Archiwa tagu: Ukraina

„A to Polaków już nie ma?”, czyli pożegnanie z imieniem

Zadzwoniono do mnie ostatnio z Oxford Encyklopedia, że chcą stworzyć mój biogram do „Księgi Wielkich Polaków”. Westchnęłam tylko. Pomijam to, że nie uważam się za wielką Polkę, ale dwa lata temu pewien Pan był u mnie w tej sprawie w Oborach. Zajął mi ze 2 godziny, choć mogłam mu to wszystko wysłać mailem w postaci swojego zawodowego CV. Jak się okazało mimo autoryzacji, jakiej udzieliłam biogramu w Encyklopedii nadal nie ma, czego nawet nie byłam świadoma, bo wisiało mi to przysłowiowym kalafiorem. Generalnie biorę udział w różnych ankietach, badaniach rynku itd., bo ludzie nie mają pracy i jeśli mogę poświęcić chwilę, by ktoś zarobił to po prostu daję mu zarobić. Tak było i w przypadku tamtego pana, którego imienia ani nazwiska już nawet nie pamiętam. Okazało się, że Pan już nie pracuje, że mnóstwa spraw nie dokończył itd., zgodziłam się więc na ponowne spotkanie w sprawie biogramu.
Tym razem przyszła do mnie Pani. Spotkałyśmy się w Domu Literatury w Stowarzyszeniu Pisarzy Polskich. W tzw. „gabinecie prezesów” na ścianie wiszą bardzo stare, jeszcze przedwojenne, plakaty. Między innymi taki z teatru Bolszoj w Moskwie. Pani, która przyszła do mnie na wywiad spojrzała na ten plakat i powiedziała, że aż jej się miło na sercu zrobiło, bo ona w Moskwie się urodziła. Spytałam czy jest Polką, a usłyszawszy odpowiedź przeczącą spytałam jak długo w Polsce mieszka. Odpowiedziała, że 20 lat, ale pierwszy raz przyjechała tu jako czterolatka do cioci, która wyszła za Polaka. I potem tak już przyjeżdżała i przyjeżdżała, ukończyła studia w Polsce i związała się z Polakiem. Opowiedziałam o mającym polskie pochodzenie Ulubionym urodzonym w Moskwie i wychowanym na Ukrainie, traktowanym tu mimo tego polskiego pochodzenia i nazwiska jak „gorszy sort” i spytałam, jak ona jest tu traktowana.
- No… – pani zawahała się. – Akcentu już nie mam. Po polsku mówię dobrze, ale… musiałam zmienić imię.
- Jak to?
- A bo nazywałam się Swietłana i jak poszłam na wywiad do jednej pani profesor, to po przedstawieniu się usłyszałam: „A co to Polaków już nie ma? Musieli mi Ruską przysłać?”
Chciało mi się płakać i do tej pory chce, gdy o tym pomyślę. Potem pani opowiedziała mi o swoim synu, który czuje się Polakiem. Nikt nigdy w domu nie mówił mu, że Rosja jest zła, a już na pewno, że jest gorsza od reszty świata, a jednak… skądś wyniósł przekonanie, że jest to symbol strasznego jakiegoś syfu. Raz zawieziony do Moskwy chciał natychmiast stamtąd wracać. Nauki rosyjskiego odmówił.
Przed oczami stanęli mi moi koledzy z liceum dumni, że nie nauczyli się rosyjskiego. Zwłaszcza ten, który wykrzyczał mi w swoim czasie, gdy wychodziłam za mąż, że zdradziłam naród polski, a dziadek Ulubionego nie mógł być Polakiem, bo prawdziwi Polacy to po 1945 roku wrócili do Polski (czyli jak ktoś nie opuścił ojcowizny to nieprawdziwy Polak), a on w czasie wojny pewnie „spadł z wieżyczki strażniczej w Ostaszkowie”. Obaj moi licealni koledzy nigdy nie byli ani w Rosji ani na Ukrainie. Jeden z nich tylko raz był na Litwie. Paradoksalnie rodzina tego drugiego pochodzi z… Kijowa, a jego krewnym był Henryk Józefski przyjaciel Semena Petlury.
Obu kolegom powiedziałam kiedyś, że nasza kultura w porównaniu z rosyjską jest dość uboga, choć się nią szczycimy i choć ja ją bardzo wysoko cenię. Fakty są jednak takie, że Polska jest mniejsza od Rosji, Polaków jest więc mniej niż Rosjan, a co za tym idzie świat zna o wiele mniej polskich twórców niż rosyjskich. Nasi światowej sławy literaci to wbrew pozorom nie Mickiewicz i Słowacki, a co najwyżej Sienkiewicz (i to dzięki rosyjskiej cenzurze), Miłosz, Lem i być może Szymborska, gdy tymczasem u Rosjan nie ma końca: Gogol, Czechow, Kryłow, Puszkin, Lermontow, Dostojewski, Tołstoj, Szołochow, Achmatowa, Bunin, Jesienin, Bułhakow, Mandelsztam i mogłabym jeszcze długo wymieniać. To samo z kompozytorami.
Polska pogarda dla ludzi zza Buga chyba od zawsze mnie denerwuje. Bo o ile byłam w stanie zrozumieć antysowiecką obsesję mojej matki, która przeżyła 17 września 1939 w Chełmie i tamże 22 lipca 1944, (choć i u niej obsesja nie dotyczyła zwykłych Rosjan), o tyle nie rozumiem tego u ludzi, którzy nie znają tamtych ziem. Że też matka mojego kolegi, która przeżyła rzeź wołyńską nie ma w sobie takiej pogardy i nienawiści?
Wschód jest skomplikowany. To kolorowa mieszanina zachowań spowodowanych skomplikowaną historią, które to zachowania wywołują jeszcze większą kakofonię uczuć i emocji. Nigdy nie chciałabym tam mieszkać, ale lubię tam jeździć, bo dzięki temu bardziej rozumiem spustoszenie jakie w umysłach robi autorytaryzm.
Denerwuje mnie utożsamianie Rosjan ze Stalinem czy Ukraińców z Banderą. Czemu Niemców aż tak bardzo nie utożsamiamy z Hitlerem? Odpowiedź jest prosta. Są bogatsi. A przecież bogatym wszystko się wybacza.
Dziwimy się, że zwykli Rosjanie nie przeżywają naszego Katynia? Ja się nie dziwię. „Swoich Katyni” mają kilka tysięcy. Opisywałam tu onegdaj jedno z takich miejsc pod Irkuckiem. Też byli tam rzecz jasna Polacy, ale większość ofiar to Rosjanie, bo los polskich oficerów podzieliły miliony Rosjan. Dlatego tak jak w Polsce nie ma rodziny, w której jakiś krewny lub powinowaty (członek bliższej lub dalszej rodziny) nie jest na Liście Katyńskiej, tak w Rosji czy na Ukrainie lub Białorusi nie ma rodziny, w której nie byłoby ofiar stalinowskiego terroru. Gułagi na jednej tylko Kołymie pochłonęły prawie 6 milionów istnień – głównie rosyjskich, choć nie brakowało tam więźniów innych narodowości.

„Ściana płaczu” na terenie miejsca stalinowskiego terroru w wiosce Piwowaricha pod Irkuckiem.

Jakieś dwa lata temu odwiedził nas znajomy aktor z Białorusi, z którym Ulubiony poznał się na planie filmu „Żywie Biełaruś”. Znajomy odwiedził nas z żoną, która spytała, czy może sfotografować moje mieszkanie. Zgodziłam się. Ona fotografując i oglądając rodzinne pamiątki wyznała wzdychając ciężko:
- Chcę mamie pokazać, bo mój dziadek też miał jakieś ciekawe fotografie i papiery, ale spalił. U nas za posiadanie takich rzeczy lądowało się na Syberii.
Moje pamiątki (w większości) można obejrzeć na moim portalu genealogicznym. To głównie papiery, listy, fotografie i portrety przodków. Ocalały, bo aż tak źle w Polsce jednak nie było.
I właśnie dlatego, że stalinowski terror nie oszczędził obywateli dawnego ZSRR, nie jestem w stanie pogodzić się z winieniem każdego kto przyjeżdża zza wschodniej granicy o całe zło gruzińskiego tyrana. Nie jestem w stanie zrozumieć pogardy jaką mamy dla tych ludzi, których jedyną zbrodnią okazuje się fakt, że urodzili się w kraju, którym kiedyś rządził Józef Stalin.
Trzeci dzień myślę o pani, która zmieniła imię Swietłana na takie, którego nie noszą Rosjanki. Zrobiła to nie dlatego, że jej się własne imię nie podobało, ale po to, byśmy ją lepiej traktowali. Najsmutniejsze, że to zadziała tylko do czasu. Dopóki ktoś nie dowie się skąd pochodzi i jakiej jest narodowości. (Mnie opowiedziała o sobie tylko dlatego, że wiedziała kto jest moim mężem.) Wtedy nic już nie pomoże. Wtedy znów zobaczy, jak jesteśmy życzliwi.

PS Wczoraj odwiedziła mnie ekipa telewizyjna, której dźwiękowiec pochodzi z Białorusi. Opowiedziałam mu o Swietłanie, a on na to:
- Jak studiowałem na Akademii Muzycznej, to tylko dlatego, że jeszcze wtedy źle mówiłem po polsku, usłyszałem od jednego z kolegów: „Tu się po polsku mówi, bo tu jest Polska”.
Że też francuski mąż mojej koleżanki, który mieszka w naszym kraju kilkanaście lat i po polsku „ani be ani me” nigdy nic takiego od nikogo nie usłyszał.

Spokojnie! To już się dzieje!

Droga Pani posłanko,

w przeciwieństwie do części społeczeństwa przeczytałam Pani tekst naprawdę uważnie. Dlatego nie proszę o deportację. Wiem, że nie o mnie Pani chodziło. Poza tym to mój kraj! Nawet, gdy rządzą nim niezbyt mądrzy ludzie. I nie zamierzam go porzucać dla kaprysu, by tym niemądrym ludziom go pozostawiać. Rozumiem co Pani chciała powiedzieć. Ale to zupełnie Pani nie wyszło. Myślę, że jednak nie przemyślała Pani sprawy. Po obejrzeniu filmu „Wołyń” (który ja też widziałam i o którym też pisałam, bo mój mąż jest aktorem i we wspominanym filmie zagrał Bohdana, który rozrywa końmi polskiego patriotę) miała Pani po prostu taki mętlik w głowie, że nie zapanowała Pani ani nad swoimi myślami ani językiem. Z jednej strony to rozumiem, bo film jest mocny, ale z drugiej strony szczerze zalecam najpierw przemyśleć, potem napisać, a jeszcze potem odetchnąć głęboko i kilka razy przeczytać to, co się napisało. Podobno grafomana i złego publicystę poznaje się po tym, że napisze i nie przeczyta własnego tekstu. Dobry publicysta przeczyta kilka razy, zwłaszcza pod kątem jak jego tekst mogą zinterpretować wrogowie. Ale zacznijmy od początku.

Napisała Pani o Wołyniu „nie znam tych ziem, ani żyjących tam ludzi. Połowa Polski w granicach sprzed 1939 jest nieznana współczesnym Polakom. Tak samo jak przeszłość i los żyjących tam Polaków. Tę niewiedzę i niepamięć zawdzięczamy przodkom politycznym panów Kwaśniewskiego, Millera czy Borowskiego, a im samym zresztą także.”  

Wydaje mi się, że osoba, która nie zna tamtych ziem, czyli jak rozumiem nigdy nie była na Ukrainie i jak rozumiem nie ma tam znajomych ani przyjaciół, w ogóle nie powinna w tej sprawie zabierać głosu. Z tekstu wynika, że niewiele Pani wie na temat Ukrainy i Ukraińców. Co gorsza z tego samego Pani tekstu wnioskuję, że jeszcze mniej wie Pani na temat Polski i Polaków. Nie widzi Pani jacy jesteśmy? Wystarczy przyjrzeć się… sobie.

Napisała Pani: Jak dotąd nie czytałam i nie słyszałam w polskich mediach pytania: kim są ci ludzie z Ukrainy, których w Polsce pracuje już ponad milion? Potomkami morderców? A jeśli tak, to czy uważają ludobójstwo, jakiego dopuścili się ich krewni na Polakach, za zło, które ich dzisiaj boli? A może są tymi, którzy za zarobione u nas pieniądze fundują na Ukrainie pomniki Bandery?”

Nie jest łatwo przyjechać z Ukrainy do Polski. W większości znanych mi przypadków przyjeżdżający tu Ukraińcy albo mają polskie pochodzenie albo… są to tacy ludzie, którzy chcą polepszyć swój los. Bywa więc, że zapłacili w łapę naszym rodakom żyjącym z wystawiania za pieniądze zaproszeń. Czyli są tu dzięki naszym (Pani i moim) rodakom żerującym na ludzkim nieszczęściu! Retorycznie tylko spytam, czemu nie martwi się Pani tym czy ci nasi rodacy odprowadzili podatek od zarobionych w ten sposób pieniędzy?

Wróćmy jednak do przyjeżdżających tu z Ukrainy. Tych o polskich korzeniach trudno posądzać o fundowanie za zarobione w Polsce pieniądze pomników Bandery, choć te posądzenia też padają. A jakże! Co z tymi drugimi? Podobnie jak my w latach osiemdziesiątych czy dziewięćdziesiątych w Niemczech, tak i oni dziś w Polsce szorują nasze kible i podłogi za upokarzające stawki będąc co chwilę posądzanymi o kradzieże oraz… bycie właśnie banderowcami, bandytami lub przydrożnymi prostytutkami. Traktujemy więc ich tak, jak my byliśmy traktowani pracując w Niemczech, kiedy sławę Polsce za Odrą przynosiła Teresa Orlovsky, gwiazda filmów porno. Teraz ten sam zarzut bycia złodziejem, bandytą, prostytutką dość często spotyka przyjeżdżających ze wschodu Polaków! Zwłaszcza gdy przez pierwsze miesiące czy lata pobytu w Polsce mają akcent. To po akcencie od razu inni rozpoznają skąd oni są. A jeśli są ze wschodu to mogą być jedynie najgorszym sortem ludzi. Nawet nie Polaków. A już bron Boże prawdziwych Polaków! I to mimo posiadania nie tylko polskich korzeni, ale nawet typowo polskobrzmiących nazwisk. Mieszkający w kraju rodacy zapominają, albo nie wiedzą, że za wschodnią granicą po 1945 roku zostało sporo Polaków, którzy postanowili tam żyć. Oni nie opuścili Polski. To Polska ich opuściła. A teraz słowami takich posłów jak Pani, ta Polska pluje im dalej w twarz.

Mój mąż, który urodzi się w Moskwie, ale wychował na Ukrainie w rodzinie o polskich (ale też ukraińskich, słowackich i innych) korzeniach, do końca życia nie zapomni jak chodząca co tydzień do kościoła i żarliwie modląca się tam nasza sąsiadka wezwała na niego służby imigracyjne, by zbadały jego dokumenty. Czy aby na pewno przebywa w Polsce legalnie. Nie wystarczyło jej to, że jako polski aktor otrzymuje stypendium polskiego Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego na przygotowanie patriotycznego monodramu, który potem w 2013 roku był zresztą wystawiany w Muzeum Niepodległości 11 listopada.

Napisała Pani: „Wolni w swoim myśleniu i działaniu powinniśmy żądać od mieszkających i pracujących w Polsce cudzoziemców legalizowania pobytu i stworzyć skuteczniejszy mechanizm bezwzględnego egzekwowania tego obowiązku przez państwowe służby.”

To się już dzieje i działo. Zapomniała Pani o abolicji dla przebywających nielegalnie obywateli Ukrainy, która została przygotowana przez poprzedni rząd? Owszem. Nie wszyscy z niej skorzystali. Wielu bało się deportacji mimo zapewnień, że tak się nie stanie. Wychowani na Ukrainie ludzie nie wierzą władzy. Nawet jeśli jest to władza polska. I nie dlatego, że wtedy, gdy uchwalano abolicję u władzy była Platforma Obywatelska. Nie wierzą i teraz, gdy u władzy jest Prawo i Sprawiedliwość. Bo i to i to władza, a władza zdaniem ludzi wychowanych na wschodzie, zawsze kłamie.

Jeśli idzie o żądanie od cudzoziemców, by legalizowali pobyt, to chcę tylko Pani przypomnieć, że w USA nielegalnie przebywa około 60-80 tysięcy Polaków. Gdy w 2000 roku byłam w Stanach Zjednoczonych poznałam ich dość sporo. Żyją tam przez lata z daleka od ojczyzny. Pracują na fałszywych papierach. W świetle tamtejszego prawa przestępcy. A z ludzkiego punktu widzenia? Co Pani o nich sądzi? Nie zna Pani nikogo, kto by w Stanach przebywał nielegalnie? Nie słyszała Pani o żadnej znajomej znajomego? Córce sąsiadów? Czy dalekich krewnych? Jeśli tak, to proszę szybciutko poinformować o tym tamtejszy rząd. Przecież to przestępcy, a my z USA mamy umowy. Miła propozycja?

A Polska? Ludzie ze wschodu nie legalizują tu swojego pobytu, bo się boją. Trudno Pani zrozumieć ich strach? Ja, czytając Pani tekst, w ogóle się im nie dziwię. Proszę go przeczytać jeszcze raz wyobrażając sobie, że jest Pani nielegalnie przebywającą tu Ukrainką. Może tą Swietłaną Jakowlewą, która najpierw przebywała tu nielegalnie, potem zachorowała na raka, a potem umierając szukała polskiego domu dla swojej czwórki dzieci, by nie zostały deportowane na Ukrainę. W internecie nic nie ginie. Proszę korzystając z google znaleźć jej historię. Proszę sobie wyobrazić, że Swietłana żyje i napisany przez Panią tekst czyta teraz.

Napisała Pani: „powinniśmy wymagać od ateistów, prawosławnych czy muzułmanów oświadczeń, że znają i zobowiązują się w pełni respektować polską Konstytucję i wartości uznawane w Polsce za ważne. Niespełnianie tych wymogów powinno być jednoznacznym powodem do deportacji.”

Rozumiem, że tekst powstał z myślą o przyjezdnych i z troską o nasz kraj, bo boi się Pani muzułmańskich terrorystów walczących na rzecz tzw. Państwa Islamskiego. Wszyscy się ich boimy. Ale nie można każdego podejrzewać o najgorsze! Nie każdy przyjezdny jest terrorystą! Gdy przeczytałam te słowa zaczęłam się zastanawiać. Co Pani wie o swoim kraju i jego historii? Z Pani tekstu nie wynika, by była Pani świadoma, że przez lata Polska była krajem wielonarodowościowym i wielowyznaniowym. Nie tylko Polska Jana II Kazimierza, Jana III Sobieskiego czy Stanisława Augusta, ale też i ta XIX-wieczna ciemiężona przez zaborców, a także ta z dwudziestolecia międzywojennego. W Polsce mieszkali Niemcy, którzy kochali te miasta, mieszkali Tatarzy, a nawet Rosjanie, którzy pracowali dla tych ziem, że tyko nieśmiało wspomnę Sokratesa Starynkiewicza urzędnika zaborcy, który ma tu swój pomnik i grób na cmentarzu prawosławnym tłumnie odwiedzany przez Warszawiaków w okresie Zaduszek. Mieszkali tu Polacy, którzy niekoniecznie byli katolikami. Piszę to do Pani nie tylko jako żona człowieka o polskich korzeniach, który przyjechał tu z ukraińskim paszportem. Piszę to także jako osoba, która od lat zajmuje się genealogią własnej rodziny. O swoich przodkach wiem sporo i wiem, że mam w sobie krew niemal wszystkich europejskich nacji, a wśród moich antenatów byli i książęta i magnateria i szlachta, a także mieszczanie i włościanie. Byli wśród nich również wyznawcy niemal wszystkich religii, bo: kalwini, luteranie, wyznawcy prawosławia i unici. Nie wszyscy byli patriotami, choć nie brakowało powstańców listopadowych, styczniowych i warszawskich oraz uczestników walk w obu wojnach światowych i w wojnie polsko-bolszewickiej. Czy na pewno zna Pani wszystkich swoich pradziadów i prababki na tyle dobrze, by być pewną ich patriotyzmu i katolicyzmu i z taką stanowczością stygmatyzować przyjezdnych? Byłby to chyba pierwszy w Polsce przypadek posiadania przez stulecia czysto polskich i tylko katolickich korzeni. Gdzież się wobec tego Pani uchowała? Na pewno tutaj?

Czy znane są Pani takie postaci historyczne jak Berek Joselewicz? Żyd walczący w powstaniu Kościuszkowskim? Albo Józef Bielak? To samo powstanie, a nazwisko tylko pozornie polskie, bo był to Muzułmanin i Tatar. Czy słyszała pani o Leonie Sulkiewiczu? Bohaterze wojny polsko-bolszewickiej? Też był Tatarem! Czy słyszała Pani o takim człowieku jak Francesco Nullo? Włoskim pułkowniku, który w powstaniu styczniowym walczył o wolność „waszą i naszą”? Czy wie Pani, że przodek wielkiego polskiego bohatera narodowego Tadeusza Kościuszki otrzymał przywileje szlacheckie zapisane w języku ruskim? Mogłabym wymienić Pani jeszcze wielu znamienitych Polaków, którzy przodkowie kiedyś do Polski przybyli. Proszę samej sprawdzić skąd wzięły się w historii naszego kraju takie nazwiska jak: Traugutt, Bacciarelli, Norblin, Fontana, a także Chopin – „sercem Warszawianin”.

Romuald Traugutt w mundurze rosyjskim. Jego rodzina od strony ojca, niemieckiego pochodzenia, przybyła do Polski w XVIII w. w czasach saskich. W styczniu będziemy obchodzić kolejną rocznicę powstania narodowego, którego był dyktatorem.

Komu zawdzięcza Pani tę balansującą na granicy ignorancji pogardę do własnego kraju, jego historii, korzeni i demografii? Czy tylko „przodkom politycznym panów Kwaśniewskiego, Millera czy Borowskiego, a im samym zresztą także.” Czy może jednak swojemu domowi, z którego jak wnioskuje po Pani tekście niewiele Pani wyniosła. A może winnym jest środowisko, w którym Pani przebywa?

Mam dużą wątpliwość czy czytała Pani książki na temat Wołynia, których tytułami Pani rzuca na prawo i lewo. Jestem natomiast pewna, że nie wie Pani nic o grających w filmie ukraińskich aktorach i ich motywacjach do wzięcia udziału w tym przedsięwzięciu, ale to już pominę taktownym milczeniem.

W swoim tekście napisała Pani, że w rzezi wołyńskiej zginęło 60 tysięcy Polaków. Zapomniała Pani, bo to takie niewygodne, choć przecież zostało świetnie w tym filmie pokazane, że w II Rzeczpospolitej na tamtych ziemiach ci, którzy czuli się Ukraińcami, (a często mieli polskie korzenie) byli traktowani gorzej. I to właśnie było jedną z wielu przyczyn rzezi, w wyniku której polska strona też brała odwet, bo zginęło ok. 10 tysięcy Ukraińców. By przerwać zło, jakim jest nacjonalizm i nienawiść do drugiego człowieka spowodowaną jego odmiennością narodową czy religijną trzeba pisać ostrożnie i z poszanowaniem wszystkich racji! By takie wydarzenia jak ludobójstwo na kresach nigdy się nie powtórzyło nie powinno się siać nienawiści. A Pani tekst ją sieje! Zarówno wśród Polaków jak i Ukraińców, a także innych grup etnicznych, narodowościowych czy religijnych. Pani też w swoim tekście traktuje przebywających tu Ukraińców gorzej, a stąd naprawdę krok do… No? Do czego? Na dodatek pisząc o ukraińskich dyskusjach o filmie zacytowała Pani akurat takie dwie wypowiedzi. Igor Gawryłow: „W Polsce za rolę taką jak w filmie „Wołyń” spaliliby dom”. Jarosław Swatko: „To co dzieje się w Polsce, to dobrze założona praca rosyjskiej agentury”. Rozumiem. Inne wypowiedzi były niezgodne z Pani przekonaniami. Film „Wołyń” przez nacjonalistyczne środowiska Ukrainie został odebrany jako antyukraiński. Paradoksalnie nacjonalistyczne polskie środowiska odebrały „Idę” jako antypolską. Przypadek? Nie sądzę. Europa nacjonalizuje się. Nakręcona w ubiegłym roku w Niemczech komedia „On wrócił”, której głównym bohaterem jest Hitler, zjawiający się 70 lat po wojnie w Berlinie i przedstawiający swoje poglądy współczesnym Niemcom aż zostaje gwiazdą mediów, świetnie to pokazuje. Publiczność na filmie śmieje się, ale od połowy filmu jest to już inny śmiech. Tylko ci, którzy są u władzy mogą to nacjonalizowanie się Europy przerwać. Szkoda, że Pani nie chce zacząć tego robić. Szkoda, że dzieli Pani ludzi na lepszych i gorszych ze względu na pochodzenie, narodowość, wyznanie. Nie jestem pewna czy jest to prawe, a już na pewno nie jest to sprawiedliwe.

I tak już przez zwykłą ciekawość chciałam na koniec spytać: czemu wymyślone przez Panią oświadczenia o znajomości konstytucji mają składać jedynie „ateiści, muzułmanie i wyznawcy prawosławia”? Czemu wykluczyła Pani mariawitów, luteranów i kalwinów oraz zielonoświątkowców, baptystów, świadków jehowy, buddystów, pastafarian i innych? Za mało ich w Polsce? Według konstytucji wszyscy polscy obywatele są równi wobec prawa. A co do przyjezdnych i gości to obowiązują nas jeszcze Konwencja Genewska i Powszechna Deklaracja Praw Człowieka.

No ale spokojnie Pani poseł! Niech się Pani tak nie denerwuje. To czy przyjezdni są lojalni wobec naszej konstytucji i czy przebywają tu legalnie już jest sprawdzane. Wspomniana przeze mnie sąsiadka katoliczka wzywająca na mojego męża urząd imigracyjny, wielokrotnie policję, a także wytaczająca mu (na szczęście przegrywająca i to także w apelacji) trzy procesy przed polskimi sądami (oskarżając o takie rzeczy, że nie wiadomo czy śmiać się czy płakać) nie jest sama. Gdy przyznawano mężowi polskie obywatelstwo (ze względu na polskie pochodzenie) musiał zdać państwowy egzamin ze znajomości języka polskiego i polskiej kultury, dokładnie sprawdziły go też wszystkie polskie służby. Zapewniam Panią jednak, że jego polskość i poglądy na Polskę i Banderę moi znajomi badają na każdym kroku, choć czasem być może nieświadomie. Dwa lata temu pomagający mi odpalić samochód kolega pytał, czy ukraińscy przodkowie męża nie byli w UPA. Bo wielu jest przekonanych o tym, że gdyby jego przodkowie byli prawdziwymi Polakami nigdy przenigdy nie zostali by w ZSRR po zmianie granic. A już na pewno nigdy nie żeniliby się z Ukrainkami. Bo przecież dla prawdziwych Polaków miłość ma granice!

Tak więc droga Pani poseł. Nie trzeba nam dodatkowych służb. Te które są działają świetnie. Wystarczył jeden telefon sąsiadki! A i my sami nawzajem siebie posprawdzamy. Donos na bliźniego to najskuteczniejsza metoda. Sprawdzili to już, jak ich Pani nazwała, „przodkowie polityczni panów Kwaśniewskiego, Millera czy Borowskiego”, a teraz posprawdzają tacy jak Pani. Powodzenia!

Małgorzata Karolina Piekarska

Powyższy tekst jest odpowiedzią na dwa teksty pani Poseł Beaty Mateusiak-Pieluchy. Pierwszy zamieściła na portalu „wpolityce”.


http://wpolityce.pl/historia/315441-wydarzenia-wokol-wolynia-utwierdzaja-mnie-w-przekonaniu-ze-nie-uciekniemy-od-problemu-wspolczesnej-oceny-ludobojstwa-sprzed-lat

Drugim jest jej oświadczenie zamieszczone na Facebooku.


https://www.facebook.com/Mateusiak.Pielucha/posts/1200522493360285

Woskowy plaster na sumienie

Nie paliłam świeczki w oknie z powodu Majdanu. Nie dlatego, że nie solidaryzuję się z ukraińskim narodem. Mąż z ukraińskim obywatelstwem jest wystarczającą wizytówką tego, że pół mojego serca jest za wschodnią granicą. W końcu jego rodzina jest teraz także i moja. Świeczki nie paliłam, bo po prostu taka już jestem. Nie wierzę w moc świeczki w oknie, tak jak nie wierzę w moc „lajków” pod zamieszczonym na Facebook zdjęciem biednego zwierzątka czy chorego dziecka. Nie ślę głupich maili typu „podaj dalej”, w domyśle, wtedy kogoś uratujesz. Uważam, że taki gest, być może ładny, nie niesie za sobą niczego innego poza pustym słowem pocieszenia. A ze słowami tak już jest, że nawet jak są miłe nie można się ani nimi najeść, ani sprzedać ich, by za zdobyte w ten sposób pieniądze opłacić swój byt.

My jednak lubimy robić rzeczy na pokaz. Rzadziej realnie pomagamy. Gdy pisałam ostatnio o jednym procencie dla Piotra najżywiej zareagowali ci, którzy kasy nie mają. Ale tak to już jest. „Lajk” na „Facebooku”, świeczka w oknie, Pałac Kultury w dwóch kolorach, to jest łatwiejsze niż pomoc realna nawet, gdyby miała wynieść 10 złotych. Gdy mowa jest o konkretnej pomocy, zawsze przychodzi kalkulacja ile, a potem analiza, czy nam się to opłaca i czy nie jest to ze szkodą dla nas. Gdy przywieziono do polskich szpitali pierwszych rannych z Majdanu, jeden z moich znajomych powiedział, że ma nadzieję, że ich leczenie nie będzie pokryte z jego NFZ. „Cholera – pomyślałam sobie. – Facet ma jeszcze jakiś NFZ!” Cóż, ja już kolejny rok bez ubezpieczenia. Na dodatek do tej pory nie zapłaciłam głupich niecałych dwustu złotych za udzieloną dwa lata temu pomoc medyczną w szpitalu, gdy spadłam z roweru. No niestety. Ciągle miałam ważniejsze wydatki. Ale mniejsza z tym. Zbliża się dzień, kiedy zapłacę. Nie mam jednak myśli, że pomoc z naszej strony powinna się ograniczać jedynie do świeczki w oknie. Nawet nie dlatego, że znajoma sąsiadka przypomniała mi wiersz Słonimskiego „Ten jest z ojczyzny mojej”, z którym to wierszem zgadzam się w stu procentach:

Ten, co o własnym kraju zapomina
Na wieść, jak krwią opływa naród czeski,
Bratem się czuje Jugosłownianina,
Norwegiem, kiedy cierpi lud norweski,

Z matką żydowską nad podbite syny
Schyla się, ręce załamując żalem,
Gdy Moskal pada – czuje się Moskalem,
Z Ukraińcami płacze Ukrainy,

Ten, który wszystkim serce swe otwiera,
Francuzem jest, gdy Francja cierpi, Grekiem -
Gdy naród grecki z głodu umiera,
Ten jest z ojczyzny mojej. Jest człowiekiem.

Twierdzę tak dlatego, że gdy u nas był stan wojenny jadłam czekolady przysłane przez Niemców. Mama przyniosła z pracy (pracowała w Instytucie Matki i Dziecka na rentgenoterapii) paczkę. Przysłane do szpitala paczki były najpierw przyniesione przez niemieckie rodziny do niemieckiego czerwonego krzyża. W maminym szpitalu rozdysponowano je między małych pacjentów i pracowników, którzy mieli nieletnie dzieci. Jadłam więc pomarańcze, cytryny, kandyzowane owoce i piłam przysłane w darze kakao, a nawet zrobiłam z niego „murzynka”. Niestety wyszedł z zakalcem, bo przepis był obliczony na polską podróbę kakao, a nie prawdziwego Van Houtena. Pamiętam, jak płakałam, bo dostałam zatwardzenia od tych czekolad! Nie widziałam czekolady miesiącami, więc ujrzawszy pięć mlecznych tabliczek, zjadłam od razu całe pięć. A co! Te paczki słał czerwony krzyż, ale przygotowywali je zwykli ludzie. Niemcy, z którymi mamy niełatwą historię. Być może moją paczkę przygotował syn tego, od którego kuli w Powstaniu Warszawskim zginął mój stryj? Nigdy się tego nie dowiem. Na paczce był adres przygotowującej ją niemieckiej rodziny. Ojciec napisał potem po niemiecku podziękowania. W odpowiedzi przyszła kolejna paczka. Już na nasz prywatny adres. Było to wzruszające! Z takiej pomocy korzystało wtedy wiele rodzin. Dlaczego więc teraz, gdy za wschodnią granicą dzieje się to, co się dzieje mamy ograniczać się jedynie do jakiejś tandetnej świeczki?

Ale w większości tak właśnie robimy. Bo tak naprawdę tą świeczką usypiamy sumienie. Na co dzień cały czas uważamy wschód za gorszy świat. A mieszkających tam ludzi za głupków i bandytów. Jakiś przykład? Proszę bardzo! Oto w momencie, w którym liczba ofiar na Majdanie przekroczyła siedemdziesiąt, do Ulubionego zadzwonił kumpel. Kiedyś razem wynajmowali mieszkanie. Kumpel z troską w głosie spytał, czy Ulubiony trzyma się, czy nie przeżywa za bardzo, czy jego rodzina jest bezpieczna. Jednak w drugich słowach zdradził, z czym naprawdę dzwoni. Ano z pytaniem, czy Ulubiony, po starej znajomości, nie mógłby mu pomóc. Bynajmniej nie w przeniesieniu kanapy, nie w skopaniu ogródka czy przetłumaczeniu tekstu z rosyjskiego lub ukraińskiego na polski. Ulubiony miałby odegrać rolę Ukraińskiego bandyty! Oto znajomy wynajął jakiejś babie mieszkanie, ta zalega z mu z opłatami już ileś tam tysięcy, wiec jest prośba do Ulubionego: „Zadzwoń do tej baby, nakrzycz na nią po ukraińsku, a jak ona ze strachu przed ukraińską mafią mi odda kasę, to ja ci odpalę 10 procent tego jej długu.”
Ja się uśmiałam z głupoty kumpla, ale Ulubiony się nie śmiał. On to po prostu już nie pierwszy raz słyszał. Propozycji, by dorabiać sobie strasząc ludzi, tylko dlatego, że jest za wschodniej granicy, miał sporo. Wszystkie od Polaków! Bo Majdan, Majdanem, walka Ukraińców o wolność fajnie wygląda i nam się nasze zrywy przypominają i z Powstaniem Warszawskim porównujemy, powzruszamy się trochę, ale… nie zapominajmy, że tam przecież walczą banderowcy, gangsterzy i w ogóle bandyci. No niestety, jak przychodzi, co do czego, to taki jest odbiór ukraińskiego społeczeństwa przez nasze. Sąsiad, którego poprosiłam o pomoc w odpaleniu samochodu, którym przez 10 dni nie jeździłam. (Dostałam do testów dziennikarskich peugeota 208 – fajne autko, kończę właśnie pisać swój babski test.) Gdy znajomy już odpalił mi samochód, to pytał, jakie są poglądy męża. W domyśle było, że może banderowiec? Bo znajomy Ukraińcom Wołynia nie daruje! Nie pytałam czy dumny jest z „Akcji Wisła”, bo nie o to mi chodzi, by jątrzyć. Historia jest i była okrutna dla obu narodów. Oj naczytałam się w swoim czasie wspomnień Wołyniaków, którzy przeżyli rzeź na wschodzie. A i Ulubionego dziadek, który przecież był Polakiem i mieszkał pod Stanisławowem, stracił wtedy dwóch (czy nawet trzech) braci. Wyrżnęli mu ich właśnie banderowcy.

Nie wiem, ile wody musi upłynąć w Bugu, by stereotypy, o których tu w swoim czasie pisałam, przestały mieć znaczenie. By Ulubiony, przestał odbierać telefony, w których polscy znajomi proponują mu zabawę w gangstera i straszenie ludzi rosyjskim czy ukraińskim akcentem. Co ma się stać, by wykształcony i zawodowy aktor otrzymywał propozycje gry godne wykształconego człowieka i aktora? Miałam o tym nie pisać, ale niech tam! Całkiem niedawno jeden reżyser, którego imię i nazwisko przemilczę, ale dodam, że nie skończył reżyserii w szkole filmowej, a socjologię w Collegium Civitas, zaproponował mu (oczywiście przez agenta) rolę w filmie za stawkę… 300 złotych dziennie. Dla niewtajemniczonych powiem, że dla zawodowego aktora najniższa stawka w serialu jest 700, a w filmie 1500 złotych. Zważywszy, że aktorzy nie grają 31 dni w miesiącu, a już na pewno nie miesiąc w miesiąc, w większości są zaś tacy, którzy grają kilka dni w roku, łatwo policzyć, że wyżej wymienione kwoty to nie są kokosy. Status gwiazdy filmu czy teatru ma przecież niewiele osób. Ulubiony spytał agenta, co to jest za propozycja, przecież stawka jest poniżej krytyki. Już miał kiedyś propozycję bycia „stojącą na półce głową” w „Szymon Majewski Show” za 150 złotych. Wtedy spytał, czy zleceniodawca jest pewien, że do bycia „stojącą na półce głową” naprawdę jest potrzebny ktoś ze szkołą aktorską? W czasie tej ostatniej rozmowy o roli za 300 złotych dziennie (przez całe dwa dni filmowe), agent przyznał, że powtarza propozycję reżysera tylko z obowiązku. Nie chce mówić reżyserowi, że dzwonił, a nigdzie nie dzwonił, ale domyślał się, że taka będzie odpowiedź Ulubionego, bo sam uważa, że ta stawka to jakaś granda. I tak od słowa do słowa okazało się, że jest to stawka zaproponowana przez reżysera specjalnie dla Ulubionego, bo przecież jest „ruskim”, a „ruskim” nie ma sensu płacić lepiej! Ulubiony poprosił więc o powtórzenie reżyserowi, by udał się pod „ruską” ambasadę i zgarnął jakiegoś obywatela wchodzącego tam w sprawach urzędowych. Bo na cholerę mu aktor? Zresztą… skoro reżyser uznał, że jemu nie potrzebne były studia reżyserskie, a aktorom nie są potrzebne studia aktorskie, to niech szuka do obsady ludzi gdzie popadnie. Przyznam, że szkoda, że ktoś o wykształceniu socjologicznym, ma takie klapki na oczach. Jak to świadczy o poziomie skończonej przez pana reżysera uczelni? Tak tylko pytam. W każdym razie na podstawie tych wszystkich wydarzeń wywnioskowaliśmy, że w Polsce, której posłowie jeżdżą na Majdan wspierać naród ukraiński, można tak naprawdę sekować obywateli Ukrainy. Nawet tych, którzy w połowie (jak Ulubiony) są biało-czerwoni. Można więc zawodowemu aktorowi o obywatelstwie ukraińskim zaproponować 1/5 najniższej stawki, bo w końcu każdy „ruski” (a w tym naszym myśleniu „ruskiem” będzie tu i Białorusin, i Ukrainiec, i Rosjanin) to głupek. A głupek to wiadomo, że tylko do taczki się nadaje, ewentualnie wzięcia w rękę kałacha. Można mu więc zaproponował, by straszył kałachem i swoim akcentem tych, którzy uczciwym i dobrym Polakom zalegają z kasą. Tym samym Polakom, którzy jak przychodzi, co do czego, to palą w oknie świeczkę. Taki woskowy plaster na sumienie i tak skażone stereotypami.

Nie chcę, by ktoś pomyślał, że Ulubiony zadziera nosa i woli leżeć i zbijać bąki niż iść do pracy. Akurat jest facetem, który jak nie ma pracy w swoim zawodzie potrafi remontować meble, (co już zresztą raz pokazywałam), potrafi zatrudnić się, jako listonosz na poczcie, kelner w knajpie, czy „rozstawiacz” towaru na półkach w hipermarkecie. I to za o wiele mniejsze pieniądze niż zaproponowane mu 300 złotych dniówki w filmie). Zdarzało mu się też grać w etiudach studenckich za darmo! Bo nie o to chodzi, by za każdym razem dostawać mnóstwo pieniędzy, ale by czuć, że się jest traktowanym z godnością. W przekazanej mu propozycji od pana reżysera, absolwenta socjologii na Collegium Civitas, tego poszanowania godności człowieka trochę zabrakło. Ale tak to już jest. Dla przeciętnego Polaka ludzi zza wschodniej granicy można zdeptać. Godności nie mają, a nawet jak któryś ma – to pies z nim. W końcu to „ruski”. A „rusków, jak mrówków”!

PS A jeśli czytają mnie jakieś agencje aktorskie to zapraszam z propozycjami dla Ulubionego. Może nie tylko do ról bandytów i ruskich głupków, bo po tym, jak w serialu „Pierwsza miłość”, jako bandzior „Iwan”, (że też innych imion na wschodzie brak!) pobił jedną z bohaterek, to go w sklepie osiedlowym obsłużyć nie chcieli. Może raz weźcie go na naukowca, lekarza lub amanta? Do jasnej cholery! Chociaż wy przestańcie już z tymi stereotypami. Nie tylko jeśli idzie o narody, ale także o typ urody. Wierzcie mi, że nie wszystkim kobietom podoba się Brad Pitt.

Mozliwość jest

Tak jak kiedyś nauka rosyjskiego tak teraz ukraińskiego – opłaciły się. Dziś spokojnie mogę czytać to, co na ukraińskich i rosyjskich portalach, a także oglądać to, co w tamtych telewizjach. Połączenie „Cyfry plus” i „Telewizji n” w „NC+” zaowocowało tym, że na kanale 402 odbieram obecnie ukraińską stację telewizyjną „Odyn plus odyn” czyli „1+1”. Wbrew temu, co mogłoby się wydawać, skupieni w niej dziennikarze w opinii mojej i Ulubionego relacjonowali wszystko rzetelnie. Do rozmów zapraszali obie strony konfliktu. Korespondentka z ukraińskiego parlamentu rozmawiała i z przedstawicielami opozycji i Partii Regionów. Dziennikarze w reportażach pokazywali ludzi, którzy są na Majdanie, rozmawiali z nimi i nie stawiali tezy, że steruje nimi zachód, że to nacjonaliści itp. Zresztą, jak pisałam wcześniej, Janukowycza nie chce już niemal cała Ukraina. I nie ma to znaczenia czy ludzie ciążą swoimi poglądami ku zachodowi czy ku wschodowi. Nawet, jeśli wcześniej jedna czy druga strona konfliktu „kupowała” zwolenników spośród takich czy innych środowisk, teraz na ulicy są w większości zwykli ludzie, w różnym wieku i różnych zawodów. Ci, którym, jak to się popularnie mówi „już się przelało”. Wprawdzie nie wiem, jak program „1+1” relacjonował Majdan wcześniej, bo emitowane na antenie informacje odkryliśmy dopiero wczoraj (wcześniej widzieliśmy tam same filmy i seriale), ale byliśmy poruszeni zdjęciami, które pokazywali, a jakich próżno szukać w naszej polskiej telewizji (jednak cenzurujemy okrucieństwo). Paradoksalnie w tym czasie wszystkie trzy dostępne na platformie „NC+” kanały rosyjskojęzyczne, czyli „Jedynka”, „RTR Planeta” i „Rossija 24” nadawały propagandową sieczkę, w której zarówno dziennikarze, jak i zapraszani do rozmów politycy przekonywali, że za Majdanem stoi zachód, a zwolennicy Majdanu to tylko bandyci i terroryści. Dość to paradne, że działo się to w momencie, w którym w sieci na portalu ukraińskojęzycznym pokazano, jak górnicy z Donbasu(!) wrzeszczą do kamery, by nie wierzyć, że Ukraina to prorosyjski wschód i banderowski zachód, bo wszyscy chcą Ukrainy bez względu na to, jakimi językami mówią na co dzień w domach. Zaczęło mnie wtedy zastanawiać, czy możliwym jest, by w XXI wieku i dobie internetu Rosjanie wierzyli w to, co widzą na ekranach swoich stacji telewizyjnych? No, ale od czego ta znajomość języków. Najpierw pomógł twitter. Zasubskrybowane kanały mówiące o Majdanie migały mi przed oczami z prędkością kałasznikowa. Wreszcie… pojawiło się coś, czego szukałam. Adresy rosyjskich blogów traktujących o wydarzeniach w Kijowie. Blogów prowadzonych przez rosyjskich dziennikarzy naprawdę niezależnych. Jeden z nich napisał, że oglądał rosyjską TV i „w tym momencie chciało mi się wyjść na Majdan, znaleźć ich korespondenta i spytać, co za brednie plecie.” A więc jednak w XXI wieku Rosjanie nie są skazani tylko na reżimową telewizję. Mogą zajrzeć do internetu i poczytać/posłuchać swoich rodaków mających nie tyle inne zdanie niż władza, ale pokazujących to, co naprawdę się dzieje. Pozostaje oczywiście pytanie, czy Rosjanie korzystają z tej możliwości.

PS Swoją drogą wstrzymujemy oddech. Jak to się wszystko skończy?

Życiowy pat

„Jaki kraj, takie bunga bunga” – powiedziała Monika Jaruzelska o sensacjach dotyczących ewentualnego rozwodu rodziców. Można to sparafrazować na inne polityczne sprawy. „Jaki kraj, tacy terroryści” albo „Jaki kraj, taka opozycja”. Tak jest w przypadku Ukrainy. Właściwie miałam pisać o czymś innym, ale to, co się dzieje sprawiło, że nie piszę prawie nic. Śledzę twittera, informacje w sieci, radiu i telewizji i… dygocę. Ponieważ nie chcę marnować czasu, więc przepisuję pamiętnik siostry mojej praprababci Jadwigi z Gorczyckich Tyblewskiej. (Potrzebne mi to zresztą do książki, na którą dostałam stypendium artystyczne.) To miało mnie też uspokoić, ale zdenerwowało jeszcze bardziej. Otóż praprababcia Jadwiga opisuje ucieczkę z Kalisza, gdy w 1914 roku palili go Niemcy, rozłąkę z dziećmi i tym podobne nieszczęścia i ja też denerwuję się za nią, choć praprababcia już dawno się nie denerwuje, bo od ponad osiemdziesięciu lat leży przecież w grobie. W każdym razie pod wpływem informacji z sieci, mediów, rozmów telefonicznych i stymulowana lekturą pamiętnika, zaczęłam łapać paranoję, że Ulubiony, który nie ma obywatelstwa polskiego, dostanie np. nakaz opuszczenia Polski, bo na skutek wydarzeń na Ukrainie anulują mu kartę stałego pobytu. Albo drugi scenariusz, który też nie wiem skąd mi się wziął, że już nigdy nie pojedziemy na Ukrainę i nie zobaczymy rodziców. Ponieważ „Swiekrucha Natalia” (kiedyś mówiło się po polsku Świekra, bo odróżniano matkę męża od matki żony – dziś na obie po polsku mówi się Teściowa) akurat jest w szpitalu, więc mam spotęgowaną nerwicę. W ciągu trzech dni zżarłam słoik miodu, który zimą jest przeze mnie używany tylko do słodzenia kawy. Ile więc tych kaw z miodem wypiłam?

Na dodatek od rana krąży mi po głowie stary dowcip o Jasiu…

Jasio miał problem, co najpierw zrobić: ożenić się czy iść do wojska. Poszedł więc do dziadka poprosić o radę, a dziadek powiedział mu tak:
- Jeśli ożenisz się, toś przepadł, a jeśli pójdziesz do wojska to masz dwa wyjścia: albo zostaniesz w jednostce, albo pójdziesz na front. Jeśli zostaniesz w jednostce toś przepadł, a jak pójdziesz na front to masz dwa wyjścia: albo przeżyjesz i odeślą cię do domu, albo zginiesz. Jak cię odeślą toś przepadł, a jak zginiesz to masz dwa wyjścia: albo cię pochowają pod jedliną, albo pod brzeziną. Jak cię pochowają pod brzeziną toś przepadł, jak pod jedliną to masz dwa wyjścia: albo zgnijesz, albo pójdziesz do tartaku. Jak zgnijesz toś przepadł, jak pójdziesz do tartaku to masz dwa wyjścia. Albo pójdziesz na opał albo na papier. Jak pójdziesz na opał toś przepadł, a jak na papier to masz dwa wyjścia. Albo przerobią cię na zeszyty albo na papier toaletowy. Jak cię przerobią na zeszyty toś przepadł, a jak na papier toaletowy to masz dwa wyjścia. Albo cię powieszą w domu albo na dworcu. Jak w domu toś przepadł a jak na dworcu to masz dwa wyjścia. Albo cię powieszą w męskiej albo w damskiej. Jak w męskiej toś przepadł, a jak w damskiej to masz dwa wyjścia. Albo cię użyje stara albo młoda. Jak cię użyje stara toś przepadł a jak młoda to masz dwa wyjścia. Albo będzie ładna albo brzydka. Jak będzie brzydka toś przepadł, a jak ładna to masz dwa wyjścia. Albo cię użyje z tyłu albo z przodu. Jak cię użyje z tyłu toś przepadł, a jak z przodu to… tak jakbyś się ożenił.

Co to ma wspólnego z Ukrainą? Ano wszystko! Z każdym ruchem władzy czy opozycji jest jak z jasiową decyzją o ożenku lub pójściu do wojska. Przy czym jedno jest Rosją a drugie Unią. Czy ożenek to Rosja czy Unia? Pozostawię czytelnikom do wyboru. Co wybiorą Ukraińcy – to przepadli lub mają dwa wyjścia, a na końcu i tak wyjdzie to, co wyjdzie.

Wielu moich znajomych emocjonuje się Ukrainą i wydarzeniami tam rozgrywającymi się. Są po stronie Majdanu, są po stronie opozycji, przeciw Janukowyczowi, ale… dla nas, wychowanych na etosie „Solidarności”, wszystko zdaje się proste. Choć upływający czas pokazuje, że proste i jednoznaczne to wszystko przecież nie było. Tam na Ukrainie i teraz to wszystko nie jest takie proste. Życie tam nie jest tylko czarne i białe ze złym Janukowyczem i dobrą opozycją. Ukraina ma wszystkie możliwe odcienie politycznych barw. Ukraińcy w większości mają na pewno dość Janukowycza. Ostatnio mają go dość nawet ci, z republik prorosyjskich i tych, w których dominujący jest język rosyjski. Ale opozycjoniści nie mają też takiego poparcia, jakby się wydawało to zachodnim mediom. Wprawdzie zachód już chyba się zorientował, że Julia Tymoszenko ma jednak trochę brudu za paznokciem, ale nadal w głowie mu się to nie mieści, że ta opozycja nie jest równoznaczna z głosem narodu. Zresztą… żaden z opozycjonistów nie ma pełnego posłuchu. Przez ponad dwa miesiące trwania Majdanu nikt z nich nie porwał tłumu. Wynika to zapewne z nacjonalizmu jednych opozycjonistów i braku zdecydowania u drugich. Moskwa twierdzi, że Majdanem steruje zachód. Zachód twierdzi, że Majdanem steruje wschód, czyli właśnie Moskwa. A prawda jest pewnie bardziej dramatyczna. Ludzie nie wierzą ani władzy ani opozycji. Majdan steruje więc sam sobą. Albo może nawet dryfuje bez steru, jak rozbity okręt po oceanie. Jak ów Pi łódką z tygrysem bengalskim na pokładzie. Kto jest tym tygrysem?

Obrazek z twittera – zamieścił Oleg Savvin

Jak tłum poczuje krew jest nie do zahamowania. Tłum na majdanie już ją poczuł. I to z obu stron. Każda rewolucja rodzi bestie, które na zamieszkach starają się coś dla siebie ugrać. Albo nakraść się, albo zdobyć polityczny kapitał. Bestie są z reguły po obu stronach barykady – i rewolucji i władzy, która trzyma się stołka. Tak jest i w przypadku Ukrainy, a rozmowy z rodziną i znajomymi stamtąd zdają się to potwierdzać. Nasłuchaliśmy się zarówno o szalejącej władzy, jak i o biegającej ze swastykami opozycji. Wprawdzie wszyscy mówią oszczędnie, bo nie wiedzą czy nie są na podsłuchu, ale usłyszeliśmy o wysyłanych na Majdan bezdomnych, którzy za udział w rozruchach po stronie opozycji dostawali kasę i o opłacanych przez rząd bandytach, który też za kasę brali udział w walkach, ale po drugiej stronie barykady. Dziś dowiedzieliśmy się, że: Charków ma odcięte połączenia kolejowe. Zablokowane są też drogi wyjazdowe. Odcięte jest całe województwo, czyli jak mówią Ukraińcy „obłast”. Na ulicach nie ma milicji ani berkutu – tylko wojsko. Po czyjej jest stronie? Na razie nie wiadomo i być może wojsko jeszcze nie dostało rozkazu, kogo ma popierać. Do Użgorodu z kolei zjechali nacjonaliści ze Lwowa. Cóż… Użgorod ze względu na położenie geograficzne jest specyficzny – tu i Słowacy, i Węgrzy i Ukraińcy i Rusini żyją razem. To jedno z niewielu miejsc, gdzie mieszkańcy mogą mieć podwójne obywatelstwo, ale… węgierskie. Być może dlatego jest tu spokojniej. Niektórzy po prostu są już w Unii. Wisi im więc to, co dzieje się w kraju. Zapewne to chcą zmienić przyjezdni ze Lwowa. W Łucku podobno ukrzyżowano burmistrza. Przywiązano łańcuchami do krzyża, a on potem klęczał i błagał o wybaczenie tego, że … jest burmistrzem. Ukraińcom wydaje się, że każdy, kto jest przy władzy jest skorumpowany. Wynika to z rozmiarów korupcji i systemu, w którym ten naród znajdował się przez kilkadziesiąt lat. Zapewne więc powszechna korupcja jest prawdą. Ale… kto tam nie jest skorumpowany? Pisałam już o tym. Kim więc zastąpić skorumpowanych polityków?

Janukowycz już się boi. Boi się i oddać władzę i chyba coraz bardziej boi się ją zatrzymać. Są głosy, że Ukraińcy powinni zrobić z nim to, co kiedyś Rumuni zrobili z Nicolae Ceausescu. Ale wtedy zawsze istnieje niebezpieczeństwo, że zlikwidowany tyran stanie się męczennikiem, a na pierwszy plan może wysunąć się jego syn (także Wiktor), który nie ma na Ukrainie najlepszej opinii, a zdaniem wielu ma również na rękach krew. Tak więc jest to scenariusz fatalny. Są też głosy, że lidera opozycji powinna podsunąć Rosja. Jakby to u nas powiedzieli niektórzy „przynieść go w teczce”. Czy to się uda? Zdaniem wielu przecież tak działa polityka. Przewrotów dokonuje istniejąca władza zmieniając barwy. Czy w przypadku Ukrainy to możliwy scenariusz? Kto zostanie jej przyniesiony w teczce?

Jeśli obecni liderzy opozycji są sterowani przez zachód, to zachód robi to niezwykle nieudolnie, a to tylko dowodzi, że Ukrainy i w ogóle wschodu zupełnie nie rozumie. Z kolei Rosja nie będzie chciała wypuścić wpływów w Kijowie. Nie tylko ze względu na złoża naturalne, rurociąg biegnący pod ziemią, ale też fakt, że historia Rusi w Kijowie się zaczęła! Moskwa – jako Ruś – była dopiero później.

Bo „jaki kraj, taka opozycja”. A jednocześnie: „jaka rewolucja, tacy przywódcy”. Dlatego, w jakim kierunku to wszystko pójdzie – nie wiadomo. Jedno jest pewne. Żaden z kierunków nie będzie dobry. Ale to, co jest teraz – też dobre nie jest. Tak jak i to, co było – też nie było dobre. W szachach to się nazywa pat. A w życiu? Zapewne taki polityczny pat pod naszą szerokością geograficzną ma na imię Ukraina. Dla mnie i dla Ulubionego – niestety. Bo bliskich mamy właśnie tam.

PS Miałam nie zajmować się polityką, ale ta stara sprzedajna K. tak brutalnie wkroczyła w moje życie. I pomyśleć, że kiedyś w czasie olimpiady zawieszano broń.

Cło od audiobooka, czyli list na Białoruś

Gdy jakiś czas temu wystawiłam na aukcję Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy audiobook swojej książki „Tropiciele” i sugerowałam, że ktoś, kto wygra licytację, będzie mógł zdecydować, komu wysłać przesyłkę, Podałam pomysł, że można obdarować np. polskie szkoły na kresach. Czytelniczka, która wygrała licytację (152,50 PLN) zażyczyła sobie, bym książkę wysłała do Biblioteki w Rzeplinie. Ponieważ w tym samym czasie mój stały czytelnik Henry napisał do mnie, że jest za tym, by ufundować kilka moich audiobooków polskim szkołom na kresach i przysłał na to pieniądze, więc postanowiłam, że i audiobook do Rzeplina i audiobooki na kresy wyślę za jednym zamachem. Powstał oczywiście problem ile audiobooków pójdzie na kresy, bo nie wiadomo ile dokładnie kosztuje przesyłka, ale tym postanowiłam się nie martwić. Zakupiłam 10 kopert z bąbelkami, rozprułam 10 płyt, by wpisać dedykację i… zaczęły się schody! Wszystko dlatego, że jak to zwykle bywa, im dalej w las, tym więcej drzew. Oto nagle okazało się, że problemem nie jest wysłanie audiobooka, ale zdobycie namiarów na szkoły. Adresy do polskich szkół na kresach podane w sieci są dawno nieaktualne. Trochę pomogli mi czytelnicy. Kilku z nich podesłało namiary na zaprzyjaźnione szkoły. Wprawdzie trafił się też tzw. „hejter”, który napisał „Oni już tam mają Łukaszenkę. Trzeba im koniecznie dokładać więcej zmartwień w postaci twojego ‘audiobooka’?”, ale wszyscy już chyba wiedzą, że bez nienawiści w Polsce żyć się nie da. Sporo pomogła Wspólnota Polska podając kolejne namiary na polskie szkoły lub ludzi, którzy taką wiedzę posiadają. Ale mimo pomocy, te przysłowiowe schody zaczęły się robić coraz bardziej strome. Otóż… o ile z Litwą czy Ukrainą problemów nie ma, o tyle  z Białorusią są. Okazało się bowiem, że prawdopodobnie wysłanie audiobooka na Białoruś, będzie się wiązało z przejściem odprawy celnej! Cóż… to mnie tylko jeszcze bardziej „podkręciło” w chęci wysłania. Naprawdę bardzo chętnie przejdę odprawę i dowiem się, co zdecydują białoruscy celnicy. O czym oczywiście poinformuję czytelników, bo uważam, że nakładanie cła na list z jednym audiobookiem (a w jednej kopercie jest jeden audiobook) jest czymś niezwykle absurdalnym! We Wspólnocie Polskiej spytano mnie, czy nie można tego słać mailem, bo będzie prościej i bez komplikacji. Wyjaśniłam, że można, ale chodzi o to, żeby to było z okładką, autografem itd. I tak na biurku leży stosik audiobooków w niezaadresowanych kopertach. Czekam po prostu na odpowiedzi, zwłaszcza z Białorusi. Na jaki adres im słać? By nie komplikować sytuacji, na Białoruś pójdzie jeden audiobook. Reszta na Ukrainę, do Rosji i na Litwę. Ale o tym, jak to będzie, tzn. ile tych audiobooków będzie i jak dokładnie stanie się z cłem – dam znać. Najpierw dowiem się co z cłem. To może być już nie absurd, ale prawdziwa paranoja!

auto

Od „wziatki” do „wziatki”

Poszłam ostatnio na pewną debatę dotyczącą Unii Europejskiej. Oczywiście nie obeszło się bez rozmów o Ukrainie. Słuchając tego, co mówią rozmówcy, pomyślałam, że ktoś, kto nigdy tam nie był i nigdy nic nie załatwiał w urzędzie – nigdy tego kraju nie zrozumie.

Unia Europejska ma swoje standardy antykorupcyjne. Ukraina, czy nam się to podoba czy nie, a także czy jej się to podoba czy nie, jest w trudnej sytuacji. To kraj tak skorumpowany, że aby korupcję zwalczyć trzeba by chyba w więzieniu zamknąć chyba wszystkich ludzi. Korupcja nie zaczyna się u szczebli władzy, ale w nizinach. Wiem o tym naprawdę sporo i nie tylko dlatego, ze Ulubiony jest obywatelem Ukrainy. Przez lata sprzątała u mnie Sława – Ukrainka spod Lwowa. Jeden z jej synów był policjantem.

- Pani Małgosiu, ja musiała dać wziatku szoby win praciuwaw – mówiła i tłumaczyła, że on potem też musiał i cały czas musi brać „wziatki”, czyli łapówki, bo co miesiąc musi płacić za utrzymanie się na stanowisku zwykłego policjanta. Gdyby chciał nie brać, nie miałby z czego żyć, bo łapówki, które trzeba wręczać komendantowi za możliwość pracy w policji, przewyższają pensję policjanta. Cóż… Komendant musi też coś odpalić swojemu szefowi, on swojemu i tak idzie to dalej aż do ministerstwa, a potem władz najwyższych z Prezydentem na czele. Kiedy mi to opowiadała – nie bardzo wierzyłam aż… losy zagnały mnie na Ukrainę w sprawie innej niż turystyka. Opisywałam tu w swoim czasie, jak Ulubiony wyrabiał sobie nowy paszport. (Przez ambasadę Ukrainy paszport można zrobić, ale starego typu. A Ulubiony chciał biometryczny, ważny 10 lat. Taki można wyrobić tylko na Ukrainie.) Koszt dodatkowy, to 3 tysiące hrywien (1500 złotych), by paszport był gotowy w trzy dni, a nie w miesiąc. Na siedzenie tam miesiąc, nie mogliśmy sobie pozwolić. Ukraińcy muszą brać „wziatki”, bo sami co chwilę muszą je dawać. Ja uparłam się, że przejadę Ukrainę bez wręczania łapówek. Nie było to proste, ale… udało się. (Poza stoma hrywnami danymi pany, w którego stuknęłam, a któremu i tak nic się nie stało, bo jeździł  „pancerną” ładą.) Jednak policja zatrzymywała mnie co chwilę. Oczywiście z powodu samochodu, który był nie tylko na zagranicznych przecież numerach, ale na skutek tej drobnej stłuczki lekko uszkodzony. Oto więc znalazł się powód, by mnie zatrzymać. A nuż uda się wyłudzić pieniądze?

Najbardziej wryła mi się w pamięć rozmowa z pierwszymi policjantami, którzy zatrzymali nas niemal zaraz po stłuczce. Uszkodzenie samochodu polegało na zbiciu szybki jednego reflektora i lekkim wgnieceniu przedniej maski. Na rozmowę z zatrzymującym nas patrolem poszedł najpierw Ulubiony. Wrócił po pół godzinie i powiedział:

- Idź ty, bo ode mnie chcą półtora tysiąca hrywien łapówki.

Poszłam więc i zaczęłam z grubej rury.

- Ja „wziatkiw” ne daju.

Panów najpierw zatkało, a potem jeden przez drugiego zaczynają tłumaczyć, że mam stłuczone auto i to jest niezgodne z przepisami.

- No to proszę mandat – mówię. Ale oni mandatu wystawić nie chcą. To im się nie opłaca. Dopiero później, gdy w hotelu odwiedza nas przyjaciel Ulubionego – Nazar, który jest inżynierem w fabryce czołgów, zaczynam domyślać się, że podstaw do wręczania mi mandatu nie było. Dlaczego? Oto zapytany przez nas Nazar, czy to co stało się samochodowi, to coś poważnego (na Ukrainie Fiaty to rzadkość, a Seicento jest modelem zupełnie nieznanym i już wtedy czuliśmy, że naprawiać je będziemy już w Polsce) słyszymy, że to nic takiego. A wyglądem auta mamy się nie przejmować, bo, jak powiedział Nazar „tu ludzie jeżdżą bez… drzwi”!

Policjanci jednak nie chcą odpuścić. Nie pomagają próby wmówienia mi, że jestem przestępcą zaczynają, więc… grozić. Ja odpowiadam też groźbami. Wyciągam legitymację dziennikarską. Ponieważ jest w niej napisane cyrylicą, kim jestem z zawodu, więc… działa. Na policjantach robi to ogromne wrażenie. Dlatego teraz ja zaczynam z wysokiego C. Wmawiam, że jestem jedną z najbardziej znanych polskich dziennikarek, więc za moment trafią na pierwsze strony polskich gazet i portali informacyjnych. To skutkuje. Życzą mi szerokiej drogi. Do auta wracam po góra pięciu minutach. Ulubiony jest w szoku. Potem opowiada mi, jak wyglądała jego rozmowa z „krajanami”.

- Ty Zachar jesteś, tak? – pytał jeden. – Słuchaj Zachar. Nas tu trzech. Ty swój człowiek (ludyna), ty rozumiesz. Każdy z nas ma żonę (drużynu), dzieci… – I w ten sposób przez pół godziny próbowali namówić Ulubionego, by on namówił kierowcę do zapłacenia łapówki. Pod koniec błagali. Grozić nie mogli, bo za kierownicą nie siedział on – tylko ja, obywatelka Unii Europejskiej.

Potem sprawa powtarzała się kilkukrotnie. Ale rozmowy trwały krótko. Ulubiony miał zakaz odzywania się, by nie wyszło, że jest stąd. A moja legitymacja prasowa u zwykłych funkcjonariuszy budziła strach..

Najciekawiej jednak wyglądała sprawa z powrotem z Ukrainy, kiedy na moim rozbitym samochodzie próbowali zarobić niemal wszyscy celnicy na granicy ukraińsko słowackiej. Zanim jednak spakowaliśmy się itd., zobaczyłam, jak Ukraina, korupcja i prawo, a właściwie jego nieprzestrzeganie, wpływają na mieszkańców. Uległ temu nawet Ulubiony, który dał się ponieść ostrzeżeniom wujka, że samochodem z rozbitym reflektorem nie wypuszczą nas z Ukrainy. Pojechaliśmy więc najpierw do warsztatu poleconego przez szwagra. Mechanik, który robił audi, mercedesy, skody itd., na widok Seicento, które przecież budzi u nas uśmiech politowania, zaniemówił. On taki samochód widzi po raz pierwszy. Części nie zdobędzie i w ogóle nie podejmuje się tego robić. Wszyscy zaczęli biadolić, że tragedia! Że już nigdy nie wyjadę z Ukrainy. Wszyscy święcie wierzyli, że z powodu zbitej szybki reflektora zostanę tam na zawsze! Ta panika zaczęła się udzielać i mnie. Pewnie dlatego dałam się namówić na jazdę na pobliski posterunek. Miałam tam uzyskać w komisariacie zaświadczenie, że mój samochód nie brał udziału w wypadku. Tak poradził Ulubionego wujek, który jest sędzią. Kazał się na siebie powołać na komisariacie, bo komendant to jego znajomy, a tym samym zażądać zaprowadzenia do samego komendanta. Na komisariacie wyraz twarzy ludzi zmieniał się na sam dźwięk nazwiska wujka. Wszyscy zaczynali nerwowo biegać wokół budynku komisariatu, ale… komendant do mnie nie przychodził. Jak tłumaczyli – pojechał w teren. Ma być za moment, a oni próbują go ściągnąć. Ten moment zdawał się przedłużać w nieskończoność. Ja zaczęłam się niecierpliwić i… myśleć. A czemu ja mam brać jakieś zaświadczenie, że pojazd nie brał udziału w wypadku? Niech oni mi udowodnią, że brał! I tak podjęłam decyzję. Dzwonię do konsulatu we Lwowie. Tam dyżurny kazał zadzwonić do ambasadora dyżurnego i podał jego komórkę. Zadzwoniłam, przedstawiłam się. Opowiedziałam wszystko od A do Z. Ambasador dyżurny parsknął śmiechem, a potem westchnął ciężko.

- No taki to kraj! Ale jak auto jedzie, to nikt pani nie zatrzyma. Nie ma podstaw. Oni tu czyhają na naiwnych, by wyciągnąć kasę. Nic im nie dawać! Pani jedzie na granicę normalnie. Jakby były kłopoty to pani do mnie zadzwoni.

Następnego dnia na granicy w Użgorodzie przy moim autku zebrało się całe „konsylium” celników. Najpierw próbowali groźbą, że nie można wyjeżdżać, bo auto stłuczone. Gdy spytałam o podstawy prawne zamilkli i zmienili strategię. Oto dbają o mój interes. Nie chcą mnie wypuścić, bo… Słowacja mnie nie wpuści! W Unii takimi autami jeździć nie wolno. Ja im na to, że ja jestem z Unii i u nas, jak samochód działa i światła działają, to ja mogę jechać, bo jakoś auto muszę dowieźć do warsztatu. Kiedy dorzuciłam informację, że u nich auta się naprawić nie da, bo taka marka to rzadkość, a modelu nikt nie zna – stracili rezon. Zostały im tylko błagania o łapówkę. Ale ja na takie błagania, tak jak i na pokazówki, że oto dzwonią do jakiegoś ministerstwa, urzędu itd., (a tak robili) jestem głucha. Gdy już wiedziałam, że mnie wypuszczą, bo zadzwonił do mnie ambasador dyżurny i wesoło spytał, „jak tam?” postanowiłam teraz ja zabawić się kosztem celników. Oto gdy na koniec spytali, czy wiozę coś hurtowo odpowiedziałam:

- Da, no ja stydajus pokazaty.

Rzucili się na mnie, jak sępy. Co też wiozę w dużej liczbie i wstydzę się pokazać? Sięgnęłam po papierową torebkę, w której było 30 drewnianych długopisów. To stara huculska zabawka, jak się później okazało można ją kupić także w Polsce, w Zwierzyńcu n. Wieprzem. Wtedy jednak jeszcze o tym nie wiedziałam ani ja ani Ulubiony. Owa zabawka, to po prostu drewniana pałeczka, która może być oprawką długopisu. Drewniana obsadka może być albo mężczyzną albo kobietą. Jej ruchoma część skrywa… narządy płciowe. W przypadku babki, to nacięcie z naklejoną kupą czarnych kłaków. W przypadku dziadka, to po prostu sztywna pałka. Jest to zabawne z wielu powodów. Między innymi dlatego, że dziadek np. w mundurze milicjanta ma taką pałkę w… paski. Dziadkowie w ludowych strojach ukraińskich przeważnie mają na głowach kapelusz lub wymalowany osełedec. Babki są w chustkach. Wyjęłam jedną obsadkę długopisu. Taką, która przedstawiała babkę, bo w końcu wokół mnie sami faceci – celnicy. Poruszyłam ruchomą częścią pokazując babcine przyrodzenie i powiedziałam udając mocno zawstydzoną:

- Wołosata szczo? My u Polszczy takich ne majemo.

Celników zatkało. Potem zaczęli się śmiać, ale nie wiem czy ze mnie, czy z babcinego owłosionego przyrodzenia, czy raczej jednak z siebie i swojej naiwności, że do końca liczyli na „wziatkę”.

Słowacy, gdy zawitaliśmy już na słowacką stronę granicy, na uszkodzone auto w ogóle nie zwrócili uwagi. Nie padło nawet pytanie „co się stało?”.

I kiedy teraz tyle się mówi o Ukrainie, że ona do Europy. Kiedy zachodnie państwa wstawiają się za Julią Tymoszenko, to ja pytam: Naprawdę wierzycie w to, że niewinna? Że nie jest umoczona w żadną korupcję? Jeśli tak, to trzeba by ją ogłosić świętą za życia. Bo w końcu, jak ona się tam uchowała? Rada Europy jeszcze w 1999 roku ustalając Cywilnoprawną Konwencję o przeciwdziałaniu korupcji przyjęła dość szeroką definicję korupcji. Uznano za nią: żądanie, proponowanie, wręczanie lub przyjmowanie, bezpośrednio lub pośrednio łapówki lub jakiejkolwiek innej nienależnej korzyści lub jej obietnicy, która wypacza prawidłowe wykonywanie jakiegokolwiek obowiązku lub zachowanie wymagane od osoby otrzymującej łapówkę, nienależną korzyść lub jej obietnicę, przy czym łapówka może stanowić korzyść nie tylko dla odbiorcy, ale i dla innego podmiotu.” Jak żyć na Ukrainie nie dając łapówek? Jak ich nie brać, gdy po dawaniu łapówek w portfelu nie zostaje z pensji nawet hrywna? Przecież tam życie upływa nie tak, jak u nas: od pierwszego do pierwszego lub od weekendu do weekendu, ale od „wziatki” do „wziatki”.

Chwila i zmienia się wszystko

fot. twitter

Nikt nie chce uczyć się na cudzych błędach. Każdy woli popełniać własne. To jest ten absurd, który tkwi w każdym człowieku i jednocześnie moja sentencja, będąca po prostu refleksją z życia. Nie tylko mojego własnego i to z czasów, kiedy jako nastolatka nie słuchałam rodziców, bo „wiedziałam lepiej”. Dziś z perspektywy czasu widzę ile mieli racji. Ale ta myśl, że nie uczymy sięn a cudzych błędach dotyczy nie tylko sfery prywatnej. To także refleksja z obserwacji poczynań różnych polityków. Historia jest nauczycielką ludzi i narodów, ale… tylko w teorii. Bo politycy często są, jak ten nastolatek, który myśli, że zjadł wszystkie rozumy. I często to ich myślenie, nie ma nic wspólnego z politycznym stażem.

To, co dzieje się teraz na Ukrainie, śledzimy z Ulubionym właściwie cały czas. Oczywiście towarzyszy nam cała masa emocji. Przede wszystkim niepokój, ale i pewna zaduma. Zaduma głownie nad tym, czym w ogóle jest świat i jacy są ludzie. Nie chcę pisać tekstu politycznego, analizować sytuacji, w jakiej znalazła się Ukraina, bo nie chcę łamać swoich zasad obchodzenia polityki wielkim łukiem niczym gnojówki, ale… napiszę jedno. Ilekroć gdzieś w jakimś kraju dochodzi do rozruchów i przepychanek społeczeństwa z siłami porządkowymi tylekroć ja mam refleksje, ze politycy, którzy swoja polityką doprowadzają do tego, że lud wychodzi na ulicę, tak jakby byli ślepi i nie chcieli uczyć się na błędach innych, którzy też mieli takie sytuacje. Zresztą… czy moment, kiedy lud masowo i spontanicznie bez zapowiedzi wychodzi na ulicę nie oznacza, że naprawdę w danym kraju źle się dzieje?

Pamiętam święta Bożego Narodzenia w 1989 roku. Wraz z moim ówczesnym narzeczonym pojechaliśmy tuż po Wigilii do Krakowa do jego Ojca. Ojciec, profesor astronomii, nie miał w domu telewizora. Jako astronom wolał po prostu patrzeć w gwiazdy niż w pożerające czas pudełko. Radia jakoś też nie włączył, bo miał przecież gości, czyli nas… i tak… tuż po świętach wracaliśmy od niego do Warszawy nieświadomi kompletnie tego, co przez ostatnie dwa dni zdarzyło się na świecie. Świetnie pamiętam moment, kiedy wsiadaliśmy do pociągu, a tam… na siedzeniach leżało kupione przez kogoś i porzucone, bo przeczytane, wydanie specjalne jakiejś gazety codziennej. Nagłówek na pierwszej stronie brzmiał: „Jak rozstrzelano Ceausescu.”. Byliśmy w kompletnym szoku! Przecież kiedy przed dwoma dniami opuszczaliśmy Warszawę, to Nicolae Ceausescu żył! Tymczasem było już po fasadowym sądzie i spektakularnej egzekucji.

O ile jestem w stanie zrozumieć, że dzisiejsi politycy nie patrzą na historię sprzed tysięcy lat, kiedy padały dynastie, a co za tym idzie całe królestwa. O tyle nie rozumiem, czemu nie patrzą na historię nam współczesną. W końcu Ceausescu zakończył żywo niespełna ćwierć wieku temu. Wszyscy żyjący i niedawno obaleni przywódcy byli już wtedy na świecie i byli dorośli!!! A jednak! Nie patrzą! Nie patrzył na to ani Hussein, ani Kadafi, ani teraz Putin, Łukaszenka czy Janukowycz. A przecież dziś, w czasach internetu, o ile łatwiej zwołać ludzi w jakieś miejsce niż można było to zrobić kiedyś. Dziś wystarczy utworzyć wydarzenie na Facebooku i zaprosić znajomych. Potem już leci. Janukowyczowi aktywistki Femenu już leją na twarz. Co będzie dalej? Przecież czasem wystarczy jedna chwila i zmienia się wszystko.

Między nami Polakami, czyli tolerancja ze stosem

W piątek sejm nie przyjął kluczowej poprawki do uchwały upamiętniającej zbrodnię wołyńską. W uchwale Sejmu nie pojawi się więc sformułowanie „ludobójstwo” w miejsce określenia „czystka etnicznej o znamionach ludobójstwa”. Za poprawką było 212 posłów, przeciw – 222, a 3 wstrzymało się od głosu. Jest to dość ciekawe, bo równocześnie 148 deputowanych ukraińskiego parlamentu z partii komunistycznej i Partii Regionów zaapelowało w liście do marszałek Sejmu Ewy Kopacz o uznanie tragedii wołyńskiej za „ludobójstwo” popełnione na Polakach przez nacjonalistów z Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA). Tam na Ukrainie ich przeciwnicy polityczni uznali, że to element walki politycznej w Kijowie. Wszystko jest możliwe, ale ja nie chcę pisać o polityce. Chcę napisać znów o ludziach. O tym, jak Polak Polakowi…

Ulubiony jest obywatelem Ukrainy. Jego pradziadek Jan (ożeniony z Heleną z domu Król) miał wielkie połacie ziemi pod Stanisławowem (obecnie Iwano-Frankiwsk). W skład majątku wchodziła m.in. stajnia i stadnina koni na 150 rumaków. W czasie owego „ludobójstwa” lub, jak wolą nasi parlamentarzyści „czystek etnicznych o znamionach ludobójstwa” wymordowano mu synów (powieszenie, siekierą w łeb, kulka w łeb itd.). Przy życiu została tylko jedna córka, która po wojnie wyjechała na tak zwane „ziemie odzyskane” i zamieszkała w okolicach Zielonej Góry. Z synów ocalał tylko najmłodszy – 16-letni Jakub – dziadek Ulubionego. Jakieś dwa lata temu w księgach zabużańskich odebraliśmy dziadkowy akt urodzenia. Szczegółowo też notowaliśmy wszystkich braci dziadka Jakuba, którym nie dane było się ani ożenić ani rozmnożyć. Ulubiony niewiele wiedział o tym, co dokładnie się stało. Dziadek ukrywał przeszłość. Życie Polaków w ZSRR nie było bowiem usłane różami. Ci, którzy manifestowali swoją polskość rzadko zdobywali wykształcenie. Gdy w 2009 roku robiłam reportaż: „Kto ty jesteś” poznałam historię takich ludzi. Bez wykształcenia, z marnymi dochodami i bez perspektyw.

Dziadek Ulubionego liczył chyba na to, że władza sowiecka nie będzie wieczna. W przeciwieństwie do siostry Rozalii nie wyjechał spod Stanisławowa. Liczył, że wielka ziemia, kiedyś wróci w ręce rodziny. Ulubiony opowiadał, że gdy jako dziecko przyjeżdżał do dziadków, oprowadzali go po wsi i pokazując cudze pola opowiadali, że kiedyś to było ich. Gdy pytał, czemu już nie jest, dziadek wpadał w szał i oprócz wielu słów wykrzykiwał jedno, które brzmiało… „kurwa”, a dość szybko stało się (o ironio!) pierwszym polskim słowem Ulubionego.

Dziadek chciał, by dzieci były wykształcone. Stawiał na naukę i pracę. Polskie dokumenty zniszczył. Ocalała jedna fotografia jego ojca (Jana) w mundurze. „Na szczęście” dla rodziny nie widać było, co to za mundur. Ulubiony miał 16-lat, gdy zdecydował się, że chce mieszkać w Polsce. Jeszcze jako nastoletni chłopczyk pojechał z wycieczką do Łańcuta, który zrobił na nim ogromne wrażenie. Starania o wyjazd do Polski zajęły mu kolejne cztery. Przez ten czas skończył m.in. polską szkołę im. Józefa Tischnera, w której dogłębnie poznawał i polski język i polską kulturę. Dziś tu mieszka i ją tworzy… Piszę o tym, bo w piątek parlament uchwalił to, co uchwalił, a jednocześnie w ten sam dzień ja poszłam po raz kolejny na policję składać zeznania w sprawie… szykanowania Ulubionego z powodu pochodzenia. Bo tak to jest, że w kraju, w którym gęby mamy pełne frazesów, pieklimy się czy to na Wołyniu to było sformułowanie „ludobójstwo” czy „czystka etniczna o znamionach ludobójstwa” jednocześnie niemal każdego, kto stamtąd przyjechał obrzucamy błotem i traktujemy jak człowieka gorszej kategorii.

Od kiedy razem mieszkamy średnio raz w miesiącu sąsiadka wzywa na Ulubionego policję. Preteksty są różne, ale… w ostatecznym rozrachunku wychodzi, że przyczyną jest jego pochodzenie. Kilka razy groziła mu deportacją. Nie wiem, czy wierzyła, że uda się jej to osiągnąć, ale pewnego dnia przyjechała do nas policja w celu znalezienia nielegalnych emigrantów ze wschodu.

- Czy mieszka tu Misza? – Spytali Ulubionego, który zgodnie z prawdą odpowiedział, że żadnego Miszy w domu nie ma.
- A kto tu mieszka? – Indagowali przedstawiciele władzy.
- Ja z żoną i syn żony z pierwszego małżeństwa.
- A jacyś Ukraińcy?
- Ja jestem z Ukrainy, ale nie mam na imię Misza – odparł Ulubiony, wpuścił policję do mieszkania i pokazał dokumenty.
- A myśmy myśleli, że jak z Ukrainy to Misza – powiedział pan policjant, a pani policjantka po chwili krzyknęła zdumiona:
- Ale pan ma kartę stałego pobytu ważną do 2023 roku!
- A czemu mam mieć nieważną? Dokumenty są wydawane na dziesięć lat. Polskie dowody osobiste również.

Szybko oboje domyśliliśmy się, komu zawdzięczaliśmy wizytę stróżów prawa i szczegółowe analizowanie dokumentów. Oczywiście sąsiadce, która kilka dni później nie omieszkała powiedzieć, że dokumenty Ulubionego są na pewno fałszywe i zrobione przez przyjaciół ukraińskich bandytów.

Cóż… na porządku dziennym są wydobywające się z jej ust okrzyki: „Tu jest Polska! Proszę wracać do siebie!” I tak dalej… Gdy Ulubiony jest w ogrodzie i pojawia się tam sąsiadka, niemal każdy przechodzień informowany jest o pochodzeniu Ulubionego słowami: „To Ukrainiec jest”, a ostatnio, gdy podczas kolejnej „wizyty” Policji i kontroli dokumentów dowiedziała się, że Ulubiony urodził się w Moskwie, pojawiła się wersja: „To Rusek” lub bardziej poprawna politycznie „to Rosjanin”. Sąsiadka, która nie jest staruszką, ale osobą w moim wieku i na dodatek posiada trzy fakultety (w tym ukończone prawo!), pozostała głucha na moją uwagę, że miejsce zamieszkania nie świadczy o narodowości, bo gdyby tak było, to rodzący się w Warszawie Wietnamczycy byliby automatycznie Polakami.

Ukraina, jak niegdyś PRL, nie przewiduje w swoim prawie posiadania podwójnego obywatelstwa. Polska zaś pozwala pracować i żyć obywatelom innych państw. Stąd decyzja Ulubionego o życiu z takim a nie innym statusem. Znam wielu obywateli innych państw, którzy na tej samej zasadzie mieszkają w Polsce. Są to Anglicy, Słowacy, Czesi czy Węgrzy. A jednak to Ci, którzy są ze wschodu traktowani są w tak ksenofobiczny sposób. Dlatego codziennie myślę, że ta „nowa-stara” Ojczyzna nie jest łaskawa dla takich, jak Ulubiony. My jej mieszkańcy i obywatele nie jesteśmy łaskawi. My nie jesteśmy życzliwi. Mój najlepszy przyjaciel z dzieciństwa wykrzyczał mi w swoim czasie, że prawdziwy Polak nigdy nie wychodzi za mąż ani nie żeni się obcokrajowcem. Miało to dotyczyć nawet nie tyle mnie (choć mnie również), ile ojca Ulubionego, który ożenił się z Ukrainką. Gdy przypomniałam, że nasza koleżanka z klasy wyszła za Szwajcara – zamilkł. I pomyśleć, że teoretycznie dla katolików, jakimi podobno jesteśmy, (bo „kto Polak to Katolik”) miłość nie powinna mieć granic. To mój najlepszy przyjaciel wykrzyczał, że zdradziłam naród polski, a dziadek Ulubionego pewnie „spadł z wieżyczki strażniczej w Ostaszkowie”. Czyż nasza Ojczyzna, o której ciągle mówimy, ze przez lata była krajem bez stosów i krajem tolerancji religijnej nie powinna być nadal otwarta dla każdego, kto chce w niej mieszkać? Ostatnio wyczytałam w jednym z artykułów historycznych, że przed wojną 2% mieszkańców Polski wpisało w rubrykę narodowość „tutejsi”.  Kto z nas jest dziś tutejszy?

„Ludobójstwo” czy „czystka etniczna o znamionach ludobójstwa”? W chwili, gdy okazuje się, że tworzy się nowy podział na prawdziwych Polaków zwolenników sformułowania „ludobójstwo” i nieprawdziwych, czyli zwolenników sformułowania „czystka etniczna o znamionach ludobójstwa” chcę nieśmiało spytać gdzie jest miejsce dla potomków tych, którzy przeżyli owe „ludobójstwo” czy też „czystkę etniczną o znamionach ludobójstwa”? Z zachowania sąsiadki, ze słów mojego przyjaciela z dzieciństwa wnioskuję, że nie w Polsce. Bo Polska dla Polaków. A kto to jest Polak? No i czy nie może być ona też dla tych, którzy czują się „tutejsi”? Nie może znów być otwarta dla każdego, kto chce tu mieszkać? Nie może znów być tolerancyjnym państwem bez stosów?

PS Na zdjęciach pradziadek Jan i skan jednego z dokumentów z ksiąg zabużańskich.

PS 2. O ironio dziś Ulubiony gra swój monodram, który powstał w oparciu o patriotyczne listy mojego pradziadka do swojej żony… Listy pełne sformułowań:  „te dranie kacapy!”

Z jednego pnia, czyli ja, jako Kargul z Warszawy

Gdy przeciętny Polak ogląda trylogię Sylwestra Chęcińskiego z Kargulem i Pawlakiem śmieje się nie tylko z treści, ale też z języka bohaterów. O ileż razy śmiałam się z tych dialogów. Nigdy nie przypuszczałam, że sama dla kogoś mogę być kimś w rodzaju Kargula lub Pawlaka.

Obiecywałam kiedyś, że napiszę o swojej nauce ukraińskiego i chyba nadszedł ten moment. Za kilka dni mam kolejną lekcję i siedzę nad zadaniami domowymi. Uczyć zaczęłam się ze względu na Ulubionego. Uważam, ze jak się z kimś jest na zawsze, na dobre i na złe, to trzeba poznać kulturę w której wyrastał, a przede wszystkim język. Teoretycznie mogłabym z jego rodziną rozmawiać po rosyjsku, bo przez lata był to język urzędowy ZSRR do którego należała przecież Ukraina. Na dodatek teściowa, zwana przeze mnie z ukraińska Swiekruchą Natalką, skończyła m.in. filologię rosyjską. Ale przecież nauka języków rozwija. To, że po ukraińsku rozumiem to jedno. Trzeba jeszcze mówić. No i tu zaczęły się schody. Przez prawie 10 ostatnich lat sprzątały u mnie Ukrainki: Sława, jej siostra Swietłana i córka Halinka – przemiłe kobiety spod Lwowa. Na początku po polsku mówiła tylko Halinka. Ponieważ po rosyjsku rozmawiać nie chciały, więc… każdy mówił po swojemu. To byli prości ludzie, więc prowadziło się z nimi proste rozmowy. W pamięć wryły mi się urodziny Swietłany. Z niejakim Panem Włodkiem, niemówiącym po polsku nawet słowa, opowiadaliśmy sobie kawały. On po ukraińsku, ja… próbując po ichniemu. jakoś szło. On znał głównie kawały świńskie. Nie chciałam być dłużna. I tak doszliśmy do momentu, kiedy opowiedziałam mu kawał o Jasiu, a on mi o Iwanku. Ja opowiedziałam o tym, jak to Pani wezwała Ojca Jasia na rozmowę, bo Jasio strzelił na lekcji z torebki po cukrze i ona mało na zawał nie zeszła. Ojciec Jasia wysłuchał skargi, pokiwał głową ze zrozumieniem i machnąwszy ręką odparł: „Pani! To nic! Pani wie, co ten gnojek kiedyś zrobił? Ja spokojniutko dymam kózkę za stodółką, a ten, jak nie strzeli z wora po cemencie, to mi w rękach tylko rogi zostały!”. Na to Pan Włodek (po ukraińsku): To ja znam podobny (po ukraińsku „podibny”) o Iwanku. Pani wezwała ojca Iwanka, bo on namalował tak realistyczną muchę na ławce, że próbowała ją zabić i prawie wybiła palce. Ojciec („Batko”) Iwanka pokiwał głową („hołową”) i powiedział: „Pani! To jest nic! Pani wie, co ten Picasso kiedyś zrobił? Namalował na płocie tak realistyczną gołą babę, że drzazgi z chuja („chuja”, a jakże!) to przez tydzień wyciągałem.” Również wtedy usłyszałam toast, który jak mi oznajmiono jest najczęściej wznoszonym urodzinowym toastem na Ukrainie. (Napiszę po ukraińsku, bo moim zdaniem trudno nie zrozumieć.)

„Wypijmy za tu datu
Szo mama dała tatu
Szoby mama ne dała tatu
Ne byłoby tu datu”.

Trochę się zdziwiłam, że to jest typowe, bo takie trochę nieprzyzwoite, ale co kraj to obyczaj. Mniej więcej wtedy podczytałam, że ukraiński, polski i słowacki z czeskim są najbliższymi sobie językami słowiańskimi. Ukraiński z polskim mają 75% słów bardzo podobnych. („Podibnych”!) A co najciekawsze, jak napisze się ukraiński tekst alfabetem łacińskim to… wygląda podobnie do słowackiego.

Kiedy zaczęłam spotykać się z Ulubionym, a potem zamieszkaliśmy razem, moja wiedza na temat ukraińskiego była i spora (jak na Polkę) i nie duża (gdy porównam z tym, co wiem dziś). Miałam już na swoim koncie przeczytane kilka wierszy Szewczenki (Sława przywiozła mi z jednej z podróży do domu) w oryginale i zaczynałam czytać książkę dla dzieci. (To najlepsza metoda nauki – czytać.) Kilka książek nadesłał mi mój przyszły wydawca, z którym później, już dzięki pomocy Ulubionego, podpisałam umowę wydawniczą.

Gdy przed ślubem pojechaliśmy na Ukrainę połączyć poznanie teściów z odebraniem ukraińskiej wersji „Klasy pani Czajki” od wydawcy, postanowiłam spróbować mówić po ukraińsku.

Kolega z pracy, który urodził się w Kijowie, a ukończył na UW filologię rosyjską opowiedział mi rosyjski dowcip o języku ukraińskim:

„Kak budiet pa ukrainski ‚Izwienitie pożalujsta pawtaritie jeszczo raz’”?
„Szo szo”?

(Jak będzie po ukraińsku: „przepraszam bardzo, proszę powtórzyć raz jeszcze?”
„Co co?”)

Ulubiony zrywał boki ze śmiechu. Ja rozumiałam ten dowcip jednowarstwowo. Tak, jak go przetłumaczyłam. Nie miałam świadomości, że jest jeszcze sprawa akcentu i że jego najbardziej ubawiło „szo szo” w moim wykonaniu. Myślał wtedy jednak, że to z mojej strony żart. Prawda o „moim ukraińskim” przyszła później. Mam taką cechę (dla jednych pewnie to zaleta, dla innych wada – wszystko zależy, jak kto na to patrzy), że bez względu na to, jak znam jakiś język, to od razu staram się w nim mówić. Jadę na Słowację – dukam po słowacku. Najwyżej coś przekręcę. Jadę do Włoch – też dukam po włosku mieszając z łaciną i francuskimi słowami, ale… dogaduję się. Może dlatego, że na studiach musiałam czytać książki po włosku i wykładowców g. obchodziło, że włoskiego nie znam. Chętnie bym pojechała do Hiszpanii i zobaczyła jak tam sobie poradzę, ale… „lo siento”, na razie nie mam na to szans. Na Ukrainie mówiłam więc tak, jak nauczyłam się od Pana Włodka, Sławy, Swietłany i Halinki. Wprawdzie wszyscy mówili troszkę inaczej, ale kładłam to na karb, że może ze względu na mnie starają się mówić wyraźniej. Niby Ulubiony początkowo stawiał trochę oczy w słup, ale wydawało mi się, że robi tak dlatego, że w domu przecież gadamy po polsku i on właściwie pierwszy raz słyszy mnie w akcji, jak gadam po ukraińsku. Swiekrucha Natalia czasem miałam wrażenie, że ma z kolei oczy, jak spodki, a nawet jak młyńskie koła, ale nic nie mówiła. Czasem przechodziłyśmy na rosyjski i jakoś się dogadywałam. Teść w ogóle zachwycony mną, a zwłaszcza tym, że spokojnie kończę za niego zdania. Polski przodek Ulubionego ze względu na przebyty wylew bardzo słabo mówi. Często trzeba się domyślać. Ja się domyślałam i kończyłam za niego zdania. Najdziwniejszą minę miał Ulubionego przyjaciel z dzieciństwa, niejaki Nazar. Myślałam jednak, że ponieważ to pan inżynier (specjalista w jakiejś wielkiej fabryce części do czołgów), a ja humanistka, więc może to wynika z tego zetknięcia się umysłu ścisłego z humanistycznym? Czułam jednak jakiś dyskomfort. Zwłaszcza, gdy opowiadałam kawały, bo nie byłabym sobą, gdybym nie opowiadała kawałów. Coś czasem wszyscy aż za bardzo się śmiali. No śmieszne to wszystko, ale żeby aż tak? Dlatego stwierdziłam, że po powrocie z Ukrainy zapisuję się na ukraiński. Przez internet znalazłam nauczycielkę i tak doszło do pierwszej lekcji. Polegała na tym, że miałam po ukraińsku opowiedzieć coś o sobie, by pani (Polka urodzona na Ukrainie) zorientowała się na jakim jestem poziomie. No to zaczęłam opowiadać. Gadule takiej, jak ja, jest wszystko jedno w jakim języku gada, byleby gadała. I tak jak otworzyłam jadaczkę, to byłam nie do zatrzymania. Pani na początku próbowała mnie poprawiać, ale… szybko przestała i zaczęła coś sobie notować. Jak się później („piznisze”) okazało – moje błędy. A potem powiedziała:

- Takiego surżyka to w życiu nie słyszałam! I ja nie wiem co tu z tym zrobić. Bo pani mówi, ale ja nie wiem jak to naprawić. Zwłaszcza ten akcent, jak… – i tu utknęła próbując znaleźć odpowiednie słowo, a jednocześnie mnie nie urazić.

Wtedy po raz pierwszy dowiedziałam się, że mowa, którą się posługuję myśląc, że jest językiem ukraińskim jest… mieszaniną słów ukraińskich i rosyjskich zachwaszczonych polskimi. A co najgorsze ten akcent. Podobno jak z zapadłej ukraińskiej wsi. „Szo szo” w moim wykonaniu było odpowiednikiem polszczyzny Kargula i Pawlaka. Dopiero teraz zrozumiałam spojrzenie Nazara, wytrzeszczone oczy Ulubionego i niektóre miny Swiekruchy Natalii. Cóż… moje wzory mowy ukraińskiej, czyli Sława, Swietłana, Halinka i Pan Włodek byli najpewniej właśnie z takiej zapadłej ukraińskiej wsi. Przypomniałam sobie wielkie zdziwienie, jak prosiłam, by przywieźli mi Kobziarza Szewczenki. Sława cztery razy się upewniała, czy na pewno ją o to proszę, czy to żart. „A ne horyłku”? – pytała wtedy. Teraz zrobiło mi się głupio. W rodzinie Ulubionego nikt mi nie powiedział, że gadam zachwaszczonym surżykiem. Pani Profesorowej, czyli babci Helence nawet powieka nie drgnęła, gdy przyszła wnukowa na eleganckim podwieczorku z kawą zaciągała, niczym Bronka z „Daleko od szosy”.

Ulubiony, ten mój żal spowodowany tym, że nie zwrócił mi uwagi na to jak mówię, skwitował stwierdzeniem: „ale to było urocze.” Ładne mi urocze. Język, jak z „Konopielki”. Gdy to sobie uświadomiłam rozpoczęłam walkę z dziesięcioletnimi nawykami językowymi. Walkę o czystsze mówienie po ukraińsku. Na szczęście miałam już kupiony „pidrucznik ukrainskoj mowy”. Teraz trzeba było odrabiać lekcje, by to wszystko uporządkować. Gdy po ślubie pojechaliśmy na Ukrainę Swiekrucha Natalia przyznała, że zrobiłam ogromne postępy. Spytałam, czemu mnie nie poprawiała wtedy, czemu wszyscy tolerowali te moje wsiowe gadanie, odparła, że dla niej najważniejsze było, że rozmawiamy i to co mówię, a nie jak to mówię.

Od czasu pierwszej lekcji zdążyłam już przeczytać nie tylko książkę dla dzieci, ale „Martina Borulę” – XIX-wieczną komedię Iwana Karpenki-Karego. Ulubiony skończył Akademię jego imienia, więc chciałam wiedzieć co napisał facet, który jest patronem ukraińskiej teatralki – jego dzieł nigdy nie przetłumaczono na polski. Na podstawie tej komedii twórczość Karpenki-Karego określiłabym mieszaniną Moliera z Fredrą i Zapolską. Teraz, dzięki tabletowi, czytam też ukraińskie portale informacyjne i właściwe ten język ma dla mnie coraz mniej tajemnic. Co jest natomiast niezwykle ciekawego. Z podobieństwa obu języków wynika czasem masa dziwnych, a przede wszystkim zabawnych sytuacji. Pewnego dnia zadzwoniła Swiekrucha Natalia. Miałam zapalenie gardła, więc gadałyśmy o sposobach walki z przeziębieniem, a zwłaszcza z infekcją gardła. Swiekrucha Natalia, jak przystało na profesorską córkę i osobę wykształconą polecała mi różne lekarstwa mówiąc, że może w Unii też jest taki medykament. Ja jej na to, że nie lubię lekarstw i wolę domowe sposoby. Ponieważ Swiekrucha Natalia w domowych sposobach też jest dobra więc… poradziła na gardło obwinąć szyję szmatką namoczoną w czymś co określiła: „uksus” Ponieważ rozmawiałyśmy po ukraińsku, a to brzmiało, jak rosyjskie słowo oznaczające „ocet”, więc zaczęłam dostawać schizofrenii i spytałam:

- A to „uksus” po ukraińsku nie jest „ocet”?

Swiekrucha Natalia zamilkła na chwilę i odparła:

- No ocet. A po polsku jak?

- No ocet – odpowiedziałam.

A ponieważ po ukraińsku cebula to „cebula”, a nie jak w rosyjskim „ług”, a kartofle „kartople”, są też „fasola”, „kapusta” i inne, więc umówiłyśmy się, że będzie mi jednak mówiła te słowa po ukraińsku, bo jeśli idzie o warzywa i owoce to w ponad 90% są to takie same słowa. Jak nie będę rozumiała to powiem.

Nauczycielka ukraińskiego ostro walczy z rusycyzmami w moim ukraińskim, więc staram się pilnować. Żadnego janwarja – siczeń. Fiewralja też nie ma. Tylko ljuty.

Z ukraińskim jest jeszcze jedna zabawna sprawa. Pani Profesorowa, czyli Babcia Helenka, całe życie mieszkała na Zakarpaciu (do rodziny należały połacie ziemi między Swalawą i Mukaczewem. Przed wojną były to Węgry i mieszkało tam sporo ludności słowackiej). Gdy pierwszy raz ją poznałam słuchałam jej mowy, jak urzeczona. Oto kobieta mówi po ukraińsku, ale… ze słowackim akcentem. (Na Słowacji byłam wielokrotnie, więc wiem o czym mówię i co słyszę.) Niby teoretycznie to ukraiński, ale… brzmi, jak słowacki. Swiekrucha Natalia widząc moją minę próbowała mi tłumaczyć co Babcia Helenka mówi, ale uspokajałam, że rozumiem tylko po prostu jestem zdziwiona tym akcentem. Wzruszyła ramionami. Dla niej norma. Powiedziałam Ulubionemu o słowackim akcencie babci. Też wzruszył ramionami. Ulubiony, choć rodzice mieszkają na granicy ukraińsko-słowackiej, jakoś nigdy nie był na Słowacji. W czasie podroży poślubnej pojechaliśmy jednak do Besenowej. W Liptowskim Mikulaszu poszliśmy na obiad. Gdy przyszła kelnerka i zaczęła zbierać od nas zamówienie Ulubiony dosłownie wytrzeszczył oczy. Potem powiedział, że połowa wyrazów to jakby ze słownika Babci Helenki i na dodatek wymawiana tak, jak robi to babcia. Niby po słowacku, ale… jak ukraińska babcia. Dopiero wtedy zrozumiał te moje wytrzeszczone oczy.

Gdy pewnego dnia odwiedzał nas zwany przeze mnie Szwagroszczakiem brat Ulubionego, przekonałam się, że ten jeden pień języka ukraińskiego, polskiego oraz słowackiego i czeskiego to jest coś naprawdę niesamowitego. Ze Szwagroszczakiem jest tak, że jak widzimy się na Ukrainie to rozmawiamy po ukraińsku, ale gdy on jest w Polsce to rozmawiamy po polsku. Ponieważ rzecz działa się w Warszawie, więc rozmawialiśmy po polsku. Wróciliśmy ze spaceru po Starówce i spytałam, czy chce już obiad. Szwagroszczak z rozbrajającą szczerością odpowiedział, że on by zjadł i to RYCHŁO, bo jest strasznie głodny.
Zamurowało mnie! Rychło to szybko po słowacku i czesku. Po polsku to raczej staropolszczyzna, która istnieje chyba tylko w związku frazeologicznym „rychło w czas”. Powiedziałam mu o tym, a on na to po chwili milczenia:

- No tak… Dwa lata w Brnie zrobiły swoje. Już mi się wszystko myli.

No bo tak to jest, ze Szwagroszczak, który teraz w Polsce się doktoryzuje z jakichś przerażających informatycznych dziwadeł, wcześniej mieszkał w Czechach. Dlatego z języków słowiańskich oprócz ukraińskiego, rosyjskiego i polskiego zna także czeski. Ten to dopiero ma w głowie mętlik!

Ulubiony po polsku mówi prawie bez akcentu. Zdarza się, że dopiero po bardzo długiej rozmowie ktoś zaczyna się pytać skąd jest, ale przeważnie do głowy mu nie przychodzi, że dla Ulubionego polski nie jest tym „pierwszym” językiem.

Napisałam to wszystko, bo dziś, gdy spóźniałam się w jedno miejsce przypomniała mi się pewna opowieść Halinki, która kiedyś wywołała u mnie atak śmiechu. Otóż jedna z pań, u której Halinka sprzątała, oskarżyła ją o mówienie brzydkich słów przy dziecku. Zdaniem tej pani, Halinka miała przy ośmio- czy dziewięciolatku krzyknąć na cały regulator bardzo brzydki, obraźliwy i plugawy wyraz, którego miejsce jest na płocie, a nie przy uchu dziecka. Halinka zarzekała się, że jak sprząta to milczy i nic nie mówi, a już na pewno nie takie brzydkie słowo. Po chwili jednak coś sobie przypomniała. Oto w czasie odkurzania zadzwonił jej telefon. Odebrała. Po drugiej stronie słuchawki była Sława. Pytała ją o której wróci. Halinka, stwierdziwszy, że ma jeszcze dużo pracy odpowiedziała po ukraińsku krotko. Jednym tylko słowem:

- Pizno.

To było to brzydkie słowo. Jednak, że zostało odebrane wbrew swemu znaczeniu Halinka zrozumiała później (po ukraińsku „piznisze”).

Aha. Słynny toast o „piciu za tę datę”, który podobno jest niemal narodowym toastem, Swiekrucha Natalia po raz pierwszy usłyszała… ode mnie. Skwitowała jednym zdaniem: „Ja się nie dziwię, że na zachodzie mają nas za nieokrzesanych chamów, jak ludzie taki folklor do Unii przywożą.” Cóż… to trochę tak, jakby ktoś na zachód wywiózł taką wersję „niech mu gwiazdka”:

„A kto zdrowia nie wypije taki jest niewdzięczny
będzie wzwód miał raz do roku w dodatku wewnętrzny,”

I pomyśleć, że ja z tej Unii, dumna, że znam trochę ukraiński, przywiozłam na Ukrainę „Szo szo” z takim akcentem, że do dziś, jak sobie sienie przypomnę to się z siebie śmieję. Normalnie Kargul z Warszawy!

PS Podejrzewam, że Polacy jeżdżący do pracy fizycznej na zachód też tak się prezentowali jak moje Ukrainki. No bo to, czego nauczyli po polsku różnych obcokrajowców, możemy znaleźć w sieci.