Archiwa tagu: Wielkanoc

Rodzina Homolków ze święconką! AD 2016 #wielkanoc #swieconka

Moje Wielkanoce, czyli… Wesołych Świąt!

Kilka dni temu poproszono mnie, bym dla pewnego portalu udzieliła odpowiedzi na trzy pytania dotyczące Wielkanocy. Pomyslałam sobie, że tu podzielę się nimi z czytelnikami. Może sami zadadzą sobie takie pytania? To może być inspirujące.

Jak Pani obchodzi w tym roku Wielkanoc?

Tak jak w latach ubiegłych. Od ponad 10 lat, spędzam Wielkanoc u przyjaciół w podwarszawskim Kiełpinie. Mam tylko męża i syna oraz rzecz jasna dalszą rodzinę, ale ta ma swoje sprawy. Dlatego jeżdżę na święta do przyjaciół. To duża rodzina, religijny dom, więc jest bardzo uroczysta atmosfera. Takie prawdziwe przeżywanie Wielkanocy, bo rozmawiamy o dawnych Wielkanocach, pilnujemy tradycji, by potrawy były odpowiednie i gadamy o samych miłych rzeczach. Poza tym u nich gośćmi na świątecznym obiedzie lub śniadaniu są księża misjonarze z pobliskiego kościoła i to jest coś fantastycznego. Księża są różnej narodowości, często rozmawiamy z nim o świątecznych zwyczajach w ich krajach, o świątecznej kuchni i tak dalej. Dużo żartujemy i się śmiejemy. Sporo śmiechu było kiedyś, jak jeden z misjonarzy dostał ode mnie z okazji Wielkanocy jajko z niespodzianką. Ale uznałam, że jest w obcym kraju, nie ma tu nikogo, a każdy facet, nawet duchowny, ma w sobie coś z dziecka, więc dałam mu jajko. Był tym naprawdę szczerze ubawiony.

W oczekiwaniu na śniadanie... #wielkanoc #kot #sniadanie

U przyjaciół ich kot w oczekiwaniu na śniadanie… AD 2016

Czy ma Pani jakieś szczególne wspomnienie związane z Wielkanocą?

Kiedy miałam 7 lat wielkanocny zajączek przyniósł mi w prezencie zestaw śniadaniowy. Była to filiżanka ze spodkiem i talerzyk na kanapki. Był na nich obrazek kruka grającego na harfie. Używałam tego zestawu wiele lat aż przestraszyłam się, że się zbije i odstawiłam na półkę. W każdym razie mam go do dziś. I uważam to za najfajniejszy prezent Wielkanocny. Ostatni chyba zresztą jako dostałam, bo potem byłam już starsza, więc na Wielkanoc dostawałam już tylko czekoladę. W każdym razie, ilekroć przestawiam go na półce wspominam Wielkanoce, kiedy przy stole było nas bardzo, bardzo dużo i wszyscy przy nim siedzący byli moją rodziną z krwi i kości. Kiedy jadłam grubo tarty chrzan zrobiony przez siostrę mojej mamy i borówki mojej babci – najukochańsze świąteczne dodatki do potraw.

Prawie 45 lat temu dostałam to od Zajączka z okazji Wielkanocy. #komplet #serwis #sniadanie #filizanka #spodek #talerz

Prawie 45 lat temu dostałam to od Zajączka z okazji Wielkanocy.  

Czy ma Pani jakiś swój własny, wielkanocny zwyczaj, tradycję itp.?

Wychowałam się na warszawskim Żoliborzu. Wraz z przyjaciółmi od ponad 15 lat spotykamy się ze święconką w kościele pw. Świętego Stanisława Kostki, kiedyś spotykaliśmy się u Dzieciątka Jezus, ale z powodów praktycznych – wygodniejsze parkowanie – zmieniliśmy kościół. Po poświęceniu jajek robimy sobie wspólne zdjęcie przed kościołem ze święconką w dłoniach. Jak ktoś przyjechał z psem to zabiera go z samochodu do tego zdjęcia. Raz jest nas na tej święconce więcej a raz mniej. Potem wszyscy jedziemy nad kanałek na Potocką (nasze dzieci idą tam pieszo z naszymi psami) i tam w barze popularnie zwanym „U Araba”, a naprawdę nazywającym się chyba „Bosman” jemy to co mamy w koszyczkach (zostawiając oczywiście tzw. „małe conieco” na świąteczny stół). Nasze dzieci siedzą przeważnie przy osobnych stołach. To już w większości studenci i to różnych kierunków, więc często to spotkanie ze święconką jest dla nich jedyną okazją, by się osobiście spotkać i powspominać dzieciństwo, a także pogadać co tam u kogo, bez wykorzystywania do tego Facebooka. Restaurator nie protestuje, że jemy tam swoje jedzenie, bo i tak na nas zarabia, ponieważ zamawiamy tamtejsze potrawy i napoje. Myślę też, że cieszy go ta nasza tradycja, bo bywają Wielkanoce, kiedy zajmujemy tam całą salę. A przy ładnej pogodzie kilka stołów na zewnątrz. Na psy czeka tam zawsze świeża woda. Jest więc to dla nas także moment prawdziwego rozpoczęcia wiosny!

Rodzina Homolków ze święconką! AD 2016 #wielkanoc #swieconka

Rodzina Homolków ze święconką! AD 2016

Wszystkim czytelnikom
życzę
Wesołych Świąt Wielkanocnych,

a jako wirtualny prezent tym razem…

Michelangelo Merisi da Caravaggio (1571-1610) i jego „Niewierny Tomasz” z Galerii Sanssoucii. Przyda się nam wszystkim trochę wiary w tych ciężkich czasach.

Wesołych świąt

Zdrowych, spokojnych, a przede wszystkim wesołych Świąt Wielkanocnych

życzy

Małgorzata Karolina Piekarska 

W prezencie jak zwykle wirtualna niespodzianka w postaci obrazu ayutorstwa Giotta di Bondone. „Pocałunek Judasza”. Czemu ten obraz?
Bo to od pocałunku zaczęło się zbawienie. Zdrada Judasza sprawiła, że wypełniło się biblijne proroctwo.
W II wieku gnostycka sekta ofitów czciła Judasza, jako uczestnika Bożego planu zbawienia, bo uważała, że bez tej zdrady nie doszłoby do ukrzyżowania Jezusa, a co za tym idzie, nie byłoby Zmartwychwstania.
W Wielkanoc roku 2006 wydano tłumaczenie odnalezionej w 1978 r. w Egipcie koptyjskiej kopii gnostyckiego apokryfu nazwanego Ewangelią Judasza (tekst datowano na II wiek, choć kopia pochodziła z przełomu III i IV wieku). Według tego tekstu to Jezus poprosił Judasza, aby go wydał, co oznaczałoby, że Judasz nie był zdrajcą, lecz wykonawcą woli Chrystusa. W apokryfie argumentem Jezusa za zdradą było jednak nie zbawienie ludzkości, lecz uwolnienie jego samego od cielesnej powłoki.

A tu stosowny cytat z Ewangelii św. Mateusza.

„Gdy On jeszcze mówił, oto nadszedł Judasz, jeden z Dwunastu, a z nim wielka zgraja z mieczami i kijami, od arcykapłanów i starszych ludu. Zdrajca zaś dał im taki znak: «Ten, którego pocałuję, to On; Jego pochwyćcie!». Zaraz też przystąpił do Jezusa, mówiąc: «Witaj Rabbi!», i pocałował Go. A Jezus rzekł do niego: «Przyjacielu, po coś przyszedł?» Wtedy podeszli, rzucili się na Jezusa i pochwycili Go. A oto jeden z tych, którzy byli z Jezusem, wyciągnął rękę, dobył miecza i ugodziwszy sługę najwyższego kapłana odciął mu ucho. Wtedy Jezus rzekł do niego: «Schowaj miecz swój do pochwy, bo wszyscy, którzy za miecz chwytają, od miecza giną. Czy myślisz, że nie mógłbym poprosić Ojca mojego, a zaraz wystawiłby Mi więcej niż dwanaście zastępów aniołów? Jakże więc spełnią się Pisma, że tak się stać musi?»
W owej chwili Jezus rzekł do tłumów: «Wyszliście z mieczami i kijami jak na zbójcę, żeby Mnie pojmać. Codziennie zasiadałem w świątyni i nauczałem, a nie pochwyciliście Mnie. Lecz stało się to wszystko, żeby się wypełniły Pisma proroków». Wtedy wszyscy uczniowie opuścili Go i uciekli.”

Wesołych świąt, czyli coś dla ciała i coś dla ducha

Życzę wszystkim czytelnikom radosnych świąt Wielkanocnych.

I jak zwykle mam dla nich prezenty. Tym razem i dla ciała i dla ducha!

Ponieważ w najnowszym numerze Polska The Times, na prośbę dziennikarki Anity Czupryn, która odpytywała polskich pisarzy z przepisów kulinarnych, podałam swoje dwa przepisy świateczne, więc pomyślałam, że może je tu wpiszę, by każdy mógł skorzystać.  (Wszystkich zainteresowanych, co polecją inni – odsyłam do papierowego wydania polskiej edycji Times’a.) Przepisy nie są wzięte z sufitu. Są przepisami, które naprawdę stosuję.

Sos tatarski

Z ulubionymi potrawami jest u mnie tak, że ja lubię wszystko co pikantne. Dlatego na Wielkanoc uwielbiam… do wędlin i mięs sos tatarski. Mam swój własny przepis.

  • ½ dużego słoika majonezu,  
  • ½ średniego słoika chrzanu,
  • 1 spora papryczka peperoni, (a jak jest mała to 2),  
  • 5-6 malusieńkich korniszonków w occie,
  • 1 pęczek rzodkiewek,
  • 5-6 grzybków marynowanych w occie (najlepiej podgrzybków).

Rzodkiewkę trzemy na tarce, a pozostałe składniki drobno siekamy. Całość mieszamy. Można doprawić mielonym pieprzem. A potem tym sosem polewamy wędliny. Można go też dodawać do mięs w czasie świątecznego obiadu. Smacznego.

Indyk w brzoskwiniach

  • 4 filety z indyka,
  • 1 Puszka brzoskwiń w zalewie,
  • 2 cebule,
  • Olej,
  • 1 szklanka wody,
  • listki laurowe,
  • ziele angielskie,
  • mielony pieprz kolorowy.

 Filety z indyka obtaczamy w mielonym, kolorowym pieprzu. Na dużą, głęboką patelnię wlewamy szklankę wody, dodajemy ziele angielskie i listki laurowe. Ta patelnia ma stać na małym ogniu. Cebule kroimy na talarki i szklimy na mniejszej patelni na oleju. Potem wlewamy na patelnię z zagotowaną już na małym ogniu wodą z zielem angielskim i listkami laurowymi. Na patelnię, z której zrzuciliśmy cebulę znów wlewamy troszkę oleju i kładziemy na chwilę indyka. Dosłownie na kilka sekund z każdej strony. Chodzi tylko o to, by zmienił kolor. Potem całość przerzucamy na patelnię, na której jest już cebula. Dusimy na małym ogniu ok. 15-20 minut. W tym czasie otwieramy puszkę z brzoskwiniami i brzoskwinie kroimy na plasterki. Dolewamy na patelnię na ostatnie 5 minut. Takiego indyka najlepiej podawać z ryżem, ale może być z ziemniakami. Zamiast brzoskwiń może być ananas w syropie.

A na koniec tradycyjnie coś dla ducha, czyli obraz „Ukrzyżowanie”. Jego autorem jest Tintoretto. To jeden z największych malarzy włoskiego cinquecenta. To on był mistrzem dla El Greco. Często myślę, że dziś rzadko kto wie, kim był Tintoretto. Gdybym przeszła się ulicami Warszawy i pytała ludzi, co oznacza ten wyraz być może powiedzieliby, że to deser? A może drink? Tymczasem był to jeden z genialniejszych włoskich malarzy okresu manieryzmu. Naprawdę nazywał się Jacopo Robusti vel Jacopo Comin. Ten szesnastowieczny wenecki malarz zyskał przydomek Tintoretto i to pod nim jest znany w świecie sztuki, gdyż był synem farbiarza tkanin. Jego dzieła zdobią weneckie kościoły i słynny Pałac Dożów. Jeśli jeszcze jakiś celebryta myśli, że jest wielki i znany niech spojrzy na obraz Tintoretto i pomyśli o jego autorze, o którym przeciętny człowiek nie wie nic i niech pomyśli nad tym, że „marnośc nad marnościami i wszystko marność”. Na szczęście dla Chrześcijan istnieje wiara w Zmartwychwstanie.

PS Dla ateistów też coś mam. To z portalu demotywatory. Żeby nie było wam smutno, że jesteście uduchowieni inaczej. Spirit, ale nie holly!

Swojska Warszawa

Święta, święta i po świętach. Dla mnie było pracowicie, bo tak, jak z reguły mam mało dyżurów, tak dziwnym trafem zawsze mam je w święta i to w nadmiarze. Właściwie to rozumiem. Nowi mieszkańcy Warszawy jadą wtedy do bliskich w rodzinne strony, a my – rdzenni – nie jedziemy, bo mamy wszystko na miejscu. Dlatego właściwie rozumiem ten tok myślenia, że można nam dać wszystkie możliwe dyżury. Już przestałam się buntować. Biorę co dają. Dlatego nie piszę tego w sferze narzekania, ale… zachwytu. Zachwytu nad pustotą miasta. Dla mnie Warszawa najbardziej swojska jest wtedy, gdy jest… pusta. 

Już w sobotę było bez korków. Gdy jechaliśmy na tradycyjną święconkę nie było problemu ani z szybkim dojazdem, ani nawet z zaparkowaniem. Tradycyjnie od wielu lat chodzimy z jajkami do kościoła Stanisława Kostki, gdzie spotykamy się z masą znajomych, z którymi potem wędrujemy do tzw. „Araba” na konsumpcję tego, co poświęciliśmy w koszyczkach. Knajpa, zwana popularnie „U Araba”, a mająca szyld „Kępa Potocka” wita nas chlebem i solą, czyli dostajemy naczynia i sztućce byśmy najpierw pokroili, a potem zjedli to, co poświęciliśmy. Tego dnia wolno nam wnieść swoje jedzenie. Poza tym i tak zostawiamy tam sporo kasy, bo jeszcze i pijemy i ichnie potrawy jemy. Co roku, tuz po święconce, robimy sobie zdjęcia przed kościołem.  Mam takich zdjęć w swoich zbiorach wiele. Co roku nowe. To rewelacyjnie pokazuje, jak różna bywa pogoda na Wielkanoc. Na przykład w ubiegłym roku śnieg, w tym niektórzy mieli krótkie rękawki.

Wielkanoc 2013

Wielkanoc 2014

Najbardziej nas jednak cieszyła ta pustka na ulicach. Wszyscy znamy się z dzieciństwa, czy wczesnej młodości. Pamiętamy, więc, jak wyglądała w święta Warszawa, gdy byliśmy mali. Trudno mi dziś powiedzieć, czy wtedy też pustoszała z ludzi, bo w warszawie mego dzieciństwa czy wczesnej młodości społeczeństwo w ogóle miało miej samochodów. Teraz jednak ulice były niesamowicie puste i przypominały nam wszystkim właśnie tamtą Warszawę sprzed wielu, wielu lat. Nie tylko mało był samochodów jadących czy stojących na światłach, ale puste były również parkingi.

Gdy w poniedziałek wielkanocny jechałam do redakcji na niespełna 7-mą rano nie mogłam nadziwić się pustce na rondzie De Gaulle’a i w Alejach Jerozolimskich.

Rondo De Gaulle’a w poniedziałek wielkanocny

Aleje Jerozolimskie w poniedziałek wielkanocny

Przed redakcją miałam tyle miejsc parkingowych, że mogłam wybrzydzać! Dobrze, że niedługo pierwszy z ciepłych długich weekendów. Warszawa znów będzie pusta, a co za tym idzie najbardziej swojska. Znów poczuję się w niej jak wtedy, gdy nie musiałam się martwić czynszami, rachunkami, ZUSami i masą innych spraw.

Wesołych Świąt

Wszystkim czytelnikom życzę zdrowych, spokojnych świąt Wielkanocnych. Oby były radosne, szczęśliwe, bogate duchowo i pełne odpoczynku.

Tradycyjnie wirtualny prezent. To fresk „Pocałunek Judasza” autorstwa Giotto di Bondone.  Obraz powstał na początku XIV wieku (datowany ok. 1305) i jest na ścianie w Kaplicy Scrovegnich w Padwie.

Judasz jest jedną z ważniejszych postaci w chrześcijaństwie. Już w II wieku naszej ery twierdzono, że gdyby nie jego zdrada, nie byłoby pojmania, sądu, męki pańskiej, a wreszcie śmierci na krzyżu, która wszystkim wierzącym przyniosła zbawienie.

Judasz autorstwa Giotta jest rudy, a zdaniem niektórych przedstawiony, jako bardzo brzydki zaś ta brzydota na tym fresku silnie kontrastuje z urodą Jezusa. Ale czyż gusta nie bywają różne? Może ktoś zachwyci się rudym, wrednym Judaszem, który, jak twierdzi Mateusz Ewangelista sprzedał swego mistrza za 30 srebrników, by potem targany wyrzutami sumienia powiesić się?

O zdradzie Judasza napisał Mateusz Ewangelista:

„I zaraz, gdy On jeszcze mówił, zjawił się Judasz, jeden z Dwunastu, a z nim zgraja z mieczami i kijami wysłana przez arcykapłanów, uczonych w Piśmie i starszych. A zdrajca dał im taki znak: „Ten, którego pocałuję, to On; chwyćcie Go i prowadźcie ostrożnie!”. Skoro tylko przyszedł, przystąpił do Jezusa i rzekł: „Rabbi!”, i pocałował Go. Tamci zaś rzucili się na Niego, i pochwycili Go. A jeden z tych, którzy tam stali, dobył miecza, uderzył sługę najwyższego kapłana i odciął mu ucho. (Mk. 14 43-47)

I właśnie ten moment namalował Giotto. Uważny obserwator ujrzy tu nie tylko postaci centralne, ale i żołnierza, któremu odcinają ucho…

A dla ateistów, którzy od wielu lat piszą mi, że są niewierzący i ich te moje religijne wirtualne prezenty wkurzają. A którzy nie potrafią na nie spojrzeć z punktu widzenia sztuki, kultury, historii i tradycji… A jednocześnie łażą z tą święconką, jedzą te jajka i myją okna przed Wielkanocą, jak na hipokrytów przystało, znalazłam coś ekstra. Mam nadzieję, że się spodoba… 

Parasol noś i przy pogodzie, czyli każdy sądzi według siebie

Parasol noś i przy pogodzie, czyli każdy sądzi według siebie
‚Parasol noś i przy pogodzie’ to tytuł książki z aforyzmami autorstwa Remigiusza Kwiatkowskiego. Zaczytywałam się nimi w dzieciństwie, a dziś zastanawiam się nad sensem tytułowego z nich. Dlaczego? Co roku spotykamy się ze znajomymi na święconce w żoliborskim kościele św. Stanisława Kostki. Tak było i dzisiaj. Z koszyczkami w garści zebraliśmy się pokaźną, bo wraz z dziećmi w różnym wieku, około 35 osobową grupą. Byliśmy zdziwieni, że przed kościołem stoi wianuszek fotoreporterów, ale po chwili sprawa się wyjaśniła. Na tę samą godzinę i do tej samej parafii przyszedł święcić jajka pewien prawicowy polityk o imieniu Jarosław. Błogosławieństwo pokarmów trwało więc dłużej, a tłum przy stole zgęstniał tak, że stojąc z tyłu nie słyszałam nawet wersu modlitwy. Flesze błyskały, Jarosława fotografowano, a potem zabraliśmy koszyczki i ustawiliśmy się do naszego tradycyjnego zdjęcia. (Z roku na rok porównujemy jak zmieniamy się my i jak rosną nam dzieci! Szok!). Potem obejrzeliśmy Grób Pański w kościele i poszliśmy do pubu nad kanałek na Potocką, by zjeść święconkę. Chodzimy tak od wielu lat i właściciele są przyzwyczajeni, że wchodzi tam nasz tłumek, łączy stoły i je swoje żarcie z koszyczków. Zarobek maja i tak, bo przecież pijemy kawy, herbaty, piwo, colę itd. Przy stole dyskutowaliśmy o tym i owym (w końcu widujemy się w tym gronie rzadko)  i siłą rzeczy zeszło się na dyskusje o święconce, obecności polityka i fotoreporterów w kościele. Nagle odezwał się kolega, który na święconce stał tuż przy stole i niedaleko Jarosława. Okazało się, że polityk podszedł do niego i powiedział: „przesadził pan z zachowaniem”. Kolega nie bardzo wiedział o co chodzi. Przyszedł z żoną, kilkuletnim synem i grupą znajomych ze święconką, a tu krytyka i dezaprobata. Sprawa wydała się dopiero po chwili. Okazało się, że ochroniarze Jarosława raz po raz zerkali na naszego kolegę podejrzanie, bo z zawieszonego na jego plecach plecaka wystawała mu rączka od parasola, która wyglądała jak… samurajski miecz. Najwyraźniej Jarosław myślał, (choć może zasugerowali mu to ochroniarze, którzy prawdopodobnie poza narzędziami do walki nie znają innych przedmiotów), że ktoś przyszedł do kościoła ze święconką i z mieczem. (sic!) Cóż.. mnie uczono, że każdy sądzi według siebie. A dziś… tak pochmurno, że prędzej bym się jednak spodziewała parasola niż miecza. Ale skoro noszenie go w niepogodę uznawane jest za złe zachowanie…
PS A gdyby nawet to był miecz. To co?
PS 2. Przy okazji wszystkim czytelnikom życzę… Wesołych Świąt.

‚Parasol noś i przy pogodzie’ to tytuł książki z aforyzmami autorstwa Remigiusza Kwiatkowskiego. Zaczytywałam się nimi w dzieciństwie, a dziś zastanawiam się nad sensem tytułowego z nich. Dlaczego? Co roku spotykamy się ze znajomymi na święconce w żoliborskim kościele św. Stanisława Kostki. Tak było i dzisiaj. Z koszyczkami w garści zebraliśmy się pokaźną, bo wraz z dziećmi w różnym wieku, około 35 osobową grupą. Byliśmy zdziwieni, że przed kościołem stoi wianuszek fotoreporterów, ale po chwili sprawa się wyjaśniła. Na tę samą godzinę i do tej samej parafii przyszedł święcić jajka pewien prawicowy polityk o imieniu Jarosław. Błogosławieństwo pokarmów trwało więc dłużej, a tłum przy stole zgęstniał tak, że stojąc z tyłu nie słyszałam nawet wersu modlitwy. Flesze błyskały, Jarosława fotografowano, a potem zabraliśmy koszyczki i ustawiliśmy się do naszego tradycyjnego zdjęcia. (Z roku na rok porównujemy jak zmieniamy się my i jak rosną nam dzieci! Szok!). Potem obejrzeliśmy Grób Pański w kościele i poszliśmy do pubu nad kanałek na Potocką, by zjeść święconkę. Chodzimy tak od wielu lat i właściciele są przyzwyczajeni, że wchodzi tam nasz tłumek, łączy stoły i je swoje żarcie z koszyczków. Zarobek maja i tak, bo przecież pijemy kawy, herbaty, piwo, colę itd. Przy stole dyskutowaliśmy o tym i owym (w końcu widujemy się w tym gronie rzadko)  i siłą rzeczy zeszło się na dyskusje o święconce, obecności polityka i fotoreporterów w kościele. Nagle odezwał się kolega, który na święconce stał tuż przy stole i niedaleko Jarosława. Okazało się, że polityk podszedł do niego i powiedział: „przesadził pan z zachowaniem”. Kolega nie bardzo wiedział o co chodzi. Przyszedł z żoną, kilkuletnim synem i grupą znajomych ze święconką, a tu krytyka i dezaprobata. Sprawa wydała się dopiero po chwili. Okazało się, że ochroniarze Jarosława raz po raz zerkali na naszego kolegę podejrzanie, bo z zawieszonego na jego plecach plecaka wystawała mu rączka od parasola, która wyglądała jak… samurajski miecz. Najwyraźniej Jarosław myślał, (choć może zasugerowali mu to ochroniarze, którzy prawdopodobnie poza narzędziami do walki nie znają innych przedmiotów), że ktoś przyszedł do kościoła ze święconką i z mieczem. (sic!) Cóż.. mnie uczono, że każdy sądzi według siebie. A dziś… tak pochmurno, że prędzej bym się jednak spodziewała parasola niż miecza. Ale skoro noszenie go w niepogodę uznawane jest za złe zachowanie…PS A gdyby nawet to był miecz. To co?PS 2. Przy okazji wszystkim czytelnikom życzę… Wesołych Świąt.

Wiara czyni cuda!

A magia teatru i telewizji jest wielka. To moje dzisiejsze wnioski po Misterium Męki Pańskiej wystawione na Placu Piłsudskiego, na które pojechałam z kamerą. W sektorze dla dziennikarzy biegaliśmy jak szaleni od jednej sceny do drugiej, by wszystko nakręcić i by dobrze to wyglądało. I tak tuptaliśmy od sceny w świątyni przez Ostatnią wieczerzę, modlitwę w Ogrójcu i pojmanie, aż do sądu przed Piłatem, męki i ukrzyżowania. Gdy aktora grającego postać Jezusa biczowano, tuż za moimi plecami rozległ się rozdzierający szloch jakiejś kobiety, która krzyknęła:

- Boże! Boże! Co z was za ludzie, by tak Jezusa męczyć! Boże!

Przyznam, że moje wzruszenie widowiskiem od razu szlag trafił. Nie mogłam już się skupić na spektaklu, bo po prostu mnie zatkało. Ktoś naprawdę uwierzył, że na jego oczach męczony jest Jezus! Żeby to krzyczało małe dziecko – to bym rozumiała! Ale dorosły człowiek? Gdy w drodze powrotnej rozmawiałam na ten temat z operatorem, powiedział mi, że właściwie go to nie dziwi. Gdy w wakacje był nad morzem jego  kolega miał drobny wypadek i trzeba było zawieźć go do szpitala na szycie zranionej nogi. Tam trafili na wielką awanturę. Krzyczała kobieta:

- Protestuję! Operować mnie może tylko doktor Burski ze szpitala w Leśnej Górze.

Tylko dlatego, że robiłam kiedyś reportaż o fance serialu „Na dobre i na złe” wiem kim jest doktor Burski.

Jakiś czas temu czytałam, że gdy Kacper Kuszewski, który w serialu „M jak miłość” odgrywa rolę Marka Mostowiaka, wygrał „Taniec z gwiazdami” usłyszał do kogoś, że on tu sobie tanczy a przecież dopiero co żonę pochował. Tylko dzięki temu, że czytam gazety wiem o co chodzi. O filmową śmierć jego serialowej żony Hanki Mostowiak. Nigdy nie mogłam zrozumieć ludzi, którzy wierzą w to co widzą na scenie czy ekranie. Powinnam się jednak do tego przyzwyczaić. W końcu Piotr Adamczyk wielokrotnie w wywiadach opowiadał, że po zagraniu roli Papieża był regularnie proszony o błogosławieństwo. I pomyśleć, że p podobno żyjemy w XXI wieku. Wieku ciekłych kryształów, światłowodów itd. Nadal jednak wiara, i to nawet ta w ekranową czy sceniczną fikcję, czyni cuda.

Zmartwychwstał czy nie?

Zadałam sobie to pytanie dziś w pracy. Dlaczego? Otóż rano pojechałam z kamerą na mszę rezurekcyjną do Archikatedry Świętego Jana Chrzciciela. Mszę sprawował biskup pomocniczy diecezji warszawskiej Tadeusz Pikus. Miał piękną, wygłaszaną z głowy i z serca homilię o Zmartwychwstaniu i wszystko było naprawdę wzruszające. Potem pojechałam do pracy zawieźć dysk i z synem pojechaliśmy do przyjaciół na wielkanocne śniadanie. Koło 14-tej zjechałam do redakcji i… wybuchła afera. Pojechałam nie na tę rezurekcję, na którą zdaniem wydawcy powinnam była pojechać. Powinnam być na tej z Kardynałem Kazimierzem Nyczem – metropolitą warszawskim.

Pomijam już fakt, że w stolicy są dwie diecezje – warszawska i warszawsko-praska z biskupem Henrykiem Hoserem. Pomijam, że diecezja warszawsko-praska najczęściej jest pomijana przez media, więc i my do praskiej katedry św. Floriana jeździmy rzadko.
Najbardziej jednak irytuje mnie to, że „Telewizyjny Kurier Warszawski” nie jest ani programem informacyjnym politycznym ani kościelnym. Jest programem warszawskim! Powinno się więc w nim pokazywać dowolną warszawską rezurekcję i to bez nacisku, która to ma być. Ja rezurekcję nagrałam. Procesja w Katedrze, grób w Katedrze, homilia w Katedrze, a i biskup, który ją wygłosił jest biskupem warszawskim.
Tymczasem spotkała mnie wielka „wielkanocna afera”. Padły słowa, że brak kardynała Nycza w głównym wydaniu będzie odebrany (nie wiem przez kogo, bo to nie zostało mi powiedziane), jako sprawa polityczna. Uważam to za potworną głupotę i uleganie bliżej mi nie znanym politycznym naciskom. Ale cóż… musiałam im ulec i szukać w sąsiedniej redakcji obrazków z rezurekcji z kardynałem Nyczem. Jestem przecież tylko zwykłym, szarym reporterem, a nie wydawcą. Nie do mnie należy ostatnie słowo.

Jednak wszystkim, którzy uważają, że jedna msza rezurekcyjna jest ważniejsza od innych zadaję pytanie: to tylko tam gdzie jest kardynał Kazimierz Nycz Chrystus naprawdę zmartwychwstaje? Tam gdzie mszę sprawują inni biskupi czy zwykli księża Zmartwychwstania już nie ma? To po co tyle tych mszy?

Że też Boże widzisz tę głupotę i nie grzmisz! Że tez muszę ja grzmieć za Ciebie.

Łyse jak kolano…

Uparłam się wczoraj kupić różnokolorowe cebule, by dziś ufarbować jajka przed włożeniem ich do koszyczka ze święconką. Cebule kupiłam – białe, złociste i czerwone, ale… obierki zapomniałam włożyć do garnuszka. I tak… jajka wyszły łyse jak kolano. Kolory szlag trafił. Mam jednak nadzieje, że mimo wszystko święta będą kolorowe. Zarówno dla mnie, jak i dla wszystkich moich czytelników i przyjaciół. Jeszcze raz… 
Wesołych świąt!

Czyje to święta?

Tak pytam retorycznie, bo dostałam wczoraj od kolegi mailowe życzenia z prostym „wesołych świat” z jajeczkiem i kurczaczkiem. Również wczoraj ja słałam życzenia do przyjaciół i czytelników zapisanych na listę mailingową na mojej stronie. Wrzuciłam więc adres owego znajomego, by i on za jednym zamachem dostał i ode mnie życzenia. A brzmiały one:

„Kochani Czytelnicy i Przyjaciele,
Tradycyjnie, jak co roku, życzę wszystkim zdrowych, spokojnych, rodzinnych i wesołych
Świąt Zmartwychwstania Pańskiego. I tradycyjnie, jak co roku, oprócz życzeń przesyłam wirtualny prezent w postaci… reprodukcji obrazu włoskiego malarza Piera della Francesca „Zmartwychwstanie”.

Piero Della Francesca (ur. ok. 1420 w Borgo San Sepolcro, zm 1492) był nie tylko malarzem, ale także teoretykiem malarstwa i uczonym. Napisał m.in. traktat o perspektywie. Jego fresk przedstawiający Zmartwychwstanie Jezusa uważany jest przez wielu krytyków za najwybitniejsze dzieło malarskie świata!

Oto widać, jak za plecami Zbawiciela zmienia się przyroda, która wiosną budzi się do życia. To także symbol triumfu życia nad śmiercią. To także symbol odkupienia grzechów. Namalowany w prawym dolnym rogu odłamek marmuru nawiązuje do Księgi Psalmów i słów „Kamień odrzucony przez budujących stał się kamieniem węgielnym”.
Na tym obrazie artysta zamieścił też swój portret. Piero della Francesca to podobno jeden z czterech rzymskich żołnierzy (drugi od lewej). Fresk znajduje się we wnętrzu ratusza w Sansepolcro i jest symbolem miasta, bo Sansepolcro oznacza Święty Grób. I jako ciekawostkę dodam, że… to rodzinne miasto malarza.
Przyda się w święta Wielkanocne chwila zadumy i refleksji nad Zmartwychwstaniem, prawda?”

Dziś rano znalazłam w skrzynce odpowiedź znajomego:
„Dajcie sobie spokój z tym dniem zmartwychwstania jakiegoś Jezusa to jest śmieszne”

Pomijam liczbę mnogą, bo ja nie towarzyszka ani bliźniaczka syjamska, ale trochę się skrzywiłam. Dlatego odpisałam tak:
„Dla ciebie śmieszne, a dla mnie nie. Ja szanuje twój ateizm, uszanuj moja religijność, która i tak jakaś specjalnie wielka nie jest, bo nawet „tradycyjnie” w Wielki Piątek oglądam „Żywot Briana”. Ale jest to dla wielu ludzi jakiś czas zadumy nad światem i ludzkością. Nie musisz brać w tym udziału, ale… Pierwszy wysłałeś mi życzenia „wesołych świąt”. Jakie więc święta obchodzisz?”
Znajomy pokajał się, ale nie po to o tym wszystkim piszę. Zastanawiam się bowiem, czy w zeświecczonych czasach myślimy dziś o męce Pańskiej i zmartwychwstaniu? Czy może bardziej o pisankach i baziach? Choć jedno i drugie to symbol nowego życia, które dla Chrześcijan przyniósł właśnie Jezus męczeńską śmiercią.
Rozmawiałyśmy dziś z koleżankami o świętach, męce, humorze i tym co śmieszne. Zaczęło się do tego „Żywotu Briana”. Ja, jak zawsze twierdzę, że humor nie ma granic i mieć ich nie powinien. „Żywot Briana” w Wielki Piątek mi nie „zgrzyta”. Pan Bóg na pewno ma poczucie humoru. Gdyby nie miał, nie byłoby w naszym życiu nawet drobnych chwil szczęścia, a samo cierpienie. A jednak… czasem się śmiejemy. Bo w życiu potrzebna jest równowaga. A śmiech, żart, satyra to wentyl bezpieczeństwa, by nie zwariować, a czasem narzędzie pomocne, by coś zrozumieć. W przypadku „Żywotu Briana” oczywiście to drugie, choć wielu sie tym burzy i zupełnie tego nie docenia.

P.S. Wczorajszy primaaprilisowy żart chyba mi się udał. Zrobiłam materiał do Telewizyjnego Kuriera Warszawskiego o tym, że Łomianki będą 19-tą dzielnicą Warszawy, do Łomianek zostanie przedłużone metro z Młocin. Nawet kilka osób z redakcji się nabrało. Dziś musiałam sprostowywać. Dzielnic nadal będzie osiemnaście, a ostatnią stacja metra na północy stolicy dugo jeszcze będą Młociny.

P.S.2. Moje życzenia, zamieszczone powyżej, skierowane są również do czytelników bloga.