Archiwa tagu: WWW

Własna strona, czyli tak źle i tak niedobrze

Pierwszą autorską stronę założyłam jeszcze w 1998 roku. Była na polboxie, na którym miałam swój pierwszy e-mail. Ta strona miała niewielkie możliwości. Ale były tam moje artykuły, wywiady z muzykami itp. Dość szybko na yahoo założyłam drugą, choć dotyczyła innych rzeczy. Poświęcona była w całości rodzinie, bo zawierała anegdoty o przodkach i stanowiła zaczątek mojego dzisiejszego portalu genealogicznego. Ta strona na Yahoo już nie istnieje. Nie pamiętam kiedy, ale wiele lat temu Yahoo odeszło od świadczenia usług hostingowych. Strona zniknęła. Naturalnie więc zniknęły wszystkie anegdoty o przodkach, które wtedy tam zanotowałam. A były tam opowieści o tym, jak moja mama nasiusiała na swoją mamę (a moją babcię) z trzepaka, jak mojemu tacie kot zrobił kupę na klasówki uczniów, jak mama poszła na wagary, jak stryj próbował zjeść wronę, by mieć w mróz na mazurach zagrychę do wódki, i tym podobne historie.

Również wiele lat temu wykupiłam swoją pierwszą domenę. Miała adres psedytor.waw.pl, bo PS-EDYTOR to była nazwa mojej agencji dziennikarskiej. Była tam oferta moich usług, kodeks etyki dziennikarskiej no i rzecz jasna moje artykuły, wywiady czy reportaże. Agencja dziś wprawdzie już nie istnieje, ale domenę zostawiłam. Potem wykupiłam inne. Ponieważ adresy piekarska.pl czy piekarska.com.pl lub piekarska.com były zarezerwowane, więc gdy pojawiły się domeny z rozszerzeniem net od razu zakupiłam tę ze swoim nazwiskiem. Po kilku latach zwolniła się domena z rozszerzeniem com.pl, więc też natychmiast ją kupiłam. I tak w pewnym momencie wszystkie moje dostępne dla mnie domeny (piekarska.net, piekarska.net.pl, piekarska.com.pl, psedytor.waw.pl) zostały spięte w jedną. Była jeszcze sprawa hostingu. Gdzież to ja swojej strony nie trzymałam! Mogłabym o tym też napisać tomy, ale nie to jest najważniejsze, zresztą od lat trzymam to wszystko na home.pl i nie narzekam.

Wiele razy wydawało mi się, że poważny człowiek, tak jak poważna firma powinny mieć własną stronę. Uważałam, że pisarz to osoba poważna, więc jako człowiek litery i słowa, czyli literatury też powinien mieć swoją stronę. Zachodni pisarze mają. Tymczasem w Polsce często spotykam się wśród znajomych (także ludzi kultury) z opinią, że nie jest to potrzebne. Padają przykłady uznanych pisarzy, którzy stron nie posiadają. I przykłady grafomanów, którzy mają strony. W ten sposób idzie za tym wszystkim stwierdzenie, że ten kto ma swoją stronę to grafoman! Prawdziwy pisarz takiego czegoś nie ma, bo tym gardzi. Ewentualnie może mieć, ale niech mu wydawnictwo taką stronę zrobi. W przypadku pisarza związanego z jednym wydawnictwem jest to możliwe, ale gdy mamy do czynienia z autorem piszącym różne książki, a co za tym idzie wydającym w różnych wydawnictwach (a tak jest w moim przypadku) jest z tym poważny kłopot. Przecież żadne wydawnictwo nie jest zainteresowane promowaniem książek innych wydawców. Nie chcę tu podawać nazwisk polskich autorów, którzy strony swoje mają i tych, którzy nie mają, bo nie zgadzam się ze sztucznie postawionym kryterium odróżniającym grafomana od pisarza, którym ma być posiadanie własnej strony lub jej brak. Zresztą każdy pisarz to mój kolega po fachu, a jestem za solidarnością w środowisku. Między innymi również z tego powodu, gdy opisywałam tu potworne zjawisko grafomanii w polskiej literaturze, przemilczałam nazwisko bohaterki. Natomiast chcę zwrócić uwagę na coś bardzo dziwnego. Na zachodzie swoje strony mają niemal wszyscy autorzy, jak np.: Neil Gaiman, Stephen King, Cornelia Funke czy John Grisham. U nas jest jakaś niesamowita pogarda dla internetu. Z jednej strony chcemy, by ludzie czytali. Z drugiej strony, psiocząc na internet, że ogłupia unikamy zamieszczania tam wartościowych treści. Powtarzamy jak mantrę zdanie: „Nie ma cię w internecie to nie istniejesz”. Czasem śmiejąc się z tego czasem ubolewając. A równocześnie gardzimy tymi, którzy istnieją w sieci.

Internet stał się dziś narzędziem komunikacji, ale też źródłem wiedzy. Stoję na stanowisku, że wiedzę o sobie najlepiej przekazywać samemu. Inaczej będą domysły, plotki etc. A tak… na autorskiej stronie pisarz może umieścić wszystko. Informacje o książkach, spotkaniach autorskich, wywiadach i tak dalej. To dobre miejsce. Zwłaszcza w świecie, w którym coraz mniej liczy się to co człowiek ma w głowie, a bardziej to czy jest znany i to nie ważne z czego. Media tak rzadko wpuszczają na swoje łamy literaturę.

Ostatnio jeden mój kolega z dzieciństwa napisał w sieci: „Jestem tak stary, że pamiętam czasy, gdy sława była dodatkiem do talentu.” Dziś sławny pisarz to jednak rzadkość. Liczą się celebryci i to nawet nie aktorzy czy piosenkarze, ale ludzie znani z tego, że są znani, czyli z … niczego. (Choć  na pewno znajdzie się ktoś, kto powie, że wielkie pośladki lub kocia morda to coś!) Wartościowe treści rzadko jednak trafiają do mediów. (Ja mogłam tam ostatnio trafić jedynie za sprawą kupy w ogrodzie!) Własna strona jest więc czasem jedyną możliwością dotarcia do czytelników. I jedyną możliwością promowania własnej książki. Zwłaszcza, gdy nie jest ona biografią celebryty. Tymczasem są tacy, dla których jej brak jest zły i tacy dla których jej posiadanie to także wada. Jednym słowem i tak źle i tak niedobrze. I jak tu dzielić się z czytelnikiem swoją pisaniną?

Historia pewnej strony, czyli naiwna, głupia ja

Od wielu, bardzo wielu lat trzymam swoją stronę internetową na serwerach jednej z wiodących polskich firm hostingowych. Płacę za to prawie 750 złotych rocznie, bo w pakiecie mam nielimitowany transfer danych, ileś baz, serwer FTP i całą masę udogodnień z ogromną przestrzenią włącznie. Ponieważ nie wykorzystuję całego przydzielonego mi miejsca na serwerach, więc przystań na mojej hostingowanej przestrzeni znalazły także strony przyjaciół i znajomych. Wielu z nich sama je zrobiłam, bo opanowałam umiejętność pracy z wordpressem na tyle dobrze, że mogę pomóc tym, którzy się na tym kompletnie nie znają. To, co im zrobiłam teoretycznie kosztuje. Wg informacji wziętych z Internetu ok. 1500 złotych samo przygotowanie strony. Zaś najtańszy hosting rocznie ok. 150 złotych z limitem transferu danych. Jednak nikt z moich przyjaciół nie musiał płacić za hosting, bo ja i tak za to miejsce na serwerze płacę, a pracę przy ich stronach wykonałam za darmo, bo od tego ma się przyjaciół, by sobie pomagać. Oni jedynie raz na rok muszą opłacić sobie swoje domeny, co przeważnie nie przekracza 100 złotych.

Ostatnio zrobiłam kilka stron ludziom, którzy mieli ze mną pracować przy pewnym projekcie artystycznym. Pieniądze z niego mogą być w przyszłości. Najpierw jednak trzeba włożyć w to trochę pracy. Moja propozycja była więc taka: „Ty ze mną popracuj, a ja w zamian za to zrobię ci stronę i dam miejsce na moim serwerze.” Wszyscy na to poszli. Wykupiłam im domeny, stworzyłam strony administrując je i aktualizując. Każdemu podałam dane do strony, by mógł sobie sam tam coś pozmieniać. Ale nikt nie chciał się w to bawić. Praca z jedną osobą nie wypaliła. Strona jednak pozostała, a ja, co jakiś czas, mimo wszystko ją aktualizuję. Praca z drugą osobą wypaliła, więc strona jest stale przeze mnie uzupełniana. Niestety praca z trzecią osobą też nie wypaliła. Jednak w przeciwieństwie do pierwszej osoby, która ze mną nie współpracuje, ta trzecia osoba obraziła się, choć przecież o ile jej praca można powiedzieć „zmarnowała się”, (a i współpraca z nią zmarnowała mój czas), o tyle moja praca dla niej cały czas jest! Było mi głupio, że tak się sprawy potoczyły, ale wszyscy znający temat mówili: „Nic temu komuś nie jesteś winna. Zapłaciłaś mu zrobieniem strony i wykupieniem domeny! Ten ktoś się nie sprawdził i tyle! Twoja praca dla niego pozostała.” Dośc szybko po rozstaniu w jednym z maili ten ktoś zażądał danych do obsługi zrobionej przeze mnie strony. Zdziwiłam się, bo przecież już mu je wcześniej system wysłał, ale może myslał, że ta wiadomośc to spam i wykasował? Dane rzecz jasna dostał ode mnie jeszcze raz i… zmienił hasło dla administratora, bym nie mogła nic uzupełniać na tej „jego stronie” (umieszczonej na moim serwerze, której dane są zarejestrowane na moje nazwisko). Oczywiście dla mnie to nawet dobrze, bo dzięki temu mam mniej roboty. Po tym zachowaniu wnioskuję jednak, że gdyby była odwrotna sytuacja, to ta osoba usunęłaby moją stronę ze swojego serwera jednym kliknięciem. (Ona chyba nie jest świadoma, że i ja w każdej chwili mogę to zrobić.) A jeśli by nawet tego nie zrobiła, to być może wystawiła rachunek za zrobienie strony oraz za hosting.

Pewnie słowem bym się nie zająknęła na ten temat, bo o sprawie niemal zapomniałam, gdyby nie doszły mnie słuchy (zresztą od różnych czytelników tego bloga), jak bardzo gdzieś tam „w wielkim świecie” obrabia mi tyłek. Panicz Syn skwitował to stwierdzeniem: „Mamo, bo ty zawsze chcesz być w porządku w stosunku do wszystkich ludzi. Nawet tych, którzy w stosunku do ciebie nie są w porządku. I teraz sama widzisz. Weź wykasuj mu tę stronę. Będziesz miała spokój i więcej miejsca na serwerze. No i nie będzie ci tak przykro.”

Ale ja jakoś nie umiem tego zrobić. Chyba naprawdę jestem głupia i naiwna, bo ciągle łudzę się, że ten ktoś zrozumie, że za jego pracę, która nie spełniła moich oczekiwań i zmarnowała mój czas, zapłaciłam mu zrobieniem strony internetowej oraz udzieleniem bezpłatnego hostingu na własnej przestrzeni internetowej. Naprawdę nie jestem mu nic winna.