Archiwa tagu: urzędy

Co z tymi listami?

Dwa dni konfigurowałam nowy telefon. Cóż… przy takiej liczbie kontaktów, które wprawdzie skopiowałam jednym ruchem do nowego aparatu, ale porządkować musiałam już na piechotę, po prostu nie dało się szybciej. Dziś stanęłam oko w oko z pocztą, a właściwie InPost, czyli spółką, którą wygrała przetarg na dostarczenie poczty z sądów. Sprawa beznadziejna. Poprzednie dwa listy z sądu nie trafiły w moje ręce, gdyż miałam na ich odebranie tydzień w takich godzinach i takim miejscu, że niestety nie byłam w stanie tego zrobić. Akurat miałam wtedy straszny młyn w redakcji. Teraz przyszedł list do Ulubionego. Oboje zazgrzytaliśmy zębami. Dlaczego? Oto od kilku dni pracujemy w domu. Wolne zawody, zwłaszcza humanistyczne to takie, które przeważnie wykonuje się w domu. I tak oboje z Ulubionym, a ostatnio i mój syn, który uczy się, przebywamy głównie w domu. Chętnie popisałabym w parku, ale pogoda temu nie sprzyja. Tak więc dom, dom i jeszcze raz dom. Dlatego gdy wyrzucałam ostatnio śmieci, ze zdumieniem, odkryłam w skrzynce na listy awizo. Nie. To nie Poczta Polska. Listonosz, pan Paweł, świetnie wie, że my jesteśmy w domu i polecone można przynieść do mieszkania. Ma też nasze telefony komórkowe, by w razie czego zawiadomić, że idzie z czymś ważnym. Wszystkie awiza w skrzynce to InPost. Ich pocztylion nigdy nie puka do drzwi. Nie wiem nawet jak wygląda. Czy zawsze przychodzi ten sam. Jest dla mnie tak anonimowy, jak w dzieciństwie mleczarz, którego nigdy nie widziałam, a jakoś to mleko pod drzwiami się znajdowało. Poprzednie awiza, choć przychodziły w chwilach, gdy byłam w redakcji, tak naprawdę też nie powinny trafiać do skrzynki. W domu byli przecież i Ulubiony i syn. Dziś, po tych kilku historiach, kiedy zostawiono nam w skrzynce awizo, postanowiłam zaprotestować i zadzwonić do InPost z reklamacją. Ciężka to sprawa. Po pierwsze po wykręceniu numeru infolinii człowiek gubi się w gąszczu komentarzy „jeśli chcesz wciśnij….”. Wciskałam więc i wciskałam, a tu nic. Za każdym razem kolejne polecenia, bym coś wciskała. Wreszcie… za którymś tam wciśnięciem przełączyło mnie do działu reklamacji. Przełączyło nie znaczy niestety, że połączyło. Na podniesienie słuchawki czekałam dobry kwadrans pisząc wtedy tekst do jednej z gazet. Wreszcie…. odebrał pan. Wysłuchał mnie, spytał z jakiej miejscowości dzwonię, a po uzyskaniu wszystkich informacji podał mi numer do punktu obsługi klienta zajmującego się rejonem Warszawy, w którym mieszkam. Podziękowałam panu, rozłączyłam się i zaczęłam dzwonić. Połączyłam się za siódmym razem. Po krótkiej rozmowie dowiedziałam się, że podano mi numer telefonu nie do tego oddziału InPost. Otrzymałam drugi numer. Rozpoczęłam dzwonienie. Bezskutecznie. Siedem razy włączała się poczta głosowa. Wreszcie wraz z Ulubionym zdecydowaliśmy się pojechać odebrać list. Gdy on kwitował odbiór, ja spytałam, co możemy zrobić, by otrzymywać przesyłki, a nie awiza. Pani powiedziała, że nie jest możliwe, że ktoś przyniósł nam awizo i nie dał przesyłki, bo to nie jest w interesie doręczyciela. Jak mi bowiem wyjaśniono listonosze InPost mają płacone od dostarczonych przesyłek, a nie od zostawionego awizo. No wszystko fajnie, ale gdyby ktoś do nas dzwonił do drzwi, to byśmy słyszeli, bo… pies by zaszczekał. Zrobiłby to minimum raz. Skoro cały dzień ktoś był w mieszkaniu, jak to się stało, że na górę nikt nie przyszedł, a w skrzynce pojawiło się awizo? Jak to się stało, że listonosz Paweł nas zastał, a ten z InPost nie? Pani w okienku w oddziale InPost wzruszyła ramionami i na karteczce napisała cztery numery telefonów, pod którymi mogę zgłosić swoje uwagi. Pod dwoma nikt nie odbierał (jeden zresztą był tym numerem, pod który dzwoniłam wcześniej, a który milczał jak grób). Pod trzecim odezwał się jakiś pan. Przy okazji powiedział mi, że moim listonoszem jest kobieta. Cóż… Fajnie. Już ze 20 lat nie widziałam kobiety dostarczającej pocztę. Wreszcie gender w tym zawodzie. Pan zapewnił, że sprawa będzie załatwiona, ale poprosił o opisanie jej w mailu, bo teraz jest…. na spacerze z psem! Cóż… opiszę. I tylko zastanawiam się, jak to się skończy?  Moje rozmowy, a właściwie korespondencja z operatorem komórkowym, czyli firmą Play (o których już pisałam), trwają. W odpowiedzi na moją skargę stwierdzili bowiem, że… sama jestem sobie winna, bo nie przeczytałam wszystkich informacji o telefonie! No rzeczywiście. Nie sprawdziłam na jaką jest kartę SIM, bo nie spodziewałam się, że jest kilka rodzajów kart. W czytaniu specyfikacji skupiłam się na innych funkcjach telefonu.

Oj…. Ta biurokracja! A w mróz tak niefajnie jest wychodzić, by załatwiać nudne urzędowe sprawy. Już wystarczy, że w sprawie telefonu latałam, jak przysłowiowy kot pęcherzem.

Sąd o spotkanie autorskie

Była jesień, gdy dostałam pocztą zawiadomienie, że Sąd Okręgowy w Olsztynie IV Wydział Pracy i Ubezpieczeń Społecznych prowadzi sprawę z oskarżenia Zakładu Ubezpieczeń Społecznych w Olsztynie przeciwko Wojewódzkiej Bibliotece Publicznej w Olsztynie o to, że ta rzekomo popełniła przestępstwo nie zapłaciwszy za mnie ubezpieczenia społecznego za spotkanie autorskie, które tamże miałam. Najpierw była to tylko informacja, więc się tym nie przejęłam. List był do mojej wiadomości. Wydało mi się to wszystko idiotyzmem, ale… czy mało to ich w naszym kraju? Tak więc przyjęłam informację do wiadomości i list schowałam. Potem… przyszedł drugi list z informacją, że Biblioteka się odwołała od decyzji sądu, który ku memu zdumieniu przyznał rację ZUS-owi. Potem przyszło pismo, że mam złożyć zeznania. Pismo przyszło w momencie najgorszym, bo na przełomie listopada i grudnia, kiedy wpadłam w wir nowych obowiązków, jakimi jest m.in. co jakiś czas wydawanie porannego programu „Dzień Dobry Warszawo”. Dlatego o liście zapomniałam. W ostatni piątek przyszedł nowy. Treści takiej:

„Sąd Okręgowy w Olsztynie IV Wydział Pracy i Ubezpieczeń Społecznych w sprawie z odwołania Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej im. E. Sukert-Biedrawiny w Olsztynie przeciwko Zakładowi Ubezpieczeń Społecznych Oddział w Olsztynie o ustalenie niepodlegania obowiązkowym ubezpieczeniom społecznym, ponownie zwraca się z prośbą o zajęcie w terminie 14 dni stanowiska w sprawie odwołania Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej w Olsztynie od decyzji organu rentowego z dnia (…) stwierdzającej, że w okresie od dnia (…) do dnia (…) podlegała obowiązkowym ubezpieczeniom społecznym z tytułu wykonywania umowy zlecenia z dnia (…), przedmiotem której było przygotowanie i przeprowadzenie spotkania autorskiego z czytelnikami w Miejskiej bibliotece publicznej w Działdowie w dniu. (…) z użyciem własnych tekstów, w ramach projektu Dyskusyjne Kluby Książki realizowanego we współpracy z Instytutem Książki. W szczególności do wskazania: tematyki, zakresu i harmonogramu spotkania z dnia (…) z podaniem godzin i czasu jego trwania, jakie czynności podejmowała Pani w ramach przygotowania i przeprowadzenia wskazanego spotkania autorskiego; czy na tym spotkaniu przedstawiała Pani materiały dotyczące swojej twórczości czy innych autorów, a jeżeli tak – to jakich; czy w ramach zawartej umowy sporządzała pani własne teksty, wykazy, slajdy, recenzje, opinie itp., czy stworzone na potrzeby przedmiotowego spotkania autorskiego materiały miały charakter wykładu na konkretny temat, traktującego o jednym konkretnym zagadnieniu mającym na celu dokładne i szczegółowe przedstawienie określonej problematyki np. konkretnej książki; jaki charakter miał rezultat tego spotkania.

Jednocześnie sąd informuje, iż brak odpowiedzi może skutkować koniecznością osobistego stawiennictwa w Sądzie na rozprawie.

Przyznam, że diabli mnie wzięli. Nie lubię urzędniczej głupoty. A tu moim zdaniem własnie z czymś takim mam do czynienia. Siadłam więc i napisałam odpowiedź:

W nawiązaniu do pisma z 30 grudnia 2013 wyjaśniam co następuje.

Spotkanie w dn. 17 maja 2011 w bibliotece szkolnej w Działdowie odbyło się o g. 12:45. Tak wynika z moich zapisków w kalendarzu oraz faktu, że w tym dniu o g. 9:30 byłam na takim samym spotkaniu w Lidzbarku Welskim. Załączam druk zdjęć i z Działdowa i z Lidzbarka. Resztę mogą Państwo znaleźć na mojej stronie
http://piekarska.com.pl
w zakładce spotkania / było minęło, szukając odpowiedniej daty.

Każde spotkanie ze mną trwa ok. 2 godzin lekcyjnych i kończy się odpowiedziami na pytania. Ile trwała druga część, czyli ile odpowiadałam na pytania na tym konkretnym spotkaniu – nie pamiętam. Mam sporo spotkań autorskich i wszystkie zlewają mi się w jedno.

Każde spotkanie autorskie dotyczy moich własnych książek lub działalności dziennikarskiej. Jestem autorką sześciu publikacji książkowych i kilku tysięcy artykułów prasowych.  Moje książki to m.in. będąca w lekturze „Klasa pani Czajki”. Na spotkania przyjeżdżam z własnym laptopem i pokazuję prezentacje przygotowane przeze mnie, a dotyczące mojej twórczości pisarskiej. Opowiadam o swoich książkach i warsztacie pisarza oraz odpowiadam na pytania czytelników. Ewentualnie są to spotkania dotyczące twórczości dziennikarskiej, a wtedy opowiadam o swoich reportażach itd. Każde spotkanie na bieżąco dostosowuję do sytuacji na sali oraz atmosfery, jaka towarzyszy spotkaniu.

Podczas spotkań pisarskich zaczynam z reguły od ogólnej prezentacji pokazującej mój dorobek. Potem mam prezentacje dotyczące poszczególnych publikacji. Na tym spotkaniu na pewno prezentowałam fragmenty powieści „LO-teria”, czyli drugiej części „Klasy pani Czajki”, a także prezentacje dotyczącą tej książki, gdyż było to spotkanie w ramach organizowanej mi przez agentkę czegoś w rodzaju tzw. trasy promocyjnej książki, która do rąk czytelników trafiła na przełomie sierpnia i września roku 2010.

Prezentację mam przygotowane dawno. Każdą przygotowuję po ukazaniu się kolejnej książki i przygotowywana jest ona zawczasu z myślą o ewentualnych spotkaniach autorskich. (Prezentacja dotycząca „LO-terii” powstała więc w wakacje 2010 roku.) Bym, gdy nadejdzie czas – nie musiała specjalnie się przygotowywać. Co jakiś czas, coś w tych prezentacjach zmieniam i uzupełniam je o nowe dane. Np. kolejne wydania, dodruki, zmiany szat graficznych itd. Ewentualnie opowiadam o listach od czytelników.

Pragnę zauważyć, że w tym samym dniu (o czym zresztą wspomniałam) miałam spotkanie autorskie w Bibliotece w Lidzbarku Welskim. Z tego co mi wiadomo ta biblioteka nie została pozwana o niezapłacony ZUS z tytułu prowadzenia przeze mnie tamże spotkania. Oba spotkania w swoim przebiegu były takie same (proszę spojrzeć na zdjęcia). Kto powinien ten ZUS zapłacić? Tylko jedna biblioteka? Czemu akurat ta? Dlaczego w ogóle? To tylko niektóre z dręczących mnie pytań. Cała bowiem sprawa budzi moje spore wątpliwości. Jak wspomniałam – z zawodu jestem nie tylko pisarką, ale i dziennikarką. To jest sprawa dla reportera. Być może należy zastanowić się czemu ZUS jednych pozywa, a drugich nie. Czy jeśli za moment pozwie Lidzbark, to nie okaże się, że domaga się podwójnego odprowadzenia składek. W końcu składki płaci się za cały dzień pracy. W tym dniu wykonałam pracę dla dwóch bibliotek.

Jest jeszcze jedna sprawa. W tym roku, po wielu staraniach, uzyskałam stypendium Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego na dokończenie książek. Stypendium będę pobierała przez pół roku co miesiąc. Tak, jak inni pensje. Od stypendium nie jest odprowadzany ZUS, a tylko podatek dochodowy. Ciekawi mnie, czy ZUS pozwie również Ministerstwo, że od wypłacanego mi co miesiąc przez pół roku stypendium nie jest owo ubezpieczenie odprowadzane? Jeśli nie, to bardzo mnie interesuje czemu moment, kiedy mówię o swoje twórczości przez dwie godziny ma być obciążony obowiązkowym ZUS-em, a czas, kiedy przez pół roku ślęczę nad książkami – nie?

Sprawę w sądzie założoną przez ZUS tej Bibliotece uważam za próbę odebrania jej czytelnikom możliwości kontaktu z twórcami, a co za tym idzie z kulturą.

I na koniec: wszystkie spotkania odbywają się w ramach tzw. „umów o dzieło”. Być może tym razem (przyznaję, że nie zwróciłam na to uwagi) zawarta została „umowa zlecenie”. Być może tu tkwi błąd. A być może powinno być dopisane, że „umowa zlecenie” dotyczyła pracy wykonywanej przez dwie godziny. Czy przy ubezpieczeniu społecznym jest stawka dzienna czy godzinowa? To powinien już rozstrzygnąć sąd. Mam nadzieję, że na korzyść biblioteki i polskiej kultury.

Sprawę pozostawiam już bez komentarza, bo wszystko napisałam w sądowym wyjaśnieniu. Nie będę więc analizowała nawet pytania vel sugestii, czy na spotkaniu autorskim prezentuje swoją twórczość czy cudzą, bo co to za spotkanie autorskie o książkach np. Adama Mickiewicza z kimś innym niż Adam Mickiewicz? Dlatego pomijając wszystko najmocniej zastanawia mnie jedno. Dlaczego takimi sprawami zajmują się sądy i to za nasze podatniczce pieniądze?! I tak już na marginesie: Za spotkanie dostałam wynagrodzenie w kwocie 700 złotych brutto (wraz z kosztami podróży). Z poprzednich pism sądowych wynika, że ZUS domaga się od biblioteki drugich 700 złotych tytułem tego ubezpieczenia społecznego.

A poniżej zdjęcia z obu moich spotkań autorskich z dn. 17 maja 2011 roku. Zamieszczam chronologicznie:

W Bibliotece w Lidzbarku Welskim

W Bibliotece w Działdowie

auto

Od „wziatki” do „wziatki”

Poszłam ostatnio na pewną debatę dotyczącą Unii Europejskiej. Oczywiście nie obeszło się bez rozmów o Ukrainie. Słuchając tego, co mówią rozmówcy, pomyślałam, że ktoś, kto nigdy tam nie był i nigdy nic nie załatwiał w urzędzie – nigdy tego kraju nie zrozumie.

Unia Europejska ma swoje standardy antykorupcyjne. Ukraina, czy nam się to podoba czy nie, a także czy jej się to podoba czy nie, jest w trudnej sytuacji. To kraj tak skorumpowany, że aby korupcję zwalczyć trzeba by chyba w więzieniu zamknąć chyba wszystkich ludzi. Korupcja nie zaczyna się u szczebli władzy, ale w nizinach. Wiem o tym naprawdę sporo i nie tylko dlatego, ze Ulubiony jest obywatelem Ukrainy. Przez lata sprzątała u mnie Sława – Ukrainka spod Lwowa. Jeden z jej synów był policjantem.

- Pani Małgosiu, ja musiała dać wziatku szoby win praciuwaw – mówiła i tłumaczyła, że on potem też musiał i cały czas musi brać „wziatki”, czyli łapówki, bo co miesiąc musi płacić za utrzymanie się na stanowisku zwykłego policjanta. Gdyby chciał nie brać, nie miałby z czego żyć, bo łapówki, które trzeba wręczać komendantowi za możliwość pracy w policji, przewyższają pensję policjanta. Cóż… Komendant musi też coś odpalić swojemu szefowi, on swojemu i tak idzie to dalej aż do ministerstwa, a potem władz najwyższych z Prezydentem na czele. Kiedy mi to opowiadała – nie bardzo wierzyłam aż… losy zagnały mnie na Ukrainę w sprawie innej niż turystyka. Opisywałam tu w swoim czasie, jak Ulubiony wyrabiał sobie nowy paszport. (Przez ambasadę Ukrainy paszport można zrobić, ale starego typu. A Ulubiony chciał biometryczny, ważny 10 lat. Taki można wyrobić tylko na Ukrainie.) Koszt dodatkowy, to 3 tysiące hrywien (1500 złotych), by paszport był gotowy w trzy dni, a nie w miesiąc. Na siedzenie tam miesiąc, nie mogliśmy sobie pozwolić. Ukraińcy muszą brać „wziatki”, bo sami co chwilę muszą je dawać. Ja uparłam się, że przejadę Ukrainę bez wręczania łapówek. Nie było to proste, ale… udało się. (Poza stoma hrywnami danymi pany, w którego stuknęłam, a któremu i tak nic się nie stało, bo jeździł  „pancerną” ładą.) Jednak policja zatrzymywała mnie co chwilę. Oczywiście z powodu samochodu, który był nie tylko na zagranicznych przecież numerach, ale na skutek tej drobnej stłuczki lekko uszkodzony. Oto więc znalazł się powód, by mnie zatrzymać. A nuż uda się wyłudzić pieniądze?

Najbardziej wryła mi się w pamięć rozmowa z pierwszymi policjantami, którzy zatrzymali nas niemal zaraz po stłuczce. Uszkodzenie samochodu polegało na zbiciu szybki jednego reflektora i lekkim wgnieceniu przedniej maski. Na rozmowę z zatrzymującym nas patrolem poszedł najpierw Ulubiony. Wrócił po pół godzinie i powiedział:

- Idź ty, bo ode mnie chcą półtora tysiąca hrywien łapówki.

Poszłam więc i zaczęłam z grubej rury.

- Ja „wziatkiw” ne daju.

Panów najpierw zatkało, a potem jeden przez drugiego zaczynają tłumaczyć, że mam stłuczone auto i to jest niezgodne z przepisami.

- No to proszę mandat – mówię. Ale oni mandatu wystawić nie chcą. To im się nie opłaca. Dopiero później, gdy w hotelu odwiedza nas przyjaciel Ulubionego – Nazar, który jest inżynierem w fabryce czołgów, zaczynam domyślać się, że podstaw do wręczania mi mandatu nie było. Dlaczego? Oto zapytany przez nas Nazar, czy to co stało się samochodowi, to coś poważnego (na Ukrainie Fiaty to rzadkość, a Seicento jest modelem zupełnie nieznanym i już wtedy czuliśmy, że naprawiać je będziemy już w Polsce) słyszymy, że to nic takiego. A wyglądem auta mamy się nie przejmować, bo, jak powiedział Nazar „tu ludzie jeżdżą bez… drzwi”!

Policjanci jednak nie chcą odpuścić. Nie pomagają próby wmówienia mi, że jestem przestępcą zaczynają, więc… grozić. Ja odpowiadam też groźbami. Wyciągam legitymację dziennikarską. Ponieważ jest w niej napisane cyrylicą, kim jestem z zawodu, więc… działa. Na policjantach robi to ogromne wrażenie. Dlatego teraz ja zaczynam z wysokiego C. Wmawiam, że jestem jedną z najbardziej znanych polskich dziennikarek, więc za moment trafią na pierwsze strony polskich gazet i portali informacyjnych. To skutkuje. Życzą mi szerokiej drogi. Do auta wracam po góra pięciu minutach. Ulubiony jest w szoku. Potem opowiada mi, jak wyglądała jego rozmowa z „krajanami”.

- Ty Zachar jesteś, tak? – pytał jeden. – Słuchaj Zachar. Nas tu trzech. Ty swój człowiek (ludyna), ty rozumiesz. Każdy z nas ma żonę (drużynu), dzieci… – I w ten sposób przez pół godziny próbowali namówić Ulubionego, by on namówił kierowcę do zapłacenia łapówki. Pod koniec błagali. Grozić nie mogli, bo za kierownicą nie siedział on – tylko ja, obywatelka Unii Europejskiej.

Potem sprawa powtarzała się kilkukrotnie. Ale rozmowy trwały krótko. Ulubiony miał zakaz odzywania się, by nie wyszło, że jest stąd. A moja legitymacja prasowa u zwykłych funkcjonariuszy budziła strach..

Najciekawiej jednak wyglądała sprawa z powrotem z Ukrainy, kiedy na moim rozbitym samochodzie próbowali zarobić niemal wszyscy celnicy na granicy ukraińsko słowackiej. Zanim jednak spakowaliśmy się itd., zobaczyłam, jak Ukraina, korupcja i prawo, a właściwie jego nieprzestrzeganie, wpływają na mieszkańców. Uległ temu nawet Ulubiony, który dał się ponieść ostrzeżeniom wujka, że samochodem z rozbitym reflektorem nie wypuszczą nas z Ukrainy. Pojechaliśmy więc najpierw do warsztatu poleconego przez szwagra. Mechanik, który robił audi, mercedesy, skody itd., na widok Seicento, które przecież budzi u nas uśmiech politowania, zaniemówił. On taki samochód widzi po raz pierwszy. Części nie zdobędzie i w ogóle nie podejmuje się tego robić. Wszyscy zaczęli biadolić, że tragedia! Że już nigdy nie wyjadę z Ukrainy. Wszyscy święcie wierzyli, że z powodu zbitej szybki reflektora zostanę tam na zawsze! Ta panika zaczęła się udzielać i mnie. Pewnie dlatego dałam się namówić na jazdę na pobliski posterunek. Miałam tam uzyskać w komisariacie zaświadczenie, że mój samochód nie brał udziału w wypadku. Tak poradził Ulubionego wujek, który jest sędzią. Kazał się na siebie powołać na komisariacie, bo komendant to jego znajomy, a tym samym zażądać zaprowadzenia do samego komendanta. Na komisariacie wyraz twarzy ludzi zmieniał się na sam dźwięk nazwiska wujka. Wszyscy zaczynali nerwowo biegać wokół budynku komisariatu, ale… komendant do mnie nie przychodził. Jak tłumaczyli – pojechał w teren. Ma być za moment, a oni próbują go ściągnąć. Ten moment zdawał się przedłużać w nieskończoność. Ja zaczęłam się niecierpliwić i… myśleć. A czemu ja mam brać jakieś zaświadczenie, że pojazd nie brał udziału w wypadku? Niech oni mi udowodnią, że brał! I tak podjęłam decyzję. Dzwonię do konsulatu we Lwowie. Tam dyżurny kazał zadzwonić do ambasadora dyżurnego i podał jego komórkę. Zadzwoniłam, przedstawiłam się. Opowiedziałam wszystko od A do Z. Ambasador dyżurny parsknął śmiechem, a potem westchnął ciężko.

- No taki to kraj! Ale jak auto jedzie, to nikt pani nie zatrzyma. Nie ma podstaw. Oni tu czyhają na naiwnych, by wyciągnąć kasę. Nic im nie dawać! Pani jedzie na granicę normalnie. Jakby były kłopoty to pani do mnie zadzwoni.

Następnego dnia na granicy w Użgorodzie przy moim autku zebrało się całe „konsylium” celników. Najpierw próbowali groźbą, że nie można wyjeżdżać, bo auto stłuczone. Gdy spytałam o podstawy prawne zamilkli i zmienili strategię. Oto dbają o mój interes. Nie chcą mnie wypuścić, bo… Słowacja mnie nie wpuści! W Unii takimi autami jeździć nie wolno. Ja im na to, że ja jestem z Unii i u nas, jak samochód działa i światła działają, to ja mogę jechać, bo jakoś auto muszę dowieźć do warsztatu. Kiedy dorzuciłam informację, że u nich auta się naprawić nie da, bo taka marka to rzadkość, a modelu nikt nie zna – stracili rezon. Zostały im tylko błagania o łapówkę. Ale ja na takie błagania, tak jak i na pokazówki, że oto dzwonią do jakiegoś ministerstwa, urzędu itd., (a tak robili) jestem głucha. Gdy już wiedziałam, że mnie wypuszczą, bo zadzwonił do mnie ambasador dyżurny i wesoło spytał, „jak tam?” postanowiłam teraz ja zabawić się kosztem celników. Oto gdy na koniec spytali, czy wiozę coś hurtowo odpowiedziałam:

- Da, no ja stydajus pokazaty.

Rzucili się na mnie, jak sępy. Co też wiozę w dużej liczbie i wstydzę się pokazać? Sięgnęłam po papierową torebkę, w której było 30 drewnianych długopisów. To stara huculska zabawka, jak się później okazało można ją kupić także w Polsce, w Zwierzyńcu n. Wieprzem. Wtedy jednak jeszcze o tym nie wiedziałam ani ja ani Ulubiony. Owa zabawka, to po prostu drewniana pałeczka, która może być oprawką długopisu. Drewniana obsadka może być albo mężczyzną albo kobietą. Jej ruchoma część skrywa… narządy płciowe. W przypadku babki, to nacięcie z naklejoną kupą czarnych kłaków. W przypadku dziadka, to po prostu sztywna pałka. Jest to zabawne z wielu powodów. Między innymi dlatego, że dziadek np. w mundurze milicjanta ma taką pałkę w… paski. Dziadkowie w ludowych strojach ukraińskich przeważnie mają na głowach kapelusz lub wymalowany osełedec. Babki są w chustkach. Wyjęłam jedną obsadkę długopisu. Taką, która przedstawiała babkę, bo w końcu wokół mnie sami faceci – celnicy. Poruszyłam ruchomą częścią pokazując babcine przyrodzenie i powiedziałam udając mocno zawstydzoną:

- Wołosata szczo? My u Polszczy takich ne majemo.

Celników zatkało. Potem zaczęli się śmiać, ale nie wiem czy ze mnie, czy z babcinego owłosionego przyrodzenia, czy raczej jednak z siebie i swojej naiwności, że do końca liczyli na „wziatkę”.

Słowacy, gdy zawitaliśmy już na słowacką stronę granicy, na uszkodzone auto w ogóle nie zwrócili uwagi. Nie padło nawet pytanie „co się stało?”.

I kiedy teraz tyle się mówi o Ukrainie, że ona do Europy. Kiedy zachodnie państwa wstawiają się za Julią Tymoszenko, to ja pytam: Naprawdę wierzycie w to, że niewinna? Że nie jest umoczona w żadną korupcję? Jeśli tak, to trzeba by ją ogłosić świętą za życia. Bo w końcu, jak ona się tam uchowała? Rada Europy jeszcze w 1999 roku ustalając Cywilnoprawną Konwencję o przeciwdziałaniu korupcji przyjęła dość szeroką definicję korupcji. Uznano za nią: żądanie, proponowanie, wręczanie lub przyjmowanie, bezpośrednio lub pośrednio łapówki lub jakiejkolwiek innej nienależnej korzyści lub jej obietnicy, która wypacza prawidłowe wykonywanie jakiegokolwiek obowiązku lub zachowanie wymagane od osoby otrzymującej łapówkę, nienależną korzyść lub jej obietnicę, przy czym łapówka może stanowić korzyść nie tylko dla odbiorcy, ale i dla innego podmiotu.” Jak żyć na Ukrainie nie dając łapówek? Jak ich nie brać, gdy po dawaniu łapówek w portfelu nie zostaje z pensji nawet hrywna? Przecież tam życie upływa nie tak, jak u nas: od pierwszego do pierwszego lub od weekendu do weekendu, ale od „wziatki” do „wziatki”.

Nowoczesność, czyli strata czasu

Kiedy ostatnio kupowałam doładowanie karty miejskiej i stałam w półgodzinnej kolejce postanowiłam, że teraz będę nowoczesna. Kupię doładowanie przez Internet. Dziś nadszedł ten moment i zdecydowałam się zakupić takie doładowanie na cały kwartał. Z taką formą zakupu doładowania jest jeden problem, który do tej pory wydawał mi się błahy. Zgodnie z regulaminem (jest to napisane na stronie) Bilet kupiony on-line, a niezakodowany na karcie zbliżeniowej nie uprawnia do przejazdu (§ 5, pkt 3 Regulaminu serwisu e-WKM), dlatego przed aktywowaniem należy go zakodować w kodomatach lub biletomatach z funkcją kodowania. Z redakcji najbliżej jest do punktu ZTM na stacji metro Warszawa Centrum. Pobiegłam tam dziś szybciutko i…. okazało się, że kodomat jest zepsuty. Na pytanie gdzie jest inny dowiedziałam się, że:

- Był kiedyś tam (pan pokazał kierunek Świętokrzyska), ale go bodajże zlikwidowano.

- Ale ja się nie pytam gdzie był kiedyś, ale gdzie jest dziś.

Pan mi na to, że na górze przy zjeździe schodami na peron w kierunku Młocin, ale… nie wie czy działa. Dodał też, ze to co zrobiłam, czyli zakup przez internet, nie jest czymś wygodnym. Na koniec dorzucił, że jest to wymysł Mennicy Polskiej i on poleca zakup biletu u niego, czyli w punkcie ZTM. Sęk w tym, ze ja już bilet kupiłam i to kwartalny, czyli za 250 złotych. Poszłam więc we wskazanym kierunku, czyli do wejścia do stacji Metro Centrum od strony ronda i zjazdu na peron w kierunku Młocin. Na miejscu okazało się, że wskazany mi kodomat jest nieczynny. Kolejny skazany mi przez postronne osoby (z infolinią ZTM połączenie graniczyło z cudem – wisiałam na telefonie dobre 20 minut i nikt nie odbierał) tez był nieczynny. Wreszcie jeden był czynny, ale co mi tam wyświetlał za napisy – odczytywałam z trudem. Jakoś jednak zakodowałam. Miało być szybciej niż, gdybym stała pól godziny w kolejce. Tymczasem z wędrówką do kodomatu i poszukiwaniami działającego trwało wszystko godzinę. I dlatego ja się pytam. Czy naprawdę nie można zrobić tak, by bilet kupiony przez Internet zakodować i aktywować w tramwaju, metrze czy autobusie? Byłoby na pewno szybciej. A tak… chciałam być nowoczesna, ale znów jednak będę kupować go tradycyjnie. Bo okazuje się, że w XXI wieku nowoczesność to po prostu strata czasu.

Ponad miesiąc prześladowań, czyli nagrywane rozmowy

Ponieważ mój numer telefonu komórkowego jest dostępny na mojej stronie, więc dawno temu postanowiłam skorzystać z oferowanej przez operatora sieci komórkowej usługi blokowania połączeń od numerów zastrzeżonych. To bardzo ułatwia życie. Nie dzwonią wariaci, prześladowcy itd. No i co najważniejsze o ileż mniej mam telefonów z ofertami kredytów, spotkań w celu poinformowania mnie, w czym mam ulokować miliony, którymi na pewno wypchany jest, jeśli nie mój materac to przynajmniej, co druga skarpetka. Niestety wielu pracowników różnych „call center” przerzuciło się na telefon stacjonarny. Ponieważ 99% odbieranych przeze mnie telefonów na stacjonarny to różne propozycje nie do odrzucenia, więc doszło do paranoicznej sytuacji, kiedy służy nam on tylko do tego, by zadzwonić z niego do teściów na Ukrainę. W inne miejsca dzwonimy z komórek. Kiedy oglądamy filmy, czytamy coś itd. w ogóle nie odbieramy stacjonarnego telefonu. Niestety kiedy siedzę w gabinecie i piszę, niemal machinalnie podnoszę słuchawkę stojącego obok faxu i wtedy… zaczyna się. Od miesiąca czuję się prześladowana przez firmę Orange i jej call center. Jak to? Ano tak…

Od kilku lat mam wykupioną (najpierw w TPSA teraz w Orange) usługę „Neostrada”. Dwa lata temu przedłużałam ją i termin umowy kończy się 31 marca br. Od mniej więcej połowy lutego br odbieram od Orange telefony z propozycją przedłużenia umowy. Telefony odbieram średnio co drugi dzień. Wszystkie zaczynają się oczywiście od informacji, że rozmowa będzie nagrywana. Zaraz potem pracownik jak z karabinu maszynowego strzela do mnie słowami, z których wynika, że przygotowana dla mnie oferta jest super. Co się okazuje? W sposób nachalny proponowana jest mi zmiana prędkości na większą, a w zamian za to pendrivy serce lub rozum. Łaskawie mogę sobie wybrać. Przyznam, że serca dla Orange od dawna nie mam, a rozum to im chyba odebrało! Ileż razy mam mówić, że nie chcę rozmawiać, że jestem zajęta, że jak będę chciała przedłużyć umowę to zrobię to sama?! Zadzwonię wtedy, kiedy będę miała czas, będę mogła się skupić na ofercie itd. Tymczasem firma Orange na moje odpowiedzi była przez prawie półtora miesiąca głucha. Z uporem godnym moim zdaniem lepszej sprawy dzwonili co drugi dzień. Dopiero piętnasta czy szesnasta osoba, która zadzwoniła z tą niezwykle ważną informacją, powiedziała mi, że nie wie do kogo dzwoni, bo mój numer wybiera automat, który dzwoni do wszystkich, którym umowy się kończą. Nie można nigdzie zaznaczyć, że ja nie chcę tych telefonów. Automat będzie dzwonił dopóki umowy nie przedłużę! Nie ma podobno możliwości zaznaczenia, że Pani Małgorzata Karolina Piekarska takich telefonów sobie nie życzy. Nie można nigdzie zaznaczyć, że wystarczy jej przypomnieć raz i ona sobie sama umowę przedłuży, kiedy będzie miała wolną chwilę. Kiedy po raz pierwszy odebrałam telefon jeszcze jakoś rozmawiałam, wysłuchiwałam itd. Po prostu miałam cierpliwość. Umowy nie przedłużyłam, bo okazało się, że pracownik na siłę chciał mi wcisnąć wyższą prędkość niż mam, umówić z monterem i kazał przygotować pieniądze na jakiś modem, którego wzięcie jest moim obowiązkiem, jeśli wybieram tę ofertę. Nie lubię słowa obowiązek! Mam swój modem i nie chcę mieć obowiązku brania nowego. Zwłaszcza, że kilka ich modemów – nowych i nigdy nie używanych – leży u mnie w szufladzie! Druga rozmowa była krótka, bo powiedziałam, że nie mam czasu. Podobnie trzecia, czwarta i piąta. Szósta doprowadziła mnie do furii, bo zadzwoniono, kiedy coś tam mi się paliło kuchni, czekałam na ważny telefon itd. Podobnie było z rozmowami siódmą i ósmą. Kiedy podczas kolejnej powiedziałam „cholera”, a może i nawet niestety „kurwa mać”, usłyszałam złowrogo wypowiedzianą informację „ja tylko przypominam, że rozmowa jest nagrywana”. Ja bardzo się cieszę, że firma Orange nagrywa to, jak jej pracownicy mnie gnębią i na siłę wciskają mi rzeczy, których nie chcę!!!  Rozumiem, że może im być przykro, że zaklęłam, ale co oznacza przypominanie mi o nagrywaniu tonem, jakby to była groźba? Wpiszą mi naganę do dzienniczka? Wezwą rodziców na rozmowę? Dorzucą 10 złotych do rachunku? Czy skierują sprawę do sądu? Wszystko dlatego, że ośmieliłam się przekląć w sytuacji, kiedy po raz enty odbieram telefon z propozycją przedłużenia umowy, choć wielokrotnie mówiłam, że jak przyjdzie pora sama tę umowę przedłużę?

Jedna z pracownic na infolinii (chyba jedenasta) wyskoczyła z super propozycją dla mnie. Zaproponowała mi jeszcze telewizję! Pakiet internet plus TV. W pakiecie te kanały, które mam za darmo w naziemnej, bo mam telewizor z mpeg4. Innymi słowy mam płacić firmie Orange za coś, co i tak mam za darmo? Halo! Ta pani mi powiedziała wtedy, że to dlatego, że w tej ofercie są jeszcze kanały sportowe! Myślałam, ze zejdę śmiertelnie. Przecież ani ja ani nikt w domu w ogóle tych kanałów nigdy nie włącza! Nikogo z nas nie interesuje piłka nożna, koszykówka itd. Czasem podglądamy skoki narciarskie, ale do tego wystarczy naziemna TVP1. Gdy spytałam o kanały filmowe okazało się, że te, które nas interesują kosztują drożej niż oferta, którą mamy od innego operatora telewizyjnego.

Inny pracownik (chyba trzynasty) wciskał mi pakiet telefoniczny z rozmowami za darmo na stacjonarne, choć mówiłam mu trzy razy, że mam taki pakiet w telefonie komórkowym, który na szczęście mam w innej sieci. Mam abonament na bezpłatne rozmowy zarówno na komórki, jak i na stacjonarne. Nie jest mi więc potrzebne coś takiego w stacjonarnym. Wtedy ów pracownik próbował wciskać mi abonament na tanie telefony do Unii Europejskiej. Gdy powiedziałam, że interesują mnie tylko tanie telefony na Ukrainę zapadła cisza, bo takiej oferty w Orange nie mają. A może trzeba o niej pomyśleć. Oferta – tanio do sąsiadów i tańsze rozmowy z Państwami, z którymi graniczymy. Zwłaszcza, że sporo tam Polaków.

Tymi telefonami byłam zamęczana przez ponad miesiąc. Ponieważ było ich w sumie kilkanaście, a może i więcej, postanowiłam przedłużyć tę umowę z Orange. W końcu już kiedyś pisałam, że jestem niestety skazana na neostradę! Mieszkam w domku, w którym są cztery mieszkania i nie mam możliwości podłączenia Internetu przez jakąkolwiek TV kablową. Niestety gdy weszłam na stronę Orange, to oczywiście wyskakiwały błędy. Przedłużenie umowy nie było możliwe. Ale to norma. Ilekroć wchodzę na tę stronę tylekroć strona nie działała tak, jak należy, a że jest wirtualna, więc nawet nie można jej użyć w toalecie zamiast papieru. Musiałabym drukować, a szkoda mi zarówno mojego papieru, jak i atramentu. Z tego powodu w dniu wczorajszym osobiście pofatygowałam się do punktu Orange w jednym z centrów handlowych. Tam przedłużyłam umowę zmieniając taryfę telefoniczną na tańszą. Mam zero darmowych minut dokądkolwiek, ale przecież i tak dzwonię z niego tylko na Ukrainę! Po co mi więc darmowe rozmowy skoro mam je w telefonie komórkowym? Takiego rozwiązania obniżającego moje koszty korzystania z telefonu, wydzwaniający do mnie pracownicy nie zaproponowali. Przedłużyłam również umowę na Neostradę. Opcja taka sama, bo mi wystarczy. Nie muszę płacić za żaden modem, nie trzeba umawiać mi montera. I tylko okazało się, że nie należy mi się prezent w postaci pendrive’a z sercem lub rozumem, bo to jest prezent wręczany tym, którzy przedłużają umowy nowocześnie – przez stronę internetową (tę, która nie działa) lub telefon w rozmowie z niekompetentnymi pracownikami, którzy robią wszystko, bym płaciła więcej niż potrzebuję. Ten brak pendrive’a z sercem i rozumem wyjątkowo mnie cieszy. (Mam dziesiątki pendrive’ów, a z reguły i tak Orange wręcza w prezencie tandetę.) Jak napisałam na wstępie. Serce do Orange straciłam, a rozum to im się przyda, bo im odebrało.

Ponieważ niestety jestem skazana na neostradę, bo innego dostawcy Internetu do małego domku na Saskiej Kępie nie ma, dlatego poważnie zastanawiam się, który urząd zawiadomić, że ta firma prześladuje swoich kontrahentów? Co to za pomysł, by stosować takie rozwiązanie, że kiedy komuś kończy się umowa, to firma wydzwania do niego niemal do upadłego aż on tę umowę przedłuży lub rozwiąże? Czemu ten jakiś automat zmusza ludzi do gnębienia mnie, a tym samym sprawia, że nerwy mi puszczają i mówię do jakiegoś biednego człowieka „cholera” i „kurwa mać”?!

Chętnie bym napisała w tej sprawie list do Orange, ale ich strona internetowa przyjmuje tylko listy do 1000 znaków. To stanowczo za mało, jak dla mnie! A pocztą tradycyjną słać nie będę, bo szkoda mi forsy na znaczek, a także szkoda papieru i atramentu.

Mam tylko nadzieję, że do kwietnia 2015 już nikt z Orange do mnie nie zadzwoni. Przysięgam, że te telefony potrafiłyby z równowagi wyprowadzić nawet świętego, a co dopiero mnie.

Telefon, czyli osobiście pójdę po prośbie

Jedna z moich ulubionych sentencji łacińskich brzmi: „Tempora mutantur et nos mutamur in illis”, co znaczy, że czasy się zmieniają a my zmieniamy się wraz z nimi. Powszechna cyfryzacja i komputeryzacja zmieniły nas strasznie! Nie odpowiadamy na listy, bo mail jest nie ważny. W końcu tyle tego przychodzi. Do mnie średnio ponad dwieście dziennie, z czego ponad sto pięćdziesiąt to śmieci. Inni maja podobnie, więc stąd szok, gdy ja komuś odpowiem. Gdy dzwoni komórka i nie odbieramy, to potem w większości nie oddzwaniamy, bo po cholerę. Ja oddzwaniam i też wywołuje to szok, bo czasem oddzwaniam do kogoś, kto zadzwonił do mnie przez pomyłkę.

W czasach zwykłych telefonów i zwykłej poczty było inaczej. Listy rzadko pozostawały bez odpowiedzi. No… chyba, że urzędowe. Na telefony tez przeważnie odpowiadaliśmy.

Jeszcze dwadzieścia lat temu, ponieważ nie mieliśmy komórek, a tylko telefony domowe, więc do ludzi dzwoniło się wielokrotnie, by zastać ich w domu. Pamiętam, jak do ojca cały dzień wydzwaniał jakiś facet. Wieczorem zadzwonił po raz nasty i spytał o redaktora Piekarskiego. Mama odpowiedziała, że jeszcze nie wrócił z pracy.
- A czy redaktor Piekarski w ogóle dziś do domu wróci? – Spytał ów pan. Na to mama odpowiedziała, a była mistrzem ciętej riposty:
- Wie pan, przez trzydzieści lat do mnie wracał, ale może dziś jest ten dzień, kiedy już nie wróci.
Facet zaniemówił. Po chwili milczenia bąknął „przepraszam” i rozłączył się.

Były też sytuacje, że nie wychodziło się z domu, bo czekało się na ważny telefon. Gdy miałam szesnaście lat i podejrzenie, że ON, w którym kochałam się na zabój, może zadzwonić – siedziałam kamieniem w domu i co pięć minut gapiłam się na aparat telefoniczny. I choć dziś na samo wspomnienie pukam się w czoło, to jednak… nie da się ukryć, że tak było.

Piszę o tym, bo od dłuższego czasu życie moje i Ulubionego wygląda tak, że Ulubiony ćwiczy tekst monodramu „Listy do Skręcipitki” na zmianę z majsterkowaniem, bandyckimi epizodami w serialach, a przez jakiś czas mierzeniem kostiumu. Ja zaś piszę swoje rzeczy i biegam do redakcji na zmianę z pisaniem pism do potencjalnych sponsorów. Coś tam udało się załatwić, ale jeszcze nie chcę zapeszać. Najzabawniejsze jest jednak to, że szybko się uczę. Po dwóch tygodniach słania listów nauczona doświadczeniem zaprzestałam wysyłania ich bez wstępnego uzgodnienia telefonicznego, że je wyślę. Wysłane „na pałę” zawsze pozostają bez odpowiedzi. Nikt ich nie czyta. Wszyscy kasują. Trzeba więc się zaanonsować. Jak wygląda anonsowanie się? Ano tak, że dzwonię i… nikt nie odbiera.  Bywa, że na dodzwonienie się w jedno miejsce poświęcam pół dnia, co paraliżuje mi wszelkie inne prace. Przede mną leży notes z lista osób, do których trzeba wykonać telefon. I tak dzwonię. Prawie dwa razy w rynnę, a trzy razy w parapet. Nikt nie odbiera. Nie odbierają komórek rzecznicy prasowi, biura marketingu itd. A osoby, które odbierają odsyłają do innych, które są ważniejsze, decyzyjne itd., cieszą się, że mi pomogły podając na nie namiar, a te osoby ważniejsze i decyzyjne nie odbierają i tak… kółeczko się zamyka. Ulubiony ćwiczy, majsterkuje, uprawia legalny rozbój w serialach, a ja wiszę na telefonie jak małpa na gałęzi, zaś potencjalni sponsorzy nawet nie podnoszą słuchawki.

W pewnym momencie zaświeciło nam się światełko nadziei z rzutnikiem. Odezwała się czytelniczka, że może nam rzutnik pożyczyć. Ale… tak jak światełko szybko zaświeciło się, tak i szybko zgasło.  Poza napisaniem kilku słów do Ulubionego więcej nie odpisała. Nie odebrała ani razu telefonu. Nie odpisała na SMS. I tak wszystko umarło śmiercią naturalną.

A ja tak myślę, że skoro pisanie nie odnosi rezultatu, telefonowanie też nie bardzo to może trzeba zacząć jeździć osobiście? No po Warszawie jeszcze można, ale dalej…?

Najgłupsze jest to, że po to kiedyś Abraham Bell wymyślił telefon, by ludzie mogli się szybciej ze sobą skontaktować. A teraz, wróciliśmy do punktu wyjścia. Ciekawe, czy pomysł z osobistym pukaniem od sponsora do sponsora odniesie jakiś rezultat?

Lektura obowiązkowa

Gdy pisałam ostatnio o gali Blog Roku 2012 i blogach, wspomniałam o jednym, do którego będę zaglądać. Na razie czytam archiwalne wpisy. Jestem trochę rozczarowana, że nie został głównym zwycięzcą, ale cóż… jak pisałam wcześniej, większość blogów to nie mój świat. Blog „Na marginesie życia” pisany anonimowo przez Kuratora sądowego jest wstrząsający. Wprawdzie niczego nowego się z niego nie dowiedziałam, bo jako dziennikarka, też znam tego typu historie, jednak ich nagromadzenie w jednym miejscu spowodowało, że zaczęłam się zastanawiać. Czy to, o czym pisze Kurator, czyli cały jego blog, nie powinien stać się lekturą obowiązkową w Sejmie, Senacie, kancelarii Prezydenta? Czy wszyscy ci, którzy w swoim czasie przegłosowali ustawę antyaborcyjną, ci którzy są przeciwko refundacji antykoncepcji i tak wzdragają się przed wychowaniem seksualnym w szkołach, nie powinni poczytać tych prawdziwych historii o patologiach? Patologiach, które dzieją się nie w ciemnym PRL, ale teraz? Tak! Teraz! Kiedy jesteśmy w Unii! Kiedy planujemy wejść do strefy Euro. Kiedy telewizja (to okno na świat) przechodzi na system cyfrowy nadawania. Kiedy kolejna modelka operuje sobie cycki i wstrzykuje w wargi silikon. Kiedy trwa kolejna edycja „Voice of Poland” i ma być kolejna „Tańca z gwiazdami”. Kiedy wokół dysputy o katastrofie smoleńskiej, związkach partnerskich, in vitro i homofobii. Kiedy apelujemy o 1% dla potrzebujących. Kiedy cała polska czyta dzieciom! (Choć równocześnie jeden zidiociały minister chce likwidować szkolne biblioteki!) Gdzieś tam istnieje świat opisywany przez kuratora. Świat, który też znam. Ten świat jest bardzo blisko nas. Czasem nawet nie wiemy, jak blisko. Bywa, że tuż za płotem strzeżonego osiedla, na którym odgrodziliśmy się od motłochu. I naiwnie myślimy, że jak czegoś nie widzimy – to nie istnieje.

Pewnie politykom i tym świętojebliwym hipokrytom, którzy maszerują w obronie życia poczętego nie w smak będzie, że autor bloga nazywa swoich bohaterów „jebanymi patolami”, ale cóż… sama prawda!

Iluż ja spotkałam takich na swojej dziennikarskiej drodze! Na szczęście do tych wszystkich miejsc, w przeciwieństwie do pana Kuratora, nie musiałam wracać. Dlatego czasem mylą mi się już te domy ze śmierdzącymi podłogami, meblami, gnijącymi szmatami i wiadrami na gówna. Mylą mi się te stare bezzębne kobiety, otoczone gromadką dzieci, które w trakcie rozmowy okazywały się być nie ich babciami, a matkami, bo są albo w moim wieku, albo nawet młodsze.

Ludziom z polskiej prawicy lub jak chce posłanka Joanna Senyszyn „katoprawicy” wydaje się, że wystarczy mówić o kościele, Bogu, krzyczeć z ambony i już wszyscy potulni jak owieczki zawiążą sobie „chujki” na supeł, a dziurki w „cipkach” zakleją świętymi obrazkami. Przeciętny, nawet bardzo wykształcony Polak, kompletnie nie zdaje sobie sprawy z tego, że istnieje naprawdę wielka patologia i jej skala w Polsce jest ogromna. I tu nie pomoże ksiądz! Nie pomogą ustawy zakazujące aborcji i nakładające kary za dzieciobójstwo! Komornik, który nie przebiera w słowach i na blogu rzuca mięsem, (jak nie przymierzając Ulubiony łupinami słonecznika, racząc się nim, gdy oglądamy razem filmy), słusznie, choć bardzo brutalnie napisał to, co ja ciągle mniej brutalnie powtarzam, ku zgorszeniu wielu osób z mojego otoczenia. Dla prymitywnych ludzi seks jest najtańszą formą rozrywki! Na dodatek ludzie ograniczeni umysłowo, kierują się głównie instynktami, a instynkt seksualny będący instynktem pierwotnym jest silny. Tylko dlatego, że przez lata człowiek się ucywilizował, przeciętny zdrowy na umyśle facet widzący na ulicy seksowną babkę nie walnie jej w łeb czym popadnie i nie zaciągnie za włosy do najbliższej bramy w celu ulżenia swoim chuciom. Cywilizowany człowiek wie, że nie może. Że może tylko patrzeć. Dobre maniery wymagają też, by mu kuśka przy tym nie drgnęła, bo zostanie okrzyknięty zboczeńcem. Prymityw i to prymityw ograniczony umysłowo, bo jest upośledzony i to upośledzenie odziedziczył po równie upośledzonych rodzicach, a oni po dziadkach itd., będzie się kierował instynktem! Jemu nie tylko kuśka stanie, jak nie przymierzając kolumna Zygmunta, jeszcze mu ślina z gęby pocieknie. A jeśli upośledzony jest bardziej niż w stopniu umiarkowanym to może jeszcze zacząć onanizować się na ulicy. Ten, kto nie jest upośledzony, a jedynie prymitywny tylko gwizdnie i coś niestosownego powie. Coś takiego, przy czym „Cześ lalunia! Dajesz dupy?” wyda się niemal biblijnym cytatem.

Mam koleżankę, która ma upośledzoną umysłowo córkę. Tego typu upośledzenie pojawiało się wcześniej w rodzinie ojca dziewczyny. Stwierdzono zresztą, ze jest spowodowane wadą genetyczną. Dziewczyna upośledzoną jest w stopniu znacznym, czyli jest na poziomie 3-6 latka. O sobie mówi w trzeciej osobie. Główne zajęcie to bujanie się przed telewizorem na piłce terapeutycznej i zmienianie kanałów. Fizycznie dziewczyna jest zdrowa, więc… potrzeby seksualne ma. Opowieści o tym, co i gdzie sobie wsadzała, czym się onanizowała itd. mogłyby u wielu wywołać salwy śmiechu. Proszę jednak pomyśleć, co by się działo, gdyby pozwolono jej uprawiać seks bez zabezpieczeń? To jednak dziewczyna z dużego miasta. Z inteligentną mamą, która wie, co się stanie, gdy córkę bez zabezpieczeń puści na jakiekolwiek zajęcia dla upośledzonych. Opowieści o tym, jak córka w odpowiedzi na zakaz kontaktów z poznanym na jednych zajęć ukochanym (równie upośledzonym, jak ona) moczyła się w majtki, onanizowała itd. wstrząsnęłyby niejednym przedstawicielem „katoprawicy”. I niech to on teraz spróbuje mówić tu upośledzonej dziewczynie o moralności. A ona mu na to mówiąc o sobie w trzeciej o sobie: „A ona chce! Ona wie, że nie może, ale ona chce.” I zacznie bić się po rękach mówiąc: „Brzydka, brzydka, znowu zaciskałaś uda,” I mimo prośby, straszenia Panem Bogiem itd. wejdzie okrakiem na piłkę terapeutyczną i pozaciska sobie między udami to i owo, by mieć jedyną dostępną sobie przyjemność. Bo przecież nie do końca rozumie nawet te bajki, które są niemymi przesuwającymi się obrazkami.

Wielokrotnie w trakcie rozmów z koleżanką, matką tej dziewczyny, zastanawiałyśmy się, czy antykoncepcja nie powinna być refundowana. Czy dla dobra społeczeństwa pewnych ludzi nie powinno się, jeśli nie przymusowo sterylizować, to jakoś jednak zapobiegać ich rozmnażaniu, by nie przychodziły na świat kolejne patologiczne jednostki. Bo seks to pół życia i pół szczęścia, a na dodatek instynkt. Jak więc go komuś, kto nie rozumie norm społecznych, zakazać seksu, który przecież zdaniem kościoła ma prowadzić tylko do prokreacji? Nie wiem, jak społeczeństwo powinno radzić sobie z tym problemem. Wiem, że ustawy, które mamy nie pomagają w zwalczaniu patologii, jaką jest rozmnażanie się ludzi, którzy żyją na marginesie życia. Nie jestem zwolennikiem aborcji. I nawet nie dlatego, że zdarzają się geniusze pochodzący ze slumsów. Choć jeden na sto tysięcy to słaby wynik. Uważam jednak, że aborcja powinna być dopuszczalna, a nawet w niektórych przypadkach dla dobra społeczeństwa refundowana. Płacimy wszyscy ciężkie pieniądze w postaci zasiłków ludziom, którzy nie dają temu krajowi nic! Dajemy im je, by mogli chlać i bezkarnie rozmnażać się porzucając to, co się w nich zalęgnie w gnojówce. Opisywałam tu kiedyś historię warszawskiej rodziny, w której ciężarna córka chlała z matką i konkubentem. W trakcie libacji urodziła. Dziecko wypadło jej spomiędzy nóg, jak mojemu psu stolec. Ponieważ płakało, ojciec dziecka podniósł je spod stołu i wyrzucił przez okno na bruk. Jak potem zeznał – myślał, że to kot! Robiłam o tym reportaż. Jeździłam na dokumentację z kamerą. Po latach zawsze, gdy przejeżdżam tamtędy ulicą przypominam sobie tę sprawę. Myślę wtedy, że z jednej strony ktoś zabił nowonarodzone dziecko (już pijane, bo matka miała ponad 2 promile alkoholu we krwi) i to jest straszne. Ale z drugiej, gdyby przeżyło i wychowywało się w tej rodzinie…, co by z niego wyrosło?

Na zabitych dechami wsiach, a także w wielkomiejskich slumsach, gdzie ludzie w najlepszym przypadku myją się raz na tydzień, a seks uprawiają codziennie, lęgnie się nowe życie. Celowo użyłam słowa „lęgnie się”. Ono się nie rodzi. Tam człowiek nie przychodzi na świat. Tam się lęgnie, jak wesz lub karaluch. Ileż odwiedziłam takich domów z kamerą. Ale, tak jak już wspomniałam, w każdym z nich byłam raz, góra dwa. Kurator, autor bloga „Na marginesie życia” odwiedzał niektóre z nich wielokrotnie. Niemal codziennie patrzy na ludzkie ścierwo, od którego rząd, prawo i świadoma część społeczeństwa wymaga więcej niż to ludzkie ścierwo jest w stanie dać. Bo ludzkie ścierwo nie jest w stanie zrozumieć tych wymagań. Mamy zwyczaj przykładać swoją miarkę do wszystkich. Każdy z nas tak robi. Pamiętam, jak Zofia Nałkowska, której ojciec był geografem pisała w swoich pamiętnikach, że jako dziecko myślała, że każda książka jest geografią! Im jesteśmy starsi tym szersze mamy spektrum patrzenia na świat. A jednak… nadal patrzymy przez pryzmat siebie. Ja ciągle nie rozumiem, jak kogoś może nie interesować czytanie. Ale… Muszę się z tym pogodzić! Są tacy, dla których ślęczenie nad książką nie jest przyjemnością a katorgą. Muszę pogodzić się z istnieniem ludzi, dla których w wysilaniu mózgu nie ma nic przyjemnego. Dla których przegrzewanie się zwojów nie jest podnietą. To ludzie, których nie interesuje poznawanie świata, ani człowieka. Nie interesuje ich nawet poznawanie samych siebie. Chcą chlać, żreć, rżnąć się i wydalać! Nawet myć niekoniecznie! Czy kiedykolwiek polski rząd, politycy i ultrakatolickie społeczeństwo, które nie wyściubia nosa poza swój dom i kościół, przyjmą do wiadomości, że czy nam się to podoba czy nie, to jednak ta patologia istnieje! Nie jest promilem, ale sporym procentem w naszym społeczeństwie. My tej patologii nie zmienimy żadnymi ustawami. Bo ustawa nie zmieni człowieka upośledzonego, nawet w stopniu lekkim, w zdrowego i normalnego!  Owszem, upośledzony w stopniu lekkim może przy intensywniejszym treningu poznawczym i po dłuższym czasie, osiągnąć podobne wyniki, co osoby z przeciętnym IQ. Jednak musi być ktoś, kto na takie zajęcia je skieruje. Ktoś, komu będzie na tym zależało. Większość z nich została zrodzona przez równie upośledzonych rodziców.

Pamiętam, gdy pojechałam z kamerą do jednej z zabitych dechami mazowieckich wsi. O pomoc poprosiła matka chłopca, który właśnie został przewieziony do więzienia, bo sąsiad oskarżył go o gwałcenie własnego brata i innych dzieci. Matka twierdziła, że sąsiad jest zazdrosny, bo ten chłopak jest pracowity i na dodatek najlepszy uczeń w klasie. No to pojechałam. Chłopak owszem, najlepszy uczeń klasie, ale w szkole specjalnej. Jest upośledzony w stopniu umiarkowanym. Czy gwałcił brata? Trudno mi powiedzieć, bo brat też upośledzony. A matka, jak wynikło z rozmowy rozpaczała nie dlatego, że jej syna niesłusznie do pierdla wzięli, ale dlatego, że jak syn w pierdlu, to nie dostanie na niego z OPS’u zasiłku. No i żniwa nadchodzą, a on nie zarobi. A w czasie żniw to u wszystkich sąsiadów pracował i kupę forsy do domu przynosił. Jak teraz będzie żyć? W odrapanej chałupie z gównami wylewającymi się z wiadra, (bo wczoraj pani redaktor zatkał się sedes) oprócz dwóch synów (być może gwałconego i być może gwałcącego) była jeszcze czwórka dzieci. Przestraszona, brudna i też upośledzona umysłowo w stopniu umiarkowanym lub lekkim. Przyjechałam zapowiedziana, wiec na przyjazd mój i kamery mieszkanie ogarnęli. Mieszkanie, która dla przeciętnego, normalnego, niepatologicznego człowieka byłoby straszne!

Nie chcę opisywać tych wszystkich patologii, które widziałam, jako reporter, bo niepotrzebna Kuratorowi konkurencja.

A piszę o tym, bo chciałabym, by znalazł się wydawca, który nie tylko opublikowałby te krótkie dziejące się na marginesie prawdziwego życia opowiadania Kuratora, ale jeszcze zdobyłby się na charytatywny gest w stronę wszystkich upośledzonych w tym kraju i całego społeczeństwa. Wydawca, który wysłałby po jednym egzemplarzu tej książki do każdego posła, senatora i proboszcza. Niech zobaczą, jak wygląda prawdziwa Polska. Ta, której nie da się nauczyć moralności i norm etycznych katechizmem, kodeksem karnym itd. Ta, w której prawo wyznacza instynkt pierwotny. Ta Polska, która stanowi poważny, choć wciąż niezbadany procent naszego społeczeństwa.

Wciśnij jeden, czyli dzwonię z propozycją

Ponieważ cały czas szukamy sponsorów do monodramu, więc Ulubiony ćwiczy itd., a ja w chwilach, gdy nie pracuję ślę rożnego rodzaju listy. Scenografia na pewno będzie w dużej mierze oparta na projekcji multimedialnej, więc… potrzebny rzutnik. Niektóre teatry, z którymi rozmawiamy, że monodram będzie tam wystawiony, mają rzutniki. Są jednak mniejsze sceny, które czegoś takiego nie mają. Uznaliśmy, że można zaproponować firmom produkującym rzutniki tzw. barter. Niech w zamian za reklamę (oferta nasza bogata) któraś z nich wypożyczy lub podaruje nam rzutnik. No i zaczęło się. Wiele producentów rzutników nie ma przedstawicielstwa swoich firm w Polsce. Te od razu skreśliłam z listy. Są też takie, które nie podają na stronie internetowej żadnego adresu tylko formularz kontaktowy. Rozpoczęłam, więc dzwonienie do nich na infolinię. Po odsłuchaniu, że rozmowa jest nagrywana, nastąpiła kolejna informacja: „jeśli chcesz rozmawiać w sprawie… wciśnij jeden. Jeśli w sprawie… wciśnij dwa” itd. Aż do sześciu, czasem siedmiu, bo wymieniane są aparaty fotograficzne, laptopy itd. Coś tam wreszcie wcisnęłam. Znów posłuchałam sobie: „Proszę przygotować numer seryjny produktu i poczekać na połączenie z konsultantem. Twoja rozmowa jest… w kolejce.” Nic takiego jak numer seryjny nie mam, bo ja przecież w innej sprawie, ale dzielnie czekam. Wreszcie ktoś odbiera i po wysłuchaniu z czym dzwonię, że z propozycją współpracy reklamowej na zasadzie barteru i proszę o adres e-mail do działu marketingu, ten ktoś informuje mnie, że nie jest upoważniony do podawania mi adresu e-mail do polskiego przedstawiciela producenta rzutników! I tak trzy serwisy trzech różnych producentów mi powiedziały. A ja tak sobie teraz myślę… Jeden rzutnik to dla producenta nie majątek. Zwłaszcza w  porównaniu z kwotą 255 tysięcy z hakiem, na jaką dało się oskubać ostatnio pewnemu studentowi Media Markt. Ofertę reklamową mamy bogatą. Na pewno tego typu reklama kosztuje drożej niż ten jeden rzutnik. Tylko ja cały czas nie wiem, czy oni chcą dotrzeć do odbiorców czy nie? Czy znów trzeba mieć po prostu znajomości?

Plotki, stereotypy i Kuba Wojewódzki

Czy wiemy jakich mamy znajomych? Co to są plotki? jakie stereotypy panują w naszym kraju? Zastanawiam się na tym od kilku dni. Dokładnie od momentu, kiedy moja nauczycielka ukraińskiego (o tej nauce jeszcze któregoś dnia napiszę) pokazała mi wpis na blogu pewnej dziennikarki. Wpis zamieszczony przez jej czytelniczkę (blog ma taką możliwość, że czytelnicy tam coś piszą i komentują), noszący tytuł: „ONA, żona.. młodszego, czy to dopuszczalne w PL?” i ewidentnie dotyczący… mnie. Nie jestem wymieniona z imienia i nazwiska, ale podane fakty wyraźnie mnie wskazują. Oddam zresztą głos autorce wpisu, bo po prostu go zacytuję. (Interpunkcja oryginalna): „Moja znajoma, trochę starsza, wychodzi za mąż za faceta o 17 lat młodszego! Czy to dopuszczalne? W prezencie weselnym chcą tylko życzenia zdrowia bo szczęście i miłość już mają..Dzielę się z nimi tym szczęściem ale nie wiem na jak długo, bo mój przyszły mąż powinien być teraz w podstawówce. Wesele na maxa zwariowane, każdy płaci za siebie w Skaryszewskim ( park w Wawie z knajpą) Dodam że pochowała ex męża w lipcu a ich dziecko jest pełnoletnie od kilku lat. Taka Demi Moore może sobie wariować ale taka M. nie jest tak urodziwa i nie ma na koncie tylu sukcesów, ot zwykła żurnalistka i bierze ślub z aktorem 2 planowym rocznik 84. Czy czasy i poglądy się zmieniają? Zawsze myślałam że kobiety w Polsce są atrakcyjniejsze od mężczyzn i inteligentniejsze ale czy to pozwala? Oczywiście życzę tej zwariowanej parze szczęścia, i cały czas myślę jak to jest mieć młodszego prawie o 20 lat. Może można, w końcu taka cielęcina lepsza od wołowiny.”
Najpierw bardzo się śmiałam, bo byłam przekonana, że autorką wpisu jest autorka bloga, której nie znam. Dlatego tekst „moja znajoma” napisany przez kogoś, kogo nie znam i o kim nigdy nie słyszałam, bo nie czytam gazet z modą, uznałam za świetny dowcip. Trochę zastanowiło mnie skąd to wszystko wie, ale ostatecznie ktoś jej coś tam mógł szepnąć, a poza tym informacje o treści zaproszenia mogła znaleźć w sieci (na „Facebooku” stworzyliśmy wydarzenie), a o śmierci Eksia pisałam na blogu, więc? Mogła sobie taki wpis sklecić, biorąc do reki kalkulator, googlując pana młodego i zbadawszy w sieci datę urodzenia obliczyć, ile które z nas ma lat. Szybko jednak okazało się, że to nie jest jej tekst, a jednej z jej czytelniczek. Raczej jednak niestety mojej znajomej. Przyjaciele zwrócili mi uwagę na jeszcze kilka szczegółów w treści i tak… krąg osób, które mogą być autorami tekstu zaczął się niebezpiecznie zacieśniać. Nie drążę, bo nie chcę na kogoś patrzeć z politowaniem.
Nie chcę drobiazgowo odnosić się do treści wpisu, ani do porównania z Demie Moore, bo to chyba trochę głupie porównywać moją, bez względu na to jak wątpliwą, ale na pewno niepoprawianą urodę z urodą kobiety, która nie wychodzi z gabinetów plastycznych. O porównywaniu sukcesów to już w ogóle pomilczę, bo ja z innej dziedziny. Bogactwo, jak powszechnie wiadomo – mam w dupie. Natomiast wpis uświadomił mi jedno. Żyjemy w kraju zaściankowym i ciemnogrodzie. Ja sama obracam się w środowisku teoretycznie wyluzowanym, a jednak nie do końca.
Uświadomiłam też sobie, że nasza decyzja, by o informację o ślubie podać do publicznej wiadomości i zaprosić wszystkich znajomych, a także wszystkich gapiów, ciekawskich itd. (stąd decyzja o weselu w „Pstrągu” w „Parku Skaryszewskim” gdzie każdy z gości płaci za siebie) była jedną z lepszych. Gdybyśmy wzięli ślub cichaczem dopiero by się zaczęło. Miłe, że wszyscy komentujący wpis czytelnicy autorki bloga życzyli nam – młodej parze – szczęścia i pisali jedno, że ze stereotypami trzeba walczyć. Przykre, że autorka wpisu, która ewidentnie jest moją znajomą nie potrafiła mi tego, co tu napisała powiedzieć w oczy, ale cóż… młoda jeszcze. Z tekstu, że jej potencjalny przyszły mąż jest dopiero w podstawówce, wynika, że ona sama ma najwyżej 29 lat.
Ze stereotypami walczę od zawsze. Od ponad roku, kiedy zdecydowałam się zamieszkać z Ulubionym (choć może powinnam zacząć pisać o nim „Moja Cielęcina”?) walczę z nimi ze zdwojoną siłą. Paradoksalnie ten związek pokazał mi prawdziwe oblicze wielu moich znajomych. Pokazał mi, że wiele przyjaźni było pseudoprzyjaźniami. Pokazał mi też coś jeszcze. Jakie są w Polsce stereotypy dotyczące ludzi, którzy urodzili się na wschodzie.
Pozwolę sobie na pewne porównanie z Pascalem Brodnickim, (jego programy chętnie oglądam a on sam budzi moją wielką sympatię). Pascal o swoim pochodzeniu w wywiadzie dla „Gali” powiedział tak: „Mój ojciec urodził się w Warszawie, obok Galerii Mokotów, gdy była tam wieś. Wiem, że dziadek produkował bimber w piwnicy i przyszli po niego Ruscy. Wtedy moja babcia stwierdziła, że wraca do Francji, bo biedna została sama z dzieckiem, a nie mówiła po polsku. Ale Rosjanie powiedzieli: „Pani może, ale syn nie, bo jest Polakiem”. Później ojciec pojechał na wakacje do Francji i tam został. Poznał moją mamę, która jest pół Włoszką, pół Francuzką. Więc można powiedzieć, że jestem mieszanką europejską.” Pascal urodził się we Francji. W Polsce jest popularny, bardzo lubiany i traktowany jak ktoś super. Choć np. nie ma takiego wykształcenia, jak Ulubiony. No właśnie… Ulubiony (lub jak kto woli „Moja Cielęcina”) urodził się w Moskwie, wychował na Ukrainie. Ojciec Polak, matka Ukrainka z korzeniami węgiersko-słowackimi dlatego teraz rodzice mieszkają w rodzinnych stronach mamy w Użgorodzie (dawne węgierskie miasto Ungwar). Los kogoś, kto ma polskie pochodzenie, a urodził się na wschodzie, jest diametralnie różny od losu kogoś, kto też ma takie pochodzenie, ale urodził się na zachodzie. Polscy przodkowie Pascala wyjechali do Francji. Polscy przodkowie Ulubionego nigdzie nie wyjechali. To kraj ich zostawił, bo zmieniły się granice. On sam o przeprowadzce do Polski zaczął myśleć, gdy miał 16 lat i poszedł na studia. Paradoksalnie ta „nowa-stara ojczyzna” na każdym kroku traktuje go jako człowieka gorszej kategorii. Wynika to naszych polskich kompleksów względem zachodu. Mając kompleksy i czując się chyba „Murzynem Europy” (że tak sparafrazuję lennonowską piosenkę o kobiecie, w której Lennon śpiewał, że „Woman is a Nigger of the World”) odbijamy sobie na tych ze wschodu. Nie mam na myśli zachowania urzędników i urzędów, ale zwykłych ludzi! Paradoksalnie urzędnicy są życzliwi. Gdy rok temu poszliśmy do ksiąg zabużańskich pogrzebać w papierach jego przodków, pracujący tam archiwista był najżyczliwszym człowiekiem jakiego Ulubiony spotkał na swoich polskich ścieżkach. Pan nie tylko podpowiadał nam, które akty urodzenia i księgi metrykalne są ważne, ale jeszcze cierpliwie tłumaczył, o co w tych wszystkich dokumentach chodzi i jaki był los rodziny Ulubionego. Życzliwi byli też spotkani przez nas na urzędowej ścieżce życia prawnicy, tłumacze przysięgli i inni urzędnicy.
Ulubiony jest wykształcony. Skończył szkołę muzyczną na trąbkę i fortepian, studiował aktorstwo, śpiew operowy, muzykologię, dyrygenturę, filologię angielską i coś tam jeszcze. Zna perfect cztery języki, bo polski, ukraiński, rosyjski i angielski. (Jakiś czas temu mąż mojej przyjaciółki wziął go za Brytyjczyka, co ubawiło nas setnie). Niestety Akademia Karpenki-Karego, którą skończył, nie jest w Polsce przyjmowana zbyt dobrze. Iluż dyrektorów teatrów i reżyserów odrzuciło go, tylko dlatego, że usłyszeli jaka uczelnię skończył, mówiąc: „Przyjmujemy tylko po warszawskiej”. O ironio nie traktują go tak ludzie o znanych nazwiskach, ale ci, których zawodowy dorobek nie tylko do największych nie należy, ale czasem jest zgoła żaden.
Sama osobiście, wnerwiona do granic możliwości, pisałam do jednej z podrzędnych teatralnych reżyserek kilka miesięcy temu, by wypłaciła mu wszystkie należne pieniądze. Było bowiem tak, że jemu jedynemu obcięła 200 złotych. Oboje wiedzieliśmy dlaczego. Pogardę dla niego, jako kogoś, kto urodził się na wschodzie widziałam na każdym kroku pracy nad spektaklem. Dlatego nie chodziło mi w tym liście o te dwie stówy, ale o fakt, że babka z krzyżykiem na piersi, robiąca patriotyczne widowiska tak kogoś dyskryminuje. Gdyby mi kiedyś ktoś powiedział, że w Polsce tak jest – powiedziałabym, że bredzi. W końcu u mnie 10 lat sprzątała Ukrainka Sława, którą traktowałam jak rodzinę. Ale okazało się, że w takim podejściu do ludzi ze wschodu jestem w mniejszości. Gdy związałam się z Ulubionym, nasłuchałam się od znajomych, że… na pewno okradnie mnie, bo Ukrainiec. Jest ze mną, bo dzięki temu ma gdzie mieszkać. Jest ze mną, bo jako dziennikarka ustawię go życiowo. (Co za przecenianie moich możliwości!) Jest ze mną, bo… i z zawoalowanych sugestii wynikało, że Ukrainiec to złodziej, pijak, oszust itd. On to zresztą też już kiedyś tam w Polsce przerabiał.
Były też teksty związane z dzielącą nas różnicą wieku. Zdaniem „życzliwych” miał mnie zostawić po dwóch miesiącach. Od ponad roku prorokowany termin porzucenia mnie przesuwa się w czasie. I tak już zawsze będzie się przesuwał. Bo przecież związek z młodszym, zdaniem wielu, musi się tak skończyć. Bo ciało więdnie itd. Nadal więc wiele osób nie wierzy w szczerość jego uczuć do mnie, co paradoksalnie jest zawoalowaną sugestią, że nie można mnie pokochać, bom stara. A przecież marząc o pokochaniu naszej duszy, czyli cukierka, którym jesteśmy, sami najwyraźniej kochamy owinięty nim papierek. Wielu w ogóle nie zastanawia się też nad tym co takiego się stało, że ja, która miał nigdy z życiu nie wyjść za mąż (i głosząc to głośno nawet wtedy, kiedy jeszcze byłam z kimś innym w związku), zdecydowałam się na taki krok. (Bo Ulubiony to wiadomo – ustawia się życiowo.) A przecież w czasach, gdy można bez społecznego piętna w tak dużym mieście jak Warszawa żyć bez ślubu, to chyba kiedy ktoś jednak na ślub się decyduje, to o czymś to świadczy?
Tekst Kuby Wojewódzkiego o „Ukrainkach pracujących na kolanach”, wsadzony w usta Misiury, którego rolę lepiej lub gorzej odgrywał w swoim programie w Esce Rock, naprawdę pokazywał stereotypowe myślenie przeciętnego Polaka o sąsiadach zza Buga. Można się oburzać na Wojewódzkiego, ale to pokazało jacy my w ogóle jesteśmy. A właśnie tacy jesteśmy! Zapominając, że sami jeździliśmy kiedyś na zachód za chlebem, traktujemy tych ze wschodu jak podludzi. Większości z nas wydaje się, że każdy z nich jest jakimś nieokrzesanym tłukiem i głupkiem z biednej rodziny, co to chyba je rękami i na oczy nie widziała sedesu. Traktujemy ich tak, jak sami nie chcielibyśmy, by nas traktowano na zachodzie. Nie jestem przeczulona. Po prostu widzę to niemal codziennie. Gdy współwłaścicielka mojego domu wzywała policję w sprawie demolki ogrodu jednym z argumentów, których używała w rozmowie z policjantami było, że „ruski przybłęda, który wziął się nie wiadomo skąd demoluje”. Takie określenia pod jego adresem to niemal codzienność. Ulubiony przyzwyczaił się. Przez lata słuchał, że wschód nie stworzył żadnej kultury. Co tam Musorgski, Czajkowski, Borodin, Puszkin, Dostojewski, oba Tołostoje, Szołochow, Bułhakow, Mandelsztam, Majakowski, Rodczenko, Ajwazowski, Szyszkin. To jest nic! To jest gorsze! Ja do takiego postrzegania świata przez swoich rodaków przyzwyczajać się nie chcę!
W filmach z racji pochodzenia, Ulubiony obsadzany jest w rolach ruskich żołnierzy (reżyserzy tych filmów mieli klasę, ale tak jak wspominałam, dyskryminują z reguły ci, których dorobek jest prawie żaden). Dlatego był: rosyjskim żołnierzem w „Małej Moskwie”, kapitanem NKWD w „Generalne Nilu”, ukraińskim policjantem w oscarowym „W ciemności”, a jesienią ma wejść na ekrany film „Żywie Biełaruś”, w którym zagrał dość dużą rolę Janoszki – białoruskiego żołnierza (film rosyjskojęzyczny w reżyserii Krzysztofa Łukaszewicza). Role polskojęzyczne dostaje rzadko (kibola, bandyty, głupka), choć prawie już wyzbył się akcentu. Ostatnio był na castingu do jakiegoś zagranicznego filmu. W czasie rozmów z zagranicznym reżyserem okazało się, że zna angielski lepiej niż pani od castingu, która do tej pory traktowała go jak idiotę ze wschodu. Bardzo się zdziwiła, że jego angielski jest perfect.
Gdy wiosną wróciliśmy z Ukrainy (gdzie byliśmy na lwowskich targach, bo ukazała się moja „Klasa pani Czajki”) i odwiedziliśmy jego rodzinę, wielu moich znajomych dopytywało się, czy to „aby na pewno ludzie na poziomie”. Byłam tymi pytaniami załamana. Ale najbardziej załamana ich zdziwieniem, że na poziomie i wykształceni. Ulubiony jest z wykształconej rodziny – prawników, ekonomistów itd. (dziadek – profesor uniwersytecki). Do jasnej cholery! Ukraina w porównaniu z zachodem czy nawet z Polską jest zacofana, ale na logikę: tam muszą być jacyś wykształceni ludzie, bo jakoś ten kraj idzie do przodu – choć powoli. Paradoksalnie to właśnie to między innymi zacofanie Ukrainy sprawiło, że nie czuję różnicy wieku między mną a Ulubionym. Mieliśmy podobne dzieciństwo, bo z podobnymi gadżetami. (Np. z froterką Kasią, która zamiast zbierać paproszki z dywanów bardziej je rozprowadzała czy rzutnikiem z filmami ręcznie przekręcanymi na rolce). Jesteśmy z podobnych domów, a między jego rodzicami są podobne relacje jakie były między moimi. Nie pisałabym tego wszystkiego, gdyby nie ten zamieszczony przez ewidentnie moją znajomą wpis w internecie o ślubie z młodszym. Ale to właśnie ten wpis uświadomił mi, że teraz po ślubie z tymi stereotypami będę spotykać się zawsze. Oznajmiam więc, że zawsze będę z nimi walczyć. Czy wygram – pokaże czas.

PS Czytelników bloga też zapraszam na ślub. Mam nadzieję, że przygna ich życzliwość, a nie niezdrowa ciekawość. Ciekawskim obiecuję, że pokażę zdjęcia.


http://www.facebook.com/events/254519701331888/

Jak w brazylijskiej telenoweli…

Moi znajomi wielokrotnie porównywali moje życie do brazylijskiej telenoweli. Poniekąd mają rację, bo jak się tak z boku popatrzy to coś w tym jest…

Dopiero co pisałam o pogrzebie i różnych jego tragicznych aspektach. Głównie urzędowych, ale były i inne. Życie Eksia przelatywało mi przed oczami, jak Alicji w krainie czarów, gdy spadała w dół króliczej nory. Nie będę pisać co myślałam, ile razy ryczałam, bo mój ekstrawertyzm ma pewne granice. Na dodatek w dniu, w którym załatwiałam akt zgonu załatwiałam też… termin ślubu. Tak. Wychodzę za mąż i wolę to sama oznajmić zanim zajmą się tym jacyś plotkarze i dorobią do tego swoją plotkarską, ohydną ideologię. Sprawa przedstawia się tak, że ślub z Ulubionym planowaliśmy od kwietnia. Jednak po drodze była do załatwienia cała masa absurdalnych dokumentów, z którymi trzeba się uporać. Fakty są takie, że w notesie mieliśmy wpisaną datę pójścia do USC. Tak się złożyło, że los kazał nam tego samego dnia odebrać akt zgonu Eksia. Ponieważ Eksio całe życie mi marnował i to nawet te 14 lat po rozwodzie, (który był najlepszą moją decyzją), uprzykrzał jak mógł, więc… planów zmieniać nie będziemy. Poznałam jednak prawdziwe oblicza różnych znajomych. Niektórzy byli zdumieni, że po tym wszystkim czego od Eksia doznałam jeszcze go chowam i zabraniali płakać. Jakby zapomnieli, że to ojciec mojego syna, który nie jest owocem gwałtu. Byli też tacy, którzy uważali, że jako ta, która wniosła o rozwód nie ma prawa chować, choć na pytanie, kto powinien to zrobić, nie potrafili wskazać osoby. Sami nie kwapili się do tej roli, ale cóż… Eksio nie był ubezpieczony. Zwrotu z ZUS nie będzie. Ci, którzy świetnie znają szczegóły mojego życia podtrzymali mnie zresztą w decyzji pochówku i załatwiania ślubu. Wspominając jedynie po raz kolejny o brazylijskiej telenoweli i o tym, że pewne rzeczy przytrafiają się tylko mnie, że mam gotowy scenariusz filmu, książki itd. Coś w tym jest… Trzy tygodnie wcześniej poinformowaliśmy Eksia o ślubie dodając, że nie życzymy sobie, by na nim był. Trochę go zamurowało. Nie byliśmy pewni, czy mimo próśb nie przyjdzie. Teraz mamy pewność. Eksio poszedł w przeciwnym kierunku. Jak w brazylijskim serialu.

Ledwo skończyłam zajmować się pogrzebem ruszyłam z kopyta do pracy. Akurat była rocznica Powstania Warszawskiego, a ja miałam przygotować kilka felietonów i do Telewizyjnego Kuriera Warszawskiego i do TVP INFO, ale przez pogrzeb i związane z nim kłopoty byłam z tym daleko w lesie. Żałuję, że w natłoku tych zajęć nie znalazłam czasu, by opisać szczegółowo różne powstańcze absurdy.

Na przykład tegorocznego spotkania powstańców z prezydentem w Muzeum Powstania Warszawskiego. Padał deszcz, dla Powstańców było za mało parasoli…

Nie miałam też czasu, by opisać jak niektórzy zachowywali się podczas obchodów. Media trochę o tym donosiły, ale tylko trochę. Chodzi mi o gwizdy, krzyki „dziękowania” za koncert Madonny itd. Paradoksalnie nie spotkałam powstańca, który byłby tym koncertem oburzony. Kilku, z którymi rozmawiałam powiedziało, ze walczyli o wolna Polskę, a to oznacza, że ludzie maja prawo wyboru. Ktoś chce iść na koncert idzie, ktoś chce świętować – świętuje. Zmuszanie ludzi do patriotyzmu jest pewnego rodzaju nazizmem. A to z tym walczyli powstańcy. Ja 1-go sierpnia świętowałam, choć tuż obok domu grała Madonna. Spodobał mi się dowcip rysunkowy z „Polityki”, którego autor narysował Madonnę, do której ktoś mówi: „zgodzimy się na pani koncert w Polsce pod warunkiem, że zmieni pani pseudonim na mniej kontrowersyjny”. „Na przykład jaki” spytała koślawo narysowana Madonna. „Może… Madzia?” – padła odpowiedź. A ja pomyślałam, że coś w tym czarnym humorze jest. Zainteresowanie mediów sprawą Madzi od dawna wieje absurdem. A ponieważ dla niektórych „dzień bez Madzi jest dniem straconym” to i nawet Pudelek uległ tej „madziomanii” wrzucając na swój portal plotki nie tylko o celebrytach, ale i Katarzynie W. ohyda!

Nie miałam też czasu, by pisać o historiach redakcyjnych związanych z Powstaniem i historiami korytarzowymi. A byłoby o czym pisać. Na przykład pojechałam na Żoliborz na obchody i koleżanka pyta:
- O której wrócisz?
- Nie wiem, bo uroczystości są najpierw na skwerze Żywiciela, a potem jest przejście na Suzina pod tablicę przy kotłowni.
- To kiedy przejdą? – pyta koleżanka.
- Nie wiem. Powstańcy to starzy ludzie. Z roku na rok idą coraz wolniej – odpowiadam.
- To kiedy wrócisz? – spytała doprowadzając mnie tym pytaniem do furii.

Nie miałam czasu, by opisać w ogóle sprawę z załatwianiem ślubu, co jest mega absurdem. Wspomniałam już tu kiedyś, że Ulubiony jest biało-czerwono-niebiesko-żółty. Co to dokładnie oznacza? Ano ni mniej ni więcej, jak to, że urodził się w Moskwie w ZSRR jako syn Polaka, a jest obywatelem Ukrainy. Ma kartę stałego pobytu. Obywatelstwa nie chce, bo to konieczność dokonania pewnego wyboru. Na stronach ambasady czy konsulatów Ukrainy jest jasno napisane: „Każdy obywatel Ukrainy, chcący nabyć obywatelstwa polskiego lub taki, który już je otrzymał, powinien rozpocząć procedurę zrzeczenia się obywatelstwa ukraińskiego.” (To wierny cytat! Jak dla mnie brzmi znajomo. W latach 60-tych moja urodzona w kanadzie kuzynka kończyła 18 lat. Zgodnie z kanadyjskim prawem miała obywatelstwo kanadyjskie. PRL zażądał, by się go zrzekła.) Tymczasem rodzice Ulubionego mieszkają za Bugiem. Mogą mieć różne kłopoty, gdy syn zrzeknie się obywatelstwa. Nigdy nic nie wiadomo. Po co o tym piszę? Otóż… ponieważ Ulubiony jest w świetle prawa obywatelem Ukrainy, więc jego polskie nazwisko nie może być pisane tak, jak było, gdy jego przodkowie mieszkali w Polsce, czyli zanim Armia Czerwona 17 września 1939 roku zajęła ich rodzinną miejscowość pod Stanisławowem. Transliteracja z cyrylicy ukraińskiej czyni to nazwisko tworem co najmniej arabskim i tak to wygląda w karcie stałego pobytu, do czego on się przyzwyczaił, bo długo tu mieszka, a ja jeszcze nie bardzo. Trochę lepiej to wygląda podczas transliteracji z cyrylicy rosyjskiej. Na szczęście z takiej przekładane jest nazwisko do aktu ślubu, bo to czyni się na podstawie aktu urodzenia. Generalnie oboje z Ulubionym mamy schizofrenię, bo o ile wiemy jak on się nazywa, o tyle powstaje pytanie: jak się to pisze? Ulubiony jest aktorem, więc od kiedy mieszka w Polsce w programach teatralnych, czy na listach płac w filmie podpisuje to po polsku, tak jak widniało w dokumentach przodków. Nikt się zresztą nawet nie domyśla, że „za rogiem czai się cyrylica”. Nie zmienia to jednak faktu, że w jego umowach, dokumentach, banku itd. tkwi pewien literowy idiotyzm, który dopiero po przeczytaniu na głos brzmi znajomo. Cóż… Olga Pasiecznik też czasem pisze się „Olha Pasichnyk”. Nasze rozmowy w USC, a wcześniej w sądzie, który wyrażał zgodę na ślub, były tak absurdalne, że na przemian śmialiśmy się i załamywaliśmy.

Gdybym opisywała pewne sprawy na bieżąco myślę, że robiłabym to dokładnie i niejednemu czytelnikowi otworzyłyby się oczy na różne aspekty naszego polskiego życia prawno-urzędniczego. Na przykład polskie prawo żąda od obywateli obcego państwa zaświadczeń o zdolności prawnej do zawarcia związku małżeńskiego. Ukraina takich nie daje, bo nie. Trzeba prosić polski sąd o zgodę na ślub bez takiego zaświadczenia. By to zrobić trzeba przedstawić mnóstwo pism przetłumaczonych przez tłumacza przysięgłego. (Jak się ma sprawa tłumaczeń pominę, bo można zgłupieć i opisywałabym to ze trzy dni.) W dniu, w którym w sądzie mieliśmy sprawę o tę zgodę na ślub, zatrzymano nas na korytarzu, bo… przed naszą rozprawą w tej samej sali odbywała się inna (Sąd rodzinny i nieletnich jakby kto pytał), której uczestnicy byli skądś doprowadzani. Musieliśmy siedzieć „za węgłem” i nie wyściubiać nosa. Osoby doprowadzane miały zakryte twarze i kajdanki. W tym czasie doczytaliśmy się, że kilka sal obok toczyła się rozprawa: „Mleko sp. zoo przeciwko Serek sp. zoo” (bądź odwrotnie), a świadkiem była niejaka pani Mucha. Ze względu na obecność dużej liczby uzbrojonych po zęby funkcjonariuszy w kominiarkach, pilnujących tej rozprawy przed nami, baliśmy się sfotografować wokandę z „serkiem, mlekiem i muchą”, choć aż prosiło się wysłać to do portalu „bareizmy wiecznie żywe”. Gdy wyszliśmy z sali i czekaliśmy na orzeczenie w naszej sprawie przyszła para z bobasem w nosidełku. Też do tego samego sądu i tej samej sali. Tak więc… najpierw tu bandyci w kominiarkach, potem przyszła para młoda, a na końcu berbeć. Wszystko w tym samym sądzie, w którym mleko sądzi się z serkiem i woła na świadka muchę.

Gdyby nie natłok spraw pewnie opisałabym ze szczegółami historię jak to Ulubiony kosił trawę, a sąsiadka wezwała policję. Niestety czasu trochę już upłynęło i emocje opadły, więc tylko wspomnę, że policja przyjechała usłyszawszy, że obcy człowiek DEMOLUJE ogród. Na miejscu był mieszkający tu Ulubiony z… elektryczną kosiarką. Na dodatek na pomoc mu przybiegł mój syn. Sąsiadka mało się nie przewróciła, a policja wymiękła, bo nie było ani demolki ani obcego człowieka. Kobieta próbowała się ratować wrzaskami, że niszczone są drzewa.
- Jakie drzewa? – Spytał Ulubiony i na oczach policji wyrwał z ziemi trzymiesięczną, najwyżej dwudziestopięciocentymetrową siewkę orzecha włoskiego.
- Widzicie państwo?! Wyrwał drzewo! – rozdarła się dziko sąsiadka, co spowodowało, że policjanci domyślili się, że mają do czynienia z osobą niezrównoważoną psychicznie i poinformowawszy, że drzewa do 7 lat można wycinać – odjechali. Ulubiony próbował dalej kosić trawę, ale sąsiadka podstawiała mu pod kosiarkę nogi. Ewidentnie chciała, żeby zrobił jej krzywdę, aby mogła go o to oskarżyć, co uwielbia robić. Efekt jest taki, że ogród dalej zarasta, kosiarka stoi, a sąsiadka przez okno pilnuje trawy, by wraz z pokrzywami rosła wysoko, jak jej debilizm leży głęboko, że tak sobie sparafrazuję Mickiewicza.

Gdyby nie zamieszanie pogrzebowo-powstańcze pewnie opisałabym też ze szczegółami jak to poszłam do pewnej gazety robić wywiad z pewnym panem, który ani razu nie pozwolił mi zadać do końca pytania odpowiadając mi na nie (jemu się wydaje, że odpowiadał na moje pytanie) po usłyszeniu dwóch pierwszych wyrazów, które jak wiadomo powszechnie nie muszą prowadzić do takiego końca zdania, jakiego on by się spodziewał. Pan w ogóle nie pozwolił sobie nic powiedzieć, bo on wie wszystko najlepiej. Wyssał ze mnie krew jak wampir, choć dziury w szyi nie zrobił. Efekt tego jest taki, że wywiad cały czas spoczywa w dyktafonie. Oczywiście nie miałam czasu się nim zająć, bo stał się pogrzeb, ale też i najpierw sama istota wywiadu odstraszyła mnie od pracy na co najmniej kilka dni. Będę musiała siąść. Może nie oszaleję. Na szczęście jeszcze jest czas.

Gdyby nie to wszystko pewnie ze szczegółami opisałabym rozmowy z ukraińskim wydawcą na temat zbliżających się wrześniowych lwowskich targów książki, na których ma nas być czworo polskich pisarzy – w tym ja. Dostałam bowiem list, w którym napisano, że mam finansowany bilet lotniczy do… Kijowa. Targi są we Lwowie. Kijów okazał się przejęzyczeniem, ale ja przez tydzień żyłam w stresie jak z Kijowa dostane się do Lwowa? Na szczęście kamień już mi spadł z serca. Chodziło o Lwów. Ale ja i tak proszę o zwrot kosztów podróży autem, bo mam trochę do odwiedzenia po drodze i to zarówno „tam”, jak i „z powrotem”. Odpowiedzi czy jest to możliwe jeszcze się nie doczekałam.

I właśnie z tych powodów nie mogłam ostatnio napisać na blogu ni słowa. Życie dopadło mnie we wszystkich jego aspektach. I tych negatywnych i tych pozytywnych. A że optymiści żyją dłużej, więc jeszcze jakiś czas będę męczyła czytelników swoją osobą. Na razie oficjalnie zapraszam na swój ślub 8 września 2012 o g. 12-tej w Warszawie w USC na ul. Kłoptowskiego 1/3. Może nas odwiedzić każdy kto chce. Niepotrzebne ani kwiaty ani prezenty. Liczą się tylko życzenia. Choć patrząc na zachowanie niektórych moich znajomych myślę, że dla wielu osób to „aż”. Ale cóż… taki jest urok brazylijskich telenowel. Moje życie pisze scenariusz jednej z nich.