Archiwa tagu: urzędnicy

Wyższa kultura bankowości?

„Dobry zwyczaj – nie pożyczaj” to stare porzekadło, ale jednak w chwilach kryzysowych pożyczamy. Różne rzeczy! I ja coś od znajomych i oni coś ode mnie. I o ile pożyczony garnek, nawet jak się go spaliło i nie można odkupić identycznego, zawsze jakoś można zrekompensować, o tyle długi finansowe, zwłaszcza bankowe to istny horror. Z sześciu kredytów, które miałam w swoim czasie (przyczyny przemilczę, ale jak to mówi inne porzekadło: „kto ma miękkie serce, musi mieć twardy tyłek”) został mi jeden. Uciążliwy, ale na szczęście już tylko do stycznia. Kredyty ma większość moich znajomych. Gdy czasem rozmawiamy o tym, zawsze dyskusja zejdzie na… „wyższą kulturę bankowości”. Nikt z nas nie może się nadziwić, że też banki, a raczej ich pracownicy, traktują nas – kredytobiorców, jak za przeproszeniem „śmierdzące gówno!” Przecież to właśnie z płaconych przez nas odsetek od tych kredytów wszyscy się utrzymują! Paradoksalnie tym więcej banki zarabiają, im bardziej się spóźniamy, bo za każdy monit bank sobie liczy ok. 30 złotych, a i za zwłokę nalicza odsetki. I to dzięki tym procentom, płatnym monitom i karnym odsetkom za zwłokę banki otwierają nowe siedziby, zatrudniają ludzi, płacą miliony gwiazdom za reklamy, w których paradoksalnie zachęcają do wzięcia tych kredytów. Ale niech tylko kredytobiorca ma jakikolwiek kłopot – zaczynają się telefony, które są w stanie najspokojniejszego człowieka przyprawić o palpitacje serca.

Od mojego „rozwodu” z siecią Era, kiedy prosząc o renegocjację umowy, bo mam gorszą sytuacje finansową, usłyszałam, że trzeba było brać pod uwagę wszystkie za i przeciw, kiedy zawierałam tę umowę, właściwie uodporniłam się na rozmowy z ludźmi, którzy próbują wmówić, że kiepska sytuacja finansowa, to moja zła wola, a przede wszystkim niedojrzałość. Tekst, że jeżeli „mam się za dorosłego człowieka, to powinnam była zawierając umowę myśleć, że stracę kontrahentów”, wypowiedziany przez jakiegoś, sądząc z głosu i zachowania, smarkacza, zapamiętam do końca życia. Czy naprawdę ludziom z banku wydaje się, że kredytobiorcy biorą kredyty i nie spłacają ich w terminie, bo mają taki kaprys? Czy pracujący w bankach na umowy o pracę są po prostu jacyś ślepi? Czy naprawdę nie wiedzą, że połowa Polski jest na umowach śmieciowych? Że ludzie pracują bez etatów, bez ZUS? Że mają nieregularne dochody? Że dostają pracę i bywa, że po dwóch miesiącach ją tracą? I nie dlatego, że źle pracowali, ale pracodawcy bardziej się opłaca zmieniać pracowników niż trzymać kogoś na stałe. Ileż to ja na przestrzeni ostatnich dziesięciu lat napisałam tekstów za darmo do tzw. startujących gazet, portali etc., które miały mi zapłacić, jak już „ruszą z kopyta”. Nie zapłaciły nigdy, choć niektóre wystartowały. Inne do dziś są na starcie. Teksty jednak opublikowały. Nie chce mi się pozywać o niezapłacone 100, 300 czy nawet 500 złotych. Wychodzę z założenia, że i tak to do ludzi wróci. W takiej, czy innej formie.

Raz pani w banku mi powiedziała, że przecież, jak brałam kredyt, to miałam dochody regularne. Zapomniała biedna, że nie było to miesiąc temu, a ładnych parę lat wstecz. Przez te lata w moim życiu naprawdę sporo się zmieniło. A co dopiero w życiu innych ludzi? Codziennie czytam o tracących pracę i zostających z kredytami mieszkaniowymi, komornikiem, widmem eksmisji. Krzysztof Krauze nakręcił o tym „Plac Zbawiciela”. Nie obejrzałam. Boję się tego filmu. Za dużo takich historii wokół mnie. I tylko urzędnicy bankowi zdają się zapominać, ze po drugiej stronie jest człowiek. Wiem, że muszą być twardzi, ale niektóre komentarze lub „dobre rady” naprawdę mogliby sobie darować.

- Dlaczego nie płaci pani w terminie? Czy pani nie wie, że termin jest entego? Proszę sobie to zapisać i przykleić na biurku! – Grzmiała raz pani z banku.
- Świetnie wiem, że termin jest entego – odparłam. – Ale co mam zrobić, kiedy pracodawca mi nie przelał?
- Pójść do niego i powiedzieć, że to nieuczciwe.
- Myśli pani, że to pomoże?
Cisza.

Bywało, że gdy zalegałam z ratą (zawsze dlatego, że i mnie zalegano z płatnościami) i bank pytał, kiedy zamierzam zapłacić, odpowiadałam, że wtedy kiedy i mnie zapłacą. Świetna była rozmowa z pewną konsultantką, która poradziła, abym zadzwoniła do tego, kto spóźnia się z płatnościami i powiedziała, że jak nie zapłaci w terminie, to już nic więcej dla niego nie zrobię.
- Świetna rada, proszę pani – odparłam. – Gdyby jeszcze zechciała mi pani powiedzieć, co mam mu rzec w razie, gdyby na takie dictum odparł: „To nie. Na pani miejsce jest setka innych dziennikarzy”.
Konsultantkę przytkało.

Inna poradziła:

- Skoro termin płatności ma pani entego, a wpływ dwa dni później, to może niech pani na te dwa dni pożyczy od kogoś?
- To może ja u tego kogoś w ogóle kredyt wezmę? Jakby pani jeszcze podała jego nazwisko.
Znów cisza.

Ostatnio zdarzyła mi się rozmowa, po której nie wiedziałam, czy śmiać się, czy płakać. Od jednej redakcji dostaję przelewy, co środę, ale… teoretycznie. Zdarza się bowiem tak, że redakcyjna księgowa pójdzie na urlop i…. nie ma kto podpisać dokumentów. Wszystko wtedy przechodzi na następną środę. Tak było i ostatnio, a ja znów nie zapłaciłam w terminie raty. Przekonana, że w środe będą pieniądze wybrałam zapłacenie rachunków. Zostałam ze stówą w portfelu. Oczywiście zadzwoniła pani z banku. Powiedziałam jej, że wpłacę najpóźniej w najbliższą środę i rozmowę skończyłyśmy. Środa nadeszła. Forsy jednak nie wpłynęło mi tyle, ile się spodziewałam, ale mniej. Na ratę starczy – gorzej z resztą. Rachunków nie popłacę już żadnych, a i na żarcie na tydzień trochę mało. O benzynie mogę zapomnieć. Dzwonię więc do banku spytać, ile minimalnie mam wpłacić, bo z reguły płacę z zaokrągleniem. Pani, która odebrała przedstawiła się… moim nazwiskiem. To mnie ubawiło, więc w dobrym humorze, radośnie powiedziałam: „witam kuzynkę”, choć kobiety nie znam. „Kuzynka” jednak nie miała tego luzu. Była oschła i nieprzyjemna. Po odebraniu danych rozpoczęła zimny wywód, że trzeba płacić w terminie. Odpowiedziałam, że wiem i właśnie siedzę przy komputerze i chcę wiedzieć, ile dokładnie wynosi kwota raty na dziś, bo zawsze nadpłacam… i prosiłabym, by skoro ma zły humor podała mi tę kwotę i kończymy rozmowę. „Kuzynka” podała kwotę, ku mej radości mniejszą o 90 złotych, ale nie zakończyła rozmowy. Postanowiła po raz kolejny pouczyć mnie, kiedy mam termin płatności, powiedzieć o znaczeniu tej terminowości spłat, odsetkach, karach, wpisywaniu do BIK itd. A ja pomyślałam, że gdyby to jeszcze ona do mnie zadzwoniła, to bym rozumiała ten niemiły ton i te pouczenia. Ale tym razem, to ja byłam dzwoniącą i na dodatek chciałam zapłacić! A tu – znowu sprowadzono mnie do roli gówna. Pożegnałam ją słowami: „Do widzenia KUZYNKO”, akcentując ostatnie słowo, by miała świadomość, że zapamiętałam jej nazwisko.

Kiedyś odkryłam, że w momentach, w których to bank do nas dzwoni i straszy, rewelacyjną metodą pozwalającą uzyskać godne traktowanie przez bankowca jest powiedzenie po jego tekście „uprzedzam, że rozmowa jest nagrywana” – „Przeze mnie też”. Bo tak się jakoś składa, że aparat komórkowy, który teraz mam, sam nagrywa ostatnich dziesięć rozmów. Niezapisane w pamięci telefonu po kolei znikają wypierane przez te nowe rozmowy. I nie wiem, czy nie warto po każdej takiej gadce z niemiłym bankowcem zapisywać to, jako plik, a potem słać przełożonym. Niech zobaczą w praktyce, jak wygląda ta ich „wyższa kultura bankowości”. W końcu, jak wiadomo, rozmowy, które nagrywa bank odtwarzane są losowo. A i podobno nie zawsze są wbrew zapowiedziom nagrywane. Tekst o ich nagrywaniu jest tylko straszakiem, mającym na celu zdyscyplinowanie konsumenta, by nie ubliżał. Szkoda, że nie dyscyplinuje on pracownika. I jeszcze żebym była dla nich niemiła czy chamska…

Sąd o spotkanie autorskie

Była jesień, gdy dostałam pocztą zawiadomienie, że Sąd Okręgowy w Olsztynie IV Wydział Pracy i Ubezpieczeń Społecznych prowadzi sprawę z oskarżenia Zakładu Ubezpieczeń Społecznych w Olsztynie przeciwko Wojewódzkiej Bibliotece Publicznej w Olsztynie o to, że ta rzekomo popełniła przestępstwo nie zapłaciwszy za mnie ubezpieczenia społecznego za spotkanie autorskie, które tamże miałam. Najpierw była to tylko informacja, więc się tym nie przejęłam. List był do mojej wiadomości. Wydało mi się to wszystko idiotyzmem, ale… czy mało to ich w naszym kraju? Tak więc przyjęłam informację do wiadomości i list schowałam. Potem… przyszedł drugi list z informacją, że Biblioteka się odwołała od decyzji sądu, który ku memu zdumieniu przyznał rację ZUS-owi. Potem przyszło pismo, że mam złożyć zeznania. Pismo przyszło w momencie najgorszym, bo na przełomie listopada i grudnia, kiedy wpadłam w wir nowych obowiązków, jakimi jest m.in. co jakiś czas wydawanie porannego programu „Dzień Dobry Warszawo”. Dlatego o liście zapomniałam. W ostatni piątek przyszedł nowy. Treści takiej:

„Sąd Okręgowy w Olsztynie IV Wydział Pracy i Ubezpieczeń Społecznych w sprawie z odwołania Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej im. E. Sukert-Biedrawiny w Olsztynie przeciwko Zakładowi Ubezpieczeń Społecznych Oddział w Olsztynie o ustalenie niepodlegania obowiązkowym ubezpieczeniom społecznym, ponownie zwraca się z prośbą o zajęcie w terminie 14 dni stanowiska w sprawie odwołania Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej w Olsztynie od decyzji organu rentowego z dnia (…) stwierdzającej, że w okresie od dnia (…) do dnia (…) podlegała obowiązkowym ubezpieczeniom społecznym z tytułu wykonywania umowy zlecenia z dnia (…), przedmiotem której było przygotowanie i przeprowadzenie spotkania autorskiego z czytelnikami w Miejskiej bibliotece publicznej w Działdowie w dniu. (…) z użyciem własnych tekstów, w ramach projektu Dyskusyjne Kluby Książki realizowanego we współpracy z Instytutem Książki. W szczególności do wskazania: tematyki, zakresu i harmonogramu spotkania z dnia (…) z podaniem godzin i czasu jego trwania, jakie czynności podejmowała Pani w ramach przygotowania i przeprowadzenia wskazanego spotkania autorskiego; czy na tym spotkaniu przedstawiała Pani materiały dotyczące swojej twórczości czy innych autorów, a jeżeli tak – to jakich; czy w ramach zawartej umowy sporządzała pani własne teksty, wykazy, slajdy, recenzje, opinie itp., czy stworzone na potrzeby przedmiotowego spotkania autorskiego materiały miały charakter wykładu na konkretny temat, traktującego o jednym konkretnym zagadnieniu mającym na celu dokładne i szczegółowe przedstawienie określonej problematyki np. konkretnej książki; jaki charakter miał rezultat tego spotkania.

Jednocześnie sąd informuje, iż brak odpowiedzi może skutkować koniecznością osobistego stawiennictwa w Sądzie na rozprawie.

Przyznam, że diabli mnie wzięli. Nie lubię urzędniczej głupoty. A tu moim zdaniem własnie z czymś takim mam do czynienia. Siadłam więc i napisałam odpowiedź:

W nawiązaniu do pisma z 30 grudnia 2013 wyjaśniam co następuje.

Spotkanie w dn. 17 maja 2011 w bibliotece szkolnej w Działdowie odbyło się o g. 12:45. Tak wynika z moich zapisków w kalendarzu oraz faktu, że w tym dniu o g. 9:30 byłam na takim samym spotkaniu w Lidzbarku Welskim. Załączam druk zdjęć i z Działdowa i z Lidzbarka. Resztę mogą Państwo znaleźć na mojej stronie
http://piekarska.com.pl
w zakładce spotkania / było minęło, szukając odpowiedniej daty.

Każde spotkanie ze mną trwa ok. 2 godzin lekcyjnych i kończy się odpowiedziami na pytania. Ile trwała druga część, czyli ile odpowiadałam na pytania na tym konkretnym spotkaniu – nie pamiętam. Mam sporo spotkań autorskich i wszystkie zlewają mi się w jedno.

Każde spotkanie autorskie dotyczy moich własnych książek lub działalności dziennikarskiej. Jestem autorką sześciu publikacji książkowych i kilku tysięcy artykułów prasowych.  Moje książki to m.in. będąca w lekturze „Klasa pani Czajki”. Na spotkania przyjeżdżam z własnym laptopem i pokazuję prezentacje przygotowane przeze mnie, a dotyczące mojej twórczości pisarskiej. Opowiadam o swoich książkach i warsztacie pisarza oraz odpowiadam na pytania czytelników. Ewentualnie są to spotkania dotyczące twórczości dziennikarskiej, a wtedy opowiadam o swoich reportażach itd. Każde spotkanie na bieżąco dostosowuję do sytuacji na sali oraz atmosfery, jaka towarzyszy spotkaniu.

Podczas spotkań pisarskich zaczynam z reguły od ogólnej prezentacji pokazującej mój dorobek. Potem mam prezentacje dotyczące poszczególnych publikacji. Na tym spotkaniu na pewno prezentowałam fragmenty powieści „LO-teria”, czyli drugiej części „Klasy pani Czajki”, a także prezentacje dotyczącą tej książki, gdyż było to spotkanie w ramach organizowanej mi przez agentkę czegoś w rodzaju tzw. trasy promocyjnej książki, która do rąk czytelników trafiła na przełomie sierpnia i września roku 2010.

Prezentację mam przygotowane dawno. Każdą przygotowuję po ukazaniu się kolejnej książki i przygotowywana jest ona zawczasu z myślą o ewentualnych spotkaniach autorskich. (Prezentacja dotycząca „LO-terii” powstała więc w wakacje 2010 roku.) Bym, gdy nadejdzie czas – nie musiała specjalnie się przygotowywać. Co jakiś czas, coś w tych prezentacjach zmieniam i uzupełniam je o nowe dane. Np. kolejne wydania, dodruki, zmiany szat graficznych itd. Ewentualnie opowiadam o listach od czytelników.

Pragnę zauważyć, że w tym samym dniu (o czym zresztą wspomniałam) miałam spotkanie autorskie w Bibliotece w Lidzbarku Welskim. Z tego co mi wiadomo ta biblioteka nie została pozwana o niezapłacony ZUS z tytułu prowadzenia przeze mnie tamże spotkania. Oba spotkania w swoim przebiegu były takie same (proszę spojrzeć na zdjęcia). Kto powinien ten ZUS zapłacić? Tylko jedna biblioteka? Czemu akurat ta? Dlaczego w ogóle? To tylko niektóre z dręczących mnie pytań. Cała bowiem sprawa budzi moje spore wątpliwości. Jak wspomniałam – z zawodu jestem nie tylko pisarką, ale i dziennikarką. To jest sprawa dla reportera. Być może należy zastanowić się czemu ZUS jednych pozywa, a drugich nie. Czy jeśli za moment pozwie Lidzbark, to nie okaże się, że domaga się podwójnego odprowadzenia składek. W końcu składki płaci się za cały dzień pracy. W tym dniu wykonałam pracę dla dwóch bibliotek.

Jest jeszcze jedna sprawa. W tym roku, po wielu staraniach, uzyskałam stypendium Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego na dokończenie książek. Stypendium będę pobierała przez pół roku co miesiąc. Tak, jak inni pensje. Od stypendium nie jest odprowadzany ZUS, a tylko podatek dochodowy. Ciekawi mnie, czy ZUS pozwie również Ministerstwo, że od wypłacanego mi co miesiąc przez pół roku stypendium nie jest owo ubezpieczenie odprowadzane? Jeśli nie, to bardzo mnie interesuje czemu moment, kiedy mówię o swoje twórczości przez dwie godziny ma być obciążony obowiązkowym ZUS-em, a czas, kiedy przez pół roku ślęczę nad książkami – nie?

Sprawę w sądzie założoną przez ZUS tej Bibliotece uważam za próbę odebrania jej czytelnikom możliwości kontaktu z twórcami, a co za tym idzie z kulturą.

I na koniec: wszystkie spotkania odbywają się w ramach tzw. „umów o dzieło”. Być może tym razem (przyznaję, że nie zwróciłam na to uwagi) zawarta została „umowa zlecenie”. Być może tu tkwi błąd. A być może powinno być dopisane, że „umowa zlecenie” dotyczyła pracy wykonywanej przez dwie godziny. Czy przy ubezpieczeniu społecznym jest stawka dzienna czy godzinowa? To powinien już rozstrzygnąć sąd. Mam nadzieję, że na korzyść biblioteki i polskiej kultury.

Sprawę pozostawiam już bez komentarza, bo wszystko napisałam w sądowym wyjaśnieniu. Nie będę więc analizowała nawet pytania vel sugestii, czy na spotkaniu autorskim prezentuje swoją twórczość czy cudzą, bo co to za spotkanie autorskie o książkach np. Adama Mickiewicza z kimś innym niż Adam Mickiewicz? Dlatego pomijając wszystko najmocniej zastanawia mnie jedno. Dlaczego takimi sprawami zajmują się sądy i to za nasze podatniczce pieniądze?! I tak już na marginesie: Za spotkanie dostałam wynagrodzenie w kwocie 700 złotych brutto (wraz z kosztami podróży). Z poprzednich pism sądowych wynika, że ZUS domaga się od biblioteki drugich 700 złotych tytułem tego ubezpieczenia społecznego.

A poniżej zdjęcia z obu moich spotkań autorskich z dn. 17 maja 2011 roku. Zamieszczam chronologicznie:

W Bibliotece w Lidzbarku Welskim

W Bibliotece w Działdowie

auto

Od „wziatki” do „wziatki”

Poszłam ostatnio na pewną debatę dotyczącą Unii Europejskiej. Oczywiście nie obeszło się bez rozmów o Ukrainie. Słuchając tego, co mówią rozmówcy, pomyślałam, że ktoś, kto nigdy tam nie był i nigdy nic nie załatwiał w urzędzie – nigdy tego kraju nie zrozumie.

Unia Europejska ma swoje standardy antykorupcyjne. Ukraina, czy nam się to podoba czy nie, a także czy jej się to podoba czy nie, jest w trudnej sytuacji. To kraj tak skorumpowany, że aby korupcję zwalczyć trzeba by chyba w więzieniu zamknąć chyba wszystkich ludzi. Korupcja nie zaczyna się u szczebli władzy, ale w nizinach. Wiem o tym naprawdę sporo i nie tylko dlatego, ze Ulubiony jest obywatelem Ukrainy. Przez lata sprzątała u mnie Sława – Ukrainka spod Lwowa. Jeden z jej synów był policjantem.

- Pani Małgosiu, ja musiała dać wziatku szoby win praciuwaw – mówiła i tłumaczyła, że on potem też musiał i cały czas musi brać „wziatki”, czyli łapówki, bo co miesiąc musi płacić za utrzymanie się na stanowisku zwykłego policjanta. Gdyby chciał nie brać, nie miałby z czego żyć, bo łapówki, które trzeba wręczać komendantowi za możliwość pracy w policji, przewyższają pensję policjanta. Cóż… Komendant musi też coś odpalić swojemu szefowi, on swojemu i tak idzie to dalej aż do ministerstwa, a potem władz najwyższych z Prezydentem na czele. Kiedy mi to opowiadała – nie bardzo wierzyłam aż… losy zagnały mnie na Ukrainę w sprawie innej niż turystyka. Opisywałam tu w swoim czasie, jak Ulubiony wyrabiał sobie nowy paszport. (Przez ambasadę Ukrainy paszport można zrobić, ale starego typu. A Ulubiony chciał biometryczny, ważny 10 lat. Taki można wyrobić tylko na Ukrainie.) Koszt dodatkowy, to 3 tysiące hrywien (1500 złotych), by paszport był gotowy w trzy dni, a nie w miesiąc. Na siedzenie tam miesiąc, nie mogliśmy sobie pozwolić. Ukraińcy muszą brać „wziatki”, bo sami co chwilę muszą je dawać. Ja uparłam się, że przejadę Ukrainę bez wręczania łapówek. Nie było to proste, ale… udało się. (Poza stoma hrywnami danymi pany, w którego stuknęłam, a któremu i tak nic się nie stało, bo jeździł  „pancerną” ładą.) Jednak policja zatrzymywała mnie co chwilę. Oczywiście z powodu samochodu, który był nie tylko na zagranicznych przecież numerach, ale na skutek tej drobnej stłuczki lekko uszkodzony. Oto więc znalazł się powód, by mnie zatrzymać. A nuż uda się wyłudzić pieniądze?

Najbardziej wryła mi się w pamięć rozmowa z pierwszymi policjantami, którzy zatrzymali nas niemal zaraz po stłuczce. Uszkodzenie samochodu polegało na zbiciu szybki jednego reflektora i lekkim wgnieceniu przedniej maski. Na rozmowę z zatrzymującym nas patrolem poszedł najpierw Ulubiony. Wrócił po pół godzinie i powiedział:

- Idź ty, bo ode mnie chcą półtora tysiąca hrywien łapówki.

Poszłam więc i zaczęłam z grubej rury.

- Ja „wziatkiw” ne daju.

Panów najpierw zatkało, a potem jeden przez drugiego zaczynają tłumaczyć, że mam stłuczone auto i to jest niezgodne z przepisami.

- No to proszę mandat – mówię. Ale oni mandatu wystawić nie chcą. To im się nie opłaca. Dopiero później, gdy w hotelu odwiedza nas przyjaciel Ulubionego – Nazar, który jest inżynierem w fabryce czołgów, zaczynam domyślać się, że podstaw do wręczania mi mandatu nie było. Dlaczego? Oto zapytany przez nas Nazar, czy to co stało się samochodowi, to coś poważnego (na Ukrainie Fiaty to rzadkość, a Seicento jest modelem zupełnie nieznanym i już wtedy czuliśmy, że naprawiać je będziemy już w Polsce) słyszymy, że to nic takiego. A wyglądem auta mamy się nie przejmować, bo, jak powiedział Nazar „tu ludzie jeżdżą bez… drzwi”!

Policjanci jednak nie chcą odpuścić. Nie pomagają próby wmówienia mi, że jestem przestępcą zaczynają, więc… grozić. Ja odpowiadam też groźbami. Wyciągam legitymację dziennikarską. Ponieważ jest w niej napisane cyrylicą, kim jestem z zawodu, więc… działa. Na policjantach robi to ogromne wrażenie. Dlatego teraz ja zaczynam z wysokiego C. Wmawiam, że jestem jedną z najbardziej znanych polskich dziennikarek, więc za moment trafią na pierwsze strony polskich gazet i portali informacyjnych. To skutkuje. Życzą mi szerokiej drogi. Do auta wracam po góra pięciu minutach. Ulubiony jest w szoku. Potem opowiada mi, jak wyglądała jego rozmowa z „krajanami”.

- Ty Zachar jesteś, tak? – pytał jeden. – Słuchaj Zachar. Nas tu trzech. Ty swój człowiek (ludyna), ty rozumiesz. Każdy z nas ma żonę (drużynu), dzieci… – I w ten sposób przez pół godziny próbowali namówić Ulubionego, by on namówił kierowcę do zapłacenia łapówki. Pod koniec błagali. Grozić nie mogli, bo za kierownicą nie siedział on – tylko ja, obywatelka Unii Europejskiej.

Potem sprawa powtarzała się kilkukrotnie. Ale rozmowy trwały krótko. Ulubiony miał zakaz odzywania się, by nie wyszło, że jest stąd. A moja legitymacja prasowa u zwykłych funkcjonariuszy budziła strach..

Najciekawiej jednak wyglądała sprawa z powrotem z Ukrainy, kiedy na moim rozbitym samochodzie próbowali zarobić niemal wszyscy celnicy na granicy ukraińsko słowackiej. Zanim jednak spakowaliśmy się itd., zobaczyłam, jak Ukraina, korupcja i prawo, a właściwie jego nieprzestrzeganie, wpływają na mieszkańców. Uległ temu nawet Ulubiony, który dał się ponieść ostrzeżeniom wujka, że samochodem z rozbitym reflektorem nie wypuszczą nas z Ukrainy. Pojechaliśmy więc najpierw do warsztatu poleconego przez szwagra. Mechanik, który robił audi, mercedesy, skody itd., na widok Seicento, które przecież budzi u nas uśmiech politowania, zaniemówił. On taki samochód widzi po raz pierwszy. Części nie zdobędzie i w ogóle nie podejmuje się tego robić. Wszyscy zaczęli biadolić, że tragedia! Że już nigdy nie wyjadę z Ukrainy. Wszyscy święcie wierzyli, że z powodu zbitej szybki reflektora zostanę tam na zawsze! Ta panika zaczęła się udzielać i mnie. Pewnie dlatego dałam się namówić na jazdę na pobliski posterunek. Miałam tam uzyskać w komisariacie zaświadczenie, że mój samochód nie brał udziału w wypadku. Tak poradził Ulubionego wujek, który jest sędzią. Kazał się na siebie powołać na komisariacie, bo komendant to jego znajomy, a tym samym zażądać zaprowadzenia do samego komendanta. Na komisariacie wyraz twarzy ludzi zmieniał się na sam dźwięk nazwiska wujka. Wszyscy zaczynali nerwowo biegać wokół budynku komisariatu, ale… komendant do mnie nie przychodził. Jak tłumaczyli – pojechał w teren. Ma być za moment, a oni próbują go ściągnąć. Ten moment zdawał się przedłużać w nieskończoność. Ja zaczęłam się niecierpliwić i… myśleć. A czemu ja mam brać jakieś zaświadczenie, że pojazd nie brał udziału w wypadku? Niech oni mi udowodnią, że brał! I tak podjęłam decyzję. Dzwonię do konsulatu we Lwowie. Tam dyżurny kazał zadzwonić do ambasadora dyżurnego i podał jego komórkę. Zadzwoniłam, przedstawiłam się. Opowiedziałam wszystko od A do Z. Ambasador dyżurny parsknął śmiechem, a potem westchnął ciężko.

- No taki to kraj! Ale jak auto jedzie, to nikt pani nie zatrzyma. Nie ma podstaw. Oni tu czyhają na naiwnych, by wyciągnąć kasę. Nic im nie dawać! Pani jedzie na granicę normalnie. Jakby były kłopoty to pani do mnie zadzwoni.

Następnego dnia na granicy w Użgorodzie przy moim autku zebrało się całe „konsylium” celników. Najpierw próbowali groźbą, że nie można wyjeżdżać, bo auto stłuczone. Gdy spytałam o podstawy prawne zamilkli i zmienili strategię. Oto dbają o mój interes. Nie chcą mnie wypuścić, bo… Słowacja mnie nie wpuści! W Unii takimi autami jeździć nie wolno. Ja im na to, że ja jestem z Unii i u nas, jak samochód działa i światła działają, to ja mogę jechać, bo jakoś auto muszę dowieźć do warsztatu. Kiedy dorzuciłam informację, że u nich auta się naprawić nie da, bo taka marka to rzadkość, a modelu nikt nie zna – stracili rezon. Zostały im tylko błagania o łapówkę. Ale ja na takie błagania, tak jak i na pokazówki, że oto dzwonią do jakiegoś ministerstwa, urzędu itd., (a tak robili) jestem głucha. Gdy już wiedziałam, że mnie wypuszczą, bo zadzwonił do mnie ambasador dyżurny i wesoło spytał, „jak tam?” postanowiłam teraz ja zabawić się kosztem celników. Oto gdy na koniec spytali, czy wiozę coś hurtowo odpowiedziałam:

- Da, no ja stydajus pokazaty.

Rzucili się na mnie, jak sępy. Co też wiozę w dużej liczbie i wstydzę się pokazać? Sięgnęłam po papierową torebkę, w której było 30 drewnianych długopisów. To stara huculska zabawka, jak się później okazało można ją kupić także w Polsce, w Zwierzyńcu n. Wieprzem. Wtedy jednak jeszcze o tym nie wiedziałam ani ja ani Ulubiony. Owa zabawka, to po prostu drewniana pałeczka, która może być oprawką długopisu. Drewniana obsadka może być albo mężczyzną albo kobietą. Jej ruchoma część skrywa… narządy płciowe. W przypadku babki, to nacięcie z naklejoną kupą czarnych kłaków. W przypadku dziadka, to po prostu sztywna pałka. Jest to zabawne z wielu powodów. Między innymi dlatego, że dziadek np. w mundurze milicjanta ma taką pałkę w… paski. Dziadkowie w ludowych strojach ukraińskich przeważnie mają na głowach kapelusz lub wymalowany osełedec. Babki są w chustkach. Wyjęłam jedną obsadkę długopisu. Taką, która przedstawiała babkę, bo w końcu wokół mnie sami faceci – celnicy. Poruszyłam ruchomą częścią pokazując babcine przyrodzenie i powiedziałam udając mocno zawstydzoną:

- Wołosata szczo? My u Polszczy takich ne majemo.

Celników zatkało. Potem zaczęli się śmiać, ale nie wiem czy ze mnie, czy z babcinego owłosionego przyrodzenia, czy raczej jednak z siebie i swojej naiwności, że do końca liczyli na „wziatkę”.

Słowacy, gdy zawitaliśmy już na słowacką stronę granicy, na uszkodzone auto w ogóle nie zwrócili uwagi. Nie padło nawet pytanie „co się stało?”.

I kiedy teraz tyle się mówi o Ukrainie, że ona do Europy. Kiedy zachodnie państwa wstawiają się za Julią Tymoszenko, to ja pytam: Naprawdę wierzycie w to, że niewinna? Że nie jest umoczona w żadną korupcję? Jeśli tak, to trzeba by ją ogłosić świętą za życia. Bo w końcu, jak ona się tam uchowała? Rada Europy jeszcze w 1999 roku ustalając Cywilnoprawną Konwencję o przeciwdziałaniu korupcji przyjęła dość szeroką definicję korupcji. Uznano za nią: żądanie, proponowanie, wręczanie lub przyjmowanie, bezpośrednio lub pośrednio łapówki lub jakiejkolwiek innej nienależnej korzyści lub jej obietnicy, która wypacza prawidłowe wykonywanie jakiegokolwiek obowiązku lub zachowanie wymagane od osoby otrzymującej łapówkę, nienależną korzyść lub jej obietnicę, przy czym łapówka może stanowić korzyść nie tylko dla odbiorcy, ale i dla innego podmiotu.” Jak żyć na Ukrainie nie dając łapówek? Jak ich nie brać, gdy po dawaniu łapówek w portfelu nie zostaje z pensji nawet hrywna? Przecież tam życie upływa nie tak, jak u nas: od pierwszego do pierwszego lub od weekendu do weekendu, ale od „wziatki” do „wziatki”.

Jego Wysokość Cieć

Jakoś tak się składa, że często w swoim życiu zawodowym dziennikarza telewizyjnego mam do czynienia z różnego rodzaju ochroniarzami. Są to zarówno ochroniarze Biura Ochrony Rządu, Straży Sejmowej, Straży Ochrony Kolei czy zwykli ochroniarze w biurowcach, sklepach itd. Nie będę przeprowadzać wnikliwej analizy, kim są ludzie, których praca polega na obserwowaniu innych i tego, co się dzieje. Wiem, że nie zamieniłabym się z nimi na prace nawet na pięć minut. Wolałabym zamiast łazić i obserwować zachowanie bliźnich czytać książki lub coś pisać. Oni jednak wybrali to, co wybrali. Zdarzają się wśród nich osoby obdarzone poczuciem humoru, z którymi można pożartować. Aczkolwiek trzeba być czujnym. Z poczuciem humoru jest jak z poczuciem rytmu. Nie każdy je ma. Ja zaś uwielbiam żarty. Moim dyżurnym żartem w sklepie, gdy płacę nowym banknotem i ogląda go sprzedawca, jest mówienie, że: „To dobry banknot. Całą noc nad nim pracowałam.” Tylko (lub aż) dwa razy zdarzyło się, że kasjer wołał kierownika sklepu z jakimś urządzeniem do sprawdzania banknotów. Choć być może wołałby go i bez mojego żartu. Tego przecież nie wiem i się już nie dowiem. Z ochroniarzami bywa podobnie. W tym roku podczas obchodów Święta Wojska Polskiego powiedziałam do jednego rewidującego mnie „Borowika”, który poprosił o otwarcie torebki: „Mam pistolet dostatecznie mały, by zmieścił się w mojej torebce. Lubię, bowiem bardzo małe torebki”. Była to zresztą trawestacja cytatu z książki „Pan Samochodzik i Niewidzialni.” Ochroniarz chyba książki nie znał, ale się ubawił, bo cóż… Torebkę miałam małą i tak wypchaną, że nie zmieściłaby się w niej druga paczka chusteczek do nosa, a co dopiero pistolet. Pan zwrócił mi jednak uwagę, bym była ostrożniejsza ze swoimi żartami.

- Wie pani, ktoś może to wziąć na poważnie – powiedział. Cóż… wiem coś o tym. Kiedyś przy okazji jakiejś uroczystości z najwyższymi władzami państwowymi na pytanie innego „Borowika”, „Czy ma pani coś niebezpiecznego?” odparłam:

- Szminkę.

Widząc zdziwioną minę dodałam, że: „Pan nawet nie wie, co się stanie, jak ją się wsadzi w oko.” Nastąpiła konsternacja. Ochroniarz wahał się. Lać czy walić? Ponieważ uśmiechnęłam się dopiero po minucie i dodałam, że żartuję, więc nic się nie stało. Jednak prawda jest taka, że im mniej ważny ochroniarz, tym bardziej brak mu poczucia humoru. Zupełnie jakby malało on wprost proporcjonalnie do ważności instytucji, którą chroni. I tak ochroniarze w rządzie czy sejmie jedynie bywają ponurzy, ale ci w sklepach, hipermarketach i na parkingach, to w większości po prostu tacy są. Wynika to chyba z wiary we własną ważność! A moment, kiedy mogą tę swoją ochroniarską ważność pokazać, sprawia, że ich ego urasta do rozmiarów, znajdującego się niedaleko Stadionu Narodowego balonu Orange, który w sezonie zabiera ludzi w podniebne wycieczki, by spojrzeli z góry na panoramę Warszawy. Tak samo ochroniarze z góry patrzą na człowieka.

Zawsze, gdy mam realizować materiał na dworcu PKP i mam zgodę, ale np. nie wezmę jej na piśmie, ochroniarz pędzi do mnie, jak do zbrodniarza wojennego i skacze, jak małpa przed kamerą, bym nie filmowała dworcowej hali. Pomijam, że reprezentuję telewizją publiczną, co widać patrząc na oznakowanie kamery, a więc logicznym jest, że nie robię nic w celu przestępczym. No i przecież równie logicznym jest, że nie filmuję nic w sposób skryty. Bo przecież, gdybym chciała coś nakręcić bez zgody PKP, mogłabym po prostu przyjść na dworzec z ukrytą kamerą (np. w specjalnych okularach) i kręcić wszystko, z rozmowami z kasjerami włącznie. Tymczasem ochrona dworca (nie mylić ze Strażą Ochrony Kolei) w sposób czasem wręcz groteskowy pastwi się nade mną i moim operatorem. Z tymi ludźmi nigdy nie żartuję. Nie ma to sensu. Pamiętam historię, gdy zgodę uzyskałam jadąc już samochodem. Tak, więc wydruku e-maila od rzecznika PKP mieć nie mogłam, bo niby skąd. Rzecznik powiedział zresztą, aby w razie pytań kierować ochroniarzy do niego. Podjechałam na dworzec. Ochrona przybiegła w te pędy. To niesamowite, że gdy dzieje się na dworcu coś naprawdę złego, to wtedy ich nie ma. Wówczas miałam mało czasu, więc poprosiłam operatora, by filmował, a ochroniarzowi powiedziałam, że zgoda jest i że mogę go połączyć z Rzecznikiem. On mi na to odparł, że nie wie czy osoba po drugiej stronie mojej komórki jest naprawdę Rzecznikiem (sic!) i musi to sprawdzić swoimi kanałami. W takich sytuacjach (a było ich wiele) standardowe są krzyki z ust ochroniarza: „Ja wykonuję swoją pracę!” Bo ja swojej przecież nie wykonuję. Ja właśnie popełniam przestępstwo w imię pracy w publicznych mediach. Zawsze też dziwnym trafem wysłuchuję, że jak nie mam zgody, to on przeze mnie straci pracę. (Zupełnie jakby moim celem, a nawet moja pracą było pozbawianie go pracy!) Wtedy akurat zrezygnowana powiedziałam, by się skontaktował z biurem prasowym. Pan nie wiedział jak, wrzeszczał do swojej krótkofalówki i wszystko trwało, trwało i trwało. W tym czasie drugi pan ochroniarz (bo panów było dwóch) albo tańczył mi przed kamerą, albo odpychał ją bądź zakrywał obiektyw itd. Mówiłam, że marnują i swój i mój czas, bo zgoda jest i zaraz się wyjaśni. Proponowałam, że jak mi udowodnią, że zgody nie mam, to przy nich potem skasuję nagranie, ale żeby mi nie utrudniali. Wtedy jednak ochroniarze mieli wyraźnie nadzieję, że ja kłamię, robię coś nielegalnie itd, wiec obaj byli agresywni, a jeden napędzał drugiego. Tamten z krótkofalówką histerycznie wrzeszczał do centrali, a ten drugi skakał jak piłeczka przed kamerą, byle byśmy tylko nic nie nagrali. To się oczywiście po chwili zmieniło w wielki zawód z ich strony, bo okazało się, że tak, jak mówiłam zgoda na kręcenie była. Zanim jednak się to okazało, na moim dysku pojawiło się kilkanaście klipów z podskakującym ochroniarzem i drugie tyle z ochroniarzem wtykającym ręce w obiektyw. I tak piętnaście minut pracy miałam w plecy. Musiałam wszystko zaczynać od nowa.

Kilka razy zdarzyło mi się też tak, że jeden ochroniarz odszedł i po pięciu minutach zjawiał się drugi i sprawa zaczynała się od nowa. Znów mi skakał i tańczył do kamery. Tylko tym razem inny pan. Np. zamiast chudego – gruby! Nic tylko siąść i płakać lub turlać się ze śmiechu. Za każdym razem najcenniejsza jest ta pierwsza mina zwiastująca zbliżanie się niezwykle ważnego człowieka, który myśli, że łapie mnie na poważnym przestępstwie. Co najgłupsze w większości przypadków zanim zdążę np. pokazać ową pisemną zgodę, którą zresztą staram się trzymać w ręku (łażę, więc po hali dworca czy galerii handlowej z karteluchą), ochroniarz zdąży poszturchać mojego operatora, znów poskakać mu przed kamerą (to jest ich ulubione zachowanie) i pozasłaniać obiektyw.

Drugim miejscem, w którym odbywają się takie cyrki, są wszelkiego rodzaju banki, które z reguły i tak filmuje się z zewnątrz. I to jest najśmieszniejsze, że ochroniarze nie pozwalają ich filmować z zewnątrz, co w ogóle jest niezgodne z prawem, bo od strony ulicy można dziś filmować i fotografować wszystkie gmachy użyteczności publicznej. Kiedyś robiłam temat o wielkich reklamach. Filmowałam drzwi banku. A tu ochroniarz wypada ze środka i oczywiście skacze mi przed kamerą jak piłeczka, robi pajacyki machając rękami, no i oczywiście wrzeszczy, że ja mu życie niszczę filmując napis w stylu: „Najlepsza lokata w Polsce”. O ironio ten sam ochroniarz kilka dni później pozwalał mi filmować ten sam bank z zewnątrz, gdy realizowałam temat dotyczący napadu na tenże oddział banku. Cóż… wcześniej pewnie myślał, że nagrywałam, jako telewizja publiczna, materiał poglądowy dla złodzieja.

Przykłady mogłabym mnożyć. Dojdę więc do ostatniego zdarzenia. Z wczoraj. Pojechałam realizować niezwykle ważny społecznie (moim zdaniem) temat, jakim jest akcja „podziel się posiłkiem”. Akcję organizuje Danone Polska a jej partnerem w zbiórce żywności jest Bank Żywności. Wczoraj i dzisiaj 35 tysięcy wolontariuszy w 2500 sklepów zbierało produkty żywnościowe o przedłużonej trwałości dla niedożywionych dzieci, których w Polsce jest ponad 160 tysięcy. Wczoraj pojechałam do pewnego centrum handlowego, gdzie umówiłam się z organizatorami zbiórki, a oni zapewnili mnie, że wszystko jest uzgodnione z władzami hipermarketu i galerii handlowej, w której ów hipermarket się znajduje. Jest więc zgoda na filmowanie i nie będzie żadnych problemów z ochroną. Schody zaczęły się po wejściu do galerii. Ochroniarz już do nas biegł, bo w końcu kamera – rekwizyt duży. Od razu nas widać. Tak, jak i mikrofon z kostką z napisem TVP. Odesłałam go do organizatora. Na szczęście jeszcze nie włączyłam kamery, więc nie skakał. Potem… było już tylko gorzej… Przyszedł kolejny i krzyczał. Cechowała go „agresja 10”, jakby to określiły samice z „Seksmisji”. Pani organizator tłumaczyła, że zgoda jest, ale nie ma ze sobą wydruku, bo biuro prasowe galerii powiedziało, że nie jest potrzebny, ponieważ wszyscy ochroniarze będą powiadomieni. Najwyraźniej ta zmiana ochroniarzy nic o tym nie wiedziała. Ten ochroniarz nie uwierzył. Tak więc po raz kolejny w swojej karierze miałam wpychanie mi się przed kamerę i gadanie w trakcie nagrania oraz nieprzyjemnym głosem wołanie, że mam natychmiast wyłączyć, bo on wykonuje swoją pracę itd. (Ja przecież nie wykonuję! Ja popełniam najstraszniejsze przestępstwo! Nagrywam przedstawiciela ogólnopolskiej akcji „podziel się posiłkiem”.) Potem przybiegł kolejny ochroniarz… Jeszcze bardziej agresywny. Po dziesięciu minutach szarpaniny wszystko się wyjaśniło, ale jak zwykle trwało. Najbardziej mnie ubawił jednak moment, kiedy już po wyjaśnieniu, że zgoda na filmowanie jest, organizatorka poprosiła tego ochroniarza, który potwierdził, że jest ta cholerna zgoda na filmowanie, by podał jej swoje dane, aby gdy przyjdzie inny (a ten inny, kolejny już biegł z obłędem w oczach i zaciętą miną łowcy bandytów), to ona go do niego odeśle. No i tylko prosi o imię i nazwisko, bo teraz chce wiedzieć, do kogo ma odesłać kolejnego ochroniarza po potwierdzenie prawdziwości jej słów. Co się okazało? Pytany o imię i nazwisko ochroniarz podał jej pięciocyfrowy numer identyfikacyjny i powiedział (słyszałam to już dziesiątki razy i zawsze mnie to śmieszy), że przedstawić się nie może, bo istnieje ochrona danych osobowych. I pomyśleć, że mówił to do organizatorki otoczonej wianuszkiem wolontariuszy, z których każdy miał na piersi identyfikator z imieniem i nazwiskiem. No to, co GIODO wyprawia z nami w tej III czy IV RP to jest naprawdę cyrk! Ale do GIODO jeszcze tu kiedyś wrócę.

Wszystko to przypomina mi zachowanie PRL-owskiego ciecia z mojej podstawówki, który też był taki ważny. Zwłaszcza w obcowaniu z nami dziećmi. Czasy były takie, że dziecku nikt nigdy w nic nie wierzył. Zawsze to, co mówił cieć było dla dorosłych bardziej prawdziwe niż to, co my mówiliśmy. Tak więc cieć bezkarnie lał nas gumową rurką po udach, a potem w oczy wypierał się, że to nie on. Niestety nie były to czasy monitoringu i mógł sobie na coś takiego pozwolić. Mógł też łapać dziewczynki za cycki bez oskarżenia o pedofilię, a także opowiadać różne mądrości ludowe. Takich cieci w Polsce były wtedy masy, bo ostatnio kumpel z redakcji opowiadał mi o swoim, który zwykł był mawiać przy dzieciach, że „wszystko jest niczym w porównaniu z jadem piczym”, a oni znaczenie określenia „jad piczy” zrozumieli dopiero w starszych klasach. Mam często nieodparte wrażenie, że dzisiejsi ochroniarze są jak ci ciecie z PRL-u. Dostali malutki kawałek władzy i wyżywają się, jak mogą na tych, którzy im jakkolwiek podlegają. Ostatnio w „moim” Simply poprosiłam, by zawołał kogoś do Punktu Obsługi Klienta, bo chcę rozmienić 50 złotych, by móc wziąć wózek. (W trzech kasach panie nie miały rozmienić.) Pan NAKAZAŁ mi iść rozmienić banknot do punktu Lotto. Nie chciałam się kłócić, więc poszłam, ale Lotto nie miało rozmienić, więc znów stanęłam oko w oko z ochroniarzem, który znów KAZAŁ mi gdzieś iść poza supermarket. Dopiero, gdy stanowczym tonem zażądałam, by natychmiast przyszedł kierownik sklepu, to po tego kierownika poszedł, a kierownik owe pięćdziesiąt złotych mi rozmienił.
Pamiętam też, jak byłam świadkiem, gdy w jednym z hipermarketów dwaj ochroniarze wykręcili ręce matce, która przyszła do sklepu z dzieckiem w wózku. Gdy zapłaciła za zakupy i wychodziła okazało się, że w budkę tegoż wózka wpadł jej jakiś batonik wart zresztą niecałe dwa złote. I nie ważne było, że owa matka zakupy zrobiła za 300 złotych. Ta kradzież za dwa złote była tak zuchwała, że nic tylko poniewierać tym podłym złodziejskim nasieniem, tym wstrętnym babskiem! Oczywiście wtedy zareagowałam natychmiast! Zażądałam po prostu wezwania kierownika sklepu, a kobietę po dłuższej rozmowie przeproszono.

I choć ze mną i moją kamerą przeważnie ochroniarze przegrywają, to zdarzają się momenty, w których są górą. Wprawdzie często te momenty, w których są górą, to takie raczej pyrrusowe zwycięstwa – jak poskromienie złodziejki batonika, to mam jednak nieodparte wrażenie, że w większości przypadków ci panowie sami sobie jawią się niczym policjanci z Miami. I tylko krokodyla i jachtu im brak, że o urodzie nieśmiało napomknę, bo w końcu facet musi być tylko trochę ładniejszy od diabla. Niestety polscy ochroniarze przeważnie śmierdzą, w wielu przypadkach są szczerbaci, a co najgorsze kompletnie niewychowani i nieempatyczni. Tyle, że w swoim mniemaniu bardzo ważni. Bo każdy z osobna to Jego Wysokość Cieć.

PS Powyższy tekst nie tyczy WSZYSTKICH ochroniarzy, stróży itd. Proszę więc nie przysyłać listów „ja taki nie jestem” albo „a ja znam fajnego ochroniarza”, bo ja też znam kilku fajnych. Jednak ci fajni są – jak to w naszym społeczeństwie – niestety w mniejszości. No… chyba, że to ja mam takiego pecha.

Nowoczesność, czyli strata czasu

Kiedy ostatnio kupowałam doładowanie karty miejskiej i stałam w półgodzinnej kolejce postanowiłam, że teraz będę nowoczesna. Kupię doładowanie przez Internet. Dziś nadszedł ten moment i zdecydowałam się zakupić takie doładowanie na cały kwartał. Z taką formą zakupu doładowania jest jeden problem, który do tej pory wydawał mi się błahy. Zgodnie z regulaminem (jest to napisane na stronie) Bilet kupiony on-line, a niezakodowany na karcie zbliżeniowej nie uprawnia do przejazdu (§ 5, pkt 3 Regulaminu serwisu e-WKM), dlatego przed aktywowaniem należy go zakodować w kodomatach lub biletomatach z funkcją kodowania. Z redakcji najbliżej jest do punktu ZTM na stacji metro Warszawa Centrum. Pobiegłam tam dziś szybciutko i…. okazało się, że kodomat jest zepsuty. Na pytanie gdzie jest inny dowiedziałam się, że:

- Był kiedyś tam (pan pokazał kierunek Świętokrzyska), ale go bodajże zlikwidowano.

- Ale ja się nie pytam gdzie był kiedyś, ale gdzie jest dziś.

Pan mi na to, że na górze przy zjeździe schodami na peron w kierunku Młocin, ale… nie wie czy działa. Dodał też, ze to co zrobiłam, czyli zakup przez internet, nie jest czymś wygodnym. Na koniec dorzucił, że jest to wymysł Mennicy Polskiej i on poleca zakup biletu u niego, czyli w punkcie ZTM. Sęk w tym, ze ja już bilet kupiłam i to kwartalny, czyli za 250 złotych. Poszłam więc we wskazanym kierunku, czyli do wejścia do stacji Metro Centrum od strony ronda i zjazdu na peron w kierunku Młocin. Na miejscu okazało się, że wskazany mi kodomat jest nieczynny. Kolejny skazany mi przez postronne osoby (z infolinią ZTM połączenie graniczyło z cudem – wisiałam na telefonie dobre 20 minut i nikt nie odbierał) tez był nieczynny. Wreszcie jeden był czynny, ale co mi tam wyświetlał za napisy – odczytywałam z trudem. Jakoś jednak zakodowałam. Miało być szybciej niż, gdybym stała pól godziny w kolejce. Tymczasem z wędrówką do kodomatu i poszukiwaniami działającego trwało wszystko godzinę. I dlatego ja się pytam. Czy naprawdę nie można zrobić tak, by bilet kupiony przez Internet zakodować i aktywować w tramwaju, metrze czy autobusie? Byłoby na pewno szybciej. A tak… chciałam być nowoczesna, ale znów jednak będę kupować go tradycyjnie. Bo okazuje się, że w XXI wieku nowoczesność to po prostu strata czasu.

Przerwa w serwisie, czyli wróćmy do szafy

„Karolciu, chodzi o to, żebyś sobie niczego nie żałowała. Mało ci pensji. Bierz z szafy!” – Pisał mój pradziadek do prababci w listach, na podstawie których z Ulubionym i reżyserką Małgosią Szyszką zrobiliśmy monodram „Listy do Skręcipitki” (najbliższy spektakl – 21 września.). Z powyższego cytatu wynika, że forsy pradziadek w banku nie trzymał. Dziś… banków od groma, ale nadal są ludzie, którzy trzymają pieniądze w szafie. Ostatnio dla Telewizyjnego Kuriera Warszawskiego robiłam krótki reportaż o okradaniu metodą na administratora. Oto do mieszkania przychodzili ludzie podający się za pracowników administracji. Jeden zagadywał właściciela mieszkania, a w tym czasie drugi plądrował szafy i… znajdował niemałe sumy pieniędzy. Tylko w jednym mieszkaniu 60 tysięcy złotych. O ile jednak mój pradziadek trzymający w szafie pieniądze nie wydawał mi się idiotą, o tyle mnie współcześni bankierzy bieliźniani już tak. Tyle banków, takie możliwości a oni forsa do szafy i teraz… szukaj wiatru w polu. Ale wczoraj zaczęłam się zastanawiać, czy trzymanie forsy w szafie nie ma jednak w pewnych przypadkach sensu. Dlaczego? Ano cofnę się teraz dwa tygodnie wstecz, kiedy to zgubiłam kartę bankomatową do konta w inteligo. Wyrobienie nowej trwało dziesięć dni. Przez ten czas z konta opłacałam rachunki, bo to mogłam robić. Jak chciałam skorzystać z gotówki, przesyłałam synowi na jego konto (ma w tym samym banku), a on biegał dla mnie do bankomatu i wypłacał. Kilka razy prosiłam o podobną przysługę koleżanki i kolegów w redakcji. Nadszedł wreszcie upragniony dzień i pocztą przyszła nowa karta płatnicza. Akurat był piątek. Nie było mnie jednak w domu. Gdy pod wieczór przyjechałam i chciałam ją aktywować przez Internet, okazało się, że serwis www jest w konserwacji. Zadzwoniłam do konsultanta, by zrobił to przez telefon. Okazało się jednak, że do poniedziałku jest to niemożliwe. Spytałam, czy mogę pieniądze wypłacić na dowód w jakimś oddziale PKO BP, w końcu Inteligo podlega pod PKO. Okazało się jednak, że skoro serwis www nie działa to i takiej możliwości na razie nie ma. Na pytanie jak mam dotrzeć do własnych pieniędzy skoro nie mogę ich ani przelać ani wypłacić usłyszałam, że… mogę je wypłacić kartą z bankomatu!

- No wszystko fajnie, ale kartę mam nieaktywną. Jak mam ją aktywować?

- To będzie możliwe w poniedziałek – odparła pani na infolinii.

- A teraz? Co mam zrobić? Nie mam gotówki, a teraz dostępu do własnych pieniędzy! Nawet nie mogę ich przelać synowi na konto w tym samym banku, by mi je wypłacił z bankomatu.

- Niech pani od kogoś pożyczy… –  Zaproponowała konsultantka, a ja pomyślałam, że pierwszy raz słyszę od obsługi banku, bym pożyczała forsę od znajomych. Na szczęście z Ulubionym mieliśmy jeszcze resztkę kasy na naszym koncie małżeńskim. I tak w sobotę zrobiliśmy zakupy, a w niedzielę poświętowaliśmy rocznicę ślubu w Ogrodzie Botanicznym – forsa się skończyła. Następny wpływ będzie miał Ulubiony. We wtorek. Na szczęście jest jeszcze forsa na moim koncie inteligo, które ma być dostępne już w poniedziałek, a ten nadchodzi… Wreszcie nadszedł. Na 11-tą byłam umówiona u fryzjera, z czym zwlekałam od miesiąca, ale to, co działo się na głowie wołało o pomstę do nieba, a przecież w poniedziałek wieczorem był wernisaż prac Kasi Betlińskiej. Wśród portretów pisarzy był i mój, więc chciałam jakoś wyglądać. Do fryzjera trzeba więc jechać. Za wizytę miałam zapłacić pieniędzmi z konta inteligo. Nie chciałam odwoływać wizyty. Przecież strona www zaraz ruszy. Jednak rano jeszcze nie mogłam aktywować karty. System się wieszał. Uprzejma pani na infolinii powiedziała, że informatycy cały czas nad tym pracują i aktywacja będzie możliwa po 12-tej. Wtedy system będzie na pewno stabilny. Siadłam więc w samochód, w którym na dodatek kończyła się benzyna. Fryzjerce powiedziałam, że podjadę potem do bankomatu i jej zapłacę. O 13:30 wstałam z fotela i pojechałam pod bankomat. Zadzwoniłam do banku, by aktywować kartę przez serwis www. Niestety…. Najpierw nie mogłam się dodzwonić, potem nie chciało mnie zalogować i przełączyło do konsultanta, który przez 40 minut nie zgłaszał się. Gdy wreszcie się zgłosił, przez dobre 20 minut próbował aktywować mi kartę. Bezskutecznie. Tymczasem fryzjerka czekała na forsę, która choć wirtualnie na koncie była, to jednak wyjąć jej nie mogłam. Spytałam konsultanta, czy mogę wypłacić w banku na dowód. Okazało się, że dziś, gdy system jest niestabilny, nie jest to możliwe. Mogę wypłacić pieniądze w… bankomacie.

- Jak? – spytałam starając się nie krzyczeć. – Przecież nie mam aktywnej karty? Przecież mówili państwo, że będzie to możliwe w poniedziałek… Przecież po to dzwonię, by państwo mi ją aktywowali!

- Proszę spróbować aktywować kartę przez serwis www.

Wszystko pięknie, ale… jestem na Bielanach, bo tu pracuje moja zaprzyjaźniona fryzjerka, do której spod bankomatu zadzwoniłam i powiedziałam, że pracuję nad wydobyciem pieniędzy ze ściany, czyli aktywowaniem karty. Niestety nie wzięłam z sobą z domu laptopa, a łączenie z serwisem www przez komórkę nie należy do najwygodniejszych. Postanowiłam podjechać do najbliższego oddziału PKO BP z pytaniem, czy nie mają terminala, na którym można skorzystać z konta inteligo przez www. Niestety okazało się, ze nie mają. Dom na drugim końcu miasta, a w samochodzie, jakby tego wszystkiego było mało, przecież pali się kontrolka benzyny! Miałam zatankować wracając od fryzjera. W kieszeni mam złoty czterdzieści dziewięć gotówki, więc nawet nie jest to jeden litr benzyny! Nawet to nie jest na kawę! Siadłam zrezygnowana w samochodzie i zadzwoniłam do Ulubionego. Miał jechać na jakiś casting. Złapałam go w domu dosłownie w ostatniej chwili. Obiecał aktywować mi kartę przez Internet. Szczęśliwie udało mu się zalogować na moje konto, ale… szybko okazało się, że system twierdzi, że nie mam żadnej karty płatniczej! To, z czym w garści siedzę w samochodzie? No z czym??? Znów zadzwoniłam na infolinię. Po godzinie czekania na połączenie z konsultantem zostałam rozłączona. Zbliżała się 14:30. W akcie desperacji zadzwoniłam do przyjaciółki. Mieszka na Bielanach. Akurat była w domu, bo szła do pracy na drugą zmianę. Wpadłam do niej jak burza i zaczęłam okupację jej komputera. Zalogowałam się na konto, by stwierdzić naocznie, że system nie widzi, bym miała jakąkolwiek kartę. Znów zadzwoniłam na infolinię. Tym razem system w serwisie telefonicznym zalogował mnie, a nawet zobaczył kartę i łaskawie zgodził się na aktywację. Niestety gdy tylko podałam wszystkie dane, usłyszałam, że… „operacja nie może być zrealizowana. Łączę z konsultantem inteligo.” A więc znów mam kartę, której nie mogę użyć w bankomacie. W ciągu 40 minut oczekiwania na kolejne tego dnia połączenie z kolejnym konsultantem udało mi się cztery razy zobaczyć na stronie www swoją kartę. Niestety każda próba aktywacji jej przez stronę kończyła się niepowodzeniem. Karta znikała, by po jakimś czasie znów się pojawić. Gdy wreszcie w słuchawce usłyszałam miły głos jakiegoś pana, któremu zdenerwowana opowiedziałam o swoim problemie, (zaznaczając, że gdyby fryzjerka nie była znajoma osobą, być może zawiadamiałabym własnie policję, że klient uciekł  i nie zapłacił) dowiedziałam się, że nie wiadomo kiedy to wszystko będzie działać poprawnie. Spodziewają się naprawy w każdej chwili, ale system jest przeciążony, bo wszyscy nagle wleźli na swoje konta logować się. Dlatego pan poradził mi przelać pieniądze na inne konto w banku PKO BP lub Inteligo.

- Niech właściciel tego konta pani wypłaci – powiedział, co było już szczytem absurdu! Pokazywało bowiem, że karta na którą czekałam 10 dni okazała się nadal nieprzydatna. Na szczęście przyjaciółka, u której byłam miała konto w PKO BP. B y wypłaciła mi moje własne pieniądze, które ja przelałam na jej konto, musiałam wyciągnąć ją spod prysznica i z mokrą głową zawieźć do bankomatu. Fryzjerce oddałam kasę dopiero przed 16-tą! Do domu wróciłam po 16:30, bo musiałam przecież jeszcze zatankować. Wszystkie ambitne plany odwiedzenia kilku miejsc i załatwienia kilku ważnych spraw wzięły w łeb. A na wieczorny wernisaż portretów warszawskich pisarzy przyjechałam tak zmęczona, że gdy tylko zakończyła się część oficjalna, wypiłam szklankę soku i… wraz z Ulubionym uciekłam do domu, myśląc, że gdybym miała forsę w szafie, jak pradziadek…

A na zdjęciu ja z autorką prac Katarzyną Betlińską pod moim portretem jej autorstwa…

Ponad miesiąc prześladowań, czyli nagrywane rozmowy

Ponieważ mój numer telefonu komórkowego jest dostępny na mojej stronie, więc dawno temu postanowiłam skorzystać z oferowanej przez operatora sieci komórkowej usługi blokowania połączeń od numerów zastrzeżonych. To bardzo ułatwia życie. Nie dzwonią wariaci, prześladowcy itd. No i co najważniejsze o ileż mniej mam telefonów z ofertami kredytów, spotkań w celu poinformowania mnie, w czym mam ulokować miliony, którymi na pewno wypchany jest, jeśli nie mój materac to przynajmniej, co druga skarpetka. Niestety wielu pracowników różnych „call center” przerzuciło się na telefon stacjonarny. Ponieważ 99% odbieranych przeze mnie telefonów na stacjonarny to różne propozycje nie do odrzucenia, więc doszło do paranoicznej sytuacji, kiedy służy nam on tylko do tego, by zadzwonić z niego do teściów na Ukrainę. W inne miejsca dzwonimy z komórek. Kiedy oglądamy filmy, czytamy coś itd. w ogóle nie odbieramy stacjonarnego telefonu. Niestety kiedy siedzę w gabinecie i piszę, niemal machinalnie podnoszę słuchawkę stojącego obok faxu i wtedy… zaczyna się. Od miesiąca czuję się prześladowana przez firmę Orange i jej call center. Jak to? Ano tak…

Od kilku lat mam wykupioną (najpierw w TPSA teraz w Orange) usługę „Neostrada”. Dwa lata temu przedłużałam ją i termin umowy kończy się 31 marca br. Od mniej więcej połowy lutego br odbieram od Orange telefony z propozycją przedłużenia umowy. Telefony odbieram średnio co drugi dzień. Wszystkie zaczynają się oczywiście od informacji, że rozmowa będzie nagrywana. Zaraz potem pracownik jak z karabinu maszynowego strzela do mnie słowami, z których wynika, że przygotowana dla mnie oferta jest super. Co się okazuje? W sposób nachalny proponowana jest mi zmiana prędkości na większą, a w zamian za to pendrivy serce lub rozum. Łaskawie mogę sobie wybrać. Przyznam, że serca dla Orange od dawna nie mam, a rozum to im chyba odebrało! Ileż razy mam mówić, że nie chcę rozmawiać, że jestem zajęta, że jak będę chciała przedłużyć umowę to zrobię to sama?! Zadzwonię wtedy, kiedy będę miała czas, będę mogła się skupić na ofercie itd. Tymczasem firma Orange na moje odpowiedzi była przez prawie półtora miesiąca głucha. Z uporem godnym moim zdaniem lepszej sprawy dzwonili co drugi dzień. Dopiero piętnasta czy szesnasta osoba, która zadzwoniła z tą niezwykle ważną informacją, powiedziała mi, że nie wie do kogo dzwoni, bo mój numer wybiera automat, który dzwoni do wszystkich, którym umowy się kończą. Nie można nigdzie zaznaczyć, że ja nie chcę tych telefonów. Automat będzie dzwonił dopóki umowy nie przedłużę! Nie ma podobno możliwości zaznaczenia, że Pani Małgorzata Karolina Piekarska takich telefonów sobie nie życzy. Nie można nigdzie zaznaczyć, że wystarczy jej przypomnieć raz i ona sobie sama umowę przedłuży, kiedy będzie miała wolną chwilę. Kiedy po raz pierwszy odebrałam telefon jeszcze jakoś rozmawiałam, wysłuchiwałam itd. Po prostu miałam cierpliwość. Umowy nie przedłużyłam, bo okazało się, że pracownik na siłę chciał mi wcisnąć wyższą prędkość niż mam, umówić z monterem i kazał przygotować pieniądze na jakiś modem, którego wzięcie jest moim obowiązkiem, jeśli wybieram tę ofertę. Nie lubię słowa obowiązek! Mam swój modem i nie chcę mieć obowiązku brania nowego. Zwłaszcza, że kilka ich modemów – nowych i nigdy nie używanych – leży u mnie w szufladzie! Druga rozmowa była krótka, bo powiedziałam, że nie mam czasu. Podobnie trzecia, czwarta i piąta. Szósta doprowadziła mnie do furii, bo zadzwoniono, kiedy coś tam mi się paliło kuchni, czekałam na ważny telefon itd. Podobnie było z rozmowami siódmą i ósmą. Kiedy podczas kolejnej powiedziałam „cholera”, a może i nawet niestety „kurwa mać”, usłyszałam złowrogo wypowiedzianą informację „ja tylko przypominam, że rozmowa jest nagrywana”. Ja bardzo się cieszę, że firma Orange nagrywa to, jak jej pracownicy mnie gnębią i na siłę wciskają mi rzeczy, których nie chcę!!!  Rozumiem, że może im być przykro, że zaklęłam, ale co oznacza przypominanie mi o nagrywaniu tonem, jakby to była groźba? Wpiszą mi naganę do dzienniczka? Wezwą rodziców na rozmowę? Dorzucą 10 złotych do rachunku? Czy skierują sprawę do sądu? Wszystko dlatego, że ośmieliłam się przekląć w sytuacji, kiedy po raz enty odbieram telefon z propozycją przedłużenia umowy, choć wielokrotnie mówiłam, że jak przyjdzie pora sama tę umowę przedłużę?

Jedna z pracownic na infolinii (chyba jedenasta) wyskoczyła z super propozycją dla mnie. Zaproponowała mi jeszcze telewizję! Pakiet internet plus TV. W pakiecie te kanały, które mam za darmo w naziemnej, bo mam telewizor z mpeg4. Innymi słowy mam płacić firmie Orange za coś, co i tak mam za darmo? Halo! Ta pani mi powiedziała wtedy, że to dlatego, że w tej ofercie są jeszcze kanały sportowe! Myślałam, ze zejdę śmiertelnie. Przecież ani ja ani nikt w domu w ogóle tych kanałów nigdy nie włącza! Nikogo z nas nie interesuje piłka nożna, koszykówka itd. Czasem podglądamy skoki narciarskie, ale do tego wystarczy naziemna TVP1. Gdy spytałam o kanały filmowe okazało się, że te, które nas interesują kosztują drożej niż oferta, którą mamy od innego operatora telewizyjnego.

Inny pracownik (chyba trzynasty) wciskał mi pakiet telefoniczny z rozmowami za darmo na stacjonarne, choć mówiłam mu trzy razy, że mam taki pakiet w telefonie komórkowym, który na szczęście mam w innej sieci. Mam abonament na bezpłatne rozmowy zarówno na komórki, jak i na stacjonarne. Nie jest mi więc potrzebne coś takiego w stacjonarnym. Wtedy ów pracownik próbował wciskać mi abonament na tanie telefony do Unii Europejskiej. Gdy powiedziałam, że interesują mnie tylko tanie telefony na Ukrainę zapadła cisza, bo takiej oferty w Orange nie mają. A może trzeba o niej pomyśleć. Oferta – tanio do sąsiadów i tańsze rozmowy z Państwami, z którymi graniczymy. Zwłaszcza, że sporo tam Polaków.

Tymi telefonami byłam zamęczana przez ponad miesiąc. Ponieważ było ich w sumie kilkanaście, a może i więcej, postanowiłam przedłużyć tę umowę z Orange. W końcu już kiedyś pisałam, że jestem niestety skazana na neostradę! Mieszkam w domku, w którym są cztery mieszkania i nie mam możliwości podłączenia Internetu przez jakąkolwiek TV kablową. Niestety gdy weszłam na stronę Orange, to oczywiście wyskakiwały błędy. Przedłużenie umowy nie było możliwe. Ale to norma. Ilekroć wchodzę na tę stronę tylekroć strona nie działała tak, jak należy, a że jest wirtualna, więc nawet nie można jej użyć w toalecie zamiast papieru. Musiałabym drukować, a szkoda mi zarówno mojego papieru, jak i atramentu. Z tego powodu w dniu wczorajszym osobiście pofatygowałam się do punktu Orange w jednym z centrów handlowych. Tam przedłużyłam umowę zmieniając taryfę telefoniczną na tańszą. Mam zero darmowych minut dokądkolwiek, ale przecież i tak dzwonię z niego tylko na Ukrainę! Po co mi więc darmowe rozmowy skoro mam je w telefonie komórkowym? Takiego rozwiązania obniżającego moje koszty korzystania z telefonu, wydzwaniający do mnie pracownicy nie zaproponowali. Przedłużyłam również umowę na Neostradę. Opcja taka sama, bo mi wystarczy. Nie muszę płacić za żaden modem, nie trzeba umawiać mi montera. I tylko okazało się, że nie należy mi się prezent w postaci pendrive’a z sercem lub rozumem, bo to jest prezent wręczany tym, którzy przedłużają umowy nowocześnie – przez stronę internetową (tę, która nie działa) lub telefon w rozmowie z niekompetentnymi pracownikami, którzy robią wszystko, bym płaciła więcej niż potrzebuję. Ten brak pendrive’a z sercem i rozumem wyjątkowo mnie cieszy. (Mam dziesiątki pendrive’ów, a z reguły i tak Orange wręcza w prezencie tandetę.) Jak napisałam na wstępie. Serce do Orange straciłam, a rozum to im się przyda, bo im odebrało.

Ponieważ niestety jestem skazana na neostradę, bo innego dostawcy Internetu do małego domku na Saskiej Kępie nie ma, dlatego poważnie zastanawiam się, który urząd zawiadomić, że ta firma prześladuje swoich kontrahentów? Co to za pomysł, by stosować takie rozwiązanie, że kiedy komuś kończy się umowa, to firma wydzwania do niego niemal do upadłego aż on tę umowę przedłuży lub rozwiąże? Czemu ten jakiś automat zmusza ludzi do gnębienia mnie, a tym samym sprawia, że nerwy mi puszczają i mówię do jakiegoś biednego człowieka „cholera” i „kurwa mać”?!

Chętnie bym napisała w tej sprawie list do Orange, ale ich strona internetowa przyjmuje tylko listy do 1000 znaków. To stanowczo za mało, jak dla mnie! A pocztą tradycyjną słać nie będę, bo szkoda mi forsy na znaczek, a także szkoda papieru i atramentu.

Mam tylko nadzieję, że do kwietnia 2015 już nikt z Orange do mnie nie zadzwoni. Przysięgam, że te telefony potrafiłyby z równowagi wyprowadzić nawet świętego, a co dopiero mnie.

Telefon, czyli osobiście pójdę po prośbie

Jedna z moich ulubionych sentencji łacińskich brzmi: „Tempora mutantur et nos mutamur in illis”, co znaczy, że czasy się zmieniają a my zmieniamy się wraz z nimi. Powszechna cyfryzacja i komputeryzacja zmieniły nas strasznie! Nie odpowiadamy na listy, bo mail jest nie ważny. W końcu tyle tego przychodzi. Do mnie średnio ponad dwieście dziennie, z czego ponad sto pięćdziesiąt to śmieci. Inni maja podobnie, więc stąd szok, gdy ja komuś odpowiem. Gdy dzwoni komórka i nie odbieramy, to potem w większości nie oddzwaniamy, bo po cholerę. Ja oddzwaniam i też wywołuje to szok, bo czasem oddzwaniam do kogoś, kto zadzwonił do mnie przez pomyłkę.

W czasach zwykłych telefonów i zwykłej poczty było inaczej. Listy rzadko pozostawały bez odpowiedzi. No… chyba, że urzędowe. Na telefony tez przeważnie odpowiadaliśmy.

Jeszcze dwadzieścia lat temu, ponieważ nie mieliśmy komórek, a tylko telefony domowe, więc do ludzi dzwoniło się wielokrotnie, by zastać ich w domu. Pamiętam, jak do ojca cały dzień wydzwaniał jakiś facet. Wieczorem zadzwonił po raz nasty i spytał o redaktora Piekarskiego. Mama odpowiedziała, że jeszcze nie wrócił z pracy.
- A czy redaktor Piekarski w ogóle dziś do domu wróci? – Spytał ów pan. Na to mama odpowiedziała, a była mistrzem ciętej riposty:
- Wie pan, przez trzydzieści lat do mnie wracał, ale może dziś jest ten dzień, kiedy już nie wróci.
Facet zaniemówił. Po chwili milczenia bąknął „przepraszam” i rozłączył się.

Były też sytuacje, że nie wychodziło się z domu, bo czekało się na ważny telefon. Gdy miałam szesnaście lat i podejrzenie, że ON, w którym kochałam się na zabój, może zadzwonić – siedziałam kamieniem w domu i co pięć minut gapiłam się na aparat telefoniczny. I choć dziś na samo wspomnienie pukam się w czoło, to jednak… nie da się ukryć, że tak było.

Piszę o tym, bo od dłuższego czasu życie moje i Ulubionego wygląda tak, że Ulubiony ćwiczy tekst monodramu „Listy do Skręcipitki” na zmianę z majsterkowaniem, bandyckimi epizodami w serialach, a przez jakiś czas mierzeniem kostiumu. Ja zaś piszę swoje rzeczy i biegam do redakcji na zmianę z pisaniem pism do potencjalnych sponsorów. Coś tam udało się załatwić, ale jeszcze nie chcę zapeszać. Najzabawniejsze jest jednak to, że szybko się uczę. Po dwóch tygodniach słania listów nauczona doświadczeniem zaprzestałam wysyłania ich bez wstępnego uzgodnienia telefonicznego, że je wyślę. Wysłane „na pałę” zawsze pozostają bez odpowiedzi. Nikt ich nie czyta. Wszyscy kasują. Trzeba więc się zaanonsować. Jak wygląda anonsowanie się? Ano tak, że dzwonię i… nikt nie odbiera.  Bywa, że na dodzwonienie się w jedno miejsce poświęcam pół dnia, co paraliżuje mi wszelkie inne prace. Przede mną leży notes z lista osób, do których trzeba wykonać telefon. I tak dzwonię. Prawie dwa razy w rynnę, a trzy razy w parapet. Nikt nie odbiera. Nie odbierają komórek rzecznicy prasowi, biura marketingu itd. A osoby, które odbierają odsyłają do innych, które są ważniejsze, decyzyjne itd., cieszą się, że mi pomogły podając na nie namiar, a te osoby ważniejsze i decyzyjne nie odbierają i tak… kółeczko się zamyka. Ulubiony ćwiczy, majsterkuje, uprawia legalny rozbój w serialach, a ja wiszę na telefonie jak małpa na gałęzi, zaś potencjalni sponsorzy nawet nie podnoszą słuchawki.

W pewnym momencie zaświeciło nam się światełko nadziei z rzutnikiem. Odezwała się czytelniczka, że może nam rzutnik pożyczyć. Ale… tak jak światełko szybko zaświeciło się, tak i szybko zgasło.  Poza napisaniem kilku słów do Ulubionego więcej nie odpisała. Nie odebrała ani razu telefonu. Nie odpisała na SMS. I tak wszystko umarło śmiercią naturalną.

A ja tak myślę, że skoro pisanie nie odnosi rezultatu, telefonowanie też nie bardzo to może trzeba zacząć jeździć osobiście? No po Warszawie jeszcze można, ale dalej…?

Najgłupsze jest to, że po to kiedyś Abraham Bell wymyślił telefon, by ludzie mogli się szybciej ze sobą skontaktować. A teraz, wróciliśmy do punktu wyjścia. Ciekawe, czy pomysł z osobistym pukaniem od sponsora do sponsora odniesie jakiś rezultat?

Lektura obowiązkowa

Gdy pisałam ostatnio o gali Blog Roku 2012 i blogach, wspomniałam o jednym, do którego będę zaglądać. Na razie czytam archiwalne wpisy. Jestem trochę rozczarowana, że nie został głównym zwycięzcą, ale cóż… jak pisałam wcześniej, większość blogów to nie mój świat. Blog „Na marginesie życia” pisany anonimowo przez Kuratora sądowego jest wstrząsający. Wprawdzie niczego nowego się z niego nie dowiedziałam, bo jako dziennikarka, też znam tego typu historie, jednak ich nagromadzenie w jednym miejscu spowodowało, że zaczęłam się zastanawiać. Czy to, o czym pisze Kurator, czyli cały jego blog, nie powinien stać się lekturą obowiązkową w Sejmie, Senacie, kancelarii Prezydenta? Czy wszyscy ci, którzy w swoim czasie przegłosowali ustawę antyaborcyjną, ci którzy są przeciwko refundacji antykoncepcji i tak wzdragają się przed wychowaniem seksualnym w szkołach, nie powinni poczytać tych prawdziwych historii o patologiach? Patologiach, które dzieją się nie w ciemnym PRL, ale teraz? Tak! Teraz! Kiedy jesteśmy w Unii! Kiedy planujemy wejść do strefy Euro. Kiedy telewizja (to okno na świat) przechodzi na system cyfrowy nadawania. Kiedy kolejna modelka operuje sobie cycki i wstrzykuje w wargi silikon. Kiedy trwa kolejna edycja „Voice of Poland” i ma być kolejna „Tańca z gwiazdami”. Kiedy wokół dysputy o katastrofie smoleńskiej, związkach partnerskich, in vitro i homofobii. Kiedy apelujemy o 1% dla potrzebujących. Kiedy cała polska czyta dzieciom! (Choć równocześnie jeden zidiociały minister chce likwidować szkolne biblioteki!) Gdzieś tam istnieje świat opisywany przez kuratora. Świat, który też znam. Ten świat jest bardzo blisko nas. Czasem nawet nie wiemy, jak blisko. Bywa, że tuż za płotem strzeżonego osiedla, na którym odgrodziliśmy się od motłochu. I naiwnie myślimy, że jak czegoś nie widzimy – to nie istnieje.

Pewnie politykom i tym świętojebliwym hipokrytom, którzy maszerują w obronie życia poczętego nie w smak będzie, że autor bloga nazywa swoich bohaterów „jebanymi patolami”, ale cóż… sama prawda!

Iluż ja spotkałam takich na swojej dziennikarskiej drodze! Na szczęście do tych wszystkich miejsc, w przeciwieństwie do pana Kuratora, nie musiałam wracać. Dlatego czasem mylą mi się już te domy ze śmierdzącymi podłogami, meblami, gnijącymi szmatami i wiadrami na gówna. Mylą mi się te stare bezzębne kobiety, otoczone gromadką dzieci, które w trakcie rozmowy okazywały się być nie ich babciami, a matkami, bo są albo w moim wieku, albo nawet młodsze.

Ludziom z polskiej prawicy lub jak chce posłanka Joanna Senyszyn „katoprawicy” wydaje się, że wystarczy mówić o kościele, Bogu, krzyczeć z ambony i już wszyscy potulni jak owieczki zawiążą sobie „chujki” na supeł, a dziurki w „cipkach” zakleją świętymi obrazkami. Przeciętny, nawet bardzo wykształcony Polak, kompletnie nie zdaje sobie sprawy z tego, że istnieje naprawdę wielka patologia i jej skala w Polsce jest ogromna. I tu nie pomoże ksiądz! Nie pomogą ustawy zakazujące aborcji i nakładające kary za dzieciobójstwo! Komornik, który nie przebiera w słowach i na blogu rzuca mięsem, (jak nie przymierzając Ulubiony łupinami słonecznika, racząc się nim, gdy oglądamy razem filmy), słusznie, choć bardzo brutalnie napisał to, co ja ciągle mniej brutalnie powtarzam, ku zgorszeniu wielu osób z mojego otoczenia. Dla prymitywnych ludzi seks jest najtańszą formą rozrywki! Na dodatek ludzie ograniczeni umysłowo, kierują się głównie instynktami, a instynkt seksualny będący instynktem pierwotnym jest silny. Tylko dlatego, że przez lata człowiek się ucywilizował, przeciętny zdrowy na umyśle facet widzący na ulicy seksowną babkę nie walnie jej w łeb czym popadnie i nie zaciągnie za włosy do najbliższej bramy w celu ulżenia swoim chuciom. Cywilizowany człowiek wie, że nie może. Że może tylko patrzeć. Dobre maniery wymagają też, by mu kuśka przy tym nie drgnęła, bo zostanie okrzyknięty zboczeńcem. Prymityw i to prymityw ograniczony umysłowo, bo jest upośledzony i to upośledzenie odziedziczył po równie upośledzonych rodzicach, a oni po dziadkach itd., będzie się kierował instynktem! Jemu nie tylko kuśka stanie, jak nie przymierzając kolumna Zygmunta, jeszcze mu ślina z gęby pocieknie. A jeśli upośledzony jest bardziej niż w stopniu umiarkowanym to może jeszcze zacząć onanizować się na ulicy. Ten, kto nie jest upośledzony, a jedynie prymitywny tylko gwizdnie i coś niestosownego powie. Coś takiego, przy czym „Cześ lalunia! Dajesz dupy?” wyda się niemal biblijnym cytatem.

Mam koleżankę, która ma upośledzoną umysłowo córkę. Tego typu upośledzenie pojawiało się wcześniej w rodzinie ojca dziewczyny. Stwierdzono zresztą, ze jest spowodowane wadą genetyczną. Dziewczyna upośledzoną jest w stopniu znacznym, czyli jest na poziomie 3-6 latka. O sobie mówi w trzeciej osobie. Główne zajęcie to bujanie się przed telewizorem na piłce terapeutycznej i zmienianie kanałów. Fizycznie dziewczyna jest zdrowa, więc… potrzeby seksualne ma. Opowieści o tym, co i gdzie sobie wsadzała, czym się onanizowała itd. mogłyby u wielu wywołać salwy śmiechu. Proszę jednak pomyśleć, co by się działo, gdyby pozwolono jej uprawiać seks bez zabezpieczeń? To jednak dziewczyna z dużego miasta. Z inteligentną mamą, która wie, co się stanie, gdy córkę bez zabezpieczeń puści na jakiekolwiek zajęcia dla upośledzonych. Opowieści o tym, jak córka w odpowiedzi na zakaz kontaktów z poznanym na jednych zajęć ukochanym (równie upośledzonym, jak ona) moczyła się w majtki, onanizowała itd. wstrząsnęłyby niejednym przedstawicielem „katoprawicy”. I niech to on teraz spróbuje mówić tu upośledzonej dziewczynie o moralności. A ona mu na to mówiąc o sobie w trzeciej o sobie: „A ona chce! Ona wie, że nie może, ale ona chce.” I zacznie bić się po rękach mówiąc: „Brzydka, brzydka, znowu zaciskałaś uda,” I mimo prośby, straszenia Panem Bogiem itd. wejdzie okrakiem na piłkę terapeutyczną i pozaciska sobie między udami to i owo, by mieć jedyną dostępną sobie przyjemność. Bo przecież nie do końca rozumie nawet te bajki, które są niemymi przesuwającymi się obrazkami.

Wielokrotnie w trakcie rozmów z koleżanką, matką tej dziewczyny, zastanawiałyśmy się, czy antykoncepcja nie powinna być refundowana. Czy dla dobra społeczeństwa pewnych ludzi nie powinno się, jeśli nie przymusowo sterylizować, to jakoś jednak zapobiegać ich rozmnażaniu, by nie przychodziły na świat kolejne patologiczne jednostki. Bo seks to pół życia i pół szczęścia, a na dodatek instynkt. Jak więc go komuś, kto nie rozumie norm społecznych, zakazać seksu, który przecież zdaniem kościoła ma prowadzić tylko do prokreacji? Nie wiem, jak społeczeństwo powinno radzić sobie z tym problemem. Wiem, że ustawy, które mamy nie pomagają w zwalczaniu patologii, jaką jest rozmnażanie się ludzi, którzy żyją na marginesie życia. Nie jestem zwolennikiem aborcji. I nawet nie dlatego, że zdarzają się geniusze pochodzący ze slumsów. Choć jeden na sto tysięcy to słaby wynik. Uważam jednak, że aborcja powinna być dopuszczalna, a nawet w niektórych przypadkach dla dobra społeczeństwa refundowana. Płacimy wszyscy ciężkie pieniądze w postaci zasiłków ludziom, którzy nie dają temu krajowi nic! Dajemy im je, by mogli chlać i bezkarnie rozmnażać się porzucając to, co się w nich zalęgnie w gnojówce. Opisywałam tu kiedyś historię warszawskiej rodziny, w której ciężarna córka chlała z matką i konkubentem. W trakcie libacji urodziła. Dziecko wypadło jej spomiędzy nóg, jak mojemu psu stolec. Ponieważ płakało, ojciec dziecka podniósł je spod stołu i wyrzucił przez okno na bruk. Jak potem zeznał – myślał, że to kot! Robiłam o tym reportaż. Jeździłam na dokumentację z kamerą. Po latach zawsze, gdy przejeżdżam tamtędy ulicą przypominam sobie tę sprawę. Myślę wtedy, że z jednej strony ktoś zabił nowonarodzone dziecko (już pijane, bo matka miała ponad 2 promile alkoholu we krwi) i to jest straszne. Ale z drugiej, gdyby przeżyło i wychowywało się w tej rodzinie…, co by z niego wyrosło?

Na zabitych dechami wsiach, a także w wielkomiejskich slumsach, gdzie ludzie w najlepszym przypadku myją się raz na tydzień, a seks uprawiają codziennie, lęgnie się nowe życie. Celowo użyłam słowa „lęgnie się”. Ono się nie rodzi. Tam człowiek nie przychodzi na świat. Tam się lęgnie, jak wesz lub karaluch. Ileż odwiedziłam takich domów z kamerą. Ale, tak jak już wspomniałam, w każdym z nich byłam raz, góra dwa. Kurator, autor bloga „Na marginesie życia” odwiedzał niektóre z nich wielokrotnie. Niemal codziennie patrzy na ludzkie ścierwo, od którego rząd, prawo i świadoma część społeczeństwa wymaga więcej niż to ludzkie ścierwo jest w stanie dać. Bo ludzkie ścierwo nie jest w stanie zrozumieć tych wymagań. Mamy zwyczaj przykładać swoją miarkę do wszystkich. Każdy z nas tak robi. Pamiętam, jak Zofia Nałkowska, której ojciec był geografem pisała w swoich pamiętnikach, że jako dziecko myślała, że każda książka jest geografią! Im jesteśmy starsi tym szersze mamy spektrum patrzenia na świat. A jednak… nadal patrzymy przez pryzmat siebie. Ja ciągle nie rozumiem, jak kogoś może nie interesować czytanie. Ale… Muszę się z tym pogodzić! Są tacy, dla których ślęczenie nad książką nie jest przyjemnością a katorgą. Muszę pogodzić się z istnieniem ludzi, dla których w wysilaniu mózgu nie ma nic przyjemnego. Dla których przegrzewanie się zwojów nie jest podnietą. To ludzie, których nie interesuje poznawanie świata, ani człowieka. Nie interesuje ich nawet poznawanie samych siebie. Chcą chlać, żreć, rżnąć się i wydalać! Nawet myć niekoniecznie! Czy kiedykolwiek polski rząd, politycy i ultrakatolickie społeczeństwo, które nie wyściubia nosa poza swój dom i kościół, przyjmą do wiadomości, że czy nam się to podoba czy nie, to jednak ta patologia istnieje! Nie jest promilem, ale sporym procentem w naszym społeczeństwie. My tej patologii nie zmienimy żadnymi ustawami. Bo ustawa nie zmieni człowieka upośledzonego, nawet w stopniu lekkim, w zdrowego i normalnego!  Owszem, upośledzony w stopniu lekkim może przy intensywniejszym treningu poznawczym i po dłuższym czasie, osiągnąć podobne wyniki, co osoby z przeciętnym IQ. Jednak musi być ktoś, kto na takie zajęcia je skieruje. Ktoś, komu będzie na tym zależało. Większość z nich została zrodzona przez równie upośledzonych rodziców.

Pamiętam, gdy pojechałam z kamerą do jednej z zabitych dechami mazowieckich wsi. O pomoc poprosiła matka chłopca, który właśnie został przewieziony do więzienia, bo sąsiad oskarżył go o gwałcenie własnego brata i innych dzieci. Matka twierdziła, że sąsiad jest zazdrosny, bo ten chłopak jest pracowity i na dodatek najlepszy uczeń w klasie. No to pojechałam. Chłopak owszem, najlepszy uczeń klasie, ale w szkole specjalnej. Jest upośledzony w stopniu umiarkowanym. Czy gwałcił brata? Trudno mi powiedzieć, bo brat też upośledzony. A matka, jak wynikło z rozmowy rozpaczała nie dlatego, że jej syna niesłusznie do pierdla wzięli, ale dlatego, że jak syn w pierdlu, to nie dostanie na niego z OPS’u zasiłku. No i żniwa nadchodzą, a on nie zarobi. A w czasie żniw to u wszystkich sąsiadów pracował i kupę forsy do domu przynosił. Jak teraz będzie żyć? W odrapanej chałupie z gównami wylewającymi się z wiadra, (bo wczoraj pani redaktor zatkał się sedes) oprócz dwóch synów (być może gwałconego i być może gwałcącego) była jeszcze czwórka dzieci. Przestraszona, brudna i też upośledzona umysłowo w stopniu umiarkowanym lub lekkim. Przyjechałam zapowiedziana, wiec na przyjazd mój i kamery mieszkanie ogarnęli. Mieszkanie, która dla przeciętnego, normalnego, niepatologicznego człowieka byłoby straszne!

Nie chcę opisywać tych wszystkich patologii, które widziałam, jako reporter, bo niepotrzebna Kuratorowi konkurencja.

A piszę o tym, bo chciałabym, by znalazł się wydawca, który nie tylko opublikowałby te krótkie dziejące się na marginesie prawdziwego życia opowiadania Kuratora, ale jeszcze zdobyłby się na charytatywny gest w stronę wszystkich upośledzonych w tym kraju i całego społeczeństwa. Wydawca, który wysłałby po jednym egzemplarzu tej książki do każdego posła, senatora i proboszcza. Niech zobaczą, jak wygląda prawdziwa Polska. Ta, której nie da się nauczyć moralności i norm etycznych katechizmem, kodeksem karnym itd. Ta, w której prawo wyznacza instynkt pierwotny. Ta Polska, która stanowi poważny, choć wciąż niezbadany procent naszego społeczeństwa.

Wciśnij jeden, czyli dzwonię z propozycją

Ponieważ cały czas szukamy sponsorów do monodramu, więc Ulubiony ćwiczy itd., a ja w chwilach, gdy nie pracuję ślę rożnego rodzaju listy. Scenografia na pewno będzie w dużej mierze oparta na projekcji multimedialnej, więc… potrzebny rzutnik. Niektóre teatry, z którymi rozmawiamy, że monodram będzie tam wystawiony, mają rzutniki. Są jednak mniejsze sceny, które czegoś takiego nie mają. Uznaliśmy, że można zaproponować firmom produkującym rzutniki tzw. barter. Niech w zamian za reklamę (oferta nasza bogata) któraś z nich wypożyczy lub podaruje nam rzutnik. No i zaczęło się. Wiele producentów rzutników nie ma przedstawicielstwa swoich firm w Polsce. Te od razu skreśliłam z listy. Są też takie, które nie podają na stronie internetowej żadnego adresu tylko formularz kontaktowy. Rozpoczęłam, więc dzwonienie do nich na infolinię. Po odsłuchaniu, że rozmowa jest nagrywana, nastąpiła kolejna informacja: „jeśli chcesz rozmawiać w sprawie… wciśnij jeden. Jeśli w sprawie… wciśnij dwa” itd. Aż do sześciu, czasem siedmiu, bo wymieniane są aparaty fotograficzne, laptopy itd. Coś tam wreszcie wcisnęłam. Znów posłuchałam sobie: „Proszę przygotować numer seryjny produktu i poczekać na połączenie z konsultantem. Twoja rozmowa jest… w kolejce.” Nic takiego jak numer seryjny nie mam, bo ja przecież w innej sprawie, ale dzielnie czekam. Wreszcie ktoś odbiera i po wysłuchaniu z czym dzwonię, że z propozycją współpracy reklamowej na zasadzie barteru i proszę o adres e-mail do działu marketingu, ten ktoś informuje mnie, że nie jest upoważniony do podawania mi adresu e-mail do polskiego przedstawiciela producenta rzutników! I tak trzy serwisy trzech różnych producentów mi powiedziały. A ja tak sobie teraz myślę… Jeden rzutnik to dla producenta nie majątek. Zwłaszcza w  porównaniu z kwotą 255 tysięcy z hakiem, na jaką dało się oskubać ostatnio pewnemu studentowi Media Markt. Ofertę reklamową mamy bogatą. Na pewno tego typu reklama kosztuje drożej niż ten jeden rzutnik. Tylko ja cały czas nie wiem, czy oni chcą dotrzeć do odbiorców czy nie? Czy znów trzeba mieć po prostu znajomości?