Archiwa tagu: TVP

Ostatnia rzecz łącząca mnie z TVP... #poczta

Dysproporcja, czyli słówko o zarobkach w TVP

Wczoraj przeczytałam na Twitterze o zarobkach byłych kolegów z TVP, a konkretnie z „Wiadomości”. Miesięcznie podobno 30-40 tys. Był to tweet jakiegoś dziennikarza z Dziennika Gazety Prawnej, której artykuł przeczytałam dziś z (nie ukrywam) wypiekami na twarzy. Jeszcze wczoraj pod wpływem informacji o 30-40 tysiącach dla prowadzących postanowiłam zbadać swoje telewizyjne honoraria z ubiegłego roku. Taka ot ciekawość. A ta, jak wiadomo, pierwszy stopień do piekła. Było to jednak dla mnie piekło śmiechu. Bowiem te moje zarobki w 2016 roku wyglądały następująco (oto kwoty, które wpłynęły na moje konto):

  • Styczeń 545,00 zł,
  • Luty 588,00 zł,
  • Marzec 1444,00 zł,
  • Kwiecień 0,00 zł,
  • Maj 1418,00
  • Czerwiec 1956,00 zł,
  • Lipiec 8622,00 zł,
  • Sierpień 1284,00 zł,
  • Wrzesień 2140,00 zł,
  • Październik 0,00 zł,
  • Listopad 519,00 zł.

Czyli razem: 18 516 (słownie: osiemnaście tysięcy pięćset szesnaście złotych) przez cały rok na rękę.

Honoraria wypłacała mi firma zewnętrzna, gdyż zgodnie z wprowadzanymi w swoim czasie przez TVP regulacjami, stacja nie mogła zatrudniać dziennikarzy na „umowy o dzieło”, a o etatach zapomnijmy. O etacie dla mnie w szczególności. Kiedy jeszcze rozdawano etaty – nie załapałam się nigdy. Potem już nie rozdawano, a zabierano, a nawet wprowadzono outsourcing wyrzucając ludzi do zewnętrznej firmy. Stacja zaś poleciła dziennikarzom pozakładać działalność gospodarczą i wystawiać TVP faktury. Sęk w tym, że przez wiele lat prowadziłam taką działalność gospodarczą i wystawiałam TVP faktury. Aż nadszedł dzień, kiedy moje miesięczne zarobki w TVP były niższe niż ZUS, który musiałam odprowadzić z tytułu prowadzenia tej działalności. Dlatego w 2009 roku ją zawiesiłam, a w 2011 zlikwidowałam. Firma zewnętrzna, z którą miałam podpisaną umowę, a która wystawiała w moim imieniu faktury TVP, brała ode mnie za pośrednictwo 5% moich honorariów. Wymienione więc wyżej kwoty są moimi zarobkami po odliczeniu 5% i po odprowadzeniu do Urzędu Skarbowego zaliczki tytułem podatku dochodowego. I tylko dlatego, że było jeszcze to pośrednictwo nie zamieszczam tzw. zrzutu wyciągu z konta.

Ostatnie pieniądze w TVP w ub. roku zarobiłam w listopadzie za trzy tematy do TVP Info o 11 listopada. Gdyby kogoś interesowało o co chodzi z kwietniem i październikiem, kiedy moje zarobki wyniosły 0,00 zł, to wyjaśniam, że w kwietniu zarobiłam jakieś takie grosze, że poprosiłam o przesunięcie wypłaty honorarium na następny miesiąc. Zaś w październiku już mnie na grafiku nie było. W tym samym czasie płaciłam 650,00 (słownie: sześćset pięćdziesiąt) złotych za czesne w pewnej szkole, w której postanowiłam kształcić swój warsztat telewizyjno-filmowy. Poinformowałam o podjętej przeze mnie nauce moją ówczesną szefową i powiedziałam jej, że będę przychodzić do pracy rzadziej, gdyż jeszcze chodzę do szkoły, odrabiam lekcje etc. Niestety za to „doskonalenie się” szybko „nagrodzono” mnie zdjęciem z grafika. Podobno to, że pracownik doskonalący się za własne pieniądze jest karany zwolnieniem, to w kapitalizmie częste. W każdym razie pod koniec mojego chodzenia do szkoły myślałam, czy jej nie rzucić, bo ostatnie dwa miesiące nauki musiałam na to czesne… pożyczać. Ale jakoś dałam radę, choć naprawdę był to rodzaj czołgania się przez życie.

Pewnie dlatego informacja DGP o telewizyjnych zarobkach mnie najzwyczajniej w świecie właściwie… ubawiła. Zarobione w lipcu ub. roku pieniądze w wysokości 8622,00 (słownie: osiem tysięcy sześćset dwadzieścia dwa) złote są największym w moim 21 letnim życiu współpracownika TVP miesięcznym honorarium. Co się na nie złożyło? Oprócz kilku reportaży do programu informacyjnego także trzy duże, bo ponad 10 minutowe reportaże na antenę ogólną oraz film dokumentalny pt. „Zmartwychwstanie stulatka”, nad którym pracowałam półtora roku i którego byłam nie tylko reżyserem i scenarzystą oraz lektorem, ale również operatorem kamery. Zapłacono mi za niego 3200 złotych brutto. To największa kwota jaką dostałam za jedno dzieło w TVP podczas tych swoich 21 lat współpracy. Zaś fakt, że zrobiłam wspomniane trzy dłuższe reportaże wynika z tego, że był to okres wakacji i ludzie po prostu pojechali na urlopy, więc został tylko debil, który jak zwykle pracował. Był to ten sam debil, który latami robił to w święta Bożego Narodzenia, Wielkanocy oraz Bożego Ciała czy w sylwestra. Ten debil to ja.

Kilka lat temu, gdy miałam na antenie TVP swój program „Detektyw warszawski”, którego byłam reżyserem i scenarzystą, a także prezenterem dostawałam za jeden odcinek 1500 (słownie: tysiąc pięćset) złotych brutto – w miesiącu były dwa odcinki. Program zdjęto jednak z anteny po 5 odcinkach, bo… podobno nie było na niego pieniędzy.

I teraz proszę spróbować porównać sobie pracę prezentera autorskiego programu varsavianistyczno-historycznego, w którym tworzy się wszystko od podstaw i mówi do kamery z głowy sprzedając wiedzę, którą najpierw w tej głowie trzeba mieć, z pracą prezentera programu informacyjnego, który czyta tzw. „białe”, czyli zapowiedzi napisane przez dziennikarzy przygotowujących do programu reportaże, a sam najwyżej je „pod siebie” poprawi.

Używany przez zwolenników tzw. „dobrej zmiany” argument, że poprzedni prezenterzy „Wiadomości” zarabiali więcej, a ci trochę mniej, to dla mnie żaden argument, bo podobno teraz miał być koniec tego „rozpasania”! I właśnie to jak wygląda ten koniec ubawiło mnie najbardziej. Poza tym dziś Dziennik Gazeta Prawna przytoczył m.in. wypowiedź Juliusza Brauna byłego prezesa TVP w latach 2011-2015, który powiedział, że: „Na całym świecie najbardziej znanym dziennikarzom sporo się płaci. To działa tak, jak w przypadku piłkarzy, tylko stawki w mediach są niższe.” Natomiast zabawna była jeszcze jedna rzecz w jego wypowiedzi. W Dzienniku Gazecie Prawnej napisano, że gdy Braun był prezesem TVP, media bulwersowały się kontraktami gwiazdorskimi twarzy telewizji. Krytykowano szczególnie program Tomasza Lisa, chociaż zdaniem Brauna dawał TVP duże przychody. „Najostrzejsze ataki na Lisa i innych dziennikarzy przychodziły z mediów prawicowych i tabloidów”  – powiedział Juliusz Braun, a spytany, czy nie jest zaskoczony, że przejąwszy telewizję publiczną, prawica stosuje równie wysokie stawki wynagrodzeń odparł: „Zdziwiłbym się, gdyby robili inaczej” i dodał na koniec: „Dowodzi to jednak, że uprzednia krytyka była hipokryzją.”

Ja się z nim zgadzam. I poprzednia krytyka była hipokryzją i obecna nią jest. Nie chodzi bowiem (nawet mnie w tym wpisie) o to, że prowadzący „Wiadomości” mają zarabiać tyle co ja zarabiałam w regionalnej stacji TVP, ani, że ja miałam zarabiać tyle co prowadzący sztandarowy program informacyjny telewizji publicznej. Napisałam to wszystko, by pokazać tę drastyczną dysproporcję zarobków. Niech da ludziom do myślenia.

Zwłaszcza, że jak przychodził do mnie hydraulik to mówił: „O! Pani z telewizji!” i dziwnym trafem śpiewał potem sobie takie honorarium za przetkanie kibla, że potem żałowałam, że jestem dziennikarką, a nie tym… hydraulikiem.

I tak na koniec, taki zupełny już koniec… Jeżdżę 12-letnim fiatem seicento. Budzi on politowanie, ale też agresję na ulicach ze strony innych kierowców. Nie przesadzam. Mam porównanie, bo zdarza mi się dostawać do dziennikarskich testów naprawdę dobre auta i widzę jak zmienia się wtedy postrzeganie mnie jako kierowcy i zachowanie względem mnie na skrzyżowaniach, parkingach etc. Prawdopodobnie jesienią nie będę mogła mieć już autocasco na swój stary samochód, bo jego wartość spadnie poniżej 5 tysięcy złotych. A gdybym w swoim czasie w TVP zarabiała miesięcznie więcej? Ja nie mówię o 30-40 tysiącach, choć wtedy za jedną pensję kupiłabym sobie np. nowego Fiata Pandę, bo świetnie wiem, że lokalna stacja to nie sztandarowy program informacyjny. Ale niech by to były 2/3 tego, co zarobiłam w lipcu ub. roku. Może po jakimś czasie zmieniłabym samochód? A tak… pozostaje mi tylko śmiać się z siebie i swojej naiwności. Zwłaszcza, że z tęsknoty za pracą, którą kochałam, a która przynosiła upokorzenia i głód (jak głosi stugębna plotka podobno wynagradzano mnie gorzej, bo jestem jeszcze pisarką, więc mogę zarobić gdzie indziej) chodzę do psychologa. I choć dopiero teraz dociera do mnie, że byłam poddawana mobbingowi, mimo wszystko powoli zaczynam się uśmiechać. Myślę jednak, że najweselej mi będzie, jak mnie TVP pozwie do sądu za ujawnienie tych własnych, nędznych zarobków, że złamałam tajemnicę umowy. O co tę instytucję niestety podejrzewam, zwłaszcza, że nie brak w niej moich wrogów, cieszących się z tego, jak skończyłam – z depresją i przed komputerem. Ale dziś jest mi już wszystko jedno. Szczególnie, że od lat publicznie mówię i piszę, że jestem za podawaniem zarobków do wiadomości publicznej. Bo tylko wtedy jest szansa, że upadnie niejeden mit.

Tylko o czym wtedy napisze Dziennik Gazeta Prawna? I na co się oburzy dzisiejsza opozycja? No i czym będą żyły obecne prorządowe media, do tej pory przeżywające zarobki Piotra Kraśki czy obojga Lisów jak żaba okres?

PS Miałam nie pisać o TVP, ale wyszło jak zwykle. Ech…

PS Wbrew pozorom nie jest ze mną źle. Radzę sobie. Tylko tych 21 lat po prostu mi żal.

Tak przykro, że słów brak, czyli o obecnych reporterach TVP

Bardzo rzadko piszę tu o polityce. Wynika to z prostego faktu, że uważam WSZYSTKIE partie polityczne za legalnie działające mafie, na które niestety wszyscy płacimy podatki. Obecna partia rządząca (na którą nie głosowałam, ale po wygranej w wyborach jako państwowiec dawałam szanse) nie jest wolna od tego grzechu mafijności, o czym przekonałam się, gdy jeszcze współpracowałam z TVP i widziałam, że „swoi” zarabiają krocie, obcy są „brani głodem”, by oddalili się czym prędzej gdzie pieprz rośnie. Oddaliłam się więc pisząc na koniec stosowny list do Pana Prezesa, na który do dziś nie otrzymałam odpowiedzi. Ale nie jestem człowiekiem rządzących. Jestem niczyja.

Niestety zastąpiono mnie (i kilkuset innych reporterów) takimi „dziennikarzełkami”, że wyć się chce, obserwując ich poczynania.

Oto kilka godzin temu Adam Kądziela z młodzieżówki partii Nowoczesna zamieścił na twitterze filmik pokazujący zachowanie dwóch młodych reporterów TVP Info: Filipa Styczyńskiego i Lucjana Ołtarzewskiego na czwartkowej demonstracji przed Sejmem. Młodzi reporterzy pokazywali niestosowne gesty demonstrantom i robili sobie w trakcie tzw. „sweetfocie”. Pierwszy raz od odejścia z TVP popłakałam się z jej powodu, choć grozę budziły już manipulacje jakich dopuszczają się programy informacyjne w TVP. Do tej pory była to domena TVN. Pisałam kiedyś o tym, jak wyglądała prawda o bohaterach pewnego reportażu, który realizowałam, a co zobaczyłam na antenie TVN w ich materiale filmowym. Teraz ta sama manipulacja jest w telewizji publicznej. W „Wiadomościach” królują wybrane, wyrwane z kontekstu wypowiedzi z odpowiednim komentarzem napisanym pod tezę. Oczywiście z komentarzem negatywnym i szkalującym tych, którzy mają inne zdanie niż rząd sprawujący władzę nad telewizją narodową.

Jednak zgodnie z zasadą „nie mój las – nie moje małpy” machałam na to ręką. Przełączałam kanały, oglądając filmy, seriale i programy przyrodnicze. Jednak to, co pokazały nagrania Adama Kądzieli sprawiło, że po raz kolejny załamałam się.

Oto na moich oczach w nagraniu wykonanym komórką widzę dwóch młodych ludzi, którzy na demonstracji wykonują nieprzyzwoite gesty w stosunku do demonstrantów.

Moim zdaniem chyba nikt nigdy w historii TVP tak jej nie opluł jak te dwa niedojrzałe smarkacze. Przez 21 lat pracy jako reporterka TVP byłam na setkach demonstracji i z wieloma demonstrantami się nie zgadzałam, ale nigdy w życiu nie przyszło mi do głowy, by się tak w stosunku nich zachowywać. Uczono mnie szacunku do demonstrujących. Dlatego nie wyzywałam starszych pań, które na słynnym ingresie Stanisława Wielgusa wbijały mi między żebra parasolki tylko dlatego, że widziały na towarzyszącej mi kamerze logo TVP. Z tego samego powodu jedna z nich napluła mi w twarz. Nie wykonałam w jej stronę żadnego gestu. Choć to zachowanie bolało mnie i psychicznie i fizycznie, a do domu wróciłam posiniaczona. Nie wyzywałam ludzi, którzy na marszu w obronie Telewizji Trwam wgniatali mnie w ścianę miażdżąc żebra. Tylko popłakałam się w samochodzie, bo było mi przykro. Jechałam do Muzeum Niepodległości a tu odmawiano mi miłości do ojczyzny, zarzucano, że nie jestem patriotką.

Nie odpowiadałam pluciem na narodowców, którzy pluli na mnie, gdy filmowałam ich, kiedy podczas parady równości skakali i krzyczeli: „kto nie skacze jest pedałem. Hej! Hej! Hej!” Z pokorą odbierałam ich petycję z korkiem do zatykania tyłka, choć uważałam i uważam to za chamstwo.

Kiedyś reporter TVP miał wpajane, że ma relacjonować wydarzenia, a nie je interpretować i oceniać. A już nie do pomyślenia było, aby je oceniał takimi gestami. Nawet, gdy gdzieś byłam prywatnie uważałam, że powinnam zachowywać się godnie, bo może ktoś mnie rozpoznać, jako reporterkę TVP, więc obowiązują mnie wysokie standardy. Dlatego starałam się być grzeczna w sklepach, urzędach, na bazarach etc. Tym dwóm młodzieńcom (bo określenie „panowie” jest w moim języku zarezerwowane jednak dla panów a nie osób zachowujących się jak chamy) zabrakło dobrego wychowania. Nie wynieśli go z domu, ale mogli z redakcji. Szkoda, że się tak nie stało, ale mocno zastanawiam się czy nie jest to wynik tego, że kiedyś trzeba było terminować dwa lata, by samemu pojechać z kamerą na temat. Moje koleżanki nosiły za redaktorami kasety zanim same dostąpiły zaszczytu zrealizowania własnego tematu. Teraz ten czas się skrócił do kilku dni. Odeszłam z TVP w kwietniu. Nie kojarzę żadnej z tych twarzy z telewizyjnego korytarza, a przecież jeszcze w listopadzie 2016 realizowałam tematy dla TVP Info o odzyskaniu przez Polskę Niepodległości wysłuchując, bym nie nagrywała dyrektora z Muzeum Niepodległości, bo jest „nie z tej opcji politycznej”. Kiedy więc ci młodzi ludzie przyszli do TVP? Jak to jest, że polityk Nowoczesnej ich rozpoznał jako reporterów? Musieli już gdzieś pojawiać się z kamerą. Wirtualnemedia twierdzą, że robili materiały do „Minęła 20”. Kto im na to pozwolił? Nie wiem. Wiem, że wszyscy widzimy efekty tak skróconej ścieżki kariery. Zero kindersztuby, moralności i szacunku do stacji, w której się pracuje. Płakać się chce!

PS Wiem, że szef Klaudiusz Pobudzin ich zwolnił, ale moje pytanie brzmi: kto tak szybko pozwolił im poczuć się reporterami? A o Pobudzinie nie napiszę ni słowa.

Dziękuję, dziękuję, dziękuję i… podaję termin oraz miejsce odstrzału

Minęły właśnie trzy miesiące od mojego odejścia z TVP. Co się zmieniło? Z jednej strony nic, a z drugiej wszystko.

Po pierwsze: mam mniej znajomych. Już na Wielkanoc dostałam połowę esemesowych życzeń, które nadeszły na Boże Narodzenie, ale wtedy jeszcze nie połączyłam faktów. Teraz łączę, bo oto połowa znajomych nagle nie ma dla mnie czasu. Gdy zadzwonię to są zajęci, obiecują oddzwonić, ale to nie następuje. Po trzech próbach kontaktu z wieloma z nich dałam sobie spokój. Wyświetla im się mój numer, będą chcieli – oddzwonią. Skoro tego nie robią to znaczy, że nie chcą kontaktu. Mają prawo. Choć ja staram się zawsze oddzwaniać.

Po drugie: wbrew internetowemu hejtowi, który wylał się na mnie na różnych portalach po podanym do wiadomości publicznej liście do Prezesa Jacka Kurskiego, kiedy jedni hejterzy pisali, że już mam nagraną pracę – nadal jej nie mam. Oczywiście nie znaczy to, że nic nie robię. Ja cały czas pracuję, choć nie zawsze przynosi mi to kokosy. Nadal współpracuję z kilkoma gazetami i pismami. O czymś stałym nie ma jednak na razie mowy. Wysłałam CV do wielu, naprawdę wielu redakcji (nie chcę pisać jak wielu, bo nikt mi nie uwierzy), odpowiedziała tylko jedna i dziękuję jej nadawcom za to, że jako jedyni wykazali się kulturą i odpisali. Niestety ta odpowiedź brzmiała:

Pani Małgorzato, dziękujemy za maila. Aktualnie nie jesteśmy zainteresowani rekrutacją reportera o Pani profilu.

Zapewne to woda na młyn drugich hejtujących mnie wówczas internautów, którzy twierdzili, że jestem nikim i nie mam żadnego dorobku. Cóż… może to co zrobiłam to rzeczywiście nic. W każdym razie liczące 6 stron CV to informacja o współpracy z kilkudziesięcioma gazetami, o piastowanych w mediach stanowiskach (także kierowniczych), o publikacji 9 książek, o wystawionych dwóch sztuk teatralnych, a także… o 21 latach pracy w TVP, w czasie których miałam kilka własnych programów, zrobiłam kilka tysięcy dłuższych i krótszych materiałów filmowych w tym wiele reportaży i filmów dokumentalnych.

Znajoma, która przeglądała CV powiedziała:

- Nie wiem co tu zrobić, bo i tak źle i tak niedobrze. Jak podajesz co zrobiłaś to przerażasz doświadczeniem. Jak skrócisz CV to wszyscy spojrzą na wiek i będą w szoku, że mało zrobiłaś. Może nie podawaj wieku?
- No, ale on wychodzi, gdy spojrzy się na daty ukończenia szkoły, uczelni, na miejsca pracy i daty, kiedy tam pracowałam – zauważyłam moim zdaniem słusznie.
- Faktycznie – znajoma się zasromała.
- To co robić? – Spytałam.
- Nie wiem – odparła.

Druga znajoma, do której redakcji słałam CV, dowiadywała się w kadrach. Zdaniem jej szefów jestem za droga. Nie wiem czemu. Nikt przecież ze mną nie rozmawiał o pieniądzach. Nie pytał za ile pracuję. Może jednak redakcję stać na mnie? Nie chcieli nawet sprawdzić. Trudno. Nie oni jedni.

Trzecia znajoma zasugerowała, że… chyba jestem „za stara, by biegać po mieście jako reporter”. Co to znaczy? Obawiam się, że to argumenty wysuwany tylko dlatego, że jestem kobietą. Mój Ojciec zmarł w 1999 roku mając 67 lat i do końca był czynnym reporterem. Zawsze myślałam, że dziennikarka to nie baletnica.

Czwarta znajoma zasugerowała, bym zmieniła zawód.

Sęk w tym, że nie chcę. Bo i niby dlaczego miałabym to zrobić? Nie byłam złym reporterem. Nie miałam nigdy procesu o nierzetelność, zniesławienie itd. Jedyny proces, jaki miała przeze mnie TVP został przez tę instytucję wygrany (co w swoim czasie opisywałam). Powodem była zresztą chora psychicznie pieniaczka, a teraz, gdy nie żyje role się odwróciły, bo to ja byłam w sądzie na prośbę jej rodziny, jako świadek, że pani miała nie po kolei w głowie.

Cieszyłam się (i nadal cieszę, o czym wnioskuję na podstawie listów) szacunkiem widzów i czytelników.

Czy gdybym była zła to nadal pisałabym do tych gazet, do których pisuję? Czy nadal publikowałyby moje artykuły?

Oczywiście znajomi proponowali mi pracę: rzeczników prasowych, prowadzących fundację, urzędników etc. Ale ja nie chcę zmieniać zawodu! Chcę nadal być czynnym reporterem i ni w ząb nie rozumiem czemu nie mogę. Czemu redakcje, do których słałam CV nie chcą mnie na stałe?

Być może coś z tym wiekiem jest na rzeczy, bo ostatnie lata w TVP widziałam, jak młodsi ode mnie, nie zawsze zresztą sprawni warsztatowo i z wiedzą, są faworyzowani. Nie chcę opisywać tych przypadków, bo nie chcę ranić młodszych kolegów.

Ponieważ już dawno chodziło mi po głowie coś takiego, by robić odstrzał ludzi po 50-tce, dlatego dziękując wszystkim redakcjom i szefom redakcji, do których słałam CV, (ich lista jest naprawdę dość długa), a którzy pozostawili moje listy bez odpowiedzi, zapraszam ich na mój uroczysty odstrzał.

24 lipca skończę 50 lat. Nic tajnego, bo informacja o mojej dacie urodzenia jest w encyklopediach, a także na mojej stronie. Zresztą jak podesłała mi znajoma, to nawet w warszawskiej Bibliotece przy ul. Antalla na Białołęce przygotowano stosowną okolicznościową gazetkę. Czym wprawiono mnie w zakłopotanie i zażenowanie, ale znajoma bibliotekarka powiedziała, że tak się robi nie tylko z nieżyjącymi, ale i z żyjącymi pisarzami.

Mimo okrągłej rocznicy nie wyprawiam hucznych urodzin. W ogóle ich nie wyprawiam, bo jak już wspomniałam, liczba moich znajomych drastycznie się zmniejszyła. Zaczęła zmniejszać się, gdy wyszłam drugi raz za mąż, ale po odejściu z TVP tak zmalała, że nie chcę się dołować. Zresztą są wakacje. W każdym razie 24 lipca po południu będę w Parku Skaryszewskim. Być może w pubie „Przystań” lub w jego okolicy. Kto chce – może dokonać odstrzału. Jak mnie rozpoznać? Snuć się będę tam ze swoją suczką-jamniczką koloru gorzkiej czekolady. A ponieważ to pies myśliwski, więc może po odstrzale przyniesie mnie komuś jako trofeum?

Młoda cipa ma c(z)ipa #frytka #jamnik #pies #chip #czip

Szczególnie gorąco zapraszam do udziału w odstrzale tych, którzy wylali na mnie pomyje, gdy okazało się, że teraz, decyzją MKiDN przyznano mi półroczne stypendium artystyczne w dziedzinie film. „Jak mogłaś tak się zeszmacić i wystąpić o stypendium do Glińskiego?” – spytał jeden znajomy.

Jestem państwowcem. Pisałam o tym wielokrotnie. Przyjmuję do wiadomości wyniki wyborów, choć nigdy jeszcze nie spodobał mi się żaden rząd i żaden prezydent. Tyczy to także obecnego rządu i prezydenta. Jednak to nadal moje państwo, a MKiDN jest tym ministerstwem, któremu podlegam jako twórca. Nie wystąpiłam do Piotra Glińskiego tylko do swojego Ministerstwa.

Ciekawe jest swoją drogą to, że zdaniem innych szmaciłam się, gdy wystąpiłam o to do MKiDN za czasów Bogdana Zdrojewskiego, bo obecne stypendium jest moim drugim stypendium artystycznym. Poprzednie dostałam w 2014 roku, gdy ministrem był właśnie Bogdan Zdrojewski z PO. Byłam wtedy dziennikarką TVP i kiedy pojechałam na jakiś materiał do MKiDN i nagrywałam ministra, to powiedziałam do niego, że skoro mam okazję, to chciałam osobiście podziękować za otrzymane półroczne stypendium, a on na to, że miło mu, ale nie ma z tym nic wspólnego, bo on tylko podpisuje dokumenty zaś stypendia przyznaje niezależna komisja ekspercka. Rozliczałam tamto stypendium, gdy ministrem była już Małgorzata Omilanowska. To dzięki tamtemu stypendium napisałam książkę: „Czucie i Wiara, czyli warszawskie duchy”. Teraz siedzę nad scenariuszem filmowym – temat konkretny, (bo stypendium dostaje się na konkretny cel sprecyzowany we wniosku), ale na razie nie zdradzę szczegółów. Dzięki stypendium będę mogła pisać bez wyrzutów sumienia, że choć pracuję to jednak nie zarabiam na chleb. Będzie na chleb. Ale można mnie odstrzelić, bym już nigdy nie musiała nic żreć.

A ponieważ obiektywnie rzecz ujmując taniej będzie zdzielić mnie przez łeb baseballem, więc podpowiadam, że są nawet takie z patriotycznymi motywami. Słabym w rękach, którzy obawiają się, że jedynie mnie uszkodzą, a wtedy państwo będzie mi musiało dać rentę (mam udokumentowane ponad 10 lat odprowadzania składek ZUS, więc w razie czego renta mi się należy), polecam przed zadaniem ciosu skorzystanie z siłowni plenerowej – jest takowa w Skaryszaku.

Napisałam to nie dlatego, że jestem rozgoryczona. Tak nie jest. Jak mnie nikt nie odstrzeli (nie zatłucze) to dam sobie w życiu radę. Również mniejsza liczba znajomych cieszy, bo wyszło na jaw kto jest kim. Głosy oburzenia, że wystąpiłam do MKiDN o stypendium nawet mnie nie smucą, a jedynie śmieszą. Stypendium jest rodzajem pensji dla twórcy. Nie jest przyznawane za nic i na nic, ale po analizie dorobku na konkretny projekt. Czy naprawdę lepiej występować o zapomogę do MOPS i żyć na koszt państwa nie dając mu od siebie nic?

Słowami, które napisałam, chcę uświadomić wszystkim czytającym ten blog, że w naszym społeczeństwie najwyraźniej już nie ma miejsca dla 50-latków. (Chyba, że na kasie w przysłowiowej Biedronce, na co mam za wysokie kwalifikacje, bo już z ciekawości sprawdziłam.) A ponieważ szybko to społeczeństwo się starzeje, więc… osób w mojej sytuacji będzie przybywać. Czy starczy na nas amunicji?

Jakby brakowało podpowiadam słowa, którymi w 1944 roku kończył swój wiersz Zbigniew Jasiński:

Halo! Tu serce Polski! Tu mówi Warszawa!
Niech pogrzebowe śpiewy wyrzucą z audycji!
Nam ducha starczy dla nas i starczy go dla Was!
Oklasków nie trzeba! Żądamy amunicji!

Bo dziś tak wszyscy lubią wycierać sobie mordy Ojczyzną.

Baseballe są na szczęście wielorazowego użytku no i nie trzeba na nie żadnego pozwolenia. Poza tym można je bezkarnie pożyczać. No i pamiętajmy o starej zasadzie: Chce się psa uderzyć – kij się znajdzie. Rozglądajcie się za kijami! Bijcie ile wlezie. Wiecie gdzie mnie szukać!

Dlaczego, czyli słówko do kochanych hejterów

Po swoim liście do Pana Prezesa TVP Jacka Kurskiego dostałam mnóstwo listów ze słowami wsparcia. Otrzymałam też mnóstwo telefonów i SMS-ów. Dzwoniła bliższa i dalsza rodzina. Zmartwieni jak sobie poradzę. Biedni. Nie wiedzieli, że ta decyzja to tylko oficjalne zatrzaśnięcie drzwi, które od dłuższego czasu były dla mnie zamknięte. Musiałam ją podjąć, bo czułam się uwiązana lojalnością wobec firmy, w której ostatnie pieniądze zarobiłam w styczniu i było to 225 złotych (słownie: dwieście dwadzieścia pięć złotych). Przez te miesiące tylko jedna koleżanka dzwoniła do mnie z pytaniami jak sobie radzę. Reszta odzywała się jak coś było potrzebne. Norma. Powiedzenie „Człowiek, człowiekowi dziennikarzem TVP” jest bardzo prawdziwe. Tam nie ma przyjaciół. Tylko koledzy z pracy.

Po publikacji listu dostałam również głos potępiający, ale tylko jeden. Był to SMS, który brzmiał (pisownia i interpunkcja oryginalne):

Witam,po przeczytaniu Pani listu byłem w szoku,a co z rozwaleniem finansowym i technologicznym TVP przez tamta ekipe?To Pani pasowało?TVP zawsze było tuba rządzących dopiero teraz sie Pani  dowiedziała?Pracuje w TVP o wiele dłużej niż Pani i widzę poprawę niż to co było do tej pory lecz z wieloma błędami.

Hejt na mnie wylał się w sieci. Przeczytałam tylko kilka komentarzy i machnęłam na nie ręką, ale moi bliscy bardzo je przeżywali. Jedna przyjaciółka zadzwoniła zdenerwowana. Druga płakała. Dlaczego? Zarzucono mi, że jestem resortowym dzieckiem. To mnie akurat ubawiło. Do TVP przyszłam wprawdzie w momencie, kiedy pracował tam mój Ojciec, ale nie on mi tę pracę załatwił. (Nie załatwił mi w swoim życiu nic. Na studia dostałam się za 5 razem, bo prosiłam, by nie uruchamiał żadnych swoich znajomości!) Był zresztą zdziwiony, kiedy mnie zobaczył na telewizyjnym korytarzu. Myślał, że przyszłam go przeprosić. Byliśmy wtedy pokłóceni o moje małżeństwo. Ojciec domagał się, bym złożyła pozew o rozwód, a ja jeszcze chciałam je ratować. Dlatego, gdy powiedział mi: „Masz klucz od pokoju i poczekaj” odparłam, że mam swój pokój i swój klucz i poszłam sobie. Był 1996 rok. Po jakimś czasie pogodziłam się z Ojcem, ale zanim to nastąpiło przez wiele tygodni mijaliśmy się na korytarzu mówiąc sobie „dzień dobry”, jak obcy ludzie. Rozwiodłam się 2 lata później, bo małżeństwa nie udało mi się uratować. Ojciec zmarł pół roku po otrzymaniu przeze mnie rozwodu, czyli w czerwcu 1999. Zostałam zupełnie sama z kilkuletnim dzieckiem. Bez etatu. I tak już pozostało. Etatu telewizja nie dała mi nigdy. A przecież gdybym była resortowym dzieckiem dostałbym go chociaż na chwilę. Z powodu braku etatu wg. ZUS moja emerytura, jeśli jej dożyję i będą jeszcze coś takiego wypłacać, wyniesie niewiele ponad dwieście złotych (dokładnie: 202,32 stan na listopad 2016). Będzie, bo przez ponad 10 lat prowadziłam działalność gospodarczą. Przestałam to robić, bo przyszedł do TVP szef, który do tego stopnia pozbawił mnie pracy, że moje zarobki wynosiły mniej niż konieczny do odprowadzenia ZUS. A jednak nadal mimo tego nie odeszłam z telewizji publicznej. Tak bardzo jestem głupią, sentymentalną cipą, kochającą swoją byłą już redakcję.
Za SLD zlikwidowano ukochany program Ojca, czyli magazyn kombatancki „Wiarus”, który kontynuowałam po jego śmierci. Powiedziano mi, że kombatanci w tym programie mają za mało zdjęć z czasów wojny. (Walczyli zamiast się fotografować! To dopiero debile!). No i nie pokazuję miejsc, w których walczyli. Odparłam, że chętnie pojechałabym z nimi pod Monte Cassino, ale za co? Tak więc program zlikwidowano. Dziś nie mógłby wrócić, bo kombatantów coraz mniej, a takich, którzy są w dobrym stanie jest zaledwie na lekarstwo.
Jedyną dobrą rzeczą jaką zrobiła dla mnie tamta ekipa było w swoim czasie pokrycie kosztów pogrzebu mojego Ojca. Jakiś miesiąc po jego śmierci zadzwoniono do mnie z sekretariatu z Woronicza. Sekretarka powiedziała, że Pan Prezes Robert Kwiatkowski dowiedział się, że zostałam sama z małym dzieckiem i nie mam etatu, więc podjął decyzję, że TVP pokryje koszty pogrzebu Taty jako zasłużonego pracownika. Mam tylko przedstawić rachunki. Za ten gest do końca życia będę Robertowi Kwiatkowskiemu wdzięczna, bo dzięki temu mogłam spłacić część ojcowskiego długu w gazowni, który wynosił dość sporo.

Jednocześnie w tym samym czasie kadrowa w TVP Warszawa odmówiła wypłacenia mi pieniędzy po Ojcu, które mu się należały tytułem zaległych urlopów. Była to spora suma, bo Ojciec miał nieodebrane ponad 240 dni – pracował przecież bez przerwy. Kadrowa powiedziała mi, że mam przedstawić dowód na bycie jedynym spadkobiercą swojego Ojca. Wniosek o stwierdzenie nabycia spadku leżał już w sądzie, ale termin sprawy wyznaczono na za 3 miesiące. Koleżeństwo interweniowało u kadrowej. Tłumaczyli jej, że przecież znała Ojca, znała mnie, przecież wie, że byłam jedynaczką. Kadrowa odpowiedziała, że bywają dzieci nieślubne i skąd wszyscy wiedzą, że mój Ojciec takiego nie miał? Pojechałam do sądu. W gabinecie przewodniczącej sądu rozpłakałam się jak dziecko. Popatrzyła na mnie, a upewniwszy się, jestem jedynym uczestnikiem postępowania wezwała sekretarkę, by przyniosła jej togę, a mnie kazała stanąć za oparciem krzesłem. Rozprawa odbyła się w ciągu 5 minut. Na koniec Sędzia powiedziała: „Za kwadrans dostanie Pani odpis. Nie będzie jeszcze prawomocny, ale może to nieludzkie bydlę u Pani w kadrach się nie zorientuje.” Kadrowa nie zorientowała się. Pieniądze mi wypłacono. Poszły między innymi na resztę rachunków, które były nieopłacone z powodu długiego pobytu Ojca w szpitalu. Tak traktowano mnie w TVP – zdaniem hejterów resortowe dziecko.

W tych hejterskich komentarzach zarzucano mi też, że nie buntowałam się podczas poprzednich rządów. Naprawdę? Nie buntowałam się? Nawet nieżyjący już Azrael Kubacki, w swoim czasie cytował mój tekst z bloga, kiedy pisałam o tym co dzieje się w TVP, jak odbierają ludziom etaty. A swoim koleżankom i kolegom tracącym te etaty pisałam odwołania do dyrekcji. To za jednego z poprzednich rządów zdjęto mnie z funkcji wydawcy „Telewizyjnego Kuriera Mazowieckiego” pod pretekstem braku etatu, że niby tylko etatowcy mogą być wydawcami. Prawdziwy powód był inny. Przeczytano moje wpisy na blogu i postanowiono ukarać. Ówczesny dyrektor mówiąc, że nie o blog chodzi straszył jednak nawet sądem dodając, że gdybym miała etat miałabym proces. Dopiero kiedy zwróciłam mu uwagę, że żyjemy w wolnej Polsce, ja nie zdradzam tajemnic spółki, a mam prawo opowiadać czytelnikom o tym, co dzieje się na korytarzach, zwłaszcza, że są to anegdoty – zmiękł. Na pocieszenie dostałam wtedy zgodę na własny program „Detektyw warszawski, czyli na tropie miejskich tajemnic”. Zrobiłam 5 odcinków i… przyszła kolejna zmiana dyrektora. Nowa dyrekcja powiedziała, że na ten program nie ma pieniędzy. Pamiętam niezwykle zabawną sytuację, kiedy siedziałam na Radzie Programowej, która oceniała mój program rozpływającą się w zachwytach nad jego warszawskością i krytykując użyte do napisów litery, podpowiadając o czym powinnam zrobić kolejne odcinki. Wysłuchałam wszystkich uwag i na końcu wyznałam, że więcej odcinków nie będzie. Komisja aż krzyczała. Jak to możliwe. Dyrektorka powiedziała, że jak będą kiedyś pieniądze to program wróci. Nigdy się jednak nie znalazły.



Taka ciekawostka. Ówczesna dyrektorka była z nadania obecnie rządzącej partii. To wtedy, gdy przyszła na swoje stanowisko wróciłam ze Lwowa z nagranym wywiadem o polskiej rodzinie we Lwowie. Rodzinie religijnej i patriotycznej. Nie dane mi było dokończyć go dla TVP, a miałam go zrobić na ogólnopolską antenę. Jednak nikt zarządzający tą ogólnopolską anteną nie chciał podjąć decyzji o kończeniu reportażu, a ja potrzebowałam pilnie pojechać jeszcze do Lwowa, by dokręcić tych ludzi w miejscu pracy, w szkole, na spacerze itd. Zwłaszcza, że małe dzieci bardzo szybko rosną. Chciałam zamówić kamerę z TVP Lublin. Brakowało decyzji. Wreszcie przyszedł do mnie jakiś chłopiec przysłany przez jakiegoś kierownika i powiedział, że prosi o materiały wyjściowe, bo to on będzie podejmował decyzję czy materiał wyjściowy w ogóle nadaje się jako temat na film. Patrząc na bardzo młodą buzię spytałam, jak długo pracuje w telewizji. Odparł, że 2 lata. Spytałam, czy robił kiedykolwiek reportaż. Odparł, że nie, bo jest tylko asystentem. Powiedziałam więc, że rezygnuję ze swojej propozycji i zabrałam zdjęcia. Były w końcu moją własnością. Zostały wykonane prywatną kamerą mojego przyjaciela. Nie chciałam, by oceniał je pracujący od dwóch lat asystent bez reporterskiego doświadczenia. Film – z tych zdjęć bez dokrętek, które bardzo by się przydały, ale cóż… tak krawiec kraje, jak mu materiału staje, zmontowali mi prywatnie Anna Francman i Andrzej Bogusz. Wpuściłam go do sieci, a po jakimś czasie wysłałam na festiwal „Emigra” dostając wyróżnienie. Podjęłam oczywiście próbę wyemitowania go w TVP, ale bezskuteczną. Pewien pan na kierowniczym stanowisku w TVP Polonia powiedział, że film się nie nadaje, bo są tam błędy operatorskie. Cóż… za kamerą stał amator, a ja na realizację wywiadu miałam 2 godziny. Wpuszczony do sieci film pt. „Kto ty jesteś” wywołał burzę wśród internautów. Domagali się odpowiedzi od TVP jak mogła nie chcieć filmu o patriotycznej, religijnej polskiej rodzinie. Dzwoniono do mnie z Woronicza z biura prasowego. Zablokowałam pod filmem komentarze, by nie generować nagonki na TVP. Uważałam, że to moja firma, choć nic mi nie dawała poza możliwością zarobienia dosłownie groszy.



Wszystkie moje wpisy na temat TVP można znaleźć klikając odpowiedni TAG. W liście do prezesa Kurskiego napisałam, że „byłam wobec tej firmy lojalna choć nie ślepa.” Można więc sprawdzić, czy pasowały mi poprzednie ekipy. Nie. Nie pasowała mi żadna. Krytykowałam jednak tę instytucję tylko na swoim blogu, pod swoim imieniem i nazwiskiem, nie kryjąc jednocześnie wielkiej miłości do niej i troski o jej los. Robiłam to w przeciwieństwie do pewnej dziennikarki, która kiedyś pracowała razem ze mną w TVP i będąc na etacie biegała po innych mediach, by tę TVP opluć. Naprawdę! Mając etat i pobierając z tytułu etatu comiesięczne apanaże na swoje konto, chodziła do innych mediów, by anonimowo krytykować instytucję, która jej daje na chleb! I jeszcze wypierała się tego! Choć jeden z redaktorów medium, któremu udzieliła obszernej wypowiedzi sam podał mi jej nazwisko. Ja nigdy nie udzielałam anonimowych wywiadów. Nigdy też nie pisałam anonimowych komentarzy w sieci pod artykułami szkalującymi TVP. Zawsze pisałam tylko i wyłącznie na swoim blogu i pod swoim nazwiskiem. I chyba jako jedyna broniłam jej publicznie pisząc list do Gazety Wyborczej.

Co ciekawe koleżanka, którą mam na myśli, podobno dziś szykuje się do wielkiego powrotu do TVP, ale jak głosi stugębna plotka interesuje ją tylko kierownicze stanowisko. Czy wróci do instytucji, z której została wyrzucona za sprzedanie jako prywatna firma, zdjęć wykonanych kamera TVP, do programu TVP? To na tym złodziejstwie przyłapała ją dyrekcja nomen omen z nadania… PIS i to ona rozpoczęła procedurę usuwania z etatu. Niedokończoną, bo dyrekcję zmieniono. Następny dyrektor z nadania PSL bronił jej, ale nie udało się. Ówczesne władze TVP żądały usunięcia złodziejki. Straciła więc pracę za rządów PSL. Teraz wróci jako poszkodowana przez poprzednie reżimy? Śmieszne? Czy tragiczne?
Na FB napisała, że jest zdziwiona, że dziennikarze TVP protestujący w imię wolności dziennikarskiej i odchodzący z firmy w atmosferze protestu, nie bronili zasad, gdy SLD, PO i PSL robili nimi politykę i wysyłali na tzw. obligi.
Czytając to ubawiłam się jak norka. Na obligi wysłano też za PiS. (Mało tego! Obligi są również w stacjach komercyjnych, bo te również mają zobowiązania patronackie etc.). W redakcji, w której byłam, obligi na które mnie wysyłano dotyczyły wystaw, koncertów czy promocji książek albo pozytywnych osiągnieć rządzących jak otwarcie szkoły, świetlicy, odsłonięcie pomnika itd. Być może w innych redakcjach te obligi dotyczyły czegoś innego, ale ja nigdy w życiu nie zostałam wysłana na coś, co bym uznała za hańbiące. Zawsze też wybierałam sobie tematy, które były zgodne z moim zainteresowaniami: historia, sztuka, kultura, literatura.
Koleżanka zarzuciła, że nie protestowaliśmy, gdy wyrzucano dziennikarzy do Leasing Team. Pomijam, że gdy był taki protest nie było mnie w Warszawie, bo byłam na spotkaniu autorskim, ale chciałam spytać, kiedy ktokolwiek z ludzi na etacie stanął w obronie całej rzeszy koleżanek i kolegów wykonujących taką sama pracę, jak etatowcy, a pozbawiony tej opieki jaką daje etat? Czy ktokolwiek upomniał się o etaty dla nas? (Nawet stacje komercyjne milczą na ten temat, bo same zatrudniają dziennikarzy na umowy śmieciowe!) Ja, gdy wcześniej odbierano ludziom z TVP etaty pisałam w imieniu wielu z nich odwołania. Nawet w sprawie tej koleżanki rozmawiałam z dyrekcją, czy nie można jej ocalić. I to wtedy dowiedziałam się za co jest usuwana. Za wyniesienie zdjęć i sprzedawanie na zewnątrz jako prywatna firma! Wreszcie trzecia rzecz. Ta koleżanka za SLD miała się jak pączek w maśle. Robiła program dochodzeniowo-śledczy, a jeden z dyrektorów za SLD dal jej nawet ochronę. Co się stało, że teraz przyczepiła się do rządzących? Przyczepiła niczym gówno z tego kawału, w którym przyczepia się do okrętu i woła „Płyniemy!”. Prawie i sprawiedliwie? Żeby tak było to jak wróci do TVP powinna ściągnąć jeszcze kilka osób sobie podobnych, które wyleciały z telewizji za poprzednich ekip. Niech wrócą z nią jako poszkodowani. Mam na myśli np. operatora, który wyniósł kamerę do lombardu i sprzedał oraz prezentera, który naciągnął kilka osób na podżyrowanie pożyczek, których nie spłacał i uciekł do USA, a żyranci spłacali mając na głowie komorników. Będą wtedy tworzyć naprawdę doborowe towarzystwo. Zwłaszcza, że na stanowisko kierownicze wrócił już kolega, który w swoim czasie wyleciał z TVP za pobicie operatora.

Tak jak Piłsudski z tramwaju „Socjalizm” wysiadł na przystanku „Niepodległość”, tak ja z tramwaju „TVP” wysiadam na przystanku „święty spokój”.

W komentarzach hejterzy zarzucili mi również, że zaraz znajdę sobie pracę w TVN. Przykro mi, ale muszę ich rozczarować. Stacja, która w moim odczuciu odpowiedzialna jest za obniżenie poziomu intelektualnego społeczeństwa, bo produkuje głupie programy, której nierzetelność wielokrotnie na blogu krytykowałam opowiadając m.in. o tym, jak robiłam reportaż na ten sam temat co TVN i jakie kłamstwa zobaczyłam na ich antenie, na pewno nie jest miejscem dla mnie. Na pewno też nie będzie chciała mieć mnie w swoich szeregach. Bo byłoby to głupie z jej strony proponować pracę komuś, kto ją wiele razy krytykował.

Gdyby znalazła się jakaś stacja, która chciałaby ambitny program o literaturze, kulturze, historii i varsavianach na pewno rozważyłabym propozycję współpracy, ale wszyscy wiemy, że taka stacja nie istnieje. Do tej pory była nią tylko TVP Warszawa, ale już od wielu miesięcy ofertą programową daleko odeszła od warszawskości. Dlatego nie wiem jeszcze co ze sobą zrobię.
Do koleżanek i kolegów wysłałam list pożegnalny, w którym napisałam m.in.

„Proszę (…) byście się o mnie nie martwili. Miewałam się gorzej. Dziś mam ogromne wsparcie rodziny.
W przyszłość patrzę z optymizmem, bo przez najbliższe dwa miesiące czeka mnie sporo wyjazdów. Jako pisarka ruszam wreszcie w wiosenną trasę ze swoimi książkami. Daje to nadzieję na zarobek i zapłacenie zaległych rachunków oraz oddanie długów. O dalsze swoje losy będę się martwić później, czyli w czerwcu jak wrócę z Dublina, gdzie jadę na zaproszenie i koszt tamtejszych czytelników.
Na dziennikarskim szlaku na pewno nie raz się jeszcze spotkamy, bo cały czas pozostaję reporterką czasopisma społeczno-samorządowego „Mieszkaniec” gdzie od lat zajmuję się historią i varsavianami. W ostatnim numerze jest nawet mój duży artykuł o genealogii. W następnym będzie o Wielkanocy w dawnej Warszawie. Aż szkoda, że z dwóch artykułów w miesiącu żyć się nie da.

Dlaczego dopiero teraz pękłam? Poprzednie ekipy, z których żadna mi się nie podobała, pozwalały robić swoje. Ta mi nie pozwoliła. Na dodatek zamiast obligów była tzw. selekcja negatywna. Na 11 listopada na ogólnopolską antenę TVP przygotowałam dwa materiały na temat odzyskania niepodległości. (TVP warszawa już ode mnie takich materiałów nie chciała.) Antena ogólnopolska zleciła mi je z przykazem, bym nie nagrywała dyrektora Muzeum Niepodległości, bo to muzeum, na które pieniądze daje marszałek województwa a jest nim Adam Struzik z PSL. Przyznaję, że mnie zatkało. Do dziś nie wiem, jak to skomentować.

Podczas rozmowy z jednym z kierowników, który zrzucał mnie z grafika, ale łaskawie pozwolił przychodzić poza tym grafikiem i słać propozycje programów, usłyszałam, że stacja nie ma pieniędzy na realizację moich pomysłów, bo przestała je brać z miasta i z urzędu marszałkowskiego. Na antenie TVP od wielu lat były programy, które powstawały w publicznej telewizji za pieniądze publiczne miasta i samorządu. Były to programy kulturalne m.in. „Kronika Warszawska”. Nagle usłyszałam, że to niemoralne, by publiczna telewizja brała pieniądze od miasta i samorządu. Naprawdę? Przecież to w publicznej powinno być miejsce dla samorządów i miast, bo one też są publiczne! Podano mi argument, że są to programy wychwalające miasto! (No tak, teraz trzeba tylko pluć!) Na litość wszelką! Nie były to programy polityczne! Pokazywały co dobrego jest w mieście, co otwarto, co ukończono, co się odbyło. Trudno, by za pieniądze miasta realizować program o nieudanych inwestycjach. Od tego był program informacyjny, który piętnował wszystkie potknięcia władz.

Zabolała mnie też sprawa z WOŚP. Można lubić Jerzego Owsiaka lub nie. W swoim czasie na blogu krytykowałam jego zachowanie na pewnej konferencji. Ale Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy to społeczne zjawisko. Przez lata TVP informowała nie tylko o wynikach zbiorki i jej przebiegu, ale my – regionalna stacja mówiliśmy o incydentach, o napaściach na wolontariuszy, informowaliśmy o objazdach w związku z koncertami etc. TVP nie jest własnością obecnej władzy, ale stacją publiczną!!! Uważam, że powinna informować o wszystkich masowych imprezach. Czy to jest koncert Madonny czy Msza Papieska czy WOŚP. Bo każde z takich wydarzeń odbija się na życiu w mieście. A zdjęcia z 25 finału WOŚP telewizja publiczna powinna mieć w archiwum z tego względu, że to finał jubileuszowy. Jeśli Jerzy Owsiak dostanie nagrodę Nobla, do której został zgłoszony lub pójdzie siedzieć, czego przecież rządzący mu życzą, to będzie czym zilustrować o tym materiał.

Pękłam też dlatego, że zaczęto odbierać ostatnie etaty dziennikarskie ludziom, z którymi pracowałam 20 lat. Ludziom, którzy wiele razy mogli pójść z tej stacji, w której zarabia się najmniejsze pieniądze z telewizji, ale tkwili w niej, tak jak i ja, z miłości do samej stacji i do miasta, w którym żyjemy. Teraz zapłacili najwyższa cenę.

Przyznam, że jeszcze nie wiem co ze sobą zrobię. Przede mną spotkania autorskie, więc cokolwiek zarobię. Siedzę też nad książką i scenariuszem filmu. Kończę w tym roku 50 lat. Żyję z umów o dzieło.

Hejterzy pisali o mnie, że nie mam dorobku, że nie znają mnie i że jestem nikim. I niech dla nich tak pozostanie. Wiem jedno: kiedyś napisałam, że jeśli z TVP mnie wyrzucą to znaczy, że na mnie nie zasłużyli. Odeszłam sama. Właśnie dlatego, że bez wyrzucania uznałam, że nie zasłużyli na takie oddanie.

I tak już na sam koniec tego bardzo długiego tekstu. Kilka lat temu przyszła do redakcji praktykantka. Kiedy przed porannym kolegium przedstawialiśmy się sobie, ona usłyszawszy moje nazwisko zaczęła piszczeć i wołać: „Proszę pani! Wychowałam się na pani książkach! Zawsze chciałam panią poznać!” To było bardzo miłe. Po chwili rozpoczęło się kolegium. Miałam na nim przegląd prasy. To, jak mówiła do mnie szefowa, jak komentowała podawane przeze mnie informacje sprawiło, że po kolegium praktykantka powiedziała: „Boże! Ja nie wiedziałam, że pani ma takie życie! Jak pani jest tu strasznie traktowana!” Mimo tego nadal tkwiłam w redakcji, choć starałam się już nie angażować w jej sprawy tak, jak wcześniej, bo tekst patrzącej z boku dwudziestodwuletniej dziewczyny był dla mnie jak kubeł zimnej wody na głowę. Teraz na fali zwolnień tej szefowej też odebrano etat. Zrobiło mi się jej żal. Zadzwoniłam wesprzeć na duchu. Kilka dni później, już po wysłaniu listu do Prezesa, wyczytałam w sieci, że dostała intratne stanowisko w innym medium związanym z obecną władzą. Dawno się tak nie śmiałam z własnej naiwności i głupoty.

21 lat pracy w TVP zmieściło się w jednej torbie. #torba #tvp #bambetle

List do Pana Prezesa TVP Jacka Kurskiego

Po przeszło 20 latach zdecydowałam się na odejście z TVP. Oto mój list do Pana Prezesa TVP Jacka Kurskiego.

Warszawa, 7 kwietnia 2017

Do:
Pan Jacek Kurski
Prezes TVP S.A.
ul. Woronicza 17
Warszawa

Szanowny Panie Prezesie,

chciałam na Pańskie ręce przekazać oficjalną rezygnację ze współpracy z Telewizją Polską. Jest to dla mnie niezwykle trudna decyzja, ale muszę ją podjąć, by być w zgodzie z samą sobą. By móc rano w lustrze patrzeć sobie w twarz. Tylko ja wiem, ile nieprzespanych nocy kosztowało mnie jej podjęcie. To na korytarzach TVP się wychowałam, gdyż byłam przedszkolakiem, kiedy pracę w Telewizji Polskiej rozpoczynał mój Ojciec Maciej Piekarski, którego imię nosi dziś Studio D na pl. Powstańców. Nigdy nie myślałam, że będę pracować w TVP, ale tak się stało, i przez 20 lat to Telewizja Polska była moim drugim domem. Przez te ponad 20 lat nie przypuszczałam jednak, że będę kiedyś chciała ten dom opuścić.

Myślę, że inaczej rozumiemy termin „telewizja publiczna”. Dla mnie oznacza on telewizję dla wszystkich. Misją zaś telewizji publicznej powinna być edukacja, rozrywka i przedstawianie poglądów różnych ludzi, a także wszystkich opcji politycznych. Dla Pana – a sądzę tak, śledząc anteny – telewizja publiczna jest telewizją dla odbiorcy o jedynych słusznych poglądach.

Uważam się za państwowca, czyli zawsze przyjmuję do wiadomości wyniki demokratycznych wyborów – zarówno prezydenckich, parlamentarnych, jak i samorządowych. Podczas ostatnich czterech tur różnych wyborów zasiadałam w komisjach wyborczych.

Przez przeszło 20 lat współpracowałam z TVP. Miałam 29 lat, gdy przyszłam do pracy jako reporterka nadawanego na antenie TVP Warszawa (wtedy WOT) programu kulturalnego „Co? Gdzie? Kiedy?”. Pracowałam przez przeszło 20 lat jako reporterka „Telewizyjnego Kuriera Warszawskiego”. Zrealizowałam dla TVP kilkadziesiąt dużych reportaży i filmów dokumentalnych (m.in. kilka o starej Warszawie, jej historii, legendach itd., o ulicznych grajkach, o Warszawie w książkach Adama Bahdaja, o bazarze Różyckiego, o Janie Łomnickim, Marii Kaniewskiej, Irenie Jurgielewiczowej, Stanisławie Grzesiuku, zespole TSA, Czesławie Niemenie, o pogrzebie Jana Pawła II, o 60-rocznicy ślubu małżonków Tyrajskich – pary powstańców warszawskich, o tym jak wygląda wizyta duszpasterska, na którą wybrałam się z kamerą ze ś.p. księdzem Romanem Indrzejczykiem itd.). Realizowałam różne programy. M.in.: muzyczne: „Dżingiel” czy „Patefon”, a po śmierci Ojca kontynuowałam jego magazyn kombatancki „Wiarus”. Miałam i swój program „Detektyw warszawski, czyli na tropie miejskich tajemnic”. Współpracowałam też z wieloma programami i antenami TVP. Łącznie dla Telewizji Polskiej przygotowałam wiele tysięcy dłuższych i krótszych materiałów filmowych. Jednak przez te wszystkie lata to właśnie „Telewizyjnemu Kurierowi Warszawskiemu” pozostałam wierna, choć tu zarabiało się i nadal zarabia najmniejsze pieniądze w TVP w Warszawie. Bywa, że za jeden news dostaje się 1/5 a nawet 1/10 stawki, jaką otrzymują reporterzy np. „Wiadomości”, choć do jego przygotowania potrzebna jest taka sama praca i wiedza, a czasem nawet większa. Jednak pieniądze nigdy nie były dla mnie najważniejsze. Dlatego nigdy nie zdecydowałam się na przyjęcie bardziej intratnych propozycji pracy i odejście gdzie indziej, choć miałam takie propozycje, a przez te przeszło 20 lat tylko raz w życiu moja miesięczna wypłata z TVP przekroczyła 6 tysięcy złotych, mimo że bywały miesiące, gdy nie wychodziłam z redakcji. Przez lata spędzałam w niej Sylwestry, Boże Narodzenia, Wielkanoce i długie weekendy majowe. Pamiętam wszystkich swoich dyrektorów. Obecnego, który pełni obowiązki, nawet nie widziałam. Zresztą… w redakcji jestem już tylko duchem. Od października nie ma mnie na grafiku reporterów „Telewizyjnego Kuriera Warszawskiego”. Podobno dlatego, że nie jestem w stanie być reporterem 25 dni w miesiącu. Cóż… tak jest od mniej więcej od 10 lat, kiedy zaczęłam spełniać swoje największe marzenie o byciu pisarką i wreszcie w miarę regularnie publikować książki. Muszę mieć czas na ich pisanie, promowanie, spotkania autorskie z czytelnikami etc. Poza tym sporo pracuję społecznie. Poprzedni szefowie redakcji zawsze wykazywali się zrozumieniem.

Przez te przeszło 20 lat współpracy TVP nigdy nie dała mi etatu. Rozumiałam to. Taka jest cena wolności przekonań i odmowy bratania się z jakimikolwiek partiami. Ponieważ partię, która dała Panu władzę nad TVP, trzeba kochać, a nie jedynie tolerować, co zwykłam odczuwać w stosunku do wszystkich partii politycznych, stąd m.in. decyzja o moim odejściu z TVP. Zapewniam, że nie jest ona związana z tym, że od października nie ma mnie na grafiku reporterów „Telewizyjnego Kuriera Warszawskiego”, bo przecież pozwolono mi przychodzić do pracy poza grafikiem. Skorzystałam z tego przywileju tylko raz w styczniu, by przygotować relację z pogrzebu Joanny Jurandot długoletniej realizatorki TVP, którą znałam osobiście. Od października miałam naprawdę sporo czasu na przemyślenie swojej decyzji, a głód zaglądający mi w oczy tylko wyostrzył zmysły. Nie jest to też związane z tym, że moje propozycje programów kulturalnych i historycznych (bo w tym się przecież specjalizuję – przez ostatnie 17 lat relacjonowałam m.in. obchody kolejnych rocznic wszystkich powstań narodowych, kolejne odkrycia na „Łączce”, pogrzeby ważnych osobistości ze świata kultury i historii, etc.), choć spotkały się z uznaniem kierownictwa stacji, nie zostały skierowane do produkcji, gdyż władze nie znalazły pieniędzy na ich realizację. Nie piszę tego też dlatego, że moja propozycja filmu dokumentalnego o 95-letnim powstańcu warszawskim, który zgodził się przejść ze mną swój szlak bojowy, a która również spotkała się z uznaniem, nie została, mimo obietnic, skierowana do produkcji z powodów finansowych. Ja to świetnie rozumiem. Nikt nie będzie się pochylał nad moimi propozycjami, bo nie jestem człowiekiem z Pańskiego układu. Zresztą nigdy nie byłam w żadnym układzie. Dlatego zawsze byłam współpracownikiem, a nigdy pracownikiem etatowym. Dlatego zawsze przy zmianach władzy w TVP musiałam udowadniać, że nie jestem wielbłądem. Po raz pierwszy mam tego udowadniania dosyć. Dlaczego? Te prawie pół roku siedzenia w domu sprawiło, że starannie obejrzałam ofertę programową TVP i nie jestem w stanie zaakceptować tego, co dzieje się na większości anten Telewizji Polskiej. Programy informacyjne stały się tubą propagandową obecnej władzy, która słusznie żądając, by społeczeństwo uznało wynik demokratycznych wyborów parlamentarnych czy prezydenckich, sama nie uznaje wyniku wyborów samorządowych czy na prezydenta m.st. Warszawy! „Telewizyjny Kurier Warszawski” ze współpracy z którym byłam zawsze dumna, bo to najstarszy program informacyjny w TVP, za Pana prezesury stał się programem z tezą i na dodatek wmieszanym w tzw. wielką politykę. Przez lata jego dziennikarze nigdy nie klękali przed władzami miasta. Wszyscy prezydenci Warszawy w rozmowach na temat programu zgodnie podkreślali, że punktowaliśmy ich potknięcia. Często byliśmy bezlitośni. Zawsze jednak też chwaliliśmy, kiedy robili coś dobrego dla stolicy, bo to Warszawa, jako miasto była dla nas (jego reporterów) najważniejsza. Tymczasem przez ostatnie miesiące także z tego programu sączy się jad. Może nie aż taki jak z ogólnopolskich programów informacyjnych, ale jednak jad.

Zawsze stawałam w obronie swojej stacji. Dawałam temu wyraz w felietonach na moim blogu „W świecie absurdów”. A także w liście wysłanym w swoim czasie do redakcji „Gazety Wyborczej”, kiedy startował TVN Warszawa, a nam niemal odmawiano racji bytu. Dawałam wyraz również w liście do śp. Andrzeja Wajdy, kiedy publicznie nas krytykował i radził zaorać. Byłam w stosunku do firmy lojalna, choć nie ślepa.

Nie byłam w tym podejściu do TVP sama. Jednak w ostatnim roku TVP opuściło wielu dziennikarzy, którzy przez lata byli lojalni wobec firmy, mimo zmieniających się rządzących nią władz.

Dziennikarstwa uczył mnie m.in. mój Ojciec Maciej Piekarski, który jak mantrę powtarzał, że dziennikarz jako przedstawiciel czwartej władzy powinien zawsze patrzeć rządzącym na ręce, a podczas realizowania materiałów dziennikarskich powinien pamiętać starą łacińską sentencję prawniczą: „audiatur et altera pars”, co oznacza: „należy wysłuchać drugiej strony”. Myślę, że patrząc na obecne programy TVP, przewraca się w grobie, bo niemal wszystkie programy publicystyczne i informacyjne ją łamią, a kiedy nawet wysłuchiwana jest ta druga strona, to często jej wypowiedziom towarzyszy zjadliwy komentarz. Co do patrzenia obecnej władzy na ręce to nawet nie wiem, co napisać, bo słów mi brak.

Od początku Pana prezesury śledzę Pana poczynania personalne. Rozumiem, że zwolnił Pan dziennikarzy, którzy Panu nie pasowali – miał Pan do tego prawo. Rozumiem, że zatrudnieni przez Pana dyrektorzy pozdejmowali z anten różne programy – mieli do tego prawo. Rozumiem, że pozatrudniał Pan swoich znajomych – wszyscy lubimy pracować z przyjaciółmi. Nie jestem jednak w stanie zrozumieć tego, że w telewizji publicznej znaleźli zatrudnienie i są obecni na antenie ludzie warsztatowo mierni lub żadni! „Dobra zmiana” w Pana wykonaniu to w wielu przypadkach zastąpienie zawodowców amatorami! Ja już pomijam treść programów, bo nie chcę wchodzić w politykę, ale zarówno warsztat jak i forma pozostawiają wiele do życzenia. Proszę nie wierzyć w to, że cel uświęca środki! Te końcówki „om” w narzędniku! Te akcenty! Ta fatalna dykcja przypominająca bełkot, ta straszna składnia, gramatyka etc. Kiedyś nie wpuszczano na antenę ludzi, którzy nie mieli karty ekranowej. Jej zdobycie nie było zresztą prostą sprawą. Komisja Karty Ekranowej przy Akademii Telewizyjnej była surowa. Sama podchodziłam do egzaminu kilka razy. W 2005 roku dostałam kartę na rok. Dopiero w 2009 przyznano mi ją bezterminowo. Nie chce mi się wierzyć, by ludzie czytający teksty na antenie w programach informacyjnych mieli te karty. A jeśli je mają, pozostaje pytanie, kto im je dał?

Kto kolauduje obecnie emitowane programy i reportaże? Niektóre z nich nie powinny nigdy ujrzeć światła dziennego w telewizji publicznej! Telewizje komercyjne mogą sobie emitować, co chcą! Publiczna powinna trzymać najwyższy poziom!

Przyznam, że chciałam odejść już w lipcu ubiegłego roku, gdy na antenie mojej macierzystej stacji wyemitowano pierwszy odcinek programu „Studio Yayo”. W tym miejscu chcę prosić, by pozwolił Pan, że będzie to jedyny firmowany przez Pana ekipę program, którego nazwę wymienię. Nie chcę bowiem nikogo z obecnych dziennikarzy zranić, mimo bardzo krytycznej oceny ich pracy, bo nie wiem, na ile to co robią, wynika z nich samych, a na ile jest to wpływ rozkazów płynący z góry, zaś oboje wiemy, że takie rozkazy są wydawane. Liczę zaś na to, że przygotowujący „Studio Yayo” tzw. „satyrycy” potrafią śmiać się z siebie, bo przynajmniej teoretycznie powinni. Już po emisji pierwszego odcinka tego „yaycowania” chciałam do Pana napisać, bo czegoś tak skandalicznie i żenująco złego nigdy w życiu na antenie TVP nie oglądałam. Moi przyjaciele, nawet ci, którzy w ostatnich wyborach głosowali na partię, z której szeregów się Pan wywodzi, byli równie jak ja załamani poziomem i wykonaniem tej osobliwej „satyry”. Pomyślałam jednak, że może to jakiś eksperyment? Gdy po pierwszym odcinku zdjęto to „coś” z anteny ucieszyłam się. Uznałam, że jednak nowe władze TVP potrafią odróżnić ziarno od plew. Niestety kazał Pan przywrócić to kuriozum, pozwalając, by ów „program” stał się w tej chwili już kultowym (mimo nieobecności od stycznia na antenie) symbolem „dobrej zmiany w TVP.” Dla mnie o tyle bolesnym, że emitowanym ze studia imienia mojego Ojca.

To m.in. z tego powodu, gdy jesienią ubiegłego roku wychodziła moja ostatnia książka „Syn dwóch matek”, napisana zresztą do spółki z nieżyjącym Ojcem, a poświęcona zagładzie Zamojszczyzny, po raz pierwszy nie poprosiłam TVP o patronat nad publikacją.

W moim odczuciu, ludzie, których Pan promuje byli nieobecni w poprzednich latach na antenie TVP nie z powodów politycznych, ale z powodu ich zawodowej marności. Przed Pańską prezesurą w większości przypadków TVP dbała o poziom swoich programów i nawet jeśli zdarzały się propozycje słabsze, to nie było ich aż tyle. Poza tym nawet najsłabszy program nie był tak żenujący jak niektóre z obecnych. Kiedyś, gdy moi domownicy przełączali pilotem kanały w telewizorze, bez patrzenia na ekran bezbłędnie poznawałam niszowe stacje po amatorskim lektorze czy prezenterze. Teraz ta amatorszczyzna jest w TVP i to jest prawdziwa przyczyna, dla której nie jestem w stanie dłużej utożsamiać się z Telewizją Polską.

Piszę do Pana ten list naprawdę płacząc, bo zdaję sobie sprawę, że jest to być może koniec mnie jako dziennikarki telewizyjnej, a naprawdę kocham swoją pracę i swoje w niej miejsce. Nie jestem niestety osobą, która widzi się w stacjach komercyjnych. Te, goniąc za słupkami oglądalności, bardzo rzadko produkują takie rzeczy, których przygotowywaniem jestem zainteresowana, no i żadna z nich nie zajmuje się varsavianami, choć w obu sprawach chciałabym się mylić, bo pragnęłabym jeszcze kiedyś stanąć za kamerą. Nie jestem też niestety konformistą.

Jest mi ciężko, ale jak mawiał mój śp. Ojciec, cytując Stanisława Grzesiuka, wolę być „boso, ale w ostrogach”.

I tak na koniec. Bardzo żałuję, że przez te ostatnie miesiące, kiedy byłam w TVP tylko duchem, oglądałam programy tej stacji, bo jak to trafnie napisał jeden z internautów, komentując przywoływany tu przeze mnie program „Studio Yayo”: „co się raz zobaczyło, tego się już nie da odzobaczyć”. I tyczy to niestety wielu programów, które obecnie produkuje TVP.

Powyższy list wysyłam również do wiadomości koleżanek i kolegów w TVP, wśród których nie brak osób pragnących a niemogących odejść z pracy, gdyż mają małe dzieci i kredyty, a także do wiadomości przyjaciół, bliższych i dalszych znajomych, rzeczników prasowych instytucji i firm, z którymi przez lata miałam dziennikarski kontakt oraz mediów. Publikuję go także na swoim blogu i stronie. Wszystko dlatego, że nie chcę dłużej być utożsamiana z kierowaną przez Pana instytucją i niemal bez przerwy wysłuchiwać zewsząd pytań, co ja w niej jeszcze robię. Naprawdę już nic.

Pozdrawiam serdecznie
Małgorzata Karolina Piekarska

 

Po raz pierwszy, czyli polityka zawsze namiesza

Od siedemnastu lat przygotowuję dla Telewizyjnego Kuriera Warszawskiego tematy dotyczące Powstania Warszawskiego. W tym roku, po raz pierwszy w życiu, niektórzy powstańcy odmówili mi udziału w nagraniu. Znali mnie. Znali mojego Ojca, który przygotowywał tematy powstańcze przez 30 lat. Jednak mimo tego odmówili. Wszyscy odmawiający przeprosili, ale nie: dla TVP nie powiedzą mi nic.

W 1980 roku mój Ojciec przygotowywał film o Powstaniu Warszawskim. Miała w nim wystąpić jedna znajoma sanitariuszka. Produkcja filmowa przedłużała się. Wreszcie, nastąpił stan wojenny. Sanitariuszka odwołała swój udział. Mam w domu jej list do Ojca, w którym przeprasza go za to, że nie wystąpi, ale w obecnej sytuacji nie może. Film powstał kilka lat później.

Przyznam, że ciężko mi. Jestem autorką kilkudziesięciu reportaży i filmów dokumentalnych dla TVP oraz kilku tysięcy krótkich felietonów do newsów. Zawsze pracowałam dla telewizji publicznej, bo robię rzeczy mało komercyjne, przeważnie historyczne, kulturalne etc.. Nie po drodze mi więc ze stacjami, w których królują programy dla gawiedzi.

TVP zawsze była reżimowa, bo zawsze ten, kto dochodził do władzy „brał telewizję”. Nigdy nie miałam w niej etatu, zawsze będąc jedynie współpracownikiem. Teraz, pierwszy raz w życiu mi odmówiono udziału w nagraniu i to w takim nagraniu. A piszę o tym, bo chyba nie umiem wyrazić, jak bardzo jest mi przykro.

To archiwa TVP pełne są nagrań z powstańcami. Nagrań, które zarejestrowano zanim powstały stacje komercyjne. Od 12 lat wszystkie robocze materiały z obchodów odnoszę do archiwum, bo kiedyś się przydadzą. Są więc tam godzinne wywiady, relacje, spacery z powstańcami. Robię to, bo podobnie postępował mój Ojciec. Też robocze kasety odnosił do archiwum wierząc, że kiedyś zostaną należycie wykorzystane. A poza tym przechowają relacje naocznych świadków wydarzeń, które coraz bardziej odchodzą w przeszłość. I szkoda, że teraz to archiwum będzie uboższe o kilka nienagranych relacji. Ale tak to jest, jak polityka namiesza.

„Awantura” o pogrzeb

Od kilku dni w internecie wrze. Między innymi Facebook krzyczy podawanymi dalej linkami i postami, które mają tytuł: „TVP przemilczała pogrzeb Xymeny Zaniewskiej”. Znajomi dzwonią do mnie wzburzeni, a niektórzy przysyłają listy. Przyznam, że jestem tym mocno zirytowana. Dlaczego?

Otóż TVP pokazała pogrzeb Xymeny Zaniewskiej i to dwukrotnie. Po pierwsze: o 18:30 w moim macierzystym Telewizyjnym Kurierze Warszawskim w głównym wydaniu (proszę kliknąć i oglądać od ok. 18 minuty), a relację przygotowała nasza reporterka Paulina Milewska. Po drugie: było to potem tego samego dnia na antenie TVP Regionalna w ogólnopolskim programie „Dziennik regionów”. Tym, którzy pomstują, że o pogrzebie znanej i zasłużonej scenograf nie mówiło TVP Info i „Wiadomości” czy „Panorama” chcę uświadomić, że: TVP nigdy nie pokazuje pogrzebów znanych osób na wszystkich kanałach i we wszystkich swoich programach. Chyba, że są to pogrzeby osobistości chowanych na koszt Państwa. Byłoby więc dobrze, by sensaci przestali się emocjonować sztucznie nakręconym problemem.

źródło: fakt

I tak tradycyjnie już spytam retorycznie: czemu nikogo nie oburzyło, że np. na pogrzebie Ryszarda Bera reżysera m.in. serialu „Lalka” nie było żadnej kamery? Nie było jej też na pogrzebie pisarki Krystyny Nepomuckiej czy poetki Mieczysławy Buczkówny, wdowy po Mieczysławie Jastrunie, że tak tylko ze „swojego” pisarskiego podwórka podrzucę te dwa nazwiska.
Sporo osób naprawdę bardzo znanych było żegnanych tylko na antenie TVP Warszawa. Tylko niektórych przypomnę, jako ta, która robiła dla Telewizyjnego Kuriera Warszawskiego setki pogrzebów.
Tomasz Zygadło, reżyser, którego bodajże 5 spektakli Teatru Telewizji znalazło się w złotej setce najlepszych spektakli teatru TVP, był żegnany tylko naszą kamerą (sama przygotowywałam relację). Podobnie Janusz Odrowąż-Pieniążek, długoletni dyrektor Muzeum Literatury i znawca twórczości Adama Mickiewicza. Jego pogrzeb dla TVP przygotowywała koleżanka Aleksandra Goetzen, ja zaś byłam w delegacji Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Podobnie żegnany był Jan Łomnicki, reżyser serialu „Dom”, o którym zrobiłam też wtedy 15 minutowy reportaż wspomnieniowy.

Dorobkowi Xymeny Zaniewskiej nikt, kogo znam, niczego nie ujmuje. TVP Kultura zaprezentowała o niej reportaż „Sam na sam z Xymeną”, a relacje z pogrzebu naprawdę były! Nie było ich w „Wiadomościach”? Cóż… nie była chowana na koszt państwa, jako „dobro narodowe”. Dlatego nie rozumiem zamieszania w sprawie relacji z pogrzebu. A co do tekstu, że władze TVP nie przysłały delegacji na pogrzeb, to spytam znów retorycznie: od kiedy to zakłady pracy przysyłają delegacje na pogrzeby byłych pracowników, dla których dany zakład pracy nie był ostatnim?

Mylę dziś, że tak jak internauci podsyłają sobie i udostępniają setki linków z żartami i głupotami, tak bezmyślnie udostępniają też ten „news” bez sprawdzenia, jaka jest prawda. I to jest niemniej irytujące, od bezmyślne przesyłanej dalej informacji „potrzebna krew… gaśnie dziecko” i numer telefonu, który dawno jest wyłączony.

Dlaczego ludzie to robią? Myślę, że są tak rozemocjonowani ustawą medialną i zmianami personalnymi w TVP, że wieszają psy na stacji oskarżając ją już niemal o wszystko. Ten przykład z pogrzebem pokazuje, że nie zawsze słusznie.

PS Nie pracuję, nie pracowałam i nie planuję pracować w „Wiadomościach”. Czasem robię coś dla TVP Info. Nie mam i nigdy nie miałam etatu w Telewizji Polskiej. Jestem tylko zwykłym współpracownikiem i to takim, który niewiele tam zarabia.

Człowiek człowiekowi… dziennikarzem

Kiedyś zawód dziennikarza był bardzo szanowny. Mówiono, że to czwarta władza. Czy jest tak nadal? Trudno mi powiedzieć. Faktem jednak jest, że wg badań CBOS z listopada 2013 roku zawód dziennikarza jest mniej szanowany niż zawód strażaka czy sprzedawcy, a nawet policjanta, sprzątaczki czy murarza. Niżej od niego jest tylko polityk. Spadek szacunku do dziennikarstwa jest zastraszający. W latach 70-tych dziennikarz był kimś. Dziś właściwie jest nikim. I ja się nie dziwię. Nie znam mniej solidarnego środowiska. Nigdy w Polsce nie udało się zrobić strajku mediów. Nie udało się zrobić nawet strajku dziennikarzy TVP. Kiedyś ci na etacie nie chcieli bronić interesów tych bez etatów. Potem, po latach, gdy wszyscy niemal zostali bez etatu, to ci, którzy nie mieli go od dawna lub nie mieli go nigdy, nie byli zainteresowani obroną etatów tych, którym je po latach zabierano. A jeśli w środowisku nie ma solidarności, to jak dane środowisko i jego przedstawicieli szanować? Tylko ja wiem jak często wstydzę się wykonywanego zawodu dziennikarza.

Ostatnio Prezydent przyklepał ustawę medialną. Z mocy tejże ustawy Telewizja Polska, Polska Agencja Prasowa i Polskie Radio zyskały nowych prezesów. Jestem dziennikarką TVP od dwudziestu lat. Jacek Kurski to mój 16 prezes (jeśli dobrze liczę). Nie boję się. Żadnego się nie bałam. Wychodzę bowiem z prostego założenia. Jeśli przyjdzie do TVP jakaś władza, która mi za współpracę podziękuje, to znaczy, że TVP nie zasłużyła na mnie. Ot i cała moja dziennikarska filozofia.

Martwi mnie natomiast co innego. Martwi mnie środowisko. Nie. Nie zaczęłam się nim martwić teraz. Martwię się nim od dawna. Bo podczas każdej zmiany z ludzi wychodzą obrzydliwe cechy. Teraz też wyszły. Wyszły znów i wyszły ze wzmożoną siłą. I z tych z prawa i z tych z lewa. I z tych co są w TVP i z tych, którzy się do przyjścia tu szykują. I z tych, którzy tu kiedyś byli i z tych, którzy tu jeszcze nigdy nie byli. Jeden z dziennikarzy, który kiedyś współpracował z TVP pisze o drugim, że czas pakować walizki. Ten drugi mu wypomina jakieś donosy na ambasadorów, a jego żona pogłoski o powrocie tego pierwszego do TVP kwituje stwierdzeniem, że pewnie nie sprzedają mu się dywany. To jeden z wielu przykładów. Mogłabym je mnożyć, cytować i powstałoby z tego kilkanaście stron cytatów, w większości zresztą rynsztokowych, ale po co? Czytelnicy sami to znajdą, bo to wszystko dzieje się na forum publicznym, a dyskutują niemal wszyscy. Nie ważne są poglądy, które prezentują. Nie podoba mi się wzajemne opluwanie. Tyczy się to całego środowiska dziennikarskiego. Bo obie strony barykady, która nagle w Polsce wyrosła i podzieliła społeczeństwo, cechuje zawzięcie i złośliwość. Wszyscy sobie nawzajem życzą utraty pracy i długiego bezrobocia. I tak jest niestety od wielu lat za każdym razem, gdy w TVP są zmiany. Ale teraz jest jakieś apogeum plucia.

Przez 20 lat mojej współpracy z Telewizją Polską zawsze kolejne, nowe władze spółki wsadzały na stanowiska jednych ludzi, a innych z nich zdejmowały. I zawsze ci, którzy odchodzili byli żegnani przez kogoś stwierdzeniem, że dobrze mu tak. Często podczas takich zmian przed przyjściem nowych władz straszono nas wszystkich tam pracujących, że zaraz polecimy i wylądujemy na bruku. Ileż razy odbierałam od znajomych telefony czy esemesy, jaka to jestem biedna, bo przyjdzie ktoś tam i ja już nie będę pracować. A potem… nadchodziło zdziwienie, że pracuję. Jednak krótko po zdziwieniu padały stwierdzenia, że skoro pracuję to znaczy, że jestem mało ważna. Bo gdyby się ze mną liczono, to by mnie ktoś już dawno wywalił. Bo przecież wywala się tych, z którymi się liczy. Czyli pracujesz – źle. Wywalają – źle. Nie wywalają – też źle. Takie dziennikarskie krzywe kluchy.

Każda zmiana to są nerwy. Zwłaszcza, że dla każdego, kto przychodzi np. ja jestem „złogiem poprzedniego systemu”, bo przecież jestem osobą „zastaną” w pracy i pracującą tu, (choć od zawsze bez etatu) te 20 lat. Przeżywałam w TVP różne sytuacje, a na stanowiskach dyrektorskich obserwowałam różnych ludzi. Zdarzali się wśród nich prawdziwie podli, którzy podstępem wyrzucali fachowców, by wprowadzić na ich miejsce dyletantów ze swojej rodziny. Nepotyzm to powszechny grzech. Grzech panoszący się w wielu instytucjach i nie tylko w Polsce, a nawet nie tylko na wschodzie Europy.
Wielu moich (i nie tylko moich) szefów nie było fachowcami. Na braku fachowości przyłapywano ich szybko. Na przykład mieli uwagi do studia. Raz na takie uwagi jedna z kierowniczek powiedziała:
- Do tego, by było lepiej potrzebny transponder G-750.
- Kupimy – padła odpowiedź.
Sęk w tym, że „transponder G-750” nie istnieje… To tylko taki żarcik i test na fachowość nowej władzy. Transponder można zresztą zastąpić innym mądrze brzmiącym słowem.
Był też dyrektor, który wołał dziennikarkę na… „konsolację”, bo mu się z „kolaudacją” pomyliło. Korytarze chichotały, ale program się ukazywał, bo jednak robią go fachowcy. Robią to nawet wtedy, gdy rządzi nimi dureń.

Dlatego, że w czasie swojej pracy w TVP jednak otaczali mnie fachowcy i to dzięki nim ukazywały się programy, nie umiem zaakceptować wzajemnej nienawiści dziennikarzy do siebie. Nie rozumiem jej. Przez te ostatnie 20 lat nigdy w życiu ani ja ani moja redakcja ani żadna redakcja TVP nie wezwaliśmy policji na żadnego dziennikarza z innej stacji telewizyjnej. Nie słyszałam, by coś takiego zrobiła konkurencja z Polsatu czy TVN. Zresztą… wielokrotnie razem ustawialiśmy się do rozmów z ludźmi na konferencjach prasowych. W redakcji współczuliśmy ekipie TVN (choć jest to stacja, o której ofercie programowej mam bardzo złe zdanie), gdy w czasie marszu niepodległości spalono im wóz transmisyjny. Pamiętam rozmowy o tym, jak musi czuć się ich inżynier wozu, bo to inżynier odpowiada za wóz. Od zawsze było tak, że gdy do TVP przyjeżdżał ktoś ważny, pojawiali się pod jej drzwiami dziennikarze z innych stacji (tak radiowych, jak i telewizyjnych) i przeprowadzali wywiady przed budynkiem. Dlatego sprawa wezwania w swoim czasie przez dziennikarzy TV Republika policji na ekipę Polsatu wydaje mi się koszmarem. Długo zresztą nie mogłam w to uwierzyć. Przecież tyle razy z reporterami TV Trwam czy TV Republika wspólnie nagrywałam np. powstańców warszawskich. Co się nagle z tymi dziennikarzami stało? Żeby aż tak nienawidzić konkurencji? Przecież, gdy przed laty był marsz w obronie TV Trwam i blokowano nam wyjścia do budynków na placu Powstańców i Jasnej nie buntowaliśmy się. Mnie wtedy o mało tłum nie połamał żeber. Byłam roztrzęsiona i płakałam. Czułam jakąś niesprawiedliwość, bo jechałam na patriotyczną wystawę do Muzeum Niepodległości, a tłum obcych ludzi wyzywał mnie od komuchów. A jednak nie przyszło mi do głowy wezwać policję na manifestujących, a co dopiero na dziennikarzy, którzy przemawiali pod drzwiami czy szli w marszu w obronie tej stacji. Bronili swojego miejsca pracy! Uważałam, że mieli do tego prawo.

Wiele, bardzo wiele lat temu pewien dyrektor w Telewizji Polskiej wyrzucił z pracy jak psa pewną dziennikarkę. Po kilku latach kolejna polityczna miotła wymiotła i jego, jak niepotrzebny śmieć. Wybrał się wtedy na Woronicza szukać pracy. Zapukał do pokoju pewnego dyrektora. Za biurkiem siedziała ta właśnie dziennikarka.
- Rozumiem. Nie mam tu, czego szukać. – Powiedział na jej widok i ruszył w stronę drzwi.
- Proszę mnie nie mierzyć swoją miarą. – Odparła i wskazała miejsce na krześle.
Jest to dla mnie jedna z ładniejszych anegdot o postawie dziennikarza względem dziennikarza. Postawie, w której nie ma miejsca na zemstę. Zawód dziennikarza, bardziej niż pisarza, uczulił mnie na to, że nic nie jest wieczne. Miałam do czynienia z dyrektorami, burmistrzami, a nawet… prezydentami miasta, którzy najpierw nie odpowiadali na dzień dobry, a po latach zdegradowani i zepchnięci niemal na margines życia, przypadkiem spotkani na mieście dosiadali się w kawiarni do stolika, jakbym była ich, wprawdzie dawno nie widzianą, ale przyjaciółką.

Jedyne co mamy dane na zawsze to kręgosłup i godność. Ale to od nas zależy czy zachowamy je do końca życia, czy w którymś momencie stracimy. Nie wiem czy życzenie kolegom po fachu utraty pracy i długotrwałego bezrobocia oraz dziennikarskiej śmierci nie odziera wypowiadających te życzenia z godności i nie łamie im kręgosłupów. Takie życzenia mogą wrócić. Człowiek człowiekowi wilkiem? Nie! Człowiek człowiekowi dziennikarzem! I dlatego, że tyle się ostatnio naczytałam życzeń wypowiadanych przez dziennikarzy pod adresem innych dziennikarzy, coraz częściej wstydzę się przyznać, że jestem dziennikarką. Ale jestem. Na razie jeszcze jestem.

PS Ludzie najbardziej sobie pomagają, gdy jest wojna. Wtedy pomagają sobie znaleźć pracę, dokarmiają się i dają dach nad głową. Chyba żyjemy w dobrobycie, skoro tyle w nas nienawiści do drugiego człowieka.

Zawsze znajdzie się jakiś złodziej czasu

Gdy podejmowałam decyzję, że nie będę więcej prywatnie udzielać się na Facebooku wydawało mi się, że zyskam mnóstwo czasu. Przecież tyle go tam traciłam. I cóż? Oczywiście czas zyskałam, ale że życie nie znosi próżni, więc nagle zwaliło mi się na głowę tyle zajęć i obowiązków, że znów czasu na cokolwiek brak. A ja coraz bardziej żałuję, że decyzję o pozostawieniu tylko oficjalnego konta na FB podjęłam tak późno. Ileż czasu bym zaoszczędziła?

Kiedyś opowiadała mi przyjaciółka o swojej mamie, że nie umiała sobie zorganizować pracy, więc pracując z powodu złej organizacji mnóstwo tego czasu traciła. Ja staram się zapełniać rozsądnie każdą minutę. Notuję zadania na kartce, skreślam i… końca nie widać, bo po chwili pojawiają się nowe rzeczy do zrobienia. Często niestety takie bardzo nieprzyjemne.

Piszę to wszystko dlatego, by uspokoić. Nie zaniedbuję bloga. Lada moment coś dłuższego napiszę, a na razie… zmagam się z rzeczywistością, która dorzuciła mi zajęć, kradnąc mój cenny czas.

W dzieciństwie czytałam mojemu Tacie humory z zeszytów. Najbardziej podobał mu się taki: „Telewizja to złodziej czasu, ale ja tego złodzieja lubię.” Tata uważał to zarówno za trafne, jak i śmieszne. Niestety ze smutkiem przyznaję, że moi złodzieje czasu aż tak przyjemni nie są jak telewizja, a ja wcale ich nie lubię. Mam jednak nadzieję, że lada moment i z nimi się uporam.

A tymczasem… zapraszam w najbliższy piątek 13 listopada o g. 6:55 i 18:25 czasu warszawskiego przed ekrany TVP Polonia. Będzie można obejrzeć mój ostatni film pt. „100 lat w Warszawie”, który niestety w programach telewizyjnych jest zapowiadany pod błędnym, bo roboczym tytułem: „Prawie sto lat w Warszawie”.

Jeszcze raz zapraszam przed telewizory

Wszystkich, którzy nie obejrzeli 1 sierpnia mojego najnowszego filmu, zapraszam ponownie przed telewizory. Tym razem lokalnie.

„KTO DZIŚ PAMIĘTA O KOLUMBACH”, 12 sierpnia, godz. 10:45 na antenie TVP WARSZAWA, a także na platformie NC+ oraz on line na stronie TVP WARSZAWA.

Reporterska opowieść o fenomenie i popadaniu w zapomnienie powieści Romana Bratnego i serialu wg tej powieści – „Kolumbowie rocznik 20”. Wędrówka po miejscach opisanych na kartach książki. Rozmowy mi.n. z historykiem ze zgrupowania Bełt, którego żołnierzem był jej autor Roman Mularczyk ps. „Bratny”.

Scenariusz i reżyseria:
Małgorzata Karolina Piekarska
Zdjęcia: Dominik Kulas
Dźwięk: Paweł Wojtasik
Montaż: Bożena Swierż
Kierownictwo Produkcji: Barbara Kubicka
W filmie wykorzystano materiały archiwalne TVP S.A. w tym fragmenty serialu „Kolumbowie” w reżyserii Janusza Morgensterna, a także cyklu reportaży „Kolumbowie. Postscriptum”.
Produkcja TVP 2015