Archiwa tagu: zakupy

Piotrek czeka na Maciuncia #dom #swiezak #pieczarka

Witaj w domu Piotrze Pieczarko!, czyli… wieści z Biedronki

Dziennikarze mają różne skrzywienia zawodowe. Ja staram się przeglądać wszystkie gazety, a także oglądać minimum jeden odcinek każdego programu telewizyjnego. Nawet teraz, gdy właściwie trzeci miesiąc siedzę poza TVP. Niby nadal jestem współpracownikiem, ale nic nie robię. Jednak śledzę co robią znajomi i konkurencja. Również z dziennikarskiej ciekawości biorę udział w badaniach rynku, akcjach promocyjnych itd. Mam chyba wszystkie karty lojalnościowe. Zbieram wszelkie punkty w sklepach. Powód? Nigdy nie wiadomo, czy nie narodzi się z tego temat na reportaż, artykuł czy chociażby felieton. Mam jednak zasadę, że w przeciwieństwie do wielu innych klientów, których obserwuję w czasie zakupów, nie proszę kasjerów o dodatkowe punkty, nalepki etc. Nie proszę też innych, którzy punktów nie zbierają, o zgodę na nabicie ich punktów na moją kartę, gdy spotykamy się przy kasie. Wszystko dlatego, że badam, na ile przeciętny człowiek może skorzystać z oferowanych przez sklepy akcji lojalnościowych. Przyznam, że słabo z tym. Może gdybym miała wielodzietną rodzinę, a co za tym idzie kupowała więcej, to te lojalki byłyby opłacalne. A tak… Na większość rzeczy, które mogę dostać za zrobione zakupy i zebrane z tego tytułu punkty – nie załapuję się. Promocja się kończy, a ja odchodzę z niczym. Wyjątkiem są przedmioty, które trzeba kupić. Niby dzięki programom lojalnościowym taniej, ale jednak trzeba za nie zapłacić. Na te mogłabym załapać się bez problemu, tyle, że zazwyczaj nie korzystam z okazji, bo nie są to przedmioty dla mnie atrakcyjne. Przez ostatnie lata za jakieś znaczki upoważniające do zniżki kupiłam jedynie tasak, bo tego akurat naprawdę potrzebowałam.

Pamiętam jak Eksia mama, czyli moja była ś.p. teściowa zbierała naklejki, za które można było dostać pieski oferowane przez jeden ze sklepów. Mówiła, że jak zbierze kolekcję to będzie dla wnusia, czyli Panicza Syna, choć ten był już gimnazjalistą. Udało jej się zgromadzić znaczki na dwa pieski z kilkunastu, a może nawet kilkudziesięciu (już teraz nie pamiętam) oferowanych przez sklep. Promocja trwała długo, ale teściowa zmarła zanim promocja się skończyła. Jednego pieska włożyliśmy jej do trumny, bo zawsze kochała psy, drugiego Eksio podarował mnie za pochowanie teściowej. Piesek siedzi do dziś w salonie. Po śmierci matki Eksio postanowił zresztą kontynuować zbieranie piesków. Udało mu się zebrać znaczki na jednego i akcja promocyjna się skończyła. Jakiś czas potem Eksio również zmarł. Trzeci piesek pojechał wraz z nim do krematorium. Nie chcieliśmy, by w ostatniej drodze Eksio był sam.

Mam sześć lat i nazywam się Nos. #dom #pies

Po Eksiu została karta Payback. Miałam też taką, ale nigdy nie udawało mi się wymienić zebranych na niej punktów na nic. Dopiero po połączeniu obu kart okazało się, że mogę otrzymać mikser, co prawda najmniejszy z możliwych, ale jednak.

Ostatnio zbierałam punkty w Biedronce, by dostać Świeżaka. Nie był mi do niczego potrzebny, bo Panicz Syn już student, ale… jako dowcip zawsze zabawkę przyjmie. Ponadto zaciekawiło mnie, czy ze Świeżakiem będzie tak jak z pieskiem mamy Eksia? Ile zakupów musi zrobić przeciętna matka, by dostać dla swojego dziecka zabawkę? To zbieranie nalepek w Biedronce okazało się jednym z moich najdziwniejszych dziennikarskich doświadczeń z kartami lojalnościowymi. Najdziwniejszym nie tylko z powodu ilości pieniędzy, które musiałam wydać, by otrzymać pluszaka wartego 40 złotych, a którego bym nigdy dobrowolnie nie kupiła. Także z tego powodu jak skomplikowana była droga owego pluszaka do mojego domu.

Na samym początku akcji wydało mi się to wszystko idiotyczne. Bieda w kraju piszczy, a tu rodzinom, zamiast czegoś praktycznego, oferuje się za zrobienie zakupów pluszaka i to jeszcze niezbyt ładnego. Na dodatek jedna nalepka należy się dopiero po wydaniu na zakupy 40 złotych, ażeby dostać za darmo świeżaka trzeba zebrać 60 nalepek, co oznacza, że by mieć jedną maskotkę trzeba wydać 2 400 zł! I tak aby zebrać wszystkie trzeba zostawić w kasie Biedronki ponad 19 000 zł. Promocja trwa trzy miesiące. Kto jest w stanie w takim czasie wydać w Biedronce tak gigantyczną kwotę? Chyba tylko milioner. Ale czy Biedronka to sklep dla milionerów?

Jedna z przyjaciółek powiedziała mi jednak, że biednym wystarczy jeden świeżak, a w akcji chodzi o to, by w tych ciężkich czasach dziecko uśmiechnęło się. Potaknęłam głową starając się zrozumieć czemu dziecko ma uśmiechać się na widok idiotycznego pluszaka przypominającego na przykład brokuła, ale nic nie wpadło mi do głowy. Propozycja, by przytuliło się do niego też wydała mi się lekko debilna. Jednak czym innym jest misio, czy piesek a czym innym brokuł lub pomidor! Dzieci marzą o własnym zwierzęciu i przytuleniu się do niego. Nie słyszałam jednak, by marzyły o spaniu z marchewką! W co się tym brokułem czy pomidorem bawić? Przyznam, że mam w sobie sporo z dziecka. Do dziś układam w głowie historie, w których występują moje lalki i misie, choć lalek prawie już nie ma, a misie zostały tylko dwa. Trudno mi jednak wymyślić historię, w której do akcji wkracza brokuł. Naprawdę przed wyobraźnią współczesnych dzieci sieć Biedronka postawiła nie lada wyzwanie. Bo w co tu bawić się brokułem czy pieczarką? Chyba tylko w gotowanie. A jak gotować coś, co ma oczy i buźkę? Wyobraziłam sobie co prawdę parę historii, w których do miasta rządzonego przez książęcą parę w postaci lalki Barbie i jej męża Kena wkracza brokuł, ale w roli bandziora, bo już na księcia walczącego o rękę księżniczki się nie nadaje. Która Barbie zechce brokuła? To już Shrek lepszy. Chyba, że księżniczką jest marchewka, ale wtedy do zabawy potrzeba naprawdę dużo Świeżaków i wracamy do problemu owych 19 000 złotych, które trzeba wydać, by zgarnąć cały gang.

Tymczasem ja przez cały czas trwania akcji promocyjnej z trudem uzbierałam znaczki na jednego Świeżaka. Żeby było już zupełnie zabawnie, gdy chciałam go odebrać zostałam poinformowana, że pluszaków już nie ma. Na moje pytanie: „Po co pięć minut wcześniej wydano mi nalepki, które upoważniają do odebrania Świeżaka” usłyszałam od kasjerki, że mogę zapisać się na pluszaka, ale muszę poczekać na kierowniczkę sklepu. To oczywiście jeszcze bardziej mnie zainteresowało. Cóż za wspaniała promocja! Nie dość, że lojalność nagradzana jest czymś niezbyt urodziwym to jeszcze nagrody brak, ale można ją dostać na zapisy! Czysty PRL rodem z filmów Barei. Czy będą komitety kolejkowe w celu odebrania Świeżaka? Oczywiście postanowiłam doprowadzić sprawę do końca. Na kierowniczkę czekałam kwadrans odpisując w komórce na maile. Wreszcie szefowa „mojej” Biedronki przyszła. Kazała mi podać imię, numer telefonu, numer karty klienta, pokazać też kartę z naklejkami i zapisała mnie na jakąś listę, którą musiałam podpisać. Ona zaś złożyła podpis na mojej karcie z naklejkami. Kazała też powiedzieć jakiego Świeżaka chcę. Powiedziałam, że Pieczarkę. Stwierdziłam bowiem, że dam ją Paniczowi Synowi na Mikołajki z adnotacją: „Grzyb od Świętego Mikołaja”. Brzmi to bardziej dwuznacznie niż „Brokuł od Świętego Mikołaja”, a co za tym idzie mieści się w kategoriach naszych idiotycznych rodzinnych żartów. Niestety wiadomość o tym, że grzyb czeka na mnie w sklepie nadeszła już po Mikołajkach, bo dopiero 16 grudnia odczytałam: „Swiezak Pieczarka z Twojego zamowienia czeka na Ciebie od 18.12 do 31.12 w sklepie (…). Pamietaj o karcie z naklejkami.”

18 grudnia miałam zaplanowane zakupy, więc najpierw rano zahaczyłam o Biedronkę. Niestety powiedziano mi, że pora niedobra. Pani kierowniczka przyjmuje towar, więc musze poczekać lub przyjść jeszcze raz. Pojechałam na kolejne zakupy do innego sklepu po prezenty. Wracając znów zajechałam do Biedronki, zwłaszcza, że zapomniałam o papierowych ręcznikach, w Biedronce są na pewno. Znów spotkało mnie to samo. Znów usłyszałam, że kierowniczka przyjmuje towar, więc muszę poczekać lub przyjść później. Tym razem postanowiłam poczekać. Kierowniczka, ta sama, która przed tygodniami podpisywała mi kartę z naklejkami, przyszła po 10 minutach, by powiedzieć mi, że teraz mi Świeżaka nie wyda, bo przyjmuje towar. Albo przyjdę potem albo poczekam. Powiedziałam, że poczekam, ale żeby określiła jak długo to potrwa. Powiedziała, że kwadrans. Spojrzałam na zegarek i dodając 15 minut podałam jej godzinę, o której się jej z powrotem spodziewam. Zdążyłam odpisać na jednego maila, gdyż nie minęło jednak 5 minut, kiedy z miną cierpiętniczki Pani kierowniczka znów stanęła przede mną. Zaprowadziła mnie do umiejscowionego w podziemiach sklepowego magazynu, gdzie na biurku pełnym papierów stał komputer. Nieprzyjemnym głosem zażądała ode mnie karty z naklejkami oraz podania imienia. Niestety w systemie nie odnalazła mnie ani jako Małgorzaty ani Karoliny, co spowodowało, że zaczęła być jeszcze bardziej opryskliwa. Zupełnie jak panie z „WSS Społem” PRL, choć jestem pewna, że kierowniczka z PRL nic nie pamięta. Powiedziałam jej, że nie zmyśliłam sobie niczego i nie przyszłam tu wyłudzić Świeżaka. Pokazałam jej własny podpis widniejący na mojej karcie z naklejkami. Pokazałam jej też SMS na mojej komórce, a na końcu podałam numer telefonu, na który został wysłany i podsunęłam pod nos kartę Biedronki. Po długich poszukiwaniach Świeżak się znalazł. Spytałam na odchodne czy naprawdę miała podejrzenia, że chcę wyłudzić Świeżaka? Coś tam burknęła. Powiedziałam, że Świeżak jest idiotyczny, a ja po prostu jestem dziennikarką i badam takie akcje promocyjno-lojalnościowe. Po tym wyznaniu pani kierowniczka nagle zrobiła się milsza i życzyła mi „Wesołych Świąt”, choć wątpię, by było to szczere.

Napisałam o tym wszystkim, bo myślę sobie, że skoro przeciętna, mała rodzina, nie jest w stanie z punktów lojalnościowych uzbierać czegokolwiek, a jeśli już to jednego Świeżaka, to jaki cel mają te akcje? Odpowiedź nasuwa się sama i jest raczej smutna. One mają w psychologiczny sposób wpłynąć na nas, byśmy kupowali więcej niż nam potrzeba. W przypadku akcji Biedronki wszystko po to, by odebrać tę darmową nagrodę, choćby była ona nie wiem jak głupia. Tylko czy naprawdę jest darmowa? Piotrek Pieczarka nie nadwerężył mojej kieszeni, bo nie starałam się kupować więcej, by go dostać, chociaż, by go odebrać jeździłam do Biedronki częściej niż zazwyczaj. Natomiast to, jak byłam traktowana w Biedronce pokazało mi wiele. A gdybym naprawdę była matką małego dziecka, które marzy o takiej maskotce? Cóż… matki dla swoich dzieci gotowe są na każde poświęcenie i upokorzenie. Zupełnie, jak ja, gdy jako dziennikarka, gotowa jestem wejść w mysią dziurę, by zbadać sprawę. Witaj w domu Piotrze Pieczarko!

Piotrek czeka na Maciuncia #dom #swiezak #pieczarka

I tak na sam koniec. Wiem, że z tym psychologicznym zmuszaniem nas do robienia większych zakupów Ameryki nie odkryłam. Ale nigdy bym nie przypuszczała, że po tandetnego Świeżaka wiedzie aż taka droga przez mękę. Teraz przy okazji zakupów w Biedronce zbieram jakieś nie mniej idiotyczne karty i naklejki i ku rozbawieniu Ulubionego wklejam je do albumu. Co ciekawsze za każdym razem po zakupach dostaję te same karty i naklejki. Czy uda mi się zapełnić cały album i zebrać całą kolekcję kart? O tym będzie w kolejnym, mrożącym krew w żyłach odcinku wieści z Biedronki.

24 godziny to więcej niż tydzień

Kupowanie w sieci jest niezwykle wygodne. Nigdzie nie trzeba chodzić, więc oszczędza się czas. Jest taniej, ale… trzeba wiedzieć czego się chce. Ja przeważnie wiem.

Słucham starych kaset Ojca. Wywiady ze Stryjem i babcią Zosią Tchórz! Wielkie wzruszenie! #kasety #magnetofon #reportaz #wies #zamojszczyzna

Ostatnio robiłam spore zakupy. Zmieniałam laptopa, a co za tym idzie kupowałam do niego torbę, pokrowiec etc. Przy okazji kupowałam jeszcze mysz, bo laptop to MacBook, więc nie każda mysz pasuje. Kupowałam też skaner negatywowy, konwerter kaset magnetofonowych i całą masę jeszcze drobniejszych rzeczy ułatwiających życie osobie piszącej, jak na przykład podkładkę pod mysz, pokrowiec na mysz oraz koperty, papier do drukarki etc. Z zakupami w sieci mam przeważnie dobre doświadczenie. Raz jeden odsyłałam towar i zwracano mi pieniądze, bo zakupiona rzecz była obrzydliwa i absolutnie nie wyglądała tak jak na fotografii. Poza tym nie miałam uwag. Ostatnio jednak zrobiło się znacznie gorzej. Miesiąc temu, gdy urodziny miał mój syn, kupiłam mu dwa prezenty w sieci. O ile jeden z nich przyszedł na czas, o tyle z drugim był poważny kłopot. Prezent był żartem z mojej strony, bo był to powerbank w kształcie facebookowej kupy. Chciałam, by syn na ewentualne pytanie znajomych: „co dostałeś od matki?” odpowiedział „gówno” i była to prawda. Poza tym powerbank jest rzeczą przydatną. Kupując go spytałam sprzedawcę, czy na pewno będzie wysłany w ciągu obiecanych w opisie aukcji 24 godzin, gdyż urodziny syna są za tydzień i chciałabym mieć pewność, że dowcip się uda, czyli prezent przyjdzie na czas. Niestety mimo zapewnień ze strony sprzedawcy, że powerbank dojdzie przed urodzinami, przyszedł dzień po urodzinach. Po prostu 24 godziny trwały tydzień. Byłam wściekła. Wystawiłam jednak pozytywny komentarz, bo w końcu towar doszedł, zgadzał się z opisem itd. Tydzień później powerbank przestał działać.

Najbardziej jednak zirytowała mnie sprawa z twardym dyskiem zewnętrznym. Dwa zapełniłam już danymi, więc potrzebowałam nowy dysk. Zwłaszcza, ze kupowałam nowego laptopa, więc chciałam starego wyczyścić z danych. W sieci wybrałam ofertę, z której wynikało, że do każdego dysku jest pokrowiec (co bardzo mi pasowało, bo czasem biorę dysk do pracy), a wysyłka nastąpi w ciągu 24 godzin. Niestety, również ten przedmiot szedł do mnie z Warszawy do Warszawy długo. Tym razem te 24 godziny trwały ponad 10 dni. Dość szybko bowiem się okazało, że sprzedawca nie ma w magazynie dysków, którymi handluje, choć w ofercie napisał, że wysyłka natychmiast a sprzedaż „do wyczerpania zapasów”. Innymi słowy: zapasy się wyczerpały, ale handlujmy! Czemu nie! Na maile sprzedawca nie odpowiadał. Nie odbierał też żadnego z kilku telefonów. Gdy przyszło, co do czego otrzymałam sam dysk – bez pokrowca. Po przyjęciu przesyłki wystawiłam komentarz neutralny uznając, że to i tak wielka łaska z mojej strony. Spytałam o ten pokrowiec. Sprzedawca nie raczył odpowiedzieć, a faktem, że otrzymał komentarz neutralny w ogóle się nie przejął. Tego brakującego pokrowca nie dosłał do dziś.

Sprzedawcę dysku nazwałam w myślach „chujkiem” i takie imię otrzymał kupiony od niego nowy twardy dysk zewnętrzny, który przejął dane ze starego laptopa. (Drugi starszy mały dysk zewnętrzny ma na imię „Kurdupelek”, a najstarszy i wielki jak smok – z czasów, gdy nie sprzedawano jeszcze małych dysków – nazywa się nieortograficzne „Móżyn”.) Ulubionemu nic o ochrzczeniu dysku nie powiedziałam, więc gdy zasiadł do stacjonarnego komputera przeżył spory szok, ale przyjął moją argumentację dotyczącą imienia z pełnym zrozumieniem.

Myślę sobie teraz, że jednak zrobiłam błąd w tym, że od razu wystawiłam sprzedawcom komentarze. Po co wystawiałam jeden pochlebny, a drugi neutralny? Przecież powinnam była dwa negatywne. Dziś myślę, że fakt, że 24 godziny trwają dla jednych tydzień, a dla drugich dziesięć dni jest naganny. Tylko w kraju, w którym wszyscy są niepunktualni nie piętnujemy tego należycie. I nawet ja tego nie zrobiłam. A fakt, że pierwszy z przedmiotów przestał działać uważam za najwyższy obciach sprzedającego. Choć z drugiej strony… chciałam gówno – jest gówno!

Skaner i psie cycki

Wyczytałam ostatnio w sieci historie o pewnym dziennikarzu, który wytknął pewnemu prawicowemu portalowi reklamę serwisu randkowego z Ukrainkami. Internauci natychmiast zwrócili uwagę, że takie reklamy są dobierane m.in. według stron, które wcześniej odwiedzał internauta. Dziennikarz zapewnił, że takich portali nie odwiedza. To mnie zainteresowało. Jak to jest z tymi reklamami? Gadałam wczoraj przez telefon z infolinią banku, więc oczekując na połączenie z kolejnym doradcą, postanowiłam zajrzeć na ów prawicowy portal, by przekonać się, kto w sporze ma rację. Internauci, czy dziennikarz? Moim oczom ukazała się reklama skanera negatywowego na portalu sklepu Conrad. Gdy odświeżyłam stronę wyskoczyła mi karma dla kotów. Tego się spodziewałam. Zabrakło tylko książek. Bo nie dalej jak miesiąc temu w sklepie internetowym Conrad kupiłam konwerter kaset magnetofonowych oraz poszukiwałam skanera negatywowego, który ostatecznie kupiłam na allegro, bo taniej. Trzy dni temu poszukiwałam karmy dla kotów, którą polecił mi kolega. Codziennie szukam w sieci jakichś książek. Skanuję negatywy! Ale jazda! Witajcie w latach 70! #dom #skaner #negatywy Cóż… Google AdSense dobiera reklamy wg tego, czego szukamy. Zauważyłam to dawno temu, kiedy w internetowych księgarniach sprawdzałam rozpiętość cen moich książek. Potem na każdej stronie wyświetlały mi się reklamy tego, co napisałam wkurzając przy tym niemiłosiernie. Dlatego dziwię się dziennikarzowi, że tego nie wie i brnie w zaparte, że nie ogląda serwisów randkowych. Mógłby przyznać, że raz zajrzał, bo potrzebował do jakiegoś dziennikarskiego materiału i ludzie daliby mu spokój. A tak, facet poszedł w zaparte. Chyba, że… naprawdę tam nie zaglądał. A wtedy powstaje pytanie: Kto korzysta z jego komputera, pod jego nieobecność? Odpowiedź znalazłam w sieci.

PS I taką mam refleksję dzięki skanerowi „reflecta”.

Ekspresowe opóźnienie

Ostatnio musiałam pilnie kupić kilka rzeczy niezbędnych do pracy. Czasu brak, więc… od czego internet. Myślałam, że kupię, zapłacę i w ciągu dwóch dni wszystko otrzymam. Nic bardziej mylnego. Na jedną rzecz, która wg oferty powinna być u mnie w ciągu 48 godzin czekałam 10 dni, bo… wakacje. Dotarła wczoraj. Na drugą, która dotarła przedwczoraj, czekałam dwa tygodnie (z tego samego powodu). Na trzecią do tej pory czekam, bo są Światowe Dni Młodzieży, a wysyłka idzie z Krakowa.

A mogłam pojechać do sklepów i poświęcając pół dnia kupić sobie wszystkie trzy…

Najgłupsze, że te przedmioty miały w ofercie napisane, że wysyłka jest EKSPRESOWA. Ładny ten ekspres.

Postanowiłam pracować w ogródku. Zestaw mebelków kupiony. #dom #ogrod #mebelki #pisanie #ksiazka

Gdybym miała cztery nogi

Mam do skończenia książkę, a za oknem piękna pogoda. Jak to pogodzić? Rok temu jeździłam do Pałacu w Oborach, ale skończyło się. Obory zwrócone dawnym właścicielom. Postanowiłam wrócić do swojego ogródka. Kiedyś namiętnie w nim siedziałam i pisałam, od kilku lat tego nie robię. Nawet nie dlatego, że dawne meble ogrodowe wywiozłam na pewną działkę, z której nie wróciły. Powód jest o wiele bardziej banalny: ciągająca po sądach „swądsiadka”. Jednak teraz, gdy miejsca w Domach Pracy Twórczej brak, a termin oddania książki się zbliża, postanowiłam kupić nowe ogrodowe mebelki, by móc pisać na świeżym powietrzu. Próbowałam na balkonie, ale ciasno, no i nie w cieniu. W końcu to pierwsze, ale i ostatnie piętro. Mebelki oglądaliśmy kilka razy. Miały być lekkie, nie plastikowe i szybkie do zabrania. Padło na zestaw ogrodowy w OBI. Cena atrakcyjna 399 zł. Pojechaliśmy, kupiliśmy. Była dwunasta w południe. Chciałam od razu je skręcić, by po godzince siąść pod drzewkiem z laptopem. Zaczęłam więc skręcać. Najpierw jeden fotel, potem drugi, wreszcie ławkę i… nadeszła pora skręcenia stołu, a tu… brak nóg. Gdzie są nogi? Przewracaliśmy z Ulubionym, (który dokręcał mocniej śrubki) pudło po mebelkach na prawo i lewo, na plecy i na bok, oglądaliśmy tez nawet samochód, choć bez większej nadziei, że są tam nogi, bo pudło przecież było zapakowane. Wreszcie doszliśmy do jedynego, słusznego wniosku. W pudle nóg nie było. Zaczęłam dzwonić do OBI. Najpierw na infolinię. Po 10 minutach wreszcie się dodzwoniłam. Pan kazał dzwonić do konkretnego sklepu i wyjaśniać. By mi ułatwić sprawę podał numer na Dział Ogrodniczy. Niestety. dzwoniłam cztery razy i nikt nie odebrał, choć uparcie wisiałam drucie jak nie przymierzając małpa. Zadzwoniłam wreszcie na numer ogólny. Nikt nie odebrał. System kazał mi coś wybrać, wybrałam Dział Obsługi Klienta, bo przecież jak wybiorę Dział Ogrodniczy to może nikt nie odebrać. Cisza. Znów dzwoniłam kilka razy. Wreszcie dodzwoniłam się. Powiedzieli, że połączą z kierownikiem. Kierownik jednak nie odebrał i system mnie rozłączył. Moich prób dodzwonienia się było jeszcze kilka. Wreszcie wściekła jak osa wsiadłam w samochód. Stojąc w korkach po godzinie dojechałam do marketu, do którego kilka godzin wcześniej dojechałam w kwadrans. Była siedemnasta. Dwa fotele i ławka od trzech godzin stały skręcone i czekały na stół. W sklepie popatrzono trochę jak na wariatkę, bo oto przyjechałam i powiedziałam:

- Kupiłam dziś zestaw mebelków do ogrodu, niestety stół nie ma nóg, czy mogłabym prosić o nogi?

Jednak po chwili miły pan z Działu Ogrodniczego poszedł ze mną do pudeł z zestawami mebelków, by znaleźć dla mnie nóżki. I tu zaczęły się schody. Nóżki były… dopiero w trzecim zestawie. Pan skwitował to stwierdzeniem:

- To się zdarza. Ten, kto pakował po prostu zapomniał zapakować.

Postanowiłam pracować w ogródku. Zestaw mebelków kupiony. #dom #ogrod #mebelki #pisanie #ksiazka

Chciałam dodać, że zapomniał nawet kilka razy, ale machnęłam ręką. I tylko wracając stwierdziłam, że właściwie to powinnam się była spodziewać, że coś takiego mnie spotka. Przecież już kiedyś kupiłam telewizor nieprzestrojony na polski system, telewizor uszkodzony, niedziałająca pralkę, zepsutą klawiaturę, grę bez kodu odblokowującego etc. Natomiast faktem jest, że po powrocie z OBI z nóżkami i skręceniu stołu, już do pisania nie siadłam. Wczoraj byłam poza domem. Dlatego dopiero dziś siedzę w ogródku i piszę. Ale cóż… lepiej późno niż wcale. A gdybym od razu miała te cztery nogi?

Pęd do Casio

Ostatnie dni to istny cyrk, a przecież przygotowujemy monodram. Gdybym chciała opisać wszystkie absurdalne zdarzenia ten wpis miałby kilkadziesiąt stron. Opiszę więc jedno. Otóż dla potrzeb monodramu Ulubiony ćwiczy coś tam na trąbce (wiem co, ale nie zdradzę). Ponieważ chce, by nie była to tak tylko odegrana melodia, a raczej wariacje na temat, więc stwierdził, że chętnie skorzystałby z jakichś klawiszy… Pomoc zaoferowała dziewczyna mojego syna. Gra na pianinie, więc w domu ma instrument. Mieszka niedaleko…. Ale tak brzdąkać komuś nad głową? Z drugiej strony… przecież u nas w domu też są wielkie półprofesjonalne klawisze CASIO. Kiedyś mój syn chodził na naukę gry na pianinie i grał. Niestety kilka lat temu pożyczył zasilacz do klawiszy koledze. Kolega twierdzi, że nic takiego nie miał miejsca. Gdzie leży prawda? Trudno dociec. Efekt jest taki, że klawisze są, ale dźwięku wydobyć się z nich nie da. Postanowiłam dokupić zasilacz. Byliśmy na mieście, gdy poprosiłam syna, by podał nam namiary SMS’em. Z zapisanymi w SMS’ie parametrami pojechałam do pierwszego sklepu. „Były, ale ostatni sprzedałem wczoraj” – odparł pan. Po godzinnym przeszukiwaniu internetu trafiłam na zasilacz w firmie przy ul. Postępu. Mieliśmy strasznie dużo rzeczy do załatwiania. Podcinanie wąsów, mierzenie bonżurki, drobne zakupy na premierę, a przede wszystkim opracowywanie plakatu, zaproszeń, programu teatralnego itd. Jednak do hurtowni dotrzeć nam się udało, choć wpadliśmy dosłownie w ostatniej chwili przed zamknięciem, na dodatek mocno zlani deszczem. Zasilacz kosztował 50 złotych. Ponieważ samochód mamy w warsztacie (znów ktoś mi wjechał w tył. Może w końcu to opiszę, bo też absurdalne), więc poruszaliśmy się transportem publicznym. Podróż trwała, więc na przykład słałam maile z komórki w trakcie jazdy, albo z lapotopa rozłożonego na stoliku w McDonald’s gdzie wpadliśmy na szybką kawę. Na dodatek jeszcze czekało nas jedno spotkanie niedaleko miejsca zamieszkania. Koniec końców w domu byliśmy przed 18-tą. Głodni jak dzicy rzuciliśmy się na spiesznie przygotowane pierogi. Ja podłączyłam zasilacz, a tu… cisza. Co się okazało? Do klawiszy można używać tylko firmowych zasilaczy. Mało tego! Nawet jest to napisane pod spodem, ale chyba mój syn nie przeczytał albo mi nie powtórzył, albo nie dosłyszałam. W każdym razie teraz wiemy już z praktyki, że żaden inny zasilacz poza firmowym nie będzie działał. To nas oczywiście trochę załamało. Była jednak i dobra wiadomość. Równocześnie okazało się bowiem, że klawisze działają na… sześć baterii paluszków AA. Ulubiony zrobił więc to, co miał zrobić. Ja zaś dziś kupiłam zasilacz na e-bay. Wraz z przesyłką z Wielkiej Brytanii będzie mnie kosztował niecałe 60 złotych. Hurtownia obiecała przyjąć od nas zwrot zasilacza. I tylko zmarnowałam czas. Taki miałam pęd do Casio.

Na pocieszenie…

PS Od razu po opublikowaniu tekstu znalazłam w nim kilka błędów. Poprawiłam je, a teraz (po kilku godzinach) okazało się, że poprawki pozostały tylko w formie szkicu…

O curwa, ale kyrk

Wpadłam ostatnio w wir różnych zajęć i towarzyskich spotkań. Czasu na wszystko mało, doba ma tylko 24 godziny, więc… pędzę przez życie, jak oszalała. I w tym pędzie pobiegłam na zakupy tam gdzie zawsze, czyli do MarcPolu przy Zwycięzców. Kolejka do kasy była spora, więc… ustawiłam się do stoiska monopolowego, bo tam była tylko jedna osoba. Młoda dziewczyna wybierała wino. Nie znała się na tym kompletnie, więc wyczytywała nazwy z etykiet i dopytywała. W pewnym momencie usłyszałam:
- A to wino Kerwantes?
Aż głowę podniosłam, bo myślałam, że śnię. Nazwa wina niezwykle mnie zaciekawiła, zwłaszcza, że dziewczyna po chwili poprawiła się na „Cerwanets” przez „C” i dopiero ekspedientka wyjaśniła, że trzeba to czytać „Serwantes”. Podobizna autora przygód Don Kichota widniała na butelce.
Patrzyłam na dziewczynę kupującą wino. Podchwyciłam kpiące spojrzenie ekspedientki i… przypomniał mi się stary kawał.

Przychodzi facet do sklepu i mówi:
- Poprosze papierosy „caro”.
- Nie mówi się „caro” tylko „karo” – odparła ekspedientka i dodała. – „C” zawsze czytamy jak „K”.
- To poproszę jeszcze kukier.
- Nie mówi się „kukier”, tylko „cukier” – poprawia ekspedientka i dodaje, że „C”, czyta się jak „C”.
A facet na to wychodząc ze sklepu:
- O curwa, ale kyrk!

Ale może ja się czepiam? Może wyszło ze mnie zboczenie zawodowe? Może to dlatego, że jestem pisarką wiem, kto to Cervantes? Może to nie jest podstawowa i ogólnokulturalna wiedza?

Polityk pod choinkę, czyli… wesołych świąt

Pojechałam dziś z kamerą na Żoliborz na wigilię dla samotnych. Choć stoły uginały się od potraw, a na scenie artyści scen warszawskich wykonywali najpiękniejsze kolędy to było smutno. Przy stołach siedziało sto osób, które naprawdę nie mają, do kogo pójść, by spędzić z nim święta. Pytałam ich o wigilie, które wspominają. Były więc opowieści o choinkach, opłatkach, kolędach z czasów, gdy żyli jeszcze rodzice. Niektórym łza się kręciła w oku. I nagle… jeden z obecnych tam polityków spytał, kiedy z kimś z nich porozmawiam.
- Z całym szacunkiem do państwa, ale to wigilia dla samotnych. Państwo będą mieli jeszcze swoje wigilie w rodzinnych gronach. Dla tych ludzi to jedyny stół, przy którym łamali się dziś opłatkiem.
Zapadła cisza. Politycy się wycofali. A ja tak się zastanawiam, czy… ‚weszli między lud ukochany dzielić z nim trudy i znoje?’ Czy może zebrać przed wigilią głosy poparcia?
Święta spędzamy z moim synem z przyjaciółmi. Ale ja, jak co roku zastanawiam się… czy nie zrobić eksperymentu i nie zapukać do jakiegoś mieszkania z pytaniem, czy przyjmą wędrowca… Chociaż mnie pewnie przyjmą. Mam wszystkie zęby, nie śmierdzę, nie chodzę obdarta… a taki prawdziwy wędrowiec?
W dzieciństwie marzyłam, by choć raz puste nakrycie się przydało i ktoś niespodziewany zasiadł przy naszym stole. Raz to moje marzenie się spełniło. Niewierzący i niepraktykujący sąsiad przyszedł do nas, bo zapomniał, że to wigilia. Mama była przeszczęśliwa, bo gość wprawdzie znany, ale że niezapowiedziany to dobra wróżba na Nowy Rok.
A wszystkim swoim czytelnikom życzę rodzinnych świąt Bożego Narodzenia i tego, by znalazło się dla nich miejsce przy jakimś życzliwym stole.
P.S. Koledzy w pracy dyskutowali, że nienawidzą świąt, bo trzeba biegać za prezentami. Jeden żalił się, że musiał matce kupić żelazko. Drugi też jęczał, a na to ja… z całą śmiertelną powagą powiedziałam:
- A gdy ja poszłam do matki na grób to poprosiła, bym sprawiła, by teraz jadły ją inne robaki. Sorry panowie, ale wiele bym dała, by musieć wybierać prezenty dla rodziców.
To powiedziawszy wyszłam.

Przedświąteczny harmider, czyli matko dogadaj się z sąsiadką!

Są trzy rzeczy, które dobijają mnie zawsze, a przed świętami zwłaszcza: mróz, korki na mieście i rodzice, którzy ciągają malutkie dzieci po hipermarketach. 
Na mróz wpływu nie mam, na korki też nie, bo sama korkuję miasto używając auta. Trudno jednak, bym z zakupami jeździła środkami komunikacji miejskiej i obciążała kręgosłup dźwiganiem siat. Niestety nie mam też wpływu na głupich rodziców, którzy po wielkie zakupy do zapchanych do granic możliwości hipermarketów łażą z bobasami lub ledwo chodzącymi szkrabami. Nigdy nie zrozumiem czemu matki nie dogadają się między sobą? Czemu jedna nie pilnuje dzieci a druga nie idzie na zakupy? Nie żyjemy na pustyni! Warszawa jest wielka. Ja tak poznałam przyjaciół, bo połączyła nas piaskownica i bawiące się w niej nasze dzieci. Dziś dzięki temu, gdy nie mam już rodziców, mam do kogo pójść na święta. To dzięki przyjaciołom i pomocy sąsiedzkiej, gdy Maciek był mały mogłam pójść na zakupy i w takie dni jak teraz przed świętami nie musiałam ciągać go ze sobą. Do hipermarketu brałam rzadko. Dopiero jak podrósł. Dzieciak w hipermarkecie, a zwłaszcza a kilometrowej kolejce do kasy męczy się, więc… matki podchodzą bez kolejki. Ostatnio widziałam do kasy druga kolejkę pięciu wózków. Wyjące ze zmęczenia dziecko męczy innych. Ale cóż… w IV RP rodzice nie litują się nad własnym potomstwem tylko niczym w PRL biorą w kolejkę, by zostać obsłużonym poza nią. A mnie potem w aucie w uszach brzmi okropne wycie i muszę je zagłuszać radiem, poszukując piosenki gnębicielki, która na tyle zapadnie mi w pamięć, że nie będzie wycie dziecka wierciło mi w czaszce. Oj te święta!

Dziś uczciwych klientów już nie ma?

Stare powiedzenie mówi, że okazja czyni złodzieja. Coś w tym jest. Jakiś tydzień temu pękła mi szybka ochraniająca okienko LCD w aparacie fotograficznym. Włożyłam na chwilę aparat do torby nie fotograficznej, a do „damskiego wora” i klucze od mieszkania zrobiły swoje. Ich pęk uderzył w szybkę, więc trzasnęła. Szybkę zdjął mi kolega z pracy, ale… nie chciałam bez niej używać aparatu, by LCD nie zarysować. Dlatego na allegro kupiłam nową szybkę. Patrzyłam przy tym, by sprzedawca był w Warszawie i na tyle blisko, bym mogła zakup odebrać osobiście. Ujrzawszy, że sklep jest na Pradze, a więc niedaleko mnie, zapłaciłam za szybkę płatnościami allegro. Pomyślałam, że wtedy będzie mógł odebrać mój syn i nie będzie kłopotów. Zapłaciłam oczywiście za samą szybkę bez ceny przesyłki. Przecież odebrane będzie osobiście.
Po szybkę pojechałam jednak ja (Maćkowi zapomniałam dać dane transakcji) i dopiero następnego dnia, bo coś tam w redakcji się przedłużyło. W sklepie niezbyt miły pan powiedział mi, że gdy odbiera się osobiście, to się płaci na miejscu. Ja mu na to odparłam, że czytałam szczegółowo warunki udziału w aukcji, ale coś takiego nie było tam napisane. Pan na to, że gdyby wszystko pisali, to już w ogóle warunków nikt by nie czytał. A potem dodał, że nie ma dowodu na to, że zapłaciłam. Ja mu na to, że dowodem jest mail, którego wydruk mu pokazuję, a którego treść brzmi: „sprzedający przyjął twoją wpłatę”. Ale jeśli chce, mogę mu zapłacić jeszcze raz, a on jak sobie w swoim burdelu posprawdza, odeśle mi na konto te niecałe 24 złote. Pan jednak nie chciał, bo jakoś w tym burdelu znalazł jednak dowód, że zapłaciłam. Wyszłam ze sklepu z szybką, którą po dojechaniu do domu nakleiłam na LCD. Następnego dnia wróciłam z redakcji do domu, a tu… w skrzynce… szybka! A przecież szybkę już mam. Ręce mi opadły. Dzwonię do sklepu i mówię, że kupiłam, odebrałam osobiście a oni mi przysłali. Mówię, że mają burdel i moja propozycja jest taka, że ja im zapłacę drugi raz, bo na to, by odwieźć im szybkę to ja już czasu nie mam. Pan, z którym rozmawiałam przez telefon ewidentnie nie wiedział o co mi chodzi. Musiałam powtarzać trzy razy, bo cały czas mówił, że musi sprawdzić, czy w magazynie mają taką szybkę. W każdym razie zrobiłam tak, jak proponowałam. Po zalogowaniu się w systemie swoim nickiem znów dokonałam płatności allegro. Tym razem jednak dorzuciłam za przesyłkę. W końcu ziarno do ziarnka, a ludzie z torbami pójdą. Choć… za to, że mają burdel powinna ich spotkać kara. Nie ja jednak będę ją wymierzać. Wpłaciłam 33 złote (tyle wynosiła szybka plus koszty przesyłki) i wysłałam maila opisując sytuację. A tu przychodzi odpowiedź, że towar wyślą poczta. Opadły mi nie tylko ręce, ale i piersi, powieki itd. Odpisałam więc: „Czy państwo czytają, co ja do was piszę? Towar już mam i to sztuk dwie, choć chciałam jeden. Ludzie! Macie burdel! Już nic mi nie ślijcie. Zaksięgujcie kasę i zróbcie remanent.” Na to przychodzi odpowiedź: „Dane do przelewu ” i… tu numer konta. (Sic!) Ja znów odpisuję tym razem tak zwanymi „wołami”: „LUDZIE! CZYTAJCIE ZE ZROZUMIENIEM! Pieniądze wpłaciłam płatnościami allegro. List do Państwa wysłałam po otrzymaniu informacji, że sprzedający przyjął moją wpłatę. Pierwszy raz wpłaciłam płatnościami allegro. Drugi raz też.” I na to przyszła odpowiedź: „Dziękujemy bardzo, tak uczciwych osób jest niestety coraz mniej….”
A ja tak sobie myślę, że niektórzy to aż się proszą, by ich okraść. Sama się zastanawiam, czy gdyby po raz kolejny przysłali mi szybkę, to by mi się chciało po raz kolejny słać im pieniądze, dzwonić i wymieniać korespondencje. Okazja czyni złodzieja. Zwłaszcza, gdy ofiara jest po prostu głupia i ma burdel.
PS. Nie wiem co zrobić z drugą szybką. Przecież nie będę czekać aż ta naklejona znów mi pęknie.