Archiwa tagu: Warszawa

Raport z oblężonej Kępy

Codzienne trąbienie o szczycie NATO w Warszawie już miesiąc temu wywołało u mnie panikę. Wiedziałam, że ma być zamknięty Most Poniatowskiego, obok mają być kompletnie wyłączone z ruchu ulice. No i niektóre stacje veturilo, czyli roweru miejskiego mają być nieczynne.

Jadziem do domu ba rowerku, bo szczyt NATO! #starapraga #nato2016 #rower #veturilo

Do tego zamknięta ma być plaża Poniatówka i ścieżka rowerowa wzdłuż Wybrzeża Szczecińskiego. Planowałam więc wyjechać z Warszawy. Ale los ma, co do mnie swoje plany. Obiecałam poprowadzić zajęcia z dziennikarstwa na letnim kursie i… zostałam w mieście i na Kępie. Sęk w tym, że na zajęcia trzeba dotrzeć. Na szczęście jest to ten sam brzeg, ale… na Starej Pradze przy Koneserze, czyli po drugiej stronie Stadionu Narodowego opanowanego przez delegatów na Szczyt NATO. Teoretycznie mogę jechać samochodem, ale… musiałabym jechać zupełnie dookoła, a nie wiadomo, co dzieje się po drodze, jakie są korki i czy w związku z tym dojadę na czas. Stąd decyzja: jadę rowerem veturilo.

Tak bym jechała, gdyby nie szczyt NATO

Normalnie jechałabym ze stacji Stadion Narodowy, ale w związku z jej zamknięciem na czas szczytu NATO rower wzięłam na Walecznych. Na dodatek na miejsce musiałam jechać dookoła. Przez Park sSkaryszewski nie mogłam, bo i tak wyjść z niego można tylko od strony Stanisława Augusta, a nie od strony Zielenieckiej przy Teatrze Powszechnym. Przyznam, że ta podróż dookoła to dość ciekawe doświadczenie, bo przy okazji zobaczyłam jak wszystko, co ma jechać na północ (w tym ja), najpierw jedzie na południe, udowadniając tym samym, że wszystkie drogi prowadzą do… celu!

Tak jechałam

W drodze powrotnej zauważyłam jeszcze jedną rzecz. O ile poza saska Kępą miasto tętni zżyciem o tyle tu, gdzie wydzielona została strefa natowska jest cisza. Knajpki niemal puste (w porównaniu z tym, co zazwyczaj), ulice tez puste. Rzadko, kto spaceruje. Cóż… może wzięli sobie wszyscy do serca tę mapę Niewiadomskiej…

A ja tylko przypomnę, że do Warszawy przyjechało w sumie 65 delegacji z całego świata, w tym m.in. 18 prezydentów i 21 szefów rządów, a także ministrowie obrony, dyplomaci, itd. Delegacja Polska wynosi 42 osoby. Na szczyt zarejestrowało się ponad dwa tys. uczestników. Obrady relacjonuje blisko dwa tysiące dziennikarzy. Porządku w mieście przypilnuje około sześciu tysięcy policjantów oraz przedstawiciele innych służb. A Saska Kępa jakby wymarła.

Dwa teatry

Poszłam ostatnio dwukrotnie do teatru w dość krótkim odstępie czasu. W sobotę na monodram Małgorzaty Pieńkowskiej do Teatru Powszechnego, a trzy dni później pojechałam do Chorzowa na spektakl Mariana Makuli. Dwa różne przedstawienia, dwie różne emocje, dwie różne wartości, dwa światy, po prostu dwa teatry. Jedno miały wszak wspólne. Brak kompletu widowni. A szkoda. Na obu powinien być tłum!

fot. Marta Akiersztejn, źródło: Teatr Powszechny

Zacznijmy od monodramu Małgorzaty Pieńkowskiej. Tytuł: „Zofia”. Tekst autorstwa Anny Wakulik jest inspirowany biografiami matek powstańców warszawskich, m.in. matki Jana Rodowicza „Anody”. Jest świetnie wyreżyserowany i zagrany. Pieńkowska przejmująca. Sceny, gdy osierocona matka, bo straciła jedynych dwóch synów, nie wie co począć ze swoim życiem i odmierza kroki w jakimś niemal trupim tańcu – przejmujące. Skromna scenografia – tylko dwa krzesła i stół. Skromny kostium – czarna sukienka i płaszcz. Skromne rekwizyty. Tylko walizka z ubraniami. Świetna muzyka zrobiona przez Aleksandrę Goetzen. Ciekawa reżyseria Beniamina Bukowskiego. Dawno nic mnie tak nie poruszyło, a panicz Syn, który mi towarzyszył, równie mocno był poruszony. Na widowni zajęte tylko trzy rzędy. Przed spektaklem jedna pani pytała, czy na pewno nie jest to spektakl edukacyjny. Zapewnioną ją, że nie. Cóż… edukacyjny w rozumieniu podręcznikowym nie był na pewno. Ale wielu rzeczy uczył. Nie tylko o historii, ale przede wszystkim o emocjach. Matki niczego tak się nie boją jak śmierci dzieci. Mam koleżankę, która to przeżyła. Mam przodkinie, które przez to przeszły. Umiem to sobie wyobrazić i nie chcę tego robić. Ten spektakl i siedzący obok mnie syn do tego mnie zmusiły. Mocna rzecz. Straszna. I… bardzo prawdziwa. Zastanawiam się czy w chwili, gdy takie rzeczy dzieją się w Europie i na świecie, tego typu spektakle nie powinny być promowane. Przecież codziennie jakaś matka traci dziecko. Jak to zatrzymać?

żródlo: agencja artystyczna Makula

Drugi spektakl to coś zupełnie innego gatunkowo. Wodewil we dwóch aktach na motywach „Ożenku” Mikołaja Gogola. Tytuł: „Zolyty”, czyli zaloty. To, że uważam Mariana Makulę za geniusza – już kiedyś pisałam. Widziałam onegdaj jego „gdowkę” i byłam szczerze ubawiona i zachwycona. Teraz było podobnie. Na spektakl zabrałam przyjaciółkę ślązaczkę. Na wszelki wypadek, gdybym potrzebowała tłumaczenia ze śląskiego. Nie było potrzebne. Słowa „frelka”, „bajtel”, „gruba” czy „hasiok” i wiele innych – znam. Na spektaklu obie bawiłyśmy się świetnie i obie żałowałyśmy, że nie możemy dostać tekstu sztuki do przeczytania na spokojnie, bo tak się śmiałyśmy, że nic nam w głowie z tych „godek” nie zostało. Ślązacy potrafią śmiać się z siebie. Oto stara panna chce wyjść za mąż, a stary kawaler chce się ożenić. Pomaga swatka, której „w picie grzebie ino skarbówka”. A, że ze starymi kawalerami jest, jak jest, więc w ostatniej chwili „karlus przez okno pitnął od frelki”. Makula po mistrzowsku żongluje słowem. Sztuka, przeniesiona w realia współczesnego śląska bawi. Nie brak w niej śląskich piosenek, a wszystko dzięki współpracy z Grzegorzem Spyrą.

Widownia „Zolyty” zajmowała ¾ Sali Chorzowskiego Centrum Rozrywki i bawiła się świetnie. Chciałabym, by Marian Makula pojechał ze swoimi wodewilami, operetkami itd. poza Śląsk, bo w czasach, gdy wokół tyle złych wiadomości przyda się trochę zdrowego śmiechu zrobionego przez tych, którzy potrafią śmiać się z siebie, a nikt lepiej tego nie robi od Hanysów. Tylko nie wiem, czy gorolom nie potrzebne będą jednak napisy.

Warszawiakom polecam obejrzeć Pieńkowską. Ślązakom nie muszę chyba polecać Makuli, bo go znają. Ale jak ktoś spoza Śląska, ma niedalko i ma zły humor… Warto! Ale weźcie ze sobą zaprzyjaźnionego Hanysa tłumacza.

I tylko szkoda, że w czasach, gdy wokół tyle bylejakiej rozrywki nie ma tłumu w prawdziwych teatrach.

Po premierze, czyli zapraszam na targi

We wtorek w Domu Literatury odbyła się uroczysta premiera mojej najnowszej książki „Czucie i Wiara”, czyli warszawskie duchy. Spotkanie prowadziła Miłka Skalska, a fragmenty czytał Tomasz Sobczak. To ta książka, którą pisałam w ubiegłym roku, bo to na nią dostałam stypendium artystyczne Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

 

A wszystko zaczęło się od mojego opowiadania „Tajemnica przystanku tramwajowego” napisanego w prezencie dla nieżyjącego już dziś Tomasza Zygadły. Opowiadanie, zamieszczone po jego śmierci tu na blogu, przyciągnęło czytelników. Większość z nich uwierzyła, że to wszystko prawda, bo… skoro Paweł Biedziak brał udział w śledztwie, to taki tramwaj widmo musiał istnieć. Ta wiara w fikcję sprawiła, że zapragnęłam napisać więcej niż jedno warszawskie opowiadanie z duchami. I tak powstał najpierw pomysł, a potem… cała książka zatytułowana „Czucie i Wiara”, czyli warszawskie duchy wydana przez wydawnictwo LTW. Tuż po premierze książki obecny na niej Paweł Biedziak napisał do mnie:

Bardzo dziękuję za wczorajsze spotkanie. Jakubowicza spotkałem kiedyś na… przystanku tramwajowym w Jerozolimie. Może dojechał tam z Warszawy? Musiał uciekać z Polski, bo chcieli zrzucić na niego winę za zabójstwo Mańki Penconek. Zdążył. Ominęły go nie tylko fałszywe oskarżenia. Był smutny. Mówił mi, że tęskni za Warszawą. Za Chłodną i za Wysockiego. Jakubowicz okazał się niewinny. Pracuję nad rozwiązaniem zagadki.
Paweł Biedziak”

To, że żyjący bohater wszedł w historię jest najwyższą dla mnie nagrodą. Zresztą… nie jeden Paweł Biedziak tak zrobił. Bohaterem rozdziału o Pradze Północ jest m.in. warszawski przewodnik Mieczysław Janiszewski, który po premierze zadzwonił i powiedział, że… nazywa się „dziękowalski”. Dziękowali też inni, choć wielu nie przybyło na spotkanie. Wszystkich czytelników ciekawych książki zapraszam do internetowych księgarń lub do sieci księgarń Matras, a spotkać się ze mną osobiście i porozmawiać o książce będzie można na tegorocznych Warszawskich Targach Książki na Stadionie Narodowym. Zapraszam.

16 maja w g. 13:00-14:00
stoisko (40/BC) Stowarzyszenia Pisarzy Polskich

16 maja w g. 15:00-17:00
stoisko (136/D19) wydawnictwa LTW

17 maja w g. 10:00-11:30
stoisko (136/D19) wydawnictwa LTW

W sidłach miejskiego korka

Stwierdziłam wczoraj, że komunikacja w stolicy jest jednak najlepsza na świecie. Dowód? Wczoraj miałam być gościem pewnego lokalnego radia internetowego. Konkretnie radia Praga z siedzibą na rogu Szwedzkiej i Stalowej. Zaś godzinna audycja ze mną miała zacząć się o 18:00. Prowadzącemu ją dziennikarzowi obiecałam być o 17:40. Była godzina mniej więcej 15:30, kiedy wyjechała ze szpitala w Tworkach w Pruszkowie, w którym odwiedzałam znajomego. Niepokoić zaczęłam się o 16:50 kiedy stałam w gigantycznym korasie (czymś więcej niż korku) na rondzie Jazdy Polskiej. Dopiero po 20 minutach dojechałam na plac Konstytucji. Zadzwoniłam do prowadzącego audycje i powiedziałam, ze jadę, ale to co dzieje się na mieście to horror. Polecił nie martwic się. Do audycji jest przecież prawie godzina. Potem łączyliśmy się jeszcze Iles razy, a on mówił, że najwyżej zacznie beze mnie itd. O 17:20 stałam na Żurawiej, o 17:40 na Książęcej. Dlatego o 17:50 porzuciłam samochód przy stacji SKM Warszawa powidle i wpadłam jak burza do pociągu jadącego do Otwocka. Przejechałam jeden przystanek do stacji Warszawa Stadion, gdzie zbiegłam na sam dół do metra. Tam gubiąc niemal buty wpadłam jak burza do wagonu i znów przejechałam jeden przystanek do stacji Warszawa Wileńska, wbiegłam znów gubiąc buty i oddech na górę i autobusem dojechałam jeden przystanek do radia. Była 18:12. Leciały piosenki, reklamy i właściwie można powiedzieć, że… zdążyłam. Wracałam tą samą drogą po samochód, który stał jakby nic się nie stało. Jakby nie było wcześniej żadnych korków, w których spalił on astronomiczne ilości benzyny, choć normalnie pali 4 litry na setkę. Po tym zdarzeniu poważnie zastanawiam się, czy następnym razem do Tworek w odwiedziny nie pojechać jednak SKM-ką. Taniej, mniej nerwowo, no i przede wszystkim można w czasie podróży spokojnie po drodze poczytać. I tylko niewygodnie nosić siaty i niebezpiecznie jeździć z laptopem, aparatem foto itd. 

Warszawa w oczach amerykańskich filmowców

Gdy przyjechałam w sobotę do Obór byłam tak padnięta, że gdy już rozpakowałam się, zjadłam kolację i ogarnęłam wszystkie obowiązki, postanowiłam się odprężyć i obejrzeć coś w TV. I tak… około 22-giej, bo wtedy się ze wszystkim uporałam, natknęłam się na film ze Stevenem Seagalem. Normalnie bym nie oglądała, ale… akcja filmu działa się w Warszawie. To mnie zaciekawiło. Tytuł filmu „Poza zasięgiem”. Treść banalna i schematyczna.

Seagal, który popularność zdobył jako „Nico” zawsze mnie trochę śmieszył ze względu na zwalistą sylwetkę i koślawe nogi iksy. Przed laty oglądałam z Eksiem jakiś film z Seagalem. Tytułu i treści nie pamiętam. Tylko jedną scenę, z powodu której rechotaliśmy jak głupi. Bohater grany przez Seagala był w śpiączce, leżał goły w łóżku i pielęgniarka zajrzała pod kołdrę. Po chwili na widok tego, co tam ujrzała, powiedziała głośno do siebie:
- Ty musisz żyć.
Eksio dostał wtedy ze śmiechu czkawki.

Koleżanki z redakcji, które robiły wywiady ze Stevenem Seagalem, gdy kręcił w Polsce film „Cudzoziemiec” (2003), mówiły, że jest to sympatyczny facet. „Cudzoziemca”, który to film, ze względu na obecną w nim Warszawę, bardzo chciałam obejrzeć, do dziś nie zmęczyłam. Taka to była sensacja, że choć oglądanie zaczynałam co najmniej 10 razy, zawsze zasypiałam w połowie. Nie wiem więc jak się film kończy, co tylko pokazuje jego wybitność. Dość podobnie jest z treścią powstałego rok później „Poza zasięgiem” (2004), choć ten film obejrzałam prawie do końca. Wymiękłam pod sam koniec, kiedy główna bohaterka napisała list, z którego wynikało, że WRESZCIE jest w Ameryce. No tak! Zdaniem Amerykanów raj na ziemi. Co tam ta nasza zapyziała Polska. Film jest nijaki i schematyczny. Jednak to o czym chcę napisać to nie treść, bo nie tylko „koń jaki jest każdy widzi”. Tak samo jak z koniem jest i z filmami z panem SS. Jakie są każdy widzi.

Mnie w tym filmie zafascynowała Warszawa i to co mogą grać pewne budowle. Oto Biblioteka Uniwersytetu Warszawskiego robi za siedzibę czegoś w rodzaju ONZ, co dla potrzeb filmu nazywa się zresztą jakoś inaczej. Dla mnie bomba! Tak nigdy jeszcze na BUW nie spojrzałam.

Oto po raz pierwszy zobaczyłam Pałac Kultury i Nauki z czerwonym dywanem rozwiniętym na schodach na zewnątrz. W filmie zagrały ze 2-3 wejścia do pałacu, a sam pałac był miejscem gdzie jest bal ambasadora. Niestety nie wiem jakiego kraju, bo zdaje się, że ta informacja w filmie nie padła. Jeśli był to bal ambasadora amerykańskiego to mój szok jest jeszcze większy.

Szokiem była też Politechnika, w której swoją siedzibę mieli źli ludzie – przeciwnicy bohatera odgrywanego przez Stevena Seagala, choć mnie się wydaje, że on cały czas gra tego samego człowieka tylko imiona mu się zmieniają. Może ma schizofrenię lub cierpi na rozdwojenie jaźni? W każdym razie w głównym hallu Politechniki ci źli ludzie toczyli między sobą pojedynki na szpady. Tu także dzielny Steven Seagal zabija złego człowieka.

Jednak to co mnie najbardziej ubawiło to… najlepszy lokal w mieście. Gdzie kręcono zdjęcia – nie wiem, ale to co padło z ust bohaterki (nomen omen burdelmamy) zabiło mnie. Tekst był mniej więcej taki:
- To ulubione miejsce króla Stanisława. Spotykał się tu z Carycą Katarzyną, której był kochankiem. To miejsce ma wiele tajnych przejść.
Mój Boże! Zawsze uważałam, że amerykański przemysł filmowy, podobnie jak większość amerykańskiej literatury strzela obok faktów, historii, a nawet geografii. „Pamiętnik księżniczki” Meg Cabot sprawił, że amerykańskie dziewczynki uwierzyły w istnienie Genovii, która leży gdzieś w Europie koło Francji. Sama Meg Cabot opowiadała mi o tym w swoim czasie do kamery i robiła to z niekłamaną dumą.
Film „Gladiator” sprawił, że Amerykanie uwierzyli, że rzymski cesarz Kommodus zginął na środku Koloseum w czasie walki. Informacje, że to nieprawda pojawiły się w Wikipedii kilka lat później niż film.
Film „Poza zasięgiem” być może mógłby sprawić, że amerykanie uwierzą, że caryca Katarzyna przyjeżdżała do Warszawy sypiać z królem Stanisławem Augustem. Na szczęście tak, jak „Cudzoziemiec”, tak i ten stary schematyczny gniot jest tylko na video i czasem puszczany w TV, prawdopodobnie tylko w Polsce, być może po to, żeby nas bardziej ogłupić a na pewno po to, żebyśmy się nacieszyli, że nasi aktorzy czasem grają w amerykańskich filmach. Amerykanie chyba nie są w ogóle świadomi, że Stanisław August Poniatowski i Katarzyna II to byli kochankami zanim on został królem. Jeśli w ogóle wiedzą, że byli kochankami a nawet jeśli w ogóle wiedzą, że istnieli. Na pewno nie wiedzą, że caryca nigdy nie sypiała ze Stanisławem Augustem w Warszawie. Wreszcie, wątpię czy wiedzą, że zburzona po ostatniej wojnie stolica Polski nigdy nie miała takiego przybytku z sekretnymi przejściami, a nawet gdyby miała, to mógłby nie ocaleć po II wojnie światowej. A gdyby nawet był i ocalał, to wątpię, by dziś mieścił się w nim za przeproszeniem burdel z dziwkami. Prędzej jakiś urząd, którego pracownikom można wiele zarzucić, ale zapewne nie nierząd, choć to tak podobne słowo do urzędu. Wątpię czy Amerykanie wiedzą, że ulubionym miejscem ostatniego polskiego króla były Łazienki. Tych zresztą w tym filmie zabrakło. Ale cóż… już były w „Cudzoziemcu” i to jedyne obok grobu nieznanego żołnierza co zapamiętałam z tamtego filmu zanim zasnęłam.

Fajnie, że Warszawa grywa w amerykańskich filmach. Szkoda, że w tak głupich i klasy B. No, ale może od czegoś trzeba zacząć?

Tego bollywoodzkiego filmu sensacyjnego, w którym autobus spada z mostu gdańskiego nie widziałam. Chyba nie jestem gotowa. Steven Seagal mocno nadwerężył moją tolerancję na głupotę. A swoim poparciem dla Putina dodatkowo zniesmaczył. Ale cóż… facet nie zna ani polskiego ani rosyjskiego ani ukraińskiego. Nie wiem czy zna słowiańską mentalność. Wiem, że zna Warszawę. To jest wprawdzie jakiś plus. Ale tylko jeden.

PS Już wolałam, gdy w „Europa, Europa” Agnieszki Holland ulica Kanonia na tyłach warszawskiej katedry Św. Jana robiła za Berlin, a Muzeum Narodowe za szkołę Hitler Jugend. Ale cóż… przy dobrym scenariuszu i reżyserii nic człowieka nie razi.

W pędzie za marzeniami

Pasje warto mieć od małego i je realizować. Tak samo jak warto mieć marzenia i dążyć do tego, by się spełniły. Uwielbiam spotykać ludzi z pasją i takich, którzy podążają za marzeniami. Sama staram się być taką osobą.

Pojechałam dziś z kamerą na Dworzec Centralny, by nakręcić odjazd pełnego pasażerów pociągu pendolino. Pociąg jechał na trasie Warszawa-Gdynia. Wśród pierwszych pasażerów był Oskar Kuralczyk – podopieczny Fundacji Mam Marzenie. Od urodzenia choruje na zespół wad wrodzonych. W październiku dzięki kolejarzom z Przewozów Regionalnych poprowadził pociąg relacji Szczecin-Świnoujście na odcinku do Goleniowa. Wtedy przed odjazdem został oficjalnie mianowany maszynistą. Otrzymał własną czapkę oraz identyfikator. Punktualnie o godz. 13 odjechał w towarzystwie doświadczonych maszynistów.

Teraz miał przejechać się pendolino. Wprawdzie nie jako maszynista, ale jako pasażer, ale to też nielada wyczyn, wziąwszy pod uwagę swoisty cyrk ze sprzedażą biletów. Nie wiedział co go czeka. Już sam pobyt na Dworcu Centralnym był dla niego przeżyciem, bo zobaczył pendolino przejeżdżające przez sąsiedni peron. Nie wiedział, że za chwilę sam wsiądzie do takiego pociągu. Rezolutnie odpowiadał na wszystkie moje pytania dotyczące kolei. W swojej kolejarskiej pasji nie był jednak sam, choć to na nim skupiała się uwaga wszystkich mediów.

Oskarek z mamą

Gdy pozostałe stacje telewizyjne nagrywały Oskarka na peronie zjawił się dziewięcioletni Marceli Salwowski z Nowego Tomyśla, który jest właścicielem prywatnego muzeum kolejnictwa. Chłopiec był w czapce kolejarce z napisem PKP, miał przewieszona przez ramię konduktorkę, z której wystawała chorągiewka, a w ręku specjalny lizak. Oczywiście udzielił mi wywiadu i przyznał, że to dla niego nie pierwszyzna, bo już rozmawiał z mediami. Na pamiątkę dostałam znaczek.

ja z właścicielem Prywatnego Muzeum Kolejnictwa – Marcelim

Obaj chłopcy po 8:30 odjechali pociągiem do Gdyni. Ciekawi mnie czy ta pasja do kolejnictwa będzie im towarzyszyć zawsze? Znam takich, którzy z pasji nie rezygnują nigdy. Większość niestety na jakimś etapie życia porzuca dziecięce zainteresowania i marzenia. Mówią, że to dorosłość. Dla mnie prawie śmierć.

Świat, który odchodzi…

Codziennie jakaś część Warszawy znika. Bezpowrotnie. Burzone są domy, budynki fabryczne, dawne zakłady pracy. Kiedy byłam dzieckiem i mieszkałam na Żoliborzu, gdy czekałam na „naszym” przystanku autobusowym na rogu Przasnyskiej i Krasińskiego, autobus często zatrzymywał się na przejeździe kolejowym przed szlabanem. Po torach z okolicznych fabryk jechały pociągi towarowe z materiałami, półfabrykatami itd. Na harcerskich zbiórkach bawiliśmy się w podchody biegając po tych torach, na których podkładach kredą wziętą ze szkoły malowaliśmy strzałki i inne znaki patrolowe. Dziś nie tylko nie ma szlabanu, a budka dróżnika straszy, ale zniknęły tory i zakłady. W ich miejscu powstają nowoczesne, ekskluzywne osiedla, których mieszkańcy zapewne odgrodzą się przed światem setkami bram i furtek z domofonami. Na straży postawią pana, który będzie notował nazwiska przychodzących i numery mieszkań tych, których goście odwiedzają. Bo tak dziś jest wszędzie. Wszystkie miejsca, gdy jeden człowiek, jest bliski swoim sąsiadom znikają. Strzeżone molochy pełne obcych sobie ludzi rosną, jak grzyby po deszczu. To co stare znika, jak prawdziwki podczas porannego grzybobrania w sezonie.

W sobotę, znajomy (znajomy rodziny od zawsze, czyli od dziecka), a od ponad 40tu lat przewodnik warszawski Mieczysław Janiszewski pokazał nam (mnie i Ulubionemu) jedno z takich miejsc. Bar z jednym stolikiem. Taki „ostatni Mohikanin” w bramie pewnego, przeznaczonego do wyburzenia, domu przy ulicy Łuckiej. Poza barem, w wielkiej kamienicy. Ostał się jeszcze tylko jeden lokator. Czeka na powrót kogoś tam z zagranicy. Potem też się wyprowadzi.

Bar funkcjonuje tu od ponad 19-tu lat. Nakręcono o nim kilka filmów, bo to miejsce kultowe. Zwłaszcza dla warszawskiej bohemy. Kto tu nie bywał? Pani Grażynka, która po odebraniu telefonu, że przyjedziemy, rozpoczęła przygotowywanie dla nas schabowych kotletów, z ziemniakami i mizerią, opowiadała, że uwielbiał tu bywać Marek Nowakowski. Raz przyjechał z Krzysztofem Karaskiem. Byli po wizycie w teatrze, więc ubrani w bardzo eleganckie garnitury, z białymi szalikami, prezentowali się niezwykle dostojnie. Siedzieli, jak powiedziała pani Grażynka, do trzeciej w nocy, bo bar bywa otwarty do ostatniego klienta. Na co dzień otwierany jest… na telefon. Na telefon realizuje tez zlecenia kulinarne. Można tu zam,owić potrawy do domu, na przyjęcie z gośćmi. Niedługo swą siedzibę przeniesie w inne miejsce, bo na róg Ogrodowej i Wroniej. Lokal będzie nowocześniejszy i większy.

W barze w obecnym miejscu, jakby zatrzymał się czas. To cały jego urok. Przeniosłam się w nim w przeszłość, bo lada jak sprzed lat, waga jak sprzed wieku, a potrawy, jak z domu babuni. Tu zjadłam najlepszego schabowego w życiu. Byłam tak zachwycona, ze… zapomniałam sfotografować talerz. Jest tyle osób, które chciałabym tam zaprowadzić. Niekoniecznie na schabowego. Pani Grażynka przygotowuje też śledzia, kurczaka, pierogi i tak dalej… Norwegowie, którzy przyjechali na Wolę robić graffiti, chcieli ją porwać do Norwegii, by tam serwowała swoje pierogi. Odmówiła. jej miejsce jest tu. Czy zdążę spróbować tych smakołyków, zanim bar przeniesie się do lokalu, w którym będzie nowocześniej, a miejsce znajdzie się dla większej liczby stolików? Czy przed przeprowadzką zdążę zaprowadzić tam wszystkich, którym warto pokazać takie miejsce?

Spieszmy się jadać w warszawskich barach, tak szybko wypierają je chińskie i tureckie… Nie to, żebym miała coś przeciwko obcym kuchniom. Ale lubię jeść, jak u babci.

Kto chce zobaczyć więcej zdjęć – zapraszam tutaj.

TAXI, któremu się nie opłaca

Któż nie zna serii francuskich komedii o zwariowanym taksówkarzu z Marsylii, który łamie wszystkie możliwe przepisy, bo jeździ tak szybko, że regularnie podmuch wiatru wywołany przez pęd jego auta, przewraca fotoradary?

Kiedyś zastanawiałam się dlaczego w tej komedii nigdy nie ma jednego wątku – finansowego. Taksówkarz nigdy nie naciąga swoich klientów. Ostatnio myślę, że nie ma tego wątku, bo ów taksówkarz… (i piszę to z prawdziwym smutkiem) nie jest Polakiem.

W poniedziałek wróciłam z tego, pożal się Boże, festiwalu literackiego. Raniutko o 6-tej z minutami wysiadłam na Dworcu Wschodnim. Choć jechałam sypialnym, byłam na tyle zmęczona, że nie miałam siły wracać do domu tramwajem. Na dodatek zacinał deszcz. Stwierdziłam, że wezmę taksówkę. Ode mnie na dworzec (i odwrotnie) kosztuje ok. 15 złotych. To nie majątek. Niestety w pociągu rozładowała się komórka, a kontaktu do podłączenia telefonu nie było. Dlatego, gdy wysiadałam z pociągu, telefon już nie działał. Nie mogłam wezwać taksówki przez telefon. Wyszłam więc przed dworzec i podeszłam do pierwszego stojącego tam taksówkarza.

- Podwiezie mnie pan do domu na Kępę?

- Nie opłaca mi się, bo za blisko. Chyba, że za dwadzieścia pięć złotych – odparł taryfiarz.

Zastanawiałam się potem, czy gdybym nie powiedziała „do domu”, to może by myślał, że nie jestem miejscowa podwiózł pod wskazany adres i żądał 25 złotych? Czy obwiózł dookoła Pragi Południe? Czy miałby jeszcze jakiś inny pomysł? A może też nie chciałby mnie wieźć? Na szczęście taksówek w Warszawie dużo. Kilka metrów dalej od niego stały też inne. Pan z jakiejś korporacji wziął mnie pod swoje skrzydła i odstawił pod dom. Licznik wybił 14 złotych.

Jadąc rozmawialiśmy o ofercie jego kolegi po fachu. Tej ofercie za 25 złotych. Pan nie miał dobrego zdania o takim zachowaniu i rozmowę zakończył filozoficznie:

– Takim cwaniakom wydaje się, że lepiej mieć kilka kursów za duże pieniądze, a przecież największe interesy robi się na tych drobnych. Zwłaszcza, gdy jest ich wiele.

utracone odzyskane

Dziś miałam dość podobną przygodę. Pojechałam do Ministerstwa rozliczyć stypendium na książkę. Czyli…zostawić w biurze podawczym napisaną książkę, sprawozdanie z realizacji założeń stypendialnych i nośnik elektroniczny ze wszystkimi załącznikami. Ponieważ przez ostatnie dni byłam bardzo zapracowana, a na dodatek wyskoczyła ta niezwykle nieprzyjemna sytuacja z festiwalem literackim, na który zdecydowałam się jechać z myślą, że to będzie miły relaks po pracowitych tygodniach, więc do ministerstwa wlokłam się noga za nogą. Ze względu na fakt, że mieści się na Trakcie Królewskim, a Warszawa jest strasznie rozkopana, zdecydowałam się jechać autobusem. Pogoda była nieprzewidywalna, więc wzięłam kurtkę. Najpierw miałam ją na grzbiecie, ale już w połowie drogi zdjęłam, bo zrobiło się gorąco. Do Ministerstwa dotarłam dość szybko. Papiery złożyłam, pokwitowanie dostałam. Stamtąd poszłam pieszo do Domu Literatury załatwiać różne inne pisarskie sprawy. W końcu to też na Krakowskim Przedmieściu. Po kilku rozmowach udałam się tramwajem jeden przystanek do specjalnej drukarni, by wydrukować w jednym egzemplarzu swoją świeżo napisaną i właśnie złożoną w Ministerstwie książkę. Oczywiście po to, by jeszcze raz (po raz nie wiem który) siąść do korekty, redakcji itd. Byłam w drukarni, gdy zadzwonił telefon z Ministerstwa. Oto w kancelarii… zostawiłam kurtkę. Czynni są do 16-tej. Mogę przyjść po odbiór. Wróciłam do Domu Literatury, zjadłam obiad i ruszyłam w stronę Ministerstwa po nieszczęsną kurtkę. Po drodze zahaczyłam o „India Market” i kupiłam bluzkę. W Ministerstwie odebrałam kurtkę i tak z torbą na ramieniu, kurtką na ręku, siatką z bluzką oraz zbindowanym maszynopisem książki w drugim ręku ruszyłam na przystanek koło Teatru Wielkiego przy ul. Fredry. Tam siadłam na ławce kładąc obok siatkę, maszynopis i kurtkę. Byłam tak zmęczona i chyba zaczynały schodzić mi nerwy związane z książką, stypendium i nieszczęsnym festiwalem literackim, że dopiero, gdy miałam wysiadać z autobusu zorientowałam się, że kurtka i maszynopis zostały na ławce. (O nowej bluzce w tym momencie nawet zapomniałam). Pobiegłam na pierwszy postój taksówek. Pytam pierwszego pana stojącego na tzw. słupku, czy mi pomoże w moim problemie i mnie zawiezie, skąd dopiero, co przyjechałam… Pytałam o to otwierając przednie drzwi od strony pasażera. Pan krzyknął dość niegrzecznie, że mam siadać z tyłu. Ja mu na to grzecznie i zgodnie z prawdą, że z tyłu prawnie nigdy nie jeżdżę, bo mam chorobę lokomocyjną. A pan wtedy, że… nie zawiezie mnie, bo on „na siedzeniu z przodu ma biuro”. Pan, który stał na postoju, jako drugi nie miał już takiego problemu. Powiedział, że zawiezie i wskoczyłam w jego taksówkę. Opowiedziałam mu, jaki mam problem i ruszyliśmy z kopyta. Moich rzeczy na przystanku nie było, ale… nie chciało mi się wierzyć, by ktoś zabrał starą kurtkę i wydruk książki, więc poprosiłam taksówkarza, by poczekał chwilę. Wbiegłam do pierwszego biura, które było przy przystanku i… wszystko znalazłam. Przy bramkach wejściowych do budynku, na jakimś stoliku leżały: kurtka, maszynopis i nowa bluzka, o której na śmierć zapomniałam. Wróciłam do taksówki uśmiechnięta od ucha do ucha, a pan odwiózł mnie do domu. Oczywiście po drodze rozmawialiśmy o tym, że się wszystko szczęśliwie znalazło i że to cudowne, ale też i o taksówkarzu, który nie chciał mnie zabrać, bo miał „biuro na przednim siedzeniu”. Gdy wróciliśmy w miejsce startu, czyli na Rondo Waszyngtona oboje spojrzeliśmy na postój. Pan „z biurem na przednim siedzeniu” cały czas stał na postoju. Licznik „mojego” taksówkarza wybijał właśnie 30 złotych. Szybko okazało się, że oboje pomyśleliśmy to samo. Tamten też mógł je zarobić, ale biuro mu przeszkodziło…

I tak sobie myślę, że takie rzeczy dzieją się chyba tylko w Polsce (no… może jeszcze w krajach arabskich), ale np. taki bohater francuskiej serii „Taxi” nie ma biura na przednim siedzeniu i opłaca mu się każdy kurs.

Dostałam przyspieszenia

Byłam przekonana, że książkę o roboczym tytule „Nowe legendy warszawskie”, na którą dostałam półroczne stypendium od MKiDN muszę złożyć w MKiDN do 31 grudnia. Tymczasem… termin ostateczny to 29 sierpnia. Wesoło! Prawda? Tak więc dostałam zawrotnego przyspieszenia. Nie wiem wprawdzie z czego będę teraz żyła, bo muszę przestać chodzić do redakcji i tylko pisać. Jednak taki bat nad głową to nie żarty. W przeciwnym razie będę musiała zwracać stypendium, a przecież już je „przeżyłam”. Na analizę, czemu tak się stało, że mi się sierpień z grudniem pomylił będzie czas później. Na razie do dzieła. Będę tu pisała więc teraz krótko. Na razie zapraszam do śledzenia moich poczynań na stronie poświęconej projektowi i proszę o trzymanie kciuków za szczęśliwy koniec, bo jak wiadomo „miłe złego początki a koniec żałosny”. Ja na żałosny koniec nie mogę sobie pozwolić.

Starzy czytelnicy bloga pamiętają, że wszystko zaczęło się od… Tajemnicy przystanku tramwajowego

A dla zachęty…

PRZEDMOWA, CZYLI… JAK PRAWDA MIESZA SIĘ Z FIKCJĄ

Nie jest to opracowanie historyczne, a zbiór opowiadań łączących się w całość i przenoszących czytelnika w głąb historii mojego miasta. To moja intelektualna zabawa, stworzona z myślą o wszystkich, którzy lubią czytać. I tych starych i tych młodych, bo każdy znajdzie tu coś dla siebie. Są tu postaci żyjące, gdy piszę te słowa i takie, które już dawno odeszły z tego świata. Są historie, które zdarzyły się naprawdę i takie, które nie miały miejsca. Mieszam tu prawdę historyczną z fikcją czerpiąc całymi garściami z własnego domowego archiwum Warszawianki od wielu pokoleń oraz domowych archiwów przyjaciół i znajomych. Przede wszystkim jednak czerpię z bogatej historii Warszawy i jej mieszkańców. Ożywiam tu duchy ludzi, którzy kiedyś chodzili lub mogli chodzić ulicami mojego miasta. Wszystko po to, by pokazać, że Warszawa to nie tylko zbiór budynków, ulic i placów, ale żywy organizm, którego mieszkańcami zawsze, bez względu na epokę, targały jakieś namiętności. Tu rozkwitały romanse, dochodziło do zbrodni, ludzie się rodzili i umierali.
Gdy byłam jeszcze studentką historii sztuki Uniwersytetu Warszawskiego, podczas jednego z wykładów o klasycystycznej architekturze Warszawy profesor Tadeusz S. Jaroszewski, który miał zwyczaj przytaczać też anegdotki dotyczące budowli, opowiedział o pewnym zdarzeniu, które miało miejsce w Pałacu Potockich w 4 kwietnia 1782 roku. Otóż tego dnia zmarł w nim August Aleksander Czartoryski, twórca potęgi tego rodu. Zmarł grając w wista z Nuncjuszem Papieskim. Jako człowiek dobrze wychowany konając powiedział:
- Jego ekscelencja wybaczy, ale nie dokończymy tej partii, gdyż umieram.
Jak powiedział pan profesor, Nuncjusz, którym w tym czasie na ziemiach polskich był Jan Andrzej Archetii, usłyszawszy takie wyznanie zdurniał ponoć do tego stopnia, że konającego przeżegnał ręką pełną kart.
Ta anegdota pozwoliła mi inaczej spojrzeć na gmach Ministerstwa Kultury, które w 2014 roku przyznało mi półroczne stypendium literackie właśnie na tę książkę. Dzięki profesorowi Jaroszewskiemu i jego wykładom wiem, że pałac w którym dziś mieści się Ministerstwo, niejedno w życiu widział. Również ta anegdota sprawiła, że inaczej patrzę na pozostałe stołeczne budynki, a także ulice i place.
Co w tej książce jest prawdą, a co zmyśliłam? To zagadka dla varsavianistów i historyków, którzy mam nadzieję, że będą się przy lekturze bawić równie dobrze, jak ja podczas pisania. Gdy przegryzając się przez stosy opasłych tomów i artykułów o naszej stolicy, łączyłam niewidzialne a czasem nieistniejące wątki i dopasowywałam je do osnowy, jaką jest historia Warszawy. Mam też nadzieję, że żyjący, którzy odnajdą siebie na kartach tej książki, nie skrzyczą mnie za to, że nie pytając ich o zdanie, kazałam im mówić rzeczy, których nigdy nie mówili. Zrobiłam to ze szczerej sympatii do nich. Dziękuję Wam wszystkim za to, że byliście moim natchnieniem.

czytaj dalej… Legendy Warszawskie

Kupiec w świątyni

„Są granice, których przekroczyć niewolno” powiedział pamiętnego 13 grudnia generał Jaruzelski. To jedyne jego zdanie, które czasem cytuję, choć on miał, co innego na myśli, a ja przeważnie, co innego. Fakt jednak pozostaje faktem. „Są granice, których przekroczyć niewolno.”

Wczoraj minęła 25 rocznica, gdy odsłonięto Pomnik Powstania Warszawskiego na placu Krasińskich. W latach 80-tych mój Ojciec był rzecznikiem prasowym Społecznego Komitetu Budowy Pomnika Bohaterów Powstania Warszawskiego, bo tak się to wtedy nazywało. To Tata wymyślił cegiełki obrączki, które dziś uzyskują dość spore sumy na aukcjach allegro. Były wtedy spory o miejsce, nazwę pomnika, wykonawcze, artystę etc. Wreszcie pomnik stanął. 31 lipca 1989 roku, jako córka pana rzecznika,  byłam na jego odsłonięciu na tzw. trybunie honorowej. Długo wahałam się, czy podawać rękę Jaruzelowi, który jako prezydent witał się ze wszystkim gośćmi trybuny. Ostatecznie podałam. Zwyciężyło dobre wychowanie. W końcu reprezentował urząd prezydenta, a nie siebie prywatnie. A ja uznałam, że „są granice, których przekroczyć nie wolno” i tu granicą było własnie dobre wychowanie.

Piszę to wszystko dlatego, że wczoraj przypomniał mi się ten cytat. Wszystko za sprawą zdarzenia, które miało miejsce właśnie na placu Krasińskich. Była msza polowa i apel poległych (ileż ich przez te lata widziałam na własne oczy? Prawie wszystkie!). Realizowałam o tym temat dla Kuriera, więc by nie przeszkadzać tym, którzy tu przyszli modlić się, siadłam na mało atrakcyjnym miejscu, bo tuż za tzw. zwyżką dla mediów. Skwapliwie notowałam czasy, treści homilii, wystąpień itd., by potem, po powrocie do redakcji, szybko napisać swój temat. Nie było to proste. Tuż przede mną kręcił się pewien pan. Wyglądnął dość osobliwie. Ten wygląd mocno kontrastował z wyglądem Powstańców, którzy przybyli na uroczystość niejednokrotnie w bardzo  eleganckich strojach. Ów pan miał nałożone na bose stopy sandały, odsłaniające zaawansowaną grzybicę paznokci. Ubrany był jak podstarzały harcerzyk. Jednak tym, co mnie poraziło był nie jego wygląd, ale zachowanie. Pan otwarcie handlował swoimi książkami! Robił to w czasie mszy i apelu poległych! Jedna z książek była o tym, co Żydzi zawdzięczają Polakom, a druga o kijowskim majdanie. Pan oferował je słowami: „Tylko dziś 10 złotych. Autograf gratis!”. Pan był starszym człowiekiem. Zerknęłam na nazwisko na okładce, które obce mi nie było, ale nie chciało mi się wierzyć, by osoba z takiej rodziny, tak się zachowywała. Dlatego błyskawicznie go „wygooglałam” w swoim smartfonie. Wyskoczył mi życiorys, zasługi, publikacje i zdjęcia. To był on. Rzeczywiście był tą osobą, którą myślałam, że jest. Niestety to tylko spotęgowało moje załamanie się. Oto syn znakomitego publicysty i dziennikarza, (którego opowiadanie o emigrancie walczącym w wolność w Hiszpanii w 1936 roku było szkolną lekturą, a inne, dopełniające legendę hejnału mariackiego wielokrotnie wycisnęło ze mnie łzy), w trakcie mszy przeszkadza ludziom, bo kupczy swoimi książkami. Dalej niestety było jeszcze gorzej. Tuż obok mnie było miejsce przeznaczone dla towarzyszącego mi kolegi operatora kamery. W pewnym momencie pan spytał, czy może je zająć. Odparłam zgodnie z prawdą, że na razie tak, ale generalnie siedzi tu mój operator, tylko teraz akurat filmuje (mieliśmy na placu wóz transmisyjny, a kamera, z którą przyjechałam była do tzw. przebitek i bliskich planów). Pan rozsiadł się więc obok. Ja cały czas notowałam. Akurat były przemówienia, więc notowałam skwapliwie i minuty i słowa, by wybrać stosowny fragment i sprawniej to wszystko potem zmontować. W pewnym momencie pan podsunął mi pod nos jedną ze swoich książek. Powiedziałam więc:
- Przepraszam, ale jestem w pracy. Jakby mógł pan mi nie przeszkadzać.
Pan książkę położył na kolanach, ale jakby niczym niezrażony zaglądał mi przez ramię w notatki. Kiedy zakryłam je dłonią, podstawił pod nos palec z sygnetem i powiedział:
- Też mam.
Przyznaję, że w pierwszym odruchu miałam chęci swój stuletni, zabytkowy sygnet po stryjecznej babce wywalić w tłum! Jednak żal mi było pamiątki. Posłałam panu mordercze spojrzenie. Pewnie, dlatego po chwili wstał. Nie odszedł jednak nigdzie dalej. Stanął niemal przed moim nosem i rozpoczął dość głośną rozmowę z drugim panem, którego zaczepił. Akurat trwał apel poległych. Z jednej strony było, więc: „Wołam was polegli”… z drugiej pan. Perorujący o książce traktującej o tym, co Polacy dobrego zrobili dla niewdzięcznych Żydów i z drugą o kijowskim majdanie. Z powtarzaną co jakiś czas niemal jak mantra informacją, że tylko dziś 10 złotych, a autograf gratis. Cóż… w księgarni internetowej książka kosztuje ok. 14 złotych. Okazja, więc jest, ale jednak uważam, że są granice, których przekroczyć nie wolno. Na mszy i apelu poległych jakieś standardy obowiązują. Wszedłeś między wrony – kraczesz jak i one. A Jezus wyrzucił kiedyś kupców ze świątyni.