z prostego założenia. Jeśli przyjdzie do TVP jakaś władza, która mi za współpracę podziękuje, to znaczy, że TVP nie zasłużyła na mnie. Ot i cała moja dziennikarska filozofia.

Martwi mnie natomiast co innego. Martwi mnie środowisko. Nie. Nie zaczęłam się nim martwić teraz. Martwię się nim od dawna. Bo podczas każdej zmiany z ludzi wychodzą obrzydliwe cechy. Teraz też wyszły. Wyszły znów i wyszły ze wzmożoną siłą. I z tych z prawa i z tych z lewa. I z tych co są w TVP i z tych, którzy się do przyjścia tu szykują. I z tych, którzy tu kiedyś byli i z tych, którzy tu jeszcze nigdy nie byli. Jeden z dziennikarzy, który kiedyś współpracował z TVP pisze o drugim, że czas pakować walizki. Ten drugi mu wypomina jakieś donosy na ambasadorów, a jego żona pogłoski o powrocie tego pierwszego do TVP kwituje stwierdzeniem, że pewnie nie sprzedają mu się dywany. To jeden z wielu przykładów. Mogłabym je mnożyć, cytować i powstałoby z tego kilkanaście stron cytatów, w większości zresztą rynsztokowych, ale po co? Czytelnicy sami to znajdą, bo to wszystko dzieje się na forum publicznym, a dyskutują niemal wszyscy. Nie ważne są poglądy, które prezentują. Nie podoba mi się wzajemne opluwanie. Tyczy się to całego środowiska dziennikarskiego. Bo obie strony barykady, która nagle w Polsce wyrosła i podzieliła społeczeństwo, cechuje zawzięcie i złośliwość. Wszyscy sobie nawzajem życzą utraty pracy i długiego bezrobocia. I tak jest niestety od wielu lat za każdym razem, gdy w TVP są zmiany. Ale teraz jest jakieś apogeum plucia.

Przez 20 lat mojej współpracy z Telewizją Polską zawsze kolejne, nowe władze spółki wsadzały na stanowiska jednych ludzi, a innych z nich zdejmowały. I zawsze ci, którzy odchodzili byli żegnani przez kogoś stwierdzeniem, że dobrze mu tak. Często podczas takich zmian przed przyjściem nowych władz straszono nas wszystkich tam pracujących, że zaraz polecimy i wylądujemy na bruku. Ileż razy odbierałam od znajomych telefony czy esemesy, jaka to jestem biedna, bo przyjdzie ktoś tam i ja już nie będę pracować. A potem… nadchodziło zdziwienie, że pracuję. Jednak krótko po zdziwieniu padały stwierdzenia, że skoro pracuję to znaczy, że jestem mało ważna. Bo gdyby się ze mną liczono, to by mnie ktoś już dawno wywalił. Bo przecież wywala się tych, z którymi się liczy. Czyli pracujesz – źle. Wywalają – źle. Nie wywalają – też źle. Takie dziennikarskie krzywe kluchy.

Każda zmiana to są nerwy. Zwłaszcza, że dla każdego, kto przychodzi np. ja jestem „złogiem poprzedniego systemu”, bo przecież jestem osobą „zastaną” w pracy i pracującą tu, (choć od zawsze bez etatu) te 20 lat. Przeżywałam w TVP różne sytuacje, a na stanowiskach dyrektorskich obserwowałam różnych ludzi. Zdarzali się wśród nich prawdziwie podli, którzy podstępem wyrzucali fachowców, by wprowadzić na ich miejsce dyletantów ze swojej rodziny. Nepotyzm to powszechny grzech. Grzech panoszący się w wielu instytucjach i nie tylko w Polsce, a nawet nie tylko na wschodzie Europy.
Wielu moich (i nie tylko moich) szefów nie było fachowcami. Na braku fachowości przyłapywano ich szybko. Na przykład mieli uwagi do studia. Raz na takie uwagi jedna z kierowniczek powiedziała:
- Do tego, by było lepiej potrzebny transponder G-750.
- Kupimy – padła odpowiedź.
Sęk w tym, że „transponder G-750” nie istnieje… To tylko taki żarcik i test na fachowość nowej władzy. Transponder można zresztą zastąpić innym mądrze brzmiącym słowem.
Był też dyrektor, który wołał dziennikarkę na… „konsolację”, bo mu się z „kolaudacją” pomyliło. Korytarze chichotały, ale program się ukazywał, bo jednak robią go fachowcy. Robią to nawet wtedy, gdy rządzi nimi dureń.

Dlatego, że w czasie swojej pracy w TVP jednak otaczali mnie fachowcy i to dzięki nim ukazywały się programy, nie umiem zaakceptować wzajemnej nienawiści dziennikarzy do siebie. Nie rozumiem jej. Przez te ostatnie 20 lat nigdy w życiu ani ja ani moja redakcja ani żadna redakcja TVP nie wezwaliśmy policji na żadnego dziennikarza z innej stacji telewizyjnej. Nie słyszałam, by coś takiego zrobiła konkurencja z Polsatu czy TVN. Zresztą… wielokrotnie razem ustawialiśmy się do rozmów z ludźmi na konferencjach prasowych. W redakcji współczuliśmy ekipie TVN (choć jest to stacja, o której ofercie programowej mam bardzo złe zdanie), gdy w czasie marszu niepodległości spalono im wóz transmisyjny. Pamiętam rozmowy o tym, jak musi czuć się ich inżynier wozu, bo to inżynier odpowiada za wóz. Od zawsze było tak, że gdy do TVP przyjeżdżał ktoś ważny, pojawiali się pod jej drzwiami dziennikarze z innych stacji (tak radiowych, jak i telewizyjnych) i przeprowadzali wywiady przed budynkiem. Dlatego sprawa wezwania w swoim czasie przez dziennikarzy TV Republika policji na ekipę Polsatu wydaje mi się koszmarem. Długo zresztą nie mogłam w to uwierzyć. Przecież tyle razy z reporterami TV Trwam czy TV Republika wspólnie nagrywałam np. powstańców warszawskich. Co się nagle z tymi dziennikarzami stało? Żeby aż tak nienawidzić konkurencji? Przecież, gdy przed laty był marsz w obronie TV Trwam i blokowano nam wyjścia do budynków na placu Powstańców i Jasnej nie buntowaliśmy się. Mnie wtedy o mało tłum nie połamał żeber. Byłam roztrzęsiona i płakałam. Czułam jakąś niesprawiedliwość, bo jechałam na patriotyczną wystawę do Muzeum Niepodległości, a tłum obcych ludzi wyzywał mnie od komuchów. A jednak nie przyszło mi do głowy wezwać policję na manifestujących, a co dopiero na dziennikarzy, którzy przemawiali pod drzwiami czy szli w marszu w obronie tej stacji. Bronili swojego miejsca pracy! Uważałam, że mieli do tego prawo.

Wiele, bardzo wiele lat temu pewien dyrektor w Telewizji Polskiej wyrzucił z pracy jak psa pewną dziennikarkę. Po kilku latach kolejna polityczna miotła wymiotła i jego, jak niepotrzebny śmieć. Wybrał się wtedy na Woronicza szukać pracy. Zapukał do pokoju pewnego dyrektora. Za biurkiem siedziała ta właśnie dziennikarka.
- Rozumiem. Nie mam tu, czego szukać. – Powiedział na jej widok i ruszył w stronę drzwi.
- Proszę mnie nie mierzyć swoją miarą. – Odparła i wskazała miejsce na krześle.
Jest to dla mnie jedna z ładniejszych anegdot o postawie dziennikarza względem dziennikarza. Postawie, w której nie ma miejsca na zemstę. Zawód dziennikarza, bardziej niż pisarza, uczulił mnie na to, że nic nie jest wieczne. Miałam do czynienia z dyrektorami, burmistrzami, a nawet… prezydentami miasta, którzy najpierw nie odpowiadali na dzień dobry, a po latach zdegradowani i zepchnięci niemal na margines życia, przypadkiem spotkani na mieście dosiadali się w kawiarni do stolika, jakbym była ich, wprawdzie dawno nie widzianą, ale przyjaciółką.

Jedyne co mamy dane na zawsze to kręgosłup i godność. Ale to od nas zależy czy zachowamy je do końca życia, czy w którymś momencie stracimy. Nie wiem czy życzenie kolegom po fachu utraty pracy i długotrwałego bezrobocia oraz dziennikarskiej śmierci nie odziera wypowiadających te życzenia z godności i nie łamie im kręgosłupów. Takie życzenia mogą wrócić. Człowiek człowiekowi wilkiem? Nie! Człowiek człowiekowi dziennikarzem! I dlatego, że tyle się ostatnio naczytałam życzeń wypowiadanych przez dziennikarzy pod adresem innych dziennikarzy, coraz częściej wstydzę się przyznać, że jestem dziennikarką. Ale jestem. Na razie jeszcze jestem.

PS Ludzie najbardziej sobie pomagają, gdy jest wojna. Wtedy pomagają sobie znaleźć pracę, dokarmiają się i dają dach nad głową. Chyba żyjemy w dobrobycie, skoro tyle w nas nienawiści do drugiego człowieka.

Czemu nasze społeczeństwo zgłupiało?

Ano… bo oglądamy pewne programy. A tego odkrycia dokonałam w… łóżku, bo… sama je obejrzałam.
Dochodzenie do siebie po chorobie trwa i podejrzewam, że jeszcze potrwa. Choć to co mnie położyło to nie była grypa (ani zwykła ani świńska) a zapalenie górnych dróg oddechowych (gardła i strun głosowych) to jednak wracanie do normy zdrowotnej jest czasochłonne. Dłużej śpię, wszystko robię wolniej, ale… ważne jest, że wreszcie mogę czytać! Przecież przez ponad tydzień nie byłam w stanie trzymać w garści ani książki ani nawet gazety. Oglądałam za to telewizję i to wtedy odkryłam czemu społeczeństwo zdurniało. Ponieważ złożyło mnie strasznie, a w sypialni mam jedynie antenę naziemną, więc… w łóżku mogłam oglądać tylko to, co nadawane jest naziemnie. Wiele tego nie ma. Wreszcie jednak podpatrzyłam ofertę nie tylko TVP2, ale i Polsat i TVN. Doszłam do strasznych wniosków. Autoreklama TVN jest do tego stopnia skuteczna, że społeczeństwo chyba uwierzyło, że to jakaś wspaniała stacja. Tymczasem… to jest jakieś dno obniżające poziom intelektualny Polaków. Kto nie widział programów typu „Sędzia Anna Maria Wesołowska”, „Sędzia Artur Lipiński”, serialu „Detektywi” czy „W-11” chyba tego nie wie. Z kolei ten, kto widział i się tym zachwyca, to w moim pojęciu właśnie intelektualnie spadł poniżej poziomu. (Pomijam już te tańce z gwiazdami i mam talent, gdzie promowane jest nie wiem co, bo raczej nie talent.) Te programy sądowe widziałam w swoim czasie w Stanach Zjednoczonych. Byłam nimi załamana. Powodowały, że uważałam amerykańskie stacje filmowe za maksymalnie denne i dla debili. Teraz widzę, że to samo jest w polskich stacjach. Polsat jeszcze jako tako się broni, bo ma w sumie kilka niezłych seriali. („Rodzina zastępcza” sprawiła mi wiele radości.) Nawet „Interwencja” jest na wyższym poziomie od „Uwagi”, która goni za tanią sensacją. Jednak to wszystko jest niczym w porównaniu z „Sędzią Anną Marią Wesołowską” i „Sędzią Arturem Lipińskim”. To programy, których debilizm przewyższa wszystkie najgłupsze amerykańskie komedie o puszczaniu bąków. Pomijam już, że nagle w sądzie to sędzia rozwiązuje zagadki kryminalne, których wcześniej nie rozwiązali policjanci, detektywi, adwokaci itd. Pomijam, że rozprawy są otwarte dla publiczności, co w polskim sądzie nie jest praktykowane. Pomijam teksty, które lecą z sali… jestem załamana całością. Tym rodzajem spraw toczących się przed sądem, dialogami itd. W tych czterech gniotach (oprócz programów sądowych mam na myśli seriale „Detektywi” i „W-11”) mierzi mnie gra aktorów amatorów – nie wszystkich, ale 90% z nich. I mogłabym jeszcze długo pisać o tym, jakie to beznadziejne i denne, ale szkoda mi czasu na analizowanie tego badziewia. Wiem jedno, gdyby nie choroba nie odkryłabym czemu nasze społeczeństwo tak zgłupiało, bo pewna jestem, że 15 lat temu nie było w kraju aż tylu idiotów. Teraz już wiem skąd się wzięli. Musieli oglądać te durne seriale i durne show i durne teleturnieje. Zapewne sączyły się one z anteny zanim rozpoczęto produkcje tych gniotów, tylko inaczej się nazywały. Oczywiście moja tolerancja i moje pojecie wolności słowa podpowiada mi, że… proszę bardzo… niech TVN nadal produkuje te koszmary, skoro jest na nie zapotrzebowanie i są chętni widzowie. Informuję jednak publicznie, że odkryłam cudowne zastosowanie guzika OFF, z którego widząc ofertę TVN będę namiętnie korzystać. 
I pomyśleć, że kiedy dziś włączyłam TVP2 poczułam się w innym świecie. Nawet „Familiada” wydała mi się czymś fajnym. Szok!