Archiwa tagu: WOŚP

Szkielet w szafie, czyli czekając na mail

Czasem myślę, że za dobrze mnie wychowano. Niby umiem siarczyście przekląć, ale… nie wyzywam ludzi. Teoretycznie wiem, jak trzaska się drzwiami, ale… nie robię tego. Odpisuje na listy. Czasem jednym zdaniem, ale jednak. Pewnie dlatego z roku na rok coraz częściej zastanawiam się czy w tym pędzącym świecie jest miejsce dla mnie?
Pamiętam zdarzenie sprzed wielu lat. On, chłopak z dobrego domu, znany i ceniony gitarzysta. Właśnie zakończył z nim współpracę zespół, dla którego skomponował wiele przebojów. Moja przyjaciółka chodziła z nim do liceum. Namawiała więc: „Zrób wywiad z rockmanem do Cogito. Może mu to w czymś pomoże”. Prowadziłam tam wtedy rubrykę „Krok w rock”. Zadzwoniłam do gitarzysty. Był niemiły. Miałam wrażenie, że łaskawie zgadza się na wywiad. Pojechałam jednak. Przyjaciółka tak prosiła. Rockman „bufonił” się przede mną dobra godzinę. Ale jakoś wywiad powstał i został wydrukowany. Potem wielokrotnie mieliśmy do czynienia ze sobą, bo świat jest mały, a ludzie z jednego pokolenia i o podobnych zainteresowaniach znają się między sobą. Tak więc widywaliśmy się. A to urodziny lidera zespołu, dla którego komponował te przeboje, a to impreza wspólnej koleżanki. A to wernisaż kolegi. Za każdym razem ego rockmana unosiło się pod sufitem jak wielki balon braci Montgolfier. Pamiętam imprezę, na której byłam razem z Eksiem – jeszcze jako jego żona. Eksio go nie znosił. Właśnie za tę bufonadę. Nawet postanowił zakpić i zanucił: „It’s my life” mówiąc do bufonowatego rockmana: „To jest przebój!” choć nie lubił piosenki Dr Albana, a nawet była dla niego synonimem obciachu. Mniej więcej dwa lata później spotkałam gitarzystę przed McDonald’s. Oboje wchodziliśmy do środka. On przede mną, ja za nim. Wchodząc odwrócił się. Nasze spojrzenia się spotkały. Powiedziałam „cześć”. W odpowiedzi zostałam odepchnięta, a drzwi od McDonald’s niemal zamknęły mi się na twarzy, bo rockman zamiast je przytrzymać pchnął w moją stronę. Gdybym nie cofnęła głowy być może nawet spadłyby mi okulary. Nie wiem czemu to zrobił. Zemsta za zachowanie męża, z którym wtedy już byłam w trakcie rozwodu? Nie wierzę w to. Byłoby to głupie. Ci, którzy go znają twierdzą, że po prostu „ten typ tak ma”. Po latach, kiedy co jakiś czas widujemy się i obserwuję więcej takich zachowań z jego strony, potwierdzam: ten typ tak ma.
Przypominam sobie jednak to zdarzenie bardzo często. Nie. Nie było mi wtedy nawet przykro. Byłam zdumiona. Ja nie zatrzasnęłabym drzwi przed nosem nikomu. Nikogo bym też nie pchnęła drzwiami. Tymczasem z roku na rok, z miesiąca na miesiąc i tygodnia na tydzień coraz częściej obserwuję takie postępowania. Coraz więcej jest wśród nas takich typów. Schamieliśmy. Nie mówimy „dzień dobry” i nie odpowiadamy na „dzień dobry”, nie mówimy „dziękuję”, rzadko wypowiadamy „proszę”. Ostatnio często w sklepach słyszę do sprzedawczyni: „pani da…”
Gdy nie chcemy z kimś rozmawiać to najczęstsze słowa w naszym języku to już nawet nie osławione „spieprzaj dziadu”, a po prostu „spierdalaj”. Nie umiem tak. Mimo wszystko staram się grzecznie rozmawiać nawet z akwizytorami, choć ich telefony, którymi próbują namówić na przykład na korzystne lokaty finansowe, doprowadzają mnie do szału, bo jak będę chciała coś gdzieś ulokować – sama znajdę drogę. Znajomi jednak radzą: „powiedz ‘spierdalaj’, to nie będą dzwonić”. Ale ja nie chcę. Chcę kulturalnie poprosić o nietelefonowanie do mnie z takimi propozycjami. Choć to też jest jak grochem o ścianę.
Jednak tym co mnie najbardziej denerwuje jest brak odpowiedzi na maile. Czemu ja odpowiadam choć jednym słowem: „Przeczytałam”. Czemu inni nie są w stanie wykrzesać z siebie nawet tyle? Czemu ja jestem w stanie odpisać na mail z prośbą o wsparcie 1%, że „dziękuję za list, ale prośby spełnić nie mogę, bo mój 1% jest dla autystycznego Piotrusia”? To jedno czy dwa zdania. Ale dlatego kogoś informacja, że maile, które śle jednak dochodzą.
Pisałam tu, jak w swoim czasie wysłałam kilkaset maili z prośbą o wsparcie produkcji monodramu Ulubionego „Listy do Skręcipitki”. Większość pozostała bez odpowiedzi. Wydzwaniałam potem, pytałam czy mail dotarł, słyszałam, że nie. Słałam więc drugi raz imienny mail do tej samej osoby zaznaczając w opcjach wysyłania, by otrzymać potwierdzenie przeczytania. Potwierdzenie przychodziło. Jego treść informowała mnie, że mój mail został… skasowany bez czytania.
Gdy przygotowaliśmy spektakl „Bubloteka” wysłałam znów kilkaset maili. Tym razem, by móc ten spektakl gdzieś w Polsce pokazać. Wykonałam w tym celu także kilkaset telefonów. W mailach podawałam linki do ukrytych na portalu YouTube rejestracji spektaklu. W telefonicznych rozmowach informowałam, że można obejrzeć rejestracje. Jednak licznik wyświetleń rejestracji nie posunął się w przód ani na jotę. Na żaden z maili nikt mi nie odpowiedział. Dzwonić przestałam, bo ludzie byli dla mnie po prostu niemili i traktowali jak najgorsze gówno. Wprawdzie moja korona mocno siedzi i nie tak łatwo ją zrzucić, ale i moja pokora ma jakieś granice. Przestałam proponować spektakl. Nie mam siły zderzać się ze ścianą.
Teraz kolejny tydzień czekam na odpowiedzi z kilku miejsc. Konkretnie od wydawców, tłumaczy, redaktorów. Czekam. Nawet na jedno zdanie brzmiące odmownie. Bo odmowa miła nie jest, ale… jest konkretem. A tak… czekam. I oczywiście przypomina mi się dowcip.

Co to jest szkielet blondynki w szafie?
Zwyciężczyni ubiegłorocznej zabawy w chowanego.

Niedługo to będę ja. Tyle, że nie w szafie, a w gabinecie.

PS Dziękuję wszystkim czytelnikom licytującym moje książki na aukcjach charytatywnych Allegro, z których dochód przeznaczony został na cele Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, którymi w tym roku są:

  1. ratowanie życia i zdrowia dzieci na oddziałach ogólnopediatrycznych,
  2. zapewnienie godnej opieki medycznej seniorom.

Dzięki wam udało się zebrać 991 (słownie: dziewięćset dziewięćdziesiąt jeden) złotych.

  • Powieść „Tropiciele” uzyskała w tym roku 222,50 zł.
  • Powieść „LO-teria” 160 zł
  • Powieść „Klasa pani Czajki” 152,50 zł
  • Książka „Kurs dziennikarstwa da samouków” 152,50 zł, ale wygrywający licytację wpłacił 200 zł
  • A książka „Syn dwóch matek” (której uroczysta premierę miała miejsce 26 stycznia w Domu Spotkań z Historią) 256 zł.

Tęsknię, czyli mur

Tęsknię za czasami, kiedy byliśmy jednością. Przez lata byliśmy nią w ten jeden dzień, gdy w całej Polsce odbywały się koncerty finałowe Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Nie umiemy jednak być razem. Gdy nie mamy wrogów (np. obcych z kosmosu) wymyślamy ich. Inny kolor skóry, inne wyznanie, inny klub sportowy, inne poglądy polityczne, inny język, inna narodowość – wróg. Czemu człowiek musi dzielić się na stada? Czy nie umie, czy nie chce stworzyć jednego? Paradoksalnie Jerzemu Owsiakowi udawało się przez wiele lat stworzyć w Polsce jedno stado pomocowe. W Finale Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy grała cała Polska, a ten kto nie grał, kogo jąkający się showman denerwował, siedział cicho. Byli i tacy, których denerwował, ale jednak wspierali. Bo liczył się cel, a nie ten, kto to wymyślił czy realizował. Dziś w modzie jest manifestowanie niechęci do WOŚP. Ostatnio do tradycyjnych oskarżeń o defraudację pieniędzy ze zbiórek doszło oskarżanie o to, że kto popiera WOŚP popiera aborcję i eutanazję. Naprawdę??? Czy kupowany przez Fundację sprzęt (jego istnienia nikt nie kwestionuje) służy aborcji lub eutanazji czy ratowaniu życia? Czy naprawdę źli ludzie popierają WOŚP, a dobrzy Caritas? Czy nie ma w Polsce miejsca dla wielu Fundacji? Ależ lubimy dzielić! Ktoś więc podzielił ten naród w sprawie pomagania. W jakim celu to zrobił?

Nie lubię takich podziałów. Jestem państwowcem. Dlatego nie jestem w stanie zrozumieć, walki legalnie wybranego rządu z legalnie wybranymi władzami Warszawy czy legalnie wybranymi władzami samorządu województwa mazowieckiego i odwrotnie. Tymczasem ta walka wynika z partyjno-politycznego podziału. Władza państwa jest w rękach PIS, władzę w mieście sprawuje PO, a samorządem na Mazowszu rządzi PSL. Dla mnie Polska jest jedna. Jej obywatele, nawet jeśli mają różne poglądy i są różnego wyznania, a nawet narodowości, powinni być jednością. Dlatego jeszcze w grudniu ubiegłego roku, kiedy moja skrzynka pękała w szwach od wezwań na marsze, protesty, pikiety oraz żądań podpisania petycji w obronie tego i owego na prywatnym profilu na FB napisałam: „W związku z ostatnimi wydarzeniami w kraju i na FB oświadczam, że moim zdaniem nie należy wierzyć władzy, bo władza chce naszego dobra, a nasze dobro to nasz majątek. Nie należy też wierzyć opozycji, bo ta chce władzy, a przecież już wiadomo, że władza chce naszego dobra, a nasze dobro to nasz majątek. Dlatego nie przeszkadzają mi znajomi popierający KOD ani popierający rząd PiS, choć dziwię się zaangażowaniu ich wszystkich, wrzaskom, piekleniu się etc. Bardzo jednak proszę, by nikt nie narzucał mi swojej wizji rzeczywistości, jako jedynej słusznej. Nikogo nie zamierzam wyrzucać z grona znajomych, nawet gdy przyłapię go na zaspokajaniu oralnie lub ręcznie liderów władzy lub liderów opozycji. Wyznaję zasadę pełnej wolności poglądów, choćby były nie wiem jak głupie. I tylko przypominam, że politycy to zupełnie nic nie wiedzą o życiu, bo rzadko który sam robi zakupy, chodzi na zebrania w szkole, czy rozmawia ze zwykłymi ludźmi, których nie stać nawet na jeden w miesiącu bilet do kina. I tyczy to zarówno władzy jak i opozycji.”

Ci, którzy mnie znają, a znajomi z racji bycia znajomymi (samo słowo oznacza „znanie”) powinni wiedzieć, że zgodnie z moim zwariowanym poczuciem humoru przymiotnik „oralny” oznacza „słowny”, a więc „werbalny”, zaś „ręczny” oznacza wymachiwanie różnego rodzaju przedmiotami. Jednak zrozumieli nieliczni. Posypały się na mnie bowiem straszne gromy. I to ze strony wszystkich, którzy wyznają jedną z dwóch przeciwnych sobie, a ostatnio panujących w Polsce religii – kijowskiej i smoleńskiej. Naciskano, że muszę się opowiedzieć. Muszę coś wyznawać. Brak opowiedzenia się po którejkolwiek ze stron tego obrzydliwego polsko-polskiego sporu (a może już wojny?) oznacza zgadzanie się ze stroną przeciwną od tej, z którą zgadza się wywierający na mnie nacisk. Jeden ze znajomych, którego wyciągnęłam z zawodowego niebytu, a nawet zrobiłam mu stronę internetową, publicznie zarzucił mi, że w TVP zagarnęłam jego… dorobek! (sic!) Naprawdę? Przyszłam tam 20 lat temu, pół roku po jego odejściu i nie na jego stanowisko, a jako zwykły reporter. Na dodatek nie przyszłam tam na jakiejkolwiek fali politycznej, a zwyczajnie, jako dziennikarz zajmujący się kulturą. On zaś też nie odszedł z przyczyn politycznych, a (jak sam mi zresztą opowiadał) zupełnie innych, które jednak (tak, jak jego nazwisko) przemilczę, gdyż nie chcę być nieelegancka. Teraz, gdy jest zaangażowany politycznie, ryczy w jedynej w swoim pojęciu słusznej sprawie siekąc na oślep ciosami życzliwych sobie, którzy nie płyną z tym prądem, z którym on płynie. Po tym swoistym ataku płakałam tak, że ani przyjaciółka ani Ulubiony długo nie mogli mnie uspokoić. Chciałam wszystkim pozwolić na bycie sobą, a tu… dostałam od wszystkich w twarz. Napisałam więc po kilku dniach bardzo rozgoryczona:

„A śpiewak także był sam” przypomniał mi mój syn ten cytat. Ponieważ okazało się, że jestem wrogiem popierających PiS i wrogiem zwolenników KOD chciałam wszystkich przeprosić za to, że jestem sobą. Przepraszam za to, że brzydzą mnie politycy. Przepraszam za to, że brzydzi mnie władza. Przepraszam za to, że brzydzi mnie opozycja. 
Nie umiem inaczej. Nie jestem tchórzem. Nie idę z żadnym prądem dla jakichkolwiek korzyści. Nigdy nie lizałam dupy żadnej władzy!!! I nie będę!!!
Ale przecież trzeba się opowiedzieć! Ktoś kto (jak ja) nie chce – jest takim śmieciem, że można na niego tylko pluć. Podziwiam jak jesteście pewni racji liderów popieranych przez siebie opcji.
Gdyby środowisko dziennikarskie było solidarne i przez tydzień nie napisało słowa o politykach (jest wiele innych tematów) bylibyśmy naprawdę czwartą władzą i Sejm by się zesrał ze strachu, a nie wprowadzał ograniczenia dla mediów, a tak… jedni z Was chodzą na pasku władzy a drudzy opozycji, która chce być władzą. Ja na niczyim. Widzę, że nie jesteście w stanie tego znieść. Zawsze śmialiście się z tego, że nie chcę robić tematów politycznych. Myślicie, że nie wiem?
Boli was to, że przez 20 lat współpracy z TVP nie skorzystałam z żadnych politycznych znajomości, by załatwić sobie etat czy program.
Tak bardzo Was wkurwia moja postawa?
Nie kupujcie moich książek. I tak zresztą tego nie robiliście. Przecież za każdym razem, gdy jakąś wydawałam zadawaliście mi w prywatnych rozmowach durne pytania; „gdzie można kupić?” udając tym samym zainteresowanie, choć świetnie wszyscy wiemy, że to co robię macie tak głęboko w dupie, że ani James Bond ani CSI Warsaw ani nawet zachodnioniemiecka maszyna do drenowania tego nie znajdzie. Wszyscy też wiemy, że przecież byle Debil wie, gdzie kupuje się książki. W mięsnym przecież. No… może w warzywniczym. Księgarnia to zbyt trudne dla Was słowo. Promocja ostatniej, napisanej do spółki z nieżyjącym Ojcem, który w grobie się przewraca patrząc na ogarniającą mnie rzeczywistość, jest 26 stycznia o 18:30 w Domu Spotkań z Historią. Nie musicie na niej być. Nie jestem przecież nikim ważnym. Tak więc obecność na niej nikomu z Was nic nie załatwi. A nieobecność też nie zaszkodzi. Nie jestem przecież mściwa i nie odgrywam się na ludziach. Jestem głupia i opowiadam dowcipy o seksie i defekacji.
Z pokorą przez lata przyjmowałam: odbieranie mi programów, zdejmowanie mnie z funkcji wydawcy, wyrzucanie z grafika (trzeci miesiąc jestem poza grafikiem), a nawet kradzież moich pomysłów.
Z pokorą przyjmowałam traktowanie mnie jak zboczonego kretyna z powodu poczucia humoru. To słanie na priv wszystkich świńskich obrazków, które na pewno mi się spodobają, a których nie mieliście odwagi wrzucić na swoją facebookową tablicę, bo „co inni pomyślą”…
Z pokorą przyjmowałam śmianie się z moich zainteresowań, z mojego portalu genealogicznego, małżeństwa z młodszym facetem itd.
Z bólem, już bez pokory, przyjmowałam do wiadomości fakty, że ci, którzy odzywali się do mnie, gdy byłam wydawcą, redaktorem prowadzącym etc., zapominali o mnie, gdy spadałem ze stołka.
Ponieważ nie wiem, kto z Was to przyjaciel a kto wróg, więc być może (jak dożyję, bo mam wrażenie, że zaraz przyjdziecie po prostu zatłuc mnie jak karalucha) wyślę komuś z Was zaproszenie na promocję napisanej do spółki z nieżyjącym Ojcem książki „Syn dwóch matek”. Spokojnie możecie je olać!
Ojca też olewano. Świetnie pamiętam jak wracał do domu z pracy i na próżno szukał w „Kurierze” swojego tematu, który przeważnie spadał, bo ważniejsze były te polityczne od tych historycznych. „Może jutro puszczą” mówił. I tylko ja widziałam jak mu przykro.
Teraz jego imię nosi studio D. Pomysł Bartka. Ale wątpię czy Ojciec cieszy się teraz patrząc na niektóre z emitowanych z tego studia programów.
I tak tego nie zrozumiecie. Dla Was istnieją tylko dwa kolory. Ja widzę całą paletę.
Ale nie czytajcie też mojego bloga. Po co czytać coś tak niezaangażowanego politycznie?
Nie piszcie do mnie (i tak zresztą nie piszecie jak nie macie interesu, a ostatnio nie macie). Nie dzwońcie do mnie (i tak nie dzwonicie, bo przecież wyszłam za mąż za Zacharjasza, który waszym zdaniem „jest po ukraińsku nieszczery”, a poza tym ostatnio z wiadomych względów nie macie interesu). Spierdalajcie! Wystarczą mi „Pan Monż” i „Panicz Syn” oraz pies i kot. Prawdziwych przyjaciół, poza nimi dwoma, mogę policzyć na palcach. I to jednej ręki.
Ale dziękuję za lekcję życia. Teraz już wiem: „każdy dobry uczynek musi być pomszczony”. A „Wolność ma swoją cenę”. Ja jestem wolna. A Wy?”

Znów mi się dostało. Zwłaszcza za cytat z „Murów”. Odezwał się nawet kolega, którego nie widziałam na oczy 25 lat. On też nie nauczył się czytać ze zrozumieniem. Bo to jest niesamowite, jak wybiórczo traktujemy te piosenkę. Zwłaszcza, kiedy się tak mocno w coś angażujemy. Bierzemy tylko słowa, że „mury runą”. Zapominamy o tym, co jest na końcu songu. O zwrotce, która po słowach:

„kto sam ten nasz najgorszy wróg,
a śpiewak także był sam”

brzmi:

„Patrzył na równy tłumów marsz
Milczał wsłuchany w kroków huk
A mury rosły, rosły, rosły
Łańcuch kołysał się u nóg.”

Ta ostatnia zwrotka jest często pomijana. Jest niewygodna zarówno dla dzisiejszych rządzących elit, jak i dla dzisiejszej opozycji. W końcu i jedni i drudzy wycierają sobie gęby opozycją z czasów PRL, jako jedyni prawdziwi spadkobiercy jej ideałów. Ostatnia zwrotka niewygodna była zawsze. Także w latach 80. Sam Kaczmarski wspominał, że podczas występu w Poznaniu w 1981 roku zgromadzeni krzyczeli: Mury nie rosną, ale runą, runą! W  jednym z wywiadów powiedział zresztą: „Mury” napisałem w 1978 r. jako utwór o nieufności do wszelkich ruchów masowych. Usłyszałem nagranie Luisa Llacha i śpiewający, wielotysięczny tłum i wyobraziłem sobie sytuację – jako egoista i człowiek, który ceni sobie indywidualizm w życiu – że ktoś tworzy coś bardzo pięknego, bo jest to przepiękna muzyka, przepiękna piosenka, a potem zostaje pozbawiony tego swojego dzieła, bo ludzie to przechwytują. Dzieło po prostu przestaje być własnością artysty i o tym są „Mury”. I ballada ta sama siebie wywróżyła, bo z nią się to samo stało. Stała się hymnem, pieśnią ludzi i przestała być moja.

Ja też cenię sobie indywidualizm. Dlatego żal mi Jacka Kaczmarskiego i jego piosenki. Tego, jak bardzo jej sens został wypaczony. Ale cóż… poeta sam to przewidział.

Dziś do budowania muru wykorzystuje się nie tylko piosenkę, ciągnąc ja jak starą kołdrę. Wykorzystuje się też WOŚP. Kiedyś Polska żyła kolejnymi finałami. Wczoraj mój znajomy publicznie napisał, że WOŚP popierają głównie zwolennicy KOD i PO. A przecież WOŚP powstała dużo wcześniej niż istniejące na dzisiejszej scenie politycznej partie (PiS, PO, SLD, Nowoczesna itd.), powstała też dużo wcześniej niż KOD.

WOŚP to całe życie mojego Panicza Syna, bo Fundacja powstała w marcu 1993 roku, a on urodził się kilka miesięcy później. I co roku oboje dziękujemy, że kupiony za zgromadzone podczas finału pieniądze sprzęt, nigdy nie był nam potrzebny.

Czwarty miesiąc siedzę w domu i wychodzę tylko wtedy, kiedy naprawdę muszę. Piszę. Idzie mi średnio. Może dlatego, że tęsknię? Tęsknię za dawną jednością. Za czasami, kiedy w takim dniu, jak dzisiejszy, wszystkie stacje telewizyjne i radiowe relacjonowały jak polscy obywatele są hojni. Kiedy prezenterki i prezenterzy wszystkich kanałów telewizyjnych miały przyczepione do ubrań serduszka. Kiedy w finałach brało udział wojsko, straż pożarna, harcerze, ratownicy i każdy kto chciał. Kiedy żaden urzędnik nie odmówił podarowania choćby drobiazgu na licytację, dzięki czemu licytowano ciekawsze rzeczy niż pisma o odmowie wzięcia udziału w finale WOŚP. Kiedy mogłam z przepustką współpracownika wejść do sztabu na Woronicza i pokazać to wszystko synowi z bliska, bo finał relacjonowała telewizja publiczna – w końcu zbiórka też jest publiczna. Kiedy ten, kto nie chciał w finale uczestniczyć siedział cicho i ze swojego niewspierania nie robił manifestacji. Czułam wtedy, jak wszyscy byliśmy bardzo zjednoczeni. Szkoda, że to już przeszłość. A jaka jest przyszłość? Przecież mamy na nią wpływ. Czy będziemy dalej budować mur? Czy może przeczytamy słowa Jacka Kaczmarskiego ze zrozumieniem i oddamy mu jego piosenkę?

A ja tradycyjnie gram… Tu można kliknąć, by wziąć udział w aukcji moich książek na cele WOŚP. 

Prosto z drukarni #dom #ksiazka #loteria #lo-teria #naszaksiegarnia

Jeszcze dwie książki, czyli gram

Pisałam ostatnio, że od wielu, wielu lat gram z Wielką Orkiestrą Świątecznej Pomocy wystawiając na licytację swoje książki z autografem. Po ostatnim wpisie odezwało się do mnie kilku znajomych z pytaniem, czy nie boję się, że udział w aukcji sprawi iż zostanę wyrzucona z TVP. Nie bardzo można mnie wyrzucić, bo nie jestem pracownikiem tylko współpracownikiem – to raz. Nie wiem ile razy mam też mówić czy pisać, że nie ma mnie tam ostatnio na grafiku, więc nie można mi za bardzo nic odebrać. Poza tym od zawsze twierdzę, że moment, w którym mnie wyrzucą będzie oznaczał, że ta instytucja nie zasłużyła na mnie. Były też głosy, że jak mogę być tak głupia i wystawiać coś na aukcję TEGO człowieka. Cóż… jestem tak samo głupia jak Caritas Polska, które przekazało na cele WOŚP lampę oliwną w kształcie gołębia pokoju, wykonaną przez chrześcijan z Bliskiego Wschodu oraz jak prezydent RP Andrzej Duda, który przekazał na licytację swoje spinki do mankietów.

Ale te telefony, gadki na facebookowym czacie czy maile z pytaniami bądź sugestiami, że wiele ryzykuję lub jestem głupia sprawiły, że gdy teraz listonosz przyniósł mi prosto z drukarni egzemplarze „LO-terii”, czyli drugiego wydania „Klasy pani Czajki” postanowiłam dorzucić jeszcze do aukcji dwie książki. Wspomnianą „LO-terię” oraz dokumentalną „Syn dwóch matek”, której oficjalna premiera będzie miała miejsce 26 stycznia o 18:30 w Domu Spotkań z Historią.

„Syn dwóch matek” to historia dziecka Zamojszczyzny Jana Tchórza – prywatnie mojego stryja, który w czasie wojny był dwukrotnie wydzierany od matki. Raz biologicznej, a drugi raz adopcyjnej, którą była moja babcia Janina Piekarska. Stryj został odebrany biologicznej matce, bo był chory. Niemiecka schwester twierdziła, że w szpitalu będzie miał lepszą opiekę. Do dziś nie wiadomo, czy pociąg, z którego go wydobyto na Dworcu Wschodnim w Warszawie jechał do Oświęcimia (jak wtedy mówiła Warszawa), czy może do Niemiec na zniemczenie. Faktem jest, że to, iż po wojnie stryj wrócił na Zamojszczyznę zawdzięcza całej rzeszy ludzi dobrej woli. Polskim kolejarzom, pracownikom Rady Głównej Opiekuńczej, fotografowi, który zrobił mu zdjęcie, gdy odplombowano wagon, dzięki czemu rozpoznała go na zdjęciu biologiczna matka oraz moim dziadkom – Janinie i Bronisławowi Piekarskim. Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy to też akcja wielu ludzi dobrej woli, choć przez ostatnie lata zdarzają się tacy, którzy próbują ją zdyskredytować. Dla mnie liczą się fakty. Sprzęt ufundowany z publicznych składek istnieje. To wbrew pozorom taki sam fakt, jak ten, że mój stryj ocalał z wojennej pożogi i wrócił do swojego rodzinnego domu. Do licytacji zapraszam więc wszystkich ludzi dobrej woli, dla których ważne jest, żeby jakkolwiek pomagać innym. Udział w licytacji moich książek to także dobra okazja na pomoc biednym bibliotekom, bo każdą z moich książek nie tylko podpiszę zgodnie z życzeniem licytującego, ale mogę też przesłać w dowolne miejsce na świecie. I proszę już więcej nie pisać mi głupot o złym Jurku Owsiaku. Od osądzania uczynków są specjalne sądy z Ostatecznym na czele i to nie my w nim zasiadamy.

A na koniec tyko przypominam, że w tym roku cele Orkiestry są dwa:

  1. ratowanie życia i zdrowia dzieci na oddziałach ogólnopediatrycznych,
  2. zapewnienie godnej opieki medycznej seniorom. 

Poniżej linki do wszystkich licytacji:

Poza tym klikając w okładki książek można się przenieść na stronę konkretnej licytacji…

   

Tradycyjnie gram wraz z Orkiestrą

Od wielu lat, jak co roku, gram wraz z Wielką Orkiestrą Świątecznej Pomocy. W tym roku cele są dwa:

  1. ratowanie życia i zdrowia dzieci na oddziałach ogólnopediatrycznych,
  2. zapewnienie godnej opieki medycznej seniorom. 

Udział w licytacjach moich książek to okazja do upieczenia dwóch pieczeni na ogniu. Moje książki można wylicytować wspierając oba w/w cele Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, ale także wygrywając licytację można wesprzeć dowolną placówkę biblioteczną, gdyż nie trzeba książek licytować dla siebie. Wygrywający może zażyczyć sobie, bym wysłała książkę w dowolne miejsce i do dowolnego odbiorcy – Biblioteki Szkolnej w zapadłej wsi, do Domu Dziecka itd. Każda książka będzie z autografem i dedykacją zgodnie z życzeniem wygrywającego licytację.

Poniżej linki do licytacji:

Jak zwykle gram

Drodzy czytelnicy. Niewiele obchodzą mnie spory i zamieszanie wokół Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. W szpitalach widzę sprzęt ufundowany przez Orkiestrę i to jest niezaprzeczalny fakt. Dlatego wspieram jej coroczne granie od dawna, wystawiając na aukcję swoje „wypociny”.
„Moje aukcje” to propozycja zarówno dla zwolenników, jaki i dla przeciwników WOŚP.
Ci ostatni też mogą bowiem wziąć udział w licytacji, nie myśląc o wsparciu WOŚP, ale dowolnej wiejskiej Biblioteki lub Domu Dziecka (czy innej placówki, w której jest mało książek), gdyż wylicytowaną książkę (lub audiobook) z autografem wyślę na swój koszt w dowolne miejsce na świecie – pod warunkiem, że otrzymam adres…

Tym razem licytować można:

http://aukcje.wosp.org.pl/kurs-dziennikarstwa-dla-samoukow-z-autografem-i2705671

Autor: Małgorzata Karolina Piekarska
Tytuł: Kurs dziennikarstwa dla samouków
wydawca: Biblioteka Analiz
miejsce wydania: Warszawa
data wydania: wrzesień 2014
ISBN: 978-83-63879-03-7
liczba stron: 112
kategoria: podręcznik, felieton
premiera: 23 września 2014
format książki: 135 x 200 cm
okładka: miękka

Książka Małgorzaty Karoliny Piekarskiej na temat praktycznych aspektów wykonywania zawodu dziennikarza napisana w luźnej, felietonowej formie z propozycjami ćwiczeń. Poradnik skierowany jest do tych osób, które chcą pracować jako dziennikarze. Autorka odsłania przed czytelnikami tajniki dziennikarskiej profesji. Swoją wiedzę opiera na wieloletnim doświadczeniu, jakie nabyła pracując jako dziennikarka prasowa i telewizyjna oraz jako blogerka i pisarka.

Publikacja będzie bez wątpienia pożytecznym podręcznikiem dla adeptów sztuki dziennikarskiej. Nie zastąpi pracy ani praktyki, ale na pewno pomoże w wyrobieniu sprawności w zbieraniu wiadomości i przygotowaniu ich dla czytelników gazet, czasopism, portali internetowych.

Rekomendacja Jacka Moskwy:

„Chyba nie czytałem tak świetnego podręcznika dziennikarstwa: zwięzłego, wyczerpującego i zarazem dowcipnego. Wiem, co piszę, bo wykonywałem ten zawód przez 40 lat w różnych okolicznościach: w PRL-u i w III Rzeczpospolitej, w stanie wojennym i w stanie upojenia, w prasie kościelnej i w prasie podziemnej, w telewizji i w radiu, w kraju i za granicą. Prowadziłem też warsztaty dziennikarskie na kilku uczelniach. Sądzę, że naszej profesji można się nauczyć tylko w praktyce. Samouczek Małgorzaty Karoliny Piekarskiej, dziennikarki telewizyjnej ze sporym doświadczeniem, ale także autorki poczytnych powieści, mojej koleżanki we władzach Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, może być dobrą podbudową do samodzielnego startu. To bardzo dużo, zwłaszcza dla adeptów prasy lokalnej, gazet w małych miejscowościach, na uczelniach i w szkołach, a także portali internetowych. Honorowy prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich Stefan Bratkowski twierdzi, że dzięki takim publikacjom odrodzą się nasze media, nadmiernie zdominowane dziś przez wielkie koncerny”

A kto nie chce licytować zabawnego felietonowego podręcznika – zapraszam do licytacji audiobooka.

http://aukcje.wosp.org.pl/klasa-pani-czajki-audiobook-i2705719

Autor: Małgorzata Karolina Piekarska
tytuł: Klasa pani Czajki
lektor: Janusz Zadura
Nazwa kolekcji/serii: Dla dzieci
Nośnik: CD – mp3
Data premiery: 2015-10-21
Wydawca: Biblioteka Akustyczna
Wiek czytelnika: 11 – 14 lat
Długość nagrania: 12 godz. 10 min
Format okładki: 140 x 125 x 6 mm

Opowieść o paczce gimnazjalistów zmagających się ze szkolną codziennością i problemami okresu dorastania. Trzy lata z życia młodzieży to historie młodzieńczych przyjaźni, rodzących się pasji i szkolnych miłości. Bohaterów „Klasy Pani Czajki” poznajemy na początku pierwszej klasy gimnazjum. Różni ich wiele – zainteresowania, stan majątkowy, uroda i temperament. Łączy jedno – wszyscy są uczniami klasy, której wychowawczynią jest polonistka Barbara Czajka – osoba surowa, ale bardzo sprawiedliwa. Pierwsze wydanie powieści w wersji drukowanej rozeszło się w nakładzie ponad 30 tysięcy egzemplarzy i znalazło się na liście bestsellerów „Wprost” jako jedyna pozycja dla młodzieży polskiego autora.

Liczę, że moi czytelnicy wzniosą się ponad narodowe podziały.

Ja tam zawsze gram

Odebrałam :)Moja propozycja dla zwolenników, a także przeciwników WOŚP.
Ci ostatni też mogą wziąć udział w licytacji i tym samym wspomóc np. dowolną wiejską Bibliotekę lub Dom Dziecka, gdyż wylicytowaną książkę z autografem wyślę na swój koszt w dowolne miejsce na świecie – pod warunkiem, że otrzymam adres…


http://aukcje.wosp.org.pl/kurs-dziennikarstwa-dla-samoukow-z-autografem-i1317666

To nasz hejnał i hasło i zew?

Miałam dziesięć lat, gdy pani od wychowania muzycznego i zarazem opiekunka szkolnego chóru, podyktowała nam tekst zaczynający się od słów: „To nasz hejnał i hasło i zew”. Tym hasłem było słowo: „piosenka”, bo były to słowa piosenki. Śpiewałam ją przez kolejne cztery lata na wszystkich szkolnych akademiach.  Przypomina mi się czasem i zastanawiam się wtedy, czym jest ten „hejnał hasło i zew” dziś? Czy nie jest to wszechogarniająca nas nienawiść? Chęć wytępienia w zarodku bliźniego? „Nie cierpię nie cierpieć!” – mawiał Smerf Maruda. A ja za nim powtarzam. Bo ilekroć chcę powiedzieć, że czegoś nienawidzę zaraz gryzę się w język i zadaję sobie pytania: Dlaczego? Czy naprawdę? Czy może tak tylko gadam? Tępię w sobie wszelkie negatywne emocje. Nie zazdroszczę ludziom sukcesów. Nie wściekam się, gdy ktoś sprzeda większy nakład książek niż ja. Konkurencja jest potrzebna. Mobilizuje. Dlatego wszyscy moi wrogowie powinni spać spokojnie. Życzę wam tego samego, czego i wy mnie, a ponieważ tylko wy wiecie, czego mi życzycie, więc…

Staram się od zawsze patrzeć pozytywnie w przyszłość, choć miałam w życiu wiele trudnych momentów. Pozytywnie też patrzę na otaczający świat. Nie podejrzewam od razu, że okradnie mnie taksówkarz, oszuka sklepowa czy sprzedawca na allegro. Nie myślę też, że każdy poznany facet chce wykorzystać w tym czy innym celu, choć kiedyś jeden mnie wykorzystał, czego skutki odczuwałam jeszcze kilka dni temu, spłacając ostatnią ratę ostatniego z wielu kredytów. Tymczasem wokół mnie masa nienawiści. Masa czegoś, co teraz tak modnie i żartobliwie nazywamy „hejtem”. Ten nasz polski hejt wkracza właśnie w jakąś chyba kulminacyjną fazę. Fale nienawiści przetaczają się przez Internet w trzech sprawach.

  1. Po pierwsze w sprawie Eweliny Lisowskiej, która wystąpiła w kampanii „Media Expert”.
    Mnie się jej piosenka „W stronę słońca” podobała i gdybym miała naście lat pewnie słuchałabym takich rzeczy. Co do reklamy… powiedzmy sobie szczerze: kto w dzisiejszych czas nie chciałby przytulić trochę kasy? No owszem, reklama jest denerwująca, a sieć „Media Expert” przesadziła z opłaceniem ilości emitowanych spotów, ale… czy to jest wina wokalistki? Poza tym czy ludzie nie mają pilotów? Czy to przełączyć nie można? Ja przełączam, bo zwisa mi kalafiorem „włączanie niskich cen”. Choć przyznam też, że parodie tej reklamy mnie bawią. I nawet nie wiem czy bardziej ta z Chuckiem Norrisem czy z Leonem Zawodowcem czy Kevinem samym w domu.
  2. Drugi temat do hejtowania to ksiądz po kolędzie.
    Bez przerwy gdzieś czytam opowieści o tym, kogo i kiedy źle potraktował, co ględził i tak dalej. Natykam się przy tym na demoty o niewpuszczaniu księdza po kolędzie. Czy naprawdę nie lepiej zamiast obrabiać dupę wszystkim księżom po prostu nie wpuszczać i nie opowiadać o tym? Ja akurat wpuszczam. Lubię ludzi. Dla mnie wizyta księdza to zawsze ciekawe doświadczenie. Ze dwa lata temu przyszedł ksiądz, który sam siebie określił mianem „księdza wypożyczonego”. Był z seminarium na Pradze, a w ogóle do Polski przyjechał z Ukrainy. Powiedział, że się polskiego uczył na trylogii Henryka Sienkiewicza. Na pamiątkę wizyty duszpasterskiej dostał moją „Klasę pani Czajki” po ukraińsku. Nie pytał o żaden ślub kościelny, ani o to czy chodzimy do kościoła. Pytał tylko jak nam się żyje. Żałował, że nie było Ulubionego, który tego dnia był w pracy. Ksiądz nic nie chciał. Na siłę wcisnęłam 50 złotych na tzw. „świece przed ołtarzem”, choć i tak nie chodzę do kościoła. Ale lubię poznawać ludzi. Ten ksiądz był fajny. Wcześniej, czyli cztery lata temu, też jakiś był. Podobno ode mnie z parafii, ale bywam tam od wielkiego dzwonu, więc nie znam księży. Ten notował coś sobie w jakimś kajecie. Nie specjalnie mnie to zainteresowało. Banki też mają notatki na mój temat. Nawet dzielnicowy je ma, bo z powodu konfliktu sąsiedzkiego i procesów wytaczanych mi przez sąsiadkę jest u nas częstym gościem. W każdym razie tamten ksiądz też był miły mimo notowania jakichś rzeczy. I tak wracając do chodzenia księdza po kolędzie…, uważam, że jeśli komuś nie odpowiada ten zwyczaj – niech po prostu księdza nie wpuszcza. Nie ma takiego obowiązku. Ksiądz to nie policja czy prokuratura. Dlatego nikt nie musi z corocznego chodzenia po kolędzie robić jakiejś agresywnej kampanii narzucając swoją wolę i zdanie innym.
  3. Wreszcie trzeci główny styczniowy hejt. To Jerzy Owsiak i jego Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy.
    Od początku roku obserwuję publiczne dysputy czy Owsiak ze zbiórek płaci na cele statutowe, czy nie płaci? Czy spółka „Złoty Melon” zgarnia wszystko? Czy pokazał papiery na rozprawie sądowej z Matką Kurką czy nie pokazał? Ostatnio kumpel powiedział mi, że on Owsiaka lubi, ale uważa, że akcja WOŚP jest szkodliwa z dwóch powodów. Po pierwsze zdejmuje z państwa ciężar odpowiedzialności i obowiązek zaopatrywania szpitali w sprzęt medyczny, a po drugie usypia sumienia społeczeństwa. Ludzie uważają,  że jak raz w roku dadzą na Owsiaka, to przez cały rok mogą już nikogo w niczym nie wspomóc. No być może… nie wiem. Wiem, że nikt nikomu nie każe płacić na WOŚP! Ktoś, kto nie chce – niech nie płaci. Kto chce – niech płaci. Jego pieniądze i ma prawo z nimi robić, co mu się żywnie podoba. Czemu nie ma takich protestów, gdy ludzie wydają własne pieniądze na wódkę! Czemu nie widzę setki demotów z tekstem „nie kupuję w monopolowym!”? Dlaczego zamiast tego od pierwszego dnia stycznia oglądam setki, jeśli nie tysiące wpisów i anonsów: „Nie daję Owsiakowi”?

O nas Polakach są dwa kawały, które moim zdaniem niestety pokazują naszą prawdziwą, bardzo ludzką naturę. Nie mam zresztą dobrego zdania o człowieku, jako gatunku. Co to za gatunek, który walczy między sobą z powodu ideologii lub pieniędzy? Oba kawały mówią o tym, jak Polak złapał złotą rybkę.

W pierwszym kawale złota rybka obiecała mu spełnienie trzech życzeń, ale to, co on dostanie od złotej rybki, jego sąsiad będzie miał podwójnie. Dlatego Polak zażyczył sobie dom i mercedesa. Dzięki temu jego sąsiad miał dwa domy i dwa mercedesy. Polak zobaczył sukces sąsiada, zazgrzytał zębami i wypowiedział ostatnie życzenie:
- Proszę cię złota rybko, byś mi wydłubała jedno oko. (Jest też wersja z urwaniem jednego jądra.)

Drugi kawał (zresztą go tu kiedyś na blogu publikowałam) mówi o tym, jak to Polak, Francuz i Niemiec złapali złotą rybkę, która obiecała każdemu spełnić po życzeniu.
Francuz powiedział: – Mój sąsiad ma piękną żonę. Chciałbym mieć jeszcze piękniejszą.
Niemiec powiedział: – Mój sąsiad ma piękny i czysty domek z ogródkiem. Chciałbym mieć jeszcze piękniejszy i czystszy domek z ogródkiem.
A Polak na to: – A mój sąsiad ma kurę, która znosi złote jajka. Chciałbym, żeby mu ta kura zdechła.

Czy w tych kawałach nie ma ziarnka prawdy? Jeśli ktokolwiek twierdzi, że nie ma, to czekam na odpowiedź dlaczego zamiast zakładać koszulki czy publikować demoty z napisami: „rzygam reklamą Media Expert”, „Nie wpuszczam księdza po kolędzie” czy „Nie daję Owsiakowi” nikt nie zrobi sobie koszulek z pozytywnym przekazem? Niech to będzie „Kocham reklamę Biedronki!”, „Do domu wpuszczam tylko przyjaciół!”, „Rozmawiam tylko z mądrymi ludźmi!” albo „Płacę na Caritas!”. Dlaczego musimy być aż tak negatywnie nastawieni do innych? Czy naprawdę hejt to nasz hejnał, hasło i zew?

PS Jeszcze jest jeden długo utrzymujący się hejt. Nosi tytuł: „Nie idę na Idę!”. Czy nie można go zastąpić okrzykiem informującym nas na co ślicznego i wartościowego mamy pójść do kina?

Cło od audiobooka, czyli list na Białoruś

Gdy jakiś czas temu wystawiłam na aukcję Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy audiobook swojej książki „Tropiciele” i sugerowałam, że ktoś, kto wygra licytację, będzie mógł zdecydować, komu wysłać przesyłkę, Podałam pomysł, że można obdarować np. polskie szkoły na kresach. Czytelniczka, która wygrała licytację (152,50 PLN) zażyczyła sobie, bym książkę wysłała do Biblioteki w Rzeplinie. Ponieważ w tym samym czasie mój stały czytelnik Henry napisał do mnie, że jest za tym, by ufundować kilka moich audiobooków polskim szkołom na kresach i przysłał na to pieniądze, więc postanowiłam, że i audiobook do Rzeplina i audiobooki na kresy wyślę za jednym zamachem. Powstał oczywiście problem ile audiobooków pójdzie na kresy, bo nie wiadomo ile dokładnie kosztuje przesyłka, ale tym postanowiłam się nie martwić. Zakupiłam 10 kopert z bąbelkami, rozprułam 10 płyt, by wpisać dedykację i… zaczęły się schody! Wszystko dlatego, że jak to zwykle bywa, im dalej w las, tym więcej drzew. Oto nagle okazało się, że problemem nie jest wysłanie audiobooka, ale zdobycie namiarów na szkoły. Adresy do polskich szkół na kresach podane w sieci są dawno nieaktualne. Trochę pomogli mi czytelnicy. Kilku z nich podesłało namiary na zaprzyjaźnione szkoły. Wprawdzie trafił się też tzw. „hejter”, który napisał „Oni już tam mają Łukaszenkę. Trzeba im koniecznie dokładać więcej zmartwień w postaci twojego ‘audiobooka’?”, ale wszyscy już chyba wiedzą, że bez nienawiści w Polsce żyć się nie da. Sporo pomogła Wspólnota Polska podając kolejne namiary na polskie szkoły lub ludzi, którzy taką wiedzę posiadają. Ale mimo pomocy, te przysłowiowe schody zaczęły się robić coraz bardziej strome. Otóż… o ile z Litwą czy Ukrainą problemów nie ma, o tyle  z Białorusią są. Okazało się bowiem, że prawdopodobnie wysłanie audiobooka na Białoruś, będzie się wiązało z przejściem odprawy celnej! Cóż… to mnie tylko jeszcze bardziej „podkręciło” w chęci wysłania. Naprawdę bardzo chętnie przejdę odprawę i dowiem się, co zdecydują białoruscy celnicy. O czym oczywiście poinformuję czytelników, bo uważam, że nakładanie cła na list z jednym audiobookiem (a w jednej kopercie jest jeden audiobook) jest czymś niezwykle absurdalnym! We Wspólnocie Polskiej spytano mnie, czy nie można tego słać mailem, bo będzie prościej i bez komplikacji. Wyjaśniłam, że można, ale chodzi o to, żeby to było z okładką, autografem itd. I tak na biurku leży stosik audiobooków w niezaadresowanych kopertach. Czekam po prostu na odpowiedzi, zwłaszcza z Białorusi. Na jaki adres im słać? By nie komplikować sytuacji, na Białoruś pójdzie jeden audiobook. Reszta na Ukrainę, do Rosji i na Litwę. Ale o tym, jak to będzie, tzn. ile tych audiobooków będzie i jak dokładnie stanie się z cłem – dam znać. Najpierw dowiem się co z cłem. To może być już nie absurd, ale prawdziwa paranoja!

Jak upiec dwie pieczenie

Trwa XXII finał WOŚP. Przez media przewalają się równolegle dwie fale: jedna to fala zachwytu nad Owsiakiem, a druga to fala hejterstwa. Mam propozycję i dla fanów i dla tzw. „hejterów”. Na aukcję WOŚP wystawiłam audiobook swojej książki „Tropiciele”. Czytam ja, bo wiem, jak powinno to być zinterpretowane. J  Audiobook wyślę w każde dowolne miejsce na kuli ziemskiej. Najchętniej jednak do jakiejś placówki bibliotecznej lub ośrodka typu Dom Dziecka albo szkoła polska na kresach wschodnich. Jednym słowem tam, gdzie jest potencjalny czytelnik (słuchacz), który nie ma pieniędzy, by coś takiego zakupić.

Listę tych ostatnich, czyli polskich szkół na kresach, można znaleźć tutaj:


http://polskieszkoly.nakresach.pl/

Aby wziąć udział w licytacji audiobooka wystarczy kliknąć:


http://aukcje.wosp.org.pl/tropiciele-audiobook-m-k-piekarskiej-z-autografem-i931951

21 Finał WOŚP

Drodzy Czytelnicy. Jak co roku staram się wesprzeć WOŚP. Tak i w tym roku to robię. Niestety mam już tylko audiobooki i zapraszam do licytacji. Wystawiłam na aukcję 3 egzemplarze audiobooka książki TROPICIELE. Cena wywoławcza każdego z nich to 1 zł. Wyślę audiobooki na swój koszt w każde miejsce globu. Podpiszę według życzenia. Przypominam, że można licytować z zamiarem obdarowania nimi Domu Dziecka, Biblioteki szkolnej, szpitalnej etc.  Tak więc można nie tylko wesprzeć Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy, ale jeszcze jakąś inną placówkę podarowaniem jej tzw. dobra kultury. :)

Link do licytacji poniżej.


http://aukcje.wosp.org.pl/listing?sellerId=3073646