Archiwa tagu: Władysław Broniewski

Co wam szkodzą te wiersze, czyli pieśń ujdzie cało

Nie pamiętam, kiedy zakochałam się w poezji Władysława Broniewskiego. Czy było to przy okazji poematu „Mazowsze”? Czy może tomiku „Anka”, którego pierwsze wydanie odziedziczyłam po rodzicach, czy jeszcze w szkole za sprawą wiersza „Bagnet na broń”, w którym poeta przemycił nawet słowo „gówno”, choć wcale go nie napisał. Ale słowem, które wypowiedział Cambronne był właśnie ten wyraz, chociaż po francusku. Powiedział mi tata i dodał, że jest to w „Nędznikach” u Victora Hugo. A może kochałam Broniewskiego, bo mój pierwszy adres to była właśnie ta ulica i blok 11b na warszawskim Żoliborzu? Miałam też (i mam) inne miłości poetyckie. Nie tylko Adam Mickiewicz, ale też Bolesław Leśmian, Konstanty Ildefons Gałczyński, Stanisław Grochowiak oraz Antoni Słonimski, Kazimierz Wierzyński, Wisława Szymborska i Czesław Miłosz. Ta ostatnia dwójka to polscy nobliści – członkowie założyciele Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, którego i ja jestem członkiem. Dziś dowiedziałam się, że Czesław Miłosz „wyleciał” z podstawy programowej. Broniewskiego i Słonimskiego nie ma już od dawna. Podobno Broniewskiego wyrzucono, bo to komuch ohydny. No i pijak. Przysięgam i piszę to publicznie, że tak jak nie chodzę na żadne uliczne manifestacje tak przywiąże się pod tabliczką z napisem ulica Broniewskiego w Warszawie, jeśli komukolwiek przyjdzie do głowy mu ją odbierać w ramach dekomunizacji. Nie tylko dlatego, że odmówił napisania hymnu polskiego, ale dlatego, że bronił Polski w 1920 roku, a przede wszystkim dlatego, że był świetnym poetą. W miłości do Broniewskiego nie jestem sama. Mój przyjaciel z lat szkolnych Paweł Dunin-Wąsowicz (8 lat w podstawówce w jednej klasie i z przerwą na pierwszą klasę, gdy byliśmy w innych liceach, a potem trzy lata w tej samej klasie w Sempołowskiej, gdzie oboje zdawaliśmy maturę w 1986) pisał w swoim czasie o pomysłach Broniewskiego na własny pochówek analizując jego wiersze. Tak jak i ja uwielbiał go. W liceum na przerwach chodził między ławkami recytując z pamięci „Bagnet na broń”, który oboje znamy na pamięć. Dziś nikt tego wiersza się nie uczy. Podobnie z „Alarmem” Antoniego Słonimskiego. Teraz do nich – wyklętych poetów z XX wieku dołączył noblista Czesław Miłosz. Wyć mi się chce. Co wam, ustalający w Ministerstwie Edukacji podstawę programową wadzą ci autorzy? Czy świat zwariował? Przecież to między innymi te trzy wiersze, których uczyłam się w szkole, ukształtowały mój literacki świat, mój patriotyzm i spojrzenie na godność i honor człowieka. Czyżby niosły ze sobą jakieś ukryte treści niebezpieczne dla obecnej władzy? Czy obnażają jakąś prawdę o rządzących?

BAGNET NA BROŃ

Kiedy przyjdą podpalić dom,
ten, w którym mieszkasz – Polskę,
kiedy rzucą przed siebie grom
kiedy runą żelaznym wojskiem
i pod drzwiami staną, i nocą
kolbami w drzwi załomocą -
ty, ze snu podnosząc skroń,
stań u drzwi.
Bagnet na broń!
Trzeba krwi!

Są w ojczyźnie rachunki krzywd,
obca dłoń ich też nie przekreśli,
ale krwi nie odmówi nikt:
wysączymy ją z piersi i z pieśni.
Cóż, że nieraz smakował gorzko
na tej ziemi więzienny chleb?
Za tę dłoń podniesioną nad Polską-
kula w łeb!

Ogniomistrzu i serc, i słów,
poeto, nie w pieśni troska.
Dzisiaj wiersz-to strzelecki rów,
okrzyk i rozkaz:
Bagnet na broń!

Bagnet na broń!
A gdyby umierać przyszło,
przypomnimy, co rzekł Cambronne,
i powiemy to samo nad Wisłą.

Władysław Broniewski (1939)

ALARM

„UWAGA! Uwaga! Przeszedł!
Koma trzy!”
Ktoś biegnie po schodach.
Trzasnęły gdzieś drzwi.
Ze zgiełku i wrzawy
Dźwięk jeden wybucha rośnie,
Kołuje jękliwie,
Głos syren – w oktawy
Opada – i wznosi się jęk:
„Ogłaszam alarm dla miasta Warszawy!”

I cisza
Gdzieś z góry
Brzęczy, brzęczy, szumi i drży.
I pękł
Głucho w głąb
Raz, dwa, trzy,
Seria bomb.

To gdzieś dalej. nie ma obawy.
Pewnie Praga.
A teraz bliżej, jeszcze bliżej.
Tuż, tuż.
Krzyk jak strzęp krwawy.
I cisza, cisza, która się wzmaga.
„Uwaga! Uwaga!
Odwołuję alarm dla miasta Warszawy!”

Nie, tego alarmu nikt już nie odwoła.
ten alarm trwa.
Wyjcie, syreny!
Bijcie, werble, płaczcie, dzwony kościołów!
Niech gra
Orkiestra marsza spod Wagram,
Spod Jeny.
Chwyćcie ten jęk, regimenty,
Bataliony – armaty i tanki,
niech buchnie,
Niech trwa
W płomieniu świętym „Marsylianki”!

Kiedy w południe ludzie wychodzą z kościoła
Kiedy po niebie wiatr obłoki gna,
Kiedy na Paryż ciemny spada sen,
Któż mi tak ciągle nasłuchiwać każe?
Któż to mnie budzi i woła?

Słyszę szum nocnych nalotów.
Płyną nad miastem. To nie samoloty.
Płyną zburzone kościoły,
Ogrody zmienione w cmentarze,
Ruiny, gruzy, zwaliska,
Ulice i domy znajome z dziecinnych lat,
Traugutta i Świętokrzyska,
Niecała i Nowy świat.
I płynie miasto na skrzydłach sławy,
I spada kamieniem na serce. Do dna.
Ogłaszam alarm dla miasta Warszawy.
Niech trwa!

Antoni Słonimski (1940)

KTÓRY SKRZYWDZIŁEŚ

Który skrzywdziłeś człowieka prostego
Śmiechem nad krzywdą jego wybuchając,
Gromadę błaznów koło siebie mając
Na pomieszanie dobrego i złego,

Choćby przed tobą wszyscy się kłonili
Cnotę i mądrość tobie przypisując,
Złote medale na twoją cześć kując,
Radzi, że jeszcze dzień jeden przeżyli,

Nie bądź bezpieczny. Poeta pamięta.
Możesz go zabić – narodzi się nowy.
Spisane będą czyny i rozmowy. 

Lepszy dla ciebie byłby świat zimowy
I sznur i gałąź pod ciężarem zgięta.

Czesław Miłosz (1950)

Nie wiem, czy to nie jest początek wypychania ich na indeks. Czy rządzący chcą zwiększyć sprzedaż utworów tych autorów? Zakazany owoc (a wyrzucony autor z lektur jest jak zakazany) najlepiej smakuje. Jest taki stary serial „Czarne Chmury”. W jednym z odcinków jest taka scena, kiedy aktor z trupy wędrownych komediantów (grany przez Włodzimierza Pressa) śpiewa piosenkę dla króla. Piosenkę, w której krytykuje jego rządy i ślepotę na to, co wyprawiają Prusy. Jej refren powtarza za nim tłum zgromadzony na placu:

„Nie mogę śpiewać, bo serce pęka
I lutnia w rękę mnie pali
nie mogę nucić mojej piosenki
Królu, gdy lud Twój się żali”

Obserwujący to przez okno namiestnik pruski Erick von Hollstein (grany przez Janusza Zakrzeńskiego) mówi do Margrabiego Karola Von Ansbacha (granego przez Edmunda Fettinga):
- To komedianci, którzy w Lecku występowali. Trzeba było ich wtedy do lochu wtrącić.
- Pieśń z każdego lochu ucieknie ekscelencjo” – odpowiedział mu Margrabia.

Wiersz też jest jak pieśń. Wystarczy się go nauczyć na pamięć i przekazywać z pokolenia na pokolenie. Och! Ileż ja mam w domu takich notesów, w których moi pradziadkowie i prababki przepisywali Konopnicką, Lenartowicza czy Tetmajera. Publikuję je dziś na swoim portalu genealogicznym, jako świadectwo ich zainteresowań. A dziś, tak jak Broniewski, przytoczę Cambronne’a. „Gwardia umiera, ale się nie poddaje. Gówno!” Czytajmy Broniewskiego, Słonimskiego i Miłosza. Uczmy się ich wierszy na pamięć. Póki jeszcze są w bibliotekach, w internecie i naszych domowych księgozbiorach, bo mam wrażenie, że to wszystko zmierza ku cenzurze, a co za tym idzie jakiejś wielkiej katastrofie. Ale na szczęście Mickiewicz w „Konradzie Wallenrodzie” pisał:

„Płomień rozgryzie malowane dzieje,
Skarby mieczowi spustoszą złodzieje,
Pieśń ujdzie cało!”

Dobrze, że on jeszcze jest w lekturze.

Wszystko przemija

Czas płynie – pomyślałam ostatnio, gdy moje życie znów splotło się z Powązkami. Piszę „znów”, bo przez 30 lat mieszkałam o przysłowiowy „rzut beretem” od obu cmentarzy i osiedla położonego w kwadracie ulic Powązkowska, Elbląska, Broniewskiego i… pozostałości rzeczki Rudawka.

Kilka dni temu pojechałam na pokaz prasowy dokumentalnego filmu Marka Widawskiego „Panteon – cmentarz wojskowy w Warszawie”. Film zrealizowano na zlecenie Fundacji Filmowej Armii Krajowej. Wojskowe Powązki – to jedna z najsłynniejszych narodowych nekropolii. To także symbol niezwykle zagmatwanej polskiej historii. To tu zdarza się, że niemal obok siebie leżą postaci z dwóch frontów. Na przykład Julian Marchlewski i uczestnicy wojny z bolszewikami. Tu w czasie drugiej wojny światowej chowano obok siebie i Niemców i Polaków. Na przykład Tadeusz Zawadzki – „Zośka” był chowany przy dźwiękach niemieckiego marsza wojskowego, bo kwaterę dalej odbywał się pogrzeb jakiegoś niemieckiego żołnierza. Po projekcji filmu jedna z jego bohaterek, Pani Danuta Rossman, obecna na wspomnianym pogrzebie „Zośki” opowiadała mi, że bardziej jednak zapamiętała pogrzeb Tadeusza Mirowskiego, który był chowany, jako NN. W uroczystości uczestniczyły trzy osoby, ale brakowało księdza. Jeden z kolegów poszedł po niego do pobliskiej parafii św. Jozafata i… po jakimś czasie wrócił z księdzem, ale prowadził go pod pistoletem. Dobrowolnie ksiądz iść nie chciał.

Historia nie znalazła się w filmie, ale i bez tego był on przejmujący. Szczególne wrażenie zrobiło na mnie deklamowanie przez Władysława Broniewskiego wiersza cisza. Archiwalne nagranie było dźwiękową ilustracją kwater żołnierzy wojny polsko-bolszewickiej. Broniewski był uczestnikiem tej wojny i kawalerem orderu Virtuti Militarii. Ogromne wrażenie robiła też jego autorska deklamacja słynnego wiersza „Bagnet na broń” podłożona pod zdjęcia Hitlera podpisującego rozkaz ataku, ale też „Rozmowa z historią” ilustrująca pogrzeb Władysława Broniewskiego – rewolucyjnego poety, którego zawłaszczył sobie PRL. Zawłaszczył do tego stopnia, że dziesięć lat temu jakiś kompletny debil chciał, by przestał on być patronem jednej z głównych arterii Żoliborza i Bielan.

Rozmowa z historią

Mistrzyni życia, Historio,
zachciewa ci się psich figlów:
zza kraty podgląda Orion,
jak siedzimy razem na kiblu.

Opowiadasz mi stare kawały
i uśmiechasz się, na wpół drwiąca,
i tak kiblujemy pomału -
ty od wieków, ja od miesiąca.

O Nieśmiertelna, skądże
ta skłonność do paradoksów,
i powiedz mi -czy to mądrze
całemu światu krew popsuć?

Bo skoro na całym świecie,
jak nie wojna, to stan wojenny -
Historio, powiedz mi przecie:
po diabła tu kiblujemy?

Rewolucyjny poeta
ma zginąć w tym mamrze sowieckim?!
Historio, przecież to nietakt,
ktoś z nas po prostu jest dzieckiem!

Więc wstydź się, sędziwa damo,
i wypuść z Zamarstynowa…
(Na kryminał zaraz za bramą
zasłużymy sobie od nowa).
Władysław Broniewski

Dzień po „przygodzie” z filmem o Powązkach Wojskowych robiłam materiał o rozbiórce dawnego budynku CIECHu przy Powązkowskiej. To specyficzny budynek. Poniekąd budynek mojego dzieciństwa. Stojący tuż za przychodnią przy Elbląskiej, do której chodziłam do doktór Jahołkowskiej, był bohaterem masy plotkarskich opowieści. Ponieważ w połowie budowa została przerwana, więc krążyły różne spekulacje na ten temat. Mówiono, że kogoś zamordowano i żeby nie chodzić obok niego w nocy, bo tam straszy. Oczywiście jako dzieciaki nocami się tam nie zapuszczaliśmy, ale w ciągu dnia bywaliśmy w okolicy. Zwłaszcza na pobliskiej „Polance”, którą podobno teraz mieszkańcy osiedla nazywają „Laskiem”. Cóż, czas płynie, a drzewa rosną. Gdy były rachitycznymi patykami teren przypomniał polankę i pomiędzy patykami leżały koce i ręczniki z rozebranymi do kostiumów Warszawiakami. „Polanka” vel „Lasek” to teren przez Wojskowym Instytutem Medycyny Lotniczej. Stamtąd często podglądaliśmy budynek CIECHu. Plotki o morderstwie zastąpiono potem plotkami o gwałcie, napadach wreszcie o truciznach ukrytych w ścianach. Omijaliśmy więc budynek biegając po okolicznych podwórkach, nie tylko z naszego osiedla położonego w kwadracie Broniewskiego, Krasińskiego, Przasnyska, Elbląska, ale i po tych na osiedlu położonym na wprost Wojskowego Cmentarza. Za pełnym żuli barem Maciek, a przed budynkiem Jasnodworska 9 zawsze stała kapliczka ze św. Józefem. Miałam już przeszło dwadzieścia lat, gdy wraz z moją przyjaciółką Moniką pochowałyśmy koło niej jej sukę – Rudą. Ale jako dziecko często objeżdżałam kapliczkę na rowerze, bo trasy rowerowe, choć nie powinnam była oddalać się z osiedla, często prowadziły na osiedla sąsiednie – Sady Żoliborskie po drugiej stronie Broniewskiego lub Powązki po drugiej stronie Elbląskiej. Przejeżdżaliśmy rowerami wzdłuż pozostałości Rudawki, rzeczki, która płynęła tam, gdzie dziś biegnie Trasa Armii Krajowej. Zakręcaliśmy koło kapliczki, by przejechać koło Przychodni i skręcić w wąską Krasińskiego przejeżdżając jej mało uczęśzczanym odcinkiem przed wojskowym Szpitalem.

Gdy kilka dni temu krążyłam wokół Przychodni, CIECHu, Instytutu i kapliczki z kamerą pytając mieszkańców o ich opinie na temat budynku CIECHu zauważyłam (mało odkrywczo zresztą), że czas naprawdę płynie. Kapliczka mocno zniszczona zębem czasu, ptasimi odchodami, zanieczyszczeniami z trasy i być może azbestowymi odpadami z rozbieranego CIECHu. Sam budynek znika z powierzchni ziemi robiąc miejsce dla apartamentowca, który zgodnie z planami wybuduje tu Marvipol. Koło gierkowskich bloków przy Jasnodworskiej panoszą się nowe. Za nimi zamiast szczątków Rudawki, po których ślizgałam się na łyżwach – trasa Armii Krajowej. Na ulicy mego dzieciństwa – Przasnyskiej w części przemysłowej nie ma zakładów, są za to tereny budowy apartamentowców. I tylko Cmentarz Wwojskowy trwa, choć przybywa mu lokatorów, ale może własnie dlatego trwa? Przecież tak to już jest z cmentarzami…