Archiwa tagu: wspomnienia

35 lat minęło…

Był rok 1979, kiedy pojechałam na swój drugi obóz harcerski. Było to w Pustelni nad jeziorem Piasecznik. Obóz trwał od 3 do 29 lipca, a więc 27 dni. Skąd tak dokładnie to wiem? Zachowała się moja książeczka harcerska.

Druhna Małgorzata Tryngiel wpisała do niej dokładne informacje. Pamiętam i ją i obóz i jeszcze jedną druhnę Katarzynę Wiśniewską, która kazała nam śpiewać piosenkę o butach i dzielnie maszerować.

Buty nasze buty wasze
buty moje buty twoje

gdy na wycieczkę
wyruszyć chcesz w nieznane
weź z sobą buty
dobrze dopasowane

Buty nasze buty wasze
buty moje buty twoje

Kłopot był w tym, że… moje nie były dopasowane. W PRL kupowało się nie to, co człowiek chciał, ale to co było w sklepie. Moich nie chciałam, ale byłam na nie skazana. Tylko takie były do kupienia. Dlatego takie mama mi kupiła. Zdarły mi więc nogi do krwi, a plastra nikt nie miał, bo to też był towar na wagę złota. Ale przeżyłam jakoś marsz 14 kilometrów pieszo do najbliższej miejscowości, czyli Człopy, bo właśnie w takiej odległości od cywilizacji znajdowała się Pustelnia nad jeziorem Piasecznik. Jezior Piasecznik były tam dwa – małe i duże. Miejscowi nazywali je „mały Pecnik” i „duży Pecnik”. Tam zdobyłam stopień tropiciela, nauczyłam się mnóstwa praktycznych rzeczy, a przede wszystkim na własne oczy zobaczyłam co to jest, a raczej co to był „wał pomorski”. Poniemieckie bunkry odkrywaliśmy w lesie zachwycając się nimi. Przede wszystkim tym, że cały czas są. No i mają przeciwczołgowe zabezpieczenia zrywające gąsienice. Najbardziej rajcowały nas te bunkry, które nie były wysadzone w powietrze i można było do nich wejść do środka. Pamiętam czterokomorowy, w którym były jeszcze drewniane prycze. Gdy dwa lata później przyjechaliśmy tu na biwak – nocowaliśmy w środku. Szczęśliwcy na pryczach. Ja na betonowej podłodze na kocu i w śpiworze. Przeżyłam.

Zarówno wtedy, jak i dwa lata później, czyli w pamiętnym 1981 roku śpiewaliśmy piosenki, których harcerze w PRL nie powinni byli śpiewać, ale my… darliśmy ryje na całe lasy i jeziora rycząc „Pierwiosnka”. Piosenka brzmiała tak:

W polu zakwita pierwiosnek
wokoło trawka zielona

wszystkie tego byś nie miał
gdyby nie armia czerwona.

Płynie ropa rurami
za nasze cenne dewizy
my przyjmujemy w bojaźni
taki rurociąg przyjaźni.

Leci samolot po niebie
czerwona gwiazda mu błyszczy

ty myślisz, że to przyjaciel
a to okupant cię niszczy.

Pewnego dnia z obozu pojechaliśmy na wyprawę do wielkiego miasta. Była to stolica województwa, w którym znajdowały się jeziora i Pustelnia. Tym miastem była Piła. To było moje największe obozowe rozczarowanie. Wychowana w rodzinie historyka sztuki, spędzałam wakacje w pałacu w Radziejowicach. Jeździłam też z rodzicami do Kazimierza Dolnego. W każdym mieście, w którym byłam zwiedzałam Starówkę i oglądałam zabytki. Gdy rok wcześniej pojechałam na swój pierwszy obóz w województwo Konińskie, w najbliższej miejscowości Wąsosze obfotografowałam swoją Smieną Symbol miejscowy barokowy kościół, by pokazać tacie, jakie zabytki widziałam. A tu… rok później… Piła. A w niej smutek, szarość dnia i brak jakiejkolwiek Starówki. Do dziś było to moje największe podróżnicze rozczarowanie w życiu. Zapamiętałam bloki, bloki, bloki, wielki plac i smętny napis na jednym z otaczających go bloków, który głosił: „Polam-Piła”.

Kilka dni temu los znów zagnał mnie do Piły. Wylądowałam tam w klasycznym PRL-owskim hotelu Gromada. Z okna widziałam bloki, bloki, bloki. Napisu „Polam-Piła” nie było, bo „Polam” już dawno wykupił „Philips”. Gdy z miejscowymi rozwiałam o tym, że byłam tu przed 35 laty, jako harcerka i że rozczarował mnie brak Starówki usłyszałam:

- Bo najstarszy budynek to był tam, gdzie ten hotel co pani mieszka. To był kościół. Ruscy zburzyli. W PRL fundamenty wysadzono w powietrze, by zbudować ten hotel.

I tak… w miejscu dawnego kościoła z dwunastego piętra PRL-owskiego hotelu patrzyłam na miasto, w którym w niebyt odeszły secesyjne kamieniczki, Stare Miasto i wszystko inne. A ostatnie 25 lat wolnej Polski nie sprawiło, by miasto straciło swój PRL-owski klimat. W miejscowym hotelu brakowało tylko tanich dziwek. Ale… może były? Tylko nie ujawniały się, bo nie nadawałam się na ich klientkę?

Chętnie wrócę do Piły za kolejne 15 lat. By zbadać czy po pół wieku od mojej pierwszej wizyty wyrosła z PRL, czy nadal w nim będzie tkwić? Obie mamy czas. I ja i Piła. Bo Piła, tak jak Bydgoszcz, Łódź, czy moja ukochana Warszawa jesteśmy kobietami. A podobno prawdziwe kobiety są jak wino…

W rocznicę wolności i rocznicę śmierci…

Niedawno minęło 25 lat od pierwszych wolnych wyborów. Świętowano to, jako dzień wolności. Dziś z kolei mija piętnaście lat od chwili, kiedy zmarł mój Tata. Myślę, że to dobry moment, by napisać o jednym z największych absurdów, jakie mnie ostatnio spotkały. O absurdzie, który zwie się »kontrowersyjne opowiadanie«. Szczegóły? Proszę bardzo. Dwa lata temu zwrócono się do mnie z następującą prośbą:

„Zapewne dostaje Pani setki takich maili z prośbą, po prośbie, mój będzie zapewne podobny do tych setek innych, jednak ośmielam się spróbować, bo jestem zdania, że trzeba spełniać marzenia choćby nie wiem, co, a nie siedzieć na tyłku z założonymi rękami;-) Jestem autorką dwóch książek (…) Zamierzam obecnie wydać trzecią książkę pod roboczym tytułem: „Każdego dnia smakuję życie na nowo” Część zysków ze sprzedaży z książki będzie przekazana na Fundację … (…). Zgodnie z ideą, na książkę będzie się składać zbiór krótkich form literackich (opowiadanie, esej, reportaż, wspomnienie) autorstwa różnych osób (w tym znanych i publicznych). Punktem wyjścia do powstania wszystkich tekstów jest początkowe zdanie każdego z nich w brzmieniu: „Każdego dnia smakuję życie od nowa”. Stylistyka i charakter utworów zależą wyłącznie od decyzji ich Autorów. Wyobrażamy sobie, że teksty mogą powstawać zarówno w konwencji poważnej, jak i żartobliwej, anegdotycznej, jak i filozoficznej, fikcyjnej, jak i biograficznej itd. Opowiadanie zawierałoby od 5-30 stron. Dlaczego Pani? Podziwiam Panią za odwagę bycia stuprocentową kobietą, za działalność, jaką Pani prowadzi, za realizacje marzeń. Chciałabym, aby ta książka dawała nadzieję, umacniała ludzi, sprawiała, że będzie chciało im się żyć. Tak często narzekamy na życie, że nie takie, że chciałoby się żeby było inne, lepsze, smaczniejsze, zabawniejsze, a przecież to od nas zależy, jakie ono będzie. Trzeba walczyć o każdy dzień i wyciskać z życia ile tylko wlezie, dla siebie, bliskich, znajomych i nieznajomych. (…) Gdyby Pani wyraziła chęć na napisanie jakiegoś krótkiego opowiadania/historii byłabym Pani ogromnie wdzięczna. Jeśli nie, zrozumiem. Ma Pani zapewne mnóstwo projektów.

Oczywiście zgodziłam się natychmiast. Trochę długo myślałam, o czym napisać. Co to jest w moim życiu to coś, co dzieje się we mnie każdego dnia i sprawia, że smakuję życie na nowo? Pomysłów miałam tysiące, ale szybko doszłam do wniosku, że jednak cały czas w moim życiu najważniejszy jest mój Ojciec. To że był i to, że go już nie ma. Strasznie mi go brak. Napisałam więc coś w rodzaju mojej z nim rozmowy. Rozmowy, którą autentycznie każdego dnia z nim prowadzę. Dziękując, że kiedyś go miałam. I płacząc, że już go nie mam. Zastanawiając się przy tym, co by powiedział na taki lub inny temat. Tekst został zaakceptowany. Potem dostałam wiadomość, że nie ma wydawcy. Potem, że wydawca już jest. Zwróciłam wtedy uwagę, że w moim tekście wiele rzeczy się zdezaktualizowało, że może za bardzo było to „bieżące”. Odpowiedziano mi, że nie szkodzi. Potem dostałam do podpisania umowę od nowego wydawcy. Oczywiście ze zrzeczeniem się honorarium, by wszelkie dochody z tego tytułu można było przekazać na szczytny cel. Potem nastała cisza. A potem… na kilka dni przed moim wyjazdem do Wilna, przyszedł list następującej treści:
„Witam serdecznie Pani Małgosiu, Ja w sprawie Pani opowiadania do antologii (…) Otóż mnie ono osobiście bardzo się podobało, jednak Wydawca oznajmił mi, że niestety nie umieści go zbiorze, bo jest za bardzo kontrowersyjne. Otóż jest tam dużo polityki, poruszona kwestia papieża Benedykta. Pani Małgosiu naprawdę żałuję i przepraszam, że zawracałam Pani głowę, a tu takie kwiatki wyszły.”
Uśmiałam się serdecznie. Naprawdę! Toż to czysty absurd. Czy moja rozmowa z Ojcem jest kontrowersyjna i co z tym papieżem Benedyktem – niech ocenią czytelnicy. Jednego jestem pewna. Ciężko być w dzisiejszych czasach człowiekiem, który kocha Ojczyznę za to, że jest, a nie kształt w jakim chciałby ją widzieć. Który kocha jej ideę, abstrakcyjny jej byt, a nie konkretne poglądy polityczne władzy lub opozycji. Ciężko jest być człowiekiem, którego drażni z jednej strony klerykalizm niektórych ugrupowań, a z drugiej drażni u drugich antyklerykalizm, w postaci okropnej czasem i bezpardonowej walki z kościołem. Ciężko być kimś, kto nie jest ani z prawicy ani z lewicy. Ciężko być kimś, kto stara się patrzeć na wszystko z różnych stron, aspektów, punktów widzenia itd. Ciężko jest takiemu poruszać się w świecie, w którym koniecznie trzeba być po stronie jakiejś politycznej opcji, z których każda krzyczy: „kto nie jest z nami jest przeciw nam”. Bo wychodzi, że jest się, jak własnie w tej starej piosence: „kto sam ten nasz najgorszy wróg”, a ja, dokładnie jak ten śpiewak, z tej piosenki – jestem sama. Poniżej mój »kontrowersyjny tekst«. Każdego czytelnika, który uzna, że jednak jest wart, by wesprzeć jego lekturą, jakąkolwiek działalność charytatywną, proszę o wpłacenie równowartości 5 złotych na dowolnie wybrany cel. Będzie mi bardzo miło. Tym milej, jak w liście da mi znać, na co zdecydował się przekazać swojego piątaka. A i mojemu Ojcu, który patrzy na nas z góry, a po którym został mi sekretarzyk pokwitowań wpłat na budowę Centrum Zdrowia Dziecka, Centrum Matki Polki oraz licznych odbudów m.in. Zamku Królewskiego w Warszawie, też będzie miło. Ojciec 15 lat temu zasilił niebieską redakcję polskich dziennikarzy. A ja naprawdę każdego dnia z nim rozmawiam. I każdego dnia dziękuję, że był taki, jaki był. I każdego dnia smakuję życie na nowo, bo on mnie tego nauczył. I naprawdę zastanawiam się, co by powiedział patrząc na to, jakie mamy czasy i jak zareagowałby na decyzję wydawnictwa o moim opowiadaniu. Z tego co go znałam, to śmiechem!

zasiwadczenie honorariacegielka2

cegielka1

Tyle się zmieniło…

Każdego dnia smakuję życie od nowa, bo każdego dnia myślę, że to cudowne, że byłeś i strasznie smutne, że już nigdy Ciebie nie zobaczę. Jedno jest dobre – nadal możemy rozmawiać, bo przecież teraz wiesz wszystko, widzisz wszystko i zawsze jesteś przy mnie. Kiedy w końcu ubiegłego wieku odszedłeś do tak zwanej „niebieskiej redakcji”, w której pracują ponoć najlepsi dziennikarze, jedna z gazet opublikowała moje wspomnienie o Tobie. Napisałam wówczas, że „Większość ludzi chciałaby widzieć uczucia córka-ojciec w formie taniego melodramatu dla kucharek. Nic z tego. Między nami było inaczej. Bardziej po kumplowsku. I to od kiedy sięgam pamięcią, czyli dla mnie od zawsze.” A że życie to śmiech i płacz na przemian, więc sporo w naszych relacjach było momentów i smutnych, i wesołych.

Zawsze dużo rozmawialiśmy, choć był czas, kiedy nie odzywaliśmy się do siebie, na szczęście krótki. Jednak teraz rozmawiamy codziennie. Mówię głównie ja i staram się wsłuchać w siebie, by dowiedzieć się, co Ty byś mi na to powiedział. Wiem dobrze, co byś pochwalił i co zganił, ale pytam. Jakbym liczyła na to, że naprawdę odpowiesz, a ja naprawdę usłyszę Twój głos. Dziś chcę Ci powiedzieć, co przez te prawie czternaście lat się zmieniło. Zarówno w moim życiu, jak i na Saskiej Kępie, w Warszawie czy wreszcie w Polsce i na Świecie. Chyba zacznę od końca… od Polski i Świata

Zawsze interesowałeś się życiem politycznym i pamiętam, jak uczyłeś mnie, że Polska jest jedna. Zdziwiłbyś się Tato, ale od 10 kwietnia 2010 roku, kiedy w podsmoleńskim lesie rozbił się samolot z 96 osobami na pokładzie, w tym z prezydentem RP Lechem Kaczyńskim, mamy dwie Polski. Tak… w międzyczasie prezydentem został jeden z bliźniaków, którzy w Polskim ZOO występowali jako chomiki. Ciekawe, jak byś go oceniał. Miałeś z jednej strony sądy wyważone, z drugiej ostre. Pewnie miotałyby Tobą mieszane uczucia, bo to był facet, który co jakiś czas – jako prezydent – przynosił nam wstyd. Na przykład do emeryta powiedział „spieprzaj dziadu”, w czasie jakiegoś piłkarskiego meczu reprezentacji Polski szalik kibica trzymał do góry nogami, miał też wpadki, np. z „Irasiadem” i „Borubarem”. Szczegółów Ci oszczędzę, bo to głupie. Na dodatek prezydent często podpadał dziennikarzom, ale… dał Polsce i Warszawie Muzeum Powstania Warszawskiego, o które tak walczyłeś i na które jeszcze w 1994 roku wraz z Muzeum Historycznym m. st. Warszawy rozpocząłeś zbieranie pamiątek. Pewnie byłoby Ci trochę przykro, że w tym muzeum, które rocznie odwiedzają setki tysięcy zwiedzających, nie ma śladu po Tobie i Twoich walkach o jego powstanie, a dyrekcja mimo wielu zaproszeń nigdy nie zechciała mnie odwiedzić, by skorzystać z tego, co przez lata zgromadziłeś. Pewnie byłoby Ci przykro, że książka, którą kiedyś napisałeś do spółki z Hanną Kuczmierowską, „O broni niemieckiej w Powstaniu Warszawskim”, nadal nie została wydana. Niestety Tato. Ja nie mam pieniędzy, a wydawnictwa, którym proponowałam druk, przede wszystkim tego ode mnie zażądały. Przemiany ustrojowe sprawiły, że dziś w Polsce liczy się tylko kasa. Nad Twoimi wieloletnimi badaniami nikt nie chce się pochylić. Pewnie byłoby Ci przykro, ale… jak Ciebie znam, umiałbyś to sobie jakoś pozytywnie wytłumaczyć.

A teraz wrócę do tej podzielonej Polski. Mamy więc „Polskę Smoleńską”, czyli zdaniem jej wyznawców prawdziwą i drugą, przez tych od smoleńskiej nazywaną „Polską Pancernej Brzozy”. Bo to jest tak, że jedni twierdzą, że był zamach, bo zderzenie z brzozą nie mogło spowodować takiej katastrofy, a drudzy twierdzą, że to był splot nieszczęśliwych wypadków: mgła, nieporozumienia na linii wieża-pokład Tupolewa i brzoza… Którą Polskę byś wybrał Tato? Ty, który twierdziłeś, że jest tylko jedna? Który twierdziłeś, że żołnierz szedł nie do AK, AL, BCH itd., ale do polskiego wojska i nie pytał o jaką Polskę będzie się bił?

Czy wiesz, co mieliśmy za wydarzenia w tej Polsce, zanim się podzieliła? Można by pisać bez końca! Ale wiem, że coś powinnam wybrać, bo inaczej tej opowieści nigdy nie skończę. Ponieważ pracowałeś w Telewizji Polskiej, więc opowiem Ci o tym, jak dekadę temu pewien producent filmowy, Lew Rywin, przyszedł do Adama Michnika i powiedział, że reprezentuje grupę trzymającą władzę i proponuje pomoc w kupnie stacji telewizyjnej Polsat. Pomoc ma polegać na zmianie w zapisie ustawy medialnej, na taki, który umożliwi spółce Agora kupno stacji. Ustawa wejdzie w życie, jeśli Agora przekaże pieniądze spółce Rywina, Gazeta Wyborcza przestanie krytykować premiera i SLD, a po przejęciu przez Agorę Polsatu, Lew Rywin zostanie zatrudniony w tej stacji. Do wyjaśnienia sprawy powołano sejmową komisję śledczą, która ujawniła szereg politycznych gwiazd. Niektórymi byś się załamał. Jedna dała Polsce termin „Rywingate”, druga „poziome i pionowe korytarze”. Był to cyrk, przy którym Polskie Zoo było naprawdę niczym. Myślę, że i miałbyś ubaw, i byłbyś załamany.

W 2004 roku weszliśmy do Unii Europejskiej. W tej chwili to już 27 państw, w tym Polska. W 2007 roku weszliśmy do strefy Schengen, mamy więc otwarte granice na zachód. Czy wyobrażasz sobie, że do Berlina można pojechać tak, jak się stoi i na granicy nikt nas nie skontroluje? Unmoeglich? Aber nein! Podobno mamy wejść też do strefy euro, a co za tym idzie pożegnać się ze złotówką. Coś mi się zdaje, że to ostatnie nie bardzo by Ci się podobało… Mamy w Polsce więcej stacji telewizyjnych. Zatrzymałeś się na Polsacie i TVN, ale teraz jest jeszcze TV4, TV Puls i masa innych. Mamy naziemną telewizję cyfrową. O miejsce na tej cyfrowej platformie były takie boje, że w tym roku przeżywaliśmy marsz w obronie Telewizji Trwam. Wiesz… to takie Radio Maryja tylko z obrazem. Po prostu ta stacja nie dostała koncesji. Mamy też szybki internet i szybkie komputery oraz smartfony, czyli wielofunkcyjne telefony komórkowe. Nawet nie wyobrażasz sobie, jakim przeżytkiem jest dziś Twój stary Siemens. A`propos komputerów – szkoda, że nie zdążyłeś nauczyć się z nich korzystać. Pisałbyś więcej artykułów, pewnie jako miłośnik technowinek „szalałbyś” w internecie, a może prowadził bloga, jak inny dziennikarz telewizyjny z twojego pokolenia, Andrzej Bober, lub twój były szef Tadeusz Kraśko

Mamy dziś Tato Papieża Niemca, bo nasz Papież, Jan Paweł II, zmarł w 2005 roku. Ten obecny, Benedykt XVI, wcześniej znany jako Joseph Ratzinger, w młodości był w Hitlerjugend, ale potem, gdy został biskupem i kardynałem, przyjaźnił się z tym naszym Papieżem. Z powodu jego przeszłości, po wyborze na Stolicę Piotrową krążył dowcip.
„Pierwsze spotkanie Jana Pawła II i Benedykta XVI miało miejsce w Polsce jeszcze w 1943 roku. Wyglądało tak. Młody Niemiec mierzył do młodego Polaka, a ten woła:
– Daruj mi życie. Będę kiedyś papieżem!
– Dobra – odparł Niemiec i dodał: – A ja zaraz po tobie.”
Czuję, że ponieważ ten Benedykt XVI to Joseph, Ty zaraz dorzuciłbyś swój słynny dowcip o baraku Józefów. Wiem, że znasz, ale ja, jak fredrowski Pan Jowialski, opowiem Ci swoją wersję z Benedyktem XVI.
„Zmarł Benedykt XVI i poszedł do nieba. I pyta go święty Piotr:
– Ktoś ty?
– Benedykt XVI.
– A na chrzcie świętym?
– Jospeh, jak święty Józef cieśla.
Nagle odzywa się Pan Bóg:
– Jak Józef, to dawać go na barak Józefów. A tam już… Józef Stalin, Józef Cyrankiewicz, a nawet Franciszek Józef… i tylko blokowym znów okazuje się Piłsudski.”
No, ale Benedykt XVI kultywuje tradycje Polskiego Papieża i przemawia do ludzi w ich narodowych językach. Po polsku mówi dość śmiesznie, na przykład: „pozdrawiam ciule”, co powoduje oczywiście kolejne żarty, ale… niedawno beatyfikował Naszego Papieża, a potem księdza Jerzego Popiełuszkę. Masz pojęcie? Nie myślałam, że to się stanie za mojego życia, a tu popatrz!
Z kolei Stany Zjednoczone mają pierwszego czarnoskórego prezydenta. Teraz jest nim na drugą kadencję. Nazywa się Barack Obama i jak twierdzą Amerykanie, jest czarnoskóry, a Afrykanie twierdzą, że jest biały. Zdaniem przeciwników jego prezydentury urodził się w Kenii, a nie na Hawajach i prezydentem został dzięki sfałszowaniu aktu urodzenia. Normalnie dom wariatów!
A Warszawa? Ha! Tu dopiero zmiany! Skoro byłam przy prezydenturach, to przy nich pozostanę. Tu też coś dzieje się po raz pierwszy w historii. Oto po raz pierwszy w historii miasta prezydentem jest kobieta. Hanna Gronkiewicz-Waltz przez przeciwników zwana „gronkowcem”, HGW lub bufetową. Teraz zmaga się z budową pierwszego odcinka drugiej linii metra, która to budowa nie przebiega bezawaryjnie. Tak, tak… wyobraź sobie, że powstaje drugi odcinek. Ten pierwszy ukończono pięć lat temu i sięga aż do Młocin. Jak niegdyś statek. A`propos statków… od trzech lat znów jest żegluga na Wiśle. Można rekreacyjnie popłynąć statkiem nad Zalew Zegrzyński. Jest też tramwaj wodny i darmowe promy do przeprawy przez rzekę. Czy wiesz, że mamy trzy nowe mosty? Most Syreny zastąpiono Mostem Świętokrzyskim. To pierwszy w stolicy most podwieszany i na dodatek przystosowany dla rowerzystów, bo ma wydzielony pas jazdy. Przy okazji budowy tego mostu, zbudowano wzdłuż Wisły tunel, którym puszczono Wisłostradę. W połowie tunelu są przystanki autobusowe. Tylko raz stałam na jednym z nich i przysięgłam sobie, że więcej tego nie zrobię, bo hałas w tunelu jest nie do zniesienia. Gdy tunel jest zalewany, a kilka razy już to się zdarzyło, wtedy ruch puszczany jest objazdami i robi się w mieście potworny bałagan! Ale o tym za chwilę. Najpierw wrócę do mostów. Mamy jeszcze łączący Siekierki z Pragą Południe i Wawrem Most Siekierkowski, również podwieszany, czyli wantowy, również z trasą dla rowerzystów, a niedawno oddano do użytku Most Marii Skłodowskiej-Curie, czyli Most Północny, łączący Bielany z Białołęką. Niestety most Grota-Roweckiego, który gdy byłam dzieckiem, to zaraz po otwarciu przejechaliśmy naszym maluchem, zdążył się tak posypać, że jest ciągle remontowany. Warszawa w ogóle jest i rozbudowana i większa, i… zakorkowana. Nie pomogło stworzenie strefy płatnego parkowania i upstrzenie miasta parkomatami. Korki są i będą pewnie coraz większe, bo prawie wszyscy mają samochody.

Tu na Kępie mamy specjalną strefę, do której wjazd jest tylko z przepustkami. Oczywiście wszystko wtedy, gdy dzieje się coś na Stadionie Narodowym. Tak, tak… nie ma już Stadionu X-lecia. Zniknął też „Jarmark Europa”, który tak Ciebie i mamę denerwował, bo jego handlarze nocowali pod domem w samochodach i załatwiali się w ogródku. Zamiast tego mamy nowoczesny Stadion Narodowy zwany też Narodowym Basenem. Wszystko przez to, ze podczas jednego z meczów reprezentacji nie zamknięto dachu na czas i murawa zamieniła się w pełen wody brodzik. Stadion Narodowy wybudowano dlatego, że wraz z Ukrainą zorganizowaliśmy Euro 2012, czyli mistrzostwa Europy w piłce nożnej. Przez miesiąc prawie wszyscy Polacy mieli zamiast głów piłki. Oczywiście oprócz naszej rodziny. Mamy w mieście coraz więcej parków, które powstają w nowych dzielnicach i coraz więcej strzeżonych osiedli. Prawie nikt już nikogo nie zna. Tylko na Kępie jest jeszcze trochę jak dawniej, ale czasem myślę, że to już tylko trochę. Nie tylko nie ma już wścibskiej Kapeluszowej, która doprowadzała Ciebie i Mamę do szału swoim dopytywaniem się kto, co i gdzie. Nie ma też eleganckiej, zwanej Wyfiokowaną, pani z rasowym pieskiem, która tak się oburzała, gdy ten jej strasznie rasowy piesek wąchał pod ogonem naszą kundlowatą sukę. Nie wiem, kiedy Wyfiokowana zmarła. Po prostu pewnego dnia stwierdziłam, że przestałam ją widywać. Za to pojawili się nowi mieszkańcy. Niektórzy chcą być bardziej saskokępscy. Czasem mam wrażenie, że im się wydaje, że skoro mają pieniądze, by kupić sobie tu mieszkanie, to stać ich na wszystko. Niestety… jak to mówi przysłowie chińskie, za pieniądze można kupić dom, ale nie ciepło domowe. Ja od siebie dodam, że można też kupić stary dom, ale nie swoje w nim korzenie… Obserwuję od lat święto Saskiej Kępy i myślę, że jego jarmarczność najlepiej pokazuje, jak Kępa się zmienia. Jak mieszają się tu wszystkie style Polski, a nawet świata. A na Boże Narodzenie czy Wielkanoc wyludnia się tak, jak cała Warszawa. Tylko wtedy można przejechać szybko autem przez całe miasto, a na naszej uliczce zaparkować bez problemu.

Liczba knajp na Saskiej Kępie niesamowicie wzrosła. A wiele zmieniło nazwy i właścicieli. Czy wiesz, że Sax, w którym siadywała Agnieszka Osiecka, to teraz prowadzona przez Senegalczyków knajpa Cafe Baobab? Nie ma Pubu Rondo, a Sorrento też ma inna nazwę, nie jest już tak fajne, jak dawniej, no i strasznie rżną na rachunkach. Koło nas, na rogu Walecznych i Francuskiej, otworzyli przytulną knajpkę „Francuska 30”. Czasem siadam tu na kawę. Najbardziej jednak lubię Fregatę na Międzynarodowej, ze swojskim klimatem i polską kuchnią. Niestety jej właściciel, pan Henio zmarł na raka. Nawet nie wiesz, jaki był niesamowity. Czy wiesz, że jak leżałam chora w domu, to przysłał mi pierogi ruskie? Lubię tez Pikanterię. Jest na rogu Walecznych i Londyńskiej, tam gdzie kiedyś była cukiernia z tymi ciastkami z kminkiem, które Mama tak uwielbiała chrupać popijając czerwonym barszczem.

Zniknęło nam kino, bo Sawy jednak nie odbudowano, ale mamy na Kępie Dom Kultury. Trzeba jechać Francuską, Paryską, aż za Trasę Łazienkowską. Nie ma mnóstwa drobnych sklepików, bo dyskonty i hipermarkety posiały spustoszenie. Na przykład nie ma tego malutkiego społemowskiego spożywczaka na Francuskiej przy Walecznych. Teraz jest tam sklep z winami i knajpa. Nie ma sklepu elektrycznego na Francuskiej. Przez kilka lat lokal stał pusty i straszył. Teraz zaklejono szyby i jest tam jakieś biuro. Nie ma też fioletowego pawilonu z delikatesami. Zburzono go i otwarto w jego miejscu bank. W ogóle Francuska to teraz prawie same banki i knajpy. Nawet wypożyczalnia video przeniosła się z Francuskiej na Zwycięzców.

Cały czas ukazuje się „Mieszkaniec”, a ja czasami coś dla nich piszę. Naczelny, czyli Wiesio Nowosielski często Cię wspomina. A u nas w domu? Oj Tato… Nie chcę Ci opowiadać, jak mój stryj i ojciec chrzestny a Twój rodzony brat w jednej osobie przepił 3/8 naszego domu, bo to przecież wiesz i na pewno oboje z Matką nieźle zmyliście mu tam w niebie głowę. Użeram się teraz z tym domem strasznie i końca tego użerania nie widać. Na dodatek okazało się, że jak zwykle miałeś rację. Jedna ze współwłaścicielek rzeczywiście nie jest normalna i mam z nią masę kłopotów. Ty w ogóle tak często miałeś rację, że aż mi czasem wstyd, że Ciebie nie słuchałam. Ten mój ukochany z USA, którego kiedyś nazwałeś pętakiem, okazał się nim naprawdę. Nie chcę o nim opowiadać, bo nie jest tego wart. Na szczęście to już przeszłość, chociaż dochodziłam do siebie dość długo. Ale już jest w porządku. Niedawno wyszłam za mąż, choć… miało mi się to nigdy nie przytrafić, bo przecież nie brałam tego nawet pod uwagę. Mój mąż – Zacharjasz – na pewno by Ci się spodobał, bo ma Twoje poczucie humoru i jest tak jak Ty – złota rączka. Czy wiesz, że powyciągał wszystkie Twoje skarby do majsterkowania i je pielęgnuje? Wszystkie Twoje dłuta, śrubokręty i inne przybory do majsterkowania zostały przez niego wyczyszczone. Zacharjasz pochodzi zza Buga. Jego pradziadowie mieli kawał ziemi pod Stanisławowem (dziś Iwanofrankowsk) i stajnię na 250 koni. Gdy 17-go września 1939 roku wkroczyły tam wojska sowieckie nie zdecydowali się na ucieczkę. Myśleli, że da się z nową władzą dogadać. Najpierw stracili dwóch synów. Obaj odmówili wstąpienia do armii Bandery. Został tylko dziadek Zacharjasza – Jakub. By uniknąć losu braci, sfałszował metrykę i się odmłodził. To zapewniło mu przetrwanie. Potem Sowieci ich ziemię rozkułaczyli i zabrali. Dziadek Jakub szybko zorientował się, że kultywowanie polskości to zamknięcie dzieciom drogi do nauki. Dzięki temu, że ukrywał polskość, wykształcił swoje dzieci. Ty wiesz tato, że ja dopiero teraz rozumiem, czemu Polacy, których spotykaliśmy na wschodzie, a którzy znali polski, byli tak słabo wykształceni? Coś za coś… Zacharjasz pierwszego polskiego słowa nauczył się od dziadka, gdy miał cztery lata. Brzmiało ono… kurwa. Bo gdy dziadek oprowadzał go po wsi i pokazywał „to było nasze, to nasze”, a mały chłopczyk pytał: „a czemu dziadku nie jest?” słyszał w odpowiedzi: „Bo kurwa….” i mętne tłumaczenia, by dziecko czegoś nie powtórzyło komu nie trzeba, bo mogłyby być kłopoty. Zacharjasz miał szesnaście lat, gdy zdecydował, że chce zamieszkać w Polsce. Skończył polską szkołę im. księdza Józefa Tischnera w Użgorodzie, gdzie teraz mieszkają rodzice i po skończeniu studiów aktorskich w Akademii Teatralnej w Kijowie przyjechał do Polski. Tato, nawet nie wiesz, jakimi my Polacy jesteśmy ksenofobami! Nie miałam świadomości, że tak jest, dopóki nie związałam się z Zacharjaszem. Ty inaczej mnie wychowywałeś. Pamiętam, jak kiedyś wróciłeś wcześniej niż planowałeś ze Stanów, by móc pojechać z paczkami dla Polaków na Ukrainę, do Kołomyi. Swoją decyzję tłumaczyłeś tym, że ci Polacy na wschodzie bardziej potrzebują Twojej wizyty, bo są biedni i przydadzą im się paczki z Polski. Pamiętam, jak w latach osiemdziesiątych na wczasach nad Balatonem tuliłeś tego Jewgienija Kownackiego, potomka polskiego zesłańca, który pracował na Syberii jako milicjant i po polsku znał tylko „Ojcze Nasz”. Dziś wiem, że w swoim podejściu do rodaków na wschodzie byłeś wyjątkowy.

Teraz dla wielu Polaków, ten, kto jest zza wschodniej granicy, to ten gorszy. Nawet nie wiesz, ile razy usłyszałam wyrzuty, że wychodzę za mąż za Ukraińca. Jakby to było coś złego. To trochę śmieszne. Nagle okazuje się, że porządny, pracowity i wykształcony obywatel Ukrainy, którego przodkowie nie wyjechali z Polski, tylko zostali na wschodzie, bo Polska zmieniła granice, to ktoś gorszy niż nierób i obibok z zachodu, którego przodkowie dobrowolnie opuścili kraj i to nie z przyczyn politycznych, ale dla poprawy bytu. Czy wiesz, że gdy odpowiadałam, że Zacharjasz ma polskich przodków, to słyszałam, że pewnie jego dziadek tam został na kresach, bo spadł z wieżyczki strażniczej w Ostaszkowie. Wiesz… czuję, że Zacharjasz by Ci się spodobał, a nawet mam tego dowód. Otóż zachwycił się listami Twojego dziadka, a mojego pradziadka Antoleńka, do Karolki. Stwierdził, że zrobi z nich monodram. Napisaliśmy wniosek do Ministra Kultury i Sztuki i… Zacharjasz dostał stypendium. To na pewno zasługa Twoja, jak i samego Antoleńka i Karolki. Wreszcie jest szansa, by te listy, którymi zawsze wszyscy się zachwycali, mógł poznać dosłownie każdy. Będzie z tego fajny monodram. W końcu tworzymy duet aktorsko-pisarski. Bo wyobraź sobie, że udało mi się zostać pisarką, tak jak mówiłam w dzieciństwie. Ty znałeś tylko moje opowiadania, które zbierałeś, gdy drukowały je gazety, ale teraz mam na koncie nawet kilka książek. Jedną jest „Dziewiętnastoletni marynarz”, historia listów Twojego stryja Zbigniewa Piekarskiego. W końcu powiedziałeś mi kiedyś, że mogę z nimi zrobić, co chcę. No to zrobiłam! Myślę, ze ocaliłam kawałek historii nie tylko naszej rodziny, ale i Szkoły Morskiej w Tczewie. Najgłośniejsza moja książka, „Klasa pani Czajki”, trafiła do kilku podręczników, a nawet ukazała się na Ukrainie. Wszystko dzięki pomocy Zacharjasza. Wiesz, że uczę się ukraińskiego? Miałeś rację, że nauka każdego języka rozwija. A przy okazji dopiero teraz zorientowałam się, ile było ukraińskich słów w języku Mamy, która przecież urodziła się w Zwierzyńcu nad Wieprzem i spędziła dzieciństwo i młodość w Chełmie (powiedz jej, że między innymi tam byliśmy w podróży poślubnej i dowiedzieliśmy się, że archeolodzy szukają grobu króla Daniły). Od jej „biery”, kiedy kazała coś od siebie zabrać począwszy, przez „nie gniotsa nie łamiotsa” w określeniu niektórych tworzyw, aż po „sraty pierdaty”, gdy mówiła, że ktoś gada bzdury. Oj, jak mi jej czasem brakuje.

Czy wiesz, ile osób z rodziny zmarło? Nie ma już przy mnie Twojej ciotecznej siostry cioci Hani. Najpierw zmarł jej syn, a ona miesiąc po nim. Gadacie sobie czasem we trójkę? Na pewno! Ona zawsze wspominała, jak to mówiła Ci, że jedzie na ten swój zjazd koleżanek z pracy. One nazywały go „zjazd gwiazd”, ona „zlot ciot”, a Ty powiedziałeś jej brutalnie:
– Hanka! Jaki „zjazd gwiazd”! Jaki „zlot ciot”? Toż to zwykły „zsyp cip”
Bardzo się ciotce ten „zsyp cip” podobał i zawsze żałowała, że nie wszystkim koleżankom może to powtórzyć. A tak a`propos umierania… czy Ty wiesz, że od kiedy Ciebie nie ma, robię programy kombatanckie, tak jak Ty. Jeżdżę na kolejne rocznice Powstania Warszawskiego i tym podobne. Robiłam reportaż z 60-lecia ślubu Twoich przyjaciół – państwa Tyrajskich. Teraz już tylko pan Genio żyje. Wykruszają się Powstańcy. Twój przyjaciel Lesław Bartelski też odszedł. Ale nie o tym chciałam… Chciałam o Tobie. Pewnego razu pojechałam na rocznicę walk o Państwową Wytwórnię Papierów Wartościowych. Zagadnęłam Jerzego Kuleszę, czy mógłby się dla mnie wypowiedzieć do kamery, a on usłyszawszy, że jestem Twoją córką, powiedział:
– Dla córki Maćka – zawsze.
No i powiedział o walkach, a potem mówi do mnie.
– Wie pani, ja odwiedziłem Maćka w szpitalu na dwa tygodnie przed odejściem. I wszystkim opowiadam o jego niesamowitym poczuciu humoru. Pytam się: „Jak się czujesz Macku?”, a on mi na to, że opowie mi kawał. I mówi. »Leży facet w szpitalu. Jest już po operacji. Przychodzi lekarz, a facet pyta. „No jak tam panie doktorze?” A lekarz: „No wszystko w porządku, ale do końca życia nie może pan palić papierosów, pić alkoholu i uprawiać seksu.” Pacjent zmartwiony mówi: „Ojej… panie doktorze, a ja tak to lubię!” „Niech pan nie dramatyzuje – mówi lekarz. – No chyba te dwa tygodnie jakoś pan wytrzyma!”» I pani ojciec mi to opowiedział właśnie na dwa tygodnie przed odejściem. Oj Tato! Cały Ty! Ja do dziś wspominam minę lekarza, który Ciebie pytał, czy chcesz środek przeciwbólowy w zastrzyku czy doustnie, a ty mu odpowiedziałeś, że chętnie dowcipnie, ale cipy u Ciebie brak… To była dopiero historia!

Twój imiennik, wnuczek, zwany przez ciebie „słodkim patafianem”, nie sprawia specjalnie kłopotów, ot jak to nastolatek, ale ciągle szuka swojej drogi, a ja tak myślę, że ma ciężej niż ja. Bo dziś to przysłowiowe „jutro” jest bardziej niewiadome niż kiedyś. Ale jestem w nim szczęśliwa. Między innymi dlatego, że zawsze mogę z Tobą porozmawiać.

I tak sobie pomyślałam, że ja Ci tu wszystko opowiedziałam… tak po ludzku, z detalami, a Ty przecież i tak to wszystko wiesz… I tak wiesz ile się zmieniło od czasu ostatniego spotkania. I nawet nie dlatego, że Kapeluszowa z Wyfiokowaną przyszły do Ciebie i Mamy. Jedna by poplotkować, a druga poprosić, byś zabrał swojego kundla. (Na pewno wszyscy trafiliście tam z psami!) I nie dlatego, że Andrzej Lepper zawitał do „niebieskiej redakcji” wymusić na niebieskich dziennikarzach wywiad i rozpoczęliście tam wszyscy plotki o świecie, Polsce i Warszawie. Po prostu kiedy jest się tam, pewnie wie się wszystko. Czuję to. Tak, jak Twoją miłość. Każdego dnia.

Warszawa, grudzień, 2012

Ojciec autorki – Maciej Piekarski (1932-1999) historyk sztuki, dziennikarz, publicysta, vasavianista, urodził się i zmarł w Warszawie.

PS 25 lat wolności. Rzeczywiście? Tak narzekaliśmy na cenzurę w PRL. Jest lepiej?

PS 2 Najgłupsze w tej historii jest to, że wydawca mógł przecież poprosić o korektę tekstu lub nawet jego zmianę na zupełnie inny… Co to dla pisarza napisać od nowa. Zwłaszcza, gdy ma podane pierwsze zdanie i to brzmiące: Każdego dnia smakuję życie od nowa… No właśnie smakuję… 

PS 3 A dla ciekawskich umowa… Rozumiem, że wydawnictwo uznało, że mój tekst, poprzez istnienie w nim kawałów (i tak powtarzanych przez ulicę) jest zniesławieniem Papieża Benedykta XVI. Bóg zapłać!

PS 4 Danych wydawnictwa nie ujawniam, bo moim celem nie jest  szkodzenie komukolwiek. Książki na razie nie ma nawet w zapowiedziach. ‚Googlanie’ na ma więc sensu.

 

umowa1-zamazane umowa2-zamzana umowa3-zamazane

Samotność w czasach Internetu

Ryszard Riedel śpiewał, że „najgorsze w życiu to samotnym być”, bo „samotność, to taka straszna trwoga.” Wiem coś o tym. Był moment, kiedy byłam bardzo, ale to bardzo samotna. Wtedy zresztą założyłam ten blog. Bo zawsze jednak czułam jakąś wolę walki. Chęć pokazania i światu i przede wszystkim sobie, że ze wszystkimi przeciwnościami losu dam radę.  I dawałam. Może dlatego, że jestem kobietą? Że czuję ciążące na mnie obowiązki np. bycia matką? Mam takie wrażenie, że mężczyźni jednak gorzej radzą sobie z samotnością. Kiedy zmarł Eksio i trzeba go było pochować, szukając namiarów na jego znajomych, których ja nie znałam, przeczesywałam zostawioną przez niego komórkę. Wysyłane z niej sms’y były straszne. Tak straszne, że o czwartej rano siedziałam sama w kuchni i ryczałam. Niby wiedziałam, że jest samotny, domyślałam się, że takim się czuje, ale nie do końca zdawałam sobie sprawę, jak mocno to przeżywa, choć przecież to ja znałam go najlepiej. Potem ułożyło mi się wszystko w całość. Dziś już wiem, z czego wynikały te dziesiątki głupich sms’ów wysyłanych do mnie o 2-giej w nocy czy 5-tej nad ranem. Co miał robić samotny, cierpiący na bezsenność i depresję facet praktycznie odcięty od świata? Żył bez komputera, z telewizorem, który pokazywał jeden czy dwa programy i radiem, w którym nie można zmienić stacji. Eksio zmarł. Diagnoza: ustanie akcji serca i akcji oddechowej. Przyczyn wiele: spożywany latami alkohol i… stres. Stres związany z samotnością i byciem już prawie poza społeczeństwem. Zgon Eksia nastąpił na Żoliborzu w domu u Artura. Kolegi, którego on znał niemal od dziecka, a ja od mniej więcej 30 lat. Artur zmarł w ostatnią niedzielę z powodu niewydolności wątroby i trzustki, a co za tym idzie ostrej żółtaczki. Przyczyna podobna jak u Eksia: alkohol i samotność. Dla mnie obaj są ofiarami nie tylko alkoholu, ale przede wszystkim pewnych przemian, jakie nastąpiły w XXI wieku, a których przeżycie dla takich jednostek, jak oni okazało się niemożliwe.

Artur był osobą specyficzną. Pochodził z prostej rodziny. Mama – handlarka z Bazaru Różyckiego, za czasów komuny przywoziła mu z pracy towary, o których inne dzieci mogły tylko pomarzyć – samochodziki matchboxa, żołnierzyki, zachodnie komiksy. Sam Artur walczył z komuną. W czasie jednej z manifestacji pobity, dostał już w wolnej Polsce odszkodowanie. Jednak paradoksalnie Polska, z którą walczył okazała się z perspektywy 25 ostatnich lat łaskawsza dla niego niż ta obecna. Artur nie zdobył dobrego wykształcenia. Oczytany ponad przeciętność, sto razy inteligentniejszy od sprytnej matki handlarki, nie zrobił jednak nawet matury. Nie miał wyuczonego żądnego zawodu. Być może dlatego nie zdołał odnaleźć się w rzeczywistości XXI wieku. Świetnie znał się na starociach. Jeszcze na początku przemian ustrojowych nagminnie odwiedzał śmietniki, wynajdywał w nich skarby, przez innych uważane za szmelc i sprzedawał na bazarze na Kole, całkiem nieźle prosperując. Wkroczył jednak Internet ze swoim allegro. Spadły ceny niektórych przedmiotów. Zmniejszyła się liczba kupujących z ręki do ręki. Była jednak jeszcze matka ze swoją emeryturą. Wspierała syna i godziła się na to, by on, tak jak kiedyś, w czasach PRL, prowadził otwarty dom. Zawsze można było do niego wpaść, jak do kawiarni. Na gości czekała herbata, kotlety z kaszy lub pierogi z kapustą czy placki. Grała muzyka, prowadziło się dzienne i nocne Polaków rozmowy, które czasami doprowadzały do szału sąsiadów. Przez żoliborską piwnicę w latach 80-tych i 90-tych przewinęły się tysiące osób. W tym wielu twórców polskiej kultury: muzyków, pisarzy, aktorów, malarzy i innych. Jednak z biegiem lat towarzystwo się wykruszało. Ludzie zakładali rodziny, podejmowali pracę, a w rzeczywistość wchodził Internet. Wiele spraw i potrzeb bycia z drugim człowiekiem ludzie zaczynali załatwiać wirtualnie, najpierw emailami, a potem przez portale społecznościowe. Artur był od tego z daleka. Nie wiem czy to odczuwał, bo gdy kilka razy na ten temat rozmawialiśmy, mówił, że komputer nie jest mu potrzebny, że woli książki. Była jednak jeszcze matka, a dom funkcjonował jak dawniej, choć gości było w nim coraz mniej i rzadziej. Pewnego dnia jednak matka zmarła, a Artur został sam na placu boju. Bez pracy, z marnymi zarobkami z tytułu handlu starociami. Dom podpadał w ruinę i długi, a on staczał się w alkoholizm. Gdy przyznał się znajomym, kolegom i przyjaciołom, że zapadł wyrok eksmisyjny, było za późno, by go z tego wyciągnąć. Został z dnia na dzień wyrzucony z willi, w której spędził całe życie. Na szczęście udało się uzyskać to odszkodowanie za uszczerbek na zdrowiu, jakiego doznał w PRL. Po jakimś czasie dostał też swoje pieniądze za udziały w utraconym domu. Mieszkał więc kątem u kumpla, potem w hotelu robotniczym, wreszcie wynajmował mieszkanie i generalnie jakoś jeszcze funkcjonował, ale… coraz słabiej. Znajomi, skupieni na w miarę normalnej, a przynajmniej regularnej pracy, swoje kontakty towarzyskie ograniczali do przesiadywania na portalach społecznościach. Dla Artura, który nigdy „nie zaprzyjaźnił się z komputerem”, mieli coraz mniej czasu. Zresztą… gdy ktoś nie ma stałego adresu i nie wiadomo gdzie go szukać – trudniej się spotkać. A i Artur, coraz rzadziej trzeźwy, powoli przestawał być partnerem do rozmów, które kiedyś wszyscy uwielbiali z nim prowadzić. I tak nadszedł koniec. Artur zmarł w szpitalu. Dzień wcześniej znajomi, którzy wpadli zobaczyć, czemu nie odbiera komórki, zastali go nieprzytomnego. Wezwali pogotowie. W szpitalu całą noc lekarze próbowali go ratować. Na próżno. Zmarł samotny. Tak samotny, jak ostatnio był i się czuł. Gdy rok wcześniej musiał uśpić ukochaną sukę Mukę, powiedział: „Teraz zostałem już naprawdę sam.”

Wchodząc w wirtualny świat wielu z nas opuszcza ten rzeczywisty. Rzadziej dzwoni do znajomych i jeszcze rzadziej do nich wpada. Dlatego chorujemy w sieci, obwieszczając światu, że boli nas głowa czy ząb. W sieci zamieszczamy zdjęcia USG płodu, czy wyniki badań, wskazujących, że mamy raka. Chorujemy publicznie. Potrzebne nam są lajki, gdy piszemy, że ostatni dzień chemioterapii za nami. Psychologicznie to dobrze nam robi, gdy nawet obce osoby wesprą nas słowami: „będzie dobrze!” czy „trzymaj się!”. Obserwuję zmagania z chorobą nowotworową blogera Azraela, którego poznałam w realnym świecie na Blog Forum w Gdańsku. Też wirtualnie go wspieram, bo wiem, że dla każdego człowieka ważna jest świadomość, że ktoś tam, po drugiej stronie komputera o nim ciepło myśli. Nawet, jeśli robi to przez chwilę. A ja lubię Jacka czyli Azraela i dobrze mu życzę! Media społecznościowe dają nam poczucie bycia w grupie. Czy w niej jesteśmy naprawdę, czy to tylko złudzenie bycia w grupie, to już zupełnie inna sprawa. Wiem, że ci, którzy nie wchodzą do wirtualnego świata, jeśli w realnym życiu nie mają kompletnie nikogo, czują się jeszcze bardziej wyobcowani. Szczególnie dzieje się tak, gdy nie mają pracy, obowiązków, a na dodatek z przyczyn ekonomicznych nie mogą realizować swoich pasji. Gdy wcześniej prowadzili bujne życie towarzyskie – jego powolna utrata sprawia, że nie mogąc żyć jak kiedyś – znikają. Eksio i Artur zniknęli. Paradoksalnie został po nich film, który zrobiłam 13 lat temu dla Telewizji Polskiej, a którego ta stacja pewnie nigdy już nie wyemituje. Film nosił tytuł „Skarby z fajansu” i był o tym, jak ciekawe rzeczy można znaleźć w śmieciach. Zrobiłam go, bo jestem fanką śmietników i sama bardzo niechętnie coś wyrzucam uważając, że może trzeba znaleźć dla danego przedmiotu nowego właściciela? Świat i tak jest wysypiskiem. Jeśli można przestać je powiększać, to staram się tak właśnie postępować. W filmie Artur pokazywał swoje „śmietnikowe skarby”. Eksio mówił o swoich odkryciach – książkach, komiksach, medalach, znaczkach, z których większość… miałam i mam ja. W filmie padało stwierdzenie, że „człowiek całe życie gromadzi różne przedmioty, a potem zabiera to wszystko śmietnik”. Kończył się obrazkiem znalezionego w śmietniku przez Eksia różańca z drzewa sandałowego i stwierdzeniem Artura: „Jedyne, czego jeszcze nie znalazłem, to samolotu.”. Dziś film nabrał innego wymiaru. Pokazuje wszystko to, co odeszło. Najpierw zniknął skup makulatury, do którego zawitałam z kamerą. Potem odeszli Eksio i Artur. O ile rzeczy Eksia nie pochłonął śmietnik, bo to my likwidowaliśmy jego świat, o tyle inaczej rzecz stała się z dobytkiem Artura, którego większość została wyrzucona na skutek eksmisji. Został więc film i towarzysząca mu muzyka, ilustrująca treść. W tym utwór „Urodziłem się w komunizmie”, którego autorem jest Rafał Kwaśniewski, odbywający karę więzienia za narkotyki. Czy jak wyjdzie na wolność będzie samotny czy nie? Paradoksalnie ma większe szanse na przeżycie niż Artur czy Eksio. Rafał wszedł w sieć. Co jakiś czas „objawia się” nam, bo dostaje przepustkę. Pozdrawia wtedy znajomych, którzy życzą mu szybkiego wyjścia na wolność. Ktoś kiedyś powiedział, że wolnym można się czuć i w więzieniu. Ktoś inny, że samotnym można być i w tłumie. Dziś są czasy, które bardziej sprzyjają samotności. Zwłaszcza, gdy wszyscy obok żyją wirtualnie.

PS A jeśli ktoś z czytelników chce obejrzeć mój film „Skarby z fajansu” – proszę o kontakt. Film (13 minut) jest ukryty w sieci. Wrzucony tam dla znajomych. Mogę go pokazać każdemu, kto chce zobaczyć, jak szybko przemija czas…

Najprościej jest nie myśleć

Śpiewał kiedyś zespół „Dezerter”. Piosenka dotyczyła bezmyślnego odbierania telewizyjnej papki. Papka jest dziś jednak wszędzie. Nie tylko w telewizji. Także, a może przede wszystkim, w internecie, gdzie wszyscy piszą, a coraz mniej osób czyta. A jeśli już – to bez zrozumienia. Oj! Dobrze wbiłam sobie do głowy zdanie z jednego listu czytelnika do mnie „zacząłem czytać, co pani napisała, widzę, że wena była, bo tyle tego, ale czytać mi się nie chciało, napiszę jednak, co myślę”… I właśnie tak większość komentuje rzeczywistość nie czytając wnikliwie, o co chodzi. Powielane są więc stereotypy, powtarzane dalej wyrwane z kontekstu zdania z nagłówków, które przecież nie zawsze oddają sens artykułu i tym podobne rzeczy. Kalumnia przeważnie znajduje się na pierwszej stronie. Przeprosiny na ostatniej. W społecznej świadomości pozostaje tylko kalumnia.

Od kilku lat obserwuję jakąś manię grzebania w życiorysach przodków znanych ludzi i wygrzebywania z tych życiorysów samych negatywnych zachowań. Paradoksalnie z tą sama lubością omija się skrzętnie lub wspomina o tym rzadko, że ktoś znany jest np. potomkiem kogoś zacnego. Zauważam, że łatwiej, a co za tym idzie pewnie milej napisać, że to syn „Żydokomucha” (bardzo ostatnio popularne słowo wypowiadane w formie inwektywy) albo „Ubeka” niż np. reformatora, wybitnego ekonomisty, socjologa, historyka itd. Nie chcę pisać o konkretnych osobach, którym prześwietlono rodziców, dziadków itd. Ani o tych, których związki z wielkimi przodkami się pomija. Dotyczy to bowiem ludzi znajdujących się na świeczniku po różnych stronach politycznej barykady, a ja nie chcę być kojarzona z żadną polityczną opcją.

Wspominałam już o tym, że od zawsze się interesuję, (a od niedawna publikuję rzeczy, które tego dotyczą) historią moich przodków. Poznawanie historii własnej rodziny zawsze uczy pokory. Przecież od małego wszyscy chcemy być dziećmi bohaterów, herosów itd. Chcemy pochwalić się w przedszkolu, że dziadek ma medal, że jest żołnierzem, że jest kimś! Nikt nie chce być potomkiem zdrajcy, tchórza czy łajdaka. Dlatego, gdy jakiś wstydliwy przodek istnieje, często przed dziećmi ukrywa się takie fakty. Wprawdzie dzieci i tak potem się dowiadują tego, co chcemy ukryć, ale to potem. I tylko przykrość jest, gdy dowiadują się od obcych i w sposób, który może je zranić.

Każdy człowiek to dwoje rodziców, czworo dziadków, ośmioro pradziadków i tak dalej… Im bardziej w głąb własnej historii wchodzimy, tym więcej postaci do prześwietlenia i tym samym wzrasta ryzyko wygrzebania jakiejś informacji, która nie do końca może nam pasować do wyidealizowanego obrazu przodka.

Mój dziadek inżynier od budowy wodociągów i kanalizacji Ludwik Piekarski używał herbu Rola. W domu zachowała się jego pieczęć do laku, zegarek z herbem, a także plakaty, z których wynika, że wygłaszał odczyty, jako „Ludwik Rola-Piekarski”. Czy miał do tego herbu prawo? Poznawszy historię rodziny jego żony Zofii Konstancji Ruszczykowskiej, a także jego przodków, mam poważne wątpliwości. Być może ze snobizmu i kompleksów, w jakie prawdopodobnie wpędziły go korzenie rodziny żony, pieczętującej się herbem Brochwicz, na co jest dokument, sam sobie ten herb Rola wynalazł w jakimś herbarzu? Na razie nic nie jest przesądzone. Może po prostu czegoś jeszcze nie znalazłam? Wiem, że jego dziadek Paweł Piekarski był uczestnikiem Powstania Listopadowego, bo jest na to dokument. Słowa w nim nie ma o herbie czy szlacheckim tytule. Za to w innych dokumentach jest informacja, że był… kowalem, więc?

Z drugiej strony ojciec i dziadek wspomnianej prababci Zofii z Ruszczykowskich Piekarskiej podpisali… lojalkę wobec cara, bo czym był wpis do Heroldii Królestwa Polskiego po 1831 roku? Kto chciał szlachectwo zachować, musiał się przed zaborcą ukorzyć i jeszcze za dokument zapłacić. Oni to zrobili.
Kto z nich jest więcej wart? Praprapradziadek Paweł Piekarski kowal i Powstaniec Listopadowy czy praprapradziadek Julian Antoni Ruszczykowski biegnący do Cara po potwierdzenie pieczętowania się herbem Brochwicz?

Był też w rodzinie Eligiusz Niewiadomski. Mojej praprababci Stanisławy Anny Sabiny Gorczyckiej rodzona siostra Natalia Gorczycka wyszła za mąż za niejakiego Jana de Tilly i miała z nim dwie córki. Jedna z nich – Marysia – została żoną Eligiusza. 

Maria i Waleria de Tilly
siostrzenice mojej praprababci
Stanisławy Anny Sabiny
z Gorczyckich Ruszczykowskiej

Środowiska endeckie zakrzykną teraz, że to cudowny powinowaty, bo zabił Gabriela Narutowicza. Środowiska o odmiennych poglądach mogą zawołać hańba! Toż to morderca! Bo w tym przypadku ocena jest sprawą poglądów politycznych. Mnie na szczęście zostaje jeszcze spojrzenie absolwentki historii sztuki, która wnikliwie przeczytała w swoim czasie książkę autorstwa powinowatego „Malarstwo polskie XIX i XX w” i stwierdza, że pisał świetnie! Szkoda, że talent zmarnował na takie rzeczy jak politykowanie. To się jak widać zawsze źle kończy.

Dziś rozmawiałam z jednym znanym literatem i gdy powiedziałam, że w każdej rodzinie znajdzie się np. samobójca, wariat lub pijak usłyszałam, że samobójstwo to nic złego. Że to nawet bohaterstwo! Cóż… wszystko zależy od okoliczności samobójstwa. Samobójstwo w więzieniu, gdy jest się poddawanym torturom i człowiek się zabija, by ze strachu przed bólem nie wsypać współtowarzyszy – na pewno jest bohaterstwem. Co jednak z samobójstwem na skutek przedawkowania narkotyków czy alkoholu? Co ze śmiercią z przepicia? A tak zmarł np. wnuk siostry mojej prababci – świetnie zapowiadający się muzyk, który udusił się własnymi rzygami. (Imienia i nazwiska nie wymienię, bo żyje jego córka i może sobie tego nie życzyć.) W kulturze muzułmańskiej, gdzie mamy samobójstwa zamachowców, czy w japońskiej, gdzie byli kamikaze lotnicy śmierci – akt samounicestwienia jest postrzegany jeszcze inaczej. Ale w kulturze chrześcijańskiej uważany jest za grzech ciężki. Zostawmy jednak samobójstwa na boku.

Gdy spojrzymy na historię szerzej, gdy poczytamy wspomnienia różnych ludzi, zwłaszcza pisane sto czy dwieście lat temu, dowiemy się z nich o różnych zachowaniach, które dziś ocenimy zapewne inaczej niż im współcześni. Pisałam kiedyś tutaj o „Pamiętniku podlaskiego szlachcica” Juliana Borzyma. Niesamowity opis obyczajów i zachowań ludzi z drugiej połowy XIX wieku. Wiele rzeczy w tym pamiętniku mną wstrząsnęło. Zwłaszcza… opis tego, co robili ludzie, gdy umierał ktoś z rodziny. Było to opisywane tak, jakby było to coś zupełnie normalnego… Otóż bywało, że zanim zmarły ostygł, wpadali do jego domu krewni i ogołacali meble z kosztowności, ubrań, pościeli, książek i bibelotów. Spieszyli się, by zdążyć przed otwarciem testamentu. A potem wmawiać notariuszowi i reszcie potencjalnych spadkobierców, że tej ruchomości, która w testamencie jest wymieniona, już zmarły nie posiadał.
Ostatnio przed spotkaniem opłatkowym w Stowarzyszeniu Pisarzy Polskich rozmawiałam z jedną z literatek o starości. Powiedziała mi, że zażyczyła sobie na gwiazdkę na DVD serial „Królowa Bona” i jest świeżo po obejrzeniu całości. Ostatni odcinek, gdy stara, schorowana Bona w Bari zostaje otruta, umiera, a służący ściągają z niej biżuterię, a nawet kołdrę wstrząsnął nią. Pamiętam i ja ten odcinek i całą sprawę królowej Bony. Oj zmieniła nam się obyczajowość. Jakże zmieniło się też nasze spojrzenie na Bonę, której nienawidzili współcześni jej możnowładcy i mówili o niej tak straszne rzeczy, że na starość uciekła z Polski do swojego Bari. Dopiero dziś my i współcześni nam historycy doceniają, jaką była królową i ile zrobiła dla Polski. Ale też jakże dziś inaczej podchodzimy do śmierci? Dziś, o czym już kiedyś tu pisałam, brzydzimy się trupa. Ponadto dwie wojny światowej i masowe odzieranie trupów z kosztowności przez Niemców w Gettach sprawiło, że brzydzimy się takim zachowaniem. Ale skąd możemy wiedzieć, czy nasi przodkowie 150 lat temu nie zdzierali pierścionków umierającym swoim babkom? W czym to zachowanie jest lepsze od donoszenia na sąsiada? We wspomnianym przeze mnie „Pamiętniku podlaskiego szlachcica” sporo zresztą jest o donosach i denuncjacjach po Powstaniu Styczniowym. Kto donosił na polskich patriotów? Nie napiszę – jak zwykle odsyłam do książki. Informacja może być bowiem szokiem.

A propos patriotyzmu. Moja cioteczna babka Stefania Ruszczykowska-Krosnowska (powstańczy pseudonim „Stefa”) – wielka patriotka, a także bohaterka, żołnierz Armii Krajowej o pięknej historycznej karcie, harcerka, sanitariuszka i łączniczka w powstańczym szpitalu na Długiej, więzień Fordonu, a z przekonań zagorzała endeczka. Gdy siedziała w więzieniu, żeby ją złamać UB zabiło jej matkę. Niby zwykły wypadek samochodowy. Oto na mało ruchliwej ulicy staruszkę rozjeżdża samochód. Sprawców nigdy nie ujęto. U mnie w sekretarzyku leży mała różowa karteczka – decyzja o umorzeniu śledztwa, a także rozbite okulary, które wtedy spadły jej z twarzy. Jej córka, a moja wspomniana już stryjeczno-cioteczna babka, do której mówiłam „ciociu” i którą naprawdę bardzo kochałam, była osobą niezwykle barwną i nie jednowymiarową. W czasie pielgrzymek papieskich przychodziła do nas na transmisje mszy i klęczała przed telewizorem. Na dźwięk nazwiska Piłsudski wybuchała pełnym pogardy śmiechem, w którym mieszała się złość z obrzydzeniem. Na cześć swojego wuja Eligiusza Niewiadomskiego wzięła sobie od bierzmowania imię Eligia. Zawsze mnie to trochę bawiło, bo jednak zabójstwo jest sprzeczne z Dekalogiem, a więc osoba, która dokonała takiego czynu niekoniecznie powinna być brana, jako chrześcijański patron, nawet, jeśli przy bierzmowaniu mówi, że chodzi o św. Eligię. Ciotka jednak zawsze była troszkę „dziwaczką”. Jej mama, (ta zabita przez samochód) która wyszła za rodzonego brata mojej prababci Stanisława Ruszczykowskiego, była z domu Skrzynecka. Podobno „z tych Skrzyneckich”, czyli od generała Jana Zygmunta Skrzyneckiego, który brał udział i w Wojnach Napoleońskich i był jednym z dowódców w Powstaniu Listopadowym. Ciotka podkreślała to z dumą. Czy rzeczywiście była z nim spokrewniona? Na razie nie wiem, choć mam nadzieję, że pewnego dnia to zbadam. Wiem natomiast, że w latach 60-tych ukazała się książka Jerzego Łojka „Szanse powstania listopadowego”, w której o generale Skrzyneckim Łojek napisał, że „Był po prostu dowódczym antytalentem. Brakowało mu elementarnego wojskowego wykształcenia, inteligencji, orientacji, samokrytycyzmu, odwagi podejmowania decyzji, zaufania do współpracowników. Pożerała go natomiast ambicja, roznosił snobizm. (…) Niedostatki socjalnego pochodzenia starał się gorliwie nadrobić krańcowym, zgoła maniackim obskurantyzmem i wstecznictwem.” Gdy moja Mama z Tatą w jakiejś dyskusji zacytowali podobne fragmenty, Ciotka, która jako księgarz z zawodu i prawdziwy bibliofil znała książkę Łojka, zgrzytnęła zębami i niemal wpadła w szał! Tłumaczyła „przodka”, że z placu boju nie uciekał, że to wszystko nerwy – zupełnie jakby była przy tym, a przecież… urodziła się 80 lat po Powstaniu Listopadowym. Jakże trudne było dla niej przyjęcie do wiadomości, że z badan historyków wynika, że generał noszący takie samo nazwisko, jak jej matka, nie zachował się tak, jakby sobie tego życzyła.

Obserwując dzisiejsze grzebanie w życiorysach przodków różnych znanych ludzi, mam takie nieodparte wrażenie, że najczęściej robią to ci, którzy swoich przodków w ogóle nie znają. (Gdy od jednego z kolegów, lubujących się w wytykaniu nieprawych antenatów, żartobliwe zażądałam podania nazwisk prababek zgodnie z dewizą Wańkowicza „nie podam swojej ręki nikomu, kto nie zna nazwiska prababki z domu” przyznał ze skruchą, że nie zna żadnego, a o jednej wie tylko, że była prawdopodobnie Włoszką.) Cóż, często nieznajomość przodków może wynikać z tego, że nie ma po nich śladu w annałach, bo… na światło dzienne wypłynęli dopiero dziadkowie, jako pierwsi, którzy nauczyli się czytać i pisać. Nic w tym zresztą złego. Każdego historia gdzieś się musi zacząć. Nigdzie nie jest powiedziane, że lepszych ludzi zaczęła się dawniej. Paradoksalnie jednak jakoś ci, z krótką historią często najwyraźniej myślą, że ta ich niewiedza dotycząca przeszłości własnych genów pozwala im na bardzo swobodne piętnowanie przeszłości genów innych osób i ich przodków. I robią to bez cienia jakiejkolwiek refleksji. Przykre.

Jest też oczywiście sprawa statusu przodka. Pamiętam, jak kiedyś pewien znajomy z dumą podkreślał, że jego ojcu nikt nie kazał zapisywać się do partii, by dostać lepszą pracę czy stanowisko. Kim był ojciec? Hydraulikiem! Cóż… to bardzo potrzebny zawód. Gdyby nie hydraulicy wielokrotnie tonęłabym w gównach. A i wspomniany pradziadek Ludwik inżynier od budowy wodociągów i kanalizacji oraz jego syn, a mój dziadek Bronisław również inżynier wodociągowiec „zęby na gównach zżarli”. Tak więc chwała hydraulikom! Jednak faktem jest, że wyborów czy podpisać, czy nie podpisać jakiś dokument, nie musieli dokonywać urodzeni pod koniec lat 40-tych czy w latach 50-tych zwykli robotnicy, którzy w ciszy i spokoju chcieli przeżyć od pierwszego do pierwszego. Rzecz dotyczyła trochę innych środowisk i trochę innych robotników.

Nie mamy kompletnie wpływu na to, kim byli nasi antenaci. Mamy jedynie wpływ na to, kim my będziemy bądź jesteśmy i jakiś na to, kim będą nasze dzieci, ale też tego ostatniego wpływu nie przeceniajmy. O wielu rzeczach decyduje przecież nie tylko wychowanie, ale i środowisko, w jakim przychodzi człowiekowi wyrastać.

Dezerter śpiewał, że „najprościej jest nie myśleć”, a ja myślę, choć to takie trudne, że z wydarzeń ostatnich lat wynika, że najprościej byłoby nic nie robić. Tylko wtedy nasi nieżyjący już przodkowie, których nie możemy spytać o przyczyny takich czy innych zachowań, mogą mieć święty spokój. Niestety trzeba jeszcze gdzieś mieszkać i coś jeść, a bez pracy nie ma kołaczy. Nawet najlichszych. Na dodatek samobójstwo jest grzechem, a pogrzeb kosztuje. Kim być? Jak żyć? I z czego?

„Samą Polską gęby nie nasycisz! A siać i orać trzeba!” powiedział stary Czereśniak do kwaterującego u niego żołnierza Ludowego Wojska Polskiego, gdy tłumaczył się, czemu zdrowego syna trzyma w domu, a nie śle na front. Oj bardzo to jest niepoprawny politycznie film ci „Czterej pancerni i pies”. Bardzo! Takie herezje w nim wygłaszano! Normalnie dno!

Prawdziwi święci

Kiedy ostatnio pisałam o synu chrzestnym moich rodziców odezwał się do mnie pewien proszący o zachowanie anonimowości ksiądz, który trochę innymi słowami niż moja mama i trochę obszerniej wyjaśnił, że „różnych Bozia ma lokatorów”. Napisał też coś jeszcze. „Otóż wszyscy ludzie, a tym bardziej księża, dzielą się na wie bardzo wielkie grupy: na świętych z prawdziwego zdarzenia (moim zdaniem wśród ludzi świeckich takich ludzi jest mniej więcej tyle samo, co pośród księży, zakonników i sióstr zakonnych) i na grzeszników także z prawdziwego zdarzenia, a takich też jest sporo zarówno wśród świeckich, jak wśród duchownych.”

W swoim życiu poznałam dwie święte osoby. Obie były osobami duchownymi. O jednej, czyli księdzu Romanie Indrzejczyku, w swoim czasie tu pisałam. Druga święta osoba, którą poznałam, to stryjeczna siostra mojego dziadka Bronisława Piekarskiego – Zofia Brudzińska Franciszkanka Służebnica Krzyża (jej mama Maria była rodzoną siostrą mojego pradziadka Ludwika Piekarskiego). Pierwszy raz zobaczyłam ją w 1979 roku. Tata zabrał mnie do niej w odwiedziny, bo przyjechała z Lasek do kościoła św. Marcina. Pamiętam, jak dotykała dłońmi mojej twarzy, a ja pokazywałam jej mój medal z Janem Pawłem II-gim wybity z okazji pierwszej pielgrzymki papieża do Polski. Moja stryjeczna babka była niewidomą zakonnicą. Straciła wzrok w latach 20-tych na skutek tyfusu powrotnego. Miała 23 lata, gdy rosyjski lekarz w Kijowie powiedział jej: „Moje dziecko, ty musisz się trzymać blisko pana Boga, bo nie będziesz widziała, siatkówka zrujnowana, a to co zostało, w naszych warunkach życia, długo służyć nie będzie.”. Już wtedy nie miała widzenia bocznego. Resztki wzroku straciła w więzieniach śledczych, do których została wtrącona za pracę nauczycielską na kresach wschodnich. Którejś nocy kazano mi iść na śledztwo do dalszego gmachu więziennego, nie widziałam nawet drogi. Zboczyłam i tłumaczyłam żołnierzowi, ze źle widzę, ale on myślał, że chcę uciekać. Walił karabinem i krzyczał: „Nie udawaj – idź, bo cię zastrzelę”. Szłam, pewno znowu zbłądziłam, bo usłyszałam drugiego żołnierza: „Stój, bo będę strzelał”. W tych podwójnych ciemnościach, nocy i wzroku, doszłam na okrutne, przerażające śledztwo. Takie nocne wędrówki na śledztwo powtarzały się szereg razy, stawały się one jednak coraz bardziej męczące, bo widziałam coraz słabiej. W macierzyńskie ręce Matki Bożej oddałam moją ślepotę, a Matka Boża doprowadziła mnie do Lasek. – Napisała w spisanych po latach wspomnieniach, których fragmenty udało się tacie opublikować w pierwszym numerze pisma „Niepodległość i pamięć”, jeszcze w 1994 roku. Było to już po śmierci Siostry, która w zakonie Franciszkanek Służebnic Krzyża, założonym przez matkę Elżbietę Czacką przybrała imię Jana. Zostało mi po niej sporo dobrych wspomnień, rozmów o szkole, nauce, a także maszynopis pamiętnika, oraz kilka świętych obrazków. Jeden niestety kiedyś ukradziono mi wraz z portfelem. Całość pamiętnika ukazała się drukiem już po śmierci mojego Ojca. Dowiedziałam się o tym przypadkiem dopiero kilka miesięcy temu i bezskutecznie poszukuję tej książki.

Siostra Jana nigdy nikogo nie piętnowała. Pamiętam, jakie wrażenie na mnie zrobiła opisana przez nią historia opieki nad umierającą na gruźlice Rosjanką, od której odwrócił się nawet mąż. Opisała to, bo był to wstęp do historii, jak wszyscy Polacy na kresach mieli wtedy wyrok śmierci. Nie chodziło jej o opisanie swojego bohaterstwa czy miłosierdzia. W swoich wspomnieniach nie zawarła szczegółów dotyczących przesłuchań i tortur, jakim została poddawana w latach 30-tych. Nie opowiedziała też nawet słowa o swojej działalności na Ukrainie w latach 70-tych i 80-tych, a wiadomo, że tworzyła tam ukryte domy zakonne i narażając się przemycała Pismo Święte, różańce i medaliki. Złożyła jednak obietnicę Prymasowi Stefanowi Wyszyńskiemu, że będzie milczała. Jak wyglądał ten przemyt? Tajemnicę zebrała ze sobą do grobu.

Siostra Jana, mimo utraty wzroku, w czasie Powstania Warszawskiego opatrywała rannych żołnierzy z Grupy Kampinos, którzy zawitali do prowadzonego przez siostry zakonne szpitala w Laskach. Jak radziła sobie niewidoma zakonnica? Ba! Od czego serce, wrodzona inteligencja i dobroć? Miała otwarte ramiona dla wszystkich.

Świętych jest wokół nas sporo, choć czasem trudno ich dostrzec. Zwłaszcza dziś, gdy liczą się głownie pieniądze i stan posiadania. Szukając tych opublikowanych w formie książki wspomnień mojej stryjecznej babki natrafiłam w sieci na opinię o książce: „tę książkę warto przeczytać choćby po to żeby zapoznać się co skłania kobiety by zostać zakonnicami, czy jest to zawsze powołanie?”. No właśnie…. czy w przypadku Zofii, która przybrała imię Jana było to powołanie, czy nie? W 1903 roku czteroletnia Zofia Brudzińska zginęła. „Po wielu poszukiwaniach znaleźli mnie w jednym z olbrzymich kościołów Warszawy na najwyższym stopniu przed tabernakulum. Wiedziałam, że tu mieszka Bóg. Odtąd co dzień chodziłam tam z Ciotunią.” – Napisała we wspomnieniach. Miała naście lat, gdy zapragnęła nieba. I szczerze wierzę, że tam jest!

„Różnych Bozia ma lokatorów”, że znów zacytuję moją mamę. Myślę jednak, że spotkanie na swojej drodze prawdziwego Świętego czyni nas szczęśliwszymi. I nie jest ważne czy jesteśmy wierzący. Świętość po prostu się czuje. Ona i onieśmiela i zachwyca. Siostra Jana mnie zachwycała i onieśmielała. Ksiądz Roman, o którym w swoim czasie pisałam – też.

PS. Jeśli ktokolwiek z czytelników ma w swoich zbiorach książkę Siostry Jany – Zaślubiona wschodowi. Wspomnienia i nie jest mu ona do szczęścia potrzebna – chętnie odkupię, bo od wielu miesięcy bezskutecznie próbuję ją zdobyć.

ISBN: 978-83-7424-510-4
Autor: Siostra Jana Zofia Brudzińska FSK
Wydawca: Święty Paweł
Tytuł: Zaślubiona Wschodowi. Wspomnienia
Ilość stron: 136
Oprawa: oprawa broszurowa
Format: 12.5×19.5 cm
EAN: 9788374245104
Rok wydania: 2008

Przyszła pora, by spytać

Nigdy o tym nie pisałam, ale chyba przyszła pora. Chyba to jest ten moment. Oto w Internecie przez przypadek trafiłam na książki pewnego księdza. Napisano o nim, że to „znany i ceniony przewodnik życia duchowego”. Staram się nie oceniać postępowania ludzkiego, ale… chciałabym wiedzieć, jak to w jego umyśle jest możliwe. Jak on to łączy? Otóż ten ksiądz jest synem chrzestnym moich rodziców. To trzymając jego do chrztu się poznali. Był 2 sierpnia 1953 roku. Mama powiedziała zresztą do jego rodziców:
- Ale mi wybraliście wypierdka na chrzestnego!
Jego rodzice odpowiedzieli podobno:
- Halina, daj spokój to uroczy człowiek.
Potem okazało się, że mój ojciec świetnie tańczył i pięknie śpiewał barytonem w chórze Harfa… Moi rodzice nie pobrali się jednak od razu. Najpierw Ojciec ożenił się z Marysią. Mama była na ich ślubie. Tylko na wesele nie poszła, bo… opiekowała się wspólnym chrześniakiem – przyszłym księdzem. Małżeństwo Taty z Marysią okazało się niewypałem. Dość szybko wyszło na jaw, że Marysia boi się mieć dzieci. Był to koniec lat 50-tych. Marysia miała tylko jedną nerkę, bo drugą straciła na skutek jakichś eksperymentów, które na niej robili Niemcy w czasie wojny. W każdym razie z jedną nerką bała się ciąży, jak ognia, a Ojciec marzył o córeczce. Wiem, że wyprowadził się od niej dość szybko. Rozwiedli się jednak dopiero po 6 latach. Tata mówił mi kiedyś, że nie chciał kościelnie unieważniać małżeństwa, bo to jest jednak pewnego rodzaju pranie brudów i grzebanie w intymnych sprawach. A on chciał być gentlemanem. Był. Nigdy nie powiedział na byłą żonę jednego złego słowa. Pamiętam prześmieszną historię, gdy pojechał na zlot z okazji jubileuszu KUL i najpierw wszyscy z jego roku zjechali do Niedzicy. W Niedzicy w zamku tłum, a on przedstawia się każdemu i całując kobiety w rękę mówi:
- Piekarski, Piekarski….
- Maciej! Ty się przed chwilą żonie przedstawiłeś! – Powiedziała koleżanka z roku.
- Co ty bredzisz Kaśka – obruszył się Ojciec. – Przecież Halina została w Warszawie.
- Ale pierwszej żonie.
Ojciec wrócił do pomieszczenia, z którego dopiero co wyszedł, przyjrzał się kobiecie i… rzeczywiście! Staruszka, którą ucałował w rękę i której się machinalnie przedstawił okazała się być tą byłą żoną. Podszedł do niej i przeprosił. Gdy wrócił do domu i nam to opowiedział, o mało z Mamą nie umarłyśmy ze śmiechu. Ojciec postanowił więc to jeszcze bardziej naprawić. Napisał do Marysi list (kopia jest gdzieś w domu), który odczytał nam pytając, czy tak może być. Zapamiętałam z niego jedno zdanie: „Proszę byś wybaczyła, że Cię nie poznałem, ale lata lecą i wzrok już nie ten.” Było to niezwykle eleganckie z Ojca strony, bo przyczyną nie był wzrok, który miał dobry jak sokół, ale fatalny stan zdrowia Marysi, która z tego powodu bardzo się zmieniła i okropnie postarzała. Nigdy jej nie poznałam osobiście. Raz widziałam, gdy siedziała po drugiej stronie baru w knajpie, w której byłam ze stryjem. Ale głupio nam było podchodzić. Jednak po śmierci Ojca Marysia sama zadzwoniła do mnie z kondolencjami. Dość długo wtedy rozmawialiśmy. Powiedziała o Ojcu, że to był bardzo dobry i porządny człowiek.

Z powodu małżeństwa ojca z Marysią moi rodzice mieli tylko ślub cywilny. Mama wstydziła się zresztą tego, że idzie za rozwodnika. Na ten więc cywilny „ślub” nie zaprosiła nikogo z rodziny. Był rok 1962. Szesnaście lat później ich syn chrzestny został księdzem. Gdy dwa lata wcześniej przystępowałam do komunii świętej jeszcze na niej był. Jako młody kleryk czytał nawet fragment z Pisma Świętego. Dostałam od niego „Nowy Testament” z wpisem, który kończył się słowami: „Twój starszy brat…”. (Dwa dni temu wpadł mi w ręce, bo czytaliśmy w Wigilię fr. ewangelii Św. Łukasza.) Wtedy podczas swojej pierwszej komunii widziałam go po raz ostatni. Jego rodzice zerwali kontakt z moimi, jako tymi, którzy żyją w grzechu. Kontakty zerwał z nami również ich chrzestny syn. Mama, gdy umierała w szpitalu płakała, że ma syna chrzestnego księdza, a on nawet jej nie odwiedzi. Ojciec, jak to Ojciec, taktownie milczał. Gdy sam umierał – tylko westchnął na wspomnienie.

Kiedy przed kilkoma laty robiłam reportaż „Po kolędzie” trafiłam do jednej z warszawskich parafii, której proboszcz, jako jedyny, zgodził się, bym taki reportaż nakręciła. Chodziłam więc po kolędzie z nim i jeszcze jednym księdzem. Mocno wierzę, że Bóg (lub jak kto woli, jakaś inna siła) każe czasami mówić takie rzeczy, jakie wtedy powiedziałam. Bo zupełnie bez powodu opowiedziałam księdzu, któremu towarzyszyłam w chodzeniu po kolędzie, tę historię. Opowiedziałam, jak rodzice poznali się trzymając księdza do chrztu i jak się potem od nich odwrócił. Nie podałam nazwiska i imienia księdza. Jedyną rzeczą, która mogła go zidentyfikować (jeśli ktoś go osobiście zna) była moja wzmianka o glinianych kogutkach gwizdkach. Zbierał takie. Gdy byłam dzieckiem, wraz z mamą kupowaliśmy je czasem dla niego. Gdy zniknął z naszego życia, dziwnym trafem nie zniknęło moje myślenie o jego kogutkowej kolekcji. Do dziś ilekroć jestem na targowisku ludowym i takie gliniane kogutki gwizdki są, ja zastanawiam się czy „mój starszy brat” ma w swojej kolekcji takiego, którego oglądam. Tylko raz kupiłam jednego z myślą, że może się spotkamy, to będę dla niego miała. Przecież ksiądz nie może być tak nieczuły! Gdy wtedy opowiadałam to wszystko księdzu kolędnikowi zauważyłam, że moja opowieść mocno go poruszyła. Gdy skończyłam spytał o nazwisko „mojego starszego brata”. Zawahałam się, ale ostatecznie rozmowa jest tylko między nami dwojgiem. Powiedziałam więc. Gdy je usłyszał – pokiwał smętnie głową.
- Tak myślałem – powiedział. – To jest ksiądz z naszej parafii. On też chodzi teraz po kolędzie, ale proboszcz nie chciał, żeby pani z nim chodziła, bo go parafianie niezbyt lubią.
Zaczęłam dopytywać się, czy zorientował się po kogutku glinianym, ale uspokoił mnie, że nie. Po tym zachowaniu.
„Mój Boże” – pomyślałam wtedy. – „Może Ty i jesteś wielki, ale świat, który stworzyłeś jest jednak bardzo mały.” Zaczęłam się też zastanawiać, czy nie odwiedzić „mojego starszego brata” i nie dać mu tego kogutka. Nie zdążyłam jednak podjąć decyzji, kiedy przyśnił mi się rodzinny obiad. W tym śnie przyszłam do rodziców, a moja mama cieszyła się jak dziecko. Witała mnie w drzwiach mówiąc:
- Małgosiu, ty wiesz co się stało? Jestem taka szczęśliwa. K. z A. przyszli! Tyle lat na to czekałam!
Weszłam do pokoju, a tam za stołem siedzieli przyjaciele rodziców. CI, których dziecko rodzice trzymali do chrztu. Wyglądali tak, jak wtedy, gdy widziałam ich po raz ostatni, kiedy szłam do pierwszej komunii.
Uznałam, że ten sen coś znaczy. Z jakiegoś starego notesu wygrzebałam do nich telefon i zadzwoniłam. Przedstawiłam się. Nie wiem czego się spodziewałam, ale reakcja mnie zaskoczyła. Nie poruszyło ich nie tylko to, że dzwonię, ale i to, że mi się przyśnili i to w taki sposób. A przecież moi rodzice nie żyją. Nie ruszyło ich to, że robiłam reportaż o chodzeniu po kolędzie w parafii ich syna. Przemilczałam wprawdzie to, co powiedział ksiądz z tej parafii, że „mój starszy brat” nie jest lubiany przez swoje owieczki. Usłyszałam, że oni chorowali, że wszystko dobrze i…. w słuchawce zapadła bardzo krępująca cisza. Pozdrowiłam więc ich, rozłączyłam się i… ku własnemu zdumieniu rozpłakałam! Gliniany gwizdek kogutek pozostał tam gdzie stał. Stoi zresztą do dziś.
Kilka miesięcy później ów ksiądz-chrześniak-brat odszedł z tej parafii do innej. Świat jest jednak naprawdę bardzo mały. Oto kilka tygodni później moja przyjaciółka, która jest bardzo religijna i chodzi co tydzień do kościoła, zwierzyła mi się, że ma problem.
- Muszę zmienić kościół lub mszę.
- Ojej? A co się stało? – spytałam.
- Takie fajne były msze i godzina nam pasowała, ale zmienili księży i w miejsce tego co miał takie fajne kazania przyszedł straszny nudziarz. No o niczym to jest!
Szybko sprawdziliśmy nudziarza w sieci. To był „mój starszy brat”!
Gdy dziś znalazłam opisy jego książek o duchowości, szukaniu Boga, itd. stwierdziłam, że może to znak, bym o tym napisała? Bo oto po raz kolejny zastanawiam się. Czy to wszystko się ze sobą nie kłóci? Czy ta jego duchowość nie kłóci się z tym, jak potraktował swoich rodziców chrzestnych odwracając się od nich? Wiem, że – jak mówiła moja mama: „różnych Bozia ma lokatorów”, ale o wiele silniej brzmią mi w uszach inne jej słowa, wypowiedziane wtedy w szpitalu, gdy kilka dni później zmarła: „Małgosiu! Mam syna chrzestnego księdza i on mnie nawet nie odwiedzi!” – szlochała. Ostatnio szperałam w rodzinnych fotografiach. Twarz „mojego starszego brata” patrzyła na mnie z kilku z nich. Jak wygląda teraz – wiem ze zdjęcia ze strony parafii, w której jest księdzem. Księdzem piszącym uduchowione książki. Księdzem, który o swoich pasjach mówi, że najbardziej interesuje go eschatologia, a także związek sumienia z duchem świętym. Chciałabym wiedzieć jak to widzi. Co mówi mu sumienie, co duch święty, a co eschatologia, (która m.in. zajmuje się pośmiertnym życiem człowieka, w którym wg. chrześcijan dusza zostanie osądzona) o rodzicach chrzestnych, od których on – ksiądz odwrócił się, jak od trędowatych, tylko dlatego, że nie mieli kościelnego ślubu. Ja po prostu tylko chcę to zrozumieć!

PS Stali czytelnicy wiedzą, że nie jestem osobą zbyt religijną. Wierzę po prostu, że coś jest.

Piętno na całe życie

Są takie momenty, które odciskają się piętnem na całym naszym życiu. Zwłaszcza, gdy mają miejsce w dzieciństwie. Pisałam tu kiedyś o moich dziadkach ze strony Ojca. Otóż Janina i Bronisław Piekarscy – rodzice mojego Taty – wzięli w czasie okupacji hitlerowskiej na wychowanie uratowane z transportu śmierci dziecko Zamojszczyzny. Ojciec opisał to w swoich wspomnieniach z czasów wojny, które już tu na blogu cytowałam. To dziecko, które dziś jest już na emeryturze, to mój Stryj. I nie ma znaczenia, że nie jest to „krew z krwi naszej”, a jedynie łata. To taka łata, która jest do nas bardzo mocno przyszyta. To dzięki Stryjowi w dzieciństwie dotykałam świni (a i mój syn mógł świni dotknąć), właziłam okrakiem na krowę, podbierałam kurom jajka. Gdyby nie Stryj, być może myślałabym, jak podobno dziś myślą amerykańskie dzieci, że mięso rośnie na drzewach, a mleko produkuje się i to od razu w kartonach. To spotkanie z wsią miało dla mnie ogromne znaczenie. Nie brzydzę się mleka prosto od krowy ani końskiego czy krowiego łajna. Umiem ręcznie wiązać snopki.

Na zdjęciu mój Stryj wtedy, gdy adoptowali go moi dziadkowie.

Mimo, że nie żyją ani moi dziadkowie, ani moi rodzice, ze Stryjem mam cały czas kontakt. Odwiedziłam go, gdy byłam w czarnej rozpaczy i czułam się zdradzona, opuszczona i samotna. Wtedy rozmowa z nim – prostym, ale życiowo mądrym człowiekiem – przyniosła ulgę. Był na naszym ślubie z Ulubionym, my byliśmy u niego jadąc w podróż poślubną. I tak dalej. Przedwczoraj Stryj przyjechał do Warszawy na groby. Chciał choć raz spokojnie przed Zaduszkami zapalić znicze u mojej babci i dziadka – swoich przybranych rodziców i u mojego Taty i stryjów – przybranych braci. Zawsze, kiedy przyjeżdża, rozmawiamy o tym, co z tamtego warszawskiego okresu swojego życia pamięta. Stryj urodził się w 1941 roku. Gdy trafił do moich dziadków miał 2,5 roku. Gdy odjeżdżał po wojnie w swoje rodzinne strony, miał niewiele ponad cztery lata. Z traumatycznymi historiami z dzieciństwa jest jednak tak, że jeśli jakieś za sobą mamy – to je pamiętamy. Dzieje się tak nawet wtedy, kiedy przytrafiły się w okresie życia, w którym jeszcze nie umiemy nazywać świata. Stryj wielokrotnie opowiadał mi, że Niemcy potrafią mu się śnić do dziś. Przez 20 lat po zakończeniu wojny potrafił moczyć się w łóżko lub zrywać w nocy zlany potem. Ci Niemcy prześladowali go, jak za życia, kiedy przemocą oderwali dwuipółlatka od matki i więzienną karetką wywieźli, by zamknąć w bydlęcym wagonie wchodzącym w skład transportu śmierci. W sobotę rano zawiozłam jego i Ulubionego na cmentarz na Sadybie. Tam leżą dziadkowie. Ulubiony opowiadał potem, że Stryj bardzo chciał zobaczyć studnię, do której zaglądał, a moja prababcia Karolcia (tytułowa Skręcipitka z monodramu Ulubionego) trzymała go za nogi i prosiła, by uważał. Ulubiony popytał ludzi na cmentarzu i dowiedział się, że jest to jedyna studnia na tej nekropolii. Stryj z pół godziny patrzył na nią, oglądał ze wszystkich stron, przywoływał wspomnienia, by na końcu stwierdzić, że wprawdzie wygląda trochę inaczej, ale już wie, ze to jednak ta. Wcześniej pojechaliśmy pod dom dziadków i na ulicę gdzie mieszkali. Stryj chciał przypomnieć sobie dawny widok. Powiedział, że pamięta gdzie w mansardowym mieszkaniu na trzecim piętrze przy piecu stało jego łóżeczko.

Stryj ma cechy analityka. Dużo zastanawia się, ale… rozumuje po chłopsku, czyli na logikę lub, jak kto woli na zdrowy rozum. Gadaliśmy sporo o ostatnich gorących tematach: pedofilii w kościele, księdzu Lemańskim i polityce. Wnioski miał takie, jak Lech Wałęsa: „Ludzie mówią, że polski kościół zły, a przecież kościół to my. Kościół jest taki, jaki jest naród. My się musimy zmienić. My powinniśmy być lepsi.” Po wizycie na cmentarzu na Sadybie pojechali z Ulubionym na Powązki. Tam do nich na chwile dołączyłam. Poszliśmy do moich rodziców, którzy leżą w jednym grobie z taty babcią (Skręcipitką) i jej mężem Antoleńkiem. Potem pożegnaliśmy się. Ja musiałam wracać do pracy w redakcji. Ulubiony został ze Stryjem, który chciał spokojnie pochodzić po Powązkach. Obejrzał z uwagą katakumby i Aleję Zasłużonych i… zapragnął zobaczyć grób Bieruta. Ot taka chłopska ciekawość. Jak też to wygląda? W dzieciństwie przecież tyle o tym Bierucie było. Gdzież on leży? Problem był w tym, że Bieruta pochowano na tzw. Powązkach Komunalnych, czyli dawnych wojskowych. To cmentarz nie przy kościele, a jakiś kilometr dalej. Jak mi potem Ulubiony opowiadał, poszli tam na piechotę. Stryj zresztą zaprawiony w marszach. W końcu na wsi ludzie głównie chodzą pieszo. Ulubiony mówił, że grobu peerelowskiego wodza szukali dość długo. Poszukiwania ich ubawiły, bo zapytani o to gdzie leży Bierut byli im niechętni. A jedna ponoć całkiem elegancka pani nawet powiedziała:

- A w dupie mam, gdzie te skurwysyny leżą.

I tak myślę sobie, że dla Stryja piętnem na całe życie są Niemcy, a dla wielu ludzi ten Bierut, który z wizyty w Moskwie wrócił w tzw. dębowej jesionce.

Nie prowadzę wojny

Tydzień temu zgłosił się do mnie dziennikarz Newsweeka z prośbą, bym jako Warszawianka z dziada pradziada porozmawiała z nim o byciu Warszawiakiem. Rozmowa miała być w kontekście tego, że jeden polityk twierdzi, że „my Warszawiacy nie damy się słoikom”. Ponieważ powiedział, że dostał mój telefon od mojego przyjaciela Pawła Dunin-Wąsowicza, którego znam od dziecka, więc zgodziłam się. Na pytanie czy rozmowa ma być przez telefon pan powiedział, ze wolałby odwiedzić mnie w domu i obejrzeć jak mieszkam, zobaczyć pamiątki rodzinne itd. I tak w ubiegłym tygodniu poświęciłam panu trzy godziny, a dwa dni później zgodziłam się wziąć udział w sesji fotograficznej. Tekst ukazał się w Newsweeku w poniedziałek w numerze 42/2013. Żałuję, że nie poprosiłam o autoryzowanie swoich wypowiedzi, ale było mi po prostu głupio. Wyszła taka masa przekłamań i niezrozumień, że opadły mi ręce. Niby drobiazgi, ale… dla mnie ważne. I tak….

Po pierwsze: nie śmieję się z tego, że ludzie, którzy mieszkają w Warszawie, a nie są z niej rodem 1 listopada, gdy nie mogą pojechać do siebie na groby idą na Powązki palić znicze znanym ludziom. Stwierdzam jedynie fakt! Tak jak stwierdzam fakt, (czego w gazecie już nie było), że kiedyś pańską skórkę (charakterystyczny cmentarny przysmak warszawski) jadło się wychodząc z cmentarza, a nie wchodząc tam. No i nie było takiego jarmarku jedzenia pod murami nekropolii.

W sprawie „kryterium święconki”… też nie było tak, że wróciłam ze święconką do domu i zażądałam koszyczka. Wyżaliłam się mamie, że dzieci się śmiały, ale to była rozmowa w szkole, bo koleżanki zauważyły, że nie miałam koszyczka i powiedziały o tym w szkole. Ze święconką chodziłam z rodzicami. Przy rodzicach, a zwłaszcza tacie, nie ośmieliłyby się na kpiny. To drobiazg i szczegół, ale jednak!

Mama nie była działaczką Towarzystwa Przyjaciół Ziemi Chełmskiej tylko jego zwykłym członkiem, bo trudno jest być działaczem na odległość.

Nie wychowałam się w okolicach Fortu Czerniakowskiego. Zawiozłam tam fotografa, bo to miejsce ważne dla mojej rodziny. W bloku obok na Sadybie przy Morszyńskiej wychował się mój ojciec, a gdy byłam dzieckiem mieszkała tam babcia i moja prababcia, po której odziedziczyłam drugie imię i saskokępski dom. W forcie było dowództwo batalionu Oaza, do którego należał w Powstaniu Warszawskim mój dziadek. Ojciec o forcie napisał dwie ksiązki, z których jedną opublikował. Drugiej zresztą nikt nie chce – proponowano mi wydanie, jak zapłacę minimum 7 tysięcy złotych. Podobnie z jego książką o broni niemieckiej w Powstaniu Warszawskim, ale to już szczegóły.

W moim domu jest kącik pamiątek. Może to dla kogoś gabinet osobliwości, jak napisał autor tekstu, ale dla mnie to część mojego życia. Ja w tej atmosferze i z tym kącikiem wyrastałam. Są tam różne rzeczy… świadectwo powołania do Gwardii Narodowej w Powstaniu Listopadowym mojego cztery razy pra, fotografie, portrety przodków, a także krzyż z powstańczego grobu mojego stryja i akt zgonu napisany ołówkiem przez dowódcę porucznika Robaka, z którego to aktu wynika, ze Piekarski Antoni Bronisław urzędnik zamieszkały Morszyńska 5 poległ dnia 7 września przy ulicy Zielnej 4. Jest i pagon marynarski i są guziki, ale nie kuzyna, a rodzonego brata mojego dziadka. Łódką przez Wisłę przepływał nie dziadek do babci, a pradziadek do prababci itd. A mój syn ma lat 20, a nie 18… i rzeczywiście śpi na simmlerowskim łóżku swojego trzy razy pra.

W historii mojej warszawskości pan skupił się na wątku Saskokępskim, bo tam go gościłam, a poza tym Saska Kępa taka modna… Był jeszcze wątek ulic Chmielnej, Nowoaleksandryjskiej, czyli dzisiejszej Puławskiej, Podwala, Sadyby, Żoliborza itd. Chyba podałam panu za dużo informacji. Zresztą pewnie niezbyt ważnych dla całości tekstu. I tak z tego, co przeczytałam, chodziło gazecie bardziej o sensację. Stąd wybrany wątek ze święconką… Dobrze, że zmieściło się wypowiedziane przeze mnie wielokrotnie zdanie, że: „Jak ktoś odczuwa dumę tylko z tego, że urodził się tutaj, to obciach. To żadna zasługa. Dumnym można być, jeśli coś zrobiło się w życiu.”

Prawdą jednak jest, że drażni mnie, że często muszę pracować w święta, by przyjezdni pojechali do swoich rodzin. Teraz na wszystkich świętych koleżanka z redakcji – rodowita warszawianka – dostała dyżury trzy dni z rzędu. Przecież wszystkie groby ma w Warszawie. Tylko kiedy ma na nie pójść? Kiedy ma pójść na grób do niedawno zmarłego brata?

Szkoda, że w tekście zabrakło tego, co powtarzam ciągle: „Każdy kiedyś do Warszawy przyjechał!” Szkoda, że zabrakło cytowanego przeze mnie do znudzenia Seneki, który mówił, że : „Ojczyznę kocha się nie dlatego, ze wielka, ale dlatego, że własna.”  Ja też tak twierdzę! I dlatego kocham Warszawę – bo moja! Dobrze natomiast, że mój przyjaciel z dzieciństwa Paweł Dunin-Wąsowicz powiedział to, co mówiłam i ja, by przyjrzeć się, kto używa określenia „słoik”, a przede wszystkim kto walczy na metryki. Ja się tym nigdy nie zajmuję! Zawsze mówię, że wielkie miasta od wieków przyciągały ludzi ze wsi. Tak wygląda cywilizacja, że ludzie migrują! Mówiłam zresztą dziennikarzowi Newsweeka, że nie należę na facebooku do jakichś grup typu: „warszawiak z dziada pradziada”, bo wieje to ksenofobią, której się boję. A poza tym moja mama przyjechała tu z Zamojszczyzny. A i Ulubiony jest zza wschodniej granicy. Nie wartościuję ludzi po tym skąd są, ale kim są i co sobą reprezentują. Dlatego wielkim szacunkiem darzę wszystkich, którzy kochają swoje małe miasteczka czy wioski. Żal mi tych, którzy wstydzą się przyznać skąd przyjechali do stolicy nazywając swoje rodzinne strony „dziurami”. Sama zresztą tych tak zwanych „małych ojczyzn” mam kilka… Z dreszczykiem emocji jeżdżę do Pułtuska – tu na świat przyszli przodkowie mojej prababci Zofii z Ruszczykowskich Piekarskiej – Bellonowie. Od roku wybieram się do Koniecpola gdzie są groby moich dalekich kuzynów – również z tej gałęzi… Podejrzewam, ze jak dojadę popłaczę się ze wzruszenia. Zeszłam kiedyś pół cmentarza w Piotrkowie Trybunalskim, by znaleźć grób praprapradziadka – daremne… może już zlikwidowany? Z sentymentem jeżdżę do Zwierzyńca nad Wieprzem, gdzie w 1927 roku przyszła na świat moja mama, a wcześniej w 1898 jej mama, a moja babcia zaś w 1886 roku dziadek – Julian Stec. Ludzie tworząc jakąś wirtualną i debilną wojnę na metryki zapominają, że metryka człowieka to nie tylko ojciec i matka. To cała masa przodków, to drzewo rozrastające się w setki gałęzi, czy korzeni…. I nie da się by wszyscy przodkowie byli z jednego miasta czy wioski. Tak jest tylko w małych społecznościach, w dalekich krajach afrykańskich lub południowoamerykańskich gdzie w dorzeczu Amazonii żyją indiańskie plemiona stroniące od cywilizacji. W Polsce od lat migrujemy! Mam kilku znajomych, którzy wyjechali z Warszawy i osiedli na wsiach i to nie podwarszawskich, ale daleko na Śląsku lub Podkarpaciu.

No i tylko tyle fajnego z tej całej szopki, że fotograf Adam Kozak zrobił mi naprawdę piękne zdjęcie przy samolocie na Forcie Czerniakowskim. Forcie, który bronił progu domu dzieciństwa mojego ojca.

PS Nie chcę by ktoś pomyślał, że uważam dziennikarza za nierzetelnego czy artykuł za zmanipulowany. Po prostu temat chyba był za obszerny, by zmieścić się tylko na trzech stronach. Coś facet z tylu rozmów musiał wybrać… Wyszło, jak wyszło.

Na co wydać miliony?

Pojechaliśmy wczoraj z Ulubionym do Nowego Dworu Mazowieckiego, a co za tym idzie do Twierdzy Modlińskiej. Ulubiony był tam pierwszy raz w życiu, ja któryś tam. Do Twierdzy mam wielki sentyment. Mój dziadek Bronisław Piekarski był inżynierem budowy wodociągów i kanalizacji i kanalizował zarówno Nowy Dwór, jak i modlińską twierdzę. Ostatnio podczytujemy jego książkę wspomnieniową „Tak zapamiętałem” i tam tata napisał m.in.:

„(…) Odkąd ojciec rozpoczął budowę wodociągów w Nowym Dworze, a potem magistrali wodociągowej dla Centrum Wyszkolenia Saperów w twierdzy modlińskiej, wakacje spędzaliśmy w Nowym Dworze. Zawsze miały one dla nas niezwykły urok — pływanie kajakiem po Narwi, łowienie ryb, włóczenie się po budowie ojca, gdzie zawsze pan, Paszeniuk, cieśla, zrobił nam jakąś zabawkę, łódkę czy szczudła, albo towarzyszenie ojcu w wyjazdach do twierdzy i moc różnych niespodzianek.
(…) Robotnicy, chcąc ojcu zrobić niespodziankę, przygotowali parkiet z platform do szalunku, sprowadzili orkiestrą i zabawa była na sto dwa. Myśmy z Antkiem poczuli się swobodniejsi. Dorośli byli zajęci sobą — tańczyli do późna. Wieczorem, przy ognisku rozpalonym nad Narwią, echo niosło słowa modnej wówczas, ckliwej a jakże niestety proroczej piosenki:  „… za rok, za dzień, za chwilę razem nie będzie nas…”
Każdy dzień tego lata przynosił nam miłe niespodzianki. Gdy ojciec zakończył budowę kanału burzowego z placu Solnego do Narwi, pozwolił mnie i Antkowi przejść tym kanałem. Na prośbę mamy jeden z robotników na budowie, Fredek Kelm, miał nam w tej wyprawie towarzyszyć. Był Niemcem z pochodzenia. Obydwaj z Antkiem bardzo go lubiliśmy, a ja szczególnie, ponieważ bardzo często woził mnie na rowerze, na ramie. Zaopatrzeni w latarki elektryczne, rozpoczęliśmy naszą eskapadę. Pierwszy do kanału zszedł pan Fredek. Szliśmy na czworakach, ponieważ wysokość kanału nie przekraczała sześćdziesięciu centymetrów. W połowie drogi pan Fredek krzyknął: „Chłopcy! Uwaga, przeszkoda!” Wystraszyłem się trochę, zwłaszcza że zgasła mi latarka, ale za chwilę usłyszałem śmiech Antka. Przeszkodą okazała się zielona żabka, która jakimś cudem zawędrowała kilkadziesiąt metrów od brzegu Narwi.
Gdy wyszliśmy z kanału brudni, z poobcieranymi łokciami i kolanami, czekała na nas mama z ręcznikiem i mydłem. Nie była zadowolona z naszej wyprawy, ale udobruchał ją wesoły uśmiech pana Fredka.*)
(…) Piękne to były wakacje i Nowy Dwór był pięknym miasteczkiem: z dwoma kościołami — katolickim i ewangelickim — synagogą, rzeźnią, tartakiem i oczywiście magistratem, z którego czasami wychodził z bębnem policjant, ogłaszając różne zarządzenia burmistrza. Najbardziej ciekawiły mnie sklepiki w piętrowych drewniakach i stragany na rynku.
Dwa czynniki określały charakter miasta: Żydzi i wojsko. Obyczaje Żydów, których obserwowałem w Nowym Dworze, dla mnie zamieszkałego w Warszawie, w dość ekskluzywnej dzielnicy, miały blask egzotyki. W każdą sobotę ruch na ulicy zamierał. Większość sklepów była pozamykana, bo szabas. Za to w pozostałe dni tygodnia, oczywiście poza niedzielą, na ulicach roiło się od ludzi. Żydowskie sklepy kusiły. Można w nich było wszystko kupić. Pejsaci sprzedawcy mieli długie, czarne chałaty i czarne okrągłe jarmułki na głowach, a sprzedawczynie długie kwiaciaste kiecki i ufryzowane peruki. Na Warszawskiej, przed magistratem, sklep z artykułami technicznymi prowadził pan Natan Blatt, zwany Beniusiem. On nosił się normalnie, zaś nieco dalej, po stronie przeciwnej, właściciel sklepu z wędkami i przyborami rybackimi, wysoki, chudy, z długimi czarnymi pejsami, chodził w chałacie aż do samej ziemi i strasznie szwargotał.
Obok budynku Pocztowej Kasy Oszczędności, w którym rodzice wynajmowali tego roku mieszkanie, mieściła się żydowska szkoła. Podczas przerw panował w niej iście żydowski harmider. Niejednokrotnie podpuszczani przez starszych wyrostków toczyliśmy bójki z uczniami tej szkoły.
Gdy utonęła w Narwi córka starego Hanzyna, przed domem zebrał się tłum. Z wnętrza dochodziło zawodzenie płaczek. Lament płaczek towarzyszył też konduktowi pogrzebowemu aż na cmentarz. Po raz pierwszy i ostatni widziałem wówczas prawdziwy żydowski pogrzeb. Wprawdzie rok przedtem uczestniczyłem w pogrzebie Marii Monk, przyjaciółki szkolnej mojej mamy, na cmentarzu żydowskim na Okopowej, ale ponieważ była to rodzina zasymilowana, pogrzeb ten nie różnił się wiele od katolickiego, chociaż prowadził go rabin i towarzyszyły płaczki.
Któregoś dnia wraz z Antkiem poprosiliśmy naszego przyjaciela, pana Antka Kamińskiego, żeby nas zaprowadził do synagogi **). Chcieliśmy zobaczyć, jak „kiwa się Żyd na pokucie”. Jeden z kolegów miał bowiem taką zabawkę: na dwóch łukowatych wklęsłych poręczach oparta swobodnie sylwetka rabina z długą brodą i w długim chałacie, wprowadzona w ruch wahadłowy, przez przeszło minutę „kiwała się na pokucie”. Chcieliśmy to zobaczyć w rzeczywistości. Weszliśmy do synagogi. Z wnętrza, w którym panował półmrok, wiało chłodem. Pośrodku rabin ubrany w czarną haftowaną szatę, w dużej czapie na głowie, bił pokłony w kierunku podium, na którym wisiał duży zapisany papier, oprawny w dwie srebrne korony. Rabin monotonnym gardłowym głosem powtarzał werset modlitwy, podnosząc co chwila rękę do góry. Na przedramieniu miał przywiązane srebrne kanciaste pudełeczko. Onieśmielony nieznanym widokiem zorientowałem się w pewnej chwili, że jestem w czapce na głowie. Zdjąłem ją szybko. Przysunąłem się do brata i chwyciłem go za rękę. W tym momencie rabin usłyszawszy, że ktoś jest w świątyni, odwrócił się ku nam. Na czole miał przywiązane takie samo srebrne pudełko jak na przedramieniu. Popatrzył na nas i wskazując na mnie palcem, zaczął coś bardzo głośno i gniewnie krzyczeć po żydowsku. Ze strachu włosy stanęły mi dęba na głowie. Wybuchnąłem płaczem, przytulając się do brata. W tym momencie pan Antek wcisnął mi czapkę na oczy. Rabin uspokoił się i zaczął mówić coś do pana Antka łamaną polszczyzną. Nie docierała do mnie treść rozmowy. Nie mogłem się uspokoić. Z łomocącym sercem ciągnąłem wszystkich do wyjścia.
Okazało się, że obraziłem Jehowę, wchodząc do świątyni bez nakrycia głowy. Od tej pory omijałem synagogę z daleka. Nie przypuszczałem wówczas, że za kilka miesięcy nie będzie w Nowym Dworze już ani synagogi, ani rabina, ani chederu, ani Żydów.”
(…) W Nowym Dworze wojska było pełno. Codziennie oglądaliśmy rano i w południe kompanie saperów i baloniarzy w stalowych lotniczych mundurach, którzy maszerowali na ćwiczenia. Dwukrotnie tego lata widziałem, jak saperzy niemal błyskawicznie budowali most pontonowy przez Narew koło Okunina. Z pólka wyjechało nad brzeg Narwi kilkanaście ciężarówek z pontonami. Samochody stanęły tyłem do brzegu. Żołnierze momentalnie zrzucili pontony i spuszczali na wodę, łącząc je już na brzegu drewnianymi szerokimi kładkami. Ostatni ponton odepchnęli w górę biegu rzeki i most porwany prądem połączył oba brzegi.
Wielokrotnie też jeździłem z ojcem do twierdzy. Bardzo mnie zawsze ciekawiło sprawdzanie przepustki przez wartownika, który na karabinie miał nasadzony bagnet, a pas obciążony ładownicami. Oddając przepustkę, stawał na baczność i salutował.
Wielką frajdę zrobił nam kiedyś ojciec, oprowadzając nas po kazamatach twierdzy. Właśnie podczas dokonywanych przez niego prac budowlanych odkryto nieznaną dotychczas, zamurowaną kazamatę, w której u sklepienia wisiało mnóstwo zeschniętych nietoperzy. Ojciec pozwolił nawet Antkowi wziąć jednego na lekcję przyrody. Obdarował nas również kilkoma armatnimi pociskami kartaczowymi z wojen napoleońskich, znalezionymi kiedyś podczas robienia wykopów pod wodociągi na ulicy Generała Zajączka w twierdzy.
Lato 1939 roku było bardzo gorące i burzliwe. W rzeczywistości i w przenośni. W rzeczywistości — bo pamiętam dwie olbrzymie burze. Jedna z nich szczególnie utkwiła mi w pamięci. Któregoś dnia będąc na budowie u ojca, dostrzegliśmy zbierające się na niebie potężne czarne chmury. Postanowiliśmy wrócić do domu. Szliśmy dość śpiesznie. Na rogu uliczki prowadzącej na plac Solny, pod płotem na brzegu rynsztoka, gramoliły się dwa maleńkie kociaki, ledwo przejrzałe na ślepka. Chcieliśmy je zabrać, ale mama nam powiedziała, że nie możemy ich odbierać matce, są za małe, a ponadto musimy się śpieszyć, bo burza nadciąga. Na niebie widać już było błyskawice i dały się słyszeć pierwsze grzmoty. Gdy byliśmy na placu Solnym, lunął deszcz. Ruszyliśmy biegiem z powrotem do baraku, w którym się mieściło biuro ojca. Ledwie zdążyliśmy się schronić, gdy w dach załomotało. Spadł grad, którego grudki miały wielkość gołębiego jajka. Wicher był taki, że zdawało nam się, iż zmiecie nasz barak. Gdy wyszliśmy po burzy, grudki lodu można było zbierać garściami, a ulicami, nie tylko rynsztokami, płynął wartki potok deszczówki. Kotków na brzegu rynsztoka pod płotem już nie było, a gdy godzinę później ze znajomym ojca wyjechaliśmy motorem z przyczepą w kierunku Dębinki, po obu stronach szosy leżały poprzewracane przez wichurę olbrzymie kilkusetletnie drzewa. Nasz znajomy dorożkarz, pan Jurkowski, nim zdążył się schronić przed burzą, od grudki gradu zarobił olbrzymiego guza mimo ceratowej dorożkarskiej czapki.
Ta burza, los kotków były jakby zapowiedzią innej burzy, która nadciągała.
Coraz częściej mówiono o Hitlerze, Chamberlainie, o korytarzu. Często padały słowa: ultimatum, wojna.
(…) Wówczas, w sierpniu 1939 roku, na wezwanie burmistrza Nowego Dworu, pana Przedwieckiego, wszyscy mieszkańcy miasta wzięli udział w kopaniu rowów przeciwlotniczych i przeciwczołgowych. Myśmy też z bratem kopali zawzięcie. Pamiętam, jak koło nas z perlistym potem na czole kopał stary Hanzyn. Całe przedpole nad Narwią od strony Okunina pokryły głębokie rowy.|
27 sierpnia, w niedzielę, mieliśmy wrócić do Warszawy. Rano poszliśmy z mamą i jednym z przyjaciół ojca w kierunku stacji. Gdy zbliżaliśmy się do torowiska, z daleka dochodził stukot kół pociągu, przez który przebijały się słowa żołnierskiej piosenki: „…nie noszą lampasów, lecz szary ich strój, nie noszą ni srebra, ni złota…”
Torami w obydwu kierunkach mijały się transporty wojskowe. W otwartych wagonach towarowych stali żołnierze w pełnym rynsztunku i śpiewali. Pokiwaliśmy im rękami. Machali nam w odzew serdecznie. Gdy w pewnym momencie jeden z pociągów przystanął, mama podbiegła do wagonu i wręczyła żołnierzowi bukiet zerwanych przed chwilą polnych kwiatów.
Wieczorem spakowaliśmy walizki i nasz przyjaciel, pan Jurkowski, odwiózł nas na stację do Modlina. Ojciec nazajutrz miał się przenieść do twierdzy.
Na stacji w Modlinie pełno było wojska. Na bocznym torze przykuł moją uwagę pociąg pancerny pomalowany w zielone łaty, z reflektorami przeciwlotniczymi na dachach wagonów. W tłumie padały wyraźnie słowa: „nie damy się”, „wojna”, „mobilizacja”. Wśród czekających na pociąg było wielu młodych ludzi z drewnianymi walizeczkami zamykanymi na kłódki. To rezerwiści wezwani do macierzystych jednostek. Jeszcze na stacji naciągnęliśmy z bratem mamę, żeby nam kupiła fotografie polskich okrętów wojennych: „Wichra”, „Błyskawicy”, „Groma”, „Burzy”, „Gryfa”, „Orła” i „Sępa”.
Uścisnąwszy ojca, wsiedliśmy do pociągu. Gdy wjeżdżaliśmy w tunel mostu, popatrzyłem jeszcze na twierdzę. W dalekim planie rysował się głęboki korytarz z czerwonej cegły z białym obramieniem. To brama Ostrołęcka twierdzy, w którą właśnie wjeżdżały zaprzęgi artyleryjskie.”

Gdy wczoraj zwiedzaliśmy Nowy Dwór próżno było szukać czegokolwiek, co opisał tata w swojej książce. Nie było nie tylko sklepu Pana Beniusia czy Synagogi, ale nie było nawet śladu po Żydach. Rynek stanowiły nowe domy. Jedyny wyjątek budził przerażenie.

Widok tego domu od strony podwórka…

W przeciwieństwie do Nowego Dworu i jego przedwojennych budynków modlińska twierdza stała, jak kiedyś. Tyle, że w coraz gorszym stanie. Chodziliśmy po jej terenie, każde ze swoimi myślami, ale też i z jedną wspólną…, co zrobić, by tak nie niszczała?

Brama „Kolejowa” (przekop) zw. także „gen Szylinga”.

Brama „Kolejowa” (przekop) zw. także „gen Szylinga”.

Brama „Kolejowa” (przekop) zw. także „gen Szylinga”.

Brama „Kolejowa” (przekop) zw. także „gen Szylinga”.

Mury okopu Bramy Ostrołęckiej

Brama Ostrołęcka

Ja na małym tarasiku widokowym na tle jednego z mostów…

Mury obronne

widok na budynki elektrowni…

Wieża wschodnia „biała”

Ruiny spichlerza zbożowego wzniesionego w 1844 roku wg. projektu architekta Jana Jakuba Gaya.

Jeszcze jeden widok na ruiny spichlerza zbożowego wzniesionego w 1844 roku wg. projektu architekta Jana Jakuba Gaya.

Kojec artyleryjski i jego wnętrze

Kojec artyleryjski i jego wnętrze

Kojec artyleryjski i jego wnętrze

Koło bramy Napoleona

Brama Napoleona

Widok na koszary obronne. To najdłuższe koszary w Europie – długość w obwodzie 2250 metrów.

Agencja Mienia Wojskowego wystawiła twierdzę na sprzedaż. Nikt nie chce jej kupić. AMW zaczynała od oferty dwustu dwudziestu milionów złotych. Ostatnia, dziewiąta już oferta sprzedaży twierdzy w przetargu opiewa na 35 milionów. Jak napisały media: „Ostatni raz wojskowa agencja próbowała sprzedać Twierdzę Modlin w lutym. Cena wywoławcza wynosiła wówczas 56 mln zł, przy czym kupujący dostałby 50-procentową bonifikatę ze względu na to, że jest to budynek zabytkowy. To oznacza, że twierdzę mógłby kupić ktoś dysponujący już tylko 28 mln zł. Chętnych nie było. Teraz cenę zabytkowej cytadeli ścięto aż o 40 proc. Razem z 57 hektarami ziemi trafia na sprzedaż z ceną wywoławczą 35 mln zł – po odliczeniu bonifikaty za zabytek oznacza to, że właścicielem fortyfikacji można zostać już za 17,5 mln zł. To cena niższa niż 374-metrowego apartamentu zajmującego ostatnie trzy kondygnacje apartamentowca Złota 44 (został sprzedany za 20 mln zł).”

Wprawdzie nie mam ani jednego miliona, ale ośmielam się stwierdzić, że nie jest to duża suma. Czemu tak sądzę? Nie porównuję z apartamentem przy Złotej, ale… Oto wczoraj wyczytałam następującą informację: „Aktualne informacje przydatne mieszkańcom, turystom, studentom czy przedsiębiorcom znajdą się na nowym portalu e-DolnySlask, który powstanie w 2014 r. W poniedziałek w Urzędzie Marszałkowskim Województwa Dolnośląskiego została podpisana umowa dot. jego utworzenia. Portal e-DolnySlask ma być innowacyjnym połączeniem wiedzy o regionie z portalem internetowym. Na stronie pojawią się aktualne informacje dotyczące wielu dziedzin życia na Dolnym Śląsku. Koszt jego uruchomienia ma przekroczyć 65 mln zł, a kolejne 5 mln będzie kosztowała jego obsługa przez pięć kolejnych lat. Projekt ten jest dofinansowany ze środków unijnych.” I tak myślę sobie, że jeżeli ja za swój portal (piekarska.com.pl zapłaciłam w ratach pięć tysięcy złotych), a portal Dolnego Śląska ma kosztować sześćdziesiąt pięć milionów, czyli dwa razy tyle co cała niemal dwustuletnia twierdza modlińska, (największa twierdza w Europie), to albo świat stoi na głowie, albo Polska na niej stoi, albo Dolny Śląsk zwariował. A może ja? Po prostu dla mnie zabytkowa twierdza jest więcej warta niż portal, nawet jeśli to portal całego województwa.

*) Pan Fredek zaraz po wybuchu wojny podpisał Volkslistę, ale… w domu wisi coś, co go przypomina nawet mnie, to wielki portret marszałka Piłsudskiego, który podarował na urodziny mojemu dziadkowi.

**) Nigdzie nie ma zdjęcia tej synagogi…

PS Ponieważ mam urodziny, więc przekornie…

Trzy razy Zet, czyli zapracowana, zapominalska, zasypiająca


Wczoraj odbył się ostatni przed wakacyjną przerwą spektakl „Listów do Skręcipitki”. Ponieważ z powodu wyrwanego zamka auto jest w naprawie, więc… wszystko trzeba było robić na piechotę lub korzystając ze środków transportu miejskiego. To czasem spowalniało pracę. Wczoraj oprócz spektaklu miałam ślub koleżanki i kolegi z pracy. Nie mam zgody na ujawnienie wizerunku, więc tylko publikuję zdjęcie limuzyny, którą przyjechali pod kościół. Nietuzinkowa, prawda? Dzień wcześniej pędziłam po prezent dla nich (w imieniu redakcji), wcześniej robiłam zrzutkę na ten prezent i tak właściwie, jak sięgnę pamięcią – to ostatni tydzień zleciał mi na pracy nad wczorajszym spektaklem i ślubem, na który wpadłam jak burza, by tak samo szybko z niego wypaść. W każdym razie z tego powodu zapomniałam:

Poinformować ewentualnych zainteresowanych, żeby słuchali w sobotę rano audycji „Sygnały dnia”, w której pani Dorota Świerczyńska rozmawia ze mną o moich domowych archiwach i o tym, co z nimi robię. Na szczęście można tego posłuchać na stronie Polskiego Radia:

Zaprosić do oglądania zrealizowanego przez Jacka Kadaja filmu dokumentalnego „Zdarzyło się naprawdę”, który opowiada o tym jak i na podstawie czego powstały „Listy do Skręcipitki”